„bombardowanie”

Mam zaplanowaną wizytę u lekarza. Należy się badać. Lepiej wcześniej wykryć chorobę, niż przez zaniedbanie skrócić sobie życie. Założyłam, zaplanowałam i chcę, dożyć 106 lat, w zdrowiu i ogólnie dobrej kondycji fizycznej, psychicznej i umysłowej.

Więc … trzeba działać!

W pierwszej kolejności przebadać ukryte narządy.

Dziś wizyta, a smsy dostaję już od środy. Smsy przypominające ,

wczoraj telefon.

Wprawdzie jestem przyzwyczajona do takiej opieki lekarskiej ale dziś o 8am to już przesada. Mogłam wprawdzie wysłać smsa STOP, ale… chcę sprawdzić czy na godzinę przed wizytą, maszyna wyśle mi smsa.

W planach mam też kontrolę uzębienia, ogólną kontrolę krwi itp.

Ok, czas wyskakiwać z łóżeczka i do lekarza jechać.


Więcej smsów nie otrzymałam. W recepcji wręczono mi mały komputerek, na ekranie miałam klikać odpowiadając na pytania. Po zaakceptowaniu lub odrzuceniu pytań, otrzymałam 3 kartki z następnymi pytaniami. Rozumiem, gdybym była nowym pacjentem, pytania jak najbardziej niezbędne. Jestem, powiedzmy stałym pacjentem i uważałam, że pytania są powielane. Oddałam kartki z uwagą….jestem zmęczona odpowiadaniem na pytania, doktor powinna posiadać moją zdrowotną historię na swoim komp…

Historia naszego życia jest niezmienna, więc w jakim celu te informacje?

Niby komputeryzacja jest zaawansowana, roboty, sztuczna inteligencja a w dalszym ciągu kartki i długopisy są w użyciu.


Skierowanie na badanie/prześwietlenie ostopenii i mmomogram, dostałam. Ostatnio było wszystko w normie. Ale trzeba się przebadać.

Ustaliłam już termin prześwietleń, za dwa tygodnie. Ogólna kontrola za miesiąc.


Po powrocie od lekarza wyszłam na moją ścieżkę. Maciutki kawałeczek ścieżki zrobiłam. Podążam małymi kroczkami do zakończenia. Nie jestem pewna czy do 4 lipca ukończę, chciałabym.

Ciężko pracować na kuckach lub kolanach. Pozycja kucki, bardziej mi odpowiada, klęcząca -nprzeszkadzają mi nogi wyciągnięte za mną.

W pozycji kucki (szukałam w internecie, bardziej opisową i ładniejszą nazwę , nie znalazłam) pracuję od 3h do 5h. Zależy od dnia, kolana bolą.

Na noc musiałam użyć kremu na moje kolanka.

Maszyna też nie będzie pracować, bez odowiedniej konserwacji.

Pokaleczona i pokonana☹️🤕🤕🤕🤕

Tam gdzie drzew nie rąbią to i wióry nie lecą. 

U mnie prawie, mówię prawie tak było i jest. Żyć bez pracy nie potrafię.

Czy to dobrze, czy źle, że bez pracy nie potrafię, to nie wiem. Dziś … mam wolne od wszelkiej pracy. Jeśli postanowiłam odpocząć to znaczy, że zamęczyłam swój organizm. Nareszcie znalazłam czas na siedzenie przed monitorem i klikanie, publikowanie zaległych postów, odsapnięcie od fizycznej pracy na yardzie. Nie zdarza mi się spać tak twardo, żeby nie słyszeć jak ktoś chodzi po sypialni i łazience. Nie słyszałam otwieranych drzwi. Nic się nie stało bo MM w domu, a chodził pracownik od sprejowania domu od wszelkiego robactwa. Z tym, że mnie co innego zmartwiło. Nie słyszałam, nie usłyszałam otwieranych drzwi. Po przebudzeniu nie zerwałam się jak zwykle, tylko leżałam w łóżku dość długo. Leżenie mnie niepokoi, a nie szwendanie się faceta. Nikt mnie nie podglądnie, śpię w podwójnej pidżamie i ciepłych skarpetach. Co to znaczy podwójnej? Najpierw nakładam lekką letnią pidżamkę (krótkie spodenki i koszulka do tego ciepłe skarpetki). Na to nakładam ciepłą pidżamę (dłubie spodenki i góra z długim rękawem). Bo…jeśli będzie za gorąco w nocy, to zdejmę ciepłą pidżamę i zostanę w letniej. Tylko, zdarza się to, czasami. Więc, nikt podejrzeć nic nie może, bo od stóp do szyji jestem opatulona. Na to idą dwie kołderki, pierwsza letnia i druga zimowa.

W domku nie jest zimno bo 23-24ºC, nie jest -20ºC.

No cóż, tak to ze mną jest.

 

Zacznę od palucha u prawej stopy. Nie jest z nim tak wspaniale jak powinno. Jest czarny, ale paznokieć nie schodzi i całe szczęście, nie boli. Jeszcze palca nie zagoiłam a zostałam napadnięta przez kota. Wydarzenie to miało miejsce 15 maja (trzy tygodnie temu). Kot mnie bardzo podrapał. Kolano i całą prawą rękę. Zadrapania były głębokie a najgorsze, że kot wsadził pazura w środkowy palec prawej ręki tak bardzo głęboko, że nie mogłam się uwolnić. Trzymając pazurem moją dłoń, drapał wszędzie gdzie popadnie. W pierwszym momencie nie potrafiłam ręki wyszarpać, bolało. Odciągałam dłoń od jego zębów, bałam się pogryzienia. Ostatecznie dłoń wyszarpałam. Krew z palca lała się strumieniem. Ból przeokropny. Zalałam wszystkie rany alkoholem medycznym a starałam się krew zatamować. Nie potrzebny był lekarz. Udało się, ale…palec boli do dnia dzisiejszego mimo że ranka zagojona. wiem, wiem nie podchodzi się do cudzego kota. Ten kot zna mnie od 7lat. Mimo to zaatakował. Moja córcia jest kocicą, uwielbia koty i je rozumie, ja niestety i stety do kotów podchodziłam zawsze z rezerwą. O tym że nie rozumiem kotów to już nie muszę wspominać. A więc córcia stwierdziła…dobrze, że nie pogryzł, źle że podrapał bo bez znaczenia czy kot hodowany jest w domu czy nie, pod paznokciami ma bakterie…jednym słowem dała mi wykład na temat kotów, ich zachowań, leczenia i zapobiegania takim niespodziankom. No cóż, omijam teraz  koty znajomych z daleka i na samą myśl przechodzenia tego zwierzęcie obok moich nóg, drętwieję.

Mam traumę, to nie jest żaden żart. Na temat kotów nie mam ochoty już więcej rozmawiać.

 

Minęło zaledwie 5 dni i wykręciłam nogę w kostce. Nie było zmiłuj się do pracy chodzić (jeździć musiałam). Kuśtykałam ale dawałam redę. Okłady z octu i nie tylko, pomogły. Kostka nie spuchła ale po 2 dniach noga zaczęła boleć. Nie wiedziałam od czego i dlaczego. Podejrzewałam, że od kręgosłupa i rozpoczęłam intensywne rozciąganie się. Niestety nie było poprawy. Zapomniałam, że kiedy skręciłam nogę w kostce, cała noga została nadwyrężona.

 

Miałam trzy dni spokoju do nieszczęśliwych zdarzeń i ……. w piątek 24 maja, zostałam pogryziona na swoim yardzie przez…nie komar i nie pająk. Trzy punkty ugryzienia. Bąble były podobne do ugryzienia komara ale…zaczęło lekko puchnąć i czerwienieć. Noc przespałam jako tako. A rano ręka spuchła, czerwona i oprócz swędzenia ból. Palec boli, ręka boli, paznokieć czarny, o kostce już praktycznie zapomniałam… do żadnej pracy się  nie nadawałam.

 

W sobotkę MM zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk.

Od poniedziałku biorę antybiotyk i pracuję na yardzie. Ręka nie bolała tak bardzo aby leżeć w łóżku. Dziś mnie złamało.

Co robię na moim yardzie?

Dwa lata temu zakończyłam prace nad ścieżką na yardzie.

 

Między płyty kamienne wysypałam kamyczki. W pierwszym roku było dobrze lecz w tym roku nie jest dobrze. Z uwagi na ilość drzew naszych i sąsiadów, mam masę liści jesienią, wiosną opady przekwitłych kwiatów. Pokruszone liście jesienią i oschłe kwiaty z drzew, wpadają miedzy duże płyty kamienne i trudno jest wybrać z wysypanych kamyczków. Podczas dmuchania suchych liści i kwiatów kamyczki się przemieszczają, chociaż dmuchanie mało pomaga. Wszelkie nieczystości podczas obfitych opadów deszczu, przemieszczają się w głąb. Moja ścieżka przestała wyglądać jak ścieżka, raczej ubity trakt.

 

 

 

W tym roku zdecydowałam się na wydłubanie wszystkich kamyczków ( a jest ich miliony), z pomiędzy płyt kamiennych. Płyt kamiennych nie wolno ruszać – się ułożyły.

 

I rozpoczęłam mój budowlany projekt. Nakadałam zaprawy cementowej pomiędzy duże płyty, a w cement wtykałam kamyczki, mniejsze i większe.

 

 

 

Międzyczasie zostałam pogryziona przez wyżej wymienione nieznane i niewidzialne owady.

 

Praca wre, ale dziś właśnie padłam.

 

Teraz wiem, nie ma niepokonanych.

 

 

 

 

Kocham spokój….🤫🤫🤫🤫🤫

Dziś popracowaliśmy z MM na decku. MM cyklinował, ja odkurzałam odkurzaczem budowlanym i głębiej w deski wbijałam gwoździe. Robiliśmy często przerwy bo słoneczko bardzo mocno dziś grzało.

Po południu chcieliśmy już spokojnie posiedzieć i zrelaksować na zewnątrz.

Niestety, nie udało się, sąsiad włączył muzykę i puścił przez wzmacniacze, do tego zrobili sobie karaoke.

Z MM uciekliśmy do mieszkania, nie dało się usiedzieć przy takich decybelach. Mimo że domy usytuowane są po skosie i oddalone od siebie sporo metrów ale i we wnątrz nie dało się usiedzieć. Wytrzymałam do 8:16pm i zadzwoniłam na policję. Zgłoszenie przyjęła policjantka. Opowiedziałam jaka sytuacja, a decybele słyszała przez telefon bo dzwoniłam ze swego decku.

Godzinę czekałam. Nic się nie działo a właściwie to działo się, we wnątrz mnie, decybele nerwy moje szarpały.

Rozumiem wszystko ale braku szacunku dla drugiego człowieka nie zrozumiem. Jestem osobą spokojną i cichą, staram się nie wadzić nikomu ale…jeśli ktoś nadepnie mi na odcisk to nie udaję, że nic się nie stało.

Godzina 10pm. Dzwonię po raz drugi na policję (numer alarmowy) i pytam już podenerwowana…..czy naprawdę nie ma sposobu na uciszenie moich sąsiadów? dzwonię po raz drugi, bo za pierwszym razem nikt nie przyjechał mimo że zgłoszenie zostało przyjęte i tego nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie chce pomóc….

Po krótkiej rozmowie i rozłączeniu się w przeciągu 3 minut pod moim domem stały dwa policyjne samochody.

Muzyka wyła na całą dzielnicę a z mikrofonów dodatkowe wycie biesiadników. Jeden samochód policyjny odjechał w kierunku sąsiadów, z drugiego wysiadł policjant z którym rozmawiałam przy akompaniamencie decybeli.

Policjant również odjechał do sąsiadów. Następna ulica, działki nasze złączone są rogami. Nie znam ludzi i nie spieszno mi jest ich poznawać.

Kiedy weszłam do mieszkania MM był na tarasie.

Jeszcze kilka minut i nastąpiła upragniona cisza.

Kilka lat temu również dzwoniłam na policję kilkakrotnie, zgłaszałam wycie i szczekanie psów do 2am. Ci sąsiedzi wychodzą chyba z założenia … wolność w domku… ale to nie jest tak do końca. Możesz sobie mieć wolność na swojej własnej wyspie, wyj sobie do księżyca wraz ze swoimi psami. Kiedy mieszkasz wśród ludzi zachowuj się jak człowiek i miej na uwadze, że możesz krzywdzić innych swoim zachowaniem. Ale…..żeby to zrozumieć zamiast balona trzeba mieć głowę, myślącą głowę.

Każde county ma swój regulamin. Tego regulaminu mieszkańcy starają się przestrzegać ale zawsze znajdzie się jakiś odszczepieniec, któremu trzeba wskazać miejsce w szeregu.

Jestem w łóżeczku….cisza….wspaniała cisza….

Masaż

Wspaniale jest przebudzić się przed południem i nic robić nie trzeba. Nic na siłę. Pieski przed drzwiami do sypialni są słyszalne. Ziewają, przeciągają się, wąchają wsadzając noski w szczelinkę pomiędzy podłogę a drzwi.

Szukam jeszcze w lóżeczku wygodnego miejsca, jeszcze troszkę poleżeć i nic nie musieć.

Bo to dopiero jutro będzie …. szybko, prędzej…

Dziś jest… jak mi dobrze…😁

https://m.cda.pl/obrazek/show/przeciąganie_się


Z wczorajszych planów:

Zrobiłam masaż dla mojej trawki na front yardzie. Grabki wzięłam delikatne metalowe. Delikatnie bez gwałownych ruchów zagłębiałam się w cieniutkie listeczki trawy. Trawka leciutko rozsywała się na boki dając możliwość wejścia ząbkom grabi. Przesuwałam grabie po ziemi, spulchniając ją lekko, leciusieńko. Zbierałam również opadłe liście rodendrona oraz gałęzie.

Na ile masaż pomógł trawie nie wiem ale na moje plecy to na pewno (mam nadzieję) nie zaszkodził.

Przeciąganie się, wyciąganie, rozciąganie zawsze postawi nas na nogi.

Możemy przewitać nadchodzący nowy piękny dzień.

w poszukiwaniu lata

Ostatnio mam więcej dni wolnych od pracy zawodowe. Nie to, że ktoś mnie zwalnia lub sama się zwalniam, uciekam, rezygnuję. Jeszcze nie czas i nie pora. A jeśli przyjdzie ten czas i pora to chyba będę do domu wracać zalana łzami. Oczywiście, że nastąpi, na razie nie muszę o tym myśleć, bo to jeszcze kilka lat.

Wstałam późno i …postanowiłam ogarnąć garaż. Nagromadziło się w tym garażu  wszystkiego. Najwięcej narzędzi i sprzętu ogrodniczego oraz przedłużaczy. Przeważnie po skończeniu pracy na yardzie, wrzucam gdzie popadło moje narzędzia i zmęczona, ciągnę nogi za sobą udając się do domku. Obecnie, tak nie robię. Prace zakańczam wcześniej, niż mnie dopada zmęczenie i mam czas na odpoczynek i cieszenie się pięknem jakie mnie otacza.

Dziś wzięłam aparat i zaczęłam szukać oznaków lata. Wiosna była w tym roku krótka. Ulewne deszcze połamały i potopiły wiosenne kwiaty. Nie zdążyłam nacieszyć oczy. Nie siedziałam też na tarasie zbyt często. Dziś dzień był słoneczny i cieplutki. Po pracy w garażu, wyszłam z aparatem w poszukiwaniu lata. Wiosny nie było więc może lato już stoi na progu a ja zajęta pracamu “polowymi” i garażowymi, nie zauważę jak minie mi koło nosa.

Biegałam po “polu” i szukałam tego lata, co mi koło nosa ma przelecieć. Niewiele go znalazłam ale…sklep mi ogrodniczy jutro pomoże.

Muszę jakieś kwiaty zakupić. Kalie dopiero wschodzą, zanim kwiat się pokaże to i lato minie. A ja chcę już i teraz. Mało miałam wiosny, więc latem chcę się nacieszyć.

Nie lubie planować (już o tym pisałam) ale…wyjazd do Polski muszę zaplanować i bilet lotniczy kupić. Wpław nie popłynę, nawet gdybym umiała pływać. Za dużo plastiku w oceanie. Szkodliwy.

Wcześniej myślałam, że zostanę na Wszystkich Świętych ale…niestety, niemożliwe. Nie zostanę też na miesiąc czy dłużej, tylko zaledwie 3 tyg. Dobre i to. Jak pomyślę, że trzeba będzie napuszczać wodę do grzejników, uruchamiać piec a oprócz tego wszystkie rury poskręcać to ciarki przechodza po plecach. W dzień odjazdu, wodę spuszczać, rury przedmuchiwać, rozkręcać, to mi się i odechciewa tam jechać.

Któregoś roku myslałam…pojadę zakotwicze się w hotelu i nie będzie tych wszystkich problemów. Hotel to jest hotel, jesienią mogą jeszcze na full nie ogrzewać a ja lubię ciepełko, z katarem i czerwonym nosem nie będę ani podróżować ani pokazywać się MM i dzieciom.

Dlaczego myślę o wyjeździe późną jesienią? A nie chcę spotykać mojej starszej. Mam nadzieję, że wróci do NY na jesień. Nie chcę dyskusji na temat komu zrobiłam darowiznę, a dlaczego nie jej? No bo po co jej jakieś majątki? Zrobiłam darowiznę na rzecz młodszej. Nie potrzebuję majątków ( po Tatusiu). Mieszkam tu gdzie mieszkam i wystarczy mi w zupełności mój dom a nie jeszcze coś dodatkowego. Zechce młodsza sprzedać niech sprzedaje już od prawie roku to jej i tylko jej. Nie mam nic do tego co zrobi z majątkiem, który odemnie otrzymała w darowiźnie. To nie jest już moje. Moje dzieci nie były przeciw, bo to był wyłącznie mój majątek. Och …jaki to majątek, jakiś udział w działce i domu w miejscowości letniskowej. Bez przesady… to nie są żadne miliony. A nawet gdyby były, to co ugryzę te mury? Nie mam tak długich zębów aby sięgnąć przez ocean. 🙂

Więc, jadę, OK planuję jechać w październiku a jeśli biletu nie będzie to …nie mam terminu. Muszę jechać nawet z 3-4 przesiadkami. 3-4 przesiadki to będzie 36 godzin podróży. Czy dam radę? Nie wiem.

Kilka lat temu leciałam z MSJ z 2 przesiadkami 34 godziny w podróży. Powiedziałam wtedy sobie, że nigdy takiego czegoś drugi raz nie zrobię.

NIGDY NIE MÓW NIGDY!!!!!

U mnie godzinia 8:30pm a widniutko jeszcze.

Słoneczko widoczne jest jeszcze za drzewami ale już co raz niżej i niżej.

Co jutrzejszy dzień przyniesie?

Pojechać do banku

Dokończyć sprzątanie garażu.

Zagrabić lub podmuchać opadłe liście z rodendrona.

Pozbierać z “pola” opadłe gałązki z drzew podczas ulewy.

Jeśli się da to ogarnąć moje biurko.

Nie jestem pewna czy wykonam wszystko co powyżej jest napisane.

NIE LUBIĘ PLANOWAĆ!!!!!

Więc i pewności nie mam. Może do banku nie pojadę a załatwię to w środę, bo do pracy jadę w środę i nie tylko, więc po co mam się mizdrzyć przed lustrem. Nie mam pewności co do …ogarnięcia biurka. “organizacja” mego biurka mi odpowiada, no co z tego że jest wszystko … video kamera, książka “Daring to drive” Iphone, kalendarz i dużo notesów, żółtych karteczek a mniędzy nimi okulary i pomadka do ust. Dużo rozrzuconych kart pamięci, kilka zewnętrzych dysków. Aparat fotograficzny i dwa laptopy oraz dodatkowy monitor do laptopa. Lampka LG, tabletki przeciwbólowe flamastry, długopisy i ołówki. Dwie portmonetki i portfel. Pojemnik na pen driver a ich jest nie kilka.

Dziś oprócz tego bałaganu stoi jeszcze lampka wina. Bez przesady wino ma tylko 6% zawartości alkoholu. Piwo w Polsce ma więcej. Żeby te 6% połknąć to trzeba wypić całą butlę.

Nie dziś i nie teraz.

____________________________________________________________________________

MM zmęczony bo zameldował się w hotelu dopiero o 2 am. Rozmawiałam z nim aby zmienił godziny wylotu na wcześniejsze. Nie potrzeba tak się męczyć. W niedzielę (wylatuje) nigdy nie mamy nic zaplanowanego…..kina, wyjazdu, gości…

Jedynie śniadanko w restauracji lub w domku, później pakowanko i w zasadzie czekanie na ubera lub taxi.

Powiedział, że pomyśli.

NIE MA ROZPUSTY GORSZEJ NIŻ MYŚLENIE. 

- Wiesława Szymborska

 

 

 

 

Happy Mother’s Day

Pogoda pod psem, raczej parasolem. Od wczoraj pada i leje. Moje zielone potrzebuje wody. Ale w dzisiejszym dniu, słoneczko mile byłoby widziane. Z łóżka wyskakiwać się nie chce, za oknem mokro, szaro, buro, nieprzyjemnie. Wilgotność sięga 96%.

Mieliśmy zobić grilla.

Zrobimy, tylko komsumpcja mięsiwa nastąpi w domu.

Serwować będziemy: szaszłyki, karkowinkę i steki. Sałatki oraz kukurydza, nie wyobrażamy grilla bez gotowanych kolb kukurydzy.

Na deser Tiramisu krem.

Kupiony, sama jeszcze nie próbowałam zrobić i próbować nie będę.


Deszcz padać nie ustawał, więc MM wciągnął grilla do garażu.

Po godzinie 3pm przyjechała MCD z Ivankiem, MSJ przybył sam. Valeria w pierwszej kolejności pojechała do swojej mamy, i prawidłowo.

Zawsze gdy urządzamy grilla a pogoda nie sprzyjająca, zasiadamy przy kuchennym stole. Stół duży i jadalnia również. Wygodnie donosić jadełko i drzwi jadalni wychodzą na taras. Tym razem gości przyjęłam w gościnnej jadalni.

Jeśli grill w domu to i nakrycie świąteczne, nie plastikowe. Nakrycie stołu przygotowałam z samego rana.

Grillowaniem mięska zajął się MM.

Wszystko smakowało dosłownie wyśmienicie. I mimo pogody humory nam dopisywały.

Jak zwykle – uwieńczeniem wieczoru – spotkania, podaję cappuccino. Nawet jeśli jesteśmy w restauracji, zamawiamy cappucciono. To taka nasza (nie koniecznie tylko nasza) tradycja.

Przy stole nie poruszamy tematów związanych z polityką. Dziś był temat grillowanie, jakie sosy, marynaty oraz co z czym podawać. Na krótką chwilę poruszony został temat zawodowych obowiązków, każdego z nas.

Czas szybciutko przeleciał i MM musiał zamawiać ubera … na lotnisko. Moje dzieci się rozeszły.

Wieczorkiem wskoczyła Valeria z życzeniami.

Dzień Matki upłynął mi bardzo przyjemnie.

Ta karteczka jest od MCMM (młodszej córki MM)Ta karteczka jest od mego syna

Kwiatuszki od mojej córci

Kwiatuszki od syna.

_______________________________________________________________________________________________________

Uroczyście

Wczoraj była uroczystość z zakończenia nauki na uniwersytecie mojej córci.

Oczywiście byliśmy o czasie. Synek też się nie spóźnił mimo wielkich korków. Uroczystość graduacyjna odbywała się na stadionie, przez dwa dni – 8-9 maj 2019. Moja córcia miała uroczystość 9 maja. Oczywiście,  że byłam przejęta, podekscytowana.

Byłam podekscytowana każdym rozpoczynającym się rokiem szkolnym  i jego ukońķczeniem w żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej. Niestety nie było mi dane uczestniczyć w gimnazjum, szkole średniej i córci uniwersytecie w Polsce.

Za to teraz, mam wielką radość. Syn ukończył tutaj szkołę średnią. Obydwoje ukończyli college. Córcia ukończyła uniwersytet, synowi pozostało jeszcze 1,5 roku nauki na uniwersytecie.

Po wyczytaniu nazwiska córci podobnie jak wszyscy (zgodnie ze zwyczajem) w tym momencie, krzyczałam, głośno krzyczałam.

Później zdjęcia przed budynkiem uniwersytetu i…powrót do domku. Mieliśmy czas na odsapnięcie, odpoczynek i przebranie.


Po wczorajszej uroczystości wstawało się trochę ciężko. Nie to, że się spiłam, bo nie spiłam. Dwa drinki z minimalną dawką rumu to nie może, zaszkodzić i nie spowoduje zawrotów głowy.

Od około tygodnia samopoczucie mam nie najlepsze. Jestem napięta jak struna i wszystko mnie drażni. Żeby nie krytykować MM niesprawiedliwie, milczałam. No bo przecież ja jestem: perfekcyjna, nieomylna, wspaniała, mądra, pracowita, wyrozumiała itp. 🤪🤪🤪🤪🤪

Perfekcyjna? Oj oj do perfekcji to mi brakuje wiele mil świetlnych.

Nieomylna? Żeby ukryć swoją nieomylność, przyznaję …pomyliłam się…🤨

Wspaniała? Zależy w czym, bo to określenie jest bardzo ogólne.

Mądra? Nie ma ogólnej mądrości. Mądra w jednym, nie mądra w czym innym.

Pracowita? Normalny pracocholik. Padam na pysk ze zmęczenia i wściekam się, że sił mi nie starcza. Muszę siebie powstrzymywać, w innym przypadku umrę z wyczerpania.?

Wyrozumiała? Do bólu. Rozumiem żebraka, robaka, bogatego i ptaka. Pieska, berbecia i inne śmiecia.

To i znalazłam powód mego rozdrażnienia.

Duży palec u nogi dokucza, nie mogę nosić normalnego obuwia.

Pracy na “polu” nie dokończyłam, do domu wchodzę w butach, na kuchennym stole zawsze coś leży (korespondencja, torebka, jakieś witaminy…). Nie nadążam z pracami domowymi a doba ma 24godziny. Śpię za długo? !!!!

Deszcz połamał gałązki a ja do pracy muszę jechać!!!

No i jak, jak się nie denerwować!!!

A wczoraj mi na mego paluszka, zsunęło sie menu z kolan MM w ciężkiej oprawie z metalowymi brzegami. Udało mi się nałożyć czółenka z odkrytymi paluszkami.

Wstałam od stolika, wstałam? Nie to nie było wstawanie. Starałam się aby nikt nie zauważył. Wylazłam a wstałam przy mocnym opieraniu się o krzesło (było bardzo wygodne).

Szłam? Człapałam do toalety, myślałam, że upadnę z bólu. Łzy spływały po policzkach, aby nie rozpłakać się w głos, zakryłam usta dłonią.

W toalecie zrobiłam zimy okład. Ulżyło, zimna woda pomogła na ostry ból i na łzy. Poczułam się znacznie lepiej. Gdy córcia weszła, byłam tak na 75% sprawna.

Uspokoiła mnie, pocieszyła moja córcia. Jeszcze jeden okładzik, doprowadzenie twarzyczki do poprzedniego wyglądu, mzna było wyjść z toalety.

Na pytania MM…co sie stało.. odpowiedziałam..wszystko dobrze.

Przecież nie jego wina, że menu się osunęło. Jeszcze chwilka i na prawdę wszystko wróciło do normy.

Byliśmy w restauracji w szóstkę. MM i ja, MSJ z Valerią, MCD z Ivankiem.

Gdy syn zadzwonił czy może zaprosić Valerię, byłam zdziwiona, że jej rodzice nie świętują wraz z nią graduacji. No niestety nie świętowali. Nawet nie wiem czy byli na uroczystość na uniwersytecie. Valeria omijała temat. Nikt nie drążył.

Atmosfera była super i dwie dziewczyny z okazji graduacji dostały od szefa restauracji małe torciki, od menagera restauracji po drinku (za darmo).

A MM powtarza mi, NIC NIE MA ZA DARMO.

Głowa pełna pomysłów

Zasłużony wypoczynek. Nie planuję wyjazdu, wyjścia, wypadu. Posiedzę na kanapie, pod rozłożystym klonem chińskim, w towarzystwie śpiewających ptaków i gaworzących wiewiórek.

Ok- wyjedziemy, do sklepu budowlano-ogrodnicze, ale to przyjemność. Trzeba zarezerwować maszynę do cyklinowania tarasu. Maszyna wygląda tak jak w Polsce z tym, że nakłada się grubo ziarnisty papier ścierny. Musimy zedrzeć starą powierznię na tarasie. Położona była przez prawdziwego fachowca, po roku zaczęło się łuszczyć. Ratowaliśmy jak się dało, łatając i ….w tym roku trzeba położyć od nowa.

Cyklinowanie oddam MM. Nakładaniem specjalnej warstwy na taras, (bo to nie będzie malowanie), sama się zajmę.

Spaloną maszynę do mycia pod ciśnieniem, trzeba zawieźć do naprawy. Moja nowa elektryczna jest wyjątkowo za słaba do mycia betonowych podjazdów i parkingów.

Myjąc schody z bel drewnianych zauważyłam, że dwie bele są jedzone od środka przez jakieś robactwo.

Trzecia belka jedzona od zewnątrz.

Trzeba cement kupić, pasek i naprawić zapadające się płytki przy murku.

Robiąc zdjęcie zauważyłam, że to nie płytki, a cała spora część betonu się podnosi. Mała moc maszyny nie wymyła żółtych plam po liściach, widoczne na zdjęciach.

Co mam zrobić z płytą i jak ją zabezpieczyć przed dalszym jej podnoszeniem, pomysłu brak.

Jeśli podniosę płytki i wyrównam je do poziomu betonu, to woda deszczowa się zatrzyma. Nie popłynie pod górę. W tym miejscu jest parking i nie ma wielkiego ruchu. Parking zrobiony był 5 lat temu przez profesjonalną firmę. Moje uwagi odnośnie parkingu i murków nie były uwzględnione. MM poparł “fachowców”. Murki tracą linię a parking jak na obrazku. Prosiłam położyć zbrojenie na podjeździe (mieszkamy na dużym wzniesieniu) murki oporowe zmurować, a nie kloc na kloc położyć. Położyć na wylewkę! Mowa moja była do słupa. Tak jak fachowcy zrobili można robić na równym terenie.?

MM ….wytrzyma 10-15 lat…..Nie wytrzymał 2lat. Teraz 5 i się wszystko sypać zaczyna.

Po roku od robót, MM przyznał mi rację ale… termin gwarancji upłynął. Do sądu? MM nie jest z tych osób, żeby się po sądach włóczył.

Mam też aligatorowe pęknięcie na podjeździe. Z tym większego problemu nie będzie. Wiem jak to załatać.

Och, to tyle i aż tyle.

Tym między innymi zajmuje się po pracy zawodowej.

Nie poodpoczywałam.

Deszcz wygonił mnie z tarasu, a po zakupach, byłam tak zmęczona, że zrezygnowałam z lunchu.


MM poszuka jakiejś firmy która rozwiąże moje problemy budowlane 🤪🤪🤪🤪.

Czy fachowcy dodadzą mi nowych problemów, czy rozwiążą moje problemy?

Fizycznie

Mogę śmiało zatrudnić się do mycia tarasów, chodników i podjazdów. Chodnik z płyt kamiennych, który sama zrobiłam, zostawiłam do mycia chyba na sobotę. Dziś myję murki i podjazd. Elektryczna maszyna ma za mało mocy abym mogła użyć specjalnej szczotki. Męczę się z pistoletem do mycia. Murki i mniejsze powierzchnie to ok ale podjazd jest na wzniesieniu.

Parking też na dziś zostawiłam. Tam słońce w pełni, za bardzo piecze. Pracuję w cieniu.

Nie mam dziś rewelacyjnego humoru. Wczorajsze siedzi w głowie.

Już nie analizuję, jest mi tylko smutnawo.

We wczorajszym poście wyłączyłam komentowanie. Trudno jest zająć stanowisko jeśli napisane zdawkowo.

Było mi po prostu źle i przykro.

Podobno praca fizyczna rozjaśnia umysł. Podobno.

Praca fizyczna męczy i nic nie rozjaśnia. Może tak jest tylko w moim przypadku.

Jestem zmęczona…

Dziś wyszłam na deck z kawcią i kanapeczkami. Ptaszki świerocą, dzięcioł stuka w siding sąsiadów. Od tego szukania robaków w plastiku to chyba dostanie zawrotów głowy. Ryby i wieloryby jedzą plastik myląc go z pożywieniem. Dzięcioł stara się plastik, wyleczyć. Czy to pierwsze oznaki poważnych zawirowań, anomalii, zmian, a może jedynie dostosowania się do panujących warunków?

Nie pozwoliłam dzięciołowi na złamanie pięknego dziobka i go odstraszyłam. Nie trzeba dziobać tam, gdzie nic nie ma, nic się nie znajdzie. Nadzieja czasami, pozostanie tylko i wyłącznie nadzieją.

Zaplanowałam kilka prac na dzisiejszy dzień co będzie wykonane, czas i pogoda pokaże.

Przed wyjściem do prac “polowych” muszę przyjąć antyalerganta. W przeciwnym wypadku długo nie wytrzymam.


Wytrzymałam długo.

Nie planowałam ale…lubię bezplanowe prace. Wymyłam deck i wokół tarasu chodnik wraz ze schodami drewnianymi prowadzącymi do podpiwniczenia. Myłam wodą podciśnieniową. Ot mój agregat często się buntował. To nie było 2×2 m o wiele, wiele więcej. Jeden agregat spaliłam w ubiegłym roku. Temu dawałam odetchnąć, a więc przerwy 5-10 minutowe. Nie mogłam wytrzymać siedząc i czekając, tym bardziej, że pogoda wyśmienita. Słoneczko chowało się często za chmurki i o to mi chodziło. Bo ponad 30C to nie czas na prace. Niestety nie dokończyłam, bo pora była już późna. A gdyby dokończyłam to bez prysznica chyba bym padła do łóżka mokra i brudna.

Podjęłam dobrą decyzję.

Kończę.

Narzędzia i sprzęt chowam.

Prysznic.

Odpoczynek na tarasie.


Jest mi przykro, smutno i żle. Nie chcę, aby ktoś mi mówił, że jest mu źle.

W moim sercu są osoby tylko przeze mnie kochane. Tam nie ma miejsc – na pierwsze lub trzecie miejsce.

Wszyscy których kocham są na pierwszym miejscu. Czy to jest możliwe?

Tak!

Serce moje nie jest stadionem.

Bo to nie są zawody sportowe. Kto pierwszy dobiegnie do mety, staje na podium, dostaje medal.

Jak się czuję?

Smutno i źle, nie chcę wybierać, kto lepszy lub gorszy. Kobo kocham mniej czy mocniej. Bo jeśli kocham to nie ma żadnej miary. Jak zmierzyć miłość, kochanie.

To jest nienormalne.

Czuję się winna ale tak na prawdę nie wiem…winna czego? Że co?

Omal nie zleciałam ze schodów wraz z maszyną ciśnieniową?

No i niech mi ktoś powie jak zasnąć?

A miałam, miałam sny i je zignorowałam.

A trzeba było się zabezpieczyć.

Kaganiec na pysk założyć, może maskę, wyłączyć telefon, w ostateczności spaść na leb na szyję z tych jeszcze nie domytych schodów.

Na pewno wtedy nie czułabym się winna, a może wtedy dowiedziałabym się …dlaczego i czego jestem winna.