Pomoc

Piękny poranek, zjedliśmy śniadanie na decku. Yard wygląda tak jakby zawsze był w takim stanie. Może i lepiej, nie warto pamiętać jak było. Pogoda na prawdę dopisuje, nie jest z rana dzisiaj gorąco, ale mam włączony wiatrak.
Bardzo jestem zmęczona, MM powyjmował i następne naczynia powkładał do zmywarki. Pozmywał też ręcznie. To dla mnie wielka pomoc. Pomimo, że na yardzie pomógł w mikrospokpijnym stopniu ale…. pomomógł bardzo, bardzo dużo.

Party

Na początku muszę powiedzieć, Sandry nie będzie😪😪😪. Przykro i smutno, pozwoliłam jej zadecydować, przyjść, czy też nie. To ona źle się czuje, ja jedynie mogę podejrzewać jak źle. Chciała wprawdzie wpaść na godzinkę, ale… samo szykowanie, upiększanie, wsiadanie do taryfy itd, sprawiłoby jej wiele niepotrzebnych cierpień. Planowała wyjazd do Hiszpanii, cieszyła się na ten wyjazd, teraz ta podróż może się odwlec w czasie lub nigdy nie nastąpić.  Mam nadzieję, że jeszcze będzie dane mi ją spotkać, po moim powrocie z Polski. Mam nadzieję.

Yard skończony, w jednym miejscu muszę dróżkę dokończyć, tam trzeba przyciąć krawężnik, zrobię to we wtorek. 

2:26pm

Nareszcie przysiadłam. Jak dobrze i miło usiąść na decku a back yard skończony. Nic mnie już nie godni do roboty. Aż westchnęłam. Paluszek zgnieciony jest spuchnięty, czerwony a wyrastający paznokieć jest bialusieńki.  Co tam paluszek, zrobiłam ponad 30 pyz ziemniaczanych z mięsem. Mięso daję zawsze surowe. Zajęlo mi to 3,5godziny wraz z gotowaniem. Ciasta ziemniaczanego na jedną pyzę dawałam 150-160g, mięska nie za dużo i nie za mało😁. Pierwsza pyza na sprobowanie, gotowała się samotnie 15 min. Troszkę za krótko, w smaku wspaniałe. Pozostałe gotowałam w dwóch garach po 20minut. Wielki kawał mięsa grylluje się,  to zajęcie należy do MM. Zapach z grilla zawiewa w moją stronę, oj smaczniutko pachnie, 

Goście już wyszli. Było bardzo ale to bardzo miło. Najpierw siedzieliśmy na decku. Jedzenia pod dostatkiem. Na torty i kawę przenieśliśmy się do domku. Każdy mógł siedzieć gdzie chciał. Nie było konkretnego siedzenia przy stole. 

Nadmiar jedzenia dałam dzieciom. 

Gości oprowadzałam po mojej dróżce. Było WOW, podziwianie, uznanie, zrozumienie.  

Jestem zadowolona. Jutro niedzielka, śpię, jem, odpoczywam do oporu. 

Aligator

Jestem niespotykanie, poddenerwowana. Wkurza mnie ogrom prac do wykonania i nie cieszy mnie widok wykonanej pracy. Wiem, że jestem zmęczona, bardzo zmęczona, w mikroskopijnym stopniu mogę liczyć na MM. Pracuje i konferencja za konferencją. 

Bolą palce, ręce i głowa. Potrzebuję odpoczynku a nie snu. ODPOCZYNKU. 

Nie wszystko dokończę i brzydko mówiąc, pies to drapał. Kogo obchodzić będzie mój yard. W domu trzeba odkurzyć. Warzywa na saładki pokroić, psy do mycia zawieźć, zakupy last minute zrobić, już nie wiem co więcej. 

Ostatni raz robię party w domu. Nigdy więcej. Knajpa, gdzie podadzą, dogodzą, naczynia wymienią. Co mnie podkusiło? Że yard zrobiony? A tak naprawdę to będzie kilka WOW i to wszystko. 

Córcia wpadła po pocztę. Już na początku września będzie miała przysięgę. Niestety będę w Polsce. Chciała zobaczyć dokument z obywatelstwa swego brata. Wiedziałam, że poukładałam, a segregatora nie ma. Zapadł się pod ziemię. Zaczęłam przeglądać swoje dokumenty. Też nie ma. Córcia uspakaja, że przecież nikt nie zabrał czy ukradł. Po moim wielgachnym zdenerwowaniu, znalazły się, był na miejscu i całkowitym porządku, organizacji. 

Teraz leże ubrudzona na kanapie, odpoczywam. Jeszcze godzinkę no może więcej i będzie skończone. 

MM pomogł mi z korą. Ponosił worki i z jednej strony yardu rozsypał. Pomógł pozbierać narzędzia. Mimo że jego pomoc to mniej niż minimum, a jednak baaardzo dużo. “Kołysałabym się” z tym chyba do północy. 

Nie mieliśmy pomysły na kolację. Pojechaliśmy do restauracji innej niż zawsze. Aligator na przystawkę, mięsko leciutkie i pyszniutkie. Na główne danie pstrąg z krewetkami i szpinakiem. Również pychotka, do tego dwa drinki i słodki deserek. Brzuszek pełniutki, czas na błogie spanko. 

Nieskończoność 

Spałam do 6:23, super. Wiem, że wczoraj byłam bardzo zmęczona. Dziś po pracy mam mniej roboty ze ścieżką. Muszę zajechać do sklepu po zakupy warzyw na sałatki. Córcia, Ivan i Sandra jedzą minimalne ilości mięsa. Tak, Sandra potwierdziła swoją obecność w sobotę. Cieszę się, że będzie. 

Co oznacza pocałunek, taniec i wielka radość we śnie, z osobą która dawno temu zmarła?

Myślałam, że nie wyjdę dziś na yard. Zmęczona pracą, upał, każdego dnia po pracy haruję jak kilka wołów. Podczas rozmowy z MM stanowczo stwierdziłam, odpoczywam. 

Marzenie, to było marzenie. Nie wiem kiedy, na prawdę nie wiem kiedy wyszłam na ten żar i zaczęłam harować. Rizsypywałam i układałam kamienie duże, średnie i małe pod płotem i krzakami. Spieszyłam się aby skończyć zanim MM przyjedzie. Dziś ma wziąć taxi a ja lampkę wina, takie były ustalenia. Wszystko się zgadza, kampka wina już jest, ale jestem niemożebnie zmęczona. Oczywiście, że się przyznam do harówki. MM będzie niezadowolony. 

Odpocznę w Polsce. Będę spała całymi dniami, czytała, odwiedzała mamusię i jadła w knajpach. To mój cały plan na Polskę. Nie mam ochoty (jak na razie) z kimkolwiek się spotykać. Nie mam ochoty odpowiadać na pytania, jak mi tutaj się żyje itp. 

Myć okien nie będę, ogrodu sprzątać też nie będę, zmienię pościel i pościeram kurze ale w sypialni, kuchni i pokoju który będę używać, reszta niech sobie bedzie zakurzona. Nie wiem kiedy wrócę. 

Wszystko i wszyscy przez ten czas się zmienili. Łąki za naszymi domami już niema. Dobrze że mój dom jest przy następnej ulicy a nie przyległej do łaki, będą coś budować. Kiedyś moja ulica była ruchliwa, przez łąkę przechodzili i przejeżdzali mieszkańcy z dalszej dzielnicy.  Kiedy pobudowali arterię i postawili pprzy tamtej dzielnicy ogrodzenia dźwiękoszczelne, skończyła się “wędrówka ludów”. Nie ma łaki i drzw na które moje dzieci się wspinały. Syn budował domek na drzewie z kolegami a córcia zmiażdżyła palec. 

Wszyscy postarzeli, niektórzy poumierali trochę za wcześnie, młodsi powyjeżdżali i prawdę mówiąc nawet nie ma komu dzień dobry powiedzieć. 

Życie jest nieskończone, mając swój koniec. 

Finito nr 1

Wystarczyło aby wstać 2 razy pod rząd o 5am, w trzeci poranek, mimo że nie musiałam, przebudziłam się tuż po 5am. 

Słońce wstaje, promyki prześwitują przez drzewa i liście. Podobno będzie piękny dzień. Tak, tak, jadę dziś do pracy. Po pracy do roboty na yard. 

Na razie takie jest moje życie. Praca i robota. Co zresztą może samotna-nie samotna kobieta robić? 

Książki czytać? Czytam jak mam ochotę – jesienią i zimą. 

Dziergać na drutach i szydełkiem? Czasami to robię (nie jest to moje najulubieńsze zajęcie), jesienią i zimą. 

Łażenie po sklepach? I to robię lecz z wielkiego musu. 

Wpatrywanie się w ekran – czasami jak jestem już śmiertelnie zmęczona. 

Pieczenie, gotowanie? – okresówka. Obecnie, nie ma dla kogo. 

Sprzątanie? – sprzątam w zasadzie na bieżąco. 

Zostaje moja robota na yardzie. Lubię konkretne zajęcia, wyzwania ale nie tak jak to, “długodystansowe”. 

Powrót po pracy do domu. 

Na razie odpoczywam na kanapie. Nie mam ochoty na roboty na yardzie. No nie mam ochoty. Straszne gorąco, zapowiadali deszcz, nie pada, niestety. Miałabym wymówkę, lało i nie wyszłam na zewnątrz. 

No nie leje. 😪😪😪😪😪Szkoda. 

Ostatecznie wyszłam na ten upał 35 C, ustawiłam wiatrak i podobnie jak wczorajszego popłudnia, się rozkręciłam. Skończyłam! Skończyłam ścieżkę z prawej strony!. Została ścieżka przy moich schodkach jedynie do ukończenia. Jutro będzie FINITO!!!!!!

Oczywiście zrobię zdjęcia i się pochwalę.

A dziś, jestem zmęczona i pomimo młodej godziny 8:30pm idę do łóżeczka.

Nie jestem pracoholikiem

Dwa dni pod rząd musiałam wstać o 5am. Po powrocie z pracy poczułam się zmęczona. Brak chęci do pracy fizycznej. Żeby nie szczekanie psów, nie ruszyłabym się z kanapy. Przypomniałam, że zostawiłam otwarty garaż, a w bagażniku roślinki szt 12, tzw, zielone pokrycie. Spodobały mi się listeczki i dziwaczne ich kolory. 

Pieski szczekały bo pan od komarów zajechał. Zobaczył otwarty garaż i chciał oprysk zrobić dzisiaj, nie chciałam dzisiaj, wg planu chcę, w piątek rano. 

No i trochę się rozruszałam.

Mam na back yardzie z prawej strony, wnękę ogrodową. Przechowuję tam materiały budowlane, ogrodowe, taczkę, wózki, ziemię w workach. Czasami robi się tam ogromny bałagan. Dziś postanowiłam to wszystko doprowadzić do jakiegoś porządku. Tak się wciągnęłam, że nie zauważyłam, że muszę wytrzeszczać oczy żeby cokolwiek dojrzeć. 😁😁😁Nastała szarówka a ja wciąż pracowałam. 

Teraz jestem diabelsko zmęczona. 

A jutro znów do pracy. Mogę jechać jutro na 8am. To już lepiej niż dzisiaj. 

Zmęczona ale zadowolona

Dzień zaczął się niespodzianką. W pracy miałabym być wcześnie bo o 6:30am. Szybciutko zapakowałam kanapkę, kawę i do samochodu. Poniewierałam się w łóżku za długo, więc później wszystko w biegu. Wyjeżdżam samochodem, światła we wnątrz samochodu nie gasną. Zjeżdżam w dół do ulicy i wracam. Światła palą się, co mnie zaniepokoiło. Do pracy pojechać nie mogę, jeśli samochód zostawię z włączonymi światłami, po 7 godzinach akumurator może być do wymiany. A wogóle to jest jak w loterii, mogę samochodu wogóle nie uruchomić. Zamiast do pracy, pojechałam na stację obsługi, wcześniej wysłałam semesa do pracy, że dziś mnie nie będzie, jutro zrobię to co dziś miałam do wykonania. Na stacji obsługi byłam 20 minut przed 7Am. Do otwarcia było jeszcze 20 minut ale pracownik, otworzył drzwi i mnie przyjął. Po nie spełna godzinie otrzymałam samochód naprawiony.

Kierunek dom. Teraz śniadanko, przebrać się i na “pole”. Nie planowane zajęcia, trudno się zmobilizować. Miało być inaczej a jest tak, jak jest. Materiały budowlane i ogrodowe oraz kwiatki, zakupione, leżą obok garażu, tylko pracować.
W bluzce której obcięłam krótkie rękawki, teraz na całości powycinałam dziurki, mniejsze, większe bezkształtne i ogrąglutkie. Mam przewiew.
Udało się wykopać dołek prawie na środeczku części zasłoniętej korą, nie jest głęboki ale szeroki. Posadziłam hibiskusa, jeżówkę białą (echinacea pallida)wsadziłam nie w odpowiednim miejscu bo…nie wiedziałam że rośnie wysoko. Przesadzę w następnym roku. Drobniutkim i niziutkim chryzantemom znalazłam miejsce na rabatce, zaczynają kwitnąć. Z kwiatami prace zakończone, czas na patio.
Mówiąc prawdę, się nie chce.
Za długo ta robota mi się ciągnie. Nikt nie dokończy oprócz mnie i jak trzeba robić to trzeba,  nie ma zmiłuj się.

Nie tak dawno zerknęłam na godzinę, była 1:46pm, nie wiem jak zleciało, wiem że za szybko bo 3:47pm

Patio jest prawie zrobione. Zmęczona jestem pracą, gorącem i poganianiem siebie. 

Chcę już skończyć, usiąść i po prostu nic, zupełnie nic nie robić. W takim stanie będę gotowa, do wymyślenia następnego projektu. Ale jeszcze nie koniec roboty, za kilka dni. Prawdę mówiąc, nie muszę wymyślać, mam kilka projektów w głowie. MM jest pełen strachu😁. 

Hura, hura, hura….!!!!!!!! Skończyłam patio, skończyłam!!!!!!wymeczyłam się bardziej psychicznie niż fizycznie. Teraz z drugiej strony rozgałęzienie ścieżki dokończyć, około 4 m. Będzie łatwiej, teren równy i ścieżka jest w linij prostej, żadnych załamań i okrągłości. Położyłam już płyty, tak żeby zobaczyć jak to bedzie wyglądać. Kilka godzin mi zejdzie, ale to już końcówka. Później dokończyć ścieżkę poniżej moich schodków. Dokończyć, tzn. Muszę przyciąć krawężnik ale….muszę wskoczyć do sklepu po odpowiedni krążek do cięcia płyt kamiennych, ten który używałam jest tępy i już nie mogę nic, dosłownie nic przyciąć. Przy okazji kupię do cięcia drewienek, przyda się. Kto wie może pobuduję altankę. Zobaczymy.

Cieszę się jak mały dzidziuś z nowej zabawki, UKOŃCZYŁAM patio!!!!‼️‼️‼️‼️‼️‼️Nareszcie z głowy!!!!‼️‼️‼️‼️‼️❗️❗️❗️

Najgorzej, że jutro do pracy😪😪😪😪😪

Uśpienie, eutanazja

Meteorytów nie dojrzałam. Nie to miejsce i nie ten czas. W internecie piękne zdjęcia ludzie zamieszczają, u mnie żadnej spadającej gwiazy nie było. 

Zajrzałam na znajome blogi i ….uwierzyć nie mogłam jaki hejt zapełnił komentarze pod postem o uśpieniu pieska. 

Urodziłam się i wychowałam w mieście wojewódzkim. Na naszym podwórzu zawsze chodził piesek, kurki, indyczki w budynku gospodarczym była jedna świnka (pierwsza i ostatnia). Każde zwierzę miało swoje obowiązki. Pies strzec domostwa, kura znosić jajka, indyczka i świnka, rosnąć i się tuczyć. Zmiana przepisów wraz z innymi uwarunkowaniami, zmusiła do pozostawienia tylko pieska. Było ich w moim życiu kilka. Ostatni piesek przeżył około 20 lat. Oślepł, zęby powypadały, już o własnych siłach nie poruszał się,  lekarzy weterynarzy było jak na lekarstwo. Zajmowali się jedynie wiejskimi zwierzętami a najwięcej inseminacją. Psy miejskie cierpiały i zdychały w cierpnieniu. Blogerka zamieściła post, chce uśpić starego psa z którym ma ogromny problem (pies stary, chory, organizm nie kontroluje żadnego wydalania) mąż chory potrzebuje opieki, a ona też stara i nie ma chęci do życia. Wszystko ją przytłacza, brak radości i tak jak napisała … ma wszystkiego dość….Nawet pogoda deszczowa ją drażni, drażni robienie przetworów, drażni wszystko. 

Moim zdaniem ma, jak to się kiedyś mówiło, wielkiego doła, dziś mówi się depresję. Jak zwał, tak zwał, jest jej ciężko. Posypał się hejt i życzenia aby i blogerkę uśpiono itp. Jeszcze nikt nie opisał i nie pokazał swoich uczuć tak, aby były odebrane w sposób jaki czujemy. Każdy z nas odczuwa inaczej ból zęba, głowy, brzucha, utraty bliskiej osoby itp, każdy z nas odczuwa inaczej radość, nienawiść, złość itp. Inaczej rozumiemy słowo … rozumiem… bo teraz słowo rozumiem zastąpiono słowem empatia. 

Jeśli nie da rady opiekować się starym, chorym, cierpiącym, nie rokującym na wyzdrowienie pieskiem, weterynarz zadecyduje, podobno jest pod jego fachową opieką. 

Nie można powiedzieć, jeśli psa usypia to i męża może również. Jeśli ona obłożnie zachoruje, pies im szklanki wody nie poda bo sam potrzebuje opieki. Nie możemy porównywać zwierząt do człowieka. Zwierzę jest całkowicie zdane na ludzi, bez nich albo wymrze, albo zdziczeje. 

Najbardziej zaskakujące dla mnie jest to, że komentującymi są anonimowe osoby. Jeśli bronimy wspólnego dobra, imienia lub stajemy w obronie innych nie mogących się bronić, nie zakładamy maski a wprost przeciwnie pokazujemy swoją twarz.

Komentatorzy założyli maski. 

Zarzucają jej zgorzknienie, zajadłość, brak człowieczaństwa, pokazując w swoich komentarzach, właśnie swoje negatywne cechy. Żadna osoba nie probuje dyskutować, atakują a w tych atakach aż kapie od nienawiść do blogerki.

Jestem za uśpieniem psa, jeśli …. kwalifikuje się do uśpienia. 

Jestem za eutanazją, jeśli cierpienie jest  nie do zniesiena i medycyna nie jest w stanie pomóc choremu. Pod warunkiem, jeśli chory sam zgłosi chęć odejścia. 

Nie ludzkie? 

Skazywać cierpiącego na cierpienie, w imię cierpienia jest nieludzkie. Każdy człowiek odpowiada za swoje życie, pozwólmy każdemu z nas decydować o sobie. 

Życie nam dano – lecz nie na wieczność. 

Sobotnie popłudnie

Zakupy materiałów ogrodowych pożarły większość dnia. Pickupem zrobiliśmy trzy rundy do sklepu i z powrotem. 

Od wczoraj boli głowa z lewej strony, dziś z większym nasileniem. Ciśnienie krwi opadło, czuję się zmęczona, chora, smutna, nie mam chęci na prace na zewnątrz. Właściwie to łóżko ma na mnie ogromne właściwości przyciągające. 

Jeśli nie zapomnę to spojrzę wieczorem  w niebo, może ujrzę deszcz meteorytów,  a może z mojego miejsca na świecie nie będzie to wydażenie widoczne. 

Po przjęciu tabletek od bólu głowy, troszkę było lepiej. 

Odwiedziła nas Stefania (starsza córka MM)  było bardzo miło spędzić czas w jej towarzystwie. Nie miałam ochoty rozstawać się, ale co miłe i przyjemne, szybko się kończy, czas w mgnieniu oka umyka. Podarowałam jej wisiorek z zegarkiem w kształciem sowy. Nigdy tego zegareczka nie zawiesiłam na szyji, jej się spodobał, nie widziałam przeszkód do obdarowania i zrobienia jej przyjemności, bo dlaczego nie? 

Jak wspominałam, czas urlopowy, wyjeżdża na FL.

Zadzwoniłam do Roze, zaprosiłam na mini party. Na każde Bożenarodzenie jest u nas, niech będzie i teraz. Niech nie siedzi sama w domu. Miło ją będzie zobaczyć. 

Jestem już zmęczona, czas na sen. 

Okrojone party

Bez większych emocji wyszłam z łóżka. Wizyta u lekarza, rozbiła mój dzień. Z rana troszkę popracuję,  po południu już chyba nic nie zrobię – tak myślałam. Leniwie zeszłam na dół, nakarmiłam pieski, zadzwoniłam do lekarza upewnić się co do godziny wizyty, gdzieś mi się zapodział bilecik z terminem wizyty. 

Termin wizyty jest za tydzień!! 

Ucieszona pojechałam do sklepu po zakupy pieczywa na śniadanie. Nie piekę, nie mam czasu, umorsana nie będę doglądać ciasta i w butach nie będę chodzić po mieszkaniu. Zanim usiadłam do śniadanka, jeszcze raz zadzwoniłam do przychodni, przełożyłam wizytę na 25-go. Przecież 19go mamy party i nie mogę sobie pozwolić na lekarza w  przed dzień uroczystości. Wizyta kekarska zajmuje mi prawie pół dnia – daleko i korki. 

Przełożyłam i się cieszę. Za chwilę wychodzę na yard, pogoda – słoneczko raz świeci innym razem chowa się za chmurami, po południu zapowiadają opady deszczu. Jak ja nie lubię w deszcz pracować‼️ wszystko ze mnie zcieka. Można mnie wykręcić jak stary mokry ręcznik.  No cóż, party przełożyć się nie da, a nawet i dobrze, wreszcie skończę mój back yard. Szkoda, że nie mogę ułożyć trawy, na skałach nie urośnie, byłoby zieloniutko. A tak, układam tkaninę na to siatkę i korę. Nie jest źle, ale ja lubię kolor zielony. 

Sadzę wciąż małpią trawę gdzie mogę wykopać jakiś dołek. Małpia jak to małpia, leżała na słońcu na betonie około miesiąca, nie zdechła. Może między skałami uda się jej ukorzenić. 

Zrobiłam krótką przerwę. Ubranie wrzuciłam do pralki, zmieniłam na suche i czyste. Uciążliwe jest ciągłe zmienianie, nie lubię klejącego się do ciała.

Mam 4-5 godzin bez deszczu, później ma padać, choć już sie zachmurzyło i kropi. 

Znów króciutka przerwa, tym razem na piwko, zanim pojadę po MM to procenty wyparują. 

Patrzę na back yard i oczy się cieszą. Nareszcie jakiś wygląd, jeszcze nie ostateczny, ale widać jakieś uporządkowanie, ład, organizację. 

Ciekawa jestem co MM powie🙏🏻. Do tej pory był pozytywnie nastawiony do mojego projektu, po 5 dniach nabrało wszystko “rumieńców” za sprawą czerwonej kory.🙃

Sprawdziłam cenę brązowej kory i resztę przysypię brązem. Tańsza a i inny kolor potrzebny. 

Po piwku zrobiło się przyjemniutko i leciutko więc wracam do robotki. MM wzosi się w chmurki mam około 3 godzinek na prace. 

Układam płyty na patio, jest łatwiej, nie przemieszczam się i mogę uruchomić wiatrak. Przycinarka omal mi się nie przepaliła, muszę czasami przyciąć a szczególnie przy zakończeniach gdzie kładę metalową blokadę, którą też trzeba przyciąć. 

MM pochwalił, jest zachwycony i zdziwiony ogromem pracy jaką wykonałam. Kora brązowa jest tańsza ale i gorsza, stwierdził. Jutro zobaczymy w sklepie. 

Jestem już zmęczona i na dziś będę prace “polowe” kończyć. 

No i czego się dowiedziałam? Trzy pary które miały przybyć na party, z różnych powodów nie będą mogły przybyć. Złapałam za telefon, zadzwoniłam do Ellen i Sandry. Nie odebrały. Ellen oddzwoniła po kilku minutach. Nie przyjdzie jest w swoim nowym domu w SC, muszą dopilnować wymiany dachu. Rozumiem. Sandra nie odzwoniła, może źle się czuje, rozumiem. Starsza córka MM wyjeżdża na FL. 

Niezawodne są moje dzieci. 

Będę kończyć back yard w takim tempie, jakim zaplanowałam. W tym temacie nic się nie zmieniło. 

A że mi przykro, tego już nic nie zmieni. 

Sen to zdrowie, a praca wzbogaca😁😁😁💵💵💵💵

Pracowałam w mrzawkę, deszcz, słoneczko.  Po południu około 3 pm rozpadało się na dobre, skryłam się w domku, po prysznicu wskoczyłam do łóżeczka. No i usnęłam, zmęczona i wymoczona. 

Nie miałam ochoty wracać na swoje “pole”. Słoneczko wabiło przez szparki między żaluzjami a oknem, że znów przebrałam się  w robocze ciuchy. Leniwie zaczynałam swoje niedokończone wciąż projekty. Zaczęłam od wykopywania małpiej trawy. Rozrosła się bardzo, nie nadawała już uroku. Powolutku wciągnęłam się do roboty, skończyłam po 8pm. Ciemno się zrobiło, praca przy lampie to żadna praca. 

Prawie 2 godzinne spanie w ciągu dnia, dodało energii do pracy lecz źle działa na sen  w nocy. 

Nie mogę usnąć. 

Nadzieja na pogodne jutro

Pogoda tragiczna, mrzawka i wilgotność nie pozwala na długie przebywanie na zewnątrz. Wczorajszy piękny zachód słońca, wróżył piękny następny dzień. Nie sprawdziło się. Dzisiejszy dzień był bardziej mokry, buro-ponury, od wczorajszego. Prace skończyłam wcześniej bo po 4pm. 

Wilgotność jest wielkim utrudnieniem. Zmieniałam branie robocze i rękawice, kilka razy. Ostatecznie się poddałam. 

 Mam nadzieję na ładniejsze jutro. To tylko nadzieja, która nigdy nie daje pewności. 

Deszczowo, wilgotno

Zastanawiam się, co na siebie nałożyć do pracy w deszczową pogodę. Dróżkę sobie daruję, pojedyńcze zielsko wyrwać trzeba i nasypać kory. Czy muszę w deszcz pracować? Odpowiedź prosta, TAK. Na ten i następny tydzień zapowiadają opady, nie mam wyboru.

Dziś córcia zdaje egzamin na obywatelstwo, wczoraj wpadła po rozliczenia podatkowe z ostatnich 5-ciu lat. Teraz jest w urzędzie. Na przysięgę będzie czekać kilka miesięcy, dokumenty muszą być odesłane do sądu, córcia zmienia nazwisko.

Kapuśniaczek, już zmieniałam 2 razy ubranie, moknę a jeśli nie, to się pocę,  wigotność ogromna.

W tej chwili wyjrzało słońce, komary też, oby jutro tak było, nie mówię o komarach.  Niestety, złe prognozy. Dziś będę tak długo pracować, aż z sił opadnę lub zmrok zapadnie.

No muszę dokończyć back yard, w takim stanie nie ma żadnego wyglądu.

Wieczorkiem słoneczko zachodziło na czerwono, wyglądało jakby ziemia sie paliła. Wróży to pięknej pogodzie na jutro. Oby wróżby się sprawdziły.

Czasu nie zatrzymasz

Dni mi uciekają. 19-tego zbliża się nie uchronnie, a ja jeszcze daleko, no może nie daleko ukończenia mojej dróżki, ale dodatkowych prac przybywa. Nie patrząc na niedzielę, wykonywałam ciche prace na zewnątrz. Nie lubię używać chemii do zielska jakie pojedyńczo wyłazi z przykrytej  korą ziemi. Wyrywałam. Zabezpieczyłam skarpę przed osuwaniem się specjalnym nateriałem ogrodniczym. Na to położę ceniutką siatkę plastikową, która zatrzyma korę przed osuwaniem się, nie powiem że lekka praca, mozolna. 

Wokół maszyn chłodzących rozłożyłam również korę na tym materiale, chroni przed zielskiem.  Nie wszędzie kładę ten materiał, kosztowny, niestety.

Do domku wróciłam nie tylko spocona, również zmoczona. Deszcz się na dobre rozpadał. 

Już na yard nie wróciłam, mimo że przestało padać. 

Jutro do pracy, muszę być w formie. 

Urodzinki ciąg dalszy

Dziś urodzinki MM. 🍰🎂🥂🍾🍒💐💐💐🌺🌹🌷🌸

Mężusia odebrałam z Marty (metra), zmęczony biedaczek, ileż to można siedzieć przed monitorem. Gdybym tego nie robiła to może i bym nie rozumiała. Siedzisz sobie przed monitorem i tylko klikasz w klawisze. Nie przewracasz ziemi szpadlem, nie kopiesz kilofem, nie nosisz cegieł, pustaków i jakie to zmęczenie siedząc na tyłku. No tak, wystarczy wsiąść do samolotu, samochodu, pociągu na 10 godzin i nic nie robiąc oprócz przekładania nogi na nogę, wysiada się po tym czasie, wymiętym, przepuszczonym przez maszynkę do mięsa, przez wałki magla, wyciśniętym jak cytryna w sokowirówce. Nie podejmowaliśmy decyzji w czasie naszej podróży innej niż, co skonsumować, przeczytać lub pójście do toalety. 

Zajechaliśmy do sklepu, zakup podstawowych produktów spożywczych i torcika. Odśpiewałam mężusiowi … happy birthday… ładnie mi to wychodzi (kiedyś śpiewałam w churze) MM zadowolony.

Torcik smaczniutki i nie słodki jak to w ameryce bywa. 

Planowaliśmy wyjście do restauracji, odpuściłam, MM zmęczony. 

Milusio spędziliśmy wieczôr w domku. 

Nie zawsze potrzeba wiekich fanfarów do szczęścia, trzeba umieć cieszyć się z malutkich rzeczy. 

Dzień moich narodzin

Mimo dnia wolnego musiałam zerwać się skoro świt i zwieźć pojemniki na dół ulicy. Przyjeżdżają wciąż bardzo wcześnie po odbiór śmieci. Wróciłam do łóżeczka i przespałam smacznie do 9am. Zbudziło mnie szczekanie psów i pukanie do drzwi. Oczekiwałam bukietu kwiatów od mężusia. Ładny bukiecik, pocieszyłam się troszeczkę i pobiegłam skryć się w łóżeczku. Nie zdążyłam się przykryć, ponowne szczekanie i pukanie. Otwieram drzwi i następny bukiet kwiatów z balonem. Teraz zajrzałam do dołączonych kartek. Od moich siostrzeńców (córki i syna starszej siostry) i bukiet z balonem od mężusia. 

Jest ciut po południu i życzenia dostałam od: MM, córci, mamusi, starszej siostry, listonoszki, dentystki, znajomej Ellen, Dany z Kanady. Dwie inne znajome złożyły życzenia już w poniedziałek. 

Czekam na więcej. 😁😁😁😁Sandra, siostrzeniec i siostrzenica jeszcze zadzwonili. 

Dziś ciąg dalszy moich bankowych problemów. Zalogowałam się na moje konto kredytowe i co widzę….znów zeszło prawie 2tys$. Wczoraj pracownica banku nie widziała sensu blokowania mego konta. Dzwonię więc i zamiast upiększać się do wyjścia to muszę wyjaśniać, informować, dyskutować. Dobrze że tym razem rozmawiałam tylko z jedną osobą a nie odsyłana od jednej do drugiej, trzeciej, czwartej. Mimo wszystko zajęło to trochę czasu. Ostatecznie podliczyłam transakcje jakie dokonano z mego konta 8, po drugiej stronie linii naliczono 18 których ja jeszcze nie widzę ponieważ są w trakcie płatności. Konto zostało zablokowane, nowe zostanie uruchomione. Ale co się nadenerwowałam ponownie to jest moje. 

Teraz jestem już w restauracji, w oczekiwaniu na dzieci siedzę na zewnątrz popijając Martini Rosso😁. Dziwne…zamawjając winko, kelner aż podskoczył. 

– pamiętam, pamiętam ciebie byłaś rok albo dwa lata temu.

To prawda. Byłam, to były urodziny córci, ale czy dwa lata już minęły? Jak ten czas szybko leci. Muszę zajrzeć do zdjęć bo mi się wydaje jakby byliśmy w tym roku. 

Pogoda wspaniała, wiaterek powiewa i muzyczka Regge.

Dostałam prezent i całe mnustwo kwiatów. Spędziłam milusio czas z moimi dziećmi i jak zawsze mogliśmy swobodnie rozmawiać po polsku. 

Wychodząc zrobiliśmy kilka zdjęć. Przechodząc obok kilku osób z około pięciolatkiem, zauważyłam że robią sobie selfie, zaproponowałam, że mogę zrobić im zdjęcie. Byli bardzo zadowoleni i mężczyzna z szerokim uśmiechem powiedział jednocześnie pytając

– kocham, oh kocham twój akcent, skąd jesteś?

– dziękuję, jestem z Polski

Och i ach na odejście i kilka jeszcze uprzejmości. 

Dzień urodzinowy się skończył a teraz nastała ciemna nocka. 

Jutro następny piękny słoneczny dzień. 

Śmiertelna pułapka

Wybraliśmy się po zajęciach, może przed a może po kolokwium, całą paczką na piwo. Knajpy zapewne już nie ma i ślad po niej dawno zaginął. Szalone czasy. Jak to po jednym czy trzech Żubrach, Jolka otworzyła się i zaoferowała powróżenie z ręki. Oprócz mnie, chętnych nie było. Coś tam mamrotała, ale … wyczytała moją tajemnicę. Nie powiem, byłam wstrząśnięta. Nie zaprzeczyłam i nie potwierdziłam. Na pytanie o śmierci sprecyzowała konkretny wiek, 

– No weź, Jolka co ty, daj więcej, 

Dołożyła mi jeszcze 5 lat, w jaki sposób zejdę z tego świata nie chciała powiedzieć. 

To są moje urodziny z dodanymi 5 latami. Co ma się wydarzyć, nie wiem. 

Czy powinnam się przejmować?

Powiem szczerze. 

Minęło wiele lat a ja pamiętam. 

Od jutra zaczynam rok, w którym powinnam umrzeć. 

Wiem, wiem, straszne. 

W przeddzień urodzin

Śniadanko na decku, pogoda sprzyjająca jeszcze nie gorąco, 22C mogłoby być cały dzień. Zapowiadają 32-34, lecz i tak powietrze jest już inne, jesienne. Takie lubię.  

Czeka mnie praca na patio i dokończenie dróżki. Wpadłam na pomysł. Jak słońce będzie świecić w miejsce gdzie pracuję, przeniosę duży parasol. Ciężki wprawdzie, ale dam radę.

Nie mogę już mieć żadnych przestoi. 

Zrobiłam krótką przerwę w pracy. Spojrzałam na czek leżący na stole, jak zawsze wpłaciłam onlinem do banku, coś mnie tknęło spojrzeć na moje konto kredytowe. Nie używam od jakiegoś czasu, do spłaty została niewielka kwota. Spojrzałam na balans. Takiej kwoty się nie spodziewałam. Prawie 6 tys. Uciekło mi z konta. Poddenerwowana obejrzałam swoje wyciągi z dwóch miesięcy. Czerwiec ok ale lipiec, nie było ok, była tragedia. Ktoś świetnie się bawił w San Francisco. W sumie ponad 5 tysi rozpuścił. Zadzwoniłam do banku, tłumaczyłam i wyjaśniałam, ostatecznie rozpłakałam się, wiedziałam i wiem, że zwrócą caluśką ukradzioną sumę. Ale nie o to chodzi, chodzi o to że złodziejstwa nie popieram w żadnej formie, staram się być całe moje zycie być w porządku i tego oczekuję od innych, a tutaj ktoś upatrzył mnie na swoją ofiarę. Nie łatwe jest wyjaśnianie zaistniałej kradzieży z konta. Odsyłana byłam od jednej do drugiej osoby i każdej trzeba tłumaczyć i podawać swoje dane osobowe. Nie mam i nie chcę mieć karty kredytowej do tego konta, ponieważ, dwa lata temu również zniknęły mi pieniążki, mała kwota. Bank oddał. Teraz sytuacja się powtórzyła, mimo że numer konta został zmieniony. Jednym słowem, ktoś z bankowców mnie upatrzył.

W momencie kiedy byłam na telefonie z bankiem a trwało to ponad 2 godziny, dzwoni córcia. Nie mogę odebrać, więc wysyłam wiadomość że jestem na telefonie itd. Co odpisała?

– miałam wypadek

Niespodziewałam się takiej wiadomości, kiedy ponad 5 tys$ znkinęło z mego konta. Rozmawiając z pracownikiem banku, piszę z córcią. Mężuś nie odbiera telefonu bo ma konferencję a corcia potrzebuje aktualnego ubezpieczenia. Zalogowałam się do ubezpieczela ale z poddenerwowania nie potrafiłam odnależć opcji, print car insurance. Córcia milczy, a kobieta pyta o mój ssn (ostatnie numery). Nic nie wiem, czy cała, pytam czy potrzebuje pomocy, czy mam jechać. Suche literki – nie martw się.

Tak, tak nie martw się, pracownica banku pyta o adres, a ja widzę roztrzaskany samochód. Pracownica pyta o panieńskie nazwisko mojej mamy, a ja widzę córcię z krwawiącą głową. Koszmar.

– help, help – piszę do mężusia i tak z 10 razy.

Odzywa się.

Międzyczasie córcia skontaktowała się z MM. Dlaczego MM był potrzebyn, ponieważ córcia jeździ samochodem mężusia, a tyle razy mówił, żeby przepisać na córcię, ale ona, że nie chce i nie potrzebuje. Przeciesz i tak jeżdżę to po co mam przepisywać – to córci argument. Absrachując, moje dzieci nie są zwolnnikami posiadania cudzej własności, mają to po mamie.

Wypadek – stłuczka się wyjaśniła, moja sprawa z kradzieżą również. W przeciągu 10 dni pieniążki z powrotem wrócą na moje konto beż żadnych dodatkowych obciążeń, tylko – dlaczego tak się dzieje, że całe swoje życie pracuję nie powiem, że lekko. Kiedy pracowałam na 3 etaty, wykładowca, doradca podatkowy i księgowa. Nie potrzebowałam pomocy, a ktoś o tak sięga nie po swoje. Nie ma sprawiedliwości. Nie życzę źle złodziejowi, życzę jedynie jaśniejszego umysłu i zastanowienia się nad upływającym życiem, tylko – co młody człowiek może powiedzieć o upływającym czasie?

Córcia miała stłuczkę z winy innego kierowcy. Dopiero co wyjechała z parkingu, gdzie pracuje, ustawiła się za samochodem przed nią na czerwonym świetle. Młody mężczyzna miał manualną skrzynię biegów i zamiast jechać do przodu jechał do tyłu. Uszkodził zderzak, a że samochodód jest MM córcia dzwoniła z zapytaniem czy wzywać policję i o aktualne ubezpieczenie. W moim stanie to jest normalne, że nikt nie posiada aktualnej więc mandatu nie dostała. Młody mężczyzna który spowodował stłuczkę dostał mandat za jej spowodowanie, również nie miał aktualnego ubezpieczenia.

Córcia po wyjaśnieni przyjecha do mnie, obejrzałam uszkodzenia – można powiedzieć, zderzak do wymiany i to wszystko. Co w środku pod maską nie wiem, nie znam się lub się znać się nie chcę.

Pojechałyśmy z córcią zrobić test emissions i opłacenie taxu za mój i ''córci'' samochód.

Wyszłam na yard z opóźnieniem bo dopiero po 5 pm. Rozwiązanie brzegów schodków przyjęłam MM. Probowałam swoje ale to był niewypał.

MM stwirdził (przez tel) potrzebuję odstresacza, a więc lampkę wina.

Słucham mojej muzyki, druga lampka wina Martini Rosso, a mimo tego chce mi się płakać. Za dużo stresu było dziś.

A PRZECIEŻ JUTO MOJE URODZINY

MOJE URODZINY

URODZINY.

Podobno krzyczałam po urodzeniu prze 4 miesiąca. Byłam zdrowa a wrzeszczałam.

Nie podabał mi się ten świat.

Całe życie byłam zbuntowana, miałam swoją wizję świata. Teraz też inaczej postrzegam ten świat, tylko, tym światem najpierw są moje dzieci, MM a później cała reszta. Czasami jest MM, dzieci i cała reszta.

Chece mi się płakac\ć, to jest mój odstresowacz.

Ogólnie – świat w obecnym czasie jest diabelsko agresywny.

Jak dostować się ?

BYĆ SOBĄ

Pracuję

Przed 2pm byłam już w domu, zajechałam jeszcze po drodze na przegląd samochodu ( zrobienie emissions). Trzeba dokumencik przedstawić do urzędu, że samochodzik nie emituje spalin powyżej ustalonej normy, opłacić podatek, pobrać znaczek na 2018 rok od sierpnia do sierpnia (zgodnie z datą urodzenia) i po kłopocie. Nikogo nie interesuje moje lusterko, ogumienie, silnik, olej, hamulce. Znaczek przyklejam w wyznaczonym miejscu na tablicy rejestracyjnej – przegląd samochodu każdy robi bez ustalonych terminów. Niesprawnym i tak nie pojedzie. Teraz przebieram się w robocze ubranie i do roboty, jutro i pojutrze wolne, mogę nawet i zasnąć na yardzie😁😁😁😁.

Zamiast kończyć dróżkę, dmucham liście, gałązki paprochy z decku, patio schodów z beli drewnianych prowadzących do drugiej bramki od strony podpiwniczenia. Lało prawie cały poprzedni tydzień, więc i jest co robić. Gorąco, rozebrałam się to biustonosza. Kto mnie tu za wysokim płotem zobaczy, sąsiada murzyna nie ma, a i meble ogrodowe przestawiłam w cień we wnękę w murze. Gdyby był musiałby podglądać przez lornetkę. 

W przerwie odpoczywam na ogrodowej kanapie a pieski po jej obu stronach. Muszę dziś dokończyć dmuchanie, a jak pójdzie zobaczymy. 

Dziś rozmawiałam na skype z mamusią. Od tamtej rozmowy, kiedy powiedzialam jej o samobójstwie, nieustającym narzekaniu, mam swoją mamusię normalną taką jak kiedyś. Nie marudzi, nie narzeka, no może troszeczkę ale nie jak bywało, 2 godziny jęczenia, biadolenia. 

Córcia uczy się do egzaminu na obywatelstwo, który odbędzie się na początku następnego tygodnia. Cieszę się, synuś i ja obywatele, została córcia. Siostry córka też ma to za sobą, siostry syn w następnym roku. Moim zdaniem to jest bardzo ważne wydażenie. Podkreślam – moim zdaniem. 

Ile ludzi tyle poglądów na jedną sprawę. 

Słońce wciąż świeci w miejsce gdzie powinnam układać patio i ścieżkę, widocznie tak być musi, jutro z rana zacznę prace budowlane. Dziś sprzątam i dmucham. 

Jestem cała spocona i zakurzona. Nie Przed 2pm byłam już w domu, zajechałam jeszcze po drodze na przegląd samochodu ( zrobienie emissions). Trzeba dokumencik przedstawić do urzędu, że samochodzik nie emituje spalin powyżej ustalonej normy, opłacić podatek, pobrać znaczek na 2018 rok od sierpnia do sierpnia (zgodnie z datą urodzenia) i po kłopocie. Nikogo nie interesuje moje lusterko, ogumienie, silnik, olej, hamulce. Znaczek przyklejam w wyznaczonym miejscu na tablicy rejestracyjnej – przegląd samochodu każdy robi bez ustalonych terminów. Niesprawnym i tak nie pojedzie. 

Teraz przebieram się w robocze ubranie i do roboty, jutro i pojutrze wolne, mogę nawet i zasnąć na yardzie😁😁😁😁.

Zamiast kończyć dróżkę, dmucham liście, gałązki paprochy z decku, patio schodów z beli drewnianych prowadzących do drugiej bramki od strony podpiwniczenia. Lało prawie cały poprzedni tydzień, więc i jest co robić. Gorąco, rozebrałam się to biustonosza. Kto mnie tu za wysokim płotem zobaczy, sąsiada murzyna nie ma, a i meble ogrodowe przestawiłam w cień we wnękę w murze. Gdyby był musiałby podglądać przez lornetkę. 

W przerwie odpoczywam na ogrodowej kanapie a pieski po jej obu stronach. Muszę dziś dokończyć dmuchanie, a jak pójdzie zobaczymy. 

Dziś rozmawiałam na skype z mamusią. Od tamtej rozmowy, kiedy powiedzialam jej o samobójstwie, nieustającym narzekaniu, mam swoją mamusię normalną taką jak kiedyś. Nie marudzi, nie narzeka, no może troszeczkę ale nie jak bywało, 2 godziny jęczenia, biadolenia. 

Córcia uczy się do egzaminu na obywatelstwo, który odbędzie się na początku następnego tygodnia. Cieszę się, synuś i ja obywatele, została córcia. Siostry córka też ma to za sobą, siostry syn w następnym roku. Moim zdaniem to jest bardzo ważne wydażenie. Podkreślam – moim zdaniem. 

Ile ludzi tyle poglądów na jedną sprawę. 

Słońce wciąż świeci w miejsce gdzie powinnam układać patio i ścieżkę, widocznie tak być musi, jutro z rana zacznę prace budowlane. Dziś sprzątam i dmucham. 

Jestem cała spocona i zakurzona. Nie należy się dziwić pracuje przy 30C w cieniu, o 6:14pm
Jeszcze troszkę i zostawię bo nie sposób zrobić całość w 2,5 godziny. 

Mężuś zamówił (online) pizzę, lubię dużo ananasa. Kolacja jak marzenie. Chłopak dostał 5$ napiwka. Zadowolony. 

Mój syn kiedyś (jeszcze w high school) zaczynał od rozwożenia chńskiego jadła. Napiwki były maciutkie ale mimo to opłacało się jemu jeździć. 

Zostawiłam 2 kawałki pizzy na jurtrzejsze śniadanko. 

Zależności

Godzina późna na zegarze, wszyscy kładą się spać …..a ja pracuję. Położyłam wielkieeee kamienie na schodkach. Trzy stopnie i po trzy skały na schodku. Można i dwie. Znów brak pomysłu. Stoję patrzę, patrzę i stoję. Nie wiem co dalej. Schodki wyglądają ciężko i kamiennie. No fakt, z kamienia to i tak wyglądają. Smutny widok. Z prawej strony mam drewniane z bel, widok lekki z lewej ciężki. No cóż, położyłam tylko aby zobaczyć jak to będzie teraz szukać mądrości w głowie jak wykonczyć, aby nikt się nie skaleczł i nie zabił. 

Dróżka z lewej prawie na ukończeniu. Aby ją zakończyć muszę skończyć schodki. 

Zawsze coś, od czegoś jest uzależnione. 

Mam to co lubię, lubię to co mam

Plany na dziś? Praca na yardzie to pierwsze. Drugie praca na yardzie, po …..dziesiąte jak wyżej, praca na yardzie. Z rana jeszcze nie jest gorąco, 26C muszę za chwilę zaczynać, dać możliwość organizmowi powolnego oswajania się z temperaturą. I kiedy dojdzie do 37 bedę ja ryba w wodzie. No prawie. 30 minut ciężkiego równania gruntu i odpoczynek. Nie jest łatwo mimo narzędzi i wiatraka, który miele ciepłe powietrze. 

Frappuccino z lodem dla ochłody i znów do kilofa. Najpierw muszę ziemię zruszyć kilofem a jak natrafię na głaz lub duży kamień, to aż iskry się sypią, a w dłoniach przechodzą prądy. Nie wiem jaką energię wytwarza siła uderzenia w masę i na pewno to jest zależne od napędu tej siły ale, coś tam wytwarzam. Teraz zastanawiam się czy ma to jakieś znaczenie dla świata. Prądu nie wytwarzam, mój yard zmienia się na pewno, nie dzięki tym iskierkom lecz moim mięśniom. 

Co raz częściej odpoczywam. Słońce wyżej, robi się gorąco.

1:15pm 

Nie mam pojęcia jak schodki zrobić, aby ziemia się nie osuwała. Mam specjalny żwir, mam wielkie kamienie ale to na poziom. Co na pion? Na podtrzymanie? Czy wystarczy zabezpieczenie materiałem tekstylnym i metalowym krawężnikiem? Nie wiem. Poszukam na youtube, może mają jakieś sensowne rozwiązanie. 

Youtube nic nie ma co by mnie interesowało, wszystko jest wzmacniane zaprawą cementową. Zrezygnowałam z takich rozwiązań. Wykombinuję coś sama, już mam pomysł, muszę przemyśleć. Jak na razie to burza wygoniła mnie z yardu. Najpierw grzmoty i oczekiwałam deszczu. Czarne chmury krążyły na niebie w oddali. Deszczu nie było, grzmiało blisko i strasznie. 

Pochowałam narzędzia i schowałam się w domu, a że pora jeszcze wczesna, to posprzątałam cały parter. Kurze, odkurzanie, w kuchni szafki i blaty. Poprałam też poduchy piesków. Jak zwykle oglądałam “House”. Odcinki powtarzane, mi nie przeszkadza. 

Zawsze powraca się do tego co się lubi. Lody się nigdy nie przejedzą, jedynie trzeba je jubić. 

Praca za dolarki

Musiałam sprawdzić w internecie, kto to taki, Karolina Wydra, kiedy u Hausa przeleciało to nazwisko na ekranie. Znalazłam, amerykańsko-polska aktorka, wcześniej nie spotkałam się z tym nazwiskiem. Może jestem za stara, ona za młoda.  Tylko pytanie dlaczego polskie aktorki, w amerykańskich filmach grają bezmuzgowe emigrantki z tragicznym akcentem jak Wydra lub dziwki jak Miko. Przykro oglądać, no cóż z czegoś trzeba żyć a w Holl…nie łatwo się wybić. Nie tylko one, polska góralka też probowała, nie z tym co ma plecy i została pamiątka na całe życie. Nie znam szczegółów i nie chcę.

Fakty same mówią za siebie. 

——

Wydra dobrze gra mimo akcentu, który całkowicie kaleczy język angielski, że słowo daję ….. nie rozumiem co mówi!!! 

Oglądam dalej, wcześniej oglądałam ten odcinek,  mnie przekonała ale urzędnika imigracyjnego niestety nie, będzie deportowana. 

Dziś jest 7/7/17

Do północy siedziałam przed kompem, kasowałam zdjęcia. Porządek zrobiłam z 1tys. Wykasowałam może i 9tys. Laptop ma się dobrze, zmywarkę włczyłam dopiero po 12am. Odkryłam, że wczoraj zostawiłam włączoną prostownicę do włosów. Wynosząc śmieci w nocy, odkryłam też przepaloną żarówkę w lampie cyk cyk. To lampa zapalająca się w chwili przechodzenia w jej zasięgu. Nie zapaliła się. Zaliczam to wszystko do dnia wczorajszego. 

Godz 12:28 am

Dziś rozpoczął się nowy cudowny dzień. 

Czas na odpoczynek.

11:48am MM już w domku, doleciał bez żadnych niespodzianek. A w domu? Router WiFi się zepsuł!!! Podłącza nowy, musi pracować a tutaj taka niespodzianka. MM poddenerwowany, chowam się w swoim pokoju. 

Z MAC zginęły wszystkie zdjęcia z aplikacji iPhoto. Pustooooo. Możliwe że wykasowałam przez pomyłkę, organizując katalogi ze zdjęciami. 

Następny dzień nieprzyjemności? Byłoby nisprawiedliwe, na jeden dom tyle niedobrego. Chyba zacznę się dzielić. 

Może już koniec tych nieprzyjemności? Dziś miałam wizytę u lekarza od kręgosłupa. Panienka w recepcji chciała mi wcisnąć, że jakoby zmieniłam ubezpieczyciela i dziś nie mogę być przyjęta i inne blabla. MM siedział nie daleko, pytam, wszystko możliwe. Oj się trochę wkurzył, ubezpieczycielna nie zmieniał i nie możliwym jest, aby doktor mnie dziś nie przyjął. Naszym niezadowoleniem zainteresowała się recepcjonistka siedząca obok, pamientająca mnie. Zajrzała do mojej teczki i … już nie było żadnego problemu. 

Lekarz zadowolony i nie zadowolony z moich zdjęć jakie na miejscu wykonano. Dostałam tabletki i dokładny instruktaż ich przyjmowania oraz dalszej mojej fizykoterapii. Terapia jak najbardziej pomogła, pomaga i jest nadzieja na dalsze pomaganie. Bez terapii nie ma funkcjonowania. No cóż jak trzeba to trzeba. Pracować na yardzie mogę lecz….30 minut przed pracą muszę przyjąć tabletkę. Jeśli jakiś problem z kręgosłupem, nogami, biodrami – tabletka nawet 2xdziennie. Jeśli wszystko dobrze, nie trzeba się truć. 

Zajechaliśmy do AT&T po rozwiązanie problemu z MM telefonu, na wczesną kolację, apteki i szybkie zakupy pieczywa na jutro. 

Jutro będzie spokojny dzień. 

Niby nic, a tak wiele. 

Coś mnie dzisiaj od rana “nosi”. Nie zdążyłam z pojemnikami na śmieci, przyjechali po 7am. Już garaż otworzyłam, a oni w dole ulicy tylko śmignęli. Wczoraj nie padało, dosłownie lało, miałam dziś zwieźć. Nie przyjeżdzali jeszcze tak wcześnie, dziś przyjechali. Psy plączą się pod nogami, przecież wiem, głodne, może cieszą się że mnie widzą, a ja na nich z krzykiem. Kawy nie słodzę i nie używam cukru od rozpoczęcia diety. Dziś, posłodziłam, lecz zamiast sięgnąć po cukier, nasypałam soli. Nieświadoma pomyłki, wypiłam łyk. No, nie wiem, dlaczego wsypałam dwie łyżeczki. Bekon wczorajszy, a przecież, przecież wczoraj jadłam, dziś jest za słony. Każdy mój krok musi omijać Zimę. Kładzie się na swoje posłanie jak ja siedzę. No i czego plącze się pod nogami. Wschodzące słońce nie cieszy, zapowiadane są deszcze na dzisiaj. Kwiatki kalii i aksamitki gniją, za dużo wody. Palma w doniczce też mi zdycha.

Na pierwszej autostradzie jak zwykle korek. Wycinają z brzegu autostrady krzewy, drzewa i chaszcze. 5cio pasmówka zapchana. Zjechałam na taki pas, że stoi, normalnie stoi. Nie spieszę się do pracy i tak muszę to zrobić co mam do zrobienia. Ale żeby po 8am, kiedy są wakacje, ludzie nie powracali z długiego weekendu, stać w korku, w głowie się nie mieści. Zrobiłam update skypa i co? Z iphona nigdzie nie mogę się połączyć. Muszę wgrać jakąś starą wersję. Nowa do kitu. Stojąc w korku, zadzwoniłabym do mamusi, niestety nie zadzwonie.

Dzień rozpoczynam niemiłymi zdarzeniami. Niby nic,  a tak wiele.

Jak tak dalej pódzie, to dzień będzie stracony a dopiero 11am.

Pozytywne myślenie? Ależ nie pomogły żadne pozytywy.

Klient nie przyjechał i od godziny nie odpowiada na smsa. Będę musiała załatwić to w poniedziałek, a miałam mieć wolne. Klienci mogą sobie pozwolić zapomnieć, tylko nie ja. Jestem już w domu 12:08pm, boję się cokolwiek robić. Dzisiejszy dzień, pełen nieprzyjemnych niespodzianek. Na dziś chyba wystarczy, tylko do końca dnia daleko.

Nic nie robię. Nie gotuję – poparzę się. Nie kroję – skaleczę się. Nie biegam – połamię się. Leżę na kanapie. Oglądam TV ” How it’ s made”. Większość produkcji jest zautomatyzowana i nie trzeba dziwić się, że bezrobocie. W tej chwili i u mnie panuje, nicnierobienie.


Godz 9:17pm MM zostawił iphona w restauracji. Wyłączony i nie zlokalizuję, niestety. Próba zalogowania się jest 10ciokrotna, później wszystko zostanie wykasowane. W tej chwili tel MM jest wyłączony, jeszcze nie zablokowany, włącza się automatyczna sekretarka. Co chwilę dzwonię i sprawdzam. Smsy nie docierają.  Nie ciekawa sytuacja..MM do restauracji jeździł dwukrotnie, niestety nie odnaleziono.  Wiem jedno MM jest diabelsko przemęczony.

Dzisiejszy dzień jeszcze się nie skończył,  więc nie wiadomo co może nas jeszcze spotkać. WiFi samo się wyłączyło i rozłączyło mnie w trakcie rozmowy na Skype z MM. Aż boję się myśleć, co jeszcze?

MM jutro wraca.

Jutro będzie ……NOWY SZCZĘŚLIWY DZIEŃ….

mam nadzieję

TB

Jakiego bałaganu narobiłam w komp w katalogu “zdjęcia”, tylko ja wiem o tym. Aby nie poginęły gdzieś tam w kosmosie, a miałam taką sytuację. Jeszcze w tamtym czasie było GG komunikatorem. Nie był idealny. Często trzeba było się logować lub też zmieniać numer GG. To był mój łącznik z rodziną. Dzieci siostry przenosiły się do innego miasta i pewnego dnia dostałam wiadomość. …otwórz tu są zdjęcia… nie przeczuwałam nic złego. Pomyślałam, syn siostry pstryknął zdjęcie i przesłał. Otworzyłam, w przeciągu kilku sekund laptop był do wyrzucenia. MM wrócił z pracy, cała we łzach, tłumaczę. Nic nie dało się zrobić, laptopik był zaledwie 3 miesięczny. Przejechałam się też na Dropboxie (płatnym). Wszystkie zdjęcia szlag trafił. Przebolałam. Trudno. Miałam nauczkę, ale żeby robić kopię z kopii i jeszcze kilka razy, bez przesady. 

Siedzę przed kompem i usuwam, kopie i durnowate zdjęcia. Bo przecież cykając, nie zawsze wszystkie nadają się do oglądania. Ostrość słaba, brak lub za dużo oświetlenia, w pośpiechu kadr zły itd. Nic nie kasowałam. Ściągałam z karty pamięci na dysk zewnętrzny a że mam ich wiele, to i kopii dość dużo. Największy dysk to Lacie4TB, tutaj mam prawie, wszystko. Jak zrobię porządek to miejsca wolnego będzie więcej. 

Mozolna praca, jak narazie obejrzałam 555zdjęć. To jest kropla w oceanie. MM daje mi 2-3 lata na zrobienie porządku. Może ma racje, ale, gdybym pracowała nad tym po 8 godzin dziennie, to bym…ale nie poświęcę tyle godzin. Mam inne obowiązki. Początek zrobiony. Co dalej zobaczymy. 

Life is good

Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy, przepaliły mi się; robot ręczny i duży robot kuchenny. Robot ręczny miał prawo, używalam go prawie 13 lat. Duży robot kuchenny służył mi zaledwie 6-7 lat. Nie martwilam się za bardzo, roboty zastąpiłam maszyną do wypieku chleba, blenderem i mikserem. Oczywiście, nie wszystkie czynności można wykonać na tych zastępczych maszynach. Czasami unikalam pieczenia jakiś skomplikowanych ciast. Ostatnio miałam problem z ubiciem kremu do karpatki. Niby blender i mikser jest ale to nie to. MM dojrzał moją mękę, bo nie narzekałam nie miałam na co, moglam powiedzieć i byśmy kupili cały sprzęt jaki mi jest potrzebny. 

MM nie darował, nie słuchał, że na razie nie potrzebuję itd. Zakupy dokonane. Jestem niezmiernie zadowolona. Już nie muszę ubijać kremów ręczną ubijaczką. Od świąt oprócz chleba, kajzerek i ciasta drożdżowego które robiłam w maszynie do pieczenia chleba nie piekłam. Z ta karpatką tak mi wyszło. Ale dobrze, nie muszę kombinować, czym ubić jajka czy śmietankę. 

Życie jest łatwe, jeśli sobie nie utrudniamy.

Party

Miałam dziś bardzo długi, trudny dzień w pracy i dużo gadania. Planowałam być w domu 2-3pm, nie wyszło. Między czasie MM zadzwonił, że nie pójdziemy na żadne przyjęcie. Będę zmęczona itd itp. Kategorycznie zapowiedziałam, że idziemy. 

Tak sobie myślałam, zmęczona to już jestem, a robota w pracy jeszcze nie skończona. Niestety za dużo było rozmów. Wezmę szybki prysznic, wlosy pod lokówkę. 

 Samochodem “leciałam” momentami dochodziło do 130hm/h. Czy tylko ja tak się spieszyłam? Ten przedemną którego się “uczepiłam” leciał ponad 130/h. On śmigał z jednego pasa na drugi, a ja za nim. Dziś korków nie było, ludzie mają długi weekend. Kilka minut pi 5pm wpadłam do domu, prysznic, włosy, strój nic wyjątkowego. Zerknęłam w lustro i byłam gotowa. Oka nie muszę robić. Henna na brwiach i rzęsach się wciąż trzyma. 

Jak wypadłam? Najszczuplejsza i najzgrabniejsza. 😀 Nie wpadam w samouwielbienie. Daleko mi do tego.  

Dieta jednak czyni cuda, jeśli się stosuje. 

Poduszka

Czasami wstaję z bólem kręgów szyjnych. No cóż, mówi się starość nie radość. Ale…przecież młodzi ludzie też mają problemy ze snem. Budzą się “połamani”, starają się wyprostować, nogi, plecy, szyję i inne części swego ciała. Mówi się źle spałem, przewiało, nadciągnąłem, złapał kurcz. Dlaczego to nie tyczy się starszych osób? Ot i nie wiem. Czy staremu musi zawsze coś boleć? Moja mamusia twierdzi, że tak, wszystko się zużywa. Ma rację ale nie do końca. 

Moim zdaniem, nasza DUSZA się nie zużywa, ONA nie ma wieku. Zawsze jest taka sama. Bez względu w jakim jesteśmy wieku, wciąż wydaje się, że bedziemy mieli tyle lat co w danej chwili. Mając 20, 30, 49lat cały czas mamy tyle samo lat, a więc w sumie nie wiemy ile, jedynie kalendarz nas informuje o upływającym czasie. My gdzieś tam … jesteśmy zawieszeni. 

W więc, aby te kręgi szyjne nie dokuczały, kupiłam następną poduszkę do kolekcji. Mówię kolekcji, ponieważ, mam ich wiele z gąbki, bez gąbki, z bąbelków i bez, pierza, sztuczne waty, różne kształty i ….. najlepiej czuję się jak śpie na płasko. Terapeuta zabronił, mam spać na poduszce, nie wiem jak to zrobić, jeśli jeszcze takiej jaka by mi odpowiadała nie wymyślono. Dzisiejszej nocy wyprobuję nową, terapeutyczną, ewentualnie zwrócę do sklepu. 

Leżę na tej “terapii” i nie czuję się najlepiej, wydaje mi się za wysoka. No przemęczę się, przekonując siebie, że jest wygodnie. A wcale tak nie jest.

June 3 9:27pm 

Niestety nie przekonałam się do terapeutycznej poduszki. Na dzisiejszą noc oddałam MMowi. Niech sprawdzi, możliwe, że jemu będzie odpowiadać. Z jednej strony jest chłodzona, on takie lubi i jednak dla mnie jest za wysoka. Wzięłam inną ze swej kolekcji. Zobaczymy. 

Moja córcia

Fajnie jest, MM w domu. Nie jestem sama. Po śniadanku wróciłam do łóżeczka. Pochmurnie, będzie padać, prace na yardzie wstrzymane. Zresztą należy mi się odpoczynek. Dziś jedynie podjedziemy po zakup materiałów budowlanych. Nadchodzący tydzień zapiwiada się również deszczowy ale materiały muszę mieć, szkoda będzie marnować ładnego dnia, jeśli będzie, na zakupy. 

Zakupy zrobione, wyładowane. Czekają na bez deszczowe dni. 

Wczoraj miałam dziwny ból w kręgosłupie, trudno było określić bo przy odkręcaniu w bok bolało na wysokości pleców. Mój cichy och usłyszała córcia. 

Po zdaniu relacji z moich bólów, stwierdziła, że to bardziej wygląda na bóle mięśni niż kręgosłupa. Po tabletce przeciwbólowej troszkę przeszło. 

Dziś…nie mam bólów pleców. I jak nie wierzyć, że każde następne pokolenie jest mądrzejsze. Córcia prawie dwa lata studiowała farmację, uwielbiała chemię, anatomię człowieka. Przerwała, zabrałam ją tutaj. Rozpoczęła studia na farmacji, zmieniła na ekonomię. 

Nie mam problemu z wynikami badań, składem chemicznym lekarstw, zawsze podpowie. 

Karpatka

Po pracy odebrałam Mężusia😀. Cieszę się, będzie całe 3 dni. Nakarmiłam MM czerwonym barszem. Nie trudno jest dogodzić. Musi być coś na prawdę nie zjadliwe. Po posiłku zmęczony położył się na chwilę zdrzemnąć, o 5pm telekonferencja.

Co czynić? Pogoda pod psem, pada, a jak nie pada to mokro i wilgotno. Nie muszę szukać zajęć dla siebie, robię karpatkę. Wszystkie składniki są, więc nie ma problemu. Do ciasta dodałam szczyptę soli oraz dwie łyżeczki brązowego cukru. Robiłam kilka razy wg przepisów lecz ciasto zawsze było takie nijakie. Krem mam Delecta. Nie mam ochoty gotować budyniu. Mam gotowy krem.  Oczywiście, trzeba dodać mleko i masło ale budynie amerykańskie są inne (aby stężeć muszą stać baaaardzo długo i mi nie smakują).

Nie wolno otwierać drzwiczek piekarnika podczas pieczenia. Niestety musiałam ryzykować, opadnięciem górek i pagórków albo spaleniem spodu. Nie włożyłam drugiej zabezpieczającej blachy. Opadło!!! Ten opadnięty placek będzie na spodzie, nie będzie widać. Teraz piecze się drugi placek, drzwiczek piekarnika nie ma potrzeby otwierać, mam nadzieję, że wyjdą Karpaty i się nie zapadną. Mała bieda, zjemy jeśli nawet ”góry” się będą płaskie.

Druga część leciutko opadła, podejrzewam, że proszek do pieczenia był stary. Dodałam jaki miałam. Pomimo, że do kremu dodałam o połowę mniej masła niż na podano na opakowaniu, dla mnie wciąż za dużo. Następnym razem dodam kilka łyżek a nie 200g.

Połowa karpatki zniknęła nie wiadomo kiedy😀😀😀.

Dewotka
 Autor wiersza: ula (skopiowane z internetu)
  
Na złe nastroje, niepogodę
 humor poprawi - nagroda słodka
 wśród kobiet znane, serwowane
 wyborne ciasto, zwane Dewotka.

 Nazwa raczej niecodzienna,
 na pysznym miodowym spodzie -
 konieczna przyprawa korzenna,
 należy przechowywać w chłodzie.

 Krem lekki puszysty, małmazja
 wprost w ustach się rozpływa,
 konsumpcji efekt oczywisty -
 po dewotce kalorii przybywa.

 Odmówić niegrzecznie nie wypada.
 łasuchom poziom cukru wzrasta -
 po słodkim deserze, dobra rada
 szybki spacer i kaloriom basta.
  

Bez okular

Tak jak mówiłam. Ciężki dzień, dziś miałam. Teraz jestem leniuszek kanapowiec. Później przeniosłam się do sypialni. Zmęczona zdrzemnęłam się, pieski w holu, Amber jak zawsze chrapała. Przebudziło mnie szczekanie piesków. Exterminator przyjechał. We wtorek był od komarów, dziś od innych domowych owadów. Komary – opryski miesięczne. Domowe owady – 3 miesięczne. I tak to dziala. Zbliża się termin oprysków i owady, komary, kleszcze i inne obślizgłe włazi i łazi po mieszkaniu, fruwa na zewnątrz. Po opryskach jest spokój. Facet pochodził po mieszkaniu, popryskał, na zewnątrz wokół i blisko domu. Wczoraj wylazły mrówki i z takiej szparki, że trzeba przyglądać się używając szkła powiększającego. Z kontaktu elektrycznego nocą wyłażą maciutkie pajączki. Mam nadzieję, że …. przez jakiś czas ich nie ujrzę.

Okulistyczna klinika – zadzwonili z informacją o zmianie mojej wizyty. No tak, byłam przekonana, że założę nowe okulary, lecz nie dzisiaj. Wizytę mam na 12go lipca. Pozostali lekarze, milczą, chociaż …. dzwonili wczoraj od specjalisty, nie odebrałam, myślę, że po moim drugim telefonie chcieli przyspieszyć mi wizytę. Niestety nie odebrałam telefon, był TAM a ja GDZIEŚ TAM. 

Córcia zajechała do mnie w drodze ze szkoły, miała dziś egzaminy. Nie jest zadowolona, nie była skupiona, zrobiła durną pomyłkę w odpowiedzi. Oczekiwała A a jest wzorowym studentem. Jest nie pocieszona, dostała B. Syn nie ma jeszcze wyników z wczorajszego testu z finansów. 

Córcia zrobiła mi porządek w baryku, odstawiła sobie dwa wina. Oczywiście, że dałam. Przecież tego wszystkiego do śmierci nie wypiję, gdybym nie dokupowała, to co innego. Wzięła barszcz ale zapomniała śmietanę. Miło mi było widzieć córcie w moim domu. Miło, bardzo miło spędziłam z nią czas. Dziś też widziałam syna, zawiozłam jemu barszcz, śmietanę  i kajzerki. 

Teraz…..8:19pm czekam na tel od MM. Jutro wraca. 

Hurrrraaaa‼️‼️‼️‼️‼️‼️‼️MM w domku będzie do 4 lipca. Całe 4 nocki‼️‼️‼️‼️‼️‼️

Buraczki

Wczoraj miałam w pracy lekki dzień, zajechałam po spożywcze zakupy i do domku. Z uwagi na dziwne odczucia w nodze (od kilku dni) nie pracowałam na yardzie. Odpoczywałam. Można sobie zaszkodzić i rekowalenscencja może być dlugga. Zajęłam się umawianiem do lekarzy. Zadzwoniłam do swojej doktorki,  asystentka poinformowała, że choresterol trochę podwyższony i tabletki czekają na mnie w aptece. Reszta wyników jest bardzo dobra. Jestem zdrowa. Następny, był lekarz specjalista od kręgosłupa, zdecydowałam się na wizytę, prawa stopa od jakiegoś czasu mi drętwieje. Zaczęłam ponownie przyjmować tabletki. Nie chcę takiego bólu jaki miałam rok temu. Nieba można było liznąć. Rehabilitację jak najbardziej robię, możliwe nawet wiem, że na pewno, praca przy ścieżce mi szkodzi. Czasami dźwigam kamienne płyty, no trzeba przekręcić, podsunąć, odsunąć, innym bokiem ułożyć itd. Lekarz okulista, zapisana jestem na piątek, wiem że zrobię dwie pary okular a trzecie będą lecznicze słoneczne. U okulisty byłam 3 lata temu, możliwe że teraz mają większy wybór oprawek. Ostatnia lekarka to ginekolog, potrzebuję tabletek zapobiegających ostoporozie i skierowanie na prześwietlenie. Rok temu wszystko było dobrze z tym, że tabletki się skończyły i wizytę u ginekolog, jak 90% kobiet odciągałam. Najdłużej rozmawiałam z asystentką specjalisty od kregosłupa, szukałyśmy okienka na przyjęcie mnie jeszcze w tym tygodniu, żebym nie pracowała to znalazłoby się i w tym tygodniu. Wizytę mam w następny piątek. Nie jest źle, tabletki mam, ćwiczę, nic strasznego nie jest jeszcze odczuwalne, mogę poczekać. Nie potrafię siedzieć i się nudzić, aparat do ręki, statyw i pstrykałam. Mówiąc prawdę to były moje pierwsze zdjęcia robione ptakom. MM przyjedzie, sprawdzi czy ma telekonwenter, taki jaki ja potrzebuję, nie chcę robić jemu bałaganu w sprzęcie fotograficznym. Zdjęcia wrzuciłam do PC Adobe, troszkę rozświetliłam, ciutkę szumów zabrałam. ISO automatycznie leciało mi do 1600, więc i szumów więcej. Pierwsze zdjęcia ptaszków, które są w ciągłym ruchu, może być. Następnym razem zdam się na ręczne ustawienia. 

Wczoraj było spryskiwanie front i back yardu od komarów i muszek. Zrobilam też dobry uczynek, 10$ napiwku, sprawiło zaskoczenie i zadowolenia u młodego mężczyzny. Dzięki niemu jestem wolna od nieprzyjemnych owadów jakimi są komary, które mnie kochają, mogę cieszyć się śniadankiem i kolacją na decku. 
Śniadanko na decku, w oddali burczenie kosiarki i gaworzenie dzieciaczka, świergot ptaków, pochrapywanie Amber. 

Co w planach? Dalszy ciąg prac przy ścieżce. Pogoda wspaniała, nie wolno zmarnować. Tak, tak, pamiętać o kręgosłupie. Żadne pasy mi nie pomogą, to jest opinia specjalisty. Nad dróżką pracuję powoli z wieloma przerwami na wodę, piwko i coś do przegryzienia. Układanie dróżki dochodzi do końca ułożonych metalowych krawężnków. Co dalej? Muszę kupić krawężniki bo brakuje, piasek do poziomowania płyt, malutkie kamyczki, kamyki większe i cement. No z tym cemnetem to nie jestem do końca pewna. Pod płyty ułożyłam ogrodniczy materiał, przepuszczający wodę a nie przepuszczający chwasty. Jeśli kamyczki zacementuję, woda deszczowa zamiast wsiąkać w ziemię, będzie mi spływać jak szalona, a tego nie chcę. Muszę się na poważne zastanowić. Jestem już bardzo bliziutko miejsca na patio. Przedłużę moją dróżkę do wyjścia na back yard z lewej strony. Mam tam duży spadek. Zrobię kilka stopni z wielgachnych kamieni. Do tej pory nie miałam pomysłu, teraz moja dróżka zakończy się półkolem i połączy się z wejściem i wyjściem na back yard z drugiej strony. Będzie ładnie.

Teraz za dużo słońca, więc schowałam się w domku.

Budowanie patia zostanie wstrzymane, muszę dokończyć ścieżki i jeśli zostanie kamiennych płyt, patio będzie, jeśli nie, to posadzę tuję. Czy się przyjmie? Myślę, że tak, słońce jest o zachodzie i jest zasypany niewykorzystany dołek. Pracowałam z rozumem jak to się mówi, odpoczywałam często, piłam bardzo dużo wody. 

Ubrałam się bardzo ładnie, chociaż mogłam jechać, jak robol do apteki nikt i tak by nie zwrócił uwagi. Odebrałam tabletki. Obeszłam swoje “pole’ jeszcze raz. Pocieszyłam oczy.

Zabrałam się za gotowanie barszczu czerwonego. Buraczki córcia kupiła w ubiegłym tygodniu. Najpierw wywar z mięska, zapach …. ludzie chyba takiego zapachu nigdy nie czułam, a może….jestem po prostu głodna. Zdaje mi się, że to drugie. Buraczki potarkowałam w maszynie, szybciej, no że później trochę więcej zmywania, ale jednak łatwiej. Wstawiłam też ciasto na kajzerki do maszyny.

Jednym słowem praca pali się w rękach. 

Ciasto podchodzi w maszynie, buraczki się w garze gotują, siedzę przed tv, delektując się Martini Bianco. Nie mogę się doczytać, coś z firmą Martini się zmieniło, na etykiecie jest oprócz Martini ….Rossi. Bianco smakuje tak samo, nie wiem jak Rosso, nie mam odwagi próbować, po pierwsze butla litrowa, jak nie będzie to co piję od 18 roku mojego życia, to chyba się rozpłaczę. Więc, delektuję się Bianko, delikatnniejsze niż Rosso. Rosso jest bardziej ziołowe, ale takie lubię. Córcia kupiła w swoim sklepie Martini&Rossi Rosso. Inna butelka inny smak. Ja kupiłam Martini Rosso, na dole etykiety jest Martini& Rossi. Właśnie tej butelki nie otwieram. Ktoś powie, jaka jest różnica, a jest. Wypij piwo Żuber i jakieś karmelowe. Piwo jak piwo, % niby te same lecz smak, smak jest inny. Osobiście uwielbiam Żubra. 

Jutro mam bardzo trudny dzień w pracy, a ja muszę jeszcze czekac 40 minut, kajzerki rosną.

Znów ktoś strzela 10:12pm. Nie dobrze. Zresztą, czego się można spodziewać, każdy w domu ma broń. 



Buraczkowy zapach…. co za zapach….mięsko wyjęłam przed wrzuceniem potarkowanych buraczków, smak? Mało powiedzieć smaczne, chociaż prawie nigdy nie póbuję potraw podczas gotowania, dziś uczyniłam. Dosoliłam i dodałam ciutkę pieprzu oraz soli cebulowej. Nie muszę próbować po raz drugi. 

Musi, no musi być bardzo smaczne. 

Kajzerki? Jak zawsze polskie w smaku.

Dzień lenia

Nie mogę siebie nazwać leniem, nigdy nie byłam i trudno nim być, kiedy w głowie 1001 projektów do zakończenia, rozpoczęcia. Dziś mam wolny dzień, wymuszony przez pogodę, dzień nicnierobienia. Cieplutko, nieprzyjemnie wilgotno i mokro, pochmurnie, momentami deszcz pada i nie pada. Między opadami wychodzę, jak rolnik na polu robi obchód, ja wychodzę na dróżkę na back yardzie, oglądam, zastanawiam się, kalkuluję i oczywiście cieszę. Poziom zachowany, woda spływa, nic nie popłynęło wraz z deszczem ( a wczoraj była znów ulewa), widzę oczami wyobraźni kńcowy efekt. 

Przy betonowej ławeczce na małym patio, ustawię ażurowy parawan, odgradzając tym sposobem zieloną i skalistą część ogrodu. Zieleń?  Zostawiłam ivy, niech rośnie, trzeba kontrolować jej rozrost. Ivy pokryło też ogromną naturalną skałę. W tej części ogrodu nie planuję żadnych zmian. Probowałam zmieniać, nie udało się, same skały. Dobrze że ivy rośnie i dwa krzaki. Probowałam zasadzić tuje, nie udało się, korzenie nie znalazły miejsca do rozrostu. Uschły, niestety. To co jest, musi pozostać, jedynie trzeba nadać jakiś kształt. 

Figusa z donicy posadzę na miejsce…. w początkowej fazie była paproć australijska (szlag trafił) później tuja (podzieliła los paproci). Nie musi owocować, niech tylko coś. 3 lata temu wykopałam więcej niż metrowej głębokości dół, więc …. muszę go wykorzystać. Jeśli zdechnie figus, posadzę brzozę, która nie potrzebuje specjalnych warunków glebowych. 

11am wciąż w łóżku a myślami na podwórku. MM śmieje się …. co ja będę robić jak ten projekt skończę ….. a koniec jest bliżej niż dalej. W moim lesie znajdę coś do roboty. Aby zdrowie dopisało. 

Jeśli o zdrowiu, idę na rehabilitację. 

Domki z tektury

Nareszcie przestało padać. Huragan przeszedł bokiem. Tornado zahaczyło o Alabamę. Trochę domów zrównanych z ziemią. 

Po przyjeździe do stanów, dziwiłam się pobudowanym domkom większym, mniejszym, wszystkie drewniane jak na polskiej wsi, a raczej na działce. Chociaż na wsi i na działkach ludzie w Polsce budowali bardzo solidne domy. 

Ameryka ma znikome złoża piasku budowlanego, który jest podstawowym składnikiem w budownictwie. Dla równowagi w przyrodzie, posiada duże zasoby drzewne. Na Florydzie znajdują się mega ogromne połacie ziemi, na której rosną szybkorosnące drzewa, które wykorzystywane są w budownictwie i przemyśle meblowym. 

Apartamentowce do 4 piętra włącznie budowane są z drewnianych szkieletów na pierwszym stropie betonowym,  w następnej fazie budowania, wypełniane materiałami dźwiękoszczelnymi i izolacyjnymi. Od zewnątrz te niższe 2 piętrowe obijane sajdingiem, wyższe tj do 4 piętra, obkładane połówką cegły klinkierowej. Wieżowce budowane są z elementów metalowych, na stropach betonowych. Domy prywatne, obkładane są od zasobności portfela. Zbudowanie domu prywatnego z cegły i na 2-3 stropach betonowych jest bardzo, bardzo kosztowne, nie spotkałam jeszcze takiego domu. Chociaż, oglądając dom obłożony połówką cegły ma się wrażenie, że jest solidny, taki europejski. Nic bardziej mylącego. 

Więc, przy hurakanie takie domki składają się jak domki z tektury. A te domki z tektury mogą kosztować 1-10mln$ i więcej. Mniejsze, w zależności od miasta i dzielnicy 80k-1mln$.

Po takim kataklizmie nie ma możliwości remontu, powtórne budowanie. 

W czasie huraganu, należy chować się w podpiwniczeniu jeśli takie coś występuje w domu, w części betonowej. Ze względu na górzysty teren moja piwnica jest betonowa lecz nie stropy. Można też chować się w wannie, w łazience, która jest w środku mieszkania i której żadna ściana nie jest ścianą zewnętrzną. Miałam już okazję kilkakrotnie chować się w piwnicznej części. Po wyjściu szacuje się straty. U sąsiada 50cio letnie drzewo zwaliło się na dom, dach był do wymiany. Innych strat ani uszczebku na zdrowiu nie było. 

Teraz nie dziwię się, mieszkam w takim domu. Wbijając gwoździa w nieodpowiednim miejscu, trzeba trafić w specjalny kanciak, inaczej gwóźdź schowa się w pustce ściany. W Polsce wbijając gwoździa w ścianę, zginał się i nie ważne było miejsce. Najpierw należało wywiercić dziurkę, włożyć kołek rozporowy,  niejednokroknie “zaklajstrować” bo się ruszał lub wyłaził. 

Nie marznę zimą, nie gotuję się latem. Mam działkę i 30 drzew na niej,  jeśli mam ochotę mogę posadzić i wyciąć drzewa nawet wszystkie bez żadnego pozwolenia. Jedyne co najstraszniejsze? Podczas huraganu drzewo może się zwalić na dom. Latem chronią dach domu od słońca, a lato u mnie jest bardzo długie. 

Dziś jest słonecznie, wiatr i dodatkowo wiatrak wierci powietrze, więc mogę pracować przy ścieżce. Z każdym ułożonym metrem płyt kamiennych jest ładniej. 

Jutro będzie lało, huragan sie przemieszcza. Od następnego tygodnia słonecznie. ☀️☀️☀️☀️☀️😀

Starość

– czy ty myślisz, że umrzesz bo tak Tobie się chce, że tak sobie to wymyśliłaś? Nie denerwuj mnie, bo umierasz od chwili moich urodzin i jeszcze żyjesz i mnie i moje siostry przeżyjesz. Chcesz zwrócić na siebie uwagę, ale żadna z nas nie rzuci swoich obowiązków i nie poświęci swojego życia dla Ciebie. Jesteś stara jak mówisz, nie chcesz żyć, to popełnij samobójstwo, tylko…skutecznie, tak aby nie skrzywdzić jedynie siebie. Nikt Ciebie nie rozumie? Nikomu nie opowiadasz o swoich chorobach? Ależ Ty ciągle o nich mówisz, nawet nie boli to mówisz, że boli. Kto jak nie ja biegłam 2 km do budki telefonicznej, zadzwonić po pogotowie kiedy Ty leżałaś bez znaku życia? Kto stał pod drzwiami pokoju obgryzając paznokcie i był w skrajnym załamaniu, kiedy Ciebie reanimowano? Nie rozumiem mówisz? Nie trzeba opowiadać o chorobach i cierpieniu, kiedy się mieszka w jednym domu i śpi za ścianą. Śpi? Jak zasnąć kiedy matka jęczy z bólu? Kiedy inne matki wychodzą latem na podwórze i ulicę, a moja matka leży chora w domu, szpitalu lub sanatorium. Nie rozumiem mówisz? Kiedy wracam ze szkoły głodna jak pies zimą, na obiady zapisać w szkole nie można było bo matka nie pracująca, w domu nie tylko obiadu nie ma ale po garnkach wiatr gwizdał.  Fajerki zimne bo od wielu dni nikt nie rozpalał pod nimi. Ty mówisz nie rozumiem? Kiedy za oddalającą się Belką, wyskakuje matka z kanapką i krzyczy…Belcia kocham ciebie… za mną nikt nie wyskakiwał i nigdy nikt nie powiedział, że mnie kocha. Nie rozumiem? Więcej rozumiem, niż potrafisz to sama zrozumieć. Twoja choroba była z nami i jest wciąż nie tylko z nami ale i w nas. Nawet jak ciebie nie boli, to mówisz, że boli. Tylko my nie jesteśmy Twoim mężem, my mamy swoje rodziny i swoje życie. 

Chcesz się położyć w łóżku i nie wstawać? Ależ kładź się, tylko nie oczekuj że któraś z nas będzie siedzieć przy Tobie. Złożymy się i zatrudnimy opiekę, niech siedzi, tylko kto wytrzyma z tobą? Powiedz kto? Kto będzie miał tyle współczucia jakie miał TATUŚ? Nie oczekuj od opiekunki współczucia. Dobrze leżeć bez świadomości, nie czujesz, nie słyszysz, nie rozumiesz. Gorzej ze świadomością, dupę będą wycierać za mało delikatnie, przewracać za bardzo agresywnie, karmić rozlewając. A co Ty sobie myślisz, że ktoś Ci serce swoje odda, ktoś obcy? Zacznij myśleć jak zabezpieczyć się, na jutro. Wstać bez bólu, jeśli oczywiście wystąpi. 

– Zawsze jest.

To podjedź do lekarza, starsza córka jest, niech Ciebie zawiezie do lekarza, niech odciąży młodszą, a nie zajęta swoimi sprawami, wciąż tylko ona i ona. Czas tej starej siostrze już dorosnąć. 

– bo wiesz ona powiedziała……

Przestań nadawać na swoją najmłodszą córkę, nie chcę już tego słuchać. Mieszkasz tam i jesteś uzależniona od niej. Ona jest każdego dnia, w każdej minucie Ci pomoże, ja nie przyjadę na każde Twoje zawołanie, starsza też nie. Zresztą starsza, ma to gdzieś, wiedziałaś, że jak przyjedzie to będą tylko plotki i  tak było, zamiast uciszyć to pozwoliłaś, a może i sama dolewałaś oliwy do ognia, więc powstała afera. 

Powiedziałam, przestać gadać źle na swoje córki, niczego dobrego z tego nie będzie.

– chcę umrzeć.

To umieraj, jak chcesz to w końcu to zrób, tylko nikt na zawołanie nie umiera. Może jeszcze przeżyjesz swoje córki, co wtedy? Narzekasz i narzekasz ale co z tego wynika? Zacznij opiekować się sobą, bo nam opiekować się tobą jest trudno. Nie chcesz przyjmować tabletek, to nie przyjmuj ale i nie mów, że coś boli. Idziesz do lekarza, chrzanisz głupoty to ci przypisuje tabletki, teraz mówisz, że ich nie potrzebujesz. Zdecyduj się w końcu. 

– ja wszystkim przeszkadzam. 

No takim postępowaniem, to i przeszkadzasz. 

###########################

Nie, nie będę jak moja mama, nie jestem. Kiedy byłam małą dziewczynką, przyrzekłam sobie, że jeśli będę miała dzieci  ……  będę je przytulać, całować, mówić że je kocham, doradzać i będę najcudowniejszą mamą na świecie, takiej jakiej sama nie miałam.  MAM NADZIEJĘ ŻE JESTEM 😀😀😀

 Widziałam niedociągnięcia i pomyłki mojej mamy, może robię inne ale ….. wiem, że nie chcę być taka jak moja mama w tej chwili. 

NIE WOLNO, NIE WOLNIE i jeszcze raz NIE WOLNO!!!!!!!!!!!

Plotkować przy dziecku na drugie dziecko!!!!

Złe zdarzenia swoich dzieci zachować tylko i wyłącznie dla siebie.
STAROŚĆ NIE JEST FAJNA, ALE TRZEBA W TEJ STAROŚCI ZACHOWAĆ TWARZ. 

Weekend

Niewiele pracowałam w sobotkę. Zakupy materiałów budowlanych pochłonęły 4h. Tak się tylko wydaje, że skoczymy do sklepu, kupimy, wrócimy. Obejrzeć, zdecydować, opłacić,  załadować, przywieźć, wyładować i czas ucieka. Po południu się rozpadało, nie zmartwiłam się, trzeba też poodpoczywać.
Zastanawiałam się w którym miejscu i jak zakończyć dróżkę. Nie może być ot tak, koniec … Planowałam zrobić niewielkie patio z kamienną ławeczką. Zastanawiam się.

Dziś odpoczywam, poprzedniej niedzieli pracowałam, tydzień był baaardzoooo długi. 

Dziś również obchodzimy Dzień Ojca. MM planował na wczoraj zrobić grilla, odradziłam. Za bardzo zmęczony pracą, aby jeszcze stać przy grilu. Dziś cały dzień pracował, do wyjazdu. 

Nie wspominałam o kołach od taczki. Nie poroznosił mi worków z korą i płyt kamiennych. Mam nadzieję dam sobie radę, tym bardziej, że ten tydzień pracuję. 

Roboczo

MM powinien tutaj być wczoraj, wraca dzisiaj. Niby rozumiem jego pracę, ale wczorajszego wieczoru z tego faktu, że będzie w domu dzień później, nie byłam zadowolona. Za dużo samotnych poranków, dni, wieczorów. Martwię się, ciężko pracuje, nie ma chęci na jakąkolwiek gimnastykę. Rozumiem, tylko może mieć problemy z sercem. Siedząca i stresująca praca po 12 godzin dziennie, może doprowadzić do choroby. 

MM obiecywał, że mi jutro pomoże przy korze. Dziś deszczyk siąpi i bardzo dobrze. Przymusowy odpoczynek. Potrzebny i wskazany. 

Jednak wyszłam na podwórze 24C i przy częściowym zachmurzeniu nie jest gorąco. Po południu będzie 26C. Wietrzyk o zapachu oceanu chłodzi, można pracować i odpoczywać. 

Dywanik z decku mokry, rozwiesiłam na balustradzie. 

Do południa oprócz kawy nic nie miałam w ustach. Układałam chodnik, kiedy żołądek przypomniał się o siebie. Wczorajszy kurczak  i resztki z obiadu szybciutko podgrzałam szybciutko w mikrofali. Szkoda tak pięknej pogody, no i układanie idzie mi dość sprytnie.

MM nie odpowiedział na porannego smsa, dochodzi pora obiadowa, może zadzwoni. Widzę go, jest w biurze. Wczorajszego wieczoru rozmawialiśmy, jeszcze jak długo pracuje nie miał tak upierdliwego, trudnego, problematycznego klienta (przedsiębiorstwa-fabryki). Pracował prawie na całym świecie i nie zdołał przypomnieć, aby było tak źle. Miał wysłać emaila do rekrutora aby zaczął poszukiwać coś normalnego, może być dalej od domu, może być na miejscu ale normalnie. 

A co ja na to? MM pracować musi, w domu zwariuje. Nie lubi “prac polowych” i nie będzie się tym zajmować. Komputer i fotografia, to są jego zajęcia, praca, hobby. Wiem, że potrzebuje przynajmniej tygodniowego odpoczynku. 

MM zadzwonił, napisał, jestem spokojna. Wiem, że MM będzie jeszcze kilka tygodni ciężko pracować przed komputerem, moim zadaniem natomiast, będzie…odrywać od pracy. Napimpować koła w tacze, poroznosić korę po yardzie, pozanosić abym nie musiała sama ciągać i dźwigać płyty kamienne, podjechać do sklepu po małe kamyczki i żwirek, chyba wystarczy na jutro prac fizycznych. MM nie lubi ale…. będzie musiał.

4pm słońce już nie chowa się za chmurami☀️☀️☀️☀️28C. Gorąco, pracuję w cieniu, często chowam się w domku. 

Zanim MMa odebrałam, posprzątałam narzędzia, prysznic i… zaraz był w domku. Na kolację pojechaliśmy Buffalo Wild Wings. Zozmawialiśmy o MM i mojej pracy, naszych urodzinach, moim wyjeździe do Polski. Niby termin wyjazdu daleki, ale się bardzo szybko zbliża. 

Jutro MM mi pomoże!!!! Jestem zadowolona.

Nie jestem już sama!!!!!

Arbuz był winien

Wstałam bardzo wcześnie, w pracy musiałam być 6:30 am. Jazda płynna i bez korków. To mi się podoba ale wczesne wstawanie już mniej się podoba. W drodze powrotnej zrobiłam zakupy. 

Teraz zdycham, objadłam się!!! Objadłam się arbuzem!!! Ledwo dyszę. Wiedziałam, no wiedziałam, że trudno będzie przestać jeść. Był słodziutki i soczysty. 

Jedyne słodkości jakie teraz jem to są owoce. Nie używam cukru. Więc jak dopadłam do arbuza to soczek po brodzie kapał. 

No nie, całego w siebie nie wcisnęłam. 

Odpoczywam, trudno mi się ruszać. 

Bardzo często oglądam program 600lb. Ostatnio pokazywali młodego faceta 1003lb. Około 4 lat nie siedzial i nie był na zewnątrz. Grubas jadł, jadł i jadł. Aby się nie denerwował matka jego, donosiła jedzenie, jeśli brakowało zamawiał online lub telefonicznie. Spożywając posiłek niejednokrotnie mam przed oczami uczestników programu 600lb. 

Do 600lb brakuje mi baaardzzzo dużo, lecz chwila zapomnienia i można wpaść w spiralę niekończącego się głodu. Każdego z nas może to samo spotkać, wystarczy wyłączyć kontrolkę nie można, włączyć – można, chcę. 

Przecież zeżarłam dwa wielgachne plastry arbuza. Moja kontrolka się zepsuła, migała ale się nie włączyła. 

Kochanego ciałka nigdy za wiele. Wiekszość osób 600lb nienawidzi swego ciała. 

Więc, prawda jak zwykle leży po środku. 

Wczesnym rankiem 

Obudził mnie alarm z iphona, zadzwonił pierwszy raz, później drugi. Wiedziałam, że czas wstawać, zaraz przywiozą korę. MM zadzwonił chwilę później…jadą, zaraz będą, nie wychodź naga🤣😂zażartował…

Wyładowali, pojechali. Po 7am śmieciary zaczęły hałasować. Pierwsza zabiera recycling, druga ogólne. 

Śniadanko na decku i podziwianie, wschodu słońca. Będzie gorąco. 

W inernecie … w Londynie pożar. Wieżowiec palił się jakby zbudowany był z tektury – dziwne. Nie ważne jakiej narodowości ludzie w apartamentowcu mieszkali, ogromna tragedia. 

Wczoraj poprawiłam ścieżkę. Nie podobało mi się ułożenie kilku płyt. Prawie od nowa musiałam ułożyć, teraz jest ładnie. Dziś ciąg dalszy ścieżki. Nie rozumiem tylko dlaczego pośladki bolą od tej pracy. 

Dochodzi 8am, czas nałożyć ciuchy robocze i …do roboty. Moja mama powiedziała….ty tylko pracujesz i pracujesz… Pracuję zanim mogę, mam projekt do wykonania, trzeba zakończyć. Siedzieć i nic nie robić będę jak, nie będę mogła pracować. Takie dni miałam rok temu. 
Jestem na rozwidleniu ścieżki, mam trudności z układaniem płyt. Później będzie łatwiej. Płyty woziłam wózkiem, wzięłam taczkę, ale jedno koło w taczce trzeba napompować. Nie potrafię obsługiwać sprężarki i nie chcę się uczyć. Mam obawy, że mogę wylecieć w powietrze. Muszę dać jakoś radę do piątku. MM napompuje. 

Kolana podrapane, nogi poobijane, paznokcie mimo że w rękawicach pozdzierane, piasek w ustach, nosie, oczach, butach, rękawicach, włosach. Zęby trzeszczą, najgorzej jak trafi się mikroskopijny kamyczek między zęby, nie da się tego uczucia opisać, bo że skrzypi to mało. Pot ciurkiem cieknie, wycieram się ręcznikiem a w nim worek piasku. A mówiłam, że jak wyjdę na prostą to będzie łatwiej. Moja prosta to jest kręcona wstążka. 

Przed 5pm schowałam się w domu. Mogłabym pracować, ale było niebezpiecznie gorąco. Chorób mi nie trzeba. Nie mogę powielać błędów mojego Tatusia. Był bardzo uparty, pracował ponad swoje siły, mimo gorąca i wieku.

           Jeśli chcę być zdrowa, muszę pracować z rozsądkiem. 

Odkurzacz słabiutko ciągnie, w całym domu piasku jak w piaskownicy. Trzeba pojechać po filter i kupić coś na kolację. Lodówka świeci pustkami. 

Kupiłam filtr i worki do odkurzacza, zajechałam też na obiado-kolację. Nie będę nic gotować i przyrządzać sobie, nie mam chęci. Słońce już skryło się za chmurami, wyszłam na zewnątrz ze swoim zamówieniem. Zjadłam zupkę, porcja maleńka ale już sałatkę zabrałam ze sobą. Oczami to bym zjadła, żołądek pełny. W domku zjem, popijając winkiem. 

Piękna pogoda, że nie chce się wsiadać do nagrzanego samochodu. Szkoda tylko, że siedzę tak samotnie. 

8pm błyskało, grzmiało i lało. Wszystkie urządzenia elektryczne jakie można było wyłączyć, wyłączyłam. Latarkę postawiłam obok i dziwne, nie niepokoiłam się grzmotami w przeciwieństwie do piesków. Stały jak na baczność, spoglądały w stronę drzwi, okien, na mnie. Siedziałam spokojnie popijając czerwone winko. 

Dróżka zdała egzamin!!!!! Nic nie popłynęło, nie rozpłynęło. Wzniesienie na karmnik również, wciąż na tym samym miejscu. 

Czas na odpoczynek. Jutro jadę do pracy. 

Nie trafione prognozy

Silny wiatr wygonił mnie z ogrodu. Nie chcę dostać spadającą gałęzią w głowę. Gdybym upadła i straciła przytomność, to nie odzyskawszy, leżałabym do wieczora. Może MMa coś by tknęło i zadzwonił do dzieci, jeśli nic by nie tknęło, leżałabym do jutra. Może by ktoś mnie uratował i odratował, jeśli nie to byłabym nawet dobrą kolacją dla oposa, wiewiórek, robaczków, muszek i skunksa

Szybciutko pozbierałam narzędzia i skryłam się w domku. Czekałam na zapowiadany deszcz, ulewę, wichurę, powódź, urwanie się chmury, błyskawice i grzmoty. Słoneczko się skryło za chmurami, nałożyłam dwie pary okular na nos aby ujrzeć zapowiadane krople deszczu. Może okulary za słabe, a ja całkiem ślepa, bo ni jak kropli deszczu nie dojrzałam. Pociemniało, drzewa przestały się kołysać, deszczu wciąż brak.

Nie chciało się mi wychodzić do prac polowych, po wziętym prysznicu. Czysta i pachnąca zostałam w mieszkaniu, co chwilę zerkając przez okno, może już pada, może teraz, może już.

Małpia trawa potrzebuje wody z nieba, moja skarpa egzaminu deszczowego.

Czekam.