11 dzień diety

Do godziny 2pm nic nie jadłam. W pierwszej kolejności musiałam podjechać do sklepu zrobić zakupy choremu synowi. Później całą torbę zapakować. Aby zupa mi się nie zepsuła w samochodzie, wstawiłam pojemniki z zupą do torby lodówka. Niestety ale nie miałam zamrożonych specjalnych kostek do tej torby, jedyne co mi wpadło do głowy to….włożyłam zamrożoną kaczkę. Tym spodobem zupa miała odpowiednią temperaturę a kaczka w połowie się rozmroziła. 

2w1

Po pracy podrzuciłam synowi jedzenie, nie wchodząc daleko do mieszkania i szybko w drogę powrotną aby zdążyć przed korkami. 

Dziś jestem bardzo zmęczona. Praca to jeden, drugie nie jadłam śniadania. 

Lanch: cattage cheese fat free 340g z 2 łyżkami miodu.

Kolacja: zostały z ciasta 2 białka więc dodałam do pieczonej papryki, pora i cebuli. Pychotka😀

Upiekłam dziś bułeczki maślane posypane sezamem i makiem. 

Próba bułeczek będzie jutro. 

coś mnie tak naszło

To było w czasach kiedy z internetem łączyło się za pomocą modemu, a on wykonywał takie dziwaczne dżwięki. W czasie kiedy korzystało się z internetu,  nikt nie mógł skorzystać z telefonu. Zatrudniona byłam na stanowisku dyrektora finasowego dobrze prosperującej prywatnej firmy. Wykształcona i jeszcze młoda, zgrabna i powabna, kusiłam nie jednego faceta. Nie w głowie mi były jednak igraszki i figle, miałam na utrzymaniu dwoje dzieci, one były u mnie najważniejsze. Nie przewidywałam romansu oraz zamążpójścia. Jeden  ex był wystarczającą nauczką. Nie potrafili tego zrozumieć moi żonaci “zalotnicy”.  Krążyli jak osy wokól ula. Pierwszy dzień w pracy minął bardzo miło. Poznałam współpracowników, załogi mi nie przedstawiono bo i nie było ku temu powodów.

Obowiązki swoje traktowałam i wykonywałam z należytą powagą lecz nadszedł czas, że po 2 latach cierpień musiałam się zwolnić. Dziś nazywałoby się stalkingiem i molestowaniem, w tamtych czasach zalecaniem się. Pytanie – jak może zalecać się żonaty mężczyzna? Dbałam o swój wygląd, zewnętrzy i wewnetrzy. Chciałam żyć w zgodzie ze sobą, tą równowagę chciał i próbował zburzyć właściciel firmy.  Ponad rok odpierałam jego ataki łapania za pośladki i piersi, próby pocałunków w szyję, ponad rok gdy wchodził do mego pokoju, próbowałam  uciec i uciekałam ze swego gabinetu. Uciekałam również za swoje biurko, a ona ganiał mnie jak kot myszkę. Kategorycznie uprzedzałam właściciela, który zwracał się do mnie po imieniu bez mojego pozwolenia, że zawiadomię odpowiednie władze o jego zachowaniu. Śmiał się mi prosto w twarz, miał prawie wszystkich w urzędzie miejskim i nie tylko, w swojej dłoni. Nikt mi nie pomógł, nikt nie powiem powstrzymał, nie próbował powstrzymać tego chorego człowieka. Przecież słyszeli moje wołanie, jego krzyki… zostaniesz moja!!!!!

Walczyłam sama z chorym człowiekiem. Zwyciężyłam, przegrywając. Z chwilą znalezienia nowej pracy zwolniłam się. Nie mogłam odejść z dnia na dzień, miałam na utrzymaniu dzieci, a bez zabezpieczenia finansowego, życie nasze zostało by zrównane z zerem.  W dniu mego odejścia. Prezes … żałuję, bardzo żałuję ale rozumiem, dyrektor techniczny…nie dałaś się, szacunek, trzymaj się ale nie będzie tobie łatwo, dzwoń.  Pozostali…  pokiwali głowami. Właściciela w dniu mego odejścia nie było. Zrozumiałam, że każdy walczył o swój stołek i trzymał swój stołek. “Igraszki” właściciela firmy  traktowali jako rozrywkę, urozmaicenie do nudnej biurowej pracy.

Przecież nic mi się nie stało, dałam sobie radę, a Stasio przecież 
przystojny facet i ....nie rozumieli dlaczego go nie chciałam.

Banda psycholi, którzy nie rozumieli co to jest GODNOŚĆ. 

Poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie.

Wiele lat upłynęło od tamtego zdarzenia, a wciąż jego wspomnienie wyzwala we mnie emocje.

Dziesiąty dzień diety

Wczoraj pomarzyłam, dziś wróciłam na ziemię.

Zupa ogórkowa stoi w lodówce i czeka.  Zawiozłam garnuszek mojej córci.

Śniadanie: dwa jabłuszka. Nie miałam czasu na śniadanie, więc dobrze, że zjadłam dwa jabłuszka.

Obiad: porcja krewetek na masełku. Mam ich dość!!!!!

Kolacja: marcheweczki

To całe moje dzisiejsze menu. Miałam ochotę na batona proteinowego, ale czy zjadłabym całego, to nie jest pewne. Nic mi się już nie chce jeść. Mogę jajka przecież, na samą myśl o nich, robi sie nie dobrze. Ryby nie mam ochoty smażyć, sałatki wychodza bokiem, podobnie z boczkiem. Jutro sie przemęczę, ale widzę, że na nastepne 11 dni,  muszę wyciągnąć moją wydrukowaną dietę na papierze, bo na razie to stosowałam “dietę” z pamięci.

Samopoczucie? Nie czuję głodu i mogłabym już, nie jeść. Jem marcheweczki bo coś trzeba, najlepsze…one są słodkie!!!! 😄

Trudno, żeby przy takim jedzeniu sadła nie ubyło.

 

/nie mam zielonego pojęcia co zrobić jutro na śniadanie/

Marzenia

Można marzyć o wszystkim, osobiście o wszystkim nie umiem. Po prostu planuję. Może to jest jakiś gatunek marzeń, nie wiem.

Dziś właśnie pomarzę,  bo te marzenia są do osiągnięcia. Nie będzie zawodu.

Zbliża się piątek, będę mogła jeść wszystko, na co będę miała ochotę. 

Placki ziemniaczane cieniutkie i chrupiące. 

Buraczki tuszone 

Marchewka tuszona

Ziemniaki puree z masełkiem, serem żółtym i mlekiem. 

Kotlety mielone maciutkie tak na 2 ugryzienia. 

Naleśniki z serem polane śmietaną z cukrem. 

Bułeczki i chlebek mojego wypieku. 

Jest w tym coś dziwnego, nie myślę o lodach, słodkich batonach i cukierkach. 

Z zup to będzie oczywiście ogórkowa, poczeka na mnie w lodówce i chyba zjem ją w piątek na ….. śniadanie. 😀

To cały mój “repertuar jedzeniowy”. 

Today the juice day

Od rana piłam soki, świeżo wyciskane z owoców i warzyw. 

Rzodkiew, por, kalarepa, jabłko, marchweka. 

Nie których nie dało się pić bez dodatku soku z cytryny. 

Zjadłam też jedno wielgachne jabłko i kilka malutkich marcheweczek.

That it!!!

Samopoczucie? Dobre
W popołudnie – bawiłam  się w ogrodnika.

Jednak lubię siebie torturować, gotuję zupę ogórkową, nie tylko na rozdanie dzieciom. Zostawie sobię garnuszek (gotuję w wielkim garze) na piątek. Już czuję smak, zapach? rozchodzi się po mieszkaniu. Może samym zapachem dziś się najem. 

Tak, jestem dziś głodna. 

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Pokusa

Jeszcze nigdy tak mnie nie kusiły bułeczki jak tego wieczoru. Zostawiłam do ostudzenia i ucieklam do łóżka już o 9pm. 

Tak, tak schowałam się do sypialni. Wiem, że dałabym radę, ale po co siebie tak torturować? 
Zapach byl, niesamowity, tym bardziej, że od tygodnia nie jadłam pieczywa, ziemiaków, żadnych makaranów i ryży. Co zjem w piątek? Upiekę bułeczki. Ziemniaki puree, takie moje puree, (masło, ser żółty i mleko). Może kilka łyżeczek lodów. Jak dużo nie trzeba, aby pomarzyć o jedzonku, wystarczy dieta. 

Siódmy dzień diety

Śniadanie: 

8 plastrów smażonego bekonu, kawa z mlekiem z dodatkiem jednej paczuszki słodzika. 

Nie mam ochoty na jedzenie. Czuję się dobrze. Może trochę lżejsza? Fałdki tłuszczu jak były, tak i są, nie ma czego oczekiwać po 5 dniach diety. Chociaż …oj chciałoby się zauważyć zmianę. Nie, nie zniechęca do stosowania diety. 

Po tym tygodniu, coś drgnie. 

Śpię dobrze, nie zauważyłam większych zmian. 

Lunch: wyszliśmy z MM do baru. Zamówiłam sałatkę bez kurczaka. Warzywa z suszonym jabłkiem, pokruszonymi orzechami włoskimi i troszkę fety.  Dodatkiem do sałatki był kawałek bagietki i jabłko. Z jabłka zrobię sok z dodatkim marchewki. Bagietkę zużyję na kanapki synowi. 

Uważałam, że na takie danie mogę sobie pozwolić. 

MM szykuje się do wyjazdu😢
Kolacja: shrimp w maśle i dwa jajka na twardo.

Plus dwie lampki Martini Rossi Bianko podczas oglądania filmu “Anything for love”.

Dzień szósty diety

Po zmianie czasu 2 tygodnie temu, nareszcie mogę stwierdzić, że organizm się przyzwyczaił. Przebudziłam się o przyzwoitej porze, nie mając pomysłu na śniadanie. 

Po otwarciu lodówki, zakomunikowałam MMowi, że chcę boczek. Oczywiście, że upiekł, to jest jego zajęcie, jak w domu przebywa. 

Śniadanie: kawa rozpuszczalna z mlekiem i słodzikiem. 6 plastetków boczku.

Przed południem wyszłam na yard, powciągać ostatnie liście, które powinny być dawno uprzątnięte. 

Po około godzinie, zrobiłam przerwę, maszyna hałasuje i liście pod warstwą suchych były mokre. Mokre liście zapychają maszynę i ziemia osadza się na ściankach rury do wciągania. Przerwa jak najbardziej mi się należy. Zdjęłam jedną dłuższą część rury i jak wsadzam rękę żeby wyciągnąć  zapchnięte liście, muszę uważać aby ręki nie wsadzić za daleko, bo mi zmieli palce jak mieli liście, na drobne kawałeczki. Wprawdzie druga ręka będzie sprawna, jeśli uniknę zakażenia i nie amputują mi obu rąk. 

OK, to koszmarny scenariusz. 

Przed południem MM wyszedł na yard. 

Hurrrrra!!!!!Mam pomocnika!!!! Będzie zbierać gałęzie!!!!!!
Lunch: 

sałatka warzywna z dodatkiem jogurtu i majonezu light. 

Składniki sałatki: pomidor, sałata, biała cebula, żółta papryka, ogórek szklarniowy, por naciowy, potarkowana na grubrch oczkach marchewka, listeczki szpinaku. Sól i pieprz.

Smakowało? Oczywiście!!!!

Po lunchu wyszliśmy dokończyć dmuchanie. SKOŃCZONE!!!!

MM pomógł mi bardzo, żeby nie pomoc, zostałoby na cały dzień pracy, ciężkiej pracy. W nagrodę wyszorowałam mu plecki. 😀🚿🚿🚿🚿🚿🚿🛀🏽😀

Kolacja: sałatka z lunchu. 

Warzywa pokrojone na sałatkę nigdy nie doprawiam wcześniej. Nabieram do salaterki tyle ile planuję do zjedzenia i dodaję dodatki. Wiadomo, nawet sałata doprawiona śmietaną po godzinie pływa w wodzie powstałej ze śmietany. 

Zawsze lepiej warzywa przyprawić przed samym jedzeniem lub podaniem. 

Czuję się wyśmienicie.