Życie jest sztuką…..

Jeśli jedzenie banana jest sztuką,

to sztuką mogą być wszystkie czynności jakie człowiek wykonuje, w tym, fizjologiczne.

Dlaczego nie? np: plucie, nadymanie się, napinanie się …. a nawet spuszczanie wody w toalecie.

Pewnien artysta z niemiec skupuje martwe ciała i robi sztukę.

W pewnym teatrze pokazują kopulację (z seksem nie mylić)i również, twierdzą, że to sztuka.

Moim zdaniem za dużo na tym świecie oszołomów, którzy chcą wypłynąć na bananie…..

Czy…. sztuką jest zrobić sztukę bez sztuki…?????..

Polityczna patologia?

https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/minister-elzbieta-rafalska-uspokaja-czytelnikow-super-expressu-500-bedzie-na-czas-aa-4o8X-ecw6-54i7.html

Czy to tylko ja nie rozumiem?

Czy to znaczy, że młodzi (bo 60latek nie ma dziecka w wieku żłobkowym, oczywiście są wyjątki) rodzice są tylko i wyłącznie na utrzymaniu 500+?

Nie otrzymają 500+ to od razu umrą?

Szykują następne 500++, dodatki do żłobków i przedszkoli, dają na “kredki” pierwszakom. Przy okazji dostanie się i seniorom, tak na otarcie łez.

Komu i ile się jeszcze dostanie?

Powiedzieli by ludziom gdzie te pieniądze leżą i nie trzeba byłoby zrywać nocek na pisanie i głosowanie ustaw.

Mam wrażenie, że obecna partia rządząca ma zapewnione rządy dozgonnie.

Jak świat światem nie ma tak, że wszyscy są zadowoleni.

Psiarnia

Lubię Ononato jest pies starszej córki MM. Moje psinki to są przy tym psie jak miniaturki. Córka MM znalazła pracę w innym stanie, przy granicy z Kanadą i w najbliższych tygodniach wyjeżdża. Psinę zostawiła u nas na kilka dni, dziś zabiera. Wyjeżdża oczywiście, z Ononem.

Piesek ułożony, posłuszny tylko jedno ale…..sierściuch.

No nie lubię jeść sierści,  co chwilę nie będę odkurzać lub latać ze ściereczką i zcierać  mebli. Onon baaardzo często otrząsa się, fajnie i pociesznie to wygląda ale….ile sierści on z siebie strzepuje to ja chyba tylko wiem i widzę. Jeśli na stole kuchennym jest sierść to znaczy, że na niższym pułapie jest jej o wiele więcej.

Nie, jeszcze nie jestem uczulona na sierść, na pyłki kwiatowe jak najbardziej co objawia się również zawrotami głowy. Ostatnio wychodziłam w maseczce.

Więc…dziś czeka mnie sprzątanie, odkurzanie i trzepanie i to całego domu. I po co ja mówiłam, że nie jestem uczulona?

Tylko zaczęłam okurzać…kichanie, płakanie i kaszlanie. Normalnie nie mogłam tego powstrzymać. Przyjęłam tabletkę, z tym, że żadne lekarstwo nie działa natychmiast.

Odkurzanie piętra dokończyłam w maseczce. Było o niebo lepiej. Nie lubię maseczek bo pod maseczką twarz się strasznie poci.

Ale coś za coś.

Co u mnie?

Czekamy na uroczystość graduacji mojej córci na uniwersytecie. Już prezent mamy w postaci aparatu fotograficznego. Córcia skończyła 2 letnią szkołe fotograficzną w Polsce, socjologię i zaliczyła rok farmacji. Poszła w moje ślady (fotografia) i tymi śladami podążała. Odbiegły wprawdzie od fotografii nie co w bok, ale to co się lubi, to zostaje na zawsze w sercu. Kupiliśmy z MM bardzo dobry podręczny aparat fotograficzny FujiFilmX100F, futerał skórzany płynie lub czy też przyleci z Honkongu. Miała do wyboru NikonD750 lub Fuji. Wybrała ten drugi. Nie dziwię się. Podobnie jak moje Sony RX100VI jest podręczny, można schować do torebki.

NikonD750 wraz z obiektywem ma swoją wagę, a dodać do tego statyw to i rąk zabraknie, żeby robić zdjęcia. Zdjęcia zamieszczone w poście https://wp.me/p58SQS-Tr wykonane były D750. Pamiętam kiedy zaczynałam pstrykać zdjęcia z Tatusia szpulkowego aparatu. Jest tam w Polsce, na strychu, później miałam masę szpulkowych. Sama klisze wywoływałam, zdjęcia powiększałam. Wiedziałam w jakich ilościach wymieszać odczynniki. Siedziałam w ciemni godzinami. To był och i ach. Później zaczęłam zabawę z kolorem, niestety na początku odczynniki nie były dopasowane do kolorów. Za dużo czerwieni, za dużo żółci, wszyscy pruszali się jakby mieli opaski na oczach. Odczynniki też nie dawały takiego efektu jakiego fotograf się spodziewał. To była totalna porażka kolorów. Nie pamiętam w którym to roku wszystko stało się jasne, ile czego dodać, ale ja już nie miałam czasu. Moje zdjęcia już nie trafiły na wystawę, a miały trafić…trafiło mnie co innego, wyszłam za mąż. Ex był politykiem od urodzenia i nie po drodze nam było.

Ot i moja zabawa z fotografią gasła. Ale to co jest w sercu, tam i pozostanie. Oczywiście oglądam wiele zdjęć na internecie, nie wiele mnie interesuje, nie wielu zdjęciom poświęcam uwagę. To jest takie pstrykanie, technika fotografii poszła w kąt. Nikt nie jest zainteresowany teraz techniką, a wszelkie konkursy skupione są na emigrantach. Oczywiście, że śledzę i co widzę…wygrywa ten co pstryknie zdjęcie wspinającego się emigranta po plandece samochodu, chcącego dojechać do Wielkiej Brytanii. Normalne?

Ja tak nie uważam. To pierwsze. Drugie… zdjęcie które zrobisz w chwili wysłania na konkurs nie jest twoje. Podpisujesz glejt i zrzekasz się wszelkich praw. W tej chwili mówię o prestiżowych konkursach, a nie o wojewódzkich. Dlaczego miałabym zrzekać się praw do mojego zdjęcia?

Wolę mieć je w swoich katalogach i niech nikt ich nie ogląda, niż ktoś inny podpisze się pod moim zdjęciem. Nie mówię, że jestem jakimś wybitnym fotografem, bo każdy może nim zostać, teraz dzieci maja komórki i pstrykają, ale nie każdy ma tzw. OKO. Jeśli pisze komentarz pod jakimś zdjęciem (tak tak, to do Ciebie), że to jest rewelacyjne zdjęcie, to tak musi być.

😄

Wiem, dobrze wiem, że mój czas się skończył. Teraz nie jest ważne jak robisz zdjęcie, ważne aby to było na topie. Głodne dziecko (nie ważne że cierpi w trakcie pstrykania zdjęcia), emigrant, zabity, padła owca koń czy świnia, nie ma czasu na żale…. A fotografia miała nam pokazać nie tylko samo zabijanie, wspinanie się po skałach, topienie się w przerębli, itp….miała pokazać nasze uczucia z tym wszystkim związane oraz uchwycony klimat. Klimat zdjęcia jest najważniejszy w fotografii. Fotografia zeszła do reportażu i nad tym bardzo boleję.

Rozpisałam się za bardzo… a miało być o prezencie dla córci z okazji graduacji.

MM już ma zaklepane, wraca z pracy wcześniej tj. przylatuje dzień wcześniej. Po graduacji w uniwersytecie wybieramy się do …restauracji a tam … hulanki i swawole. Ot i nie prawda. Amerykanie nie lubią dancingów. Siedzą przy barach z lampką, kieliszkiem i gawędzą. Piepszą jednym słowem, bzdury. W moim mieście są tylko dwie restauracje z dancingiem i to nie w każdy weekend. A miasto liczy około 6 mln ludności (z przyległymi miasteczkami. Barów jest…całe mnóstwo. Dyskoteki oczywiście są, ale i tak oblegane są tylko i wyłącznie bary. Zaliczyłam bary nocne, dancingi, dyskoteki…wiele widziałam i nie raz przed poznaniem MM byłam wydawana za mąż.

Wiecie co? chyba ten mój MM był mi pisany. Chociaż pierwszych oświadczyn nie przyjęłam, a przy drugich powiedziałam…ja ciebie nie kocham… to on ten obecny MM był bardzo szczęśliwy, bo przyjęłam zręczyny. Żeby nie mój Tatuś to nigdy bym nie wyszła za żadne za mąż. Bo jak MM oświadczył mi się po raz drugi, zadzwoniłam do Tatusia… Tatuś co ja mam robić, on chyba mnie naprawdę kocha a ja nie potrzebuję jego, do czego on mi potrzebny. Ja chcę wrócić do domu( ryczałam w niebogłosy w łazience MM) ja chce do dzieci.

😢

….Tatuś powiedział… w twojej szkole na Twoje miejsce przyjęli już innego pracownika, kto inny wykłada, Twoje stanowisko jest zajęte, to że masz licencje i wszelkie papiery to jest nic, w tym czasie weszły nowe przepisy, nowe firmy powstały inni zajęli twoje miejsce. Że ktoś ci obiecywał, to już na pewno i o tym zapomniał. … Tatuś nie powiedział konkretnie co mam robić z tymi oświadczynami…. zastanów się i pomyśl…Dodał… on potrzebuje twojej pomocy jest teraz twoja kolej aby pomóc człowiekowi… tak jak kiedyś pisałam. MM był dłużny 250 000$ dla amerykańkiego urzędu skarbowego. Po prostu nie rozliczał sie z Afryki i Londynu gdzie kiedyś pracował, pieniądze roztrwonił na swoje córki i exżonę która faktycznie była w tamtym czasie była ex., czego nie ukrywał.

I tak zostałam żoną amerykańca z długami. 

Ostatecznie Urząd skarbowy darował nam 90 000$ i to był szalony dzień. Pismo darujące nam 90 000$ zachowałam na pamiątkę. Tych obieranych ziemniaków i mleka popijanego nie zachowałam. Ile musiałam wycierpieć to jest tylko moje. MM nie przyzwyczajony do oszczędzania robił co raz awantury, że pracuje i nie może na nic pozwolić .

Kurcze, a na co można było sobie pozwolić mając 1/4 miliona długu?

Tak tak, przeszliśmy przez wiele, bo kiedy syn przyjechał a był sponsorowany przez MM to mego syna od pierwszego dnia, nie zaakceptował. Ale to inna bajka, to ja już wtedy cierpiałam i broniłam swego syna. A nie było to wcale łatwe.

Niech nikt nie myśli, że życie z amerykaninem to jest miód i czekolada.

Czasami, czasami wręczane kwiaty parzyły jak pokrzywa.

Wiele jest za mną i wiele przede mną.

Nie wiem tylko jaki aparat wziąć na córci graduację. Jaki będzie wygodniejszy do robienia zdjęc w czasie graduacyjnej uroczystości. Uroczystość z graduacji będzie również transmitowana w internecie.

Synuś planuje graduację na uniwersytecie za 2 lata, chce przyspieszyć ale… nie da się, ma odpowiedzialną pracę. Jeden przedmiot na semestr, tyle może wziąć i zrobić. Aby zrozumieć system nauki i studiów w ameryce trzeba tutaj być i żyć.

Nie ma niczego takiego jak wieczorowe, czy studia zaoczne. Studia korepondencyjne a właściwie internetowe istnieją ale, nie sa mile widziane przez pracodawców. Nie ma czegoś takiego, że plan zajęć narzucony jest odgórnie. Tutaj student wybiera ile chce przedmiotów studiować w danym semestrze. Jest tabela w jakich godzinach i w jakich dniach może sobie ten przemiot studiować. Jeśli rano, to wybiera student poranne zajęcia, jeśli wieczorem to nie ma sprawy. Moja córcia w tej chwili kończy zajęcia o 10 pm.

Plan zajęć na uniwersytecie jest tak ustawiony tak, aby pasował dla wszytkich chcących studiować.

Zakłady pracy również kładą nacisk na edukację, w większości przypadków nie utrudniają swoim pracownikom dalszego kształcenia się.

Zaczęłam od prezentu a … odbiegam od tematu…. No nic, widocznie to jest mój dzięń, bo nie zawsze jestem taka gadatliwa.

Mój synuś uczy się w tej chwili jak szalony, a że czytelnia uniwersytecka czynna do 2 am , przesiaduje tam do zamknięcia. W czytelni można zarezwerwować sobie oddzielny pokój nauki i być tylko samemu lub z grupą. Dziś będzie w czytelni do 10pm, ale w niedzielę planuje być do zamknięcia tj 2am, w poniedziałek ma semestralny egzamin i chce zaliczyć na A – na B zaliczyłby bez dodatkowej nauki. A – jest najwyższą oceną w Ameryce. F oznacza – nie zaliczone. W Ameryce nie ma 6,5,4,…1 jest A,B…F.

W szkole średniej jest troszkę inaczej bardziej opisowo i oceny procentowe. W collage jest podobnie jak na uniwerystecie. Mój syn zaczął edukację w ameryce od szkoły średniej. Córcia od collage z tym, że jej zaliczone zostały przedmioty ze studiów w Polsce. Kiedy była w Polsce, kazałam jej się uczyć i uczyć i uczyć, zamiast siedzieć i czekać kiedy to przyjedzie do mnie, niestety jej sponsorswo trochę trwało.

A że była wzorowym uczniem i studentem w Polsce zaowocowało to i w Ameryce. W ameryce jest również wzorowym studentem. Oczywiście trudno uwierzyć…ale tak jest.

Kiedy przyjechała do Ametyki, myślała że przyjeżdża na wakacje. Niby jak miałabym jej powiedzieć, że jej nie wypuszczę? Serce omal mi nie pękło, kiedy słyszałam jak płakała, że nie pozwoliłam jej wracać do Polski. Każdy ma inne dziecko, każdy ma inną sytuację, każdy ma inną kulturę, a ja musiałam tak zrobić. Teraz…córcia jest szczęśliwa. Wiedziałam co robię, wiedziałam co mogę dać swoim dzieciom, i o nie walczę każdego dania.

Bo moje dzieci są na pierwszym miejscu.

MM jest na pierwszym miejscu również.

To są równoległe pierwsze miejsca.

Tak, tak… tylko gdzie jestem JA ?

To odpowiem..

Szęczście moich najbliższych jest moim szczęściem!!!!

Z każdej radości moich dzieci czerpię, radość i energię do dalszego życia.

Każda radość mojego MM dodaje mi siły do dalszej walki o następny dzień.

 

Poświątecznie z bułeczkami

U mnie to już wczoraj (poniedziałek), było po świętach. Poniedziałek jest dniem pracy. A więc kto żyw, do pracy i szkoły. Mnie też zawiało do pracy, po pracy – przywiało do domku. Sałatka warzywna na ukończeniu, wędlinę dziś dokupiłam. Mazurek “sam cukier” dojadłam wczoraj, podobnie babkę.

A dziś…

rośnie rozczyn na ciasto drożdżowe, zrobię bułeczki nadziewane dżemem wiśniowym oraz masą serową.

Chce mi się czegoś do jedzonka, czegoś niesprecyzowanego. Może bułeczki mnie zaspokoją. Kto wie….

Więc, rozczyn rośnie a ja czasami podglądam…

ROŚNIE!!!!!!😱😱😱😱

Rozczyn wyrósł cudnie. Ale jest jedno ALE…połączyłam wszystkie składniki, a ciasto….za rzadkie. Toż wiem jakie być powinno. Tak tak, zależy od mąki. Tylko, dosypałam 200g, ciasto rzadkie.

Odstawiłam do podwojenia się, tylko jak się ono ma podwoić, jeśli przelewa się między palcami. No nic. Mam czekać godzinę. Będę zaglądać. Opatuliłam kocykiem, przykryłam folią na to czystą ściereczkę.

W przepisie było …przykryć czystą ściereczką…hmmm. Toż nikt nie przykryje ścierką od podłogi lub o zapachu czosnku lub cebuli….

Zapomnieli zaznaczyć ….suchą czystą ściereczką….

Kto pisze te durne przepisy?

Pewnie, że mogę ich nie czytać i wg nich ciasta nie piec.

Tylko z tych mądrych przepisów, ostatnie bułeczki mi się nie udały😩😩😩😩😩

Bułeczki w piekarniku.

Znów muszę powiedzieć, że coś zrobiłam na odwyrtkę. Do sera dodałam całe jajko. O tak, po prostu całe, diabeł podkusił. Ser wyszedł jak kisiel lejący.

Myślę, że powinnam dać spokój z tym pieczeniem w stresowych dla mnie dniach.

Chciało się czegoś słodkiego a nie “sam cukier”.

Pieką się moje bułeczki. Niektóre wyglądają jakby były chore.

Upiekły się!!!!!!To jest chora bułeczka.

Bułeczki rozpływają się w ustach. Ciasto puszyste i delikatne.

Będę piekła wg tego przepisu. Przykrywała czystą ściereczką 🤪a po upieczeniu się zajadała.

Trzeba będzie zapisać się na siłownie!!!🤸🏻‍♂️🏋️‍♀️🤾‍♀️

Deszczowo błyskawiczna kawcia….⚡️⚡️⚡️🌩⛈🌩🌩⛈⚡️⚡️⚡️

Tym razem nie kawa nie pozwoliła mi spać.

Błyskawice rozświetlały sypialnię, odgłoś grzmotów unosił się w powietrzu a deszcz szumiał. Dzwonek alarmu powodziowego groźnie zadźwięczał. Za chwilę drugi alarm, tornado. Nasz dom jest na wzniesieniu, powódź nie groźna. Od tornada nie uciekniesz.

Światło w sypiali, zapaliłam po pierwszych grzmotach, przed 4am. Oczywiście, że się boję. Mam za sobą, dwa pożary. Wiem jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Widziałam na własne oczy jak piorun uderzył w dom, na przeciwko domu w którym mieszkałam.

Mam prawo się bać.

Przed 5 am zeszłam z MM do kuchni na kawcie. Wcześnie. Za wcześnie.

Nie czekałam ostatniej nocy, na powrót MM. Po pracy i wizycie u fryzjera, byłam okrutnie zmęczona.

Jeśli chodzi o fryzurę. Zjawiskowa, a kolorek niesamowicie cudny.

Deszcz wciąż dzwoni o rynny. Grzmoty ucichły, czasami z oddali daje się słyszeć ich odgłosy. Ale już nie huczy nad domem i im nie trzęsie.

Budzenie miałam nastawione na 7am. Powróciłam do łóżeczka dosłownie na 15minut. MM pozostał na kanapie w tv roomie. Lubi oglądać poranne wiadomości. Dzieje się trochę w polityce amerykańskiej. Społeczeństwo jest już zmęczone rządami prezydenta. A miało być tak dobrze. Zastanawiam się również, na ile wykształcenie wpływa na zmianę osobowości i kultury człowieka.

Pani K.P jak to z googli można wyczytać habilitowała się ale … czy na pewno poszła w dobrym kierunku. Śmiem wątpić. Całkowity brak klasy. Czy osiągając stołki na stanowiskach rządowych trzeba zatracać człowieczeństwo? Miałam exa z elyt…w pewnym okresie było mniej człowieka w tym człowieku. Dlatego też, nie piszę o polityce, ale nie znaczy, że nią się całkowicie nie interesuję.

Leżałam w łóżeczku słuchając dzwonienia deszczu.

Deszczowa muzyka uspokaja? Nie pozwala spać!!!

Do spania potrzebuję ciszyyyyy.

Takiej ani mru, mru😴😴😴😴😴


Jak to się mówi…do pracy rodacy…


Po pracy zajechałam po zakupki na jutrzejszy (u mnie ) świąteczny obiad.

Szybciutko się przebrałam i zrobiłam MM kurczaczki “palce luzać”. No i ….lizał te paluszki. Kurczaczki niesamowite.

Znalazłam też inny przepis na kurczaczki, myślę że będzie jeszcze lepszy.

Po świętach wypróbuję.

Oczywiście, poinfirmuję.


Teraz po jedzonku odpoczywam, nabieram sił do zmagań z mazurkiem morelowym.

Fryzjer

Dziś dorwałam swoją fryzjerkę. No jestem na fotelu. Zobaczymy co wyjdzie. Mam nadzeję na udaną fryzurę.

Bardzo dużo zakładów odwiedziłam. Tańsze, drogie i najdroższe, zawsze wracam do  “mojej”. Jak mi coś nie pasuję, mówię szczerze że spaprała i idę w poszukiwania. Chodzę tak do roku, aż mi jakaś nowa włosy spapra i wracam do tej starej.

Wiem, że mają ze mną ciężko, ale za to ciężko płacę dobrze i nie żałuję. Ale fryzura musi być jak na zdjęciu, jakie podsuwam pod nos. Nie wszystkie potrafią, “mojej”  fryzjerce również czasami się nie udaje.

Kolory pademek dobierałyśmy dość długo. Scięcie takie same jak ostatnio, ale –  zdjęcie pokazałam.

Wyszłam zadowolona.

Pod wrażeniem niewrażliwców

Teraz i w moim rodzinnym kraju jest (prawie) wszystko sprywatyzowane. Tu gdzie mieszkam, wszystko. Pomijam urzędy,  które  finansowane są  z budżetu państwa. 

Biznesowe hasło: Czas to pieniądz...

nie trafia do wszystkich, możliwe, że w tych czasach do nikogo

...pieniądz robi pieniądz...

też nie bardzo, jeśli się ma “swoją” klientelę.

Kilent nasz pan.....
??????

nie aktualne w tych czasach. Każdy chce jeść, korzystać z usług, więc jeśli nie TY kliencie, to na twoje miejsce będzie ich 100.

Jeszcze jest aktualne hasło REKLAMA DŹWIGNIĄ HANDLU. 

Handel jest sprzedażą i nie tylko towarów ale i usług.

Więc, radio, telewizja, internet, prasa bombardują nas reklamami. Zachwalają, zachęcają, polecją…weź, kup, sprawdź…nie będziesz żałować. 

Zachęcają również …..solidny, terminowy, niezawodny, szybki, najtańszy…

Nigdy nie dałam się zwieść na manowce reklamom. Jestem z tych osób, które zakupy traktują jak zło konieczne (sklep budowlany i ogrodniczy jest wyjątkiem). Kupuję to co mi potrzebne lub na co JA mam ochotę, a nie reklamodawca chce mi wcisnąć, udawadniająć, że będę zadowolona z posiadania czegoś na co nie mam ochoty.

Jeśli ktoś oferuje w usługach profesjonalizm to i tego oczekuję, nie ma czegoś takiego…przepraszam, żałuję że się nie udało, klękanie i proszenie o wybaczenie …. 

Kupując usługę jako terminowa, niezawodna, mam prawo tego oczekiwać. Tym bardziej, że usługa jest dodatkowo opłacana. 

Jeśli opłacona przed dostawą, zostaje nam reklamacja i długa droga do otrzymania zwrotu należnych nam pieniędzy.

Jeśli opłacana po wykonaniu usługi mamy prawo, nie opłacić lub opłacić w zmiejszonej wysokości.

Na rynku handlowym i usługowym, króluje  

...JEŚLI NIE TY, TO ZNAJDZIE SIĘ INNY...

http://www.worldometers.info/pl/

Faktycznie, z każdą sekundą ludzi przybywa. Firmy nie muszą martwić się o pozyskania klienta. Czyżby?

Wciąż, jestem w poszukiwaniu fryzjera solidnego, terminowego, profesjonalnego. Wprawdzie nie mam nadziei na znalezienie takowego, ale…szukam.

Wiele zakładów fryzjerskich obeszłam, muszę zaznaczyć, że usługi fryzjerskie w ameryce nie należą do najtańszych bo 175$ za scięcie, kolor i pasemka oraz jako takie ułożenie (pomachanie suszarką) nie jest nawet na warunki amerykańskie tanio. Oczywiście, że są zakłady fryzjerskie, które życzą sobie ponad 200$ i więcej. Wielokrotnie sama farbuję i robię pasemka, oczywiście, że jest róznica. Z pod mojej osobistej ręki wychodzi coś co nawet nie przypomina pasemka. No cóż, w takich momenta jestem obrażona na fryzjerów i daję sobie radę jak potrafię. Po kilku takich seasnsach samorobienia, powracam do zakładu fryzjerskiego.

Byłam umówiona z fryzjerką na dzisiaj. Dochodzi 11am więc, dzwonię aby upewnić się, czy aby nie jest jeszcze zajęta z inną klientką. No i tu profezjonalizm się załamał jak cienki lód na rzece pod koniem.

Fryzjerka nie odbiera i nie oddzwania. Zaczyna działać

..jak nie ty to inna...

Ależ ja o tym wiem, że zakład fryzjerski ma nie tylko swoją klientelę, która im wszelkie potknięcia wybaczy ale i napiwek zostawi za spaprane włosy. Ale jak ja, nie zrobię podatków to mi IRS nie wybaczy.

Nie lubię takich sytuacji.

Rytm dnia został zburzony.

Nie potrafiłam się odnaleźć.

Siedziałam przed kompem z odrostami sięgającymi pleców (tak strasznie to ja nie wyglądam, tak się czułam) i … wściekła, że zostałam zlekceważona.

 

 

 

 

solono-słodko-kwaśne

Wczoraj nie tylko sprzątałam i kawę piłam.

Usmażyłam kurczaczki ale takie, takie, że palce lizać.

Od dłuższego czasu szukałam przepisu na kurczaczki, takie, jakie jadłam dawno temu w barze, który niestety ale sie przeniósł do innego stanu. Lubiłam ja, MM i MSJ. Córcia nie miała okazji spróbować, baru już nie było to pierwsze, drugie przeprowadziliśmy się do innego domu i dzielnicy. Wiele lat poszukiwań, przewalania w internecie tysiące przepisów, na stronach nie tylko polskicha le i obcojęzycznych,  uwieńczonych zostało sukcesem.

Nie twierdzę, że smak kurczaczków jest taki sam lub podobny, do tych kurczaczków jedzonych przed laty, bo kto by pamiętał. Kurczaczki jednak smakowały, bardzo smakowały.

Oczywiście, że zdjęcie wysłałam córci, synowi i MM.

Zachwalałam, no i ….synuś zjawił się dzisiaj przed pracą kilka minut po 5am oraz po pracy na dokładkę. Córcia zamówiła, na po świętach, MM w najbliższym czasie.

Oczywiście, że zamówienia zrealizuję, tym bardziej, że kurczaczki smakują naprawdę wyśmienicie.

 

Dzisiaj miałam, dalszy ciąg porządkowania, i ukończyłam. Nareszcie.

Zamiast kawy zrobiłam sobie kakao. Rozmawiając z synem, nie zwróciłam uwagi co do kakao wsypuję. Jeden łyk… biegiem do zlewu. Zamiast posłodzić …. posoliłam.

Dałam już spokój z tym kakao i wszelkimi ciepłymi napojami. Mam nadzieję na lepsze spanko tej nocki.

 

 

 

 

Relaksująco-stresujące sprzątanko

Zimno dziś na podwórzu. Wczoraj chłodziliśmy w domu, dziś ustawiłam ogrzewanie. Ostatnie taxy wysłane i do czwartku mam wolne. Zajechałam do sklepu zrobiłam zakupy na te kilka dni wolnego i… nie wiem co z tymi dniami zrobić. Poukładam w pokoiku “graciarni”. Przyszedł czas na przejrzenie, wyrzucenie, ułożenie. W najgorszym nieporządku są moje sprzęty fotograficzne. Wymieniam obiektyw – położę gdziekolwiek. Zmieniam aparat też kładę lub wsunę w wolne miejsce. Filtry całkowicie rozkompletowane. To jest tylko i wyłącznie mój pokoik “graciarnia” więc robię co chcę. Walizeczki mogę wynieść na poddasze, ale mi się nie chce. Może jutro to zrobię. 

 

Więc, zabieram się do organizacji “graciarni”.

 

Jak, mi szło sprzątanko?

Nie najlepiej. Ciągle coś mnie od prac porządkowych odciągało. A to muzyczkę znalazłam, a to przez okno wyjrzałam pocieszyć oczy pięknymi kolorowymi tulipanami rosnącymi na moim “polu”, a to sprawdzenie jakiś wiadomości na komórce, a to… a to..

Zrobiony …ten porządkowy bałagan, rozprzestrzenił sie po moim pokoju-biurowym.

Robiłam przerywniki z kawcią, jedna, druga i trzecia, a w nocy…. a w nocy dziwiłam się, że spać nie mogłam.

Próbowałam a jakże, zasnąć.

Gaszę światło i czekam…czekam…czekam…Szybciej bym  trzęsienia ziemi się doczekala. A były w moim regionie już dwa. Zapalam świato i gaszę, gaszę i zapalam. Jak tylko książkę do ręki biorę…ziewam, oczy dłońmi pocieram (wiem, wiem robię to od lat, jak małe dziecko), już..już powinnam zasnąć. Książkę szybko odkładam…jeszcze ziewam…gaszę światło… wszystko prysło. Znów zapalammmmm….znów biorę książkę ze stolika…otwieram książkę, nie zwracając uwagi na której stronie…i powtórka.

Ziewam, kułakiem przecieram oczy, zasssyyypiam. 

Przemęczyłam się tak do tej 3am. 

A obiecałam sobie, że kawy nie wolno mi pić póżniej niż 2pm.

Kiedyś to były czasy… a może kawa nie była kawą? Mogłam pić 7 dziennie a fusy przegryzać. Ostatnia mogła być przed samym wskoczeniem do łóżka. A teraz….nie później niż 2pm…

 

Świat się zmienił…kawa się zmieniła…

 

 

 

 

Niedziela po południu….

Już pisałam. Nie lubię zostawać w niedzielę sama. MM wyjeżdża po południu i w domu robi się cicho, pusto i smutno.  

Na pożegnanie, przytuliłam sie do MM i teraz pachnę jego wodą kolońską. 

Pieski krążą gdzieś po domu , względnie leżą na swoich posłaniach. Im również jest smutnawo.

Zimą jest mi łatwiej jak MM wyjeżdża. Dni krótsze to można w łóżku książkę poczytać. Teraz dzień dłuższy i nie wypada w dzień walać się w łóżku. Rozumiem, choroba, złe samopoczucie.

Czuję się świetnie.

Kiedyś, jak przez kilka miesięcy pracował w Chinach, nie było mi smutno. Dzieci moje z nami mieszkały, miałam wesoło. Miałam komu coś polskiego ugotować, upiec, usmażyć. Robiłam to z ogromną przyjemnością. Teraz mniej pieczenia. Kto to zje? Córcia lub syn jak zamówią jakieś ciasto, bułeczki lub jakieś danie, to ja jak robocik latam po kuchni i szykuję.

Co ważne, że po pracy nie jestem zmęczona, po robocie na yardzie też nie.

Teraz nikt nie zamawia, uczą się do egzaminów semestralnych.

Dobrze, że mam swoją pracę i kwiatki.

Tulipany, wciąż kwitną. Jednym płatki kwiatów opadają a inne rozwijają. Po całonocnej ulewie i wciągu dnia, jeszcze się pięknie trzymają i cudnie wyglądają.

Irys już całkowicie przekwitł i zmarniał. Wyglądał cudownie.

Nie pamiętam nawet kiedy cebulkę wsadziłam do gruntu. Może rok lub 2 lata temu. Zresztą nie ważne kiedy. Rozkwitł i jako jedyny na działce, reprezentował się okazale. Początkowo nie mogłam odgadnąć co za kwiat, MM mi podpowiedział. Jak widać mam znawcę kwiatów w domu. MM lubi kwiaty, oczywiście patrzeć na nie, prac “polowych” nienawidzi. Chociaż, częściej wychodzi do pomocy. Przyciągnie kosiarkę, którą zostawię przy ulicy, dmuchawę też. Zwinie przedłużacze. Bęzynę do maszyny ciśnieniowej kupi. Na zakupy do sklepu ogrodniczego pojedzie i nie narzeka, że łażę po sklepie ponad godzinę i wychodzę z…niczym. 

No, trochę marudzę dzisiaj, bo to pierwsze popołudnie i niedziela. Miałam przyjaciółkę Śp. Sandrę. Mogłam z nią pogadać. Dawno temu pomagała mi w angielskim, do dziś nie umiem wymówić po angielsku , wiewiórka. Zawsze zwracała się do mnie Krysza. Podobnie jak ja z wiwiewiórką, ona miała problem z wypowiedzeniem mego imienia. Nauczyłam ją … dobrze, dziękuję, kocham cię… Niestety,  Sandry nie ma i nie ma spotkań w kawiarniach. Dana mieszka w Kanadzie ale…mimo, że znamy się …chyba ze 40 lat…pogadać możemy, z tym że nie lubię kłamstwa. Lepiej milczeć niż kłamać – to moje zdanie. Podpadła mi. Rozmawiamy raz w miesiącu, na skype bez włączonego video. Dana nie ma ochoty pokazywać swego face. Nie to nie. Z polakami tak jak kiedyś pisałam, nie utrzymuję żadnych kontaktów. Złe doświadczenia i przeżycia zmusiły mnie do spalenia wszelkich mostów. A pomostów nie buduję. 

No wiem, wiem…jestem dziś samotna. 

Ale….jutro będzie nowy dzień. 

 

Gdzie te czasy, gdzie ten świat
Z naszych młodych pięknych lat
Wszystko było takie proste
Miłość pierwsza tak na wiosnę
I szalone letnie noce
Kiedy ogniska blask migoce
Dźwięk gitary, głosy nasze
Nikt nie pytał się o kasę
Autostopem w świat się gnało
Pod namiotem smacznie spało
I na winko składka zawsze
Nikt tych wspomnień nam nie zatrze…

(napisała: ulinka, 2011-01-23 )niedziela 

 

 

kolorowo i radośnie

Po wczorajszym nic niechceniu. Nie ma śladu. Po południu po pracy zrobiłam siup…do łóżeczka i tak w chrapaniu utonęłam na 2 godzinki. Wieczorkiem podlałam moje kwiatuszki.

 

I znów spanko.

Dzisiejszego poranka, nie mogłam zrozumieć. Co to wczoraj było, co się działo? Że nic się nie chciało. Wyskoczyłam z łóżka jak młoda kozica. Szybciutko do kuchni. Nakarmić pieski, nastawić wodę na kawcię.

W pracy jak młoda sarenka, w podskokach … i tam i tu. Humorek dopisywał, nic nie przeszkadzało.

No …. normalne życie.

A nie …z jakimiś niechceniami wyskakiwać.

Jakiś czas biegam w czerwoniutkich pantofelkach. Nie do wszystkiego pasują, ale jak wezmę czerwoną torebeczkę to jest superowsko. No i tak biegałam.

Jak to uzależniona od telefonu. Siedzę i przeglądam co ja też wysłałam na WhatsAppa mojej młodszej. Aż podkoczyłam!!!!

Gdzież to są moje nowiusieńkie pantofelki? Biegiem do szafy (closet), oglądam pudełka z bucikami. Znalazłam!!!

 

Od jutra nakładam te buciki do wszystkiego. 


Jak to mówią…wróciłam do siebie. I z tego się cieszę.

Torebeczkę szybciutko kupiłam i mam komplecik. 

Radość w serduszku i na twarzy.

Taki drobiazg,  a tyle szczęścia kobiecie daje. 

Brzucho

O 4:00 jeszcze nie świtało, więc nie powiem, że zerwałam się skoro świt. MM zadzwonił, zgodnie z ustaleniami o 4:30, moje budzenie minutkę później. Szybko i szybko i jeszcze raz szybko, spojrzałam na łóżko, czasu brak i takie rozbabrane zostawiłam. Och jak ja nie lubie nieposłanego łóżka, później stoi w oczach przez cały dzień takie coś , rozbabrane, nie ułożone, nie przykryte, no cóż, zdecydowałam się na takie widoki przed oczami, to będę miała. Nie miałam wyboru. Nie zjedzona kanapeczka do woreczka, skok do samochodu, tylko odrzutowego odpalenia nie było.

W pracy niespodzianka za niespodzianką, ale dałam radę. Myślałam, że skończę około 12pm, nie po to zaczęłam robotę wcześniej ….wylazłam po 3pm.

No i jak zwykle koreczki na moich wszystkich drogach. Myślałam, że przysnę za kierownicą. Jeszcze deszcz stukał w szyby, wycieraczki robiły szu, szu i już prawie odlatywałam. Nigdzie nie zajeżdzałam na żarełko, bo lubię się zakotwiczyć, wtedy siedzę, jem, siedzę-jem-myślę, siedzę-jem-myślę-czytam..i do domu po 7pm.

W domku pieski …hau, hau..zrobiły i za miłe powitanko dostały samkowitości. A ja…wyjęłam smakowitości sobie. LODY. Och, jak ja dawno lody jadłam!

W ubiegłym roku? Starałam się przypomnieć…czy na Arubie jadłam..ale chyba nie bo coś bałam się salmonelli, nie nie nie, nie słyszałam o zorganizowanym ataku salmonelli na Arubie…strzeżonego – strzeże…

Przysiadłam i wepchnęłam 350 ml, ot taki kubeczek. Gdy byłam w połowie kubeczka, chciałam kubeczek odstawić, ale gdzie tam. Jak świnka, gotowa byłam dziurę w dnie wydrapać, wylizać, zjeść kubeczek. Tak do tych lodów dopadłam.

Brzucho pełne to i pomyślałam o spanku. Prysznic, pidżamka i siup pod kołderkę. Kołderka milutka, ale te siup, przewróciło w moim brzucho lody chyba do góry nogami. Zrobiło mi się nie dobrze i omal nie miałam niespodzianki.

W tym momencie MM zadzwonił z pytaniem jak się czuję.

Po moich relacjach …..w office na biurku są tabletki, weź jedną….. wzięłam…. o jeju jak ja tego smaku nie cierpię! A tabletka jest do ssania.

Pomogło!

I co mnie podkusiło żreć tyle lodów, po tej tabletce to juz nawet smaku lodów nie pamiętam.

Siedzę w łóżku, brzucho spokojne, w domu cichutko, pieski nakarmione a ja nie doczekam się 7, 8 czy 11pm i usnę. Zzzzzz😴😴😴😴😴

Tak mi dobrze, miło i przyjemnie.

Kwiatowa sobotka

Sobotni poranek jak zwykle, kawa i nie do łóżka. Nie lubię picia kawy w łóżku bez wcześniej wykonnanej porannej toalety. No, jak pić kawę poranną, przed porannym nie umyciem zębów? Z głową rozczochraną i zapluszczonymi oczami. Znajdą się ulubieńcy kawy łóżkowej podanej na tacy, w imbryczku, kubku, filiżance. Kawa stłumi zapach pościeli po nocnych igraszkach, chrapankach, pierdunkach.

No teraz może i przesadziłam, ale niech mi nikt nie mówi, że kontroluje się podczas snu.

Miałam znajomą, która uwielbiała podaną kawę do łóżka, przez jej męża. Czasami z różyczką dla potwierdzenia swoich uczuć.

Różyczka jak najbardziej, miłe byłaby widziana. Gorzej z tą kawusią.

Chciałabym zaznaczyć, że receptory węchu, mam nad wyraz wyczulone, delikatne, nic nie przejdzie …. mojej zapachowej uwadze.

Więc….

kawusię wypiłam przy kuchennym stole, zagryzając kanapeczką.

Zdecydowałam się odwiedzić sklep ogrodniczy. Pierwszy raz w tym roku. Odciągałam wizytę, kwiaty tam sprzedawane są już w pełnej krasie. Moje na moim “polu”, wciąż jak zaczarowane, przeklęte, zaklęte, zapomniane.

Każdego poranka, jeszcze przed kawcią, wychodzę na poletko zaglądam, oglądam, mogłabym podglądać przez szkło powiększające i mierzyć (żartuję😁) ile podrosło, urosło, a może przeoczyłam kwitnięcie.

Poszalałam w ogrodniczym😁. Posadziłam!

Teraz u mnie kolorowo. Mogę odpuścić obchód poranny “pola” i spokojnie czekać i pozwolić rosnąć kwiatom, zgodnie z ich kalendarzem.

Kiedy już słoneczko chyliło się ku zachodowi, wyszłam z MM i pieskami na spacerek. Niektórzy sąsiedzi jeszcze pracowali na zewnątrz. Kosili trawkę, przycinali rosnące przy ulicy krzewy i drzewa, dmuchali gałązki i skoszoną trawę. Pozdrawialiśmy ich a z innymi zamienialiśmy kilka zdań.

Pieski zmęczone spacerkiem padły, a ja obejrzałam film “What they had”.

Nie polecam osobom młodym. Nie polecam zdrowym seniorom.

Obejrzałam i zrozumiałam jeśli można powiedzieć, że zrozumiało się jak postępować z osobą chorą na aizhaimera.

Wprawdzie w mojej rodzinie choroba ta nie występuje, ale …pokazana jest starość.

Nic przyjemnego, kiedy dorosłe dzieci chcą “pomóc” nie mając zielonego pojęcia o starzeniu się, starości i ….

Zmieniam temat..

Miłej słonecznej niedzielki😁☀️☀️☀️

Dobry pomysł ale….

Kiedyś gdzieś czytałam , że kobieta w pewnych dniach nie powinna piec ciasta. Od kiedy się nauczyłam, piekłam i bez znaczenia był dzień, wychodziło i zajadaliśmy się wszyscy w rodzinie.

Dziś, aby czymś się zająć, postanowiłam upiec bułeczki drożdzowe z nadzieniem. Nadzienie to dżem z pomarańczy. Słodziutki i o dobrej konsystencji.

Najpierw składniki przyszykowałam i powolutku je łączyłam ze sobą. Wygniatanie w maszynie na wolniutkich obrotach. Nic innego, wszystko jak zawsze. No może te obroty trochę przyspieszyłam. Później wydawało mi się,  że są za wolne,  ponownie podkręciłam.

Ciasto jak ciasto. Nie było zbyt puszyste jak zwykle ale i nie kamienne. Pozostawiłam na godzinkę do wyrośnięcia. Zajrzałam ani drgnęło. Zostawiłam na następną i następną godzinę. Podrosło. Nie było wysokie ale podrosło.

Bułeczki podeszły, również. Z tym, że ciasto wciąż, nie nabrało puszystości.

Upiekłam piękne bułeczki. Tylko jest jedno ale… to nie zakalce nawet, to ciasto jakieś takie jakby zaparzone zostało. No nic, syn przyjechał, to mu dałam, bo samkowały. MM też pochwalił, że dobre. Osobiście zjadłam jedną całą bułeczkę i połowę. Nie mogłam upchnąć całej drugiej. To nie moje smaki.

Jednym słowem, w stersie nie warto nic piec, gotować, może sprzątanie wyjdzie. Chociaż to też nie jest pewne, można coś pobić, połamać.

Po wieczór wyszło słoneczko, aby za godzinę zacząć chować się za drzewami. Cieplutko się zrobiło i tulipany wysunęły dłuższe łodyżki, a na ich końcach kolorowe główki. Jeszcze dzień, jeszcze dwa i tulipany się rozwiną. Będzie pięknie, kolorowo, wiosennie i radośnie.

 

 

Czym jest miłość do matki…..

Wiele bajek, nowel, wierszy, napisano na temat MATKA. Opisywane są dobre, miłe, serdeczne, kochające i zawsze uśmiechnięte matki. Mimo (1000 tysiąca) wykonywanych zajęć w ciągu dnia, mimo niejednokrotnie bólu fizycznego, “muszą” być uśmiechnięte. Zawsze opatrzeć, zdarte kolano, podcięty malutki paluszek u swego dziecka. Na paluszek jeszcze przyłożyć  buziaczka. Pomimo bolącego kręgosłupa, musi się schylić.

Co za mity!!!

Nasze matki pracowały w polu, fabryce, aptece, szpitalu, urzędzie, sklepie na składzie węgla …. nie zawsze miały chęci do uśmiechu, nie zawsze miały siłę nagiąć się nad dzieckiem i je przytulić. Po ciężkiej pracy zawodowej  ( prace na wyższych stanowiskach w tamtych czasach były zarezerwowane dla płci brzydkiej)odebrać dziecko ze żłobka, przedszkola, szkoły. Ugotować obiad, poprać, posprzątać. Oczekuje się od mam, aby były jak herkules i spiderman. Wszystko potrafi zrobić i jest niestrydzona.

Przecież, nasze mamy miały też marzenia, również były młodymi kobietkami.

Chciały kochać i być kochanymi.

Nie raz płakały w poduszkę, że coś nie idzie po ich myśli, coś znów się nie udało, zabrakło pieniędzy na masło, wędlinę czy ser, że dziecko dwójkę ze szkoły przyniosło. Pomoc w szkolnych pracach domowych przewyższała ich edukację. Nie każda matka zdołała wykształcić się w okresie wojennym lub powojennym.

Nie każda matka była naukowcem jak Marie Skłodowska Curie.

Nie rozumiałam, dlaczego moja mamusia jest ciągle zmęczona, nie ma czasu pobawić się, jeśli…to przez chwilę i znów gdzieś biegła.

A pracy miała jako “niepracująca” kobieta na cały dzień. Zaczynała od rana. Rozpalała w piecu – gotowała śniadanie. Nie raz jej mleko “wybiegło”. Pachniało naleśnikami lub placuszkami. Musiała dopilnować porannej toalety u dzieci, ubrać, nakarmić. Postawieniena piecu dużego kotła do wygotowania pościeli lub bielizny lub ugotowania jedzenia dla świń było wielkim wyczynem. To był wyczyn na miarę mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. Po wielu latach tatuś kupił parnik. Nakarmienie domowej zwierzyny. Kury, świnie, indyki, króliki. Prace w ogrodzie zaczynały się od wczesnej wiosny, kopanie, sianie, sadzenie, pielenie, zbieranie, magazynowanie, zimą przebieranie. Każdy dzień podobny był do dnia. Jeśli jednego dnia nagotowała podwójną porcję dla świń, miała czas na pielenie ogrodu lub pójście do lekarza z dziećmi lub samej. Po nocach szyła, na drutach robiła. Wieczorami gotowanie wody na kąpiel. Sprawdzanie umytych uszu, nóg i innych części ciała.

A gdzie pranie w balii na tarze?

Przykrywała pierzyną z której pióra zawsze uciekały w dół pierzyny,  do nóg. Czasami siadała na brzegu łóżka i opowiadała bajkę. Zasypiała na siedząco.

Ja natomiast zasypiałam patrząc w światło nocnej lapki palącej się nad maszyną do szycia. Światło powoli się rozmywało, a dźwięki pracującej maszyny do szycia, usypiały.

Przytulałam się do mamusi najczęściej do nóg, kiedy była w bezruchu. Wtedy to, mieszała w jakimś kotle lub smażyła naleśniki, placuszki. Nie pozwalałam się jej ruszyć, podnosiłam głowę do góry zaglądając w jej oczy. Śmiała się.

Za chwilę już musiała wybiec, po drzewo, węgiel, nasypać kurom …..

Oczywiście, że chciałam mieć mamusię jak z bajki, że nawet jak idzie nakarmić świnie to ma na nogach ładne pantofelki, sukienkę powiewną w różnorodne kwiaty  i piękne rozpuszczone włosy.

To były marzenia …kochałam ją taką, jaką miałam. Na mamusi 40-te urodziny, pokryjomu z pomocą koleżanki z ulicy i jej mamy, upiekłam ciasto. Moja mamusia nigdy nie pamiętała o swoich urodzinach. Postawiłam ciasto na stole, porosiłam mamusię do pokoju. Jakie było jej zdziwienie i radość. Tą radością zrobiła  mi ogromą przyjemność. Chciałam, żeby była taka zawsze.

Była, tylko ja dorastałam, już nie miałam czasu na zaglądanie w oczy i przytulanie. Teraz ona musiała mnie złapać, w korytarzu i szybko spytać…czy wszystko dobrze.. i już mnie nie był. Byłam dzieckiem nieposłusznym ale…bardzo kochającym swoich rodziców.

Święta były świętami, dni uroczyste były jakimi powinny być. Zawsze czysto i ładnie ubrane córki, zawsze najedzone, nigdy nie szydzone. Nauczono nas (trzy córki) szacunku do siebie i innych.

Nie miała łatwego życia, mieszkaliśmy w mieście wojewódzkim we własnym domu (murowanym). A że nie pracowała zawodowo, zajmowała się domemi i całym gospodarstwem.

Byliśmy wzorem do naśladowania dla całej dzielnicy.

Co z nami (mamusią i 3 córki) się stało. Gdzie współczucie, zrozumienie i pomoc.

Miłość? Miłość zeszła na margines.

Obgadywanie, pomawianie, oskarżanie i wielka nienawiść wkradła się do naszej normalnie funkcjonującej rodziny.

Zapomniałam o wszelkiej dobroci, oddaniu i miłości mojej mamusi.

Zapomniałam co było dobre, zaczęłam przypominać co złe.

Nakręcona przez siostry wyparłam dobroć, zaczęłam karmić się złem i złością.

Ta złość znalazła cel…MAMUSIA.

Oczywiście, mamusia nie była bez winy, oskarżała wszystkich o kradzieże…pieniędzy, bluzek, serwet…

Pomówienia zmusiły młodszą siostrę do przyprowadzenia do mamusi psychiatry. Mamusia o przyjściu lekarza nie została poinformowana. Lekarz po rozmowie i testach, wykluczył demencję i alzhaimera. Podobno mamusia na pytania odpowiadała logicznie i treściwie.

Mamusia posiada ipada poprzez którego łączy się ze mną i starszą na skype. W jakimś momencie starsza zaczęła mamusię namawiać…nie przyjmuj leków bo ciebie chcą otruć, jak nie chcesz jeść – to co oni robią – to wylewaj lub wyrzucaj, zamykaj się na klucz, nie musisz się myć, jak to nie wiesz kto ci to wszystko kradnie?, nie wpuszczaj nikogo…….

Szwagier podsłuchał raz, a za drugim razem nagrał taką rozmowę i mi przesłał. Włosy na głowie się zjerzyły.  W tych rozmowach było wszystko i ja, moje dzieci, MM…wspomnienia z młodości młodszejszej jaka to ona była rzekomo puszczalska, bagno z gnojem. Mamusia nie zaprzeczała oskarżeniom i pomówieniom starszej.

Porozmawiałam z mamusią ale…nie przyniosło to żadnego efektu.

Moje kontakty na skype z mamusią ograniczyłam do jednego na 2 tygodnie.

Miało to pomóc, ale skutek był nie do przewidzenia. Starsza bombardowana przez mamusię opowiadaniami, zaczęła na nią krzyczeć.

Młodsza natomiast, zaczęła szukać u mamusi choroby psychicznej , mimo że lekarz wykluczył. Zaczęła zmuszać mamusię do jedzenia, sprzątania, prania, dokładniej pilnować…..no i oczywiście mamusię przedemną oczerniać, obmawiać. To już mi przestawało się podobać. Uważałam, jak nie chcesz to nie pomagaj, tylko choroby psychicznej się nie doszukuj.

Młodsza nie przestawała….

-co jadłaś, ile zjadłaś, tabletki wypite czy nie, gdzie chodziłaś, co robiłaś, z kim rozmawiałaś, czemu jeszcze nie ubrana, dlaczego leżysz, jak się czujesz, może zawiozę do lekarza, dlaczego nieporządek w szafach, ja ci posprzątam, jak nie chcesz to siłą, kiedy się myłaś, dlaczego wczoraj a nie dzisiaj….

Mamusia wypuchła jak bąba atomowa… Młodsza zaczęła ponownie doszukiwania się choroby psychicznej. Rozmowy ze starszą wciąż były nagrywane.

Zaczęłam się zastanawiać. O co w tym wszystkicm chodzi?

Młodszą ponformowałam, że na umieszczenie mamusi w psychiatryku to musi mieć zgodę lekarza i ja na nic takiego pozwolenia nie daję. Powiedziałam aby mamusię zostawiła w spokoju.

Wpadła też, na fantastyczny pomysł, musimy się we trzy spotkać w Polsce i zrobić remanent w mamusi, szafach, półkach i “skarbonce”. Trzeba wiedzieć, co gdzie leży i ile ma pieniędzy. Odpowiedziałam, że nie podzielam jej pomysłu i nie zgadzam się robić “porządków” w mamusi szafach. Jeśli mamusia ma bałagan to ten bałagan jest mamusi,  a nie jej.

Młodsza nie rozmawia z mamusią, mamusi nie odwiedza. Mamusia daje świetnie radę.

Po odsłuchaniu następnego nagrania chodziłam jak bomba, tylko wybuchnąć i zmieść wszystko z tej ziemi.

Ipad się zbuntował, ale mamusia nie mała ochoty nikogo prosić o naprawienie. Młodsza nie chce się podjąć naprawy. Toż sama tego nie zrobi bez mojej pomocy.

Po tej stronie globu, prawie nie uklękłam na kolanach prosząc młodszą o pomoc przy naprawie ipada. Ipad jest przypisany do mnie i ja posiadam wszelkie niezbędne uprawnienia. Prosiłam nawet nie w imieniu matki, tylko aby mamusia miała jakiś kontakt ze światem poprzez skypa. Jaka matka jest, to jest, ale potrzebuje w  tej chwili pomocy, w naprawieniu ipada. Szwagier poszedł po ipada.

Ponad 3 godziny spędziłyśmy na naprawę.  Ja przed laptopem, ipadem i iphonem za oceanem,  ona nad ipadem po drugiej stronie. Pokazywałam instruowałam. Gdzie przycisnąć, jak długo trzymać. Co ma być na ekranie, jakie ikonki. I od początku i ponownie…… Udało się. Szwagier zaniósł naprawionego ipada do mamusia,  ale nie usłyszał  od niej żadnego …dziękuję.

Byłam zła, wściekła… to poświęcam jej tyle godzin i nic …nie ma dziękuję?

Zadzwoniłam do mamusi, już dziś nie pamiętam. Krzyczałam coś w rodzaju…jaką ty jesteś matką…wszystkich nienawidzisz…co ty sobie myślisz…jak nas nauczyłaś to takie masz córki…ja ci serce oddałam bo ciebie kocham a ty…..nie potrafisz nawet podziękować !!!!!!!!!!!!!!!Tego mojego krzyku i pretensji było bardzooo dużo…

Rozłączyłam się.

Nabrałam powietrza w płuca.

Wtedy zrozumiałam!!!!

Jaką to ja jestem córką. Jaką córką trzeba być, żeby tak do własnej matki się odzywać i wrzeszczeć.

Kto mi dał prawo krzyczeć na swoją matką. Czy przyjemnie byłoby mi, żeby moje dzieci tak się do mnie odzywały i krzyczały? A przecież wychowywałam dobrze, najlepiej jak umiałam.

Kim jestem, że tak postępuję? 

Co ty Krysia robisz?

Nie ma żadnego dla ciebie tłumaczenia!!! Że pod wpływem nagrań, pod wpływem relacji?

Bardzo żałuję, że nakrzyczałam na mamusię, używałam słów, które nigdy nie powinny wyjść z moich ust. To nie były słowa wulgarne, ale to nie oznacza, że mamusię nie zabolały. Słów wypowiedzianych już się nie zawróci, nie zbierze się jak liści i spali lub do śmietnika wrzuci.

Tak. Dałam się wkręcić, jak w maszynkę. Znów mnie przeżuli i wypluli.

Wczoraj zadzwoniłam do mamusi. Dzwoniłam cały dzień. Nie odbierała telefonu, nie odbierała skypa.

Dobrze wiedziałam jak się czuła w nocy, napewno płakała. A płacze nie pierwszą i nie ostatnią noc.

Odebrała wieczorem. Była u sąsiadki.

Przeprosiłam mamusię za wszystki zło jakie zrzuciłam na jej barki. Za wypowiadane złe słowa. Przepraszałam za to, że dałam znów się wkręcić, a tak naprawdę, nie wiem kto ma rację w ich (polskich) stosunkach, a kto nie ma. Tym razem wypowiedziałam wiele, bardzo wiele dobrych słów.

Płakała mamusia, płakałam i ja.

Mamusia podziękowała mi,  za moje przeprosiny i zrozumienie. Porozmawiałyśmy od serca. Tak jak dawniej.

Zrozumiałam…

Chciałam mamusię zmienić, według nawet nie mojego wzorca,  a wzorca młodszej siostry. Żeby mamusia jak bezwolny robot, wykonywała wszelkie polecenia młodszej. Żeby poddała się bezwarunkowo, woli młodszej córki.

Prawdą jest, że gdyby żył tatuś to do takiej sytuacji by nie dopóścił. Mamusia jest w tej chwili sama. Młodsza jest nieustępliwa i nie odwiedza mamusi, mimo że dzielą korytarz. Rozumiem i nie rozumiem, ale ja ustąpiłam, ja nie chcę już tak dalej żyć i postępować. To nie jest dobre dla mojej psychiki. Nie jest dobre dla mamusi. Nie chcę żeby płakała i cierpiała i nie ważne z jakiego powodu. Musi mieć w kimś wsparcie,  bo w przeciwnym razie jej życie straci jakikolwiek sens.  Ustąpiłam mimo, że w ogromnej mierze nie zgadam się z postępowaniem i zachowaniem mamusi.

Nie wolno żyć w takiej nienawiści, niechęci i braku szacunku do drugiego człowieka. Ile jest ludzi tyle poglądów na jedną jedyną sprawę. Nie przekonamy nikogo do swoich racji pod wpływem gniewu. Nie przekonamy też nikogo, do swoich racji pod wpływem dobroci. Jedyne wyjście wycofać się i przemilczeć. Co nie oznacza, że poddaliśmy się. Nie wywiesiłam białej flagi, ale też nie będę już walczyć. Trzeba zrozumienia i szacunku dla poglądów innego człowieka.

Pięknie brzmi, łatwo klikać w klawiaturę,  nie zawsze i nie wszystko jest realne. Wiem, że postąpiłam prawidłowo.

I tego będę się trzymać.

Jestem dobrym człowiekiem, wyrozumiałym i rozumiejącym drugiego człowieka. Tylko….nie rozumiem swojego wybuchu, nie rozumiem siebie..dlaczego daję się wciągnąć w jakieś igraszki. Chcę pomóc ale zapominam, że pomagając jednym, mogę skrzywdzić drugiego człowieka.

Gdzie podziała się moja mądrość, dobroć, cierpliwość, zrozumienie,  rozsądek i logika?

Gdzie JA w tym czasie byłam.


Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej zaczynam rozumieć. 
Ludzie w wieku produkcyjnym, chodzą do pracy. Każdy pamięta 
lub ma to na co dzień. Toczą się dyskusje o zachowaniu, męża, 
siostry, dziecka lub kogoś z rodziny. To jest normalne, 
chcemy poznać inny pogląd lub zdanie na zachowanie, 
postepowanie kogoś z kim jesteśmy w związku rodzinnym, 
sąsiedzkim, towarzyskim. Niejednokrotnie trafi 
na "tapetę" ktoś z nami współpracujący, z innego pokoju 
lub boksu. Jeśli boks to aby wymienić się "informacjami" 
musimy sie nachylić i poszeptać. Nieszkodliwa wymiana 
zdań poglądów czasami przybiera formę obgadywania, 
plotkowania. 

W domowych czterech ścianach, również prowadzimy "rozmowy" 
na temat sąsiada, sąsiadki lub ich dzieci. Po każdej 
świątecznej wizycie ... zwróciłeś/aś uwage jak ona/on 
był ubrany? mają niewychowane dzieci, śmiesznie się 
zachowywał/a itp. 
Moja młodsza również, omówiła sprawę zachowania mojej 
mamusi w swoim biurze. "Orzeczono", że stara, chora, 
trzeba leczyć, psychiatra, demencja itd. Ja też omówiłam sprawę 
z MM. .... stara, co sobie myśli, 
potrzebuje pomocy, nie chce przyjąć .... 

Tylko jak mamusia zaczęła "omawiać" zachowanie moje, 
mojej rodziny, to się wzburzyłam. Młodsza się wściekła 
jak usłyszała, że jest tematem rozmów mamusi ze starszą. 
Więc z tego by wynikało...nam wolno ale jak mamusia 
to robi, to jej nie wolno. 
I gdzie jest sprawiedliwość. Szwagier podsumował 
i ja zawtórowałam...starej nie wypada... 

Teraz się zastanawiam...młodym wypada?... 

Mamusia jeśli obgaduje to robi w swoich czterech ścianach, 
a podsłuchiwanie, nie jest dobrym zwyczajem. 
Mamusia inego życia towarzyskiego nie prowadzi. 
Do pracy nie chodzi. Męża też nie ma. Jedyne co może mówić 
o swoim życiu codziennym to widok z okna - się nie zmienia. 
Tv- ten sam program, polityką się nie zajmuje. 
Przekazuje informacje pobrane od jednej córki dla drugiej, 
czasami niedosłysząc i przekręcając. 
Mam nadzieję, że sytuacja się nie pogorszy. Na pewno nie polepszy. 
Dwa razy naprawiłam sytuację,teraz nie zrobię tego. 
Wolę aby młodsza do mamusi nie chodziła i jej porządków 
w szafach nie robiła, prania i układania też nie. Później 
śmiać się, że stare gacie itp. bez wiedzy mamusi 
wyrzucać na śmietnik. 
Będąc w Polsce robiłam mamusi pranie, no niestety były i stare gacie. 
Nie zdecydowałam się na selekcję prania. 
Nie moje, więc nie ruszalam. Oddałam wszystko wyprane i poskładane. 

Człowiek starszy przyzwyczaja się nawet do starych gaci, 
nowe są nowe - gumka ciśnie, materiał inny, przyciskają, 
swędzą, jednym słowem do wszystkiego co nowe trzeba się przyzwyczaić. 
Mamusia już przyzwyczajać się, nie chce. 

W tej chwili, rozumiem więcej. 

Pewnie, że boli mnie ta sytuacja ale wpływu nie 
mam na postępowanie moich sióstr.
Swoje postępowanie zmieniłam. 
 

Kocham swoją mamusię i jej takiego, obecnego życia współczuję.