Zwiedzanie Las Vegas

Córcia tym razem spała w hotelu The Mirage przy S Las Vegas Blvd. Spała długo. Przed sobą miała 16 godzin zwiedzania. Musiała być wypoczęta. Postanowiła wracać w nocy do domu. W poniedziałek musi być w pracy, a więc, w miarę wypoczęta. Zostawiła torbę na recepcji i udała się …w miasto. Tym razem jej nie towarzyszyłam, jedynie od czasu do czasu śledziłam. Gdzie jest i co tym razem zwiedza. Zwiedziła dużo, podobno porobiła mnóstwo zdjęć. Mówiła że, nogi odpadają. Zatrzymywała się w kasynach. Troszkę pograła i przegrała. Obserwowała grających ludzi i również przegrywających. Nie dał się słyszeć dźwięk oznajmiający wygraną,  płynący z maszyny grającej, ani też okrzyk radości. Jakiś czas nie komunikowałyśmy się, widziałam że, jest wciąż w kasynie. Więc, spytałam…córciu, czy wponiedziałek ja muszę iść do pracy?….

Odpowiedź….hahaha, trzeba….

Ot, nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. 😪😁😁😁😁😁

No cóż zrobić, pociągnę swoje zwłoki w poniedziałek do pracy. A będzie to ciężki dzień.

Zanim to nastąpi, to…moja córcia świetnie się bawi.

Kiedy była głodna zjadła w restauracji a że, nie mogła się zdecydować co wybrać, zamówiła wszystko, na co miała ochotę. Znam swoją córcię, je oczami, z pomieszczeniem jedzonka w żołądku ma trudności.

Zobaczyła popularną Bellagio Fountains. Zresztą, wszystko w Las Vegas jest ciekawe.

Sztuczne miasto,  w tym mieście jest NY, Florencja, Paryż z Wieżą Eiffla, Grecja …wszystkiego po trochu. To właśnie jest wspaniałe. Kasyna, sklepy i wszelkiego rodzaju atrakcje przyciągają turystów z różnych stron świata.

To miasto tętni życiem przez 24 godziny. Tak każdego dnia i bez znaczenia na warunki atmosferyczne.

Połowa marca – było 24ºC.

Ja tam byłam wino piłam, grałam i ….. przegrałam.

Nie można nie zagrać w kasynie, będąc w Las Vegas.

Jeśli chodzi o…wygrana lub przegrana, to nie jest istotne. Oczywiście to pierwsze by się każdemu przydało ale…prawie nigdy, to się nie zdaża.

Bo wygrana 90centów nie jest wygraną.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Mamuś dziękuję….

Obudziłam się około 6am, żeby sprawdzić gdzie jest moja córcia. Była już na lotnisku w Nashville, mogłam spać dalej. Jeśli jest na lotnisku, żyje i nic się jej nie stało.. Po wylądowaniu w Denver, zameldowała się przez smsa.

Przy śniadaniu opowiedziałam MM , że moja córcia podróżuje.

Reakcja zbiła mnie z nóg… jedź, leć, nie ma co czekać. Złapiesz ją w Denver…😁😁😁

Milusiński ten mój MM. Nie poleciałam do Denver, ale to tak jakbym tam był z córcią w tej podróży.

Wkrótce zadzwoniła, że wypożycza samochód i pojedzie do Garden of The Gods Park Colorado. Z mojej rady skorzystała, obejrzała zdjęcia na google i…jedzie. Podpowiedziałam jaki samochód powinna wypożyczyć na daleką podróż, z jakim urządzeniami technologicznymi. Niezbędny jest wmontowany GPS, kontrola cofania na ekranie, USB, urządzenie głośnomówiące, nie musi korzystać ale…na wszelki wypadek. Może to nie daleka podróż, ale będzie jechać  sama i może liczyć tylko na siebie. Mało tego, spała tylko 3 godziny i jest już zmęczona więc…będę jej “towarzyszyć” w tej podróży. “Jechałyśmy” od lotniska do Parku. Informowałam jakie drogi będzie przecinać, jakie miasta mijać. Czasami pytała jak daleko, kiedy będzie na miejscu (pomino wyświetlanych wszelkich niezbędnych informacji na ekranie). Droga była powiedzmy prosta, autostrada 4-ro pasmowa w jedym kierunku. Kiedy już “dojechałyśmy” dałam jej odsapnąć od mojej osoby.

Zachwycona była widokami, niesamowicie czerwono-pomarańczowymi górami.

Powrotna droga, wydawała mi się szybsza. Nieodstępowałam córci na minutę. Ziewała… mówiłam, opowiadałam, sprawdzałam drogę.

Gdzie jest stacja paliw?

Szybko sprawdzałam na swoich laptopach. Tam i tam skręcisz w lewo lub prawo – informowałam. Chciała kogoś słuchać, była zmęczona. Wiedziałam o tym i po oddaniu samochodu do wypożyczalni, był luz.

Nie zdecydowała się na zwiedzanie Denver – ….tam są budynki, a ja zobaczyłam coś niesamowitego…. Ale już czasu nie mam bo za 4 godziny odlot do Las Vegas….

Znów poradziłam aby zadzwoniła tym razem do hotelu i poiformowała że, będzie później niż się spodziewała.

– córcia…jeśli nie poinformujesz a masz tylko zarezerwowany pokój, oddadzą komu innemu w biznesie liczy się “żywy pieniądz” a nie obietnice na jego otrzymanie …powiedziałam – mogą odsprzedać, masz tylko rezerwację a nie wykupienie….

Mamuś dziękuję….

To był ciężki dzień. Zmęczyłam się tą jazdą😃

Ważne że, córcia szczęśliwa.

Jestem również szczęśliwa, mogłam pomóc swojej córci.

Zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Poszaleć się chce….

Wakacje kojarzą się z okresem letnim. Do walizki wkladamy lekkie i zwiewne ubranko i w drogę.

Tak, tak było kiedyś. Jechaliśmy nad Bałtyk, gdzie zawsze chłodno.

Ale, dzieci mają wakacje!

Kierunek był też… w góry.

Obecnie, nikt nie czeka na upragnione i oczekiwane lato. Pakuje walizy i jedzie w kierunku…LATO.

W tym roku w moim regionie, nie było zimy, śniegu, marznącego deszczu. Takie warunki pogodowe, jeśli wysępowały, więziły ludzi w domach, aż do odwilży. Nie bylo to zbyt długo, od 3 dni do tygodnia.

Drogi i lotniska były sparaliżowane.

Tej zimy mieliśmy, wszystkie pory roku – oprócz zimy.

Więc, MSJ z DV wybrał się do Orlando. Wysyłane do mnie zdjęcia zachęciły mnie do odwiedzenia tego parku rozrywki. Relacja z pobytu, zniechęciła. Tłumy i kolejki wszędzie i do wszystkiego. Wrócili opaleni, zrelaksowani (mimo tłumów ludzi) i chętni do powrotu do Orlando.

Ja wróciłam, syn wrócił z wakacji, córcia nabrała chęci.

We wtorek opowiedziała o swoim planie. Nie ważne, czy mi się plan spodobał, czy nie. Gdybym mogła, a mogłabym lecieć w nieznane wraz z nią. Tylko…nie mogę swojego dorosłego dziecka ograniczać, bo się martwię i boję o nie.

Wzieła kilka wolnych dni w wpracy i … w tej chwili jedzie metrem na lotnisko. Kupi najtańszy bilet i …poleci. Połazi pozwiedza, w hotelu spędzi noc/lub nie, kupui najtańszy bilet, leci dalej. Nie ma nic zarezerwowanego, zaplanowanego. Tak po prostu, na żywioł. Sama.

Już gotowa byłam jechać z córcią, przecież do poniedziałku mam też wolne, nie mogę być przecież ogranicznikiem i strużem.

Już swoje “odbalowałam” czas na młodych.

Córci chłopak nie ma wolnego, a córcia … podobnie jak ja, nie lubi ograniczeń.

Oczywiście że, rozmawiałam, namawiałam.

Dużo mój tatuś mógł zrobić? Kiedy w wieku 17 lat, z plecakiem na ramionach, w progu drzwi oznajmiłam że, jadę na auto-stop?

Kiedyś nie było komórek, appki “my friend”, “the flight tacker”.

Biegło się do budki telefonicznej i informowało że, wszystko dobrze. Podróżowałam w każde wakacje przez okres

5-ciu lat. Nocowałam w namiocie i pod chmurką.

Moja córcia będzie miała hotel a w nim, łóżko. Nad głową dach, który ochronić będzie, przed ewentualnym  przed deszczem.


Córcia na lotnisku i jak widać po przemieszczaniu się na appce, jest już na terminalu.

Leci do Nashville.


Nie chciałam myśleć co z córcią, zajęłam sie praniem, gotowaniem i pieczeniem.

Rosną w misach ciasta na: bagietki, ciabatte i maślane bułeczki.

Bgietki za chwilkę będę formować. Bułeczki potrzebują czasu. Ciabatta będzie dziś szybka, zwykle moje ciasto rośnie więcej niż 12 godzin. Kilka razy ciasto rosło około 20h.

Oczywiście że, chlebek był wyśmienity.

Ciabatta nie potrzebuje, wygniatania i w tym chlebku to lubię. Zamieszać i odstawić. Jak to mówią… chłop leży a mu rośnie… 😁

Chłopką nie jestem ale…mi rośnie😱.


Zupka pomidorowa z duża dozą bazylii, pachniała niesamowicie. Bułeczki z serem, cudeńko. Chlebek ciabatta wyśmienity. Bagietki zrobiłam jak malutkie paluszki. Wygodniejsze w jedzeniu, nie trzeba łamać. Przełamane wysychają bardzo szybko i nie wygodne do przechowywania.

Ciabattę od jakiegoś czasu piekę w foremce. Wygodniejsza w krojeniu na kanapki.


Co z córcią? Zwiedza, spaceruje, ogląda muzealne eksponaty. Swietnie się bawi. Jest szczęśliwa. I ja to rozumiem. Cieszę się jej radością.

Dzisiejszą noc spędzi w hostelu. To zaledwie kilka godzin na drzemkę i … skoro świt na lotnisko. Kierunek Denver. Prawdę mówiąc pytała mnie o zdanie, które miasto wybrać, bo wszędzie te tanie bilety to są nie tanie. Więc…gdzie lecieć?

Zwiedziłam troszeczke ten kraj. W wielu miejscach byłam i wiem gdzie nie powinno się lecieć samemu. Nawet nie ze względu na bezpieczeństwo, na panującą tam atmosferę. Do wyboru była Philadelphia, Seattlle, NY, Denver. Najlepsza temperatura na zwiedzanie panuje obecnie w Denver. Piękne, spokojne miasto. Można spacerować godzinami i się nie nudzi.

Możliwe że, w Denver coś więcej odkryje. Chociaż.. nie zobaczy God Mountains a szkoda. To był spektakularny widok. Napisałam wiadomość do córci. Niech zobaczy w googlach, jeśli zainteresuje, to nie ma problemu z wynajęciem samochodu

Tak myślę, że moje dzieci to moja krew. Syn jeździł niejednokrotnie podobnie, na żywioł. Bez hotelu, bez żadnych rezerwacji. Był w Denver i przeżył fajne krótkie wakacje. Ciekawa jestem córci odczuć.

Córcia jest w Nashville gdzie byłam trzykrotnie, a nawet nie wiedziałam że, tam jest most i rzeka. No jakże mogłam to zobaczyć jeśli z MM melinowaliśmy się tylko w barach. W drodze powrotnej do hotelu przy blasku księżyca trudno było dojrzeć cokolwiek.

Widziałam córcię na appce jak sie przemieszcza po ulicach i raptem…była niedostępna. Piszę wiadomość na komórkę, nie ma odpowiedzi. Nie odbiera, włącza się maszyna kiedy dzwonię. No i już byłam cała w nerwach. Co się stało, gdzie jest, co robi?  Czy żyje? Jeśli nie żyje, czy cierpiała? A może leży i potrzebuje pomocy, jak jej pomóc? Dzwonię – piszę, piszę -dzwonię. Bez rezultatu. Zostawiam wiadomość głosową. Nic!!!! Uspakajam siebie…wszystko w porządku, to tylko moja szalona wyobraźnia.

Dzwoni, mówi że, wszystko w porządku jest w barze, bar w piwnicy i nie ma zasięgu. Świetnie się bawi. Na moje bądź ostrożna… tego nas całe życie uczyłaś i pamiętam, mamuś ja pamiętam. Jestem ostrożna…A mój głos się łamie i

Ciema noc u mnie a córcia znów niedostępna. Dzwonię,  odbiera. Melduje się w hostelu, za chwilę wraca do baru. Poznała wspaniałych ludzi.

W mojej wyobraźni wspaniali ludzie to na początek, później głowę ukręcają, palce obcinają, gwałcą, młotkiem walą w głowę, nóż w serce wsadzają.  Normalny koszmar!!!

Uspokoiłam się, kiedy MM wrócił. Zauważył moje poddenerwowanie. Nic nie mówiąc MM o swoich myślach, obawach i szalonej wyobraźni, położyłam się spać.

Zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Księżycową nocką

Księżyc świecił pełnią, kiedy się kładłam się do łóżka i świecił, kiedy wyjeżdżałam do pracy. Tylko z drugiej strony domu i niżej.

Podobał mi się ten łysy tego  ciemnego poranka. Taki czysty i z jaśniejszą obwódką wokół.

Na trasie luźniej. Samochody jechały w odstępie około 10m. Nikt nie hamował, nikt nie przyspieszał. Monotonna jazda na 4 pasach ruchu. Po drugiej stronie muru autostrady było spokojniej, oni jechali za miasto, my w kierunku miasta. 120-130km/h mknęliśmy sobie jak rzeka, rzadko tak się zdarza. Samchody były jak niekończąca się rzeka,  płynąca szybko lecz stabilnie.

Z jednej autostrady zjechałam na drugą, tutaj miałam 6 pasów.  Szybko  zerknęłam na księżyc, był i oświetlał drogę. Chociaż reflektory samochodów bardzo dobrze spełniały swą rolę. Na tej autostradzie było luźniej ale tirów było dziś więcej niż osobówek. Jechały do zjazdu na autostradę prowadzącą do NY. Nie lubię wjeżdżać pomiędzy oba tiry. Z prawej i lewej strony lub przodu i tyłu. Tirowcy są nieprzewidywalni. Wielgachne samochody, co dla nich znaczy, taki osobowy samochodzik. Zgniotą i niepoczują.

Zjazd na trzecią autostradę prowadzącą do downtown, też 6 pasów. Tutaj zawsze robi się tłoczno. Ale 100km/h dało się wyciągnąć. Autostrada prowadzi w strone downtown. Wszyscy lecą wcześniej do biur, każdy chce zdążyć przed zakorkowaniem.

Nie ma luzu na moich autostradach, godzina nie ma znaczenia. Prawdziwe korki robią się już od 7am do 10am. Godzina spokoju i od 11am do 7pm lepiej nie wyjeżdżać emerytom i dzieciakom z domu.

W dzień wolny od pracy, staram się omijać autostrady, na ile się da.

Dziś w pracy byłam już o 6:15am. Cichutko, spokojnie, nikt nie marudził, nie przeszkadzał i nie gadał. Można było pracować.

Wracałam bocznymi drogami. Ogranicznikami prędkości był światła na skrzyżowaniach. Miałam takie wrażenie że, niektóre czerwone światła paliły się całą wieczność.

Zatrzymałam się w Starbacks na kawie.

Porozmawiałam z mamusią na skype. Poiformowałam swoją rodzicielkę że, wstrzymuję pomoc finansową. Teraz starszej jest kolej na, pomaganie. Moją decyzję oparłam na wiadomości o obgadywaniu mnie i mieszanie mnie i mojej rodziny z błotem. Powiedziałam…dość. Kilka lat płaciłam mamusi rachunki za gaz. To nie jest gaz tylko do piecyka kuchennego ale, ogrzewanie mieszkania. W sezonie grzewczym to jest kwota 400zł/miesięcznie. Podobno mam bogatego męża… Tylko MM nic wspólnego nie ma z mamusi rachunkami. To ja muszę zapracować. Więc, poinformowałam że, od następnego miesiąca mamusia będzie otrzymywać faktury za gaz na adres domowy.

Mamusię poinformowałam również że,… jeżeli starsza nadaje na mnie to przynajmniej by kazała jej zamknąć szanowną gębę… To było moje takie gadanie do słupa. Bo jak dwie osoby lubiące “pogaduszki” się spotkają to potrafią “odmalować” całe miasto.

Szczerze mówiąc, nie planuję wizyty w Polsce w tym roku, nawet w 90 urodziny mojej rodzicielki.


Po powrocie do domku, wyskoczyłam na swoje “pole”. Wschodzą tulipany!!!!

Zielsko nie musi wschodzić ono od razu rośnie.

Jaka ta natura jest dziwna, co złe to się pleni, przeszkadza innym a co dobre, musi walczyć o swoje miejsce na tej ziemi.

Działo się…

Nie słyszałam jak MM wczoraj w nocy wrócił do domku. Po lądowaniu jeszcze byliśmy na łączach, poźniej usnęłam.

Obudziły mnie pieski o 8am. Stały w progu sypialni i czekały.

Kiedy ona wstanie i da nam coś smacznego? Tylko wyleguje się – zapewne tak myślały😀

Zeszłam w pidżamie na parter, a tam, czekały na mnie świeże bułeczki i chlebek z Panery. Lubię zwykłe bułeczki, bez dodatków.

MM już pracował na komp przy kuchennym stole.

Na Good morning mocno przytuliłam. Stęskniłam się. Dziewięć dni, non stop byliśmy razem. Wyszliśmy z tego cali i zdrowi. Nikt nikogo nie ukatrupił. 14-cie lat razem to, i dużo i mało. Dla mnie? Dużo, mam nadzieję że przeżyjemy jeszcze co najmniej 14 lat wspólnie. No oczywiście,  jeśli zdrowie dopisze i bez większych zdrowotnych niespodzianek.

Wczoraj rozpoczęłam mycie okien. Dość szybko mi to szło, ale…nie chciałam się przeforsować. Teraz, częściej myślę o swoim zdrowiu, jeśli chcę dożyć 100-ki to trzeba żyć z rozumem, pracować też. Zostawiłam mycie okien na dzisiaj.

Pogoda wspaniała! na mycie okien, kapuśniaczek pada i nie będzie widać smug. No to do dzieła.

Bo siedzenie przed komp mnie strasznie wciąga i nie spostrzegę, a będzie późny wieczór.


Plan był taki: dokończę mycie okien na parterze, zacznę na piętrze, ale dokończę jutro lub…poniedziałek. Za dużo tych okien. Chociaż nie ma problemu z otwieraniem, mycie też jest pracą.

Z kapuśniaczka zrobił się deszcz, a po chwili ulewa. Zdecydowałam posprzątać domek. Piórko w rękę i kurze machnęłam w powietrze.

Na filmach tak robią w wielkich domach, to i ja tak uczyniłam. Wiem, że kurze wrócą na swoje miejsce lub się tylko przenieszczą, ale nie ma u mnie ich na grubość palca. No bez przesady.

Kurze  machnęłam w tempie błyskawicznym. “Wyszorowałam” kuchnię. Zostało odkurzanie.

Nie przepadam za odkurzaniem. Mam wprawdzie odkurzacz Roomba, ale jak wlezie gdzieś w kąt, to nie potrafi sam się uwolnić. Jakiś frędzel złapie w szczotkę, to stoi i piszczy, aż baterie wysiądą. Bez blokad lata jak głupi po całej powierzni, czasami kilka razy w jedno miejsce a inne opuszcza. Więc, biorę i przenoszę, proszę…podkurzaj tutaj…, ale po postawieniu na podłogę uparcie jedzie w inne miejsce niż ja tego sobie życzę.

Fakt, pozbiera kurze, widać to na szczotce, ale…nie jest to do końca odkurzanie, powiedziałabym odkurzanie po łebkach.

Fakt,  jak nie “zasiądzie” gdzieś, to wróci, baterie sobie sam naładuje. Odpowiednio ustawiony, sam, pod nieobecność mieszkańców, pojedzie i poodkurza, jeśli oczywiście nie zatrzyma się gdzieś “na piwko”. Wtedy wsiąka tak jak powiedziałam, do wyczerpania baterii. Bez pomocy ani rusz.

Dziś odkurzam normalnym odkurzaczem. NO to do roboty!


No oczywiście, odkurzanie to też muzyka na cały regulator.

Co znalazłam tym razem?

Tańczyłam ze słuchawkami na uszach, MM miał w office konferencję. Żeby nie tupać za głośno, nie śpiewać, przeniosłam się na deck. Oczywiście, że bez odkurzacza. No i skakałam, tańczyłam. Żebym umiał zrobić gwiazdę lub szpagat, to bym zrobiła. Jestem wygimnastykowana ale nie do takiego stopnia.

Tuptanie na decku zajęło mi ponad 30 minut, aż zmęczona usiadłam w fotelu. Pot ciurkiem sciekał po plecach, czole i policzkach.

Uffff

MM dokończył konferencję a ja odkurzałam już na parterze.

Zamówilił pizze i zanim ze sklepu powrócił z piwkiem, dostawca był u progu, a ja skończyłam odkurzanie https://youtu.be/dRQ-RsAXdEM
piętra.

Energii mam tyle, że mogę obdzielić pół mego osiedla.

Tak przy piwku, pizzy i tańcach zakończyliśmy około północy nasz piątkowy wieczór.

Za nami następna uroczystość urodzinowa

Początek roku zawsze u nas jest zapełniony uroczystościami.

W styczniu jako pierwsza ale nie najstarsza startuje moja córcia MCD.

W lutym młodsza córka MM.

Marzec – tu robi się traffic.

Nasza rocznica ślubu. Nie ważne która, zawsze pilnuję aby było uroczyście.

Urodziny starszej córki MM.

Urodziny mojego syna MSJ.

Spokój mamy do sierpnia kiedy to obchodzimy z MM nasze urodziny. Moje 2-go, MM 4-go sierpnia.

Kilka lat temu młodsza córka MM (MCMM) przeprowadziła się do Kaliforni.

Starsza córka MM (SCMM) mieszka w downtown, ale jako najstarsza z naszych dzieci, nie uczestniczy już w tych uroczystościach.

Chociaż prawdę mówiąc, i tak długo trwały te nasze spotkania jak na warunki amerykańskie.

Ja ze swoimi dziećmi będę to przedłużać, bo to nasza kultura, nasza rodzina i nie wyobrażam sobie nie obchodzić urodzin.

Spotkaliśmy się w Season52 porównywalna restauracja do Ray’s. W tych obu restauracjach obchodzimy różne uroczystości.

Wiec, córcia i ja, byłyśmy ciutkę wcześniej. Reszta towarzystwa łącznie z jubilatem była … można powiedzieć o czasie.

Czas spędzony z dziećmi jest czasam dla mnie najcenniejszym.

Moje dzieci są moim szczęściem i światem. Moja rodzina, MM również, wie że, jestem szalona na punkcie moich dzieci.

Będąc dzieckiem, podrostkiem, małolatą i dorosłą już dziewczyną … nie lubiłam dzieci. Drażniły mnie, ze wstrętem otrząsałam ich dotyk. Natomiast wszystkie dzieci do mnie lgnęły. Chciały się bawić, być w moim towarzystwie, być moją przyjaciółką/przyjacielem.

Nigdy nie planowałam posiadania dzieci, do momentu…

To był szczególny dzień.

Po przebudzeniu, poczułam ostry ból jednej piersi. Ból ciągnął mnie w dół do ziemi. Z bólu płakałam, i zwijałam się nocami w kłębek. Tak przetwałam kilka dni, zanim zdecydowałam się na lekarską wizytę.

…nie chcę pani straszyć ale muszę dać skierowanie na onkologię, ja nic nie moge poradzić…- tak zakończyła się wizyta u ginekologa

Po powrocie do domu, zajęłam się sprzątaniem, porzątkowaniem, oznaczaniem szafek..co leży i gdzie.

Dokładnie spisałam co MCD je na śniadanie, obiad i kolację. Jakie zabawki lubi bardziej od drugich. Jakie sukieneczki i kiedy zakładać. Wszystko posegregowałam. W szafkach nakleiałam karteczki.. tu jest ryż, kasza manna, cukier.. itp.

Między porządkowaniem, układaniem, segregowaniem tuliłam moją nie wiele niż rok córcię. Po nocach płakałam i żegnałam się z życiem. Wiedziałam że…nie, nie wiedziałam co będzie, kto zaopiekuje się moją córunią. Mąż był tam gdzieś w wielkim świecie. Przyziemne sprawy go nie interesowały.

Byłam sama jak palec, z bólem nie tylko serca ale i piersi, która coraz bardziej rosła. Miałam moją cudowną córcię.

Przyszykowałam się na najgorsze. Mówią że, nie można przygotować się na najgorsze.

Ja byłam.

Córcię zawiozłam do rodziców i pojechałam do szpitalnej przychodni onkologicznej.

Po zarejestrowaniu się usiadłam na drewnianym niewygodnym krześle. Obok mnie i wokół mnie przewijało się, przechodziło, przesuwało się mnóstwo chorych w różnym stadium choroby.

Widok? Nie przygnębiający… STRASZNY.

Tego się nie zapomnia.

Czekałam dość długo i zanim mnie wyczytano wróciłam po córcię i pojechałam do domku. Jeśli mam umrzeć to umrę w domu i w objęciach mojej kochanej córuni, tak wtedy myślałam.

Bół był straszny, bardzo cierpiałam, ale funkcjonowałam. Dawałam radę, bo musiałam.

Któregoś dnia … druga pierś zaczęła strasznie boleć i rosnąć. Myślałam że, nieba liznę.

Wiedziałam że, muszę wrócić do onkologicznej przychodni. Ale wciąż, nie mogłam zrozumieć dlaczego ja? nie mamy w rodzinie komórek rakowych, dlaczego trafiło na mnie?

Mąż wciąż był tam,  w wielkim świecie i jego moje bóle,  nie interesowały. Daje forsę?  Daje …. więc?….

Ból dokuczał około 3 tygodni. Pewnego dnia ból znikł jak ręką odjął. Ale duże piersi zostały. Fajnie bo… jak każda kobieta, chce trochę większe niż naparstki.

Życie wróciło do normy. Karteczki i naklejki w szafkach i półkach zdjęłam. Nie widziałam zagrożenia, nie było więc powodu, utrzymywać stan gotowości.

Zaniepokojona zostałam moimi okrągłościami. Tam i tu mi przybyło tylko… bez żadnego powodu. Odżywiam się normalnie, nic szczególnego, a przybyło kilka kilogramów.

Po jakimś czasie przybyło więcej… byłam niezmiernie zdziwiona.

Zaczęłam podejrzewać następną chorobę która mnie zaatakowała, cukrzycę.

Lecę więc, do lekarza. Po podstwowych badaniach, dostałam skierowanie do ginekologa.

-okres? JEST

-poranne nudniości? NIE

To tylko wywiad…

W trakcie badania…jest pani w ciąży 4 miesiąc…

Cieszyłam się, cieszyłam się i cieszyłam…córcia będzie miała braciszka albo siostrzyczkę nie będzie sama, a ja będę miała drugiego dzidziusia. HHHUUURRRAAA!!!!

Mojej radości nie stłumiło …

mężowskie –  rób jak chcesz ja nie potrzebuję następnego dziecka, zostajesz sama….

moja odpowiedź.. ależ ja już jestem sama

mężowskie – jesteś bezmózgowiec – nie zabiło mojej radości, mojego szczęścia.

rodzina(mały krąg) – a nie myślałaś o aborcji? na moje NIE… jesteś głupia i szalona.

Faktycznie, zostałam sama.

Kochałam to dziecko, które w sobie nosiłam. Nie wiedziałam jakiej płci.

Było takie zdarzenie. Kolegi żona spodziewała się dziecka. Zapłacili, przebadali i miał być synek. Kupili ubranka dla syneczka. Urodziła się córeczka. Ot i niespodzianka.

Nie ważne jakiej płci aby zdrowe.

Moje maleństwo od chwili pierwszego poruszenia, ruszało się, przeciągało, kopało, może i krzyczło, w każdej sekundzie swego życia. Mój brzuch, a był obromniasty , rósł i bolał od ciągłego kopania z wewnątrz.

Przeddzień porodu, poprosiłam męża aby zawiózł mnie do lekarza. Maleństwo się nie rusza. Mąż rad nierad, zapalił samochód a ja się wtoczyłam na siedzenie.

Lekarz staruszek w okularach na nosie, wziął jakąs trąbkę.

O Boże czym on będzie mnie badał – przebiegło mi w myślach. No takie ustroistwo to widziałam tylko w jakiś staroświeckich filmach.

A to odbywało się 30 lat temu.

-śpi – powiedział

-nie, nie, dzidziuś nigdy nie śpi, NIGDY!!!

No i miałam problem. Staruszek, może i doktor ale…

Mąż, może i chce pomóc, ale ….

-wieź mnie do domu – powiedziałam

Po kilku godzinach byłam już na szpitalnym łóżku.

Skurcze itd.. to nie ważne , na prawdę to nie było ważne…

Podłączona byłam do wszelkich dostępnych monitorów, tętno jest ale…

Podchodzi do mnie lekarz ginekolog

-prosze postawić tutaj nogi..

-w jakim celu? -wyjęczałam między jednym a drugim skurczem

-trzeba dziecko przewrócić- powiedział i poddacza rękawy swego lekarkiego fartucha.

-co to znaczy przewrócić – znów syczę.

Dlaczego syczę? Nie potrafię krzyczeć z bólu. No taka jest moja natura.

-dziecko leży w poprzek i trzeba przewrócić, ułożyć- odpowiedział

-o nie ty tego nie zrobisz! – krzyknęłam

-inaczej będą problemy-odpowiedział

-zrób mi cesarkę, słyszysz zrób mi cesarkę…

w tym momencie dotknął do kolana, pielęgniarka starała się mnie poddtrzymać,  a ja zaczęłam krzyczeć

-nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, zostawcie mnie…krzyczałam i wierzgałam nogami

Krzyczałam ile tchu w płucach miałam.

Dlaczego? Moja pierwsza ciąża – cesarka. Na sali leżała kobieta, po przewracaniu jej dzidziusia jeszcze w brzuchu uszkodzili nie tylko główkę ale i inne części ciała. Jak ona płakała, jak ona bardzo płakała.

-szalona, wariatka –  doktor powiedział i wyszedł. Zostawiły mnie też i pielęgniarki.

Prosiłam aby zadzwoniły do mego męża, podawałam numer telefonu. Żadna nie chciała i nie miała ochoty mnie słuchać. Zostałam sama wśród rodzących, innych lekarzy i pielęgniarek. Zostałam sama, nikt się mną nie interesował.

Tętno dzidziusia zanikało ale…nikogo to nie interesowało.

Strasznie się bałam byłam w sytuacji bez wyjścia. Wiedziałam, że liczą się minuty, czułam to, ale ONI spisali moje dziecko na straty.

Nie, nie płakałam. Powolutku godziłam się z losem. Wtem podchodzi do mnie jakaś pielęgniarka.

-da pani ten numer-powiedziała

Na ile znałam męża, to nie pozwoli umrzeć memu dzidziusiowi.

Za chwię byłam szykowana do cesarki. Mój dzidziuś się nie przekręcił leżał w poprzek brzucha. Też był już pogodzony z losem.

Synuś urodził się niedotleniony. Paznokietki czarne, usteczka czarne. Tak bałam się, że…

DZIŚ OBCHODZIŁ 30-TE URODZINY !!!!!🎈

Dziewiąty dzień wakacji – wyjazd

Nadszedł dzień wyjazdu.

Po kawie w Starbucksie, powolutku spakowaliśmy się, jeszcze ostatni look  z balkonu na ocean i skierowaliśmy się w stronę drzwi wyjściowych.

Na lonisku należało być 4 godziny przed odlotem. Szaleństwo!

Przeszliśmy przez dwie kontrole, jedna normalna, druga celna. Może i dobrze, bo już w miejscu docelowych nie będzie żadnych kontroli wjazdowo-celnych.

Czy faktycznie trzeba gonić ludzi tak wcześnie? Niestety, dwie godziny przed odlotem, podobno, bramki zamykają i nie ma zmiłuj się.

Do odlotu było jeszcze daleko, a na lotnisku, jak na każdym mniejszym czy większym, nudzenie się. Restauracje, winiarnie, bary szybkiej obsługi kuszą pasażerów. Ostatni raz i ja zjadłam jakieś kurczaki w sosie pomarańczowym z ryżem. “Pijaństwa” miałam już dosyć, kawa i woda zgasiła moje pragnienie po solonym kurczaku.

Książkę zapakowałam do bagażu, pozostał ipad i iphone.

Sporadycznie ściągam i czytam książki z ekranu. Lubie papier. Nie miałam wyboru i zaczęłam czytać z ekranu. Mam ściągniętą “Nad Niemnem” po raz setny, czytam. Internet na lotnisku nie jest do ściągania czegokolwiek.

Ludzi wciąż przybwało i poczekalnie się zapełniały.

MM śledził w internecie wykupione miejsca w samolocie, okazało się w że, w naszym rzędzie będzie wolne miejsce. I było nikt się nie dosiadł. Mogłam usiąść w fotelu przy alejce. Oczywiście że się cieszyłam.

Obejrzałam 2 filmy tym razem; “Book club” i “What they had”.

“Book club” rozśmieszał mnie do łez, natomiast drugi film bardzo problematyczny, składnia widza do przemyśleń. Polecam oba.

Wylądowaliśmy na lotnisku international. Dlaczego MM powiedział że,  nasze walizki trafiły na lotnisko krajowe? Nie wiem. Nie dyskutowałam. Szłam odprężona, zrelaksowana… jeśli trzeba wracać na international to przecież, autobusili specjalne kursują. A my jesteśmy już w domu, no można było tak powiedzieć.

Pewnie że, walizek nie było!! MM przynał się, że czymś się zasugerował i…..przejechaliśmy się autobusikiem. Gdybyśmy nie wychodzili z obszaru celnego to, w podziemiach kursuje metro, między terminalami i lotniskami.

Nie było takie to ważne, zapomniał, pomylił się zasugerował się czymś. Nie czuliśmy się zmęczeni przelotem, który trwał w powrotną drogę o godzinę dłużej, ponieważ pod wiatr.

Do domku dotarliśmy przed 9am.

KONIEC WAKACJI, KONIEC RELAKSU….


Pieski przewitały…. Zimę wpuściłam do garażu, bo z radości zawsze popuszcza. Amber? No właśnie myślałam że, z Amber będzie wszystko dobrze, bo zawsze było, nie popuszczała siusiu nigdy. Siusiu to nie zrobiła ale, się … brzydko mówiąc zesrała.

Tak nabrudziła, że MM niosąc walizy nie zauważył. WDEPNĄŁ!!!!!

Roznióśł mi gówienko od parteru po piętro.

Smród na cały dom!!!!

Zabrałam się do sprzątania i czyszczenia dywanów, wykładzin i podłóg drewnianych.

Dywany i wykładziny potrzebują specjalnego mycia. Tym zajmę się w poniedziałek.

Tak nas zwierzyniec przewitał!

Ósmy dzień wakacji

Po przebudzeniu… jak w domu – sięgnęłam po komórkę.

MM cicho pracował w drugim pokoju.

Nie wywąchałam zapachu kawy, co oznaczałoby że, idziemy na śniadanko.

Po śniadanku leżakowanko, korzystanie ze słoneczka i suchego powietrza. Powietrze byłoby wilgotne gdyby nie wiatr wiejący z nad oceanu.

Leżakowaliśmy kilka metrów dalej (około 10) od baru i basenów. Tutaj nie dochodziła muzyka i pokrzykiwania moczących się w basenie dzieci. Chociaż, dzieci na palcach jednej ręki można było policzyć. Muzyka meksykańsko-kubańska już się też sprzykrzyła.

Leżakowaliśmy w cieniu a wiatr nas opalał. Takie coś przechadzało się między leżakami.

Przy barze spotkałam natomiast “żebraka”.

Po namowach córci, zamoczyłam pierwszy i ostatni raz nogi w oceanie na Arubie.

Zdjęcia robione z komórki, jakość tragiczna.

Mówi się lepiej takie niż żadne.

To zdjęcie jest z mego nowego aparatu Sony.

Wieczorkiem udaliśmy się do restauracji, polecanej przez kolegę MM.

Restauracja argentyńska. Od zewnątrz nic ciekawego. Ot drzwi jak drzwi. Gdybym szła ulicą to bym minęła, nie zwracając uwagi. Szyld wysoko nad drzwiami ale….kto podnosi głowę na wąskiej jednokierunkowej ulicy. I też tak się stało, minęłam. MM krzykną abym zawróciła.

Restauracja wewnątrz olbrzymia. A dania to przechodzą wszelkie wyobrażenia.

Zamówiłam żeberka. Dlaczego na noc? Nie wiem! Nigdy nie jem mięsa przed snem. Kolacja u mnie przeważnie jest delikatna lub jej wogóle nie ma.

No cóż, zamówiłam. Przynieśli to coś co widać na talerzu. 12 słownie: dwanaście żeber. Ledwo upchnęłam 3 i 1/2. Jakiej wielkości trzeba mieć żołądek aby zmieścić w nim zawartość talerza?

Butelkę wina o zawartości 8,5% alkoholu wypiłam, cappuccino też.

Ale… na tę okazję wystroiłam się, że MM owi oczy zabłysły.

Sukieneczka czarna w białe groszki, pantofelki, kolczyki i torebeczka czerwone. Jeju … nawet sobie się spodobałam.

Dodać do tego moją opaleniznę mimo że, się nie opalałam, razem biorąc wyszło super.

To był nasz pożegnalny wieczór z Arubą.

Czas wracać, jeszcze kilka dni a popłynęłabym wpław, nawet nie umiejąc pływać, w stronę Miami.

Chcę już do domu, do dzieci, piesków i pracy.

Potrzebuję już codziennych zajęć !!!!

Siódmy dzień wakacji

To miał być dzień niezapomniany, a stał się niezapomnianym niewypałem.

Tak się też zdarza.

Reklamy zachęcały do skorzystania ze statku podwodnego, celem obejrzenia niepotykanie kolorowych rybek.

Bilety sprawdzone i … 15 minut przepływu po oceanie do statku podwodnego.

Każdy wycieczko-pasażer miał do dyspozycji 1/2 okrągłego okna. Plastykowe siedzenio-miseczki, były tak zaistalowane, że czy chcesz czy nie chcesz masz człowieku pół okienka. To nie było takie najgorsze. Ilość pasażerów statku podwodnego odpowiadała jednej du…ie w siedzenio-miseczce. Nie było możliwości stania. Na stanie nie było miejsca. Ściśnięci jak śledzie w puszce, oczekiwaliśmy na ogromniastą atrakcję. Wszyscy w napięciu, bo przecież statek naprawdę się zanużał. Z tym to nie było niespodzianek, że się zanużał. Żadnych przecieków nie było i całe szczęście. Niespodzianki nastąpiły, większe niż siedzenio-miski, z rybami.

Gdzie one się podziały?

Gdzie te kolorowe ryby z ulotek?

Zeszliśmy na głębokość około 35m, i prawie nic.

Jakieś rybki migają przed 1/2 okrągłago okna. Zdjęcia nie tylko mi nie wychodzą, widać zawiedzione miny innych osób.

MM stara się ustawić nasze aparaty, ostatecznie bieżemy przykład z innych i chwytamy telefon w dłonie.

Atrakcją stały się zatopione statki. Bo rybka tam czy gdzieś tam w tych szarych czeluściach oceanu, też straciła kolor.

Zniesmaczeni (wszyscy) przetransportowaliśmy się na statek, który przycumował po 15 minutach do brzegu. W ciszy, bez żadnych uniesień akscytacji, zeszliśmy z pokładu.

To dopiero była ….. NIESPODZIANKA!!!!!😱😱😱😱😱😂😂😂😱😱😱

Ogólnie … zobaczyłam dno oceanu. Piasek i bardzo dużo wodorostów.

Gdyby nie ta wyprawa, nigdy bym nie zobaczyła, tego co zobaczyłam.

Przed zachodem słońca wybraliśmy się z MM na spacerek. Zboczyliśmy z drogi głównej.

Zapuściliśmy się trochę dalej ale, pamiętaliśmy o swoim bezpieczeństwie. Strzeżonego Bozia strzeże, i ostrożność nie zawadzi.

Wzięłam aparat Nikon, zapomniałam loginu do appki łączącej aparat z iphonem.

Zdjęcia wspaniałe. Obiecuje, zamieszczę po powrocie do domku w oddzielnym poście.

Na jutro miałam mieć spa. Zrezygnowałam, po pierwsze – trzeba płynąć na inną wyspę, drugie – jeśli użyją jakiegoś olejku i dostanę alerii, co będzie.? Po trzecie – nie lubię dotyku obcych dłoni.

Wszysto co związane jest z pszczołą, oprócz miodu, mnie uczula. Płatki owsiane, również. Olejek migdałowy i sandałowy nie może być w moim zasięgu.

Aruba posiada tylko 2 szpitale a jeden z nich jest w rozbudowie, to znaczy że, może być nieporządek, chociaż to tylko mój domysł.

Jeśli 2 szpitale to lekarzy niewiele. Więc, zrezygnowałam. Jeśli mam chorować to wolę chorować na swoim terytorium.

Jutro mamy dzień relaskujący.

Z kilku imprez musieliśmy zrezygnować, MM musiał pracować. Twierdzi, że odpoczął, zrelaksował się i mniej myślał o pracy. To dobrze.

Jeśli chodzi o mnie. ODPOCZĘŁAM!!!!!!

Jestem gotowa do powrotu.

Szósty dzień wakacji

Trzeba było wcześnie wstać. Wakacje, a ja muszę się zrywać o świcie. Bo na wakacjach 7:30am, to jest skoro świt. MM jest wczesnym “ptaszkiem”, zanim mnie obudził to już miałam bułki i coś do bułki oraz cieplutką kawę ze Starbucksu.

Na dole, przed wiejściem do hotelu mieliśmy czekać na autobusik. Czekamy i czekamy, Autobusiku nie ma. To jest island time, nikt się nie spieszy. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Podobnie było na Bahamas, zamawiasz, czekasz i czekasz.

Busik podjechał po 45 minutach. Pojechaliśmy na zwiedzanie wyspy. Wycieczka trwała 6 godzin. Przystawaliśmy w kilku ciekawszych miejscach aby zrobić zdjęcia.

Nie zauważyłam bezdomnych ludzi, ale…psy chodzące bezpańsko, to i oczywiście.

Budownictwo parterowe, jeśli dom piętrowy to schody były usytuowane na zewnątrz.

Domy zbudowane z pustaków i otynkowane, podobnie z murami (ogrodzenie)wokół domów. Domy pomalowane na różne kolory, podobnie i ogrodzenia. Większość ogrodzeń to są mury, trafiały się metalowe oraz drewniane sztachety. W niewielu przypadkach ogrodzenia sięgały może 2 metrów, pozostałe to niskie ogrodzenia do 1m. Co oznaczało by, że wyspa nie ma problemu z kradzieżami.

Centra miast, to są hotele i cała sieć handlowa. Wyspa posiada własną rafinerię. Energię elektryczną pozyskuje z wiatru, słońca i oceanu. Skąd mają cement, piasek i wapno (składniki pustaków) nie dowiedziałam się.

Po powrocie z wycieczki padliśmy na łóżka i pochrapaliśmy.

Po przebudzeniu odkryłam że ramiona, plecy i z przodu jestem czerwona jak raczek. Wybierając bluzkę na ramiączkach nie wzięłam pod uwagę że, słońce opala również, przez szyby.

Żeby ten raczek mi nie dokuczał swoim pieczeniem, to byłoby ok. Ale niestety, ramiona piekły i plecy też. Mało pomogła maść, po opalaniu na czerwono.

W trakcie wycieczki zatrzymaliśmy na lunch na Baby Beach.

Kelnerem był norweg, który odwiedził Toruń, Grudziądz i Gdańsk. Bardzo chwalił sobie pobyt w Polsce i miło wypowiadał się o spotkanych i poznanych polakach.

Szczerze….poczułam dumę, że ktoś na tej małej wyspie u brzegów Wenezueli chwali moich rodaków.

Kobieta witająca przybywających zgłodniałych gości do restauracji Big Mama Grill na Baby Beach Aruba.

Piąty dzień wakacji

Pogoda jak najbardziej dopisuje. Trzeba się smarować kremem żeby się nie spalić na raka. Wiele osób opala się na czerwono. Niektórzy leż plackiem w pełnym słońcu, cały dzień. Nie potrafię tak. Jeśli leżakujemy w cieniu, dodatkow przykrywam się ręcznikami. Jest bardzo wietrznie i się nie odczuwa palącego słońca, ale ono jest i naprawdę pali. Ramiona i szyję mam już opaloną na caerwono, jak zresztą inni kuracjusze. Niby przykrywam się i zakrywam, nie leżę plackiem w oczekiwaniu na opaleniznę. A jednak słońce gdzieś mnie schwyciło.

Dziś po śniadanku poszliśmy na spacerek brzegiem oceanu. Oczywiście że, robiłam zdjęcia bo jakże inaczej, z tym że, zamieszczę dopiero po powrocie. Internet w hotelu jest obciążony, z tego też wynikają problemy z ładowaniem zdjęć.

Późnym popołudniem, pojechaliśmy do Palm Beach na spotkanie z zachodem słońca.

To dopiero była zabawa, tańce hulanki i swawole na stateczku. Zapoznałam sporo ludzi, wmieniliśmy się emailami. To był bardziej gest polubienia się niż utrzymywania kontaktów. Do hotelu przybyliśmy dość późno ale nie za późno, hotelowa zewnętrzna restauracja jeszcze była otwarta. Oczywiście że, weszliśmy i zamówiliśmy po lampce wina i pizzę.

Do pokoju wróciliśmy o własnych siłach, nigdzie się nie potykając. Nie pomyliliśmy też pięter ani numeru pokoju.

Czwarty dzień wakacji

Czwarty dzień, jeśli północ można zaliczyć do dnia, przewitałam na fotelu. Oglądany film tak wciągnęł że, nawet nie zauważyłam że minęła 2am. Nie chciałam budzić MM więc, położyłam się na kanapie przykrywając się kocem. Próbowałam zasnąć, nie trwało to zbyt długo bo przed 3 am, MM stanął nademną, mówiąc prawdę, pogonił mnie do łóżka.

Spałam prawie do 10am. Upiękniłam się i….czekałam na zakończenie telelekonferencji jaką MM prowadził.

Łaziłam z łazienki na balkon, z balkonu do sypialni, z pokoju do sypialni i tak w kółko. Konferencja się przeciągała a ja robiłam się zniecierpliwiona. Oj, rozumiem, MM musi być na łączach i nie ważne urlop czy nie. Ale ja robiłam się nie tylko zniecierpliwiona ale i głodna.

No nareszcie około 1pm, uwolnił się, mogliśmy pójść już nie na śniadanie ale obiad.

Po obiadku, leżakowaliśmy, odpoczywaliśmy, leniuchowaliśmy. Wszystkich przechodzących obok witałam lub mnie witano. Toż w sobotę dałam solowy popis tańca. No nie mogę po prostu nie mogę usiedzieć kiedy muzyka gra. W domu przecież też, tańczę skaczę nawet przy wbijaniu gwoździ, kucharzeniu lub sprzątaniu. Więc, mnie witano, pytano o samopoczucie, niektórzy chwilę gawędzili.

Szybkie przebranko i wyszliśmy na zwiady, jaka restauracja i gdzie ma oprócz żarcia dancing. Przecież, 14 rocznica ślubu, trzeba ładnie się ubrać i na parkiecie się zakręcić.

Jakieś dancingi oczywiście że mają ale … daleko i dla lokalsów. Więc, można tam zajechać i już w jednym kawałku nie wrócić.

Zresztą tak jak w każdym mieście, w moim podobnie, NY, Chicago, Boston itp.

Dominikana, Jamajka, Kuba, Meksyk….oferują kuroty, a jeśli zwiedzanie to z okien autokaru.

Byliśmy ostrożni i… zostaliśmy w okolicy kurortu. Lokalsi tutaj nie zaglądają. Niepocieszeni wracając do hotelu zatrzymaliśmy się w kubańskiej restauracji.

Piękna muzyka płynęła z głośników i zanim usiadłam przy stoliku odtańczyłam salsę.

Mimo że, nie byłam pięknie ubrana spędziłam wspaniały wieczór przy hiszpańskiej muzyce.

Nogi miałam baaardzo brudne, bo trudno tańczyć w klapkach, wiec tańczyłam na bosaka. Lambada, rumba, salsa innej muzuki nie było, no tango brazylijskie.

Namęczyłam się, parkiet a właściwie posadzka posłużyła dla moich stóp jak pumeks. Chociaż…pumeksu nigdy nie używam bo starłabym przy pierwszyk użyciu skórę do krwi.

Sukienka w szafie wisi, pantofelki stoją, a ja wybawiłam się nawet nie strojąc sie na zabawę.

Nie poddam się tak szybko. Muszę przywdziać moją sukieneczkę. Może jutro, jeśli nie bo na pewno nie… płyniemy na ”poszukiwanie zachodu słońca” .

Będę niepocieszona jeśli się nie wystoję ….

Udany dzień i miła zabawa.

Jaki będzie jutrzejszy dzień? Nikt nie wie. To będzie wielka improwizacja.

To my będziemy, bohaterami i aktorami, scenariusza jaki nam życie napisze.

Trzeci dzień wakacji

Oh oh MM spał obok mnie. To nie jest takie ważne. Ważne że, NIE CHRAPAŁ!!!!!!

Przed wyjazdem zamówił specjalny “smoczek” przeciw chrapanku. “Smoczek” przypłynął z UK. Rozpakowaliśmy i …byłam wstrząśnięta. Jak w ogóle można tego czegoś używać, spać w tym. Smoczek do buzi, a w środek należy wessać język. Aby nie wypluć smoczka podczas snu, zakłada aię specjalny pas na głowę i podbródek. MM na próbę założł to “urządzenie”. Wglądało to, przynajmniej dla mnie, na tortury. MM skwitował … jest OK..

Patrząc na grymas na twarzy MM, nie powiedziałabym aby było ok.

Może,

może pod wpływem myśli o założeniu “smoczka”, MM przestał chrapać.

Jeśli to urządzenie działa na MM, jak odstraszacz, to też dobrze.

Spał obok mnie jak niemowlaczek.

Na śniadanko wybraliśmy się do Starbucks. Bułka z serem i kawa, zaspokoiła mój śniadaniowy głód.

Czas na karnawał. Już pierwszego dnia zauważyliśmy poprzywiązywane stoliki i krzesełka na chodnikach. W niektórych miejscach było nie sposób korzystanie z chodnika. Nikogo to nie dziwiło i nas też nie powinno.

Jak karnawał to karnawał.

Dziś się właśnie odbył. Dużo muzyki, tańca i ogólnej wesołości. To ostatni dzień karnawału na Arubie, który trwał od…stycznia.

Dziś odbył się stolicy Aruby Oranjestad.

Mogłam podziwiać znurzenie oczekujących a później radość, kostiumy i muzykę.

Nie dotrwaliśmy do końca karnawału, zabrakło cierpliwości.

Restauracje i sklepy na czas karnawału w większości zamknięto. Znaleźliśmy knajpkę gdzie się zakotwiczyliśmy.

No tak, ja w barze odszukałam Martini Rosso, mogłabym już z tamtąd nie wychodzić. Barman dwókrotnie pytał, czy na pewno chodzi mi o ten vermut.

Och wiem tego nie pije się o tak z kieliszka, dodaje się do drinków.

Każdy ma swoje upodobania nie tylko smachowe ale i węchowe, bo MM nie może tego wina wąchać.

Nie, nie upiłam się, zamówiłam malutką lampkę, podelektować się.

Wróciliśmy do hotelu na bolących stopach.

Ochłodziło się, schowałam się do łóżka. Nalożyłam na pidżamę ciepły golf, na nogi ciepłe skarpety. Co z tego że na zewnątrz 27C. Zmarzłam.

Obejrzałam zdjęcia z karnawału. Zamieszczę po powrocie do domku.

Drugi dzień wakacji

Spałam twardym snem. Po przebudzeniu zauważyłam, że poduszka obok jest nie tknięta. Oznaczało, że MM nie spał tej nocy ze mną. Oj, nie dobrze…pomyślałam. Nie to, że gdzieś zabalował. Raczej …spał na kanapie i może być nie wyspany. Chociaż, MM śpi wszędzie. Każde niewygody stanowią dla niego wygodę. Taki on już jest.

Gdy weszłam do drugiego pokoju MM był już przy komuterze. Nie chciał mnie budzić w środku nocy, wiec nie przyszedł do sypialni to pierwsze, drugie jest rannym ptaszkiem i przebudził by mnie myszkując w sypialni.

Ot i cała tajemnica. 😀

Śniadanko zjedliśmy w restauracji obok. Zresztą, wczoraj tam jedliśmy kolację. Spodobała się nam i jeśli coś się podoba należy korzystać a nie latać po knajpach i próbować.

Caluśki dzień i wieczór spędziliśmy w kompleksie wypoczynkowym. Wypoczywaliśmy w cieniu, delektując się Piña colada i serwowanymi w hotelu daniami. Słuchaliśmy muzyki, oczywiście nie udało mi się usiedzieć i pobiegłam potańczyć.

Dzień był wyjątkowo ralaksujący.

Moja głowa zrobiła się wolna od myśli. Nareszcie. Zawsze mam tysiąc myśli na ułamek sekundy. Tym razem po prostu nie do wiary, mogę nie myśleć. Nie trzeba nic robić, nigdzie iść, jechać. Praca daleko została, pieski, dzieci, rodzina …. oni mnie potrzebują lecz wypoczętej i szczęśliwej. Teraz jest czas na “podładowanie akumulatorów”.

Wakacje

Przylot – March 1th, Friday

Lot trwał 3 godziny. Jakie było moje zdziwienie kiedy, zobaczyłam dwa rzędy foteli w samolocie, trzy i trzy. MM zamawiając oznajmił mi, że będzie, dwa fotele przjście i trzy. No i trochę się poddenerwowałam że, będę siedzieć między…Nie lubię siedzieć przy oknie, czuję się zciśnięta, przytłoczona, zablokowana. Nie lubię siedzieć w środku, czuję się lepiej niż przy oknie, bo mam możliwość ucieczki. Nie ważne, ucieczki czy wyjścia. Nie lubię i koniec. Brzegowy fotel jest dla nie najlepszy i najbezpieczniejszy, jeśli zajdzie potrzeba mogę się szybko ewakuować, nie jestem zciśnięta , przytłoczona ani pozbawiona, swobody i w pewnym sensie wolności.

Wprawdzie MM zaproponował zamianę foteli, ale wiem jak on lubi okno, może oprzeć głowę o ścianę samolotu i spać. Nie śpię w samolocie, czytam, oglądam filmy, słucham muzyki. Zasnę po zażyciu środka nasennego. Tak, tak, zażyję a później po przebudzeniu, chodzę jak ćpun.

Pocieszającym dla mnie było, że obok mnie z prawej strony, usiadł młody mężczyzna. Zamieniłam z nim kilka zdań. Uprzejmy, miły, młody i wyyysoooooki. Patrząc na jego długie nogi, zrozumiałam, że jemu należy się brzegowy fotel, on jego potrzebuje. Będzie mógł wyciądnąć nogi w stronę przejścia. A ja? Ja nie powinnam narzekać. Środkowe miejsce, też jest wygodne i lepsze niż w luku bagażowym.

Podczas lotu MM szybko usnął. Znalazłam w ofercie filmów samolotu, film Bohemian Rhapsody. Obejrzałam, jak to się mówi, jednym tchem.

Może nie jest ten film pouczającym, ale wymusił na mnie zrozumienie pewnych zachowań, wymuszonych przez sytuacje i otoczenie. To zrozumienie dotyczy wyłącznie tego filmu.

Lądowanie na Arubie przebiegło bez żadnych niespodzianek, bo i takie powinno być.

Językiem urzędowym na Arubie jest niderlandzki i papiamento. Urzędowym bo do komunikacji jest język angielski. Wikipedia podają, że 75% turystów pochodzi z USA. To by oznaczało 25% z innych części świata.

Słyszałam: hiszpański i hebrajski.

Nie mogę natomiast powiedzieć czy niderlandzki dał się słyszeć, bo tego języka nie rozróżniam.

Bardzo miły wieczór spędziliśmy na spacerze rozpoznawczym, kolację natomiast zjedliśmy w restauracji.

Nigdy nie jadłam lazanii. Na pytania …czy jadłaś? ….odpowiadałam …nie jadłam bo nie lubię….jak można czegoś nie lubić, jeśli się nie jadło….

Miałam rację, że nie lubiłam i nie lubię. W restauracji, na przekór sobie, zamówiłam…LASAGNA (LAZANIĘ)!!!!!!!

Pierwszy i ostatni raz! Lubię makaron, spagettii ale nie lazaniję.

Wypiliśmy po 2 drinki przy rytmach muzyki płynącej z estrady i późnym wieczorkiem przywlekliśmy się do pokoju hotelowego. Zmęczona atrakcjami dnia, usnęłam na kanapie hotelowej.

MM obudził mnie po… chyba 30 minutach abym przeniosła się do sypialni, wygodniej.

Usnęłam w oku mgnieniu.

Nie ma czemu się dziwić, wiele atrakcji i świeże powietrze.