Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o kasę…..

Przeglądając wiadomości na wp.pl natrafiłam na tytuł (teraz nie pamiętam dokładnie) coś w tym rodzaju…Najbiedniejsze państwo wypowiedziało walkę… i zdjęcie właściciela fejsa. Ciekawa byłam, dlaszego ciągu zmagań tego pana. W wiadomościach podana nazwa tego najbiedniejszego państa, mają zamiar zamknąć fejsa na 30 dni i dokładnie go “prześwietlić pod kontem porno. W dalszej części artykułu dowiedziałam się, że to najbiedniejsze państwo (wp tak określiło) ma zamiar utworzyć coś na wzór fejsa w swoim państwie i tylko dla swoich obywateli.

Nic szczególnego tam nie znalazłam. Ot, zwykła wiadomość.

 

Zwykła wiadomość okazała się niezwykłą . 

Po kilku godzinach zadzwonił iphon. Nie odbieram telefonu z jedną nastawioną przeze mnie muzyką. Czekam aż pozostawi ten ktoś wiadomość. Oczywiście dzwonią z telemarketów.  Jeden telefon dziennie lub jeden na tydzień. Czym to jest uwzględnione, nie wiem. Blokuję, sprawdziłam numery biur nieruchomości dla przykładu. Numerów z których mogą wykonywać połączenia, biura mają tysiące. Blokowanie na nic się zdaje. Jeśli w ciągu dnia wykonanych byłoby ponad 50 tefonów, można założyć sprawę sądową. Oni wykonują jeden miesięcznie lub tygodniowo.

Zprawdzam na czytniku a tam co widzę. Papa (srapa) gwineuja do mnie dzwoni.  Kilka godzin temu czytałam o tym państwie. Nie wiem i nie sprawdzałam, gdzie to coś leży na naszym globie, mało to mnie interesowało i interesuje.

Wchodzę na wp.pl i szukam wiadomości które czytałam. Żadnego, żadnego śladu wiadomości o ….najbiedniejsze państwo itd… Google pokazuje wiadomości z UK, ale nie  wp.pl

Dziwne i nie dziwne… można pomyśleć, że wp.pl sprzedaje nasze dane. Można pomyśleć, że wiadomość była podstępnie opublikowana, na wp.pl celem zdobycia danych, o czym nie wiedzieli. Czyżby? Jeśli tak,  to nie mają kontroli nad swoją internetową stroną.

Zawsze byłam ostrożna w otwieraniu nowych stron internetowych,  a w sieci jestem bardzooo długo. Uczyłam się internetu wraz z jego powstawaniem.

A tu nagle coś, ktoś mnie zaskakuje.

Wiem, że wp.pl dla mnie już nie istnieje.

To było pierwszy raz i trafiło na pewno, nie tylko na mnie, ale nie ostatni raz.

Handel danymi kwitnie w najlepsze, tego koła już nikt nie zatrzyma.

 

Nieporozumienie

Mam dużo zrozumienia dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi czy też rodzicami. Nie byłam i nie chcę być w takiej sytuacji. Nie wiem jak bym się w takiej sytuacji odnalazła. Mogę zrozumieć prostest w sejmie, jedynie w połowie.

Dlaczego matki skazują swoje niepełnosprawne dzieci na warunki przebywania, mieszkania, koczowania na sejmowym korytarzu. Dlaczego same nie mogą tam przebywać, wcześniej zapewniając tym dzieciom opiekę w ich miejscu zamieszkania? To brak szacunku dla dzieci, to jest poniżające dla nich, dla wielu dzieci jest to na pewno niezrozumiałe i męczące.

Walczą o godne życie, fundując swoim dzieciom upodlenie.

Zamieniły korytarz sejmowy w spalnię, jadalnię i sralnię.

Nie ma czego się obrażać jak ktoś powiedział, że na korytarzach sejmowych śmierdzi. Zdrowy człowiek się poci a pot nigdy nie pachniał. Prysznicu lub kąpieli nie zastąpi mokra szmatka, deodorant czy najlepsze petfumy. To żadna obraza, stwierdzenie … śmierdzi. Nie wymyjmy się dokładnie, a zwłaszcza kobieta podczas miesiączkowania, powąchajmy, później obrażajmy.

Nie mam pomysłu na wyegzekwowanie obietnic rządowych ale moim zdaniem nie tędy droga.

Wieszanie transparentów aby świat zobaczył. A co ten świat robi z wojnami, z afrykańskimi kobietami, reżymem w Columbii. Nie powinniśmy wciągać w swoje socjalne sprawy, innych krajów.

Moim zdaniem, kto ten bałagan stworzył ( bo to jest bałagan) powinien naprawić. Nie ważne w tej chwili jakim kosztem. Czy rząd ma, czy nie ma na to funduszy. Jak nie ma, to niech chociażby dodrukuje.

Jak spędzam niedzielę

Pospało mi się dłużej, może dlatego, że budziłam się w nocy. Nie powinno być gorąco bo, chłodzenie “chodziło”, wiatrak sufitowy też się kręcił, ręce zimne a ja spocona. Po którymś przebudzeniu przypomniałam o wypitym likierze. Ale…rozumiem , gdybym wypiła przynajmniej pół butelki to niech, grzeje, poci, “rozbiera” na czynniki pierwsze. Likierowy kieliszek jedynie.

Z raniutka pojechałam po cieplutkie pieczywko do Panery.

Później kanapeczki, kawcia na decku i do tego szpalta gazety sobotnio-niedzielnej.

Telefon, 1,2,3 i któryś tam, z Polską i MM z Ohio.

Pomysłu na zagospodarowanie niedzieli nie miałam, chodzenie, przemieszczanie się, włuczenie z kąta w kąt nie wchodziło w rachubę.

Wiadomo w ameryce szafy w domach są duże, to są oddzielne pokoje w których są wieszaki, szafki i półki. No to weszłam do takiej szafy, porozglądałam się na lewo i prawo, zaczęłam przeglądać garderobę. I tak w to przeglądanie wsiąkłam, że nie spostrzegłam a było już daleko po 2pm.

Poodkładałam rzeczy których jakiś czas nie nakładałam, przejrzałam bluzki i spodnie jeszcze ze sklepowymi metkami. Przyjrzałam się im, czy w ogóle to nałoże, jeśli wiszą już parę lat. Do nowej sukienki nie miałam w ogóle “serca”. Nie pamiętam jaka to była uroczystość lub zwykłe spotkanie rodzinne ( tyle ich było, że nie zliczę) w restauracji. W takiej samiuteńkiej sukience jaka u mnie wisiała na wieszaku, spotkałam panią. Pani ładna, zgrabna, ale ja swojej sukienki nigdy już nie nałożyłam. Patrząc na sukienkę, widzę inną osobę. Koniec i kropka, do oddania. W całej ameryce są sklepy Goodwill, do których oddaje się rzeczy używane i nowe. Sklep wystawia cenę i sprzedaje. Oddaje się do tego sklepu: artykuły użytku domowego od mebli, dywanów do noży i widelców. Odzież od majtek i staników do pasków do spodni. Elektronikę: telewizory, radia, płyty winylowe, nagrania na taśmach magnetofonowech itp. Dosłownie wszystko. Jeśli nie mam ochoty zwracać nasion trawy do sklepu w którym robiłam zakupy, mogę oddać do Goodwilla, aby opakowanie nie było porwane i rozerwane. Obuwie: sandały, papucie itd…

Całkowicie zużyte trafiają na śmietnik, reszta do odsprzedaży.

Kolekcjonuje zegarki, często tam zaglądam i … trafiły mi się dwa fikuśne po niespełna 2$. Kupiłam również kryształowy polskiej produkcji flakon do kwiatów. Cena była poniżej 10$ jak dobrze pamiętam.

Tak sprzątając doszłam do torebek. Odłożyłam dwie. Jedną przywiozłam z Polski rok temu i … używałam będąc rok temu w Polsce i w czasie podróży. Kupując podobała mi się bardzo i cena była słuszna. Po powrocie odstawiłam i wiem, że nigdy więcej jej nie użyję.

Czas na późny lunch więc, pojechałam znów do Panery. Ta sama kasjerka która obsługiwała mnie dzisiejszego poranka, wciąż ci sami ludzie pracowali. Zatrzymałam się chwilę i z nimi podziamdziałam. 😁

Teraz?…. muszę kończyć organizację szafy, ale…. mi się odechciało.

Resztę rozwalonych rzeczy wepchnę w kąt pod wieszaki z bluzkami i niech tak leżą. Czy muszę być perfekcyjna?

A jeśli upchnę w kąt te rzeczy precyzyjnie i perfekcyjnie to…. czy wciąż będę perfekcyjna?

A tam nie ważne.

Moja szafa – moja perfekcja😁🤭.

Samotności nie odczułam tej niedzielki, grunt to zająć swoje ręce i głowę, a czas szybciuteńko zleci.


Tak miało być, upchnę, przydepczę, ucisnę w kąt resztę nieułożonych w szufladach, na półkach i nie powieszonych na wieszakach rzeczy i udam, że nie widzę.

Tak miało być, ale nie było.

Poukładałam wszystko do końca, do ostatniego ciuszka i bucika. Szczerze? Jak ja miałam dość robienia niedzielnych porządków w szafie! Po zakończeniu, spojrzałam lewym a później prawym okiem na ład jaki zapanował ale….nie było skakania pod sufit, było ufff ….. nareszcie koniec. 😰😰😰😰Czy warto było poświęcić kilka godzin dla jakiegoś UFFFFF?

Mogłam założyć nogę na nogę i się ponudzić, ale nie …. ja muszę zawsze, no zawsze znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Przy sobocie po robocie oraz zrozumienie starości

Co to oznaczało, nie wiem i tak na prawdę, nigdy mnie nie intetesowało i nie interesuje. Pół dnia przegadałam na skype z jedną siostra, później z drugą, która jest teraz w Polsce. Z mamusią już nie rozmawiałam. Zmęczona była bardzo po wizycie starszej. Nowościo-wiadomości dowiem się jutro. Moja mamusia jest stareńka we wrześniu skończy 89 lat. Mimo wieku i chorób jakie przeszła, trzyma się dobrze. Z laską dojdzie do sklepu osiedlowego i wróci z zakupami. Zrobi sobie śniadanie i obiad. Nie musi, bo siostra mieszka w tym samym domu (to jest dom dwurodzinny) mają jeden korytarz ale osobne wejścia do ich mieszkań. Młodsza mieszka właściwie całe życie, właściwie…bo dom się zmienił. Powiększył, poszerzył i dobudowany został strych. Więc, młodsza siostra jest tam od zawsze. Po śmierci tatusia i wcześniej było różnie, ale ludzie zaczynają rozumieć i dobrze że zmieniają się na lepsze. Siostra opiekuje się mamusią, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. Moja opieka jest sprowadzona do opłaty zużytego przez mamę gazu, wysłanie paczki, rozmów.

Przyjechała starsza, ze swoimi problemami. Mamusia jest już zmęczona słuchaniem o problemach, kłopotach, tym bardziej, że starsza nie mieszka w Polsce. Mamusię ineresuje, jeśli jeszcze w tym wieku cokolwiek interesuje poza własnym zdrowiem, rodzina która jest obok, to znaczy, na skinienie ręki lub zamamrotanie pod nosem.

Zmieniłam nastawienie do starzenia się mamusi. Jakiś czas temu, byłam poddenerwowana jej spospbem postępowania, mówienia, plotkowania, zapominania, oskarżania, buntowania się. Zrozumiałam, że to jest pierwsza osoba z którą my córki mamy kontakt, która starzeje się przy nas. Tatuś szybko odszedł, a jak się starzał to starzał się przy mamusi. To ona nim się opiekowała i to ona w tej ostatniej minucie wróciła ze sklepu i potrzymała tatusia za rękę kiedy umierał. To ona moja mamusia, najbardziej cierpiała. I to nazywa się miłość. A ja jej zarzucałam jeszcze nie tak dawno, że tatusia nie kochała. Potrzebowałam czasu aby to wszystko zrozumieć.

Skype nie zastąpi osobistego kontaktu, lecz jest tak i tak zostanie.

Po południu, skosiłam trawę na front yardzie, już po raz 3. Trawka pięknie się zieleni i rośnie. W niektórych miejscach (nazywam placki) trawka bardzo wolno rośnie lub jej nie ma. Muszę dosiać trawkę w tych miejscach, czekam na chłodniejsze dni i trochę więcej deszczu.

W ten weekend jestem sama, MM pracuje na wyjeździe, smotnie mi troszeczkę.

Wspaniała pogoda, siedzę na decku. Godzina 8:30pm, wciąż widniutko i cieplutko.

Czapka

Wczoraj dmuchałam i kosiłam po raz drugi nową trawkę. Było upiornie gorąco i wilgotno. Poprzedniego dnia po południu była ulewa, więc ziemia niemiłosiernie parowała. Pociłam się też, niemiłosiernie. Oczy pot zalewał, a głowa po czapką omal nie eksplodowała. Zdjęłam czapkę z daszkiem i rzuciłam ją pod drzewo. Później MM zabrał dmuchawę, kosiarkę, przewody elektryczne. Byłam zmęczona aby zabierać sprzęd z front yardu. MM był zadowolony, że może chociaż w ten sposób pomóc. Rano podnosząc zacienienia (plisy) okienne, zauważyłam coś czarnego pod drzewem. Nie zwierze bo nie rusza się, jeż? tylko taki czarny? Skunks? nie ma pręg? Tak z MM debatujemy przy oknie. Zdecydowałam wyjść na zewnąrz i nie drzwiami frontowymi ale od decku, żeby nie spłoszyć tego kogoś, czegoś. Klapki klapały o stopy więcę zaciskałam palce aby dojść po cichutku, nie płosząc intruza. Za krzakami jeszcze nie mogłam dojrzeć, uciekło to coś, czy wciąż siedzi skulone w oczekiwaniu, tylko na co? Na mnie? Jeśli skoczy mi wprost do gardła to jak się obronię? MM został na piętrze i obserwuje. Minęłam krzaczki azalii, podchodzę bliżej i bliżej i jeszcze bliżej, ”czarne zjawisko” ani drgnie. Już byłam blisko, kiedy wybuchłam śmiechem. 😀😀😀😀😀😀

To leżała tam moja CZAPKA Z DASZKIEM!!!!!

W piątek wieczorkiem

Z rana pukanie do drzwi, frma od chłodzenia przyjechała, przeprowadzi konserwację i wymianę filtrów. Znów pukanie , panowie od internetu, sprawdzić speed i ogólna kontrola. Przy każdym pukanku pieskowe szczekanko. Nie pospałam. Wolniutko, bardzo wolniutko budziłam się, kiedy obie firmy odjechały, staneliśme na ganeczku przy drzwiach frontowych, podziwiając cudowny cieplutki poranek, nagle na dole za drzewami na ulicy zauważyłam mężczyznę.

MM powiedział – to jest J….

Nie doszło do mnie, że to mój synuś, bo niby jak, dlaczego, a gdzie jego samochód. Kiedy zbliżał się, stwierdziłam, że to synuś.

Samochód zostawił w zakładzie do przeglądu, wymiany oleju i wrócił pieszo – około 2 godzin.

Później miałam pracowity dzionek, no oczywiście, że na yardzie. Po wczorajszej ulewie i huraganie, było dziś prawdziwe sprzątanko. Gałęzi ułamanych, kwiatów i zielonych liści, wszędzie. Nie wiedziałam, dmuchać czy zamiatać. Robiłam jedno i drugie.

Mieliśmy umówione strzyżenie i mycie piesków. W tym samym czasie zadzwonili z zakładu że syna samochód jest do odebrania. Zapakowaliśmy się we trójkę do samochodu a z nami pieski. Amber zaczęła popiskiwać. Nie lubi jazdy samochodem. Więc. postawiłAm ją na tylnych łapkach przy uchylownym oknie, miała możliwość oglądania “wielkiego świata” i jednocześnie, powiew powietrza. Zawsze piszczy i wyje, nie sposób z nią jechać. Zima lubi jazdę samochodem. Mieliśmy pieski zostawić w “myjni”, odwieźć syna do zakładu i pojechać na zakupy. Zawsze mamy od3 do 4 godzin luzu.

Niespodzianka!!!!!System komuterowy zmienili w “pralni piesków” i nie mogli nas znaleźć. No i nas nie przyjęli. Byliśmy niepocieszeni. To nie pierwszy raz taka sytuacja. Korzystaliśmy i innej “myjni” ale niestety, właścicielka zamkneła zakład na zawsze i bezpowrotnie. Właścicielka i obsługa bardzo miła, pieski ostrzyżone dokładnie i zawsze tak jak chcieliśmy. Nie mieliśmy nigdy kłopotu i powodów do narzekań. Ta myjnia nie tylko jest nam nie po drodze, ale zawsze, no zawsze jest jakieś ale….wiele razy nie zwracamy uwagi i dopełniam, dokańczam dzieła już w domu swoją pieskową golarką. Jeden raz pieski siedziały w klatce 5 mówię pięć długich godzin w klatce. Nie dzwonili, więc z MM stwierdziliśmy, czas jechać. Zajeżdżamy a ja od wejścia słyszę Zimy ujadanie. Nie wracałam uwagi na krzyki personelu, pobiegłam na zaplecze a tem….moje pieski w klatce i jeszcze nie wymyte nie ostrzyżone. W momencie kiedy krzyczałam, żeby mi je oddano, wyprowadzono pieski do szybkiego mycia. Bez strzyżenia, suszenia zabraliśmy je do domu. Byłam wstrząśnięta zachowaniem personelu. Niestety najbliższa “myjnia” też zamkneła swoje podwoje. Obecnie jesteśmy na etapie szukania samochodu, który jeździ strzyże myje i robi całą pielęgnację zwierzaczków, na podjeździe przy domu.

Więc……

znów się tłukliśmy z pieskami w drogę powrotną.

Pieski zostawiliśmy w domu, czas na lunch. Zatrzymaliśmy się na jadło, nakarmić siebie i moje dorosłe dziecko. A co, niech zna serce matki 😀😀😀.

Zakupy dokonaliśmy wielkie, bo… specjalne półki do garażu. Teraz cała organizacja w garażu, należeć będzie do mnie. Przyszedł czas na porządki w tej części domu. Miałam jakieś tam półki ale nie mieści mi się wszystko. Sprzęt ogrodowy, chemikalia, sprzęt elektryczny, jest w wielkim nieładzie. Posprzątam i za chwilę ponownie robię bałagan.

W piwnicy mam porządeczek wszystko ma swoje miejsce, wchodzę i widzę, nie muszę przesuwać, przekładać, przenosić. Takie same półki kupiliśmy do garażu. Na razie tylko 2 szt. Jedna inna a druga identyczna jak na dole. Więcej w sklepie nie było. Nie ma pośpiechu, mam czas. Wiem, że coś się zmienia.

Teraz i w garażu bedzie cudnie!!!!!!

A po pracy, a po pracy rodacy…skoczyliśmy z MM po piwko, torcik i zrobiliśmy ucztę na 102, przy dzwiękach muzyki piliśmy, jedliśy i było wesoło na naszym yardzie pod parasolką.

Na wszystko musi być czas: pracę, odpoczynek, zabawę i jeśli trzeba to na łzy.

O niczym 2.

Do pracy pojechałam bez …śniadania i kawy. Za długo spałam. Nie zatrzymałam się aby coś kupić. Wszędzie korki.

Korki w drodze powrotnej równieżi żeby to był jeden pas ruchu, w jednym kierunku jest ich 6 lub 7 i z daleka widziałam, że wszystko stoi. Zmieniłam trasę w ostatniej chwili i nie wiem czy dobrze czy źle bo do domu trafiłam po godzinie.


Głodna jak pies wpadłam do domu, a pieski też czekają na jakiś smakołyk.

Szybko kiełbaska z cebulką na patelnię i jajecznica. Usmażyłam chyba dla całego pułku. Zjadłam …trochę, bo nie o jajecznicę chyba mi chodziło. Pieski moje jedzą tylko psie jedzonko, ale jak żółtą mamałygę wrzuciłam do misek to bardzo szybko zniknęła.

Pierwszy Maja

Dziś mamy 1 Maja Święto Pracy.

Jednym kojarzy się z przymusowym pochodem innym z majówką. Ja osobiście lubiłam treningi przed pochodem, bluzeczki białe i granatowe spódniczki. Po pochodzie festyny, zespoły muzyczne, lemoniada i cukrowa wata.

Nie rozumiem do dziś narzekania i ganienia pochodów jeśli ta część niezadowolonego społeczeństwa, brała czynny udział w zabawach w parkach. Powinni siedzieć w domu i wciąż narzekać.

Przyjemnie było spotkać znajomych i rodzinę na festynach. Zawsze brałam udział w pochodach bo dla mnie to była przyjemność, w żaden sposób nie naszpikowana żadną ideologią.

W starszym wieku, dla mnie to było prawdziwe Święto Pracy, z tym że nie uczestniczyłam w pochodach. Pochody zamieniono na wiece.

Dziś aby uczcić Święto Pracy, pracuję na front yardzie. Pogoda dopisuje, pracując wspominam i cieszę się, że żyłam w bardzo ciekawych czasach i wiele jeszcze przede mną.

Wszystkim pogody ducha!