11 dzień diety

Do godziny 2pm nic nie jadłam. W pierwszej kolejności musiałam podjechać do sklepu zrobić zakupy choremu synowi. Później całą torbę zapakować. Aby zupa mi się nie zepsuła w samochodzie, wstawiłam pojemniki z zupą do torby lodówka. Niestety ale nie miałam zamrożonych specjalnych kostek do tej torby, jedyne co mi wpadło do głowy to….włożyłam zamrożoną kaczkę. Tym spodobem zupa miała odpowiednią temperaturę a kaczka w połowie się rozmroziła. 

2w1

Po pracy podrzuciłam synowi jedzenie, nie wchodząc daleko do mieszkania i szybko w drogę powrotną aby zdążyć przed korkami. 

Dziś jestem bardzo zmęczona. Praca to jeden, drugie nie jadłam śniadania. 

Lanch: cattage cheese fat free 340g z 2 łyżkami miodu.

Kolacja: zostały z ciasta 2 białka więc dodałam do pieczonej papryki, pora i cebuli. Pychotka😀

Upiekłam dziś bułeczki maślane posypane sezamem i makiem. 

Próba bułeczek będzie jutro. 

coś mnie tak naszło

To było w czasach kiedy z internetem łączyło się za pomocą modemu, a on wykonywał takie dziwaczne dżwięki. W czasie kiedy korzystało się z internetu,  nikt nie mógł skorzystać z telefonu. Zatrudniona byłam na stanowisku dyrektora finasowego dobrze prosperującej prywatnej firmy. Wykształcona i jeszcze młoda, zgrabna i powabna, kusiłam nie jednego faceta. Nie w głowie mi były jednak igraszki i figle, miałam na utrzymaniu dwoje dzieci, one były u mnie najważniejsze. Nie przewidywałam romansu oraz zamążpójścia. Jeden  ex był wystarczającą nauczką. Nie potrafili tego zrozumieć moi żonaci “zalotnicy”.  Krążyli jak osy wokól ula. Pierwszy dzień w pracy minął bardzo miło. Poznałam współpracowników, załogi mi nie przedstawiono bo i nie było ku temu powodów.

Obowiązki swoje traktowałam i wykonywałam z należytą powagą lecz nadszedł czas, że po 2 latach cierpień musiałam się zwolnić. Dziś nazywałoby się stalkingiem i molestowaniem, w tamtych czasach zalecaniem się. Pytanie – jak może zalecać się żonaty mężczyzna? Dbałam o swój wygląd, zewnętrzy i wewnetrzy. Chciałam żyć w zgodzie ze sobą, tą równowagę chciał i próbował zburzyć właściciel firmy.  Ponad rok odpierałam jego ataki łapania za pośladki i piersi, próby pocałunków w szyję, ponad rok gdy wchodził do mego pokoju, próbowałam  uciec i uciekałam ze swego gabinetu. Uciekałam również za swoje biurko, a ona ganiał mnie jak kot myszkę. Kategorycznie uprzedzałam właściciela, który zwracał się do mnie po imieniu bez mojego pozwolenia, że zawiadomię odpowiednie władze o jego zachowaniu. Śmiał się mi prosto w twarz, miał prawie wszystkich w urzędzie miejskim i nie tylko, w swojej dłoni. Nikt mi nie pomógł, nikt nie powiem powstrzymał, nie próbował powstrzymać tego chorego człowieka. Przecież słyszeli moje wołanie, jego krzyki… zostaniesz moja!!!!!

Walczyłam sama z chorym człowiekiem. Zwyciężyłam, przegrywając. Z chwilą znalezienia nowej pracy zwolniłam się. Nie mogłam odejść z dnia na dzień, miałam na utrzymaniu dzieci, a bez zabezpieczenia finansowego, życie nasze zostało by zrównane z zerem.  W dniu mego odejścia. Prezes … żałuję, bardzo żałuję ale rozumiem, dyrektor techniczny…nie dałaś się, szacunek, trzymaj się ale nie będzie tobie łatwo, dzwoń.  Pozostali…  pokiwali głowami. Właściciela w dniu mego odejścia nie było. Zrozumiałam, że każdy walczył o swój stołek i trzymał swój stołek. “Igraszki” właściciela firmy  traktowali jako rozrywkę, urozmaicenie do nudnej biurowej pracy.

Przecież nic mi się nie stało, dałam sobie radę, a Stasio przecież 
przystojny facet i ....nie rozumieli dlaczego go nie chciałam.

Banda psycholi, którzy nie rozumieli co to jest GODNOŚĆ. 

Poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie.

Wiele lat upłynęło od tamtego zdarzenia, a wciąż jego wspomnienie wyzwala we mnie emocje.

Dziesiąty dzień diety

Wczoraj pomarzyłam, dziś wróciłam na ziemię.

Zupa ogórkowa stoi w lodówce i czeka.  Zawiozłam garnuszek mojej córci.

Śniadanie: dwa jabłuszka. Nie miałam czasu na śniadanie, więc dobrze, że zjadłam dwa jabłuszka.

Obiad: porcja krewetek na masełku. Mam ich dość!!!!!

Kolacja: marcheweczki

To całe moje dzisiejsze menu. Miałam ochotę na batona proteinowego, ale czy zjadłabym całego, to nie jest pewne. Nic mi się już nie chce jeść. Mogę jajka przecież, na samą myśl o nich, robi sie nie dobrze. Ryby nie mam ochoty smażyć, sałatki wychodza bokiem, podobnie z boczkiem. Jutro sie przemęczę, ale widzę, że na nastepne 11 dni,  muszę wyciągnąć moją wydrukowaną dietę na papierze, bo na razie to stosowałam “dietę” z pamięci.

Samopoczucie? Nie czuję głodu i mogłabym już, nie jeść. Jem marcheweczki bo coś trzeba, najlepsze…one są słodkie!!!! 😄

Trudno, żeby przy takim jedzeniu sadła nie ubyło.

 

/nie mam zielonego pojęcia co zrobić jutro na śniadanie/

Marzenia

Można marzyć o wszystkim, osobiście o wszystkim nie umiem. Po prostu planuję. Może to jest jakiś gatunek marzeń, nie wiem.

Dziś właśnie pomarzę,  bo te marzenia są do osiągnięcia. Nie będzie zawodu.

Zbliża się piątek, będę mogła jeść wszystko, na co będę miała ochotę. 

Placki ziemniaczane cieniutkie i chrupiące. 

Buraczki tuszone 

Marchewka tuszona

Ziemniaki puree z masełkiem, serem żółtym i mlekiem. 

Kotlety mielone maciutkie tak na 2 ugryzienia. 

Naleśniki z serem polane śmietaną z cukrem. 

Bułeczki i chlebek mojego wypieku. 

Jest w tym coś dziwnego, nie myślę o lodach, słodkich batonach i cukierkach. 

Z zup to będzie oczywiście ogórkowa, poczeka na mnie w lodówce i chyba zjem ją w piątek na ….. śniadanie. 😀

To cały mój “repertuar jedzeniowy”. 

Today the juice day

Od rana piłam soki, świeżo wyciskane z owoców i warzyw. 

Rzodkiew, por, kalarepa, jabłko, marchweka. 

Nie których nie dało się pić bez dodatku soku z cytryny. 

Zjadłam też jedno wielgachne jabłko i kilka malutkich marcheweczek.

That it!!!

Samopoczucie? Dobre
W popołudnie – bawiłam  się w ogrodnika.

Jednak lubię siebie torturować, gotuję zupę ogórkową, nie tylko na rozdanie dzieciom. Zostawie sobię garnuszek (gotuję w wielkim garze) na piątek. Już czuję smak, zapach? rozchodzi się po mieszkaniu. Może samym zapachem dziś się najem. 

Tak, jestem dziś głodna. 

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Pokusa

Jeszcze nigdy tak mnie nie kusiły bułeczki jak tego wieczoru. Zostawiłam do ostudzenia i ucieklam do łóżka już o 9pm. 

Tak, tak schowałam się do sypialni. Wiem, że dałabym radę, ale po co siebie tak torturować? 
Zapach byl, niesamowity, tym bardziej, że od tygodnia nie jadłam pieczywa, ziemiaków, żadnych makaranów i ryży. Co zjem w piątek? Upiekę bułeczki. Ziemniaki puree, takie moje puree, (masło, ser żółty i mleko). Może kilka łyżeczek lodów. Jak dużo nie trzeba, aby pomarzyć o jedzonku, wystarczy dieta. 

Siódmy dzień diety

Śniadanie: 

8 plastrów smażonego bekonu, kawa z mlekiem z dodatkiem jednej paczuszki słodzika. 

Nie mam ochoty na jedzenie. Czuję się dobrze. Może trochę lżejsza? Fałdki tłuszczu jak były, tak i są, nie ma czego oczekiwać po 5 dniach diety. Chociaż …oj chciałoby się zauważyć zmianę. Nie, nie zniechęca do stosowania diety. 

Po tym tygodniu, coś drgnie. 

Śpię dobrze, nie zauważyłam większych zmian. 

Lunch: wyszliśmy z MM do baru. Zamówiłam sałatkę bez kurczaka. Warzywa z suszonym jabłkiem, pokruszonymi orzechami włoskimi i troszkę fety.  Dodatkiem do sałatki był kawałek bagietki i jabłko. Z jabłka zrobię sok z dodatkim marchewki. Bagietkę zużyję na kanapki synowi. 

Uważałam, że na takie danie mogę sobie pozwolić. 

MM szykuje się do wyjazdu😢
Kolacja: shrimp w maśle i dwa jajka na twardo.

Plus dwie lampki Martini Rossi Bianko podczas oglądania filmu “Anything for love”.

Dzień szósty diety

Po zmianie czasu 2 tygodnie temu, nareszcie mogę stwierdzić, że organizm się przyzwyczaił. Przebudziłam się o przyzwoitej porze, nie mając pomysłu na śniadanie. 

Po otwarciu lodówki, zakomunikowałam MMowi, że chcę boczek. Oczywiście, że upiekł, to jest jego zajęcie, jak w domu przebywa. 

Śniadanie: kawa rozpuszczalna z mlekiem i słodzikiem. 6 plastetków boczku.

Przed południem wyszłam na yard, powciągać ostatnie liście, które powinny być dawno uprzątnięte. 

Po około godzinie, zrobiłam przerwę, maszyna hałasuje i liście pod warstwą suchych były mokre. Mokre liście zapychają maszynę i ziemia osadza się na ściankach rury do wciągania. Przerwa jak najbardziej mi się należy. Zdjęłam jedną dłuższą część rury i jak wsadzam rękę żeby wyciągnąć  zapchnięte liście, muszę uważać aby ręki nie wsadzić za daleko, bo mi zmieli palce jak mieli liście, na drobne kawałeczki. Wprawdzie druga ręka będzie sprawna, jeśli uniknę zakażenia i nie amputują mi obu rąk. 

OK, to koszmarny scenariusz. 

Przed południem MM wyszedł na yard. 

Hurrrrra!!!!!Mam pomocnika!!!! Będzie zbierać gałęzie!!!!!!
Lunch: 

sałatka warzywna z dodatkiem jogurtu i majonezu light. 

Składniki sałatki: pomidor, sałata, biała cebula, żółta papryka, ogórek szklarniowy, por naciowy, potarkowana na grubrch oczkach marchewka, listeczki szpinaku. Sól i pieprz.

Smakowało? Oczywiście!!!!

Po lunchu wyszliśmy dokończyć dmuchanie. SKOŃCZONE!!!!

MM pomógł mi bardzo, żeby nie pomoc, zostałoby na cały dzień pracy, ciężkiej pracy. W nagrodę wyszorowałam mu plecki. 😀🚿🚿🚿🚿🚿🚿🛀🏽😀

Kolacja: sałatka z lunchu. 

Warzywa pokrojone na sałatkę nigdy nie doprawiam wcześniej. Nabieram do salaterki tyle ile planuję do zjedzenia i dodaję dodatki. Wiadomo, nawet sałata doprawiona śmietaną po godzinie pływa w wodzie powstałej ze śmietany. 

Zawsze lepiej warzywa przyprawić przed samym jedzeniem lub podaniem. 

Czuję się wyśmienicie. 

Dzień piąty diety

Czuję się fizycznie bardzo dobrze, nic mi nie dolega. Wczoraj za dużo wypiłam wody, więc miałam “niespokojną noc”. Wędrówki do łazienki odrobiłam, dłuższym spankiem. Ujemnym skutkiem diety jest marznięcie. Byłam zmarzlakiem, ale żeby kocyk elektryczny nastawiać wczesnym latem z 20 na 9 pozycję, to trochę niepokojące. Mimo, że w domu pamująca temperatura lekko przekracza 22°C, nałożyłam pod ciepłe długie spodnie rajtuzy, pod ciepły golf włożyłam, koszulkę bez rękaw i koszulkę jedwabną z długim rękawem, ciepłe skaprety i ciepłe długie papcie. Ręce mam lodowate. Dietę oczywiście, wciąż stosuję.

Śniadanie: trzy jajka na twardo z odrobiną majonezu. Czarna kawa.

Tak to było wszystko, co zjadłam na śniadanie. Nastawiłam timer na 4 godziny.

 

Przymierzyłam sztruksowe długie spodnie, kolor trudno określić, ciemny róż z dodatkiem truskawki? No coś takiego. Jeszcze nie mogę nakładać, niestety. Wciągnąć, wciągnęłam, zapiąć zamek też mogę, lecz wygląda to wciąż tragicznie. Inne spodnie o kolorze lekkiego różu, wciągnęłam lecz do zapięcia zamka brakuje mi ze 4-3 cm. DUŻO!!!!!
Może w następnym tygodniu w tych pierwszych spodniach będę wyglądać przyzwoicie, nie sądzę abym zapieła te drugie.
Jednym słowem tragedia. Całą zimę nakładałam spodnie sztruksowe w kolorze śliwkowo-pururowym, pasowały bo zawsze były większe, po praniu miałam troszkę problemów.
Sukienkę na córci urodziny (styczeń 2017) nałożyłam bez problemowo, brzuszek gdzieś tam mi się ukrył, fałdeczki dodawały uroku, można powiedzieć było ok. Przez 2 miesiące przybyło jeszcze więcej ciałka. Ot i klops.

Lunch: przyszykowałam dwa kawałeczki wieprzowinki. Po ugotowaniu, zjadłam jeden, drugim podzieliłam się z MM.
Nie sposób było to jeść. Przyprawy w jakich ugotowałam to mięsko, dodawały smaku lecz samo mięso,  przypominało trawę, jeszcze raz trawę. A że na nic innego ochoty nie miałam, zjadłam. Nastawiłam timer na 4 godziny. Nie, nie czekam z niecierpliwością kiedy one upłyną, ponieważ regularne posiłki zaspakają uczucie głodu na 4 godziny, chociaż już go nie mam. Baton snickers, również nie robi na mnie wrażenia, odsunęłam jedynie dalej, nie ma potrzeby patrzeć, już nie kusi.

Poćwiczyłam dziś godzinkę, czym zmobilizowałam MM. Pobiegał na bieżni i pojeździł na rowerku. Cieszę się, siedząca praca przed komputerem nie tylko jest męcząca ale i nie zdrowa. 

Kolacja:

Trochę nie typowa. Wyskoczyliśmy z moją córcią i jej chłopakiem do meksykańskiej restauracji. Dwa wypite piwa i cocktail shrimp. Shrimpy były smaczne ale za dużo. No cóż, i tak powstrzymałam się od jedzenia przystawek. Piwo? Oh wiem, dużo, bardzo dużo kalorii. Jutro pobiegam albo poćwiczę.

Menager podszedł do stolika i spytał, czy dziś zatańczę. O Matkk Boska, to obsługa pamięta!!! Kilka tygidni temu,  nie był to mój pierwszy występ solo w tej restauracji. W piątki gra orkiestra, samba, rumba, tango i inne kawałki, a ja usiedzieć nie mogę. Moi biesiadnicy, nigdy nie chcą tańczyć, to sama przebieram nogami, wiruję i wiruję. Dziś darowałam sobie występ taneczny. 

Samopoczucie? Głowa kłuje, ciśnienie krwi jak u noworodka, nie czuję się przejedzona i nie mam wyrzutów sumienia.
Mężuś spytał niepewnie, … może jutro na śniadanie donuts (amerykańskie pączki)…

Nie ma mowyyyyy‼️‼️‼️‼️😩😩😩😩

MM jest dumny ze mnie. 🏆🥉🥈🥇🎖🏅😀

 

 

 

 

 

Czwarty dzień diety

Wstałam wcześnie,  przecież do pracy.  Po osłabieniu ani śladu. Do pracy szykowałam się w “podskokach”.

Śniadanie: łosoś wędzony (z wczoraj) , herbata owocowa-jabłkowa. Nie zjadłam przyszykowanej porcji, herbatę też zostawiłam.

Obiad: sałatka z tuńczyka. Ugotowałam więcej jajek, od razu na kolację.

Kolacja: jajka na twardo z nie dużą ilością majonezu.

____________

Dziś MM wraca i będzie trudno utrzymać dietę. Postaram się. Będzie proponować wyjście na śniadanko, lunch lub kolację. Zazwyczaj wychodzimy, oczywiście obiadam się, słodkościami również. Muszę to jakoś przetrwać do następnego weekendu, który to będzie wolny od diety. W następny piątek, sobotę i niedzielę będę mogła jeść do woli. No, nie tak do końca…do woli… umiarkowanie ale wszystko, nawet słodycze.

Dzisiejsze samopoczucie było super, po południu byłam śpiąca, nie zwalam na dietę, bo przecież jem co 4 godziny, kilka dni wstawałam około południa, organizm przyzwyczaił się do leniuchowania. Nie oczekuję, że waga spadnie natychmiast, ale by się chciało.  Tak, tak, tyłam miesiącami, oczekuję cudów po 3 dniach. 😄 Dlaczego nie?  W TV nie raz pokazują utuczoną świnkę,  za chwilę chudziutkiego prosiaczka. Też bym chciała, schudnąć w chwilkę. Trzy dni stosuję dietę i coś tam drgnęło, drgnięcie mnie nie pociesza. Tym razem przy stosowaniu diety jestem niecierpliwa. Któregoś roku, schudłam jak szczypiorek, stosowałam 4 razy po 11 dni. Już nawet nie chciało mi się jeść, kiedy było można. Mózg pracował inaczej, musiałam zmuszać się do jedzonka. Teraz 2×11 dni, ewentualnie 3x. Dłużej nie można.

 

 

Trzeci dzień diety

Spałam do późna, śniadanie łączyło się z obiadem. Nie miałam apetytu, nie chciało mi się wstawać z łóżka. Cieplutko (podgrzewam się kocykiem elektrycznym..tak , tak, wciąż) i przyjemnie. Żeby nie dieta to została  bym w łóżku na cały dzień. Chora nie byłam, ale …nie czułam się entyzjastycznie. Po przejściu kilku kroków, poczułam jakby osłabienie, trudno powiedzieć, w każdym razie odczucie nie było normalne. Z lodówki wyjęłam warzywa, bo na nic innego nie miałam ochoty. Zrobiłam sałatkę warzywną, podobną do wczorajszej. Wczoraj zjadłam całą salaterkę sałatki, dziś wcisnęłam jedynie połowę. Po około 2 godzinach od śniadanio-obiadu, poczułam że chce mi się coś pochrupać.  Jabłko które było tylko z wyglądu, trochę poobgryzałam i kilka marcheweczek ca…łkowicie zaspokoiły moje uczucie….nie powiem, że głodu…pochrupania.

MM zadzwonił międzyczasie z pytaniem, czy jem jakieś mięsiwo. No nie, nie jem. więc na późniejszy obiad zjadłam wędzonego łososia w klonowym miodzie. Nasyciłam się tym łososiem, że mogłabym nie jesć i kolacji.

____________

Na kolację przewiduję zjeść resztę sałatki ze śniadania, jeśli jeszcze jest zjadliwa. Stoi w lodówce.

Ogólnie czuję się lżejsza. Poudów ubyło. Witaminki i wodę piję.

Myślałam, że dzisiejszy dzień będzie trudny, jak zwykle gdy stosuję tą dietę. Tym razem wczorajszy był gorszy od dzisiejszego dnia.

blog

Nareszcie wykasowałam starego bloga. Przenosiłam do worda wszystkie posty,  a następnie do Dropboxa.  Wiadomo komputer ma prawo się zepsuć, nie chcę stracić mojej “historii”. Czytając posty z przed wielu lat, zastanawiałam się, czy to możliwe, że takie coś zaistniało w moim życiu. Jak najbardziej, bo w pamięci wyszperałam szufladkę, w której to zdarzenie leżało.  Kiedyś mojej córci powiedziałam, że piszę sobie blogo-pamiętnik ….pisz, pisz, jak umrzesz to poczytamy… Temat śmierci w mojej ścisłej rodzinie, mąż i  moje dzieci,  nie jest tematem tabu. Miałam na starym blogu swoich czytelników, jeden był ze mną od (prawie początku). W soboty i niedziele robił przerwę w odwiedzinach. W jakieś lato nie było ponad tydzień, wyjechał na wczasy – tak sobie tłumaczyłam.

Przenosząc bloga dałam tejemniczemu czytelnikowi możliwość, napisania do mnie. Niestety za długo czytelnik zastanawiał się , blog wykasowany.

Czy żałuję przenosin?

Zmieniamy szkoły, wyprowadzamy się z domu rodzinnego, wyprowadzamy się do innego miasta i kraju, przeprowadzki towarzyszą nam wszystkim, jedną więcej też przeżyję. Nie, nie żałuję, zaczynam coś od początku lecz ze starym bagażem, jak to w życiu.

Od swego cienia nikt jeszcze nie zdołał uciec.

(mam nadzieję, że pozbędę sie 15milinów  spamów z dwóch ostatnich lat)

 

******

Godzina jeszcze wczesna, kilka minut po 5pm a ja wskoczyłam do łóżka. Nie wiem czy to wina diety, czy wczorajszego przemęczenia. Może wszystko razem? Może nie powinnam się przemęczać, stosując dietę. Witaminki piję, ciśnienie krwi jest w normie, więc gdzie tkwi błąd. Nic mi się nie chce. Jednak wolne dni mi nie służą. Dobrze, że jutro jadę do pracy to się rozruszam. Pojemników z dołu ulicy, nie chce mi się zabierać. Jutro po powrocie z pracy to zrobię. Nie chciało mi się, znieść do skrzynki pocztowej listów z kartkami wielkanocnymi. Nic mi się nie chce. A o jedzeniu mogę myśleć, bo też mi się nie chce jeść, o słodyczach mogę również myśleć, nic się nie dzieje. Na nic chęci. Puste są dni. Jak MSJ mieszkał ze mną, zawsze coś się działo. MCD przyjechała, to podwójnie się działo. Dom był pełen życia, teraz cisza i w uszach szumi. Wiem, że już nie wrócą, że nic nie będzie jak dawniej, tylko co raz częściej dokucza mi samotność. Wymyśliłam wymianę szafek w kuchni i wszelkich urządzeń, tylko…czy na pewno chcę bałaganu. Możliwe, że wymyśliłam to, aby coś się działo. 

Życie moje staje się monotonne i przewidywalne. Straszne. Ale prawdziwe. 

Nie zapiszę się do koła seniorów. Nie chcę być jak oni, dłubać na drutach lub gadać o wnukach. Wnuków nie mam i wcale o nich nie myślę. Jeśli będą, to będą dzieci u moich dzieci, nie u mnie. Mogę popilnować ale nie mogę wychowywać teraz inne czasy, jestem wprawdzie na bieżąco ale teoretycznie. Praktycznie to sklep, dom, praca czasami wyskok gdzieś do ludzi. Jak zawsze jajko jest mądrzejsze od kury. Teraz wychowuje się dzieci inaczej. Co będę udawać światową. Jeśli ja w wieku 4 lat nie wiedziałam co to jest tv, teraz mojej siostry wnuk, włącza komputer. 😁

Nowe pokolenie nowe prawa. 

____________

Głowa boli, na pewno nie z głodu. Dziś z rana kaszlałam, może wczoraj się przegrzałam i choroba idzie? Wczoraj  około  7 pm wietrzyk był chłodniejszy, a ja miałam całe plecy spocone. Chciałam dokończyć pakowanie 4 wora. Możliwe, że choroba podąża w moim kierunku, może chandra, a może jestem tylko wiosenne przemęczenie. 

____________

Tak jestem zmęczona. 

Dzień drugi diety

Po wczorajszej pracy na podwórzu, dotleniona spałam dość długo. Bez pośpiechu zeszłam do piesków na dół. Czekały przy bramce witając popiskiwaniem. Nakarmiwszy pieski, rozpoczęłam przyszykowywanie śniadania.

Dziś dzień warzywny.

Zrobiłam sałatkę z :

listków szpinaku, czerwonej papryki, ogórka, sałaty, pomidorka. Dodałam łyżeczkę majonezu light, oraz jogurt plain.

Na deser 7 truskawek.

Lunch:

przygotowałam talerzyk truskawek. W smaku nie przypominały truskawek z zapachu też i po zjedzeniu kilku wywaliłam do kosza. Nie ma sensu jeść coś, co z wyglądu jest owocem a w smaku dosłownie niczym.

A więc, na obiad były marcheweczki i pół czerwonej papryki.

Z uwagi na palące słońce, uniemożliwiające prace na yardzie, zrobiłam sobie godzinną sesję rehabilitacji.

3:15 pm ….byłam  głodna!!!!!!!!! Nie na tyle, żeby zjeść surowego ziemniaka, chodził  za mną kawałek szynki, ciastko albo snickersa, który leży mi dosłownie na oczach.
Snickers musi leżeć, ma przypominać o moich fałdkach, które mam dzięki wszelkim słodkościom.

Wróciłam z yardu, spojrzałam na snickersa i chciałam po niego sięgnąć, w ułamku sekundy mózg zadziałał….JESTEM NA DIECIE!!!!!…

Kolacja 5pm sałatka warzywna: pomidor żóly i czerwony, żółta papryka, cukinia, ogórek szklarniowy, majonez light i plain jogurt.

Smakowało wyśmienicie, dodałam sól cebulową.

Po “kolacji” wyszłam jeszcze popracować na yard. Słoneczko było z drugiej strony domu i nie grzało mocno, w miejscu gdzie wciągałam liście do maszyny.
Jutro trash day, zwiozłam 4 wielkie ciężkie wory z rozdrobnionymi liśćmi na dół, na ulicę, pozostałe pojemniki również. Poczułam się baaaardzo zmęczona.

Po 8pm usiadłam przed tv z lampką wina. Nie miałam ochoty na marchewki, pomidory czy paprykę. Bardzo często po ciężkiej pracy na yardzie, mam ochotę na lampkę wina lub drinka. Dziś miałam bardzo pracowity dzień  i …. szczególnie dietetyczny.
Potrzebuję chwili relaxu.

Jutro trzeci dzień diety. Trudny dzień, bo trzeci jest zawsze tragiczny. Wiem, że dam radę.

Między jednym odcinkiem “House” a drugim, obejrzałam reklamę grubasów, którzy zrzucili, tonę kg? Nigdy tak nie wyglądałam i wyglądać nie będę. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojej diety.

Czy muszę i czy chcę.?

Już się nie zastanawiam, za oknem wichura, zastanawiam się które drzewo z 30-tu,  nie wytrzyma. Zwali się na dom, czy obok? Wiać będzie do 11pm, a więc  dwie godziny. Wichura wyzwala we mnie strach i obawę. Nasłuchiwałam syren alarmowych, były tylko pożarowe i policyjne samochody. Dla poprawienia samopoczucia pozwoliłam pieskom wskoczyć na kanapę. Jakby to coś pomogło😩

Poczułam się pewniej , po prostu nie byłam sama, one też były bliżej swojej pani.

Do szczęścia nie trzeba wiele, ciepła strawa i łoże…. mówie o psach.

Pierwszy dzień diety

Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.

Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.

Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.

Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.

Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.

Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.

Druga zasada, pić wodę.

Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.

Dlaczego tak się katuję?

144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie nie jestem beczułką, którą można toczyć,  ale nie długo mogę być.

Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.

Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.

Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.

Będzie zdrowo 

Tak, tak, przez zimę, której u mnie nie było. Dwa-trzy dni przymrozku się nie liczy. Przytyłam. Przybyło fałdek i wagi. Pożerałam najwięcej słodkości. Batony, ciasteczka, ciasta i lody a wszystko w tej ameryce podwójnie, może i potrójnie słodsze niż gdziekolwiek. Pożerałam bułeczki i chlebek mojego wypieku. Jak nie zjeść jeśli bułeczki pachnące a chlebek taki, jak marzenie🙃na zakwasie. Pożerałam słodkie i ociekające sokiem, słodkie owoce. Miód do herbaty i dużoooo cukru do kawy. Kawa bez śmietanek smakowych, nie ma smaku. Tutaj muszę powiedzieć, że w Polsce piłam czarną bez cukru i śmietanek, taki szatan. 

Smak mi się chyba zatracił. 

Postanowiłam zastosować dietę odchudzającą.  Straszna ta moja dieta, wiem … jeśli przetrwam 3-go dnia to będzie z górki. Trzeciego dnia będzie ssało w żołądku i wcale nie z głodu, ze zmiany pożywienia. Nie będzie, też podjadania. Nie będzie słodkości, pieczywa, makaronów, ryżu i ziemniaków. Wszystko wszystkim, chyba umrę bez chleba i ziemniaków. 😀Bez słodyczy wytrzymam, ale chleb? Ten co układał tą dietę to musiał nie lubić jeść. Warzywa, ryby, jajka, niektóre owoce, mięso chude, szynki, można jeść i trzeba jeść co 4 godziny z zegarkiem w ręku. Dlatego też rozpoczynam od dziś, mam wolny cały tydzień. 

To będzie pierwszych 11-ście dni. Po nich następuje trzy dni, żarcia!!!! Niestety, po jedenastu dniach, już nie chce się jeść. 

Dołożę do tego trochę sportu i za 11 dni będą widoczne wyniki. 

Oczywiście boję się tej diety, zawsze jak ją zaczynałam, bałam się, zawsze wytrzymywałam. Teraz też wytrzymam. 

W pierwszych dniach mogę być trochę osłabiona, kupiłam witaminy w pastylkach do rozpuszczenia w wodzie. 

Dochodzi 3pm. Dziś będzie dietetyczny dzień.!!!

Wiosenne kwiatki

Zasnęłam dopiero po północy, po wypiciu syropu nasennego Zzzz. Nad ranem się rozpadało, dobrze, deszczyk jest potrzebny kiedy jest cieplutko.

W tygodniu był przymrozek i wszystkie krzaki azalii mają zmarznięte oklapłe kwiatuszki. Przykro patrzeć. Mrozek nie zaszkodził natomiast tulipanom. Listeczki dopiero wychodzą z ziemi. W tym roku chyba nie zakwitną. Cebulki były maciutkie i marniutkie. Może jakiś pojedyńczy kwiatek? Uwielbiam tulipany.

Wiewióry wyjadły i wygrzebały. To co wschodzi, posadziłam może miesiąc temu, nie miałam ochoty karmić szkodników. Zabezpieczyłam plastikową siatką, ale one podchodzą bardzo blisko domu. Dziś wybiegłam z domu kiedy zobaczyłam wiewiórę rozgrzebującą ziemię w donicy. Znalazła wolne miejsce nie zabezpieczone siatką. Przstraszyła się? Podniosła głowę spojrzała na mnie i czekała, nie wiem na co, ale ruszyła do ucieczki, kiedy byłam naprawdę blisko. Mam wrażenie, że niedługo to ludzi zaatakują. Kupiłam jeszcze dwie rolki siatki. Muszę dokładniej uszczelnić.

Krzaczki niezapominajek rozrosły się i mam nadzieję na kwiatki w tym roku. W ubiegłym roku nie zakwitły.

Śnieżyca wiossenna od kilku lat wypuszczała tylko listeczki, w ubiegłym roku było kilka łodyg z kwiatkiem, ten rok był urodzajny. Krzaczki ciemiernika mi się rozrosły, mam w trzech kolorach, zielone, białe i prawie czarne. Cieszą moje oczy.

Nie wschodzi paprotka leśna, w donicy i na gruncie. Może za wcześnie lub było za zimno. Ogólnie nie lubię paprotek, nigdy nie trzymałam w domu, w ogrodzie jak najbardziej, to są inne gatunki i ogrodowi nadają specyficznego leśnego nastroju.
To co mi wymarzło lub szkodniki wyjadły, trudno. W tym roku, kupię znów sadzonki lub cebulki jesienią i będę walczyć o moje rabatki.

 

 

Pozostałe kwiatuszki z mojego ogródka.      

Lilak wine

Lilac wine – Katie Melua

I lost myself on a cool damp night

Gave myself in that misty light

Was hypnotized by a strange delight

Under a lilac tree

I made wine from the lilac tree

Put my heart in its recipe

It makes me see what I want to see

and be what I want to be
When I think more than I want to think

Do things I never should do

I drink much more than I ought to drink

Because I brings me back you…
Lilac wine is sweet and heady,

like my love

Lilac wine, I feel unsteady,

like my love

Listen to me…

I cannot see clearly

Isn’t that he coming to me nearly here?
Lilac wine is sweet and heady

where’s my love?

Lilac wine, I feel unsteady,

where’s my love?
Listen to me, why is everything so hazy?

Isn’t that he, or am I just going crazy, dear?

Lilac Wine, I feel unready

for my love…

 

Wolny piąteczek

Bawię się z moim nowym blogiem. Zabezpieczam, wstawiam nowości, opłacam to i owo. A myślałam, że jestem   α i  Ω (alfa i omega) no nie jestem. Ze zwieszoną głową przyznaję,  nie jestem. Muszę popracować nad worpressem, opłacenie czegoś tam, nie załatwia sprawy. Posiadam  wiedzę na temat napisania strony w html ale, jak pracować nad stroną napisaną przez kogoś, to są dwa różne problemy. Wszystko powolutku. Tym razem bez pośpiechu. Czasu mam bardzo dużo.

Wyjazd do Savannah 

Na uniwersytecie przerwa wiosenna, tak bardzo 
wyczekiwana przez moje dzieci. Nie łatwo jest studiować 
i jednocześnie pracować, mimo że tutaj wszelkie uczenie 
wychodzą na przeciw uczniom. Godziny zajęć student 
tak może dopasowac do swoich prac zawodowych, że nie 
będzie to wykluczać się wzajemnie. Można wybrać 
przedmioty w godzinach rannych, popołudniowych lub 
wieczornych. MSJ kończy zajęcia jednego dnia o 10pm. 
Od 12 marca miał już urlop w pracy oraz przerwę na uczelni. Zdecydował się 
pojechać na parę dni do Savannah. 
MM zarezerwował pokój w Marriocie, dał również trochę $ na rozpustę i ... 
syn ruszył ze swoją dziewczyną w drogę. Przesłał parę zdjęć z pobytu 
i pozdrowienia. 
Jestem zadowolona, że spędzi kilka dni bezstresowo. Za kilka dni znów 
nauka i semestralne egzaminy już w kwietniu.
 
MCD była i jest honorowym studentem, jej nauka idzie łatwiej. 
Pracę ma bezstresową i po pracy już o niej nie myśli.
 
Jestem szczęśliwą mamusią. 😀😀

starsza

 

Starsza siostra jeszcze jest w NY, zapomniała zapłacić OC za samochód. Korzystanie z banku w Polsce przebywając za granicą jest troszeczkę skomplikowane, jeśli do danego konta bankowego jest przypisany numer telefonu, który został w Polsce. Nie może wprowadzić, żadnego nowego odbiorcy na swoim koncie, taka operacja wiąże się z potwierdzeniem smsowym. Poprosiła abym to ja zapłaciła, a ona zapłaci na równowartość moje inne rachunki. Odpowiada mi taka zamiana.

W NY pada dziś śnieg z deszczem. Wszyscy zostali w domach, podobnie jak u mnie, jeśli pada śnieg i mrozi, nie wolno wyjeżdzać, chyba że to jest na prawdę niezbędne. U mnie dziś, również jest chłodno bo +6°C to nie jest za gorąco.

Dziś mam dzień wolny, wstałam jeszcze wg starego czasu (z soboty na niedzielę przesunięto godz do przodu), kładę się również do łóżka wg starego. Mam nadzieję, że za kilka dni organizm się przystosuje. Jedna godzina wprawdzie to nie wiele, ale utrudnia mi funkcjonowanie.

W dalszym ciągu będę kopiować moje posty ze starego bloga i przenosić do Worda. Później po dokładnym przeanalizowaniu, umieszczę na nowym blogu. Nie będą one wszystkie dostępne dla czytających. Kto z zaglądających na bloga czyta historyczne posty?

Nikt.

 

Oczywiście znajdzie się osoba, która nie mając co z czasem zrobić, przeczyta wszystko od deski do deski. U mnie nie będzie wiele do czytania z historii.

Oto jak …

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze…
Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy…
Nauczyć się dawać, nie dając…
Nauczyć się brać, nie biorąc…
Nauczyć się tańczyć, nie tańcząc…
Nauczyć się żyć, nie czując życia…
Nauczyć się miłości, nie kochając…
Nauka jest sztuką!!!!

Podobno dziś moje imieniny

Podobno bo… ja jestem tutaj, oni tam lub jak kto woli,  oni tu a ja tam. Żeby, nie koleżanki z mego “świata” to nawet bym o tym nie wiedziała. W “tamtym świecie” imienin nie obchodziłam, jeśli już to były wymuszane, przez znajomych i rodzinę. W szkole, studiach i pracy nie obchodziłam i wszyscy wiedzieli i życzeń nie składali. Bo jakie to życzenia, kiedy się kogoś mało zna lub się pracuje w dużym zakładzie, nie sposób wszystkich poczęstować, kawy zabrakłoby i godzin pracy również. Nie lubiłam oklepanych życzeń, nie chciałam w dniu moich imienin być kucharką, kelnerką i sprzątaczką. W szkole i na studiach miałam wymówkę, że obchodziłam imieniny w lipcu, w pracy ogłosiłam wszem i wobec, że nie obchodzę.

Dziś nie wiem, jak to się stało,  ale po powrocie z pracy jakiś dziwny nastrój mnie dopadł. Nie wiedziałam z jakiego to powodu. Raptem na messangerze koleżanka składa życzenia, skype też. Może i miło bo jedną znam 44 lata,  druga 13 cie? ,  też długo.

Mogę stwierdzić, że nie czułam nastroju imieninowego, życzenia przyjęłam lecz …nie pamiętam życzeń.

Na prawdę, nie przywiązuję wagi do życzeń imieninowych.

Trzeba być miłym dla drugiego człowieka, każdego dnia nie tylko raz do roku.