Czym jest miłość do matki…..

Wiele bajek, nowel, wierszy, napisano na temat MATKA. Opisywane są dobre, miłe, serdeczne, kochające i zawsze uśmiechnięte matki. Mimo (1000 tysiąca) wykonywanych zajęć w ciągu dnia, mimo niejednokrotnie bólu fizycznego, “muszą” być uśmiechnięte. Zawsze opatrzeć, zdarte kolano, podcięty malutki paluszek u swego dziecka. Na paluszek jeszcze przyłożyć  buziaczka. Pomimo bolącego kręgosłupa, musi się schylić.

Co za mity!!!

Nasze matki pracowały w polu, fabryce, aptece, szpitalu, urzędzie, sklepie na składzie węgla …. nie zawsze miały chęci do uśmiechu, nie zawsze miały siłę nagiąć się nad dzieckiem i je przytulić. Po ciężkiej pracy zawodowej  ( prace na wyższych stanowiskach w tamtych czasach były zarezerwowane dla płci brzydkiej)odebrać dziecko ze żłobka, przedszkola, szkoły. Ugotować obiad, poprać, posprzątać. Oczekuje się od mam, aby były jak herkules i spiderman. Wszystko potrafi zrobić i jest niestrydzona.

Przecież, nasze mamy miały też marzenia, również były młodymi kobietkami.

Chciały kochać i być kochanymi.

Nie raz płakały w poduszkę, że coś nie idzie po ich myśli, coś znów się nie udało, zabrakło pieniędzy na masło, wędlinę czy ser, że dziecko dwójkę ze szkoły przyniosło. Pomoc w szkolnych pracach domowych przewyższała ich edukację. Nie każda matka zdołała wykształcić się w okresie wojennym lub powojennym.

Nie każda matka była naukowcem jak Marie Skłodowska Curie.

Nie rozumiałam, dlaczego moja mamusia jest ciągle zmęczona, nie ma czasu pobawić się, jeśli…to przez chwilę i znów gdzieś biegła.

A pracy miała jako “niepracująca” kobieta na cały dzień. Zaczynała od rana. Rozpalała w piecu – gotowała śniadanie. Nie raz jej mleko “wybiegło”. Pachniało naleśnikami lub placuszkami. Musiała dopilnować porannej toalety u dzieci, ubrać, nakarmić. Postawieniena piecu dużego kotła do wygotowania pościeli lub bielizny lub ugotowania jedzenia dla świń było wielkim wyczynem. To był wyczyn na miarę mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. Po wielu latach tatuś kupił parnik. Nakarmienie domowej zwierzyny. Kury, świnie, indyki, króliki. Prace w ogrodzie zaczynały się od wczesnej wiosny, kopanie, sianie, sadzenie, pielenie, zbieranie, magazynowanie, zimą przebieranie. Każdy dzień podobny był do dnia. Jeśli jednego dnia nagotowała podwójną porcję dla świń, miała czas na pielenie ogrodu lub pójście do lekarza z dziećmi lub samej. Po nocach szyła, na drutach robiła. Wieczorami gotowanie wody na kąpiel. Sprawdzanie umytych uszu, nóg i innych części ciała.

A gdzie pranie w balii na tarze?

Przykrywała pierzyną z której pióra zawsze uciekały w dół pierzyny,  do nóg. Czasami siadała na brzegu łóżka i opowiadała bajkę. Zasypiała na siedząco.

Ja natomiast zasypiałam patrząc w światło nocnej lapki palącej się nad maszyną do szycia. Światło powoli się rozmywało, a dźwięki pracującej maszyny do szycia, usypiały.

Przytulałam się do mamusi najczęściej do nóg, kiedy była w bezruchu. Wtedy to, mieszała w jakimś kotle lub smażyła naleśniki, placuszki. Nie pozwalałam się jej ruszyć, podnosiłam głowę do góry zaglądając w jej oczy. Śmiała się.

Za chwilę już musiała wybiec, po drzewo, węgiel, nasypać kurom …..

Oczywiście, że chciałam mieć mamusię jak z bajki, że nawet jak idzie nakarmić świnie to ma na nogach ładne pantofelki, sukienkę powiewną w różnorodne kwiaty  i piękne rozpuszczone włosy.

To były marzenia …kochałam ją taką, jaką miałam. Na mamusi 40-te urodziny, pokryjomu z pomocą koleżanki z ulicy i jej mamy, upiekłam ciasto. Moja mamusia nigdy nie pamiętała o swoich urodzinach. Postawiłam ciasto na stole, porosiłam mamusię do pokoju. Jakie było jej zdziwienie i radość. Tą radością zrobiła  mi ogromą przyjemność. Chciałam, żeby była taka zawsze.

Była, tylko ja dorastałam, już nie miałam czasu na zaglądanie w oczy i przytulanie. Teraz ona musiała mnie złapać, w korytarzu i szybko spytać…czy wszystko dobrze.. i już mnie nie był. Byłam dzieckiem nieposłusznym ale…bardzo kochającym swoich rodziców.

Święta były świętami, dni uroczyste były jakimi powinny być. Zawsze czysto i ładnie ubrane córki, zawsze najedzone, nigdy nie szydzone. Nauczono nas (trzy córki) szacunku do siebie i innych.

Nie miała łatwego życia, mieszkaliśmy w mieście wojewódzkim we własnym domu (murowanym). A że nie pracowała zawodowo, zajmowała się domemi i całym gospodarstwem.

Byliśmy wzorem do naśladowania dla całej dzielnicy.

Co z nami (mamusią i 3 córki) się stało. Gdzie współczucie, zrozumienie i pomoc.

Miłość? Miłość zeszła na margines.

Obgadywanie, pomawianie, oskarżanie i wielka nienawiść wkradła się do naszej normalnie funkcjonującej rodziny.

Zapomniałam o wszelkiej dobroci, oddaniu i miłości mojej mamusi.

Zapomniałam co było dobre, zaczęłam przypominać co złe.

Nakręcona przez siostry wyparłam dobroć, zaczęłam karmić się złem i złością.

Ta złość znalazła cel…MAMUSIA.

Oczywiście, mamusia nie była bez winy, oskarżała wszystkich o kradzieże…pieniędzy, bluzek, serwet…

Pomówienia zmusiły młodszą siostrę do przyprowadzenia do mamusi psychiatry. Mamusia o przyjściu lekarza nie została poinformowana. Lekarz po rozmowie i testach, wykluczył demencję i alzhaimera. Podobno mamusia na pytania odpowiadała logicznie i treściwie.

Mamusia posiada ipada poprzez którego łączy się ze mną i starszą na skype. W jakimś momencie starsza zaczęła mamusię namawiać…nie przyjmuj leków bo ciebie chcą otruć, jak nie chcesz jeść – to co oni robią – to wylewaj lub wyrzucaj, zamykaj się na klucz, nie musisz się myć, jak to nie wiesz kto ci to wszystko kradnie?, nie wpuszczaj nikogo…….

Szwagier podsłuchał raz, a za drugim razem nagrał taką rozmowę i mi przesłał. Włosy na głowie się zjerzyły.  W tych rozmowach było wszystko i ja, moje dzieci, MM…wspomnienia z młodości młodszejszej jaka to ona była rzekomo puszczalska, bagno z gnojem. Mamusia nie zaprzeczała oskarżeniom i pomówieniom starszej.

Porozmawiałam z mamusią ale…nie przyniosło to żadnego efektu.

Moje kontakty na skype z mamusią ograniczyłam do jednego na 2 tygodnie.

Miało to pomóc, ale skutek był nie do przewidzenia. Starsza bombardowana przez mamusię opowiadaniami, zaczęła na nią krzyczeć.

Młodsza natomiast, zaczęła szukać u mamusi choroby psychicznej , mimo że lekarz wykluczył. Zaczęła zmuszać mamusię do jedzenia, sprzątania, prania, dokładniej pilnować…..no i oczywiście mamusię przedemną oczerniać, obmawiać. To już mi przestawało się podobać. Uważałam, jak nie chcesz to nie pomagaj, tylko choroby psychicznej się nie doszukuj.

Młodsza nie przestawała….

-co jadłaś, ile zjadłaś, tabletki wypite czy nie, gdzie chodziłaś, co robiłaś, z kim rozmawiałaś, czemu jeszcze nie ubrana, dlaczego leżysz, jak się czujesz, może zawiozę do lekarza, dlaczego nieporządek w szafach, ja ci posprzątam, jak nie chcesz to siłą, kiedy się myłaś, dlaczego wczoraj a nie dzisiaj….

Mamusia wypuchła jak bąba atomowa… Młodsza zaczęła ponownie doszukiwania się choroby psychicznej. Rozmowy ze starszą wciąż były nagrywane.

Zaczęłam się zastanawiać. O co w tym wszystkicm chodzi?

Młodszą ponformowałam, że na umieszczenie mamusi w psychiatryku to musi mieć zgodę lekarza i ja na nic takiego pozwolenia nie daję. Powiedziałam aby mamusię zostawiła w spokoju.

Wpadła też, na fantastyczny pomysł, musimy się we trzy spotkać w Polsce i zrobić remanent w mamusi, szafach, półkach i “skarbonce”. Trzeba wiedzieć, co gdzie leży i ile ma pieniędzy. Odpowiedziałam, że nie podzielam jej pomysłu i nie zgadzam się robić “porządków” w mamusi szafach. Jeśli mamusia ma bałagan to ten bałagan jest mamusi,  a nie jej.

Młodsza nie rozmawia z mamusią, mamusi nie odwiedza. Mamusia daje świetnie radę.

Po odsłuchaniu następnego nagrania chodziłam jak bomba, tylko wybuchnąć i zmieść wszystko z tej ziemi.

Ipad się zbuntował, ale mamusia nie mała ochoty nikogo prosić o naprawienie. Młodsza nie chce się podjąć naprawy. Toż sama tego nie zrobi bez mojej pomocy.

Po tej stronie globu, prawie nie uklękłam na kolanach prosząc młodszą o pomoc przy naprawie ipada. Ipad jest przypisany do mnie i ja posiadam wszelkie niezbędne uprawnienia. Prosiłam nawet nie w imieniu matki, tylko aby mamusia miała jakiś kontakt ze światem poprzez skypa. Jaka matka jest, to jest, ale potrzebuje w  tej chwili pomocy, w naprawieniu ipada. Szwagier poszedł po ipada.

Ponad 3 godziny spędziłyśmy na naprawę.  Ja przed laptopem, ipadem i iphonem za oceanem,  ona nad ipadem po drugiej stronie. Pokazywałam instruowałam. Gdzie przycisnąć, jak długo trzymać. Co ma być na ekranie, jakie ikonki. I od początku i ponownie…… Udało się. Szwagier zaniósł naprawionego ipada do mamusia,  ale nie usłyszał  od niej żadnego …dziękuję.

Byłam zła, wściekła… to poświęcam jej tyle godzin i nic …nie ma dziękuję?

Zadzwoniłam do mamusi, już dziś nie pamiętam. Krzyczałam coś w rodzaju…jaką ty jesteś matką…wszystkich nienawidzisz…co ty sobie myślisz…jak nas nauczyłaś to takie masz córki…ja ci serce oddałam bo ciebie kocham a ty…..nie potrafisz nawet podziękować !!!!!!!!!!!!!!!Tego mojego krzyku i pretensji było bardzooo dużo…

Rozłączyłam się.

Nabrałam powietrza w płuca.

Wtedy zrozumiałam!!!!

Jaką to ja jestem córką. Jaką córką trzeba być, żeby tak do własnej matki się odzywać i wrzeszczeć.

Kto mi dał prawo krzyczeć na swoją matką. Czy przyjemnie byłoby mi, żeby moje dzieci tak się do mnie odzywały i krzyczały? A przecież wychowywałam dobrze, najlepiej jak umiałam.

Kim jestem, że tak postępuję? 

Co ty Krysia robisz?

Nie ma żadnego dla ciebie tłumaczenia!!! Że pod wpływem nagrań, pod wpływem relacji?

Bardzo żałuję, że nakrzyczałam na mamusię, używałam słów, które nigdy nie powinny wyjść z moich ust. To nie były słowa wulgarne, ale to nie oznacza, że mamusię nie zabolały. Słów wypowiedzianych już się nie zawróci, nie zbierze się jak liści i spali lub do śmietnika wrzuci.

Tak. Dałam się wkręcić, jak w maszynkę. Znów mnie przeżuli i wypluli.

Wczoraj zadzwoniłam do mamusi. Dzwoniłam cały dzień. Nie odbierała telefonu, nie odbierała skypa.

Dobrze wiedziałam jak się czuła w nocy, napewno płakała. A płacze nie pierwszą i nie ostatnią noc.

Odebrała wieczorem. Była u sąsiadki.

Przeprosiłam mamusię za wszystki zło jakie zrzuciłam na jej barki. Za wypowiadane złe słowa. Przepraszałam za to, że dałam znów się wkręcić, a tak naprawdę, nie wiem kto ma rację w ich (polskich) stosunkach, a kto nie ma. Tym razem wypowiedziałam wiele, bardzo wiele dobrych słów.

Płakała mamusia, płakałam i ja.

Mamusia podziękowała mi,  za moje przeprosiny i zrozumienie. Porozmawiałyśmy od serca. Tak jak dawniej.

Zrozumiałam…

Chciałam mamusię zmienić, według nawet nie mojego wzorca,  a wzorca młodszej siostry. Żeby mamusia jak bezwolny robot, wykonywała wszelkie polecenia młodszej. Żeby poddała się bezwarunkowo, woli młodszej córki.

Prawdą jest, że gdyby żył tatuś to do takiej sytuacji by nie dopóścił. Mamusia jest w tej chwili sama. Młodsza jest nieustępliwa i nie odwiedza mamusi, mimo że dzielą korytarz. Rozumiem i nie rozumiem, ale ja ustąpiłam, ja nie chcę już tak dalej żyć i postępować. To nie jest dobre dla mojej psychiki. Nie jest dobre dla mamusi. Nie chcę żeby płakała i cierpiała i nie ważne z jakiego powodu. Musi mieć w kimś wsparcie,  bo w przeciwnym razie jej życie straci jakikolwiek sens.  Ustąpiłam mimo, że w ogromnej mierze nie zgadam się z postępowaniem i zachowaniem mamusi.

Nie wolno żyć w takiej nienawiści, niechęci i braku szacunku do drugiego człowieka. Ile jest ludzi tyle poglądów na jedną jedyną sprawę. Nie przekonamy nikogo do swoich racji pod wpływem gniewu. Nie przekonamy też nikogo, do swoich racji pod wpływem dobroci. Jedyne wyjście wycofać się i przemilczeć. Co nie oznacza, że poddaliśmy się. Nie wywiesiłam białej flagi, ale też nie będę już walczyć. Trzeba zrozumienia i szacunku dla poglądów innego człowieka.

Pięknie brzmi, łatwo klikać w klawiaturę,  nie zawsze i nie wszystko jest realne. Wiem, że postąpiłam prawidłowo.

I tego będę się trzymać.

Jestem dobrym człowiekiem, wyrozumiałym i rozumiejącym drugiego człowieka. Tylko….nie rozumiem swojego wybuchu, nie rozumiem siebie..dlaczego daję się wciągnąć w jakieś igraszki. Chcę pomóc ale zapominam, że pomagając jednym, mogę skrzywdzić drugiego człowieka.

Gdzie podziała się moja mądrość, dobroć, cierpliwość, zrozumienie,  rozsądek i logika?

Gdzie JA w tym czasie byłam.


Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej zaczynam rozumieć. 
Ludzie w wieku produkcyjnym, chodzą do pracy. Każdy pamięta 
lub ma to na co dzień. Toczą się dyskusje o zachowaniu, męża, 
siostry, dziecka lub kogoś z rodziny. To jest normalne, 
chcemy poznać inny pogląd lub zdanie na zachowanie, 
postepowanie kogoś z kim jesteśmy w związku rodzinnym, 
sąsiedzkim, towarzyskim. Niejednokrotnie trafi 
na "tapetę" ktoś z nami współpracujący, z innego pokoju 
lub boksu. Jeśli boks to aby wymienić się "informacjami" 
musimy sie nachylić i poszeptać. Nieszkodliwa wymiana 
zdań poglądów czasami przybiera formę obgadywania, 
plotkowania. 

W domowych czterech ścianach, również prowadzimy "rozmowy" 
na temat sąsiada, sąsiadki lub ich dzieci. Po każdej 
świątecznej wizycie ... zwróciłeś/aś uwage jak ona/on 
był ubrany? mają niewychowane dzieci, śmiesznie się 
zachowywał/a itp. 
Moja młodsza również, omówiła sprawę zachowania mojej 
mamusi w swoim biurze. "Orzeczono", że stara, chora, 
trzeba leczyć, psychiatra, demencja itd. Ja też omówiłam sprawę 
z MM. .... stara, co sobie myśli, 
potrzebuje pomocy, nie chce przyjąć .... 

Tylko jak mamusia zaczęła "omawiać" zachowanie moje, 
mojej rodziny, to się wzburzyłam. Młodsza się wściekła 
jak usłyszała, że jest tematem rozmów mamusi ze starszą. 
Więc z tego by wynikało...nam wolno ale jak mamusia 
to robi, to jej nie wolno. 
I gdzie jest sprawiedliwość. Szwagier podsumował 
i ja zawtórowałam...starej nie wypada... 

Teraz się zastanawiam...młodym wypada?... 

Mamusia jeśli obgaduje to robi w swoich czterech ścianach, 
a podsłuchiwanie, nie jest dobrym zwyczajem. 
Mamusia inego życia towarzyskiego nie prowadzi. 
Do pracy nie chodzi. Męża też nie ma. Jedyne co może mówić 
o swoim życiu codziennym to widok z okna - się nie zmienia. 
Tv- ten sam program, polityką się nie zajmuje. 
Przekazuje informacje pobrane od jednej córki dla drugiej, 
czasami niedosłysząc i przekręcając. 
Mam nadzieję, że sytuacja się nie pogorszy. Na pewno nie polepszy. 
Dwa razy naprawiłam sytuację,teraz nie zrobię tego. 
Wolę aby młodsza do mamusi nie chodziła i jej porządków 
w szafach nie robiła, prania i układania też nie. Później 
śmiać się, że stare gacie itp. bez wiedzy mamusi 
wyrzucać na śmietnik. 
Będąc w Polsce robiłam mamusi pranie, no niestety były i stare gacie. 
Nie zdecydowałam się na selekcję prania. 
Nie moje, więc nie ruszalam. Oddałam wszystko wyprane i poskładane. 

Człowiek starszy przyzwyczaja się nawet do starych gaci, 
nowe są nowe - gumka ciśnie, materiał inny, przyciskają, 
swędzą, jednym słowem do wszystkiego co nowe trzeba się przyzwyczaić. 
Mamusia już przyzwyczajać się, nie chce. 

W tej chwili, rozumiem więcej. 

Pewnie, że boli mnie ta sytuacja ale wpływu nie 
mam na postępowanie moich sióstr.
Swoje postępowanie zmieniłam. 
 

Kocham swoją mamusię i jej takiego, obecnego życia współczuję.

Wiosna panie generale…😁

Patrzę na mapę dróg w moim mieście i widzę: czerwono wszędzie, to znaczy zakorkowane, jest 7:30am. Muszę wyjeżdżać do pracy, ale się nie chce, bo więcej będzie stania niż jechania. Wyjścia to ja żadnego nie mam.

MM przy pożegnaniu…czy moja Krysia wróci po pracy do domu, do niedobrego męża, czy pojedzie do sklepów? A czemu moja Krysia chce mnie zostawić i jechać do Polski?

Jak mi naruszy nerw to bym zostawiła, pojechała do domu do Polski. Niech MM przemyśli swoje postępowanie, zachowanie.

Wczoraj wieczorkiem wróciliśmy z restauracji, mieliśmy “opijanie” córci zakwalifikowanie się na następne studia. Zakwalifikowanie się wprawdzie jeszcze nieoficjalne, ale każda okazja czyni okazję do spotkania.

…a co to będzie jak ja na emeryturę pójdę…MM pyta

…wywiozę do Polski posadzę w oknie i powiem…patrz tu jest Polska, tutaj rozmawia się po polsku…

…nie pojadę do Polski…skruszony odpowiedział.

No wiem, dokuczyłam troszkę, ale zasłużył.

Trzeba jechać. Garażowe drzwi się zamykają, siedząc w samochodzie, sprawdzam czy w torebce mam potfel, słuchawkę i inne drobnostki jakich kobieta potrzebuje. Jeśli … to wrócę, wezmę, do torebki wrzucę.

Zjeżdzam ze zgórki na ulicę i w drogę. Szkolny autobus i… czekamy.

Dzieciaki z apartamentów, niemrawo wchodzą do autobusu, jeszcze dobiegają. Za mną już sznur samochodów się ustawił. Czasami trzeba czekać 10 minut, czekamy na spóźnionego dzieciaka. No cóż, jak trzeba to trzeba.

Synuś mnie w pracy odwiedził. Porozmawialiśmy o jego planach, przyszłości i o wszystkim i niczym. Bardzo lubię rozmawiać z moimi dziećmi a oni ze mną. Cieszę się, że mam swoje dzieciaczki.

Po pracy wróciłam od razu do domku. Wszystko dobrze. Tak powinno być. A nie jakieś fochy, dziwne nastroje i niecodzienne “przeboje”.

Cieplutko na podwóreczku, szkoda tak pięknej pogody na siedzenie w domu.

Leń wlazł w tyłek i zaniechałam terapię. Zaczął boleć kręgosłup, właściwie to promieniuje i odczuwam ból nerki. Tak było na początku moich dolegliwości, zanim wykluczyli wszystkie organy wewnętrze i odkryli że mam jeszcze coś takiego jak kręgosłup.😁😁😁

Prześwietlali, przewracali, badali, znaleźli chorobę.

Od kilku dni robię swoją gimnastykę i jest lepiej. Nie muszę już przyjmować tabletek.

Oszczędzam teraz swój kręgosłup, wiem że go mam. Więc, zanim co to siedzę na decku i podziwiam kwitnące azalie.

Tulipany za kilka dni zakwitną!!! To dopiero będzie widok!!!!

Nic więcej nie kwitnie. Niektóre wiosenne już przekwitły.

Jeśli ciepełko utrzyma się, to mam nadzieję, że wszystkie kwiatki i krzewy się wreszcie obudzą.

płomień ugaszony_

W pracy siedziałam najdłużej jak mogłam. Wracając zajechałam po sałatkę. Chciałam zapłacić …a tu niespodzianka…nie ma portfela. Znów zmieniłam terebkę. Dobrze,  że miałam jakieś drobniaki. Wystarczyło na zapłacenie za sałatki. No nie pozwolę MMowi, żeby siedział przed komp cały dzień, bez jedzenia. W lodówce pustki, a w zamrażarce jest , ale on nie ma czasu na smażenie.

Zaczęłam jego przed sobą tłumaczyć. Że miał wczoraj trudny dzień. Dzisiejszy poranek też nie należał do najlepszych. Serdeczny kolega został zwolniony z pracy. O tak, w jednej chwili. Zajmował dyrektorskie stanowisko ale, to nic nie znaczy, nic nie ma dożywotnio. Szefostwo zrobiło miejsce dla swojego przyjaciela. Wczoraj zwolniony, ale dyskusja wciąż trwa. Znam większość kolegów z pracy MM. Zwolniony był przyjacielem. Znają się bardzo długo. Jeśli jeden odchodzi, zmienia pracę to inni za nim idą. W tej chwili oczy się rozmowa, gdzie pójdą do jakiej firmy. W jakim mieście.

U mnie to nic się nie zmieni, MM lata do pracy. Jeśli są młodsi to z nimi całe rodziny. Przeprowadzki całych rodzin. Nowe szkoły, nowe kontakty i sąsiedzi. Rozumiem.

Możliwe, że MM zestresowany sytuacją w pracy, tak zareagował.

Prawdę mówiąc, bardzo dawno była taka nieprzyjemna sytuacja.

Tylko…stres, stresem…ale lepszej żony to MM nigdzie nie znajdzie.

Więc zajechałam po sałatkę, zajechałam też do sklepu po bieżnik. Dobrze, że nic ciekawego nie było. Bo trudno byłoby kupić bez pieniędzy i kart płatniczych.

Wracam więc do domu, rozmyślam, nie zauważyłam kiedy nacisnęłam na pedał. Leciałam, że tylko skrzydeł było brak. Mijam samochody, zostawiam je w tyle. Wyprzedzam i dziwię się, że tak wolno jadą. Robie w niektórych miejscach slalomy. Aż..jakbym otrzeźwiała… 140 na liczniku. Zdjęłam nogę z gazu i następne otrzeźwienie … mój zjazd, tuż, tuż.

Zaczęłam się wciskać do swego zjazdu.

Gdybym nawet przejechała, to są następne i też dotarłabym do domu.

Później jechałam powolutku, podobnie jak wszyscy, niepotrzebne mi było zatrzymanie i legitymowanie.

Nie byłoby większego problemu, policjant sprawdziłby po tablicy rejestracyjnej.

Wjechałam do garażu i nie biegłam jak zwykle, na piętro do MM office.

Wysiadając z samochodu nie zabrałam też od razu sałatek.

MM był już w kuchni. Nie zauważyłam nic szczególnego. Zachowywał się normalnie. Jak minął dzień, co będziemy jeść na lunch, opowiadał o jego mijającym dniu.

Tak patrzę na siebie od wewnątrz i zauważam, że jestem nabuzowana.

Zaskoczyłam MM sałatką.

Usłyszałam, że dbam o niego i bardzo dziękuje za sałatkę. To co zwykle, to co zawsze.

Powolutku moje emocje się uspokajały. W pewnym momencie zadzwoniła córcia.

Z wiadomością której nikt się nie spodziewał.

Tak jak w takich momentach się mówi…mamusiaaa siedzisz? mamusia co robiszzzz? Mamusia uważajjjj!!

Myślę jak błyskawica. Wiem, że coś dobrego ale co?…..

…….Nie muszę zdawać GMATa, mamusiaaaaa nie muszę zdawać GMATaaa!!!!!….ja się cieszę mamusia!!!!!….

MM siedzi pod drugiej stronie stołu i z zaciekawieniem patrzy na mnie, no przecież, rozmawiamy po polsku.

Córcia przekazała wiadomość również i MM. Wyglądał na radosnego. MM nigdy niczego nie urywa, żadnych emocjii. Jak zły to zły, jak rozbawiony to rozbawiony, jak zmęczony to zmęczony, jak ucieszony to ucieszony.

Prawda jakie to proste? Nie trzeba się domyślać. Bo jak mówi to mówi.

Po rozłączeniu się z córcią, chwilę jeszcze rozmawialiśmy o mojej córci.

Zaproponował wyskok na jutro do meksykańskiej restauracji.

Jakie to wszystko proste.

Po płomieniach niezgody u MM nie ma śladu. Ja potrzebuję czasu. Przemyślenia. Zastanowienia.

MM dziewczyny mają dwoje rodziców. Moje dzieci tylko mnie. O swoje dzieci walczyłam i będę walczyć, nie pozwolę nic na nie złego powiedzieć.

Nie są nieomylne, ale moje dzieci są moje!

Teraz wracam do GMAT córcia miała 0,1% szansy że nie będzie musiała zdawać tego testu. Pierwszy etap kwalifikacyjny na MBA ma za sobą, jeszcze rozmowa kwalifikacyjna.

Córcia przeskoczyła niezbędne wymagania decydujące o zakwalifikowaniu się na studia. To co było niemożliwym, stało się możliwym.

Do rozmowy kwalifikacyjnej musi być przygotowana na 100%. Bo…z jakiegoś powodu dali jej szansę. Nie przepracowała 4 lat na stanowisku menagera, nie musi zdawać GMAT i… od ukończenia uniwersytetu nie upłynęło 5 lat. Graduację ma w maju.

Jednym słowem … może, że jest najlepszą studentką, może dokumenty z Polski (stypendium dla wzorowych). A może esej, który napisała, zaintrygował komisję kwalifikacyjną. A może referencje z zakładu pracy i z uczelni?

Nie wiadomo. Wiadomo, do rozmowy musi być przygotowana.

Cieszę się ogromnie.

Radość ugasiła wszystkie iskry i płomienie wczorajszego dnia i dzisiejszego poranka.

Jestem DUMNA.


Po szczerej rozmowie.

MM przeprosił za złe zachowanie i za to, że jest złym mężem.

Zabolało

Dziś po pracy nie polecę na skrzydłach do domu, bo MM czeka. No nie czeka, pracuje przy komp, podświadomie czeka.

Od wczoraj coś między nami iskrzy. Mamy newralgiczny temat…moje dzieci… Konkretnie to oznacza tylko moje, nie jego dzieci. Od momentu przyjazdu do stanów mego syna, jest tylko krytyka, czepianie się, wywracanie oczu pod czaszkę.

Jestem w tej chwili surowa w ocenie, tak czuję i to są moje odczucia.

Żenił się: wiedział o dzieciach. Sponsorował, więc?

Nic nie ukrywałam.

Pierwsze oświadczyny odrzuciłam. Nie było moim marzeniem, wychodzenie zamąż. Nie ważne chińczyk, niemiec czy amerykanin.

Nie chciałam. Byłam ja i moje dzieci. Było mi dobrze. Gdzieś tam…w świecie krążył mój ex.

Nie oczekiwałam drugich oświadczyn.

Przyleciał syn….

Gdyby nie był taki grzeczny to bym go wypier…ł. Brzmi to w moich uszach i będzie brzmiało, zanim starość rozum odbierze.

Syn usłyszał te słowa, w progu swojego pokoju. Kilka dni wcześniej skończył 18lat. Był w cudzym kraju, bez kolegów i swojej matki nie widział w sumie 5lat. Dla mojego dziecka byłam obcą kobietą. Byliśmy na początkowym etapie poznawania.

Spytaliśmy z synem… jak się powinien mój syn do Ciebie zwracać… może tato?…

W nerwach mój MM wykrzyczał w moją stronę ….jaki ja jestem dla niego ojciec?!!!!!!…

Szukałam jakiejś nici porozumienia MM i mój syn. Coś co ich zbliży. Właściwie MM miało zbliżyć do mego syna. Mój syn był otwarty na wszelkie porozumienia.

Próby się nie powiodły.

MM nie pozwolił mi zbliżyć się do swoich córek.

MM “pobudował” mur.

Ja “pobudowałam swój”.

To twoje dzieci, to moje dzieci, a tutaj jesteśmy my.

Nauczyłam się tak żyć.

Tylko, i teraz łza się w oku kręci, chciałabym porozmawiać i pocieszyć się z sukcesów moich dzieci, posmucić się z ich porażek, bo i tak bywa.

Jestem sama!!!! Sama się cieszę, sama się smucę, sama niepokoję.

Zrobił głupio bo jego córki miały by, tak jak my, ty mamuś, jak kochasz to kochasz całym sercem…po przylocie i obserwacji sytuacji, moja córcia stwierdziła.

Jeśli MM opowiada o swoich córkach, nie oceniam, nie krytykuję. Namawiam do pomocy kiedy on jest przeciwny, a one tej pomocy potrzebują.

Ja takiego zrozumienia nie otrzymuję od MM, więc milczę.

Czasami MM coś zauważy i leci krytyka.

Jestem zmęczona 12 letnią krytyką moich dzieci.

Nie miałabym nic przeciwko gdyby… jego dziewczyny były wzorem dla moich dzieci. Ale palenie marychy i jedzenie ciasteczek przy ojcu, to uważam, że nie tędy droga.

Bicie się matki z dziećmi – to porażka dla matki. No cóż, exowej MM od nadmiaru kasy, mózg zamienił się zgniłe siado.

Niedokończona szkoła u jednej córki. Skończona u drugiej lecz … kierowca w Uberze to nie jest marzeniem moich dzieci. Moje dzieci mają ukończone collage, studiują na stanowym uniwersytecie. Mają inne priorytety.

Między moją córcią a MM najstarszą jest 5 lat różnicy.

Tak, jestem zła i wściekła. Nic mnie nie ciągnie do domu.

Siedzę w pracy i się nie spieszę. Nie chcę, rozmawiać o pogodzie i udawać, że nie ma problemu.

Problem był i jest, można było go ominąć. MMa swędziała buzia, od piątku pracuje w domu o te kilka dni za długo.

Nie ma łatwego charakteru. Pracowałam nad nim ale już passuję. Nie chcę już nad MM pracować. Niech sam zastanawia się co mówi i jak się zachowuje.

Spójrz w okno, tutaj jest ameryka, tu rozmawia się po angielsku – nie raz i nie dwa, słyszałam.

Nie trzeba było żenić sie z polką, z amerykanką powinieneś – odpowiadałam.

Po polsku będę rozmawiać z dziećmi i wcale nie na przekór, jest wygodniej i nie chcę aby MM rozumiał.

Nikt MM nie obgaduje bo, sprawy małżeńskie są sprawami małżeńskimi i nie podlegają dyskusji w relacji matka-dzieci.

Nie spieszno mi do domu i tak myślę, pojadę po zakupy. Poszukam bieżnika na komodę do sypialni. Może znajdę ładną lampę stojącą.

Oczywiście MM będzie się niepokoić. Dobrze mu to zrobi. Jeśli bym pierwsza umarła, to pies z kulawą nogą go nie odwiedzi. Może moje dzieci. Dobrze wie, że jego dziewczyny są tylko wtedy, kiedy chcą kasy.

Pewnego roku dostały kasę przed MM urodzinami. Na urodzinach się nie pojawiły. Ja z moimi dziećmi stawaliśmy na głowie aby jego rozweselić.

Czy to jedno takie zdarzenie? NIE.

Kocham swego męża. On też mnie kocha. Dogadujemy się. Czasami jest tak jak opisałam.

Jesteśmy z różnych krajów, środowisk, rodzin. Najgłówniejsze! On facet a ja kobieta.

I jak to wszystko pogodzić, aby lis był syty i kura cała.

Szkoda czasu na rozgrzebywanie. Kwoką nie jestem, złotego jajka nie zniosę i złotego ziarenka nie znajdę.

Muszę opracować plan.

W pracy długo siedzieć przecież nie mogę.

Nie jestem z tych kobiet co łazi po sklepach bez celu.

Kupię bieżnik – załóżmy. Zajadę na kawę i co dalej.

Będzie około 5pm.

Tak czy siak, przyjdzie czas powrotu do domu.

Mówią: nie ma chatki aby nie było zwadki.

Gorzej jest, jak ze zwadki robi się wojna i za sztachety chwytają.

A mój płot jest ze sztachet!!!!!😁

smacznie spać

W ameryce mało kto posiada  firanki w oknach. Jeśli zasłony to ciężkie podwójne, chroniące dom przed przegrzaniem. Przeważnie żaluzje.  W moim domu lekkie zasłonki posiadam tylko w sypialni. To są  zasłonki dekoracyjne przykrywające żaluzje. Lubie po przebudzeniu spojrzeć na coś ładnego i miłego. Wtedy cały dzień jest przyjemniejszy – przynajmniej ja tak uważam.

Zasłonki które wisiały, kolorystycznie się nie zgrały z moim nowym nakryciem na łóżku. Wiele dodatków muszę teraz wymienić ale to powolutku bez pośpiechu. Do Wielkanocy zdążę.

Wyjechaliśmy z MM na późniejszy lunch. U mnie w głowie już powstał misterny plan. MM pyta gdzie jedziemy a ja…myślę jaki będzie tam sklep do którego mogłabym wpaść i zakupić zasłonki.

No tak też się stało.

Kupiłam zasłonki i MM jeszcze mi doradził!!!!Kolor koralowy.

Teraz będzie czas na dokupienie obrazów, na stoliki nocne podkładek. Na moją szfkę bieżnika. Tylko o jakim kolorze to już nie mam pojęcia.

Tak małymi kroczkami, urządzę sypialnię. Kolorystycznie nową i wiosenną

 

Powroty o smaku wiosennych kotletów mielonych

Córcia wylądowała po 7am. Sprawdziłam. Podrzemałam. Znów sprawdziłam. W domku. Wymieniłyśmy kilka wiadomości. Powróciłam do spanka.

Niedzielka nad wyraz była spokojna. Cieszyłam się, że córcia dała radę. Pytanie dlaczego miała nie dać rady,  jeśli od chwili ukończenia 15 lat musiała mieszkać sama. To sama, nie jest do końca, mieszkała ze swoim bratem a moim synem który ukończył 13 rok swego krótkiego życia. Na ile potrafili, sprzątali, prali, gotowali, uczyli się, wagarowali. Więc? Dlaczego moje dzieci mają nie dać rady teraz, kiedy są dorosłe. Syn dołączył do mnie po pięciu latach,  córcia dopiero po ośmiu. Czasami przesadzam z tymi obawami i nerwami. Ale taka byłam wcześniej i taka jestem i teraz.

 Wypiłam kawkę.

Pobawiłam się na kompouterze i z nudów zrobiłam obiadzik.

Zrobiłam kotlety mielone. Po spróbowaniu stwierdziłam…..jeszcze tak smacznych kotletów nie jadłam…No nie jadłam.

Ostatnie były, niewypałem, a smażyłam kilka miesięcy temu – w ubiegłym roku. Twarde, smakowały jak stere drewno. Oczywiście dużo zależy od mięsa, od dodatków również. Dzisiejsze…mogłabym oddać na jakiś konkurs😄
Może bym i nie wygrała głównej nagrody, ale z zakwalifikowaniem się do konkursu, na pewno nie było by problemów.

Problemy natomiast mam zawsze ze zrobieniem sosu. Takiego smacznego jak podają w barach w moim polskim mieście. Co oni dodają? Jak oni to robią?

Podchodziłam do wielu prób ugotowania sosu i…. dobrze, że pluję do zlewu,

a nie po ścianach.

Musiałabym kuchnię odmalować.

Bez żartów, jestem sosowym nieudacznikiem.

Jedyny sos jaki mi wychodzi to biały do krewetek i do makarony. Te smame składniki i ten sam sos. Jest bardzo smaczny. Sosy do mięs i kotletów, niestety j.w. nieudacznik.

Nie ma potrzeby pisac jak ja ten sos robię, bo nikt z takiego przepisu, sosu nieudacznika, nie skorzysta.

Kotlety znikały jak ciepłe bułeczki w piekarni.

Na wieczorek wyjechaliśmy z MM na kawkę, ciasto i …zaciągnęłam MM do sklepu.

Wchodząc do sklepu mówię…ty tutaj siedź a ja, idę pochodzić po sklepie.

W jednym nic, ale w drugim…znalazłam, znalazłam…cieszę się w duchu, z uśmiechem na twarzy ciągnę wór za sobą. Widzę MM, siedzi ale ja kupię sobie za swoje pieniążki. Leciutka kołderka, dużo poduszek i prześcieradła. Oj, żebym od razu nie miała kołdyry i poduszeczek. Mam, ale ten kolor to mnie zbił z nóg. No, muszę mieć i nie ma dwóch zdań. Ciągnę wór, stoję w kolejce, panie w kolejce…jaki piękny kolor… Tak, mnie się też podoba… Myślę… toż musi się podobać, będę kupować.

Kolor…. MORNING ROSE.

Podchodzę do kasy. Wrzucam z całych sił wór z kołderką i dodatkami jakimi są poduszeczki, poszeweczki i prześcieradła i…….nie mam pieniążków !!!. Zmieniłam torebeczkę ale nie przełożyłam zawartości. Wrzuciłam jedynie telefon. Wybieraliśmy się przecież na kawę a nie po zakupy. Ale to tak jest z kobietami, nigdy niczego nie przewidzisz.

Widze MM siedzi sobie wygodnie w fotelu, więc krzyczę… mój mężusiu przyjdź do mnie, bo trzeba zapłacić..

MM podchodzi ogląda ….a my tego potrzebujemy? – pyta. Tak, tak, potrzebujemy, może ty nie, ale ja potrzebuję. Panie śmieją się, bo mój MM z nimi żartuje  i płaci. Chce sie oddalić, a ja…mężusiuuuu ty to będziesz musiał zanieść do samochodu…znów żartuje i się ze mną przekomarza.

Przykryłam łoże. No!!!! pięknie to wygląda bo te inne przykrycia jakie mam, to już się mi opatrzyły. Nie twierdzę, że to poleży długo, ale w sypialni “zapachniało” wiosną.

Wiosennie i u mnie w sypialni, ogrodzie i na duszy.

Zwiedzanie Las Vegas

Córcia tym razem spała w hotelu The Mirage przy S Las Vegas Blvd. Spała długo. Przed sobą miała 16 godzin zwiedzania. Musiała być wypoczęta. Postanowiła wracać w nocy do domu. W poniedziałek musi być w pracy, a więc, w miarę wypoczęta. Zostawiła torbę na recepcji i udała się …w miasto. Tym razem jej nie towarzyszyłam, jedynie od czasu do czasu śledziłam. Gdzie jest i co tym razem zwiedza. Zwiedziła dużo, podobno porobiła mnóstwo zdjęć. Mówiła że, nogi odpadają. Zatrzymywała się w kasynach. Troszkę pograła i przegrała. Obserwowała grających ludzi i również przegrywających. Nie dał się słyszeć dźwięk oznajmiający wygraną,  płynący z maszyny grającej, ani też okrzyk radości. Jakiś czas nie komunikowałyśmy się, widziałam że, jest wciąż w kasynie. Więc, spytałam…córciu, czy wponiedziałek ja muszę iść do pracy?….

Odpowiedź….hahaha, trzeba….

Ot, nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. 😪😁😁😁😁😁

No cóż zrobić, pociągnę swoje zwłoki w poniedziałek do pracy. A będzie to ciężki dzień.

Zanim to nastąpi, to…moja córcia świetnie się bawi.

Kiedy była głodna zjadła w restauracji a że, nie mogła się zdecydować co wybrać, zamówiła wszystko, na co miała ochotę. Znam swoją córcię, je oczami, z pomieszczeniem jedzonka w żołądku ma trudności.

Zobaczyła popularną Bellagio Fountains. Zresztą, wszystko w Las Vegas jest ciekawe.

Sztuczne miasto,  w tym mieście jest NY, Florencja, Paryż z Wieżą Eiffla, Grecja …wszystkiego po trochu. To właśnie jest wspaniałe. Kasyna, sklepy i wszelkiego rodzaju atrakcje przyciągają turystów z różnych stron świata.

To miasto tętni życiem przez 24 godziny. Tak każdego dnia i bez znaczenia na warunki atmosferyczne.

Połowa marca – było 24ºC.

Ja tam byłam wino piłam, grałam i ….. przegrałam.

Nie można nie zagrać w kasynie, będąc w Las Vegas.

Jeśli chodzi o…wygrana lub przegrana, to nie jest istotne. Oczywiście to pierwsze by się każdemu przydało ale…prawie nigdy, to się nie zdaża.

Bo wygrana 90centów nie jest wygraną.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Mamuś dziękuję….

Obudziłam się około 6am, żeby sprawdzić gdzie jest moja córcia. Była już na lotnisku w Nashville, mogłam spać dalej. Jeśli jest na lotnisku, żyje i nic się jej nie stało.. Po wylądowaniu w Denver, zameldowała się przez smsa.

Przy śniadaniu opowiedziałam MM , że moja córcia podróżuje.

Reakcja zbiła mnie z nóg… jedź, leć, nie ma co czekać. Złapiesz ją w Denver…😁😁😁

Milusiński ten mój MM. Nie poleciałam do Denver, ale to tak jakbym tam był z córcią w tej podróży.

Wkrótce zadzwoniła, że wypożycza samochód i pojedzie do Garden of The Gods Park Colorado. Z mojej rady skorzystała, obejrzała zdjęcia na google i…jedzie. Podpowiedziałam jaki samochód powinna wypożyczyć na daleką podróż, z jakim urządzeniami technologicznymi. Niezbędny jest wmontowany GPS, kontrola cofania na ekranie, USB, urządzenie głośnomówiące, nie musi korzystać ale…na wszelki wypadek. Może to nie daleka podróż, ale będzie jechać  sama i może liczyć tylko na siebie. Mało tego, spała tylko 3 godziny i jest już zmęczona więc…będę jej “towarzyszyć” w tej podróży. “Jechałyśmy” od lotniska do Parku. Informowałam jakie drogi będzie przecinać, jakie miasta mijać. Czasami pytała jak daleko, kiedy będzie na miejscu (pomino wyświetlanych wszelkich niezbędnych informacji na ekranie). Droga była powiedzmy prosta, autostrada 4-ro pasmowa w jedym kierunku. Kiedy już “dojechałyśmy” dałam jej odsapnąć od mojej osoby.

Zachwycona była widokami, niesamowicie czerwono-pomarańczowymi górami.

Powrotna droga, wydawała mi się szybsza. Nieodstępowałam córci na minutę. Ziewała… mówiłam, opowiadałam, sprawdzałam drogę.

Gdzie jest stacja paliw?

Szybko sprawdzałam na swoich laptopach. Tam i tam skręcisz w lewo lub prawo – informowałam. Chciała kogoś słuchać, była zmęczona. Wiedziałam o tym i po oddaniu samochodu do wypożyczalni, był luz.

Nie zdecydowała się na zwiedzanie Denver – ….tam są budynki, a ja zobaczyłam coś niesamowitego…. Ale już czasu nie mam bo za 4 godziny odlot do Las Vegas….

Znów poradziłam aby zadzwoniła tym razem do hotelu i poiformowała że, będzie później niż się spodziewała.

– córcia…jeśli nie poinformujesz a masz tylko zarezerwowany pokój, oddadzą komu innemu w biznesie liczy się “żywy pieniądz” a nie obietnice na jego otrzymanie …powiedziałam – mogą odsprzedać, masz tylko rezerwację a nie wykupienie….

Mamuś dziękuję….

To był ciężki dzień. Zmęczyłam się tą jazdą😃

Ważne że, córcia szczęśliwa.

Jestem również szczęśliwa, mogłam pomóc swojej córci.

Zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Poszaleć się chce….

Wakacje kojarzą się z okresem letnim. Do walizki wkladamy lekkie i zwiewne ubranko i w drogę.

Tak, tak było kiedyś. Jechaliśmy nad Bałtyk, gdzie zawsze chłodno.

Ale, dzieci mają wakacje!

Kierunek był też… w góry.

Obecnie, nikt nie czeka na upragnione i oczekiwane lato. Pakuje walizy i jedzie w kierunku…LATO.

W tym roku w moim regionie, nie było zimy, śniegu, marznącego deszczu. Takie warunki pogodowe, jeśli wysępowały, więziły ludzi w domach, aż do odwilży. Nie bylo to zbyt długo, od 3 dni do tygodnia.

Drogi i lotniska były sparaliżowane.

Tej zimy mieliśmy, wszystkie pory roku – oprócz zimy.

Więc, MSJ z DV wybrał się do Orlando. Wysyłane do mnie zdjęcia zachęciły mnie do odwiedzenia tego parku rozrywki. Relacja z pobytu, zniechęciła. Tłumy i kolejki wszędzie i do wszystkiego. Wrócili opaleni, zrelaksowani (mimo tłumów ludzi) i chętni do powrotu do Orlando.

Ja wróciłam, syn wrócił z wakacji, córcia nabrała chęci.

We wtorek opowiedziała o swoim planie. Nie ważne, czy mi się plan spodobał, czy nie. Gdybym mogła, a mogłabym lecieć w nieznane wraz z nią. Tylko…nie mogę swojego dorosłego dziecka ograniczać, bo się martwię i boję o nie.

Wzieła kilka wolnych dni w wpracy i … w tej chwili jedzie metrem na lotnisko. Kupi najtańszy bilet i …poleci. Połazi pozwiedza, w hotelu spędzi noc/lub nie, kupui najtańszy bilet, leci dalej. Nie ma nic zarezerwowanego, zaplanowanego. Tak po prostu, na żywioł. Sama.

Już gotowa byłam jechać z córcią, przecież do poniedziałku mam też wolne, nie mogę być przecież ogranicznikiem i strużem.

Już swoje “odbalowałam” czas na młodych.

Córci chłopak nie ma wolnego, a córcia … podobnie jak ja, nie lubi ograniczeń.

Oczywiście że, rozmawiałam, namawiałam.

Dużo mój tatuś mógł zrobić? Kiedy w wieku 17 lat, z plecakiem na ramionach, w progu drzwi oznajmiłam że, jadę na auto-stop?

Kiedyś nie było komórek, appki “my friend”, “the flight tacker”.

Biegło się do budki telefonicznej i informowało że, wszystko dobrze. Podróżowałam w każde wakacje przez okres

5-ciu lat. Nocowałam w namiocie i pod chmurką.

Moja córcia będzie miała hotel a w nim, łóżko. Nad głową dach, który ochronić będzie, przed ewentualnym  przed deszczem.


Córcia na lotnisku i jak widać po przemieszczaniu się na appce, jest już na terminalu.

Leci do Nashville.


Nie chciałam myśleć co z córcią, zajęłam sie praniem, gotowaniem i pieczeniem.

Rosną w misach ciasta na: bagietki, ciabatte i maślane bułeczki.

Bgietki za chwilkę będę formować. Bułeczki potrzebują czasu. Ciabatta będzie dziś szybka, zwykle moje ciasto rośnie więcej niż 12 godzin. Kilka razy ciasto rosło około 20h.

Oczywiście że, chlebek był wyśmienity.

Ciabatta nie potrzebuje, wygniatania i w tym chlebku to lubię. Zamieszać i odstawić. Jak to mówią… chłop leży a mu rośnie… 😁

Chłopką nie jestem ale…mi rośnie😱.


Zupka pomidorowa z duża dozą bazylii, pachniała niesamowicie. Bułeczki z serem, cudeńko. Chlebek ciabatta wyśmienity. Bagietki zrobiłam jak malutkie paluszki. Wygodniejsze w jedzeniu, nie trzeba łamać. Przełamane wysychają bardzo szybko i nie wygodne do przechowywania.

Ciabattę od jakiegoś czasu piekę w foremce. Wygodniejsza w krojeniu na kanapki.


Co z córcią? Zwiedza, spaceruje, ogląda muzealne eksponaty. Swietnie się bawi. Jest szczęśliwa. I ja to rozumiem. Cieszę się jej radością.

Dzisiejszą noc spędzi w hostelu. To zaledwie kilka godzin na drzemkę i … skoro świt na lotnisko. Kierunek Denver. Prawdę mówiąc pytała mnie o zdanie, które miasto wybrać, bo wszędzie te tanie bilety to są nie tanie. Więc…gdzie lecieć?

Zwiedziłam troszeczke ten kraj. W wielu miejscach byłam i wiem gdzie nie powinno się lecieć samemu. Nawet nie ze względu na bezpieczeństwo, na panującą tam atmosferę. Do wyboru była Philadelphia, Seattlle, NY, Denver. Najlepsza temperatura na zwiedzanie panuje obecnie w Denver. Piękne, spokojne miasto. Można spacerować godzinami i się nie nudzi.

Możliwe że, w Denver coś więcej odkryje. Chociaż.. nie zobaczy God Mountains a szkoda. To był spektakularny widok. Napisałam wiadomość do córci. Niech zobaczy w googlach, jeśli zainteresuje, to nie ma problemu z wynajęciem samochodu

Tak myślę, że moje dzieci to moja krew. Syn jeździł niejednokrotnie podobnie, na żywioł. Bez hotelu, bez żadnych rezerwacji. Był w Denver i przeżył fajne krótkie wakacje. Ciekawa jestem córci odczuć.

Córcia jest w Nashville gdzie byłam trzykrotnie, a nawet nie wiedziałam że, tam jest most i rzeka. No jakże mogłam to zobaczyć jeśli z MM melinowaliśmy się tylko w barach. W drodze powrotnej do hotelu przy blasku księżyca trudno było dojrzeć cokolwiek.

Widziałam córcię na appce jak sie przemieszcza po ulicach i raptem…była niedostępna. Piszę wiadomość na komórkę, nie ma odpowiedzi. Nie odbiera, włącza się maszyna kiedy dzwonię. No i już byłam cała w nerwach. Co się stało, gdzie jest, co robi?  Czy żyje? Jeśli nie żyje, czy cierpiała? A może leży i potrzebuje pomocy, jak jej pomóc? Dzwonię – piszę, piszę -dzwonię. Bez rezultatu. Zostawiam wiadomość głosową. Nic!!!! Uspakajam siebie…wszystko w porządku, to tylko moja szalona wyobraźnia.

Dzwoni, mówi że, wszystko w porządku jest w barze, bar w piwnicy i nie ma zasięgu. Świetnie się bawi. Na moje bądź ostrożna… tego nas całe życie uczyłaś i pamiętam, mamuś ja pamiętam. Jestem ostrożna…A mój głos się łamie i

Ciema noc u mnie a córcia znów niedostępna. Dzwonię,  odbiera. Melduje się w hostelu, za chwilę wraca do baru. Poznała wspaniałych ludzi.

W mojej wyobraźni wspaniali ludzie to na początek, później głowę ukręcają, palce obcinają, gwałcą, młotkiem walą w głowę, nóż w serce wsadzają.  Normalny koszmar!!!

Uspokoiłam się, kiedy MM wrócił. Zauważył moje poddenerwowanie. Nic nie mówiąc MM o swoich myślach, obawach i szalonej wyobraźni, położyłam się spać.

Zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

Księżycową nocką

Księżyc świecił pełnią, kiedy się kładłam się do łóżka i świecił, kiedy wyjeżdżałam do pracy. Tylko z drugiej strony domu i niżej.

Podobał mi się ten łysy tego  ciemnego poranka. Taki czysty i z jaśniejszą obwódką wokół.

Na trasie luźniej. Samochody jechały w odstępie około 10m. Nikt nie hamował, nikt nie przyspieszał. Monotonna jazda na 4 pasach ruchu. Po drugiej stronie muru autostrady było spokojniej, oni jechali za miasto, my w kierunku miasta. 120-130km/h mknęliśmy sobie jak rzeka, rzadko tak się zdarza. Samchody były jak niekończąca się rzeka,  płynąca szybko lecz stabilnie.

Z jednej autostrady zjechałam na drugą, tutaj miałam 6 pasów.  Szybko  zerknęłam na księżyc, był i oświetlał drogę. Chociaż reflektory samochodów bardzo dobrze spełniały swą rolę. Na tej autostradzie było luźniej ale tirów było dziś więcej niż osobówek. Jechały do zjazdu na autostradę prowadzącą do NY. Nie lubię wjeżdżać pomiędzy oba tiry. Z prawej i lewej strony lub przodu i tyłu. Tirowcy są nieprzewidywalni. Wielgachne samochody, co dla nich znaczy, taki osobowy samochodzik. Zgniotą i niepoczują.

Zjazd na trzecią autostradę prowadzącą do downtown, też 6 pasów. Tutaj zawsze robi się tłoczno. Ale 100km/h dało się wyciągnąć. Autostrada prowadzi w strone downtown. Wszyscy lecą wcześniej do biur, każdy chce zdążyć przed zakorkowaniem.

Nie ma luzu na moich autostradach, godzina nie ma znaczenia. Prawdziwe korki robią się już od 7am do 10am. Godzina spokoju i od 11am do 7pm lepiej nie wyjeżdżać emerytom i dzieciakom z domu.

W dzień wolny od pracy, staram się omijać autostrady, na ile się da.

Dziś w pracy byłam już o 6:15am. Cichutko, spokojnie, nikt nie marudził, nie przeszkadzał i nie gadał. Można było pracować.

Wracałam bocznymi drogami. Ogranicznikami prędkości był światła na skrzyżowaniach. Miałam takie wrażenie że, niektóre czerwone światła paliły się całą wieczność.

Zatrzymałam się w Starbacks na kawie.

Porozmawiałam z mamusią na skype. Poiformowałam swoją rodzicielkę że, wstrzymuję pomoc finansową. Teraz starszej jest kolej na, pomaganie. Moją decyzję oparłam na wiadomości o obgadywaniu mnie i mieszanie mnie i mojej rodziny z błotem. Powiedziałam…dość. Kilka lat płaciłam mamusi rachunki za gaz. To nie jest gaz tylko do piecyka kuchennego ale, ogrzewanie mieszkania. W sezonie grzewczym to jest kwota 400zł/miesięcznie. Podobno mam bogatego męża… Tylko MM nic wspólnego nie ma z mamusi rachunkami. To ja muszę zapracować. Więc, poinformowałam że, od następnego miesiąca mamusia będzie otrzymywać faktury za gaz na adres domowy.

Mamusię poinformowałam również że,… jeżeli starsza nadaje na mnie to przynajmniej by kazała jej zamknąć szanowną gębę… To było moje takie gadanie do słupa. Bo jak dwie osoby lubiące “pogaduszki” się spotkają to potrafią “odmalować” całe miasto.

Szczerze mówiąc, nie planuję wizyty w Polsce w tym roku, nawet w 90 urodziny mojej rodzicielki.


Po powrocie do domku, wyskoczyłam na swoje “pole”. Wschodzą tulipany!!!!

Zielsko nie musi wschodzić ono od razu rośnie.

Jaka ta natura jest dziwna, co złe to się pleni, przeszkadza innym a co dobre, musi walczyć o swoje miejsce na tej ziemi.

Działo się…

Nie słyszałam jak MM wczoraj w nocy wrócił do domku. Po lądowaniu jeszcze byliśmy na łączach, poźniej usnęłam.

Obudziły mnie pieski o 8am. Stały w progu sypialni i czekały.

Kiedy ona wstanie i da nam coś smacznego? Tylko wyleguje się – zapewne tak myślały😀

Zeszłam w pidżamie na parter, a tam, czekały na mnie świeże bułeczki i chlebek z Panery. Lubię zwykłe bułeczki, bez dodatków.

MM już pracował na komp przy kuchennym stole.

Na Good morning mocno przytuliłam. Stęskniłam się. Dziewięć dni, non stop byliśmy razem. Wyszliśmy z tego cali i zdrowi. Nikt nikogo nie ukatrupił. 14-cie lat razem to, i dużo i mało. Dla mnie? Dużo, mam nadzieję że przeżyjemy jeszcze co najmniej 14 lat wspólnie. No oczywiście,  jeśli zdrowie dopisze i bez większych zdrowotnych niespodzianek.

Wczoraj rozpoczęłam mycie okien. Dość szybko mi to szło, ale…nie chciałam się przeforsować. Teraz, częściej myślę o swoim zdrowiu, jeśli chcę dożyć 100-ki to trzeba żyć z rozumem, pracować też. Zostawiłam mycie okien na dzisiaj.

Pogoda wspaniała! na mycie okien, kapuśniaczek pada i nie będzie widać smug. No to do dzieła.

Bo siedzenie przed komp mnie strasznie wciąga i nie spostrzegę, a będzie późny wieczór.


Plan był taki: dokończę mycie okien na parterze, zacznę na piętrze, ale dokończę jutro lub…poniedziałek. Za dużo tych okien. Chociaż nie ma problemu z otwieraniem, mycie też jest pracą.

Z kapuśniaczka zrobił się deszcz, a po chwili ulewa. Zdecydowałam posprzątać domek. Piórko w rękę i kurze machnęłam w powietrze.

Na filmach tak robią w wielkich domach, to i ja tak uczyniłam. Wiem, że kurze wrócą na swoje miejsce lub się tylko przenieszczą, ale nie ma u mnie ich na grubość palca. No bez przesady.

Kurze  machnęłam w tempie błyskawicznym. “Wyszorowałam” kuchnię. Zostało odkurzanie.

Nie przepadam za odkurzaniem. Mam wprawdzie odkurzacz Roomba, ale jak wlezie gdzieś w kąt, to nie potrafi sam się uwolnić. Jakiś frędzel złapie w szczotkę, to stoi i piszczy, aż baterie wysiądą. Bez blokad lata jak głupi po całej powierzni, czasami kilka razy w jedno miejsce a inne opuszcza. Więc, biorę i przenoszę, proszę…podkurzaj tutaj…, ale po postawieniu na podłogę uparcie jedzie w inne miejsce niż ja tego sobie życzę.

Fakt, pozbiera kurze, widać to na szczotce, ale…nie jest to do końca odkurzanie, powiedziałabym odkurzanie po łebkach.

Fakt,  jak nie “zasiądzie” gdzieś, to wróci, baterie sobie sam naładuje. Odpowiednio ustawiony, sam, pod nieobecność mieszkańców, pojedzie i poodkurza, jeśli oczywiście nie zatrzyma się gdzieś “na piwko”. Wtedy wsiąka tak jak powiedziałam, do wyczerpania baterii. Bez pomocy ani rusz.

Dziś odkurzam normalnym odkurzaczem. NO to do roboty!


No oczywiście, odkurzanie to też muzyka na cały regulator.

Co znalazłam tym razem?

Tańczyłam ze słuchawkami na uszach, MM miał w office konferencję. Żeby nie tupać za głośno, nie śpiewać, przeniosłam się na deck. Oczywiście, że bez odkurzacza. No i skakałam, tańczyłam. Żebym umiał zrobić gwiazdę lub szpagat, to bym zrobiła. Jestem wygimnastykowana ale nie do takiego stopnia.

Tuptanie na decku zajęło mi ponad 30 minut, aż zmęczona usiadłam w fotelu. Pot ciurkiem sciekał po plecach, czole i policzkach.

Uffff

MM dokończył konferencję a ja odkurzałam już na parterze.

Zamówilił pizze i zanim ze sklepu powrócił z piwkiem, dostawca był u progu, a ja skończyłam odkurzanie https://youtu.be/dRQ-RsAXdEM
piętra.

Energii mam tyle, że mogę obdzielić pół mego osiedla.

Tak przy piwku, pizzy i tańcach zakończyliśmy około północy nasz piątkowy wieczór.

Za nami następna uroczystość urodzinowa

Początek roku zawsze u nas jest zapełniony uroczystościami.

W styczniu jako pierwsza ale nie najstarsza startuje moja córcia MCD.

W lutym młodsza córka MM.

Marzec – tu robi się traffic.

Nasza rocznica ślubu. Nie ważne która, zawsze pilnuję aby było uroczyście.

Urodziny starszej córki MM.

Urodziny mojego syna MSJ.

Spokój mamy do sierpnia kiedy to obchodzimy z MM nasze urodziny. Moje 2-go, MM 4-go sierpnia.

Kilka lat temu młodsza córka MM (MCMM) przeprowadziła się do Kaliforni.

Starsza córka MM (SCMM) mieszka w downtown, ale jako najstarsza z naszych dzieci, nie uczestniczy już w tych uroczystościach.

Chociaż prawdę mówiąc, i tak długo trwały te nasze spotkania jak na warunki amerykańskie.

Ja ze swoimi dziećmi będę to przedłużać, bo to nasza kultura, nasza rodzina i nie wyobrażam sobie nie obchodzić urodzin.

Spotkaliśmy się w Season52 porównywalna restauracja do Ray’s. W tych obu restauracjach obchodzimy różne uroczystości.

Wiec, córcia i ja, byłyśmy ciutkę wcześniej. Reszta towarzystwa łącznie z jubilatem była … można powiedzieć o czasie.

Czas spędzony z dziećmi jest czasam dla mnie najcenniejszym.

Moje dzieci są moim szczęściem i światem. Moja rodzina, MM również, wie że, jestem szalona na punkcie moich dzieci.

Będąc dzieckiem, podrostkiem, małolatą i dorosłą już dziewczyną … nie lubiłam dzieci. Drażniły mnie, ze wstrętem otrząsałam ich dotyk. Natomiast wszystkie dzieci do mnie lgnęły. Chciały się bawić, być w moim towarzystwie, być moją przyjaciółką/przyjacielem.

Nigdy nie planowałam posiadania dzieci, do momentu…

To był szczególny dzień.

Po przebudzeniu, poczułam ostry ból jednej piersi. Ból ciągnął mnie w dół do ziemi. Z bólu płakałam, i zwijałam się nocami w kłębek. Tak przetwałam kilka dni, zanim zdecydowałam się na lekarską wizytę.

…nie chcę pani straszyć ale muszę dać skierowanie na onkologię, ja nic nie moge poradzić…- tak zakończyła się wizyta u ginekologa

Po powrocie do domu, zajęłam się sprzątaniem, porzątkowaniem, oznaczaniem szafek..co leży i gdzie.

Dokładnie spisałam co MCD je na śniadanie, obiad i kolację. Jakie zabawki lubi bardziej od drugich. Jakie sukieneczki i kiedy zakładać. Wszystko posegregowałam. W szafkach nakleiałam karteczki.. tu jest ryż, kasza manna, cukier.. itp.

Między porządkowaniem, układaniem, segregowaniem tuliłam moją nie wiele niż rok córcię. Po nocach płakałam i żegnałam się z życiem. Wiedziałam że…nie, nie wiedziałam co będzie, kto zaopiekuje się moją córunią. Mąż był tam gdzieś w wielkim świecie. Przyziemne sprawy go nie interesowały.

Byłam sama jak palec, z bólem nie tylko serca ale i piersi, która coraz bardziej rosła. Miałam moją cudowną córcię.

Przyszykowałam się na najgorsze. Mówią że, nie można przygotować się na najgorsze.

Ja byłam.

Córcię zawiozłam do rodziców i pojechałam do szpitalnej przychodni onkologicznej.

Po zarejestrowaniu się usiadłam na drewnianym niewygodnym krześle. Obok mnie i wokół mnie przewijało się, przechodziło, przesuwało się mnóstwo chorych w różnym stadium choroby.

Widok? Nie przygnębiający… STRASZNY.

Tego się nie zapomnia.

Czekałam dość długo i zanim mnie wyczytano wróciłam po córcię i pojechałam do domku. Jeśli mam umrzeć to umrę w domu i w objęciach mojej kochanej córuni, tak wtedy myślałam.

Bół był straszny, bardzo cierpiałam, ale funkcjonowałam. Dawałam radę, bo musiałam.

Któregoś dnia … druga pierś zaczęła strasznie boleć i rosnąć. Myślałam że, nieba liznę.

Wiedziałam że, muszę wrócić do onkologicznej przychodni. Ale wciąż, nie mogłam zrozumieć dlaczego ja? nie mamy w rodzinie komórek rakowych, dlaczego trafiło na mnie?

Mąż wciąż był tam,  w wielkim świecie i jego moje bóle,  nie interesowały. Daje forsę?  Daje …. więc?….

Ból dokuczał około 3 tygodni. Pewnego dnia ból znikł jak ręką odjął. Ale duże piersi zostały. Fajnie bo… jak każda kobieta, chce trochę większe niż naparstki.

Życie wróciło do normy. Karteczki i naklejki w szafkach i półkach zdjęłam. Nie widziałam zagrożenia, nie było więc powodu, utrzymywać stan gotowości.

Zaniepokojona zostałam moimi okrągłościami. Tam i tu mi przybyło tylko… bez żadnego powodu. Odżywiam się normalnie, nic szczególnego, a przybyło kilka kilogramów.

Po jakimś czasie przybyło więcej… byłam niezmiernie zdziwiona.

Zaczęłam podejrzewać następną chorobę która mnie zaatakowała, cukrzycę.

Lecę więc, do lekarza. Po podstwowych badaniach, dostałam skierowanie do ginekologa.

-okres? JEST

-poranne nudniości? NIE

To tylko wywiad…

W trakcie badania…jest pani w ciąży 4 miesiąc…

Cieszyłam się, cieszyłam się i cieszyłam…córcia będzie miała braciszka albo siostrzyczkę nie będzie sama, a ja będę miała drugiego dzidziusia. HHHUUURRRAAA!!!!

Mojej radości nie stłumiło …

mężowskie –  rób jak chcesz ja nie potrzebuję następnego dziecka, zostajesz sama….

moja odpowiedź.. ależ ja już jestem sama

mężowskie – jesteś bezmózgowiec – nie zabiło mojej radości, mojego szczęścia.

rodzina(mały krąg) – a nie myślałaś o aborcji? na moje NIE… jesteś głupia i szalona.

Faktycznie, zostałam sama.

Kochałam to dziecko, które w sobie nosiłam. Nie wiedziałam jakiej płci.

Było takie zdarzenie. Kolegi żona spodziewała się dziecka. Zapłacili, przebadali i miał być synek. Kupili ubranka dla syneczka. Urodziła się córeczka. Ot i niespodzianka.

Nie ważne jakiej płci aby zdrowe.

Moje maleństwo od chwili pierwszego poruszenia, ruszało się, przeciągało, kopało, może i krzyczło, w każdej sekundzie swego życia. Mój brzuch, a był obromniasty , rósł i bolał od ciągłego kopania z wewnątrz.

Przeddzień porodu, poprosiłam męża aby zawiózł mnie do lekarza. Maleństwo się nie rusza. Mąż rad nierad, zapalił samochód a ja się wtoczyłam na siedzenie.

Lekarz staruszek w okularach na nosie, wziął jakąs trąbkę.

O Boże czym on będzie mnie badał – przebiegło mi w myślach. No takie ustroistwo to widziałam tylko w jakiś staroświeckich filmach.

A to odbywało się 30 lat temu.

-śpi – powiedział

-nie, nie, dzidziuś nigdy nie śpi, NIGDY!!!

No i miałam problem. Staruszek, może i doktor ale…

Mąż, może i chce pomóc, ale ….

-wieź mnie do domu – powiedziałam

Po kilku godzinach byłam już na szpitalnym łóżku.

Skurcze itd.. to nie ważne , na prawdę to nie było ważne…

Podłączona byłam do wszelkich dostępnych monitorów, tętno jest ale…

Podchodzi do mnie lekarz ginekolog

-prosze postawić tutaj nogi..

-w jakim celu? -wyjęczałam między jednym a drugim skurczem

-trzeba dziecko przewrócić- powiedział i poddacza rękawy swego lekarkiego fartucha.

-co to znaczy przewrócić – znów syczę.

Dlaczego syczę? Nie potrafię krzyczeć z bólu. No taka jest moja natura.

-dziecko leży w poprzek i trzeba przewrócić, ułożyć- odpowiedział

-o nie ty tego nie zrobisz! – krzyknęłam

-inaczej będą problemy-odpowiedział

-zrób mi cesarkę, słyszysz zrób mi cesarkę…

w tym momencie dotknął do kolana, pielęgniarka starała się mnie poddtrzymać,  a ja zaczęłam krzyczeć

-nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, zostawcie mnie…krzyczałam i wierzgałam nogami

Krzyczałam ile tchu w płucach miałam.

Dlaczego? Moja pierwsza ciąża – cesarka. Na sali leżała kobieta, po przewracaniu jej dzidziusia jeszcze w brzuchu uszkodzili nie tylko główkę ale i inne części ciała. Jak ona płakała, jak ona bardzo płakała.

-szalona, wariatka –  doktor powiedział i wyszedł. Zostawiły mnie też i pielęgniarki.

Prosiłam aby zadzwoniły do mego męża, podawałam numer telefonu. Żadna nie chciała i nie miała ochoty mnie słuchać. Zostałam sama wśród rodzących, innych lekarzy i pielęgniarek. Zostałam sama, nikt się mną nie interesował.

Tętno dzidziusia zanikało ale…nikogo to nie interesowało.

Strasznie się bałam byłam w sytuacji bez wyjścia. Wiedziałam, że liczą się minuty, czułam to, ale ONI spisali moje dziecko na straty.

Nie, nie płakałam. Powolutku godziłam się z losem. Wtem podchodzi do mnie jakaś pielęgniarka.

-da pani ten numer-powiedziała

Na ile znałam męża, to nie pozwoli umrzeć memu dzidziusiowi.

Za chwię byłam szykowana do cesarki. Mój dzidziuś się nie przekręcił leżał w poprzek brzucha. Też był już pogodzony z losem.

Synuś urodził się niedotleniony. Paznokietki czarne, usteczka czarne. Tak bałam się, że…

DZIŚ OBCHODZIŁ 30-TE URODZINY !!!!!🎈

Dziewiąty dzień wakacji – wyjazd

Nadszedł dzień wyjazdu.

Po kawie w Starbucksie, powolutku spakowaliśmy się, jeszcze ostatni look  z balkonu na ocean i skierowaliśmy się w stronę drzwi wyjściowych.

Na lonisku należało być 4 godziny przed odlotem. Szaleństwo!

Przeszliśmy przez dwie kontrole, jedna normalna, druga celna. Może i dobrze, bo już w miejscu docelowych nie będzie żadnych kontroli wjazdowo-celnych.

Czy faktycznie trzeba gonić ludzi tak wcześnie? Niestety, dwie godziny przed odlotem, podobno, bramki zamykają i nie ma zmiłuj się.

Do odlotu było jeszcze daleko, a na lotnisku, jak na każdym mniejszym czy większym, nudzenie się. Restauracje, winiarnie, bary szybkiej obsługi kuszą pasażerów. Ostatni raz i ja zjadłam jakieś kurczaki w sosie pomarańczowym z ryżem. “Pijaństwa” miałam już dosyć, kawa i woda zgasiła moje pragnienie po solonym kurczaku.

Książkę zapakowałam do bagażu, pozostał ipad i iphone.

Sporadycznie ściągam i czytam książki z ekranu. Lubie papier. Nie miałam wyboru i zaczęłam czytać z ekranu. Mam ściągniętą “Nad Niemnem” po raz setny, czytam. Internet na lotnisku nie jest do ściągania czegokolwiek.

Ludzi wciąż przybwało i poczekalnie się zapełniały.

MM śledził w internecie wykupione miejsca w samolocie, okazało się w że, w naszym rzędzie będzie wolne miejsce. I było nikt się nie dosiadł. Mogłam usiąść w fotelu przy alejce. Oczywiście że się cieszyłam.

Obejrzałam 2 filmy tym razem; “Book club” i “What they had”.

“Book club” rozśmieszał mnie do łez, natomiast drugi film bardzo problematyczny, składnia widza do przemyśleń. Polecam oba.

Wylądowaliśmy na lotnisku international. Dlaczego MM powiedział że,  nasze walizki trafiły na lotnisko krajowe? Nie wiem. Nie dyskutowałam. Szłam odprężona, zrelaksowana… jeśli trzeba wracać na international to przecież, autobusili specjalne kursują. A my jesteśmy już w domu, no można było tak powiedzieć.

Pewnie że, walizek nie było!! MM przynał się, że czymś się zasugerował i…..przejechaliśmy się autobusikiem. Gdybyśmy nie wychodzili z obszaru celnego to, w podziemiach kursuje metro, między terminalami i lotniskami.

Nie było takie to ważne, zapomniał, pomylił się zasugerował się czymś. Nie czuliśmy się zmęczeni przelotem, który trwał w powrotną drogę o godzinę dłużej, ponieważ pod wiatr.

Do domku dotarliśmy przed 9am.

KONIEC WAKACJI, KONIEC RELAKSU….


Pieski przewitały…. Zimę wpuściłam do garażu, bo z radości zawsze popuszcza. Amber? No właśnie myślałam że, z Amber będzie wszystko dobrze, bo zawsze było, nie popuszczała siusiu nigdy. Siusiu to nie zrobiła ale, się … brzydko mówiąc zesrała.

Tak nabrudziła, że MM niosąc walizy nie zauważył. WDEPNĄŁ!!!!!

Roznióśł mi gówienko od parteru po piętro.

Smród na cały dom!!!!

Zabrałam się do sprzątania i czyszczenia dywanów, wykładzin i podłóg drewnianych.

Dywany i wykładziny potrzebują specjalnego mycia. Tym zajmę się w poniedziałek.

Tak nas zwierzyniec przewitał!

Ósmy dzień wakacji

Po przebudzeniu… jak w domu – sięgnęłam po komórkę.

MM cicho pracował w drugim pokoju.

Nie wywąchałam zapachu kawy, co oznaczałoby że, idziemy na śniadanko.

Po śniadanku leżakowanko, korzystanie ze słoneczka i suchego powietrza. Powietrze byłoby wilgotne gdyby nie wiatr wiejący z nad oceanu.

Leżakowaliśmy kilka metrów dalej (około 10) od baru i basenów. Tutaj nie dochodziła muzyka i pokrzykiwania moczących się w basenie dzieci. Chociaż, dzieci na palcach jednej ręki można było policzyć. Muzyka meksykańsko-kubańska już się też sprzykrzyła.

Leżakowaliśmy w cieniu a wiatr nas opalał. Takie coś przechadzało się między leżakami.

Przy barze spotkałam natomiast “żebraka”.

Po namowach córci, zamoczyłam pierwszy i ostatni raz nogi w oceanie na Arubie.

Zdjęcia robione z komórki, jakość tragiczna.

Mówi się lepiej takie niż żadne.

To zdjęcie jest z mego nowego aparatu Sony.

Wieczorkiem udaliśmy się do restauracji, polecanej przez kolegę MM.

Restauracja argentyńska. Od zewnątrz nic ciekawego. Ot drzwi jak drzwi. Gdybym szła ulicą to bym minęła, nie zwracając uwagi. Szyld wysoko nad drzwiami ale….kto podnosi głowę na wąskiej jednokierunkowej ulicy. I też tak się stało, minęłam. MM krzykną abym zawróciła.

Restauracja wewnątrz olbrzymia. A dania to przechodzą wszelkie wyobrażenia.

Zamówiłam żeberka. Dlaczego na noc? Nie wiem! Nigdy nie jem mięsa przed snem. Kolacja u mnie przeważnie jest delikatna lub jej wogóle nie ma.

No cóż, zamówiłam. Przynieśli to coś co widać na talerzu. 12 słownie: dwanaście żeber. Ledwo upchnęłam 3 i 1/2. Jakiej wielkości trzeba mieć żołądek aby zmieścić w nim zawartość talerza?

Butelkę wina o zawartości 8,5% alkoholu wypiłam, cappuccino też.

Ale… na tę okazję wystroiłam się, że MM owi oczy zabłysły.

Sukieneczka czarna w białe groszki, pantofelki, kolczyki i torebeczka czerwone. Jeju … nawet sobie się spodobałam.

Dodać do tego moją opaleniznę mimo że, się nie opalałam, razem biorąc wyszło super.

To był nasz pożegnalny wieczór z Arubą.

Czas wracać, jeszcze kilka dni a popłynęłabym wpław, nawet nie umiejąc pływać, w stronę Miami.

Chcę już do domu, do dzieci, piesków i pracy.

Potrzebuję już codziennych zajęć !!!!

Siódmy dzień wakacji

To miał być dzień niezapomniany, a stał się niezapomnianym niewypałem.

Tak się też zdarza.

Reklamy zachęcały do skorzystania ze statku podwodnego, celem obejrzenia niepotykanie kolorowych rybek.

Bilety sprawdzone i … 15 minut przepływu po oceanie do statku podwodnego.

Każdy wycieczko-pasażer miał do dyspozycji 1/2 okrągłego okna. Plastykowe siedzenio-miseczki, były tak zaistalowane, że czy chcesz czy nie chcesz masz człowieku pół okienka. To nie było takie najgorsze. Ilość pasażerów statku podwodnego odpowiadała jednej du…ie w siedzenio-miseczce. Nie było możliwości stania. Na stanie nie było miejsca. Ściśnięci jak śledzie w puszce, oczekiwaliśmy na ogromniastą atrakcję. Wszyscy w napięciu, bo przecież statek naprawdę się zanużał. Z tym to nie było niespodzianek, że się zanużał. Żadnych przecieków nie było i całe szczęście. Niespodzianki nastąpiły, większe niż siedzenio-miski, z rybami.

Gdzie one się podziały?

Gdzie te kolorowe ryby z ulotek?

Zeszliśmy na głębokość około 35m, i prawie nic.

Jakieś rybki migają przed 1/2 okrągłago okna. Zdjęcia nie tylko mi nie wychodzą, widać zawiedzione miny innych osób.

MM stara się ustawić nasze aparaty, ostatecznie bieżemy przykład z innych i chwytamy telefon w dłonie.

Atrakcją stały się zatopione statki. Bo rybka tam czy gdzieś tam w tych szarych czeluściach oceanu, też straciła kolor.

Zniesmaczeni (wszyscy) przetransportowaliśmy się na statek, który przycumował po 15 minutach do brzegu. W ciszy, bez żadnych uniesień akscytacji, zeszliśmy z pokładu.

To dopiero była ….. NIESPODZIANKA!!!!!😱😱😱😱😱😂😂😂😱😱😱

Ogólnie … zobaczyłam dno oceanu. Piasek i bardzo dużo wodorostów.

Gdyby nie ta wyprawa, nigdy bym nie zobaczyła, tego co zobaczyłam.

Przed zachodem słońca wybraliśmy się z MM na spacerek. Zboczyliśmy z drogi głównej.

Zapuściliśmy się trochę dalej ale, pamiętaliśmy o swoim bezpieczeństwie. Strzeżonego Bozia strzeże, i ostrożność nie zawadzi.

Wzięłam aparat Nikon, zapomniałam loginu do appki łączącej aparat z iphonem.

Zdjęcia wspaniałe. Obiecuje, zamieszczę po powrocie do domku w oddzielnym poście.

Na jutro miałam mieć spa. Zrezygnowałam, po pierwsze – trzeba płynąć na inną wyspę, drugie – jeśli użyją jakiegoś olejku i dostanę alerii, co będzie.? Po trzecie – nie lubię dotyku obcych dłoni.

Wszysto co związane jest z pszczołą, oprócz miodu, mnie uczula. Płatki owsiane, również. Olejek migdałowy i sandałowy nie może być w moim zasięgu.

Aruba posiada tylko 2 szpitale a jeden z nich jest w rozbudowie, to znaczy że, może być nieporządek, chociaż to tylko mój domysł.

Jeśli 2 szpitale to lekarzy niewiele. Więc, zrezygnowałam. Jeśli mam chorować to wolę chorować na swoim terytorium.

Jutro mamy dzień relaskujący.

Z kilku imprez musieliśmy zrezygnować, MM musiał pracować. Twierdzi, że odpoczął, zrelaksował się i mniej myślał o pracy. To dobrze.

Jeśli chodzi o mnie. ODPOCZĘŁAM!!!!!!

Jestem gotowa do powrotu.

Szósty dzień wakacji

Trzeba było wcześnie wstać. Wakacje, a ja muszę się zrywać o świcie. Bo na wakacjach 7:30am, to jest skoro świt. MM jest wczesnym “ptaszkiem”, zanim mnie obudził to już miałam bułki i coś do bułki oraz cieplutką kawę ze Starbucksu.

Na dole, przed wiejściem do hotelu mieliśmy czekać na autobusik. Czekamy i czekamy, Autobusiku nie ma. To jest island time, nikt się nie spieszy. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Podobnie było na Bahamas, zamawiasz, czekasz i czekasz.

Busik podjechał po 45 minutach. Pojechaliśmy na zwiedzanie wyspy. Wycieczka trwała 6 godzin. Przystawaliśmy w kilku ciekawszych miejscach aby zrobić zdjęcia.

Nie zauważyłam bezdomnych ludzi, ale…psy chodzące bezpańsko, to i oczywiście.

Budownictwo parterowe, jeśli dom piętrowy to schody były usytuowane na zewnątrz.

Domy zbudowane z pustaków i otynkowane, podobnie z murami (ogrodzenie)wokół domów. Domy pomalowane na różne kolory, podobnie i ogrodzenia. Większość ogrodzeń to są mury, trafiały się metalowe oraz drewniane sztachety. W niewielu przypadkach ogrodzenia sięgały może 2 metrów, pozostałe to niskie ogrodzenia do 1m. Co oznaczało by, że wyspa nie ma problemu z kradzieżami.

Centra miast, to są hotele i cała sieć handlowa. Wyspa posiada własną rafinerię. Energię elektryczną pozyskuje z wiatru, słońca i oceanu. Skąd mają cement, piasek i wapno (składniki pustaków) nie dowiedziałam się.

Po powrocie z wycieczki padliśmy na łóżka i pochrapaliśmy.

Po przebudzeniu odkryłam że ramiona, plecy i z przodu jestem czerwona jak raczek. Wybierając bluzkę na ramiączkach nie wzięłam pod uwagę że, słońce opala również, przez szyby.

Żeby ten raczek mi nie dokuczał swoim pieczeniem, to byłoby ok. Ale niestety, ramiona piekły i plecy też. Mało pomogła maść, po opalaniu na czerwono.

W trakcie wycieczki zatrzymaliśmy na lunch na Baby Beach.

Kelnerem był norweg, który odwiedził Toruń, Grudziądz i Gdańsk. Bardzo chwalił sobie pobyt w Polsce i miło wypowiadał się o spotkanych i poznanych polakach.

Szczerze….poczułam dumę, że ktoś na tej małej wyspie u brzegów Wenezueli chwali moich rodaków.

Kobieta witająca przybywających zgłodniałych gości do restauracji Big Mama Grill na Baby Beach Aruba.

Piąty dzień wakacji

Pogoda jak najbardziej dopisuje. Trzeba się smarować kremem żeby się nie spalić na raka. Wiele osób opala się na czerwono. Niektórzy leż plackiem w pełnym słońcu, cały dzień. Nie potrafię tak. Jeśli leżakujemy w cieniu, dodatkow przykrywam się ręcznikami. Jest bardzo wietrznie i się nie odczuwa palącego słońca, ale ono jest i naprawdę pali. Ramiona i szyję mam już opaloną na caerwono, jak zresztą inni kuracjusze. Niby przykrywam się i zakrywam, nie leżę plackiem w oczekiwaniu na opaleniznę. A jednak słońce gdzieś mnie schwyciło.

Dziś po śniadanku poszliśmy na spacerek brzegiem oceanu. Oczywiście że, robiłam zdjęcia bo jakże inaczej, z tym że, zamieszczę dopiero po powrocie. Internet w hotelu jest obciążony, z tego też wynikają problemy z ładowaniem zdjęć.

Późnym popołudniem, pojechaliśmy do Palm Beach na spotkanie z zachodem słońca.

To dopiero była zabawa, tańce hulanki i swawole na stateczku. Zapoznałam sporo ludzi, wmieniliśmy się emailami. To był bardziej gest polubienia się niż utrzymywania kontaktów. Do hotelu przybyliśmy dość późno ale nie za późno, hotelowa zewnętrzna restauracja jeszcze była otwarta. Oczywiście że, weszliśmy i zamówiliśmy po lampce wina i pizzę.

Do pokoju wróciliśmy o własnych siłach, nigdzie się nie potykając. Nie pomyliliśmy też pięter ani numeru pokoju.

Czwarty dzień wakacji

Czwarty dzień, jeśli północ można zaliczyć do dnia, przewitałam na fotelu. Oglądany film tak wciągnęł że, nawet nie zauważyłam że minęła 2am. Nie chciałam budzić MM więc, położyłam się na kanapie przykrywając się kocem. Próbowałam zasnąć, nie trwało to zbyt długo bo przed 3 am, MM stanął nademną, mówiąc prawdę, pogonił mnie do łóżka.

Spałam prawie do 10am. Upiękniłam się i….czekałam na zakończenie telelekonferencji jaką MM prowadził.

Łaziłam z łazienki na balkon, z balkonu do sypialni, z pokoju do sypialni i tak w kółko. Konferencja się przeciągała a ja robiłam się zniecierpliwiona. Oj, rozumiem, MM musi być na łączach i nie ważne urlop czy nie. Ale ja robiłam się nie tylko zniecierpliwiona ale i głodna.

No nareszcie około 1pm, uwolnił się, mogliśmy pójść już nie na śniadanie ale obiad.

Po obiadku, leżakowaliśmy, odpoczywaliśmy, leniuchowaliśmy. Wszystkich przechodzących obok witałam lub mnie witano. Toż w sobotę dałam solowy popis tańca. No nie mogę po prostu nie mogę usiedzieć kiedy muzyka gra. W domu przecież też, tańczę skaczę nawet przy wbijaniu gwoździ, kucharzeniu lub sprzątaniu. Więc, mnie witano, pytano o samopoczucie, niektórzy chwilę gawędzili.

Szybkie przebranko i wyszliśmy na zwiady, jaka restauracja i gdzie ma oprócz żarcia dancing. Przecież, 14 rocznica ślubu, trzeba ładnie się ubrać i na parkiecie się zakręcić.

Jakieś dancingi oczywiście że mają ale … daleko i dla lokalsów. Więc, można tam zajechać i już w jednym kawałku nie wrócić.

Zresztą tak jak w każdym mieście, w moim podobnie, NY, Chicago, Boston itp.

Dominikana, Jamajka, Kuba, Meksyk….oferują kuroty, a jeśli zwiedzanie to z okien autokaru.

Byliśmy ostrożni i… zostaliśmy w okolicy kurortu. Lokalsi tutaj nie zaglądają. Niepocieszeni wracając do hotelu zatrzymaliśmy się w kubańskiej restauracji.

Piękna muzyka płynęła z głośników i zanim usiadłam przy stoliku odtańczyłam salsę.

Mimo że, nie byłam pięknie ubrana spędziłam wspaniały wieczór przy hiszpańskiej muzyce.

Nogi miałam baaardzo brudne, bo trudno tańczyć w klapkach, wiec tańczyłam na bosaka. Lambada, rumba, salsa innej muzuki nie było, no tango brazylijskie.

Namęczyłam się, parkiet a właściwie posadzka posłużyła dla moich stóp jak pumeks. Chociaż…pumeksu nigdy nie używam bo starłabym przy pierwszyk użyciu skórę do krwi.

Sukienka w szafie wisi, pantofelki stoją, a ja wybawiłam się nawet nie strojąc sie na zabawę.

Nie poddam się tak szybko. Muszę przywdziać moją sukieneczkę. Może jutro, jeśli nie bo na pewno nie… płyniemy na ”poszukiwanie zachodu słońca” .

Będę niepocieszona jeśli się nie wystoję ….

Udany dzień i miła zabawa.

Jaki będzie jutrzejszy dzień? Nikt nie wie. To będzie wielka improwizacja.

To my będziemy, bohaterami i aktorami, scenariusza jaki nam życie napisze.

Trzeci dzień wakacji

Oh oh MM spał obok mnie. To nie jest takie ważne. Ważne że, NIE CHRAPAŁ!!!!!!

Przed wyjazdem zamówił specjalny “smoczek” przeciw chrapanku. “Smoczek” przypłynął z UK. Rozpakowaliśmy i …byłam wstrząśnięta. Jak w ogóle można tego czegoś używać, spać w tym. Smoczek do buzi, a w środek należy wessać język. Aby nie wypluć smoczka podczas snu, zakłada aię specjalny pas na głowę i podbródek. MM na próbę założł to “urządzenie”. Wglądało to, przynajmniej dla mnie, na tortury. MM skwitował … jest OK..

Patrząc na grymas na twarzy MM, nie powiedziałabym aby było ok.

Może,

może pod wpływem myśli o założeniu “smoczka”, MM przestał chrapać.

Jeśli to urządzenie działa na MM, jak odstraszacz, to też dobrze.

Spał obok mnie jak niemowlaczek.

Na śniadanko wybraliśmy się do Starbucks. Bułka z serem i kawa, zaspokoiła mój śniadaniowy głód.

Czas na karnawał. Już pierwszego dnia zauważyliśmy poprzywiązywane stoliki i krzesełka na chodnikach. W niektórych miejscach było nie sposób korzystanie z chodnika. Nikogo to nie dziwiło i nas też nie powinno.

Jak karnawał to karnawał.

Dziś się właśnie odbył. Dużo muzyki, tańca i ogólnej wesołości. To ostatni dzień karnawału na Arubie, który trwał od…stycznia.

Dziś odbył się stolicy Aruby Oranjestad.

Mogłam podziwiać znurzenie oczekujących a później radość, kostiumy i muzykę.

Nie dotrwaliśmy do końca karnawału, zabrakło cierpliwości.

Restauracje i sklepy na czas karnawału w większości zamknięto. Znaleźliśmy knajpkę gdzie się zakotwiczyliśmy.

No tak, ja w barze odszukałam Martini Rosso, mogłabym już z tamtąd nie wychodzić. Barman dwókrotnie pytał, czy na pewno chodzi mi o ten vermut.

Och wiem tego nie pije się o tak z kieliszka, dodaje się do drinków.

Każdy ma swoje upodobania nie tylko smachowe ale i węchowe, bo MM nie może tego wina wąchać.

Nie, nie upiłam się, zamówiłam malutką lampkę, podelektować się.

Wróciliśmy do hotelu na bolących stopach.

Ochłodziło się, schowałam się do łóżka. Nalożyłam na pidżamę ciepły golf, na nogi ciepłe skarpety. Co z tego że na zewnątrz 27C. Zmarzłam.

Obejrzałam zdjęcia z karnawału. Zamieszczę po powrocie do domku.

Drugi dzień wakacji

Spałam twardym snem. Po przebudzeniu zauważyłam, że poduszka obok jest nie tknięta. Oznaczało, że MM nie spał tej nocy ze mną. Oj, nie dobrze…pomyślałam. Nie to, że gdzieś zabalował. Raczej …spał na kanapie i może być nie wyspany. Chociaż, MM śpi wszędzie. Każde niewygody stanowią dla niego wygodę. Taki on już jest.

Gdy weszłam do drugiego pokoju MM był już przy komuterze. Nie chciał mnie budzić w środku nocy, wiec nie przyszedł do sypialni to pierwsze, drugie jest rannym ptaszkiem i przebudził by mnie myszkując w sypialni.

Ot i cała tajemnica. 😀

Śniadanko zjedliśmy w restauracji obok. Zresztą, wczoraj tam jedliśmy kolację. Spodobała się nam i jeśli coś się podoba należy korzystać a nie latać po knajpach i próbować.

Caluśki dzień i wieczór spędziliśmy w kompleksie wypoczynkowym. Wypoczywaliśmy w cieniu, delektując się Piña colada i serwowanymi w hotelu daniami. Słuchaliśmy muzyki, oczywiście nie udało mi się usiedzieć i pobiegłam potańczyć.

Dzień był wyjątkowo ralaksujący.

Moja głowa zrobiła się wolna od myśli. Nareszcie. Zawsze mam tysiąc myśli na ułamek sekundy. Tym razem po prostu nie do wiary, mogę nie myśleć. Nie trzeba nic robić, nigdzie iść, jechać. Praca daleko została, pieski, dzieci, rodzina …. oni mnie potrzebują lecz wypoczętej i szczęśliwej. Teraz jest czas na “podładowanie akumulatorów”.

Wakacje

Przylot – March 1th, Friday

Lot trwał 3 godziny. Jakie było moje zdziwienie kiedy, zobaczyłam dwa rzędy foteli w samolocie, trzy i trzy. MM zamawiając oznajmił mi, że będzie, dwa fotele przjście i trzy. No i trochę się poddenerwowałam że, będę siedzieć między…Nie lubię siedzieć przy oknie, czuję się zciśnięta, przytłoczona, zablokowana. Nie lubię siedzieć w środku, czuję się lepiej niż przy oknie, bo mam możliwość ucieczki. Nie ważne, ucieczki czy wyjścia. Nie lubię i koniec. Brzegowy fotel jest dla nie najlepszy i najbezpieczniejszy, jeśli zajdzie potrzeba mogę się szybko ewakuować, nie jestem zciśnięta , przytłoczona ani pozbawiona, swobody i w pewnym sensie wolności.

Wprawdzie MM zaproponował zamianę foteli, ale wiem jak on lubi okno, może oprzeć głowę o ścianę samolotu i spać. Nie śpię w samolocie, czytam, oglądam filmy, słucham muzyki. Zasnę po zażyciu środka nasennego. Tak, tak, zażyję a później po przebudzeniu, chodzę jak ćpun.

Pocieszającym dla mnie było, że obok mnie z prawej strony, usiadł młody mężczyzna. Zamieniłam z nim kilka zdań. Uprzejmy, miły, młody i wyyysoooooki. Patrząc na jego długie nogi, zrozumiałam, że jemu należy się brzegowy fotel, on jego potrzebuje. Będzie mógł wyciądnąć nogi w stronę przejścia. A ja? Ja nie powinnam narzekać. Środkowe miejsce, też jest wygodne i lepsze niż w luku bagażowym.

Podczas lotu MM szybko usnął. Znalazłam w ofercie filmów samolotu, film Bohemian Rhapsody. Obejrzałam, jak to się mówi, jednym tchem.

Może nie jest ten film pouczającym, ale wymusił na mnie zrozumienie pewnych zachowań, wymuszonych przez sytuacje i otoczenie. To zrozumienie dotyczy wyłącznie tego filmu.

Lądowanie na Arubie przebiegło bez żadnych niespodzianek, bo i takie powinno być.

Językiem urzędowym na Arubie jest niderlandzki i papiamento. Urzędowym bo do komunikacji jest język angielski. Wikipedia podają, że 75% turystów pochodzi z USA. To by oznaczało 25% z innych części świata.

Słyszałam: hiszpański i hebrajski.

Nie mogę natomiast powiedzieć czy niderlandzki dał się słyszeć, bo tego języka nie rozróżniam.

Bardzo miły wieczór spędziliśmy na spacerze rozpoznawczym, kolację natomiast zjedliśmy w restauracji.

Nigdy nie jadłam lazanii. Na pytania …czy jadłaś? ….odpowiadałam …nie jadłam bo nie lubię….jak można czegoś nie lubić, jeśli się nie jadło….

Miałam rację, że nie lubiłam i nie lubię. W restauracji, na przekór sobie, zamówiłam…LASAGNA (LAZANIĘ)!!!!!!!

Pierwszy i ostatni raz! Lubię makaron, spagettii ale nie lazaniję.

Wypiliśmy po 2 drinki przy rytmach muzyki płynącej z estrady i późnym wieczorkiem przywlekliśmy się do pokoju hotelowego. Zmęczona atrakcjami dnia, usnęłam na kanapie hotelowej.

MM obudził mnie po… chyba 30 minutach abym przeniosła się do sypialni, wygodniej.

Usnęłam w oku mgnieniu.

Nie ma czemu się dziwić, wiele atrakcji i świeże powietrze.

Trzeba jakoś wyglądać…

Jeszcze w domu, oczywiście wyjazd jak najbardziej się odbędzie.

Pierwsze co uczyniłam, to jeszcze w pidżamie wyszłam obejrzeć moje rabatki. Nie przeszkodził mi deszczyk.

Wszystko nie naruszone. Może faktycznie środek odstraszający działa na wiewiórki. Bo deszcz to nie jest odstraszaczem na te szkodniki.

Okazuje się że, dzięcioł może być szkodnikiem. Upodobał sobie ramę okienną i zawzięcie dziobie. Tylko…co ten ptak wydziobie w plastykowej ramie okiennej. Niech mi ktoś powie. Ma tyle drzew do leczenie wokół, a on dziobie plastyk.

Dziwne, a może wogóle nie dziwne. Ryby jedzą plastki w oceanach, dzięcioł też chce nadążyć za trendem żywieniowym.

Głowa ciężka i boląca, tak to deszcz spowodował te dolegliwości. Aby nie cierpieć przyjęłam przeciwbólową.

Cieszę się, że deszcz pada i jest cieplutko. Moje tulipany i inne kwiatki wzejdą.


A teraz trochę o pakowanku. Początkowo wzięłam mciutką walizkę. Pomyślałam: 9 dni to nie 90, nie muszę zabierać ze sobą całej szafy.

Zaczęłam pakować.

I to sie przyda i tamto też nałożę. Prania robić tam nie będę, trzeba wziąć więcej rzeczy, niż myślę. Pakowałam…maciutka walizeczka nie jest z gumy. Musiałam zamienić na średnią. Bo przecież wielkiej nie wezmę. Chociaż kobiety jadąc na jeden dzień wypoczynku ciągną za sobą DWIE walizy!! Z tym ich ciaganiem to nie do końca tak, że one ciągają, ale widać te ich walizy na wózkach hotelowych.

Więc, postawiłam średniej wielkości walizkę. Ależ ja mam teraz miejsca!!!

W między czasie…nałożyłam maseczkę na twarz.

Ztarłam świeży ogórek i dodałam mąki skrobi kukurydzianej.

Musiałam tak leżeć 30 minut. Ledwo wytrzymałam. Efekt? Zadawalający. Cera delikatniutka, chociaż i tak nie narzekam ale…trzeba zadbać teraz to, na głęboką starość może nie będą widoczne głębokie zmarszczki.

Dwa popołudnia (poniedziałek i wtorek) poświęciłam na upiększanie się: brwi i rzęsy, włosy: odrosty i pasemka.

No trzeba jakoś wyglądać na wyjeździe.

Cebulkowy dzień – dokarmianie wiewiórek

10 minut leżenia w łóżku dłużej i…już łóżka nie posłałam. Szybko poranna toaleta, kawy niedopiłam, zostawiłam, nawet nie przelałam do innego kubka. Jak ja nie lubię jeździć w ciemnościach, ale są sytuacje że, muszę.

W pracy byłam o 6am. Przed wyjazdem na wakacje, musiałam dopiąć niektóre sprawy.

Po 2 godzinach byłam już w drodze powrotnej do domu. Autostrady zablokowane, drogi boczne, również.

A miałam nadzieję że, trasę praca – dom pokonam dość szybko.

Nie ważne jaką trasę wybrałam, radio warczało, że wszystko wszędzie stoi. Ja też stałam.

Powrót do domu zajął mi 2 godziny!

A do pracy jechałam TYLKO 20 minut.

No dobrze… wczesnym rankiem. Tak w godzinach szczytu porannego, zwykle dojazd do pracy zajmuje mi do 45 minut. Powrót podobnie, tylko dziś wracałam kilka minut po 8am.

No cóż, dotarłam do domku. Miałam się pakować, ale po wypiciu kawci, zauważyłam, że deszczyk przestał padać, słoneczko wyjrzało, to ja w podskokach wybiegłam na zewnątrz. Postanowiłam że, przed wyjazdem wsadzę do ziemi cebulki tulipanów.

Robiłam dołki i wsadzałam, robiłam dołki i wsadzałam…a że miałam 405 cebulek to mi się bardzo ta robota ciągnęła.

Chwilami miałam dość, bo do tego doszło 80 cebulek szafirka i zawilca 80 cebulek.

Mogłam rozłożyć pracę z cebulkami na 2 dni. Spieszyłam się, bo zapowiedzieli na jutro deszcz, ciepły deszczyk.

Po posadzeniu cebulek osypałam rabatki korą. Poźniej podmuchałam przejścia, ścieżki i patio od paprochów i połamanych gałązek.

Po zakończonej pracy, przeszłam się obok rabatek i podziwiałam moją pracę.

Będzie ładnie, tylko….ile z tych cebulek będzie tulipanów.

Wiewiory pod moją nieobecność wykopią połowę. Rozumiem żeby, jadły, ale nie, wykopią i zostawią.

Na wszelki wypadek, rabatki popryskałam specjalnym środkiem, odstraszającym wiewiórki-szkodniki. Na ile pomoże?

Nie pomoże.

Śnieżynki powolutku zaczęły puszczać pąki kwiatuszków. Ominie mnie przyjemność patrzenia na śnieżne maluykie kwiatuszki.

Poczieszające, że po przyjeździe będę oglądać tulipany.

Przynajmniej mam taką nadzieję.

Następna platforma blogowa

Zostaje zamknięta. Gdzie to ja nie byłam… od bardzo długiego czasu jestem na wordpress. Musiam zmienić nawę bloga nawet tutaj gdzie jestem.

No cóż, wirusy nie tylko lubią moje ciałko ale i moją elektronikę. Nawet w iphonie mam zainstalowany program antywirusowy. Apple pezecież ma tak dużo zabezpieczeń lecz…jestem magnez na wiruski.

Onet zamknęli i ludziska tłumnie zbiegli się na wordpressa. Teraz blox zostanie zamknięty.

Szkoda bo…onet miał swój klimat, blox też przestanie istnieć.

Kończy się pewna era internetowo-blogowa.

Spamy

Jakieś nawiedzone stworzenie z NY zarzuciło mi że: publikuję kopiowane materiały do mojego bloga.

Nawiedzone stworzenie zostało zablokowane bez żadnych uprzedzeń i odpowiedzi, z mojej strony.

Zdjęcia w 99,9% wykonane zostały przeze mnie osobiści. Jeśli jakiś gif znajdzie sie na moim blogu to nie omieszkam zaznaczyć, że nie jestem właścicielem czy też wykonawcą. Oj ostatni gif z ogniem pominęłam. Tylko nie pamiętam z jakiej strony ściągnęłam. Poszukam, odszukam, informację zamieszczę.

Stworzenie z NY pozostawiło komentarz pod postem Letni ogród, gdzie zamieściłam zdjęcia kwiatów z mojego ogrodu.

Dlaczego stworzenie? Nie znam płci tego kogoś i możliwe że, to była jedynia maszyna która ma za zadanie prowokować do odpisania komentarza, emaila lub odwiedzenia strony internetowej. A póżniej… tak jak miałam 16 lat temu.

Otwórz zdjęcia które wysłałem…

Traf chciał że, czekałam na zdjęcia od siostrzeńca który był w Miami. Otworzyłam… błysnęło.. czarny ekran..

Nowiuśki laptop diabli wzięli. Nie było mi szkoda tak bardzo laptopa. Zawartość była bezcenna.

W tym przypadku, sprawdziłam IP i zablokowałam.

Nic więcej, zrobić nie chcę i nie potrzebuję.

Na żadne prowokacje sie niepiszę.

Plany

A mówiłam, że nie planuję. Tylko nie zawsze da sie wyjechać na wakacje bezplanowo. Po prostu to niemożliwe. Trzeba zarezerwować hotel, bilet lotniczy i samochód na czas pobytu. Nie polecisz jeśli nie masz przynajmniej blitetu lotniczego. Mozna jechać samochodem jeśli jest to w możliwościach komunikacji lądowej. Trzeba jednak mieć w planach: tankowanie, jedzonko i odpoczynek na trasie.

Więc, w ubiegłym roku nie wyszedł nam wyjazd na wakacje połączone z uroczystością 13-tej rocznicy ślubu. Zarezerwowany hotel i bilet lotniczy, trzeba było odwołać, niestety. MM rozpoczął pracę w nowej firmie, na siłę można było lecieć na nasze wakacje, lecz nie wypadało.

W tym roku, a właściwie w tym tygodniu, lecimy na Arubę, wyspę o powierzchni 179km² z ładnymi plażami i wieloma atrakcjami. Mamy zarezerwowane niektóre z nich, jakie oferuje wyspa. Pływać łodzią… będę ale nie za bardzo lubię, przeżyję, lecz gubię się w małych przestrzeniach. Kołysanie też przeżyję jeśli zażyję tabletkę. Panicznie boję się wody, no cóż jak atrakcja to atrakcja, popłynę. Będzie zachód słońca z lamką wina, safarii, wycieczka po wyspie na ATV, śniadanie z lunch na żagłówce i coś tam jeszcze co MM uważał za stosowne zarezerwować.

Oczywiście, że jestem podkscytowana, bo jakże inaczej.

Biorę za sobą najnowszy aparat fotograficzny jaki mi MM zakupił. Jest to Sony RX100 VI. Mały, poręczny i podobno wiele potrafi. Uczę się obsługi, mam nadzieję na cudowne zdjęcia. Biorę również ze sobą mego NIKON750, jest niezastąpiony.

Jeszcze nie byłam na wakacjach a ostatniej nocy, spaliła mi się skóra. co było przyczyną tej alergii nie wiem. Początkowo poczułam, że skóra jest gorąca, i czerwienieje, po nie spełna minucie już mnie ogniem paliła  i za chwilę swędzenie. Mogłam w tamtym momencie skóre z siebie zedrzeć. Obudziłam MM, który przyszedł mi na ratunek. Pomógł mi posmarować się maścią Cortizone-10, która prawie natychmiast zaczęła działać. Temperatura skóry zaczęła opadać, kolor też wracał do normalnego koloru ciała. W momencie “ataku” skóra wyglądała jakbym spaliła się na słońcu tylko bąbli nie było widocznych, jedynie przy dotyku były wyczuwalne podskórne.

Zanim wyruszę na wakacje, postaram się jutro odwiedzić lekarza. Nie chcę żadnych niespodzianek na moich wakacjach.

Dziwne. Zaczęło oklo 2 tygodnio temu, od jęczmienia na oku. Magia magią, przesądy przesądami ale wyczytałam, że pocieranie złotem, pomaga. Powiem, że pomogło. Zaczerwienieni, swędzenie i ból powieki ustawał, kiedy zaczęło mnie boleć nad nadgarstkiem w miejscu gdzie nosi się zegarek. Promieniowało do środkowego palca. Bół ostry, że czasami wydawałam syczące dżwięki. Prowadząc samochód musiałam zdjąć zegarek bo ból był bardzo dotkliwy. Dwa dni i o bólu ręki zapomniałam, ale… szyja dała o sobie znać. Bół z prawej strony przejmujący i nie ozwalający na prawo skręt. Dotknąć nie można, skręcić nie można. Migdałki ok, przełykanie też normalne. 2-3 dni smarowałam maścią i chodziłam owinięta leciutkim szaliczkiem. Ból szyji mijała kiedy… opryszcka zaatakowała mój pośladek.

Zaczęłam siebie pytać… kiedy to się skończy? Opryszczka nie pozwalała na spokojne siedzenie i leżenie. Stanie ok ale ciężko prowadzić samochód w pozycji stojącej jak też i spanie na stająco wyglądało mi na nie bardzo komfortowo. Opryszczka już się goiła w czym pomogła maść Abreva, zaatakowała mnie płonąca alergia.

Tylko … nie mogę znależć przyczyny. Skutek to był, jeszcze trochę to bym została bez skóry.

Przypuszczam, że wirus mnie jakiś zaatakował.

Na wirusa nie ma lekarstwa – podobno. Może, można czymś go chociaż uśpić jeśli nie ma sposobu na zabicie.

Raz w roku

WALENTYNKI

Sklepy kuszą klientów balonami, kwiatkami, czekoladkami i różnymi prezentami. Ja też kupiłam różowe kwiatki w doniczce i baloniki na plastikowym patyczku.

Dlaczego nie?

Jeśli jeszcze mam żyć 25 lat to już mi pozostało 24 razy obchodzić wszelkie święta które są raz w roku. To niewiele.

Dziecko, które się rodzi ma takich świąt 78,87,90. Zakładając, że rodzi się zdrowe i żyć będzie w zdrowiu.

Więc, trzeba cieszyć się z każdego święta, mniejszego i większego.

Buraczki połączone z MBA

To był szybki poranek. Nie miałam czasu na poranną kawę i śniadanko. Kubek z kawcią wzięłam ze sobą i tak z kawcią w ręku wtoczyłam się o 6:10 am do pracy.

Za oknem było ciemno kiedy przystąpiłam do obowiązków. Niewiele pracy mniałam, skonczyłam szybciutko.

Po drodze do domu zajechałam do Farmers Market. Sklep z towarami z różnych stron świata. Chlebek żydowski, mąka pszenna rosyjska, budyń arabski, ogórki konserwowe polskie, ryż chiński.

Kupiłam buraczki czerwone z pól amerykańskich, ugotowałam barszcz czerwony. Czasami trafiają się buraki gorzkawe, rzadko ale się trafiają, te słodziutkie i smaczniutkie i taki wyszedł mi barszczyk.

No miałam degustatora w postaci MSJ, zjadł dwie miseczki. Można powiedzieć, że był głodny. Ale to nie tak, jak syn głodny a w domu nie ma nic do jedzenia lub jest to czego nie lubi, jedzie do restauracji. Nie mam obowiązku gotowania i zaopatrywania lodówki. Gotuję bo mam chęć, dogodzenia moim milusińskim.

Zaproponowałam MCD aby przyjechała po zupkę. Odmówiła, pracę późno kończyła a później szkoła.


Nie wiem czy pisałam. MCD pracuje na pełen etat w dużej renomowanej na całe stany kompanii. Jest zadowolona. Tylko nie wiemy co będzie z MBA, aplikację wprawdzie złożyła, ale nie ma niezbędnego do przyjęcia, stażu pracy na stanowisku menagera. Od początku rozpoczęcia studiów w stanach, była i jest honorowym studentem, z tym że to w przyjęciu na MBA nie pomaga. Musi zdać test GMAT. Buntuje się bo, na uniwerku miała 60% GMAT. To tylko wyciąganie pieniędzy. W stanach wszystkie studia są płatne i to nie mało. Chyba że znajdziesz sponsora, który uwiąże ciebie do biurka za marne centy, bo przecież musisz odpracować to, co w ciebie włożył.

Po 5-10 latach jest za późno na rozwój zawodowy, jeśli ciebie taki sponsor wyżyłował, podcinał skrzydła. Jeśli trafisz w dobre ręce to lecisz na fali zawodowej. Szansa na dobrego sponsora jest 50/50. Jeśli można uniknąć ryzyka, unikajmy.

Wieczorkiem siedziałam w internecie i sprawdzałam poziom trudności tego testu. Trudny.

W najbliższych dniach się wyjaśni, czy przyjmą ją na MBA czy też nie. Prowadzi rozmowy, ma dobre referencje. Ma 0,1% szansy. 🙁

Dostanie się na MBA w Polsce to jest bułka z masłem. Nie potrzeba żadnego doświadczenia na żadnym stanowisku, nie zdaje się testu GMAT.

Tylko do Polski nie pojedzie. Pracy nie rzuci, po powrocie nawet z dyplomem, nie będzie łatwo znaleźć pracę. Jednym słowem po wypadnięciu z “obiegu”, stajesz na straconej pozycji, zaczynasz od początku.

Jednym słowem czekamy, minimalna nadzieja, a byłby ewenement gdyby przyjęli, ale 0,1% jest lepsze od 0%.


Jak widać, każdy ma inne problemy życiowe.

Ktoś na świecie walczy o bułkę dla swego dziecka, gdzieś tam lawina przysypała turystów, inni ślub biorą aby za 3 minuty się rozwieść, komuś się dziecko rodzi lub ktoś z rodziny umiera.

Ile jest ludzi tyle jest problemów, kłopotów, zdarzeń, zdarzeń tragicznych i szczęśliwych.


Córcia do domu wróciła przed 11pm. A ja czekałam na wiadomości od niej.

Mogłam już poprawić poduszkę i usnąć.

Nie ważne w jakim wieku są i będą moje dzieci. Zawsze będę się o nie martwić i cieszyć z ich szczęścia.

Co się odwlecze….

Zanim wyjechałam do pracy. Wyjęłam naczynia ze zmywarki. Zmyłam blaty w kuchni i płytce gazowej. Stół kuchenny doprowadziłam do używalności po śniadaniu. Oczywiście MM wrócił i usmażył mi boczek. No nie mój 😀.

Ogarnęłam wzrokiem moją jadalnię i kuchnię…i mogłam jechać do pracy.

Po pracy, wracam …kuchnia nie naruszona. MM pracował cały czas w office.

Na późniejszy lanch wybraliśmy się do Whole Foods. Można wybrać co lubisz, co chcesz i ile chcesz. A, że mój żołądeczek się skurczył to niewiele mi trzeba.

Córcia zmówiła na niedzielę tort Napoleon. Zanim zaczęłam zabawę z “generałem”, zrobiłam drzemkę.

Ciasto jak najbardziej zrobiłam, ale nie miałam ochoty już na pieczenie. Czym dłużej pobędzie w lodówce, tym lepiej. Piekarnik też nie był gotowy. Na święta Bożego Narodzenia piekłam ciasto pomarańczowe. Wszystkie składniki wymieszałam jak w przepisie było podane. Olej kokosowy też dodałam, zgodnie z zaleceniem, tylko nic nie było o tym, że tą białą maź powinnam rozpuścić przed dodaniem do ciasta. Ciasto piekło się, a z niego kapało i kapało, nie mogłam zrozumieć dlaczego? Pierwszy raz w życiu używałam oleju kokosowego, więc mogłam nie wiedzieć. Olej palił mi się w piekarniku, a ja miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie było!

Cały olej wykapał zanim ciasto się upiekło. Po ostudzeniu, ciasto wyszło w zapachu pomarańczowe, w krojeniu kamienne. Byłam jedyną osobą, która spróbowała kamienne ciasto.

Póżniej do pieczenia używałam drugiego dolnego piekarnika, górny oczekiwał na czyszczenie. Oczywiście czyszczenie automatyczne jest, z tym, że cały proces trwa 3 godziny i spala wszystko. Przy spalaniu mam taki smród w kuchni, że pochłaniacz oraz otwieranie okien nie pomaga.

Spryskałam więc chemią piekarnik górny, dlaczego górny taki ważny? Jest z termoobiegiem.

Odmaczałam i czyściłam, aż… zostawiłam.


Seans wieczorny

Obejrzeliśmy z MM przepiękny film rysunkowy Dumbo oraz Something’s gotta give w rolach głównych Jack Nicholson, Diane Keaton oraz Keanu Reaves.

Mam wiele ulubionych filmów, które mi się nigdy nie nudzą. Zawsze znajduję w nich coś ciekawego i zawsze mnie rozbawiają do łez. Podobnie z książkami.


Ciasto podzielone na kuleczki, zostało w lodówce.

Wiosenny relax

Dziś znów sprzątałam zeszłoroczne liście. Poprzycinałam krzewy, odsłoniłam, niektóre kwiatki. Potrzebne mi jest jeszcze jedno słoneczne popołudnie, aby dokończyć pakowanie liści. Może czwartek, bo w pozostałe dni ma padać. Jeśli w czwartek zacznę pracę (zawodową) wcześniej, to w domu powinnam być około południa.

No oczywiście, się zobaczy.

Wyniosłam już trzy donice z kwiatami domowymi na zewnątrz. Jeśli wyskoczy zimniejsza nocka, to opatulę. Nie spodziwamy się przymrozków.

Bardzo przyjemnie posiedzieć na decku, po pracy fizycznej na yardzie. Winko w kieliszku, mogę się w końcu zrelaksować.

Najważniejsze, jeszcze nie ma komarów, meszki i innych nieprzyjemnych i natrętnych owadów.

Trzeba korzystać z pięknych dni, jak przyjdą upały to nie będzie żadnego relaksu.

Mróz

Oj, co tam mróz w Chicago.

U mnie +18C dziś było. Teraz +10C.

Aby do wiosny 😁

No nie wiem co tam piszą w mediach na tą chwilę: czwartek 8pm i ileść tam minut, takie mamy oto temperatury.

Toronto w Kanadzie ma podobnie jak w Vermont.

W moim mieście w Polsce jest ZERO C.!

Jaki będzisz dzisiejszy dniu?

Oczywiście, że zależy tylko wyłącznie odemnie. Jestem poddenerwowana. Bez przyczyny. Nikt przecież w nocy, mi kołdry nie ściągał.

Chciałam wymyć zęby, tak normalnie w spokoju, bez MM podglądania, stania, patrzenia się, gapienia. Zrobić poranną toaletę bez “świadków”. Uffff

Trzeba było na kilka minut zrezygnować, bo moje kochanie drepcze mi po piętach. Uff

Zaleciałam w końcu do łazienki i zrobiłam poranną toaletę. Mamy kilka łazienek, ale nie będę wszędzie ustawiać szczoteczek, płynów, dezodorantów itd. chociaż w tej na parterze, w szafce nam szczoteczki i inne przybory, emergency.

Więc, przygotowana do pracy, wchodzę do kuchni. Tam MM, moje kochanie, szykuje dla mnie śniadanie. No i znów poddenerwowanie, które tłumię. Przy śniadaniu, moje milczenie zaczyna denerwować MM. No jak, jak powiedzieć, jak określić moje zachowanie, jeśli sama nie wiem o co chodzi z moim systemem nerwowym?

Dwa słowa, zdołałam wydobyć z siebie bez wyciągania zawleczki. Zamilkłam.

Pojechałam do pracy, jadąc pytałam… jaki będziesz mój dniu, jaki będziesz??…

Na autostradach było spokojnie tylko ja, rwę do przodu jak rajdowiec.

W pracy….Hello, how are you, good morning… i się nagadałam.

Spięłam się przy swoich obowiązkach. Nic mnie nie interesowało.

Do domu leciałam 132km/h rozglądając się na boki, czy aby na pasie obok nie leci “nieoznaczony”. Denerwowali mnie wolniej jadący, przekroczyłam dozwoloną prędkość, ale coś mnie pchało do przodu. Przecież na moich autostradach nigdy nie jest pusto, czasami zastanawiałam się gdzie ludzie jadą w nocy. 18 lat temu było spokojniej, korki były w godzinach szczytu, teraz to cud, lub autostrada zablokowana.

Wróciłam do domu cała i zdrowa. Dobrze, bo rozpędziłam się, że w ostatniej chwili hamowałam. Samochód przy chamowaniu zatrząsł się i … zatrzymał. Ojjj może 20 cm od samochodu przedemną.

Dobre mam hamulce!!!!

Dobra moja refleksja.

A do domku miałam dosłownie z 400m.

Wchodzę najeżona. Znów mi nic nie pasuje.

Myślę…głodna to i zła…

MM miał telekonferencję, więc nie pobiegłam do niego, ale gdyby nie miał też bym nie pobiegła.

MM zszedł za jakiś czas do kuchni, mój nastrój, handra jak go zwał, tak go zwał, okropny, nie zachęcił do rozmów MM.

On uciekł do swego office a ja, około godziny siedziałam i gapiłam w okno. Nawet nie myśląc i nie patrząc.

Ostatecznie położyłam się na łózku w obówiu i ubraniu, przykrywając się ozdobną kołderką. Nie dbałam, kurz czy jakieś inne nieczystości, przywlokłam do łóżka.

MM zaglądał pytając, czy już mi przeszło.

No jak ma nie przejść, kiedy patrzę na jego zmartwiony buziaczek.

Toż on ma mnie, jedyną.

Jak widać jestem bardzo “nastrojowa”, następny napad za około roku.

szleństwo śniegowe ⛸,⛄️

          TV wczorajszego wieczoru oszalało. Co chwilę alarm śniegowo sztormowy. Będzie padać!!!!!!Odwołano nauczanie we wszystkich szkoładch, od elementary po university. Niektóre zakłady pracy również zostały zamknięte.

To i ja wyskoczyłam po południu na yard, podmuchać liście, popakowac do wrów. Mokre liście ciężko się pakuje i rękawice szybko mokną. Liści było niewiele, ostatnie jakie spadły późną jesienią. Dmuchałam tylko i wyłącznie na back yardzie gdnie mam 11 wysokich liściastych drzew, nie liczę drzew z sąsiednich 2 działek, które rosną na granicy działek, a ich gałęzie sięgają na moją działkę. No cóż, moje dwa drzewa z tych 11 rosną na granicy, cudzych. A więc, jakby nie było nie mam 11 drzew a 16. Jest co robić jesienią, wiosną również. Drzewa liściaste kwitną i po przekwitnieniu strzepują z siebie paprochy.

Już było ciemno kiedy ostatni wór zawiązywałam. MM nie sprawdzał, nie nawoływał tym razem, miał komputerowy problem do rozwiązania.

Ponownie włączyłam tv a tam…zostawać w domu nie wychodzić…

Syn śle smsy…jak myślisz wyjadę jutro rano, to czy zdążę do 2pm przed śniegiem? Radzę, aby omijał drogi górzyste, lepiej jechać okrężną drogą, po płaskim terenie, niż ślizgać się bez możliwości hamowania.

Moja córcia pracuje z domu na komp. Ogólnie to ona jeden tydzień w miesiącu pracuje z domu, nie musi stawiać się w biurze.

Krzyku w mediach strasznego narobiono, że śniegu 1-2″, deszcz marznący, że black ice i takie tam informacje pogodowe. Co do czego doszło, to deszcz popadał 2 godziny przy +3ºC. Później wyjrzało słoneczko i wysuszyło ulice i chodniki.

Możliwe, że coś nas jeszcze zaskoczy, jeśli chodzi o pogodę, lecz w następnym tygodniu temperatura będzie sięgać +20ºC.

Nie omieszkałam zrobić kilka zdjęć WIOŚNIE, która zawitała już do mojego ogródeczka.

WIOSNA

wiewiórki wygrzebały cebulkę hiacyntu

WIOSNA

 

Przeczytałam i nie doczytałam…

Bo poruszyło mnie coś…..

Nie zajmuję się polityką, bo wiadomo, każda następna partia rządząca, dorwie się do “rządzenia” i szarogęsienia się …. i będzie tak samo.

Nikt się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził.

My jako naród, bez znaczenia na lokalizaję na tym globie ziemskim, albo się dostosujemy albo padniemy.

Jednostka ma wiele do stracenia zaczynając od braku mleka dla niemowlaka do własnego lub życia najbliższej osoby.

Jestem prawie na bieżąco z wiadomościami z kraju w którym mieszkam oraz w którym się urodziłam. Raz się zgadzam, innym razem nie, z ustawami zarządzeniami i nakazami zatwierdzanymi przez ustawodawcę.

Zgadzam się – jestem zadowolona, że idzie coś tam w wielkim świecie, powiedzmy, po mojej myśli. Z tym, że … wcale nie musi się z tymi ustawami zgadzać mój sąsiad lub ktoś z rodziny.

Nie zgadzam się – mogę być sfrustrowana, ale widzę wokół mnie zadowolonych. To oznaczałoby, że coś poszło po ich myśli. Nie złapię transparentu w dłonie i nie będę wykrzykiwać nienawistnych haseł, bo z rana muszę iść do pracy, to pierwsze. Drugie, patrząc na hasła osób z innego, powiedzmy, zgrupowania, mogłoby dojść do rękoczynów. Chociaż jestem przeciwna, wszelkiemu mordobiciu. Brzydko mówiąc.

A więc, nie zajmuję polityką, a dyskutuję tylko w gronie mi znanym.

Mogę podyskutować o ptaszkach, kwiatach, literaturze itp. wyłączając politykę. Nie jestem wszechwiedzącą matroną, ale dobrym i cierpliwym słuchaczem, na pewno.

Mój świat to jest moja rodzina. Dzieci ( siostra przedwczoraj powiedziała … jesteś szalona na punkcie swoich dzieci, i wszystko co dla nich robisz, robisz dobrze…miło był to usłyszeć), MM którego kocham i szanuję. Rodzice, obecnie moje uczucia są zachwiane, ale kocham swoją mamusię, martwiąc się bardzo o jej zdrowie psychiczne. Siostry, jak to w rodzeństwie bywa, ale mogą na mnie liczyć.

Kolejność członków rodziny jest przypadkowa i proszę niczego się nie doszukiwać. Miłość i szacunek nie musi ze sobą walczyć, tak jak nikt z rodziny, nie musi walczyć o moje uczucie.

Moim światem jest praca w ogrodzie, sadzenie kwiatów, pielenie, podlewanie. Uwielbiam prace fizyczne i nie straszne jest dla mnie zrobienie pustaka żużlowego, zmurowanie ściany – z otynkowaniem miałabym problem.

Mój świat to rodzina i namacalne życie codzienne, jakim jest pieczenie bułeczek, chleba….itp, właśnie, dziś na zamówienie będę gotować grochówkę😁🍵🍵🍵

Moim światem jest mój dom, w którym tak wiele się dzieje, że nie muszę sięgać do polityki aby sobie czas nią wypełniać.

Może wydać się to przyziemnym, lecz wolę żyć i stąpać po ziemi, niż latać w obłokach i spaść z nich na ziemię dotkliwie się tłucząc, w najlepszym przypadku.

Można też powiedzieć, mam już swoje lata. Zaczynałam od malarza klubu wiejskiego a skończyłam na wykładowcy akademickim. Z nie jednego pieca chleb jadłam i nie jeden piec rozpalałam.

Tak jak wielu z nas zastanawiam się…jakie losy czekają naszą kulę ziemską… Mnie tu już zapewne nie będzie, kiedy wprowadzą latające taxi. Ale taka jest kolejność … rodzimy się, żeby umrzeć….

Dzięki rodzicom, zobaczyłam ten uroczy świat i poczułam co to jest życie.

Politykę zostawiam za sobą, ona nie jest moim motorem, na każdy następny mój dzień.

Córka swojej matki, matka swojej córki

MM pracował przed komputerami, ja poniewieram się po domku. Aby nie marnować dnia, jak to zrobiłam z dniem wczorajszym, postanowiłam zrobić porządek w mojej biżuterii lub z moją biżuterią.

Nałożę, położę, zaplączę itp.

Zawsze przed wyjściem nakładam to co jest pod ręką, a to znaczy, to co ostatnio.

Nie lubię nosić na co dzień biżuterii. Łańcuszki nawet te najdłuższe mnie duszą, pierścionki i obrączki przeszkadzają. W bransoletach czuję się jak w kajdanach. Od święta, oczywiście, lubię błyskotki aby zabłysnąć. 😁

Złoto amerykańskie, nie jest złotem. Pozłacany metal. Nie czyszczony zczarnieje, zzielenieje. Podobnie ze srebrem. To nie jest żadną tajemnicą dla amerykanów.

Mam ruskie obrączki, kilka pierścionków, parę kolczyków, jakiś wisiorek, medalik syna. Żaden to majątek, raczej złomowy majątek.

Układając moje precious, odkryłam, że nie ma mojej ślubnej białej torebki w której trzymałam “kosztowności”.

Zaczęłam zastanawiać się kiedy ostatni raz widziałam torebkę, a nie była w jakiś szczególny sposób chowana. Leżała w szufladzie, nie było potrzeby chować pod podłogę, zakopywać pod drzewem, murować w ścianie, zatapiać w spłuczce, wynajmować skrytkę w banku.

Nie było potrzeby, ale teraz nie ma mojego ubogiego majątku. Obrączki fajne dla syna lub córki lub na przetop. Medalika szkoda. Pierścionek jeszcze z mojej młodości z rubinem, szkoda, ale na żaden palec mi nie wchodził.

Ostatni raz było przed świętami, kiedy obracałam w palcach medalik syna.

Na święta była młodsza córka MM. Dwa lata temu “pożyczyła” sobie kartę mojej córki, z której skorzystała. Nie zrobiła olbrzymich zakupów ale około 100$. MM uważał, że nic się nie stało, pomyłka. Dla mnie i moich dzieci to była kradzież. Odbyła się rozmowa telefoniczna pomiędzy MMCM a MM. Ogólnie rozeszło się po kościach.

W ubiegłym roku było OK.

Te święta 2018?

Czyżby ona, znów?

Uspokajałam siebie.

Nie złapałam za rękę, nie mogę oskarżać. Ale jest takie coś jak, proces poszlakowy. Nikt nikogo za rękę nie złapał, ale skazali.

No i ja już miałam w swoich myślach MMCM skazać, ale zapaliła się czerwona lampka … robisz tak jak twoja matka!!! Oskarżała ciebie, starszą, młodszą i zięcia, obrusy się znalazły. Teraz znów zginęły. 😁😁Te obrusy stoją mi już kością i ością w gardle.

Zaczęłam poszukiwanie w closet https://goo.gl/images/jmkNSx .

Wszystkie pudła z obuwiem, torby, torebki, półki przewaliłam.

Myślałam … no nie ma i już nie ma nadziei, no cóż, powiedzieć nikomu nie mogę, nawet dzieciom, po pierwsze żadne kosztowności i nie ma żadnego złodzieja. Ukradła to znaczy pożyczyła, ale amerykanie nie rozumieją co to jest ruskie złoto. Gdzie by to sprzedała? I co? butelkę wina by sobie kupiła? I znów młodszą MM w myślach oskarżałam, mimo że za rękę nie złapałam.

Była u nas tydzień i czas miała. Takie oto myśli kłębiły się w mojej głowie.

Wtedy właśnie, wzrok padł na stojącą walizkę. Wiedziałam, że w niej najważniejsze dokumenty i w razie pożaru, wybić szybę i wyrzucić przez okno na piętrze.

Otworzyłam walizkę, nic szczególnego, segregatory i teczki na rzepy.

Podniosłam segregator a tam !!!! Biała ślubna torebeczka.

Nie wolno nikogo oskarżać jeśli nie mamy 200%pewności.

Po oskarżeniach mojej matki czułam się źle, jeszcze gorzej jak nie mogłam jej udowodnić, że nie wzięłam.

Ja chciałam “skazać” MMCM tylko dlatego, że 2 lata temu popełniła “pożyczkę”.

Chciałam “skazać” ale szukałam dalej, dając jej tym szansę.

Moja mama nie szuka i nie sprawdza, mówi….wiem, że nie ma i sprawdzać nie muszę..

animacja pochodzi z www.gfycat.com

Nienawiść niszczy, miłość buduje i scala….

Większość wczorajszego dnia spędziłam w łóżku. W czwartek w pracy byłam już po 6am chciałam wykonać pracę za piątek i tym sposobem mieć wolny dzień.

Piąteczek, wolny dzień, powinnam pospać dłużej, ale nie udało się, niestety.

Pomyślałam o mamusi. Jak ona się czuje, co robi? Przecież nie jest tak, że jej nie lubię. Kocham ją. Więc, zadzwoniłam. Mamusia takimi błyskawicami nienawiści strzelała, że mogłaby spalić całą kulę ziemską. Do mnie i starszej siostry żadnych pretensji, to w kierunku do swego zięcia i najmłodszej cóki.

Tak odwdzięcza się za lata opieki. Nie tylko nie wytrzymałam ale i się przestraszyłam. Rozłączyłam się po 20 minutach.

Mamusia z każdą z córek rozmowy przeprowadza w inny sposób: starsza – to starsza obsmarowuje wszystkich nie szczędząc swoich dzieci, a moja mamusia, słucha i przytakuje: ze mną – obgaduje starszą i młodszą córkę, przy tym nie ukrywa nienawiści:

z młodszą córką – warczy jak pies, strzela oczami z nienawiści ale milczy, nikogo nie obgaduje.

Więc, powiedziałam, że może do mnie zadzwonić jak będzie miała ochotę na normalną rozmowę i się najnormalniej w świecie rozłczyłam.

Ciśnienie krwi podskoczyło bardzo wysoko. Głowa bolała niemiłosiernie. Na takie przypadki mam przypisane przez lekarza specjalne tabletki.

Po przyjęciu tabletek, ciśnienie znikomo opadło, ale nie byłam zdolna do wykonywania żadnych czynności oprócz leżenia w łóżku.

Nie mogłam pozbyć się z pamięci usłyszanych słów, słów wypowiedzianych przez mamusię z niewyobażalną nienawiścia w kierunku do szwagra. Człowieka który całe swoje życie jakie spędził w domu obok, traktował moją matkę z największym szacunkiem i miłością.

Ta matki nienawiść, przestraszyła mnie bardzo, że zapaliłam świeczkę przy zdjęciu TATUSIA( one palą się prawie przez te niespełna 10 lat), prosząc aby swoją żonę, miał w swojej opiece. Tylko … mój TATUŚ ma w niebie nareszcie spokój i nie chce zapewne patrzeć na nasze kłopoty jakie funduje swoim dzieciom jego żona.

Dziś jestem w lepszym humorze i ciśnienie krwi wróciło do normy. W dalszym ciągu odczuwam strach przed nienawiścią matki do szwagra i młodszej siostry.

Mężuś mój w domu i mam do kogo się przytulić. Usiąść na jego kolanach i wyszeptać …I love you…

Ugryźć za uszko i uciec szybciuko do pieczenia bułeczek.

buleczka z dżemem

Spokojnie jak na wojnie…

Na prawdę spokojnie. Do mamusi nie dzwonie i ona do mnie nie dzwoni. Po powrocie z pracy zajrzałam do laptopa – skype- historia. ( mamusi profilu bo ja jej założyłam na swoim ipadzie, który jej zostawiłam). Starsza do mamusi dzwoni lub odwrotnie. Mają podobne charakterki to i niech się kumplują.

Skypa z iphona wykasowałam i nie jestem teraz dostępna 24h.

Mamusia do mnie ( jak wynika z historii połączeń) wczoraj i dzisiaj nie dzwoniła. Ufff i bardzo dobrze.

Chcę ciszy i spokoju.

Wcześniej czy później będę o sytuacji poinformowana. Lepiej później.

Deszcz rozpadał się w godzinach popołudniowych a ja przed 8pm wskoczyłam do łóżeczka pod kocyk elektryczny i dodatkowo dwie kołderki. Ogrzewanie w domu mam nastawione na 24C.

Zauważyłam: przy spadku wagi ciała jest mi bardzo zimno. 8kg już mi ubyło, jeszcze ze dwa.

W poniedziałek zrobiłam blok tak PRLowski. Słodziutki, smaczniutki, więc przez kilka dni będę się nim zajadać, więc waga nie spadnie.

W marcu lecimy na wakacje. Wchodzę już w swoje bikini z przed 17 lat. Wchodzę…. 2kg mniej i będę laseczka😁.

MM wróci dopiero w piątek🙁🙁🙁🙁

Historii nie zmienisz, ale możesz mieć piękny jutrzejszy dzień, jeśli się tylko postarasz😁😁😁

Dzisiaj mamy święto. Mogę wylegiwać się w łóżku. MM pojechał do pracy, ktoś musi zarabiać, aby ktoś mógł leniuchować. No nie tak do końca. Jutro i ja do pracy.

Postanowiłam, że w tym tygodniu nie będę dzwonić do mamusi. Postanowienie, postanowieniem. Nie zdążyłam wypić porannej kawy, a tu nagle skype dzwoni.

Mamusia!

Oczywiście, że odebrałam.

Zanim wczorajszej nocy usnęłam. Analizowałam opis zdarzeń mamusi, młodszej siostry, siostrzenicy i szwagra.

Siostra i szwagier mają prawo być zmęczeni opieką i rozpieszczaniem mamusi.

Kotlecik nie za bardzo przypieczony?, a wątróbka jak smakuje? mama uważa na ości w tej rybie….herbatkę ci zrobię inną jak tej nie lubisz itp.

Szwagier na przemian z siostrą usługiwali.

Mówiłam ….za dużo się starasz. Co kilka godzin wykonywała telefon do mamy, czy aby wszystko dobrze, czy nie potrzebuje pomocy. Zwalniała się z pracy, woziła do lekarza, a jak mamusi źle się czuła zostawała w domu biorąc wolny dzień.

Siostra inaczej nie potrafi taka jest i jej nie zmienię, swojej matki też nie zmienię.

Zaistniały jakieś nieporozumiena, pomówienia i plotki. Każdy zasypywał mnie tymi nieciekawymi wiadomościami.

Mamusia płakała, że nikt jej nie wierzy.

Siostra ze szwagrem, że matka niewdzięczna i wymyśla, plącze, plotkuje. Udaje chorą jednym słowem symulantka. ( z tym udawaniem to jest trochę a może więcej niż trochę, prawdy)

Znów coś zginęło a coś się odnalazło.

Usnęłam.

Senne majaki męczyły całą noc.

Po obudzeniu….

A jeśli? A jeśli 0,00000000000001% jest tak jak mamusia mówi? Co ja bym zrobiła gdyby nikt mi nie uwierzył? Może przekręciła zdarzenie, a jeśli nie? Nikogo w domu nie było tylko ona i szwagier. A szwagier? Szwagier … jak może mama tak mówić!!!….powiedział

No właśnie, dlaczego nie zaprzeczył? A siostra? Opowiada jakby mnie chciała skłócić z mamusią. A mamusia opowiada jakby chciała mnie skłócić z siostrą. A może to tylko jest moje wrażenie? Nikt nikogo z nikim nie chce skłócić. A może to są jedynie frustracje z ciągłego bycia razem, mamusi z siostrą i jej rodziną? Czasami człowiek tak ma, że chce pogadać i wcale nie uprzejmie.

Odebrałam skypa.

Popłakałyśmy razem. Kazałam mamie przestać narzekać, i nie warczeć jak pies na siostrę. Siostra stara się jak potrafi a to nie jest łatwe ….opieka nad starszą osobą. Chociaż raz podziękować za darmowy i podany obiad. Może mamusia się nie zgadzać z wieloma sprawami ale wyjścia nie ma. Jeśli każą nałożyć nową bieliznę na wizytę do lekarza to nałożyć i nie dyskutować.

Słów powiedzianych już nikt nie cofnie i bólu jakie one dokonały niczym nie złagodzisz. Nie należy do tego wracać bo będzie jeszcze gorzej.

…to co? To mam milczeć!!?

TAK!!! Masz milczeć. Tatuś zawsze mówił mądry zawsze ustąpi, głupi nie ustąpi bo jest głupi.

Jesteś stara i powinnaś być mądrzejsza.

Z mamusią spędziłam prawie cały mój wolny dzień.(skype)

Uspokoiła się. Wiele rzeczy zrozumiała (tak myślę).

Nie dam ręki uciąć, że nie przekręciła pewnych zdarzeń.

Możliwe, że szwagier rozmawiając na skype (obraz był wyłączony) z moją starszą siostrą, a włściwie ją ochrzaniał (i miał za co) mamusia mogła odebrać te słowa jako skierowane do niej.

W tej walce wszyscy są pokonani. Niestety.

Ale…. to już historia.

___________

Przy rozstaniu siostra jak i mamusia były w dobrych nastrojach.

Trudno jest pomagać, radzić i rozwiązywać problemy przy użyciu SKYPA.