Lekarz i babka…

Idzie jesień. Co raz więcej liści na tarasie. Aksamitka i nowe kwiatki jesienne kwitną. Poranki i wieczory chłodniejsze 22-24C. Powietrze mniej rześkie i przyjemne nie duszące. Nie planuję, żadnych prac, odpoczywam. Myślę jedynie, trzeba to zrobić, przeunąć, pomalować, naprawić. Boję się sobie zaszkodzić, moja rekowalenscencja po pack yardzie wciąż trwa. Dziś mam wizytę u specjalisty od kręgosłupa. Potrzebna mi więcej tabletek, od bólu też, te od bólu dostępne w każdej aptece to musiałabym garść połknąć, nie wiadomo czy taka dawka by zadziałała, zaszkodzić na pewno. Liści z deck nie dmucham, siedzę wśród nich i jest mi tak dobrze. Przed wyjazdem muszę jedynie chodnik tarasowy zwinąć i wstawić do garażu.

Kawkę popijam, słucham śpiewu ptaku, w oddali szum samochodów. Patrzę wokół, jest mi dobrze i spokojnie. Dziś mam off, nie muszę się spieszyć.

Posadziłam 12 krzczów dąbrówki rozłogowej ( rośliny płożące). Nie wiadomo czy wszystkie się przyjmą, za długo trzymałam w plastikowych doniczkach. Kilka na pewno da radę sie ukorzenić. Od jutra deszcze, woda będzie pomocna, ożywi. Dziś jeszcze mam upiec babkę ziemniaczaną. Syn zajedzie po szkole do mnie, córci jutro zawiozę. Z babką rozpocznę zabawę po powrocie od lekarza. Trochę popakować się, w pierwszej kolejności wymienić walizkę. To są plany na dzień dzisiejszy. 

Przed wyjazdem do lekarza, całkowicie zakończyłam porządki office. Nie muszę już nic układać ani porządkować. 

Do lekarza pojechałam inną trasą, omojając korki. Muszę powiedzieć że moje miasto plasuje się w pierwszej dziewiątce najbardziej zakorkowanych miast na świecie. Objazd zajął mi tylko 45 minut. Około godziny czekałam w gabinecie na lekarza. Zaczęłam się niepokoić. Wszedł

– nareszcie jesteś, witam – powiedziałam

Opowiadałam na pytania i pokazałam zdjęcia back yardu. Nie mógł uwierzyć, że to ja zrobiłam. 

Poprosiłam o pomoc, bez pracy życie nie ma dla mnie sensu, w głowie mam 1000 pomysłów, muszę pracować to daje mi radość i uspokaja, może nie śpię spokojniej ale jest łatwiej usnąć po fizycznym zmęczeniu. Lecę do Polski, podróż długa nie wiem jak dam radę, może nic nie będzie boleć, a jeśli będzie co mam robić….opowiadałam, pytałam. 

Po wywiadzie poprosił abym jeszcze raz pokazała zdjęcia, teraz obejrzał dokładniej i  wszystkie, z uśmiechem na twarzy powiedział – chciałbym, żebyś u mnie tak zrobiła na yardzie. 

– Dlaczego mąż ci na to pozwala – spytał (zna mego męża) 

– Nie może nie pozwolić, to jest to co daje mi radość. 

Rozmawialiśmy jeszcze dość długo. 

Przypisał mi medykamenty i specjalny pas na podróż. 

Na pożegnanie, przytulił. 

Lubię mojego doktora i wiem, że on mnie też. 

Powrót był dłuższy, obrałam inny kierunek. Godzina szczytu, nie udało się całkiem ominąć korki. Gdybym pojechała autostradami byłabym w domu o godzinę lub dwie później. Nie mogłam pozwolić sobie na takie spóźnienie. Synuś po szkole ma zajechać, obiecałam babkę. Bez przebierania się, szybko naobierałam ziemniaki, starkowałam w maszynie, pokroiłam kiełbasę i mięsko, wymieszałam. Piekło się godzinę. Przyjechał synuś z Valerią. Oprócz babki dałam jeszcze co nie co. 😁

Jutro trzeba wstać wcześnie i przed pracą, upiec babkę dla córci. Gorąca jest lepsza, smaczniejsza. 

Nie wystarczy dobrze gotować, trzeba umiejętnie zaprezentować. 

Walizka

Mam pracowitą niedzielkę. Z raniutka, jak zwykle przy pięknej pogodzie, śniadanko na tarasie. Pootwierałam wszystkie okna i drzwi aby wpuścić, świeżego o tej porze dnia powietrza. Przed 11am, zrobiło się duszno i okna trzeba było pozamykać, niestety. Cieszę się chociaż godzinką chłodnieszego dnia. Trudno bezczynnie siedzieć. Układam pościel i ręczniki w szafie (closet). Wiadomo jeśli wykonuje się przez dłuższy czas jakąś czynność, pozostałe traktuje się po macoszemu. Chociaż mój tatuś miał wspaniałą macochę, to jego ojciec był tym który, serce gdzieś zgubił wracając z wygnania. 

Córcia zadzwoniła z apytaniem, czy aby u mnie wszystko dobrze. Dobrze, żyję, jest ładnie siedzę na tarasie. 

Przy okazji pakuję się, robię dwie czynności naraz. Pakowanie jest tą drugą. Mam jeszcze czas, wrzucam do walizki niektóre rzeczy aby nie zapomnieć. Na razie, otwarta jest mniejsza walizka, coś mi się widzi, że będzie za mała. 😩😩😩

Skończyłam układanie pościeli, koców, kołder w szafie. Nie nudziłam się. Prawie usprzątnęłam office. Prawie, ponieważ, zostało ogarnąć biurko, do kilku segragorów wpiąć dokumenty, a inne segregatory postawić na półkach. Zrobiłam kawał dobrej roboty. Między czasie wrzucałam coś do walizki.

Jutro dokończę office, pakowanie, sprzątanie i zacznę wynoszenie rzeczy z szafek kuchennych. Trzeba powolutku przygotowywać się na wkroczenie firmy budowlanej. Wprawdzie prace rozpoczną się kilka dni po moim powrocie z Polski z tym, że po powrocie i po pracy będę wykończona. Zmiana czasu czasami mi bardzo długo dokucza. 

Jak dam sobie radę z remontem? A trwać będzie 6 tygodni. Nie wiem i nie chcę sobie tego wyobrażać. W pierwszym względnie drugim tygodniu grudnia, prace powinny być zakończone. Jeszcze o tym nie muszę myśleć. Trzeba skupić się na wyjeździe. 

Podobno podróże kształcą, dawno temu ludzie mówili, teraz również zabijają, media o tym krzyczą. 

Samotna piękność

Dziś byłam w salonie piękności, zrobiłam brwi i rzęsy. Miałam już robione brwi na sposób indyjski, to prawda, dłużej się utrzymują. Dziś miałam zrobione tradycyjnym sposobem, na wosk. Idealnie wyprofilowane i kolor….kolor dopasowany do cery i oczu. Nic nie trzeba poprawiać, trzeć ręcznikiem aby trochę były jaśniejsze. Podobam się sobie, normalnie jest PIĘKNIE!!!!!! W piątek lecę na oczyszczenie twarzyczki i odżywienie, muszę to zrobić przed 25godzinną podróżą. Kto by nie miał stracha, normalnie się boję. W podróży będę miała wszelkie wygody, o to zadbał mój MM, z tym że podróż jest zawsze męcząca. Jazda autobusem z Wawy do mego miasta to 4 godziny, wykupiłam miejsce w pierwszych rzędach, za dodatkową dopłatą. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
Powolutku pakuję się, powolutku… bo siedzę na decku, słucham muzyk’i, śpiewam, mruczę, podskakuję na kanapie ogrodowej, piszę posta, patrzę na back yard, dusza i serce się cieszy. Piekę chlebek na zakwasie. Właśnie wyjęłam z piekarnika, pychotka. Nie jestem zadowolona z jednego, MM nie wrócił na weekend do domu, jestem bardzo samotna. Nie pierwszy ale mam nadzieję ostatni raz. Tak myślę, tutaj jestem sama, jadę w samotność do Polski. Przecież u mamusi nie będę nocować, wracać będę do pustych ścian. Chciałabym, aby ta moja samotna podróż była ostatnią samotną podróżą. 
9:12pm, MM wciąż w pracy, prosiłam aby już zostawił i pojechał do hotelu, odpoczynek mu się należy. Aha, posłuchał, na pewno. Dalej siedzi i myśli może, że ma 35 lat, pełen energii i świat do niego należy. Kiedyś w Polsce, pracowałam podobnie jak MM w tej chwili, a moje dzieciaczki spały na kanapie w konferencyjnym pokoju, myślałam, że robię dobrze, że robię dla firmy o siebie, naprawię nie tylko system w firmie ale i cały świat. Doceniona może i zostałam ale co z tego, czasu i straconych chwil nie spędzonych z rodziną nikt nie zwrócił. MM mówi mi, że to jest jego praca, on umrze a świat dalej będzie się kręcić bez niego, ja to zrozumiałam, czas aby i on zrozumiał. Nic ale to nic, zupełnie nic nie jest ważniejsze od naszego zdrowia, dzieci i rodziny. Tylko….trzeba przejść długą wyboistą drogę aby to zrozumieć. 
Sąsiad o czarnym kolorze skówy jest w swoim domu, muzyka u mnie,  a on w pewnym momencie, trzykrotnie, gasił i zapalał światło, później stanął przy oknie. Muzyka nie była głośna, więc niemożliwym aby ją słyszał, widział za to, że siedzę na decku. No, ciutkę bo jak na moje możliwości to troszeczkę potańczyłam. Podglądał? Przez lornetkę? Wszystko możliwe, wszyscy w ameryce mają lornetki. Czy spać będę spokojnie, bez obaw? Chyba nie możliwe. Dlaczego gasił i zapalał światło, wyglądało tak jakby nadawał jakiś sygnał, nie ma dzieci więc się nie bawił, spięcie tak nie wygląda bo gdyby byłoby to spięcie światło by zgasło. No nie wiedziałam , że jest w domu, gdybym wiedziała to nie wyszłabym na deck. Nakręcam się? Lepiej nakręcać się niż zbgatelizować. Wyobraźnia? Lepiej uruchomić wyobraźnię niż jej nie mieć. MM wciąż w office, wysłałam smsa do córci, o tym dziwnym zdażeniu u sąsiada. MM i tak by to zignorował, jest zajęty. 10:22pm widzę MMa w hotelu. 

Lepiej zdmuchnąć mały płomień, niż czekać na pożar.

Jak zwykle

Godzinne poranne krzątanie się w kuchni daje efekt w postaci pieczącej się babki ziemniaczanej dla córci i postawienia ciasta chlebowego do wyrośnięcia dla syna na jutro. Chwila odpoczynku przy kawie latte i trzeba powolutku szykować się do pracy. Jaki będzie dziś dzień pracy, nikt nie wie. Lepszy? Gorszy? Pracowity na pewno.

Na zewnątrz wciąż ciemno.

Babka dzieciom smakowała.

Chlebek upiekłam, dom ogarnęłam, padłam umordowana na kanapę.

Czas na odpoczynek.

Łzy z nadmiaru….

Do pracy dziś nie pojechałam, poczułam się bardzo zmęczona.

Do południa chodziłam w pidżamie. Ogarnęłam trochę kuchnię, wszelkie napoje jeszcze stały na blacie od party, pochowałam sztućce, kilka talerzyków. 

Przeprowadziłam dwie rozmowy na skype, znów uczucie zmęczenia mnie ogarnęło. Przeforsowałam się back yardem, wiem, teraz muszę dojść jakoś do siebie. Tylko jak to zrobić w szybkim tempie bez wspomagaczy? 

Leżę, śpię, włuczę się po domu i tak w kółeczko. Mam nadzieję na jutrzejszy pełen energii dzień. Jak będzie, zobaczymy. 

Córci tel wyrwał mnie ze snu i przerwał mary senne.

Wracała ze szkoły.

Później jakoś się rozkręciłam i podlałam: krzaczki, trawkę, kwiatki. Przy okazji zmyłam kurz z chodników i patio. Nie, nie robionych przezemnie, robione chyba ze 3 lata temu. Moje trzymają i mają się dobrze. Słońce już zachodzi, temperatura się lekko obniżyła, wyszłam na deck posiedzieć przy wiaterku z wiatraka. 

Popłakałam się patrząc na back yard. Ile pracy ja włożyłam, tylko ja wiem. Cieszy mnie widok, ładny widok a łzy spływają po policzkach. Trawa, krzewy i obecnie przekwitłe kwiaty, kambule nie kamienie, płyty kamienne, kamienie wokół płotu i kora, schodki, to moja ciężka praca, czasami ponad moje siły. Dlaczego to robiłam? Chciałam aby można było powiedzieć, że tutaj mieszkają ludzie. Lubię ład, porządek i ładne widoki. Wiem, że omal przypłaciłam to zdrowiem. Patrząc dziś na mnie,można powiedzieć, zmęczona to mało, wycieńczona. Już nie mam takich karkołomnych planów. To był pierwszy i ostatni raz takich prac. Teraz będą krótkookresowe. Zanim podejmę się jakiegoś projektu, pojadę do domu i odpocznę. Chociaż moja mama zaczęła wyobrażać, że będę jej gotować zupki każdego dnia. Sprowadziłam mamusię na ziemię. Na trzy dni mamusia, na trzy dni. Sama jem jedno danie przez kilka dni, masz lodówkę więc tam będziemy przechowywać. Nie spodobało się mojej mamusi. Nie ważne, czas się dostosować do rzeczywistości. Niech mi nikt nie mówi, że stara, jak stara to może wybrzydzać? O nie, nie tędy droga, moja mamusia może jeszcze swoje córki przeżyć.  Chcę w Polsce spokoju, odpoczynku bez plotek i obgadywania, będę się mamusią opiekować lecz na moich zasadach inaczej ja padnę a ona będzie miała się wciąż dobrze. Szczerze mówiąc mam wyrzuty sumienia, traktując mamusię nawet w rozmowie przez skypa, w ten sposób ale inaczej nie wolno z nią postępować. Dam radę, muszę dać radę. Nie mogę się poddać. 

Ptaszki jeszcze śpiewają, cykady zaczęły skrzeczeć swoje melodie, komary po sprejowaniu przez firmę czasami przelatują jak nieprzytomne a ich ukłucia swędzą króciutko, robi się przyjemny wieczorek, szkoda że w samotności. 

Wszystko w nadmiarze, jest szkodliwe.

Zaćmienie słońca

Nie było żadnego wykupowania towarów lub robienia zapasów na następne lata, tak jak niektóre portale bredzą. Ludzie nie oszaleli, jechali na parkingi, odpowiednio wyznaczone miejsca, ja byłam na prywatnym polu, gdzie wjazd kosztował 20$. Nie było przepychanki, stało samochodów 7 licząc nasz. Na następnym 2 samochody. Jadąc na północ ( ponad 2 godziny) widać było, stojące samochody a przy nich osoby siedzące na rozkładanych krzesełkach. Na prawie każdym skrzyżowaniu stała policja. Wszędzie panował ład, porządek i organizacja. Oczywiście przy sklepowych molochach ludzi zapewne było więcej, ale tak jak powiedziałam nie było przepychanek, wykupowania towarów, jazdy po pijaku. Wszyscy byli podekscytowani ale spokojni. 

Słońce powolutku chowało się za księżyc. Rombek po rombku. To słońce stawało się księżycem – rogalikiem aż skryło się całkowicie. Chowając się następowała dziwna szarówka. Podobno brakowało wtedy ultrafioletu w kolorach. Kiedy księżyc zakrył słońce …. nastąpiła na ziemi ciemność lecz niebo wciąż było jasne. Na tym jasnym niebie pojawiła się jedna gwiazda. W sąsiedztwie ktoś wystrzelił petardę, za chwilę ktoś nacisnął na klakson tira. Dużo krzyku i popiskiwań. Dziwne uczucie i dreszcz na plecach. Za chwilę nastawała na ziemi jasność. Jadność nadtępowała szybcuej, po prostu takie wrażenie. Samochody z pola, powolutku odjeżdżały, ja z córcią i Ivanem odjechaliśmy kiedy słońce było jeszcze troszeczkę zasłonięte przez księżyc. 

Księżyc zaczął zasłaniać słońce z prawej strony, odsłaniał również z prawej lecz ” rogal” w pierwszej fazie swoje różki miał skierowane w prawą stronę. Przy odsłanianiu słońca różki rogala skierowane były w lewą stronę.

Dzięki córci i Ivanowi mogłam zobaczyć coś, co zdaża się nie często i nie zawsze w tym miejscu w którym przebywamy na tą chwilę. 

Niesamowite wydażenie. Niesamowite odczucia. 

Pomoc

Piękny poranek, zjedliśmy śniadanie na decku. Yard wygląda tak jakby zawsze był w takim stanie. Może i lepiej, nie warto pamiętać jak było. Pogoda na prawdę dopisuje, nie jest z rana dzisiaj gorąco, ale mam włączony wiatrak.
Bardzo jestem zmęczona, MM powyjmował i następne naczynia powkładał do zmywarki. Pozmywał też ręcznie. To dla mnie wielka pomoc. Pomimo, że na yardzie pomógł w mikrospokpijnym stopniu ale…. pomomógł bardzo, bardzo dużo.

Party

Na początku muszę powiedzieć, Sandry nie będzie😪😪😪. Przykro i smutno, pozwoliłam jej zadecydować, przyjść, czy też nie. To ona źle się czuje, ja jedynie mogę podejrzewać jak źle. Chciała wprawdzie wpaść na godzinkę, ale… samo szykowanie, upiększanie, wsiadanie do taryfy itd, sprawiłoby jej wiele niepotrzebnych cierpień. Planowała wyjazd do Hiszpanii, cieszyła się na ten wyjazd, teraz ta podróż może się odwlec w czasie lub nigdy nie nastąpić.  Mam nadzieję, że jeszcze będzie dane mi ją spotkać, po moim powrocie z Polski. Mam nadzieję.

Yard skończony, w jednym miejscu muszę dróżkę dokończyć, tam trzeba przyciąć krawężnik, zrobię to we wtorek. 

2:26pm

Nareszcie przysiadłam. Jak dobrze i miło usiąść na decku a back yard skończony. Nic mnie już nie godni do roboty. Aż westchnęłam. Paluszek zgnieciony jest spuchnięty, czerwony a wyrastający paznokieć jest bialusieńki.  Co tam paluszek, zrobiłam ponad 30 pyz ziemniaczanych z mięsem. Mięso daję zawsze surowe. Zajęlo mi to 3,5godziny wraz z gotowaniem. Ciasta ziemniaczanego na jedną pyzę dawałam 150-160g, mięska nie za dużo i nie za mało😁. Pierwsza pyza na sprobowanie, gotowała się samotnie 15 min. Troszkę za krótko, w smaku wspaniałe. Pozostałe gotowałam w dwóch garach po 20minut. Wielki kawał mięsa grylluje się,  to zajęcie należy do MM. Zapach z grilla zawiewa w moją stronę, oj smaczniutko pachnie, 

Goście już wyszli. Było bardzo ale to bardzo miło. Najpierw siedzieliśmy na decku. Jedzenia pod dostatkiem. Na torty i kawę przenieśliśmy się do domku. Każdy mógł siedzieć gdzie chciał. Nie było konkretnego siedzenia przy stole. 

Nadmiar jedzenia dałam dzieciom. 

Gości oprowadzałam po mojej dróżce. Było WOW, podziwianie, uznanie, zrozumienie.  

Jestem zadowolona. Jutro niedzielka, śpię, jem, odpoczywam do oporu. 

Aligator

Jestem niespotykanie, poddenerwowana. Wkurza mnie ogrom prac do wykonania i nie cieszy mnie widok wykonanej pracy. Wiem, że jestem zmęczona, bardzo zmęczona, w mikroskopijnym stopniu mogę liczyć na MM. Pracuje i konferencja za konferencją. 

Bolą palce, ręce i głowa. Potrzebuję odpoczynku a nie snu. ODPOCZYNKU. 

Nie wszystko dokończę i brzydko mówiąc, pies to drapał. Kogo obchodzić będzie mój yard. W domu trzeba odkurzyć. Warzywa na saładki pokroić, psy do mycia zawieźć, zakupy last minute zrobić, już nie wiem co więcej. 

Ostatni raz robię party w domu. Nigdy więcej. Knajpa, gdzie podadzą, dogodzą, naczynia wymienią. Co mnie podkusiło? Że yard zrobiony? A tak naprawdę to będzie kilka WOW i to wszystko. 

Córcia wpadła po pocztę. Już na początku września będzie miała przysięgę. Niestety będę w Polsce. Chciała zobaczyć dokument z obywatelstwa swego brata. Wiedziałam, że poukładałam, a segregatora nie ma. Zapadł się pod ziemię. Zaczęłam przeglądać swoje dokumenty. Też nie ma. Córcia uspakaja, że przecież nikt nie zabrał czy ukradł. Po moim wielgachnym zdenerwowaniu, znalazły się, był na miejscu i całkowitym porządku, organizacji. 

Teraz leże ubrudzona na kanapie, odpoczywam. Jeszcze godzinkę no może więcej i będzie skończone. 

MM pomogł mi z korą. Ponosił worki i z jednej strony yardu rozsypał. Pomógł pozbierać narzędzia. Mimo że jego pomoc to mniej niż minimum, a jednak baaardzo dużo. “Kołysałabym się” z tym chyba do północy. 

Nie mieliśmy pomysły na kolację. Pojechaliśmy do restauracji innej niż zawsze. Aligator na przystawkę, mięsko leciutkie i pyszniutkie. Na główne danie pstrąg z krewetkami i szpinakiem. Również pychotka, do tego dwa drinki i słodki deserek. Brzuszek pełniutki, czas na błogie spanko. 

Nieskończoność 

Spałam do 6:23, super. Wiem, że wczoraj byłam bardzo zmęczona. Dziś po pracy mam mniej roboty ze ścieżką. Muszę zajechać do sklepu po zakupy warzyw na sałatki. Córcia, Ivan i Sandra jedzą minimalne ilości mięsa. Tak, Sandra potwierdziła swoją obecność w sobotę. Cieszę się, że będzie. 

Co oznacza pocałunek, taniec i wielka radość we śnie, z osobą która dawno temu zmarła?

Myślałam, że nie wyjdę dziś na yard. Zmęczona pracą, upał, każdego dnia po pracy haruję jak kilka wołów. Podczas rozmowy z MM stanowczo stwierdziłam, odpoczywam. 

Marzenie, to było marzenie. Nie wiem kiedy, na prawdę nie wiem kiedy wyszłam na ten żar i zaczęłam harować. Rizsypywałam i układałam kamienie duże, średnie i małe pod płotem i krzakami. Spieszyłam się aby skończyć zanim MM przyjedzie. Dziś ma wziąć taxi a ja lampkę wina, takie były ustalenia. Wszystko się zgadza, kampka wina już jest, ale jestem niemożebnie zmęczona. Oczywiście, że się przyznam do harówki. MM będzie niezadowolony. 

Odpocznę w Polsce. Będę spała całymi dniami, czytała, odwiedzała mamusię i jadła w knajpach. To mój cały plan na Polskę. Nie mam ochoty (jak na razie) z kimkolwiek się spotykać. Nie mam ochoty odpowiadać na pytania, jak mi tutaj się żyje itp. 

Myć okien nie będę, ogrodu sprzątać też nie będę, zmienię pościel i pościeram kurze ale w sypialni, kuchni i pokoju który będę używać, reszta niech sobie bedzie zakurzona. Nie wiem kiedy wrócę. 

Wszystko i wszyscy przez ten czas się zmienili. Łąki za naszymi domami już niema. Dobrze że mój dom jest przy następnej ulicy a nie przyległej do łaki, będą coś budować. Kiedyś moja ulica była ruchliwa, przez łąkę przechodzili i przejeżdzali mieszkańcy z dalszej dzielnicy.  Kiedy pobudowali arterię i postawili pprzy tamtej dzielnicy ogrodzenia dźwiękoszczelne, skończyła się “wędrówka ludów”. Nie ma łaki i drzw na które moje dzieci się wspinały. Syn budował domek na drzewie z kolegami a córcia zmiażdżyła palec. 

Wszyscy postarzeli, niektórzy poumierali trochę za wcześnie, młodsi powyjeżdżali i prawdę mówiąc nawet nie ma komu dzień dobry powiedzieć. 

Życie jest nieskończone, mając swój koniec. 

Finito nr 1

Wystarczyło aby wstać 2 razy pod rząd o 5am, w trzeci poranek, mimo że nie musiałam, przebudziłam się tuż po 5am. 

Słońce wstaje, promyki prześwitują przez drzewa i liście. Podobno będzie piękny dzień. Tak, tak, jadę dziś do pracy. Po pracy do roboty na yard. 

Na razie takie jest moje życie. Praca i robota. Co zresztą może samotna-nie samotna kobieta robić? 

Książki czytać? Czytam jak mam ochotę – jesienią i zimą. 

Dziergać na drutach i szydełkiem? Czasami to robię (nie jest to moje najulubieńsze zajęcie), jesienią i zimą. 

Łażenie po sklepach? I to robię lecz z wielkiego musu. 

Wpatrywanie się w ekran – czasami jak jestem już śmiertelnie zmęczona. 

Pieczenie, gotowanie? – okresówka. Obecnie, nie ma dla kogo. 

Sprzątanie? – sprzątam w zasadzie na bieżąco. 

Zostaje moja robota na yardzie. Lubię konkretne zajęcia, wyzwania ale nie tak jak to, “długodystansowe”. 

Powrót po pracy do domu. 

Na razie odpoczywam na kanapie. Nie mam ochoty na roboty na yardzie. No nie mam ochoty. Straszne gorąco, zapowiadali deszcz, nie pada, niestety. Miałabym wymówkę, lało i nie wyszłam na zewnątrz. 

No nie leje. 😪😪😪😪😪Szkoda. 

Ostatecznie wyszłam na ten upał 35 C, ustawiłam wiatrak i podobnie jak wczorajszego popłudnia, się rozkręciłam. Skończyłam! Skończyłam ścieżkę z prawej strony!. Została ścieżka przy moich schodkach jedynie do ukończenia. Jutro będzie FINITO!!!!!!

Oczywiście zrobię zdjęcia i się pochwalę.

A dziś, jestem zmęczona i pomimo młodej godziny 8:30pm idę do łóżeczka.

Nie jestem pracoholikiem

Dwa dni pod rząd musiałam wstać o 5am. Po powrocie z pracy poczułam się zmęczona. Brak chęci do pracy fizycznej. Żeby nie szczekanie psów, nie ruszyłabym się z kanapy. Przypomniałam, że zostawiłam otwarty garaż, a w bagażniku roślinki szt 12, tzw, zielone pokrycie. Spodobały mi się listeczki i dziwaczne ich kolory. 

Pieski szczekały bo pan od komarów zajechał. Zobaczył otwarty garaż i chciał oprysk zrobić dzisiaj, nie chciałam dzisiaj, wg planu chcę, w piątek rano. 

No i trochę się rozruszałam.

Mam na back yardzie z prawej strony, wnękę ogrodową. Przechowuję tam materiały budowlane, ogrodowe, taczkę, wózki, ziemię w workach. Czasami robi się tam ogromny bałagan. Dziś postanowiłam to wszystko doprowadzić do jakiegoś porządku. Tak się wciągnęłam, że nie zauważyłam, że muszę wytrzeszczać oczy żeby cokolwiek dojrzeć. 😁😁😁Nastała szarówka a ja wciąż pracowałam. 

Teraz jestem diabelsko zmęczona. 

A jutro znów do pracy. Mogę jechać jutro na 8am. To już lepiej niż dzisiaj. 

Zmęczona ale zadowolona

Dzień zaczął się niespodzianką. W pracy miałabym być wcześnie bo o 6:30am. Szybciutko zapakowałam kanapkę, kawę i do samochodu. Poniewierałam się w łóżku za długo, więc później wszystko w biegu. Wyjeżdżam samochodem, światła we wnątrz samochodu nie gasną. Zjeżdżam w dół do ulicy i wracam. Światła palą się, co mnie zaniepokoiło. Do pracy pojechać nie mogę, jeśli samochód zostawię z włączonymi światłami, po 7 godzinach akumurator może być do wymiany. A wogóle to jest jak w loterii, mogę samochodu wogóle nie uruchomić. Zamiast do pracy, pojechałam na stację obsługi, wcześniej wysłałam semesa do pracy, że dziś mnie nie będzie, jutro zrobię to co dziś miałam do wykonania. Na stacji obsługi byłam 20 minut przed 7Am. Do otwarcia było jeszcze 20 minut ale pracownik, otworzył drzwi i mnie przyjął. Po nie spełna godzinie otrzymałam samochód naprawiony.

Kierunek dom. Teraz śniadanko, przebrać się i na “pole”. Nie planowane zajęcia, trudno się zmobilizować. Miało być inaczej a jest tak, jak jest. Materiały budowlane i ogrodowe oraz kwiatki, zakupione, leżą obok garażu, tylko pracować.
W bluzce której obcięłam krótkie rękawki, teraz na całości powycinałam dziurki, mniejsze, większe bezkształtne i ogrąglutkie. Mam przewiew.
Udało się wykopać dołek prawie na środeczku części zasłoniętej korą, nie jest głęboki ale szeroki. Posadziłam hibiskusa, jeżówkę białą (echinacea pallida)wsadziłam nie w odpowiednim miejscu bo…nie wiedziałam że rośnie wysoko. Przesadzę w następnym roku. Drobniutkim i niziutkim chryzantemom znalazłam miejsce na rabatce, zaczynają kwitnąć. Z kwiatami prace zakończone, czas na patio.
Mówiąc prawdę, się nie chce.
Za długo ta robota mi się ciągnie. Nikt nie dokończy oprócz mnie i jak trzeba robić to trzeba,  nie ma zmiłuj się.

Nie tak dawno zerknęłam na godzinę, była 1:46pm, nie wiem jak zleciało, wiem że za szybko bo 3:47pm

Patio jest prawie zrobione. Zmęczona jestem pracą, gorącem i poganianiem siebie. 

Chcę już skończyć, usiąść i po prostu nic, zupełnie nic nie robić. W takim stanie będę gotowa, do wymyślenia następnego projektu. Ale jeszcze nie koniec roboty, za kilka dni. Prawdę mówiąc, nie muszę wymyślać, mam kilka projektów w głowie. MM jest pełen strachu😁. 

Hura, hura, hura….!!!!!!!! Skończyłam patio, skończyłam!!!!!!wymeczyłam się bardziej psychicznie niż fizycznie. Teraz z drugiej strony rozgałęzienie ścieżki dokończyć, około 4 m. Będzie łatwiej, teren równy i ścieżka jest w linij prostej, żadnych załamań i okrągłości. Położyłam już płyty, tak żeby zobaczyć jak to bedzie wyglądać. Kilka godzin mi zejdzie, ale to już końcówka. Później dokończyć ścieżkę poniżej moich schodków. Dokończyć, tzn. Muszę przyciąć krawężnik ale….muszę wskoczyć do sklepu po odpowiedni krążek do cięcia płyt kamiennych, ten który używałam jest tępy i już nie mogę nic, dosłownie nic przyciąć. Przy okazji kupię do cięcia drewienek, przyda się. Kto wie może pobuduję altankę. Zobaczymy.

Cieszę się jak mały dzidziuś z nowej zabawki, UKOŃCZYŁAM patio!!!!‼️‼️‼️‼️‼️‼️Nareszcie z głowy!!!!‼️‼️‼️‼️‼️❗️❗️❗️

Najgorzej, że jutro do pracy😪😪😪😪😪

Uśpienie, eutanazja

Meteorytów nie dojrzałam. Nie to miejsce i nie ten czas. W internecie piękne zdjęcia ludzie zamieszczają, u mnie żadnej spadającej gwiazy nie było. 

Zajrzałam na znajome blogi i ….uwierzyć nie mogłam jaki hejt zapełnił komentarze pod postem o uśpieniu pieska. 

Urodziłam się i wychowałam w mieście wojewódzkim. Na naszym podwórzu zawsze chodził piesek, kurki, indyczki w budynku gospodarczym była jedna świnka (pierwsza i ostatnia). Każde zwierzę miało swoje obowiązki. Pies strzec domostwa, kura znosić jajka, indyczka i świnka, rosnąć i się tuczyć. Zmiana przepisów wraz z innymi uwarunkowaniami, zmusiła do pozostawienia tylko pieska. Było ich w moim życiu kilka. Ostatni piesek przeżył około 20 lat. Oślepł, zęby powypadały, już o własnych siłach nie poruszał się,  lekarzy weterynarzy było jak na lekarstwo. Zajmowali się jedynie wiejskimi zwierzętami a najwięcej inseminacją. Psy miejskie cierpiały i zdychały w cierpnieniu. Blogerka zamieściła post, chce uśpić starego psa z którym ma ogromny problem (pies stary, chory, organizm nie kontroluje żadnego wydalania) mąż chory potrzebuje opieki, a ona też stara i nie ma chęci do życia. Wszystko ją przytłacza, brak radości i tak jak napisała … ma wszystkiego dość….Nawet pogoda deszczowa ją drażni, drażni robienie przetworów, drażni wszystko. 

Moim zdaniem ma, jak to się kiedyś mówiło, wielkiego doła, dziś mówi się depresję. Jak zwał, tak zwał, jest jej ciężko. Posypał się hejt i życzenia aby i blogerkę uśpiono itp. Jeszcze nikt nie opisał i nie pokazał swoich uczuć tak, aby były odebrane w sposób jaki czujemy. Każdy z nas odczuwa inaczej ból zęba, głowy, brzucha, utraty bliskiej osoby itp, każdy z nas odczuwa inaczej radość, nienawiść, złość itp. Inaczej rozumiemy słowo … rozumiem… bo teraz słowo rozumiem zastąpiono słowem empatia. 

Jeśli nie da rady opiekować się starym, chorym, cierpiącym, nie rokującym na wyzdrowienie pieskiem, weterynarz zadecyduje, podobno jest pod jego fachową opieką. 

Nie można powiedzieć, jeśli psa usypia to i męża może również. Jeśli ona obłożnie zachoruje, pies im szklanki wody nie poda bo sam potrzebuje opieki. Nie możemy porównywać zwierząt do człowieka. Zwierzę jest całkowicie zdane na ludzi, bez nich albo wymrze, albo zdziczeje. 

Najbardziej zaskakujące dla mnie jest to, że komentującymi są anonimowe osoby. Jeśli bronimy wspólnego dobra, imienia lub stajemy w obronie innych nie mogących się bronić, nie zakładamy maski a wprost przeciwnie pokazujemy swoją twarz.

Komentatorzy założyli maski. 

Zarzucają jej zgorzknienie, zajadłość, brak człowieczaństwa, pokazując w swoich komentarzach, właśnie swoje negatywne cechy. Żadna osoba nie probuje dyskutować, atakują a w tych atakach aż kapie od nienawiść do blogerki.

Jestem za uśpieniem psa, jeśli …. kwalifikuje się do uśpienia. 

Jestem za eutanazją, jeśli cierpienie jest  nie do zniesiena i medycyna nie jest w stanie pomóc choremu. Pod warunkiem, jeśli chory sam zgłosi chęć odejścia. 

Nie ludzkie? 

Skazywać cierpiącego na cierpienie, w imię cierpienia jest nieludzkie. Każdy człowiek odpowiada za swoje życie, pozwólmy każdemu z nas decydować o sobie. 

Życie nam dano – lecz nie na wieczność. 

Sobotnie popłudnie

Zakupy materiałów ogrodowych pożarły większość dnia. Pickupem zrobiliśmy trzy rundy do sklepu i z powrotem. 

Od wczoraj boli głowa z lewej strony, dziś z większym nasileniem. Ciśnienie krwi opadło, czuję się zmęczona, chora, smutna, nie mam chęci na prace na zewnątrz. Właściwie to łóżko ma na mnie ogromne właściwości przyciągające. 

Jeśli nie zapomnę to spojrzę wieczorem  w niebo, może ujrzę deszcz meteorytów,  a może z mojego miejsca na świecie nie będzie to wydażenie widoczne. 

Po przjęciu tabletek od bólu głowy, troszkę było lepiej. 

Odwiedziła nas Stefania (starsza córka MM)  było bardzo miło spędzić czas w jej towarzystwie. Nie miałam ochoty rozstawać się, ale co miłe i przyjemne, szybko się kończy, czas w mgnieniu oka umyka. Podarowałam jej wisiorek z zegarkiem w kształciem sowy. Nigdy tego zegareczka nie zawiesiłam na szyji, jej się spodobał, nie widziałam przeszkód do obdarowania i zrobienia jej przyjemności, bo dlaczego nie? 

Jak wspominałam, czas urlopowy, wyjeżdża na FL.

Zadzwoniłam do Roze, zaprosiłam na mini party. Na każde Bożenarodzenie jest u nas, niech będzie i teraz. Niech nie siedzi sama w domu. Miło ją będzie zobaczyć. 

Jestem już zmęczona, czas na sen. 

Okrojone party

Bez większych emocji wyszłam z łóżka. Wizyta u lekarza, rozbiła mój dzień. Z rana troszkę popracuję,  po południu już chyba nic nie zrobię – tak myślałam. Leniwie zeszłam na dół, nakarmiłam pieski, zadzwoniłam do lekarza upewnić się co do godziny wizyty, gdzieś mi się zapodział bilecik z terminem wizyty. 

Termin wizyty jest za tydzień!! 

Ucieszona pojechałam do sklepu po zakupy pieczywa na śniadanie. Nie piekę, nie mam czasu, umorsana nie będę doglądać ciasta i w butach nie będę chodzić po mieszkaniu. Zanim usiadłam do śniadanka, jeszcze raz zadzwoniłam do przychodni, przełożyłam wizytę na 25-go. Przecież 19go mamy party i nie mogę sobie pozwolić na lekarza w  przed dzień uroczystości. Wizyta kekarska zajmuje mi prawie pół dnia – daleko i korki. 

Przełożyłam i się cieszę. Za chwilę wychodzę na yard, pogoda – słoneczko raz świeci innym razem chowa się za chmurami, po południu zapowiadają opady deszczu. Jak ja nie lubię w deszcz pracować‼️ wszystko ze mnie zcieka. Można mnie wykręcić jak stary mokry ręcznik.  No cóż, party przełożyć się nie da, a nawet i dobrze, wreszcie skończę mój back yard. Szkoda, że nie mogę ułożyć trawy, na skałach nie urośnie, byłoby zieloniutko. A tak, układam tkaninę na to siatkę i korę. Nie jest źle, ale ja lubię kolor zielony. 

Sadzę wciąż małpią trawę gdzie mogę wykopać jakiś dołek. Małpia jak to małpia, leżała na słońcu na betonie około miesiąca, nie zdechła. Może między skałami uda się jej ukorzenić. 

Zrobiłam krótką przerwę. Ubranie wrzuciłam do pralki, zmieniłam na suche i czyste. Uciążliwe jest ciągłe zmienianie, nie lubię klejącego się do ciała.

Mam 4-5 godzin bez deszczu, później ma padać, choć już sie zachmurzyło i kropi. 

Znów króciutka przerwa, tym razem na piwko, zanim pojadę po MM to procenty wyparują. 

Patrzę na back yard i oczy się cieszą. Nareszcie jakiś wygląd, jeszcze nie ostateczny, ale widać jakieś uporządkowanie, ład, organizację. 

Ciekawa jestem co MM powie🙏🏻. Do tej pory był pozytywnie nastawiony do mojego projektu, po 5 dniach nabrało wszystko “rumieńców” za sprawą czerwonej kory.🙃

Sprawdziłam cenę brązowej kory i resztę przysypię brązem. Tańsza a i inny kolor potrzebny. 

Po piwku zrobiło się przyjemniutko i leciutko więc wracam do robotki. MM wzosi się w chmurki mam około 3 godzinek na prace. 

Układam płyty na patio, jest łatwiej, nie przemieszczam się i mogę uruchomić wiatrak. Przycinarka omal mi się nie przepaliła, muszę czasami przyciąć a szczególnie przy zakończeniach gdzie kładę metalową blokadę, którą też trzeba przyciąć. 

MM pochwalił, jest zachwycony i zdziwiony ogromem pracy jaką wykonałam. Kora brązowa jest tańsza ale i gorsza, stwierdził. Jutro zobaczymy w sklepie. 

Jestem już zmęczona i na dziś będę prace “polowe” kończyć. 

No i czego się dowiedziałam? Trzy pary które miały przybyć na party, z różnych powodów nie będą mogły przybyć. Złapałam za telefon, zadzwoniłam do Ellen i Sandry. Nie odebrały. Ellen oddzwoniła po kilku minutach. Nie przyjdzie jest w swoim nowym domu w SC, muszą dopilnować wymiany dachu. Rozumiem. Sandra nie odzwoniła, może źle się czuje, rozumiem. Starsza córka MM wyjeżdża na FL. 

Niezawodne są moje dzieci. 

Będę kończyć back yard w takim tempie, jakim zaplanowałam. W tym temacie nic się nie zmieniło. 

A że mi przykro, tego już nic nie zmieni. 

Sen to zdrowie, a praca wzbogaca😁😁😁💵💵💵💵

Pracowałam w mrzawkę, deszcz, słoneczko.  Po południu około 3 pm rozpadało się na dobre, skryłam się w domku, po prysznicu wskoczyłam do łóżeczka. No i usnęłam, zmęczona i wymoczona. 

Nie miałam ochoty wracać na swoje “pole”. Słoneczko wabiło przez szparki między żaluzjami a oknem, że znów przebrałam się  w robocze ciuchy. Leniwie zaczynałam swoje niedokończone wciąż projekty. Zaczęłam od wykopywania małpiej trawy. Rozrosła się bardzo, nie nadawała już uroku. Powolutku wciągnęłam się do roboty, skończyłam po 8pm. Ciemno się zrobiło, praca przy lampie to żadna praca. 

Prawie 2 godzinne spanie w ciągu dnia, dodało energii do pracy lecz źle działa na sen  w nocy. 

Nie mogę usnąć. 

Nadzieja na pogodne jutro

Pogoda tragiczna, mrzawka i wilgotność nie pozwala na długie przebywanie na zewnątrz. Wczorajszy piękny zachód słońca, wróżył piękny następny dzień. Nie sprawdziło się. Dzisiejszy dzień był bardziej mokry, buro-ponury, od wczorajszego. Prace skończyłam wcześniej bo po 4pm. 

Wilgotność jest wielkim utrudnieniem. Zmieniałam branie robocze i rękawice, kilka razy. Ostatecznie się poddałam. 

 Mam nadzieję na ładniejsze jutro. To tylko nadzieja, która nigdy nie daje pewności. 

Deszczowo, wilgotno

Zastanawiam się, co na siebie nałożyć do pracy w deszczową pogodę. Dróżkę sobie daruję, pojedyńcze zielsko wyrwać trzeba i nasypać kory. Czy muszę w deszcz pracować? Odpowiedź prosta, TAK. Na ten i następny tydzień zapowiadają opady, nie mam wyboru.

Dziś córcia zdaje egzamin na obywatelstwo, wczoraj wpadła po rozliczenia podatkowe z ostatnich 5-ciu lat. Teraz jest w urzędzie. Na przysięgę będzie czekać kilka miesięcy, dokumenty muszą być odesłane do sądu, córcia zmienia nazwisko.

Kapuśniaczek, już zmieniałam 2 razy ubranie, moknę a jeśli nie, to się pocę,  wigotność ogromna.

W tej chwili wyjrzało słońce, komary też, oby jutro tak było, nie mówię o komarach.  Niestety, złe prognozy. Dziś będę tak długo pracować, aż z sił opadnę lub zmrok zapadnie.

No muszę dokończyć back yard, w takim stanie nie ma żadnego wyglądu.

Wieczorkiem słoneczko zachodziło na czerwono, wyglądało jakby ziemia sie paliła. Wróży to pięknej pogodzie na jutro. Oby wróżby się sprawdziły.

Czasu nie zatrzymasz

Dni mi uciekają. 19-tego zbliża się nie uchronnie, a ja jeszcze daleko, no może nie daleko ukończenia mojej dróżki, ale dodatkowych prac przybywa. Nie patrząc na niedzielę, wykonywałam ciche prace na zewnątrz. Nie lubię używać chemii do zielska jakie pojedyńczo wyłazi z przykrytej  korą ziemi. Wyrywałam. Zabezpieczyłam skarpę przed osuwaniem się specjalnym nateriałem ogrodniczym. Na to położę ceniutką siatkę plastikową, która zatrzyma korę przed osuwaniem się, nie powiem że lekka praca, mozolna. 

Wokół maszyn chłodzących rozłożyłam również korę na tym materiale, chroni przed zielskiem.  Nie wszędzie kładę ten materiał, kosztowny, niestety.

Do domku wróciłam nie tylko spocona, również zmoczona. Deszcz się na dobre rozpadał. 

Już na yard nie wróciłam, mimo że przestało padać. 

Jutro do pracy, muszę być w formie. 

Urodzinki ciąg dalszy

Dziś urodzinki MM. 🍰🎂🥂🍾🍒💐💐💐🌺🌹🌷🌸

Mężusia odebrałam z Marty (metra), zmęczony biedaczek, ileż to można siedzieć przed monitorem. Gdybym tego nie robiła to może i bym nie rozumiała. Siedzisz sobie przed monitorem i tylko klikasz w klawisze. Nie przewracasz ziemi szpadlem, nie kopiesz kilofem, nie nosisz cegieł, pustaków i jakie to zmęczenie siedząc na tyłku. No tak, wystarczy wsiąść do samolotu, samochodu, pociągu na 10 godzin i nic nie robiąc oprócz przekładania nogi na nogę, wysiada się po tym czasie, wymiętym, przepuszczonym przez maszynkę do mięsa, przez wałki magla, wyciśniętym jak cytryna w sokowirówce. Nie podejmowaliśmy decyzji w czasie naszej podróży innej niż, co skonsumować, przeczytać lub pójście do toalety. 

Zajechaliśmy do sklepu, zakup podstawowych produktów spożywczych i torcika. Odśpiewałam mężusiowi … happy birthday… ładnie mi to wychodzi (kiedyś śpiewałam w churze) MM zadowolony.

Torcik smaczniutki i nie słodki jak to w ameryce bywa. 

Planowaliśmy wyjście do restauracji, odpuściłam, MM zmęczony. 

Milusio spędziliśmy wieczôr w domku. 

Nie zawsze potrzeba wiekich fanfarów do szczęścia, trzeba umieć cieszyć się z malutkich rzeczy. 

Dzień moich narodzin

Mimo dnia wolnego musiałam zerwać się skoro świt i zwieźć pojemniki na dół ulicy. Przyjeżdżają wciąż bardzo wcześnie po odbiór śmieci. Wróciłam do łóżeczka i przespałam smacznie do 9am. Zbudziło mnie szczekanie psów i pukanie do drzwi. Oczekiwałam bukietu kwiatów od mężusia. Ładny bukiecik, pocieszyłam się troszeczkę i pobiegłam skryć się w łóżeczku. Nie zdążyłam się przykryć, ponowne szczekanie i pukanie. Otwieram drzwi i następny bukiet kwiatów z balonem. Teraz zajrzałam do dołączonych kartek. Od moich siostrzeńców (córki i syna starszej siostry) i bukiet z balonem od mężusia. 

Jest ciut po południu i życzenia dostałam od: MM, córci, mamusi, starszej siostry, listonoszki, dentystki, znajomej Ellen, Dany z Kanady. Dwie inne znajome złożyły życzenia już w poniedziałek. 

Czekam na więcej. 😁😁😁😁Sandra, siostrzeniec i siostrzenica jeszcze zadzwonili. 

Dziś ciąg dalszy moich bankowych problemów. Zalogowałam się na moje konto kredytowe i co widzę….znów zeszło prawie 2tys$. Wczoraj pracownica banku nie widziała sensu blokowania mego konta. Dzwonię więc i zamiast upiększać się do wyjścia to muszę wyjaśniać, informować, dyskutować. Dobrze że tym razem rozmawiałam tylko z jedną osobą a nie odsyłana od jednej do drugiej, trzeciej, czwartej. Mimo wszystko zajęło to trochę czasu. Ostatecznie podliczyłam transakcje jakie dokonano z mego konta 8, po drugiej stronie linii naliczono 18 których ja jeszcze nie widzę ponieważ są w trakcie płatności. Konto zostało zablokowane, nowe zostanie uruchomione. Ale co się nadenerwowałam ponownie to jest moje. 

Teraz jestem już w restauracji, w oczekiwaniu na dzieci siedzę na zewnątrz popijając Martini Rosso😁. Dziwne…zamawjając winko, kelner aż podskoczył. 

– pamiętam, pamiętam ciebie byłaś rok albo dwa lata temu.

To prawda. Byłam, to były urodziny córci, ale czy dwa lata już minęły? Jak ten czas szybko leci. Muszę zajrzeć do zdjęć bo mi się wydaje jakby byliśmy w tym roku. 

Pogoda wspaniała, wiaterek powiewa i muzyczka Regge.

Dostałam prezent i całe mnustwo kwiatów. Spędziłam milusio czas z moimi dziećmi i jak zawsze mogliśmy swobodnie rozmawiać po polsku. 

Wychodząc zrobiliśmy kilka zdjęć. Przechodząc obok kilku osób z około pięciolatkiem, zauważyłam że robią sobie selfie, zaproponowałam, że mogę zrobić im zdjęcie. Byli bardzo zadowoleni i mężczyzna z szerokim uśmiechem powiedział jednocześnie pytając

– kocham, oh kocham twój akcent, skąd jesteś?

– dziękuję, jestem z Polski

Och i ach na odejście i kilka jeszcze uprzejmości. 

Dzień urodzinowy się skończył a teraz nastała ciemna nocka. 

Jutro następny piękny słoneczny dzień. 

Śmiertelna pułapka

Wybraliśmy się po zajęciach, może przed a może po kolokwium, całą paczką na piwo. Knajpy zapewne już nie ma i ślad po niej dawno zaginął. Szalone czasy. Jak to po jednym czy trzech Żubrach, Jolka otworzyła się i zaoferowała powróżenie z ręki. Oprócz mnie, chętnych nie było. Coś tam mamrotała, ale … wyczytała moją tajemnicę. Nie powiem, byłam wstrząśnięta. Nie zaprzeczyłam i nie potwierdziłam. Na pytanie o śmierci sprecyzowała konkretny wiek, 

– No weź, Jolka co ty, daj więcej, 

Dołożyła mi jeszcze 5 lat, w jaki sposób zejdę z tego świata nie chciała powiedzieć. 

To są moje urodziny z dodanymi 5 latami. Co ma się wydarzyć, nie wiem. 

Czy powinnam się przejmować?

Powiem szczerze. 

Minęło wiele lat a ja pamiętam. 

Od jutra zaczynam rok, w którym powinnam umrzeć. 

Wiem, wiem, straszne. 

W przeddzień urodzin

Śniadanko na decku, pogoda sprzyjająca jeszcze nie gorąco, 22C mogłoby być cały dzień. Zapowiadają 32-34, lecz i tak powietrze jest już inne, jesienne. Takie lubię.  

Czeka mnie praca na patio i dokończenie dróżki. Wpadłam na pomysł. Jak słońce będzie świecić w miejsce gdzie pracuję, przeniosę duży parasol. Ciężki wprawdzie, ale dam radę.

Nie mogę już mieć żadnych przestoi. 

Zrobiłam krótką przerwę w pracy. Spojrzałam na czek leżący na stole, jak zawsze wpłaciłam onlinem do banku, coś mnie tknęło spojrzeć na moje konto kredytowe. Nie używam od jakiegoś czasu, do spłaty została niewielka kwota. Spojrzałam na balans. Takiej kwoty się nie spodziewałam. Prawie 6 tys. Uciekło mi z konta. Poddenerwowana obejrzałam swoje wyciągi z dwóch miesięcy. Czerwiec ok ale lipiec, nie było ok, była tragedia. Ktoś świetnie się bawił w San Francisco. W sumie ponad 5 tysi rozpuścił. Zadzwoniłam do banku, tłumaczyłam i wyjaśniałam, ostatecznie rozpłakałam się, wiedziałam i wiem, że zwrócą caluśką ukradzioną sumę. Ale nie o to chodzi, chodzi o to że złodziejstwa nie popieram w żadnej formie, staram się być całe moje zycie być w porządku i tego oczekuję od innych, a tutaj ktoś upatrzył mnie na swoją ofiarę. Nie łatwe jest wyjaśnianie zaistniałej kradzieży z konta. Odsyłana byłam od jednej do drugiej osoby i każdej trzeba tłumaczyć i podawać swoje dane osobowe. Nie mam i nie chcę mieć karty kredytowej do tego konta, ponieważ, dwa lata temu również zniknęły mi pieniążki, mała kwota. Bank oddał. Teraz sytuacja się powtórzyła, mimo że numer konta został zmieniony. Jednym słowem, ktoś z bankowców mnie upatrzył.

W momencie kiedy byłam na telefonie z bankiem a trwało to ponad 2 godziny, dzwoni córcia. Nie mogę odebrać, więc wysyłam wiadomość że jestem na telefonie itd. Co odpisała?

– miałam wypadek

Niespodziewałam się takiej wiadomości, kiedy ponad 5 tys$ znkinęło z mego konta. Rozmawiając z pracownikiem banku, piszę z córcią. Mężuś nie odbiera telefonu bo ma konferencję a corcia potrzebuje aktualnego ubezpieczenia. Zalogowałam się do ubezpieczela ale z poddenerwowania nie potrafiłam odnależć opcji, print car insurance. Córcia milczy, a kobieta pyta o mój ssn (ostatnie numery). Nic nie wiem, czy cała, pytam czy potrzebuje pomocy, czy mam jechać. Suche literki – nie martw się.

Tak, tak nie martw się, pracownica banku pyta o adres, a ja widzę roztrzaskany samochód. Pracownica pyta o panieńskie nazwisko mojej mamy, a ja widzę córcię z krwawiącą głową. Koszmar.

– help, help – piszę do mężusia i tak z 10 razy.

Odzywa się.

Międzyczasie córcia skontaktowała się z MM. Dlaczego MM był potrzebyn, ponieważ córcia jeździ samochodem mężusia, a tyle razy mówił, żeby przepisać na córcię, ale ona, że nie chce i nie potrzebuje. Przeciesz i tak jeżdżę to po co mam przepisywać – to córci argument. Absrachując, moje dzieci nie są zwolnnikami posiadania cudzej własności, mają to po mamie.

Wypadek – stłuczka się wyjaśniła, moja sprawa z kradzieżą również. W przeciągu 10 dni pieniążki z powrotem wrócą na moje konto beż żadnych dodatkowych obciążeń, tylko – dlaczego tak się dzieje, że całe swoje życie pracuję nie powiem, że lekko. Kiedy pracowałam na 3 etaty, wykładowca, doradca podatkowy i księgowa. Nie potrzebowałam pomocy, a ktoś o tak sięga nie po swoje. Nie ma sprawiedliwości. Nie życzę źle złodziejowi, życzę jedynie jaśniejszego umysłu i zastanowienia się nad upływającym życiem, tylko – co młody człowiek może powiedzieć o upływającym czasie?

Córcia miała stłuczkę z winy innego kierowcy. Dopiero co wyjechała z parkingu, gdzie pracuje, ustawiła się za samochodem przed nią na czerwonym świetle. Młody mężczyzna miał manualną skrzynię biegów i zamiast jechać do przodu jechał do tyłu. Uszkodził zderzak, a że samochodód jest MM córcia dzwoniła z zapytaniem czy wzywać policję i o aktualne ubezpieczenie. W moim stanie to jest normalne, że nikt nie posiada aktualnej więc mandatu nie dostała. Młody mężczyzna który spowodował stłuczkę dostał mandat za jej spowodowanie, również nie miał aktualnego ubezpieczenia.

Córcia po wyjaśnieni przyjecha do mnie, obejrzałam uszkodzenia – można powiedzieć, zderzak do wymiany i to wszystko. Co w środku pod maską nie wiem, nie znam się lub się znać się nie chcę.

Pojechałyśmy z córcią zrobić test emissions i opłacenie taxu za mój i ''córci'' samochód.

Wyszłam na yard z opóźnieniem bo dopiero po 5 pm. Rozwiązanie brzegów schodków przyjęłam MM. Probowałam swoje ale to był niewypał.

MM stwirdził (przez tel) potrzebuję odstresacza, a więc lampkę wina.

Słucham mojej muzyki, druga lampka wina Martini Rosso, a mimo tego chce mi się płakać. Za dużo stresu było dziś.

A PRZECIEŻ JUTO MOJE URODZINY

MOJE URODZINY

URODZINY.

Podobno krzyczałam po urodzeniu prze 4 miesiąca. Byłam zdrowa a wrzeszczałam.

Nie podabał mi się ten świat.

Całe życie byłam zbuntowana, miałam swoją wizję świata. Teraz też inaczej postrzegam ten świat, tylko, tym światem najpierw są moje dzieci, MM a później cała reszta. Czasami jest MM, dzieci i cała reszta.

Chece mi się płakac\ć, to jest mój odstresowacz.

Ogólnie – świat w obecnym czasie jest diabelsko agresywny.

Jak dostować się ?

BYĆ SOBĄ