zabieganie….

Od soboty jestem w pędzie. Nic innego nie robię, tylko biegam po urzędach. Wykluczając niedzielę, która poświęciłam na (powiedzmy) odpoczynek. Wiele dokumentów zostało złożonych do róznych urzędów, a inne są w przygotowaniu. Oczywiście, że do mamusi zaglądam i pilnuję przyjmowania leku.

Poznałam już spychologię i ogromną niechęć w przychodniach lekarskich, jutro ponownie nie dam się odsunąć od okienka w rejestracji, ostatecznie zażądam widzenia z kierownikiem.

Mamusia przyjmuje w obecniej chwili leki i jest ciuteńkę lepiej. Już tak nie płacze. Będzie lepiej ale…nie trzeba spodziewać się cudów. Pamięć jest nie ta co kiedyś. Sprzecza się będąc pewną, że ma rację, po godzinie, przyznaje się, że jej się coś pokręciło. Powtarza się i powtarza i powtarza. Wiele dla niej już zrobiłam i między innymi i dla niej przyjechałam. Muszę odciążyć młodszą siostrę.

_____________________________

 

 

Syn upadł, było podejrzenie złamania, skończyło się na silnym zbiciu ręki. Posmaruje maścią i będzie wszystko dobrze, dostał zwolnienie na kilka dni. Przynajmniej odpocznie.

_______________________________

 

A moje samopoczucie? Psy nie biegają samopas, chodzę po ulicach spokojnie. Chociaż w torebce nosze odstraszacz na pieski. Miasto zmieniło się przez ten rok, nie powiem, że nie do poznania ale faktycznie, nie do poznania w niektórych reionach miasta. Podoba mi się bardzo. Chociaż ludzie narzekają, że beton. A mi się podoba. Zielone sa lasy i parki, których w moim mieście jest całe mnóstwo. Centrum ma być centrum,  wszakże jesteśmy w Europie. Trzeba iść z duchem czasu. Czasy mojej mamy, kiedy to furmankami jeździli,  już przeszły. Moje czasy to stragan na straganie i bazar w centrum, przechodzą. Teraz czas na młodych, a oni chcą inaczej i czegoś innego. I niech tak będzie. Nie można korzystać z komórki i jeździć furmanką, to jest stanie w rozkroku.

W więc, przy okazji popstrykałam trochę zdjęć.  Tak po prostu, na pamiątkę. Mam w planach wybrać się w niedzielkę rano w plener z aparatem. Ale co z tego wyjdzie, trudno powiedzieć.

 

Planowałam….

Zgadza się, zaplanowałam, że dziś ostatecznie zakończę prace nad ścieżką-chodnikiem. Prawdę mówiąc, to nie jestem taka pewna. Od kilku dni mimo polskiej wysoko ciśnieniowej atmosfery, ciśnienie krwi mi spada. Temperatura ciała również. Osłabienie z zimnymi potami mnie męczy. Nie mam zawrotów głowy ale stan lekko zawrotowy.

I po co planowałam? Wyszłam na zewnątrz, a zwykłe podlewanie roślin w donicach mnie męczy. Będę próbować ukończenie prac, nie wiem na ile mi się to uda. _____________________ Z jednej (lewej) strony dokończyłam. Została prawa, wejściowa strona. Tutaj mam bardzo dużą płytę do zabetonowania.

Słońce grzało ponad 36C a ja pracowałam. Pociłam się i ledwo nogi ciągałam ale…..SKOŃCZONE!!!!

Po powrocie z “wojaży” jeśli pogoda dopisze, trzeba będzie wymyć chodnik i pokryć specjalnym preparatem.

Mam już następny projekt do pracy. MM kupił mi już materiał i sprzęt. Ale….tym zajmę się po świętach.

Nadchodzi jesień

W moim ogrodzie już wczesna jesień. W tym roku wcześniej niż w poprzednich. Wiosna była ulewna ale lato suche, za suche i drzewna zaczęły gubić liście. Dziś po raz pierwszy tej jesieni, rozpoczęłam pierwsze dmuchanie liści. Scinanie małpiej trawy i innych ozdobnych.

Tak w tym roku wcześniej, bo gdy wrócę z Polski będzie już wszystko zasypane liśćmi. Tak, tak, muszę udać się do “paszczy lwa”. Czeka mnie ciężka praca. Wiem, że dam radę, długa podróż zawsze mnie przeraża.

Jutro i sobotę mam na ukończenie ścieżki. Został mi mały podest. No i uzupełnienie krawężników. Tak niewiele do ukończenia, a ja zajmuję się wycinaniem traw🤪.

MM też stoi z pracami malarskimi tylko on wraca na weekendy. Jak na razie postój.

Codzienne gadanie

Po przebudzeniu przeciągnęłam się jak kocica. Wolniutko, słuchając każdej kosteczki, czy aby nic nie gruchnie w tym moim spracowanym ciałku.

Dziś zrobiłam przerwę od cementu.

Wczoraj córcia jak i MM spytali…jak długo robię ścieżkę….

I to było pytanie za milion.

Przed Arubą czy po, rozpoczęłam? A może jesienią ubiegłego roku?

Zdawało mi się, że nad ścieżką klęczę, kucam i się pochylam od jesieni ubiegłego roku i wydawało się, że robię całą wieczność!

Sięgnęłam do notatek i ….. wielkie zdziwienie. Po ciśnieniowym myciu podjazdów, padio, decku i starej ścieżki, prace z cementem rozpoczęłam po 10 maja. Wyłączając lipiec ( stres związany z pogrzebem), nad ścieżką pracowałam tylko 3 miesiące.

Do ukończenia zostało mi jedynie 2,5-3m.

Poranek wspaniały ale robi się gorąco i nie tak praca fizyczna wykańcza jak gorąco lejące się z nieba.

Dokończę w piątek po pracy lub sobotę.

Czym bliżej końca tym bardziej zmęczona jestem i fizycznie i psychicznie.

Amber jedzie dziś na zdjęcie szwów. Jeszcze dywan w jadalni kuchennej musi być zabezpieczony specjalnym materiałam jaki używany jest do zabezpieczeń podłóg przed malowaniem sufitów i ścian.

Nie ciekawy to widok ale…dywan jest pluszowy i gruby, ciężko jest taszczyć go do prania.

A więc, dziś “odpoczywam”🤪

MM pomóg mi poprzenośić wielkie donice z tarasu. Malowanie tarasu wciąż trwa.

Po obejściu moich “hektarów” koło południa skryłam się w domku i teraz będę nic nie robić.

Nareszcie.

Prace budowlane

W świąteczny poniedziałek, pracuję i mogę powiedzieć, że dokańczam moją ścieżkę.

W tym tygodniu pogoda będzie wspaniała, więc jest nadzieja na całkowite ukończenie prac budowlanych.

Jestem już na ostatniej prostej!!!! Hurrrrra!!!!😁😁😁😁Oczywiście, że się cieszę.

W planach nie mam żadnych prac długoterminowych. Należy mi się odpoczynek.

MM szlifuje i maluje deck. Piękny kolorek dobrałam. Będę mogła siedzieć na decku i podziwiać😁.

Gryzonie…

Nie mam jak już się zabezpieczyć. W piątek rano przyjechała ekipa, opryskała moje pole. Więc zrozumiałe, nie wylałam żadnej chemii na siebie. Zanim rozpadało się układałam ścieżkę, zbliżam się ku końcowi. A że mieszkam wśród 40 drzew (czy one tak szybko rosną, czy źle liczyłam wcześniej, czy też doliczając się do 30tki przerwałam liczenie) to mam wszystkie owady, mniejsze i większe. Pracowałam w miejscu gdzie były i są siedliska małych czarnych mrówek. Przed pracą popryskałam odpowiednim preparatem miejsce mojej pracy.

Byłam pewna, że jestem bezpieczna. Tak, byłam pewna ale ta pewność sprowadziła mnie na ziemię. COŚ mnie ugryzło w nogę a dokładnie obok kości piszczelowej. W piątek spuchło …itd nie chcę już opisywać wszystkiego dokładnie ale… dziś niedzielka a noga w miejscu ugryzienia i wokół boli.

Bez lekarza to się nie obejdzie.

Uczucie swędzenia i bólu nie opuszcza mnie od piątku. Jednym słowem jestem podkurzona.

MM zamówił Ubera, trasa dom lotnisko. Nic nie zapowiadało żadnej tragedii.

Fajna uśmiechnięta kobietka. Żeby uroda równała się jej zdolnościom wycofywania samochodu to … ale niestety NIE,.

Track dostawczy, wogóle trudny do obsługi na takim górzystm i jak serpentyna podjeździe. Zmiotła mi dużą donicę z powierzchni zuemi, zmiażdżył, wbiła w ziemię i 2 lampy. Donica jak i lampy nie stały na jej drodze a jednak, jak patrzyłam na to co ona wyprawia – to stały. Dobrze że mi krzewów azalii z korzeniami z gruntu nie wyrwała które rosną około 2 m od wjazdu.

Takiej wściekłości u siebie jeszcze nie widziałam. Wkrzyczałam w swojej złości:

do męża, że żadnego napiwku ma nie dawać

do kierowcy (baba za kierownicą to nieszczęście gotowe) że … jestem wściekła i ma mi zapłacić za zniszczenia 70$.

Była zdziwiona że życzę sobie tak wiele.

Pojechali. MMowi wysłałam

…bezpiecznego dotarcia do lotniska….

Ustalenia z MM.

Pani kierowca Ubera ma zniszczenia odkupić i przywieźć.

W przeciwnym razie zajmie się tym kompania Uber.

Ale … jeśli ktoś myśli, że po tym ataku wściekłości noga przestała boleć, to się myli.

Może jutro będzie lepiej. Chociaż jutro jadę z nogą do lekarza i myślę, że nie będę w rękach jej niosła.

Jutro też mam wizytę u weterynarza, wyjęcie drenów u Amber.

W pracy muszę być 6:30am to około 1-2pm powinnam być wolna.

Jak ja to wszystko jutro ogarnę?

Amber

Kołnierz okazał się o wiele wiele za duży.

MM jeszcze się wściekł (co do niego nie podobne) kiedy recepcionistka zażądała zapłaty.

Też nie rozumiem, mały kołnierz, MM oddał, a więc można powiedzieć nastąpiła zamiana.

Ostatecznie otrzymał bez płacenia, tylko w ten kołnierz to 3 głowy mojego pieska mogą się zmieścić.

Kiedy założyłam kołnierz, głowa Amber opadła w dół.

Zdjęłam kołnierz, bo jak ma pies głowę utrzymać na odpowiednim poziomie, po pierwsze – ciężar ( nie jest ciężki dla mnie), po drugie – Amber jest na środkach znieczulających…narko…


A jeśli się uzależni i będzie chciała więcej i aby na nas wymóc, będzie nas podgryzać. 🤪🤪🤪🤪

To był żart oczywiście.


Nie ma to jak dobre pomysły. Nie pożałowałam bluzeczki, założyłam.

Mój piesek pod wpływem narko… wszystko ignoruje, jak widać. Ale reprezentuje się pięknie jak na damę przystało.


Wypiła chyba 😁 wiadro wody i teraz usnęła.

Nie, nie usnęła. Czyżby była na haju?😁😁😁😁

Cierpiąca….

Z planami jest tak, że mogą przewrócić wszystko do góry nogami. Dlatego też, nie lubię planować, tylko nie jest możliwym wybrać się w podróż bez planów. Zmówić bilet lotniczy, autobusowy, pociągowy😀. W moim przypadku lotniczy. Rezarwacja hotelu i zakup biletów wstępu na różnorakie atrakcje, również z wyprzedzeniem.

Cieszyłam się na ten wyjazd, lubię łazić po ulicach NY z rana, dzień i nocy. Wypić poranna kawę na Times Square a nocną na Brooklyn.

Zaglądać przez szyby wystawowe do wnętrza sklepów, liczyć przejeżdżające żółte taxi i zadzierać wysokoooo głowę licząc piętra wieżowców. Zmęczona po trudach zwiedzania, paść na ławkę w parku i obserwować ludzi przechodzących, odpoczywających….

Tak miało być…☹️

MM dzwoni i kasuje wszelkie rezerwacje.

Będę przez weekend i przez omal następne dwa tygodnie pielęgniarką dla mojej psiny.

Brzuszek ma cały w poprzek rozciachany, wstawione deny i … cierpi. Co chwilkę ją głaszczę i pocieszam, co z tego ona rozumie to ja nie wiem, ale cierpimy obie.

Ona po swojemu a ja … po swojemu.

Nie żałuję, że NY poszedł w odstawkę, teraz potrzebna jestem Amber i mam przy niej trwać, pomagać, pocieszać i dawać dużo miłości. Amber teraz mnie bardzo potrzebuje.

A NY będzie tam i nikt jego nie zabierze.

Ukończenie ścieżki pójdzie migiem. Mam pomocnika!🙃

Nie mogłam jej samej w domku zostawić. Niech chociaż popatrzy jak pracuję.


Niedługo pracowałam, ciepły deszczyk mnie przepędził. Międzyczasie ugotowałam obiadzik (tylko drugie danie). Po obiedzie rozpogodziło się, więc i narzędzia ponownie wyniosłam. Zanim nalałam wody do wiaderka, deszcz dosłownie lunął.

Nie, nie uciekałam. Fajnie było postać na deszczu. Posłuchać jego szumu i powąchać deszczowego powietrza. Co za radość dla ciała i duszy!!!


Teraz siedzę z lampką czerwonego wina i słucham ciężkiego oddechu mego pieska, czasami zakwili, podniesie główkę, popatrzy mętnymi oczyma i ponownie zapada w sen.

Jutro będzie lepiej.

Hieny…

Dziś zawiozłam moją Amber do weterynarza. Ma być przeprowadzona operacja wycięcia czegoś tam, co narosło w pachwinie,  wielkości pięści. Piesek już mało chodził. Więcej spała i marudziła. Tylko….koszt jest nieziemski.

Zaczęłam się zastanawiać, bo to na mnie MM zrzucił decyzję. Zadecydowałam, robić operację, teraz jak ta głupia będę musiała poczekać ze swoim zabiegiem. No cóż, mam miękkie serce, za miękkie.

Tylko jak ja zejdę z tego świata to i tak operacja pieska zda się na nic. Jak ja zachoruję to piesek mi szklanki wody nie poda.. i tak można dodawać gdyby, co by, jak by….

Zabieg zrobie po powrocie z Polski. Nic mi się nie stanie. Żyłam z tym kilka lat i pożyję jeszcze roczek.  Oczywiście jadę do Polski, tylko nie wiem kiedy.

Hieny rozszarpały po exie co się dało,  a czego się nie dało, to zostawiły. Włos na głowie się jeży, bo jeszcze hieny udają, że to nie one. No cóż, pojadę pozbieram, pozamiatam i wywalę.

Dziś po dłuższej przerwie rozpoczęłam dalsze prace nad ścieżką. Więc,  betonuję kamienne płyty a między nimi wsypuję lub upycham kamyczki.

Od poniedziałku córcia pracuje na innym stanowisku – dostała awans. Zadowolona i szczęśliwa moja córcia.

U syna rozpoczął się już rok akademicki. Jeszcze trochę i będziemy celebrować ukończenie uniwersytetu.

 

 

 

 

 

Wieczorne wypieki

Wczoraj nie odwiedziłam siłowni ale córcia mnie odwiedziła.

Właściwie ją poprosiłam, namówiłam😁 nie tak dokładnie było ale coś w tym było.

W poniedziałek nie chciało mi się jechać do sklepu, oj jak się nie chciało. Śniadanko było bez pieczywa ale po wczesnym południu miałam chęć na kanapeczkę. Otwieram pojemnik a tam, tam chlebek kupiony 3 dni wcześniej, z zielonymi kropeczkami.

Z jednej strony większa chęć na skonsumowanie kromeczki chlebaka, z drugiej ogromna niechęć wyjazdu do sklepu przy omalże 40 stopniowym żarze na zewnątrz.

Wszystkie za i przeciw przeanalizowałam i padło

….upiekę chlebek i nigdzie nie jadę!!!!…..

Oczywiście wyjazd do sklepu trwał by niespełna 30 minut, pieczenie chlebka ….nie co … a może i dłużej niż te 30 minut😁🙃.

Pieczenie chlebka rozpczęłam po godzinie 7pm. Późno. Pierwszą piętkę bocheneczka schrupałam popijając mleczkiem.

Upiekłam 3 małe bochenki i na ten chlebek właśnie kusiłam córcie.

Przyjechała późno. Nie posiedziała długo bo na drugi dzień do pracy i wczesne wstawanie. Zapakowałam jej wałówkę. Z zadowoloną i szczęśliwą córcią się pożegnałam👋🏻.

Nie zawsze wszystko musimy mieć od razu i teraz, wystarczy cierpliwie poczekać a czekanie zostanie wynagrodzone.

Człowiek człowiekowi nie zawsze jest wilkiem

Pogrzeb ex był ładny. Tylko zawsze jest ale…. Koledzy exa mają mi za złe, że nie poinformowałam ich na czas.

Mam w takim razie pytanie….gdzie oni byli przez ostatni miesiąc….

Nie znam exa kolegów, to są nowi ludzie. Prawdę mówiąc nikogo nie musiałam informować o jego śmierci.

Tych których poznałam przez telefon w związku z jego śmiercią, to sępy. Dalsza exa rodzina to drapieżniki.

Najbliższą rodziną są moje/nasze.

Ale i do niczego zlatują się, już konta bankowe są zerowe. Kto miał dostęp i karty bankomatowe, wyczyścił konta do zera.

Nie liczyłam i nie liczę na majątek exa.

Niech mu ziemia lekką będzie.


Przez te problemy, nie miałam czasu cieszyć się z maratonu 10k.

Ukończyłam i nawet z niezłym wynikiem. Miałam wiele radości z uczestniczenia. Minęło.


Minęły moje i mego męża urodziny.


Powolutku wracam do normalnego życia, chociaż problemy mnie nie opuszczają (związane ze śmiercią exa).


Dzieciaczki zakończyły semestr letni. Szykują się do jesiennego.


A ja, ja biegam na siłownie i rzeźbię swoje ciałko.


Lilia

W ubiegłym roku miałam wszystkie białe. W tym roku mam jak na razie pierwszą i mam nadzieję nie ostatnią lilię RÓŻOWĄ.

Prawdziwe cudo!!!

Pierwszy raz w dniu dzisiejszym się uśmiechnęłam.

Miałam diabelnie trudny dzień.

Pewna informacja zbiła mnie nie tylko z nóg … 😢😢😢😢😢

Anomalia

Od miesiąca czekam na rozwinięcie się kwiata lilii. Kwitnienie lilii przypadało na początek czerwca, po 20-tym czerwca kwiat rozpoczynał proces więdnięcia i wysychania.

Ten rok nie sprzyja lilii. Pąki pojawiły się w maju. Wszystko wskazywało, że kwitnienie odbędzie się terminie lecz coś opóźnia ten proces.

Nie zauważyłam większych zmian pogody do lat minionych. Wiosna i jesień charakteryzuje się nasilonymi opadami deszczu, więc … nie powinien zaszkodzić lilii. Zimą śniegu, większego mrozu, marznącego deszczu nie było.

Meszkę, wczesną wiosną spryskałam. Ziemię nawoziłam ustałą wodą ze skorupkami jajek.

Pielęgnacja jak każdego roku.

Pąki lilii się nie otwierają.

Nie pomaga przewożenie donicy w bardziej oświetlone miejsca.

A może promienie słoneczne nie posiadają już odpowiedniego pierwiasta dla rozwoju roślin?

Bo czym taki stan tłumaczyć?

Pąki od miesiąca w stanie szczelnego zamknięcia.

Możliwym jest, że … wyschną przed pokazaniem swojego piękna.

Słoneczny czwartek

Po ponad tygodniowym i ostatniej nocy deszczu i ulewie, wyszło słońce. Słońce będzie świecić przez weekend lecz od poniedziałku, ponowne deszcze i ulewy. Upałów nie będzie 26C.

Dziś mam wolne od pracy zawodowej, więc szybciutko śniadanko i do roboty, budować ścieżkę. Muszę wykorzystać tych kilka dni bezdeszczowych.


Każdy ma inne hobby. Moje podzielone są na pory roku.

Zimą uwielbiam, normalnie pasjami uwielbiam oglądać christmasowe filmy. Mam takich kilka, że mogę, (często to nawet robię) oglądać każdego dnia. Co dzień ten sam film. Od kilku lat robię serwetę iglicą. Zimą wyciągam sprzęt i dłubię.

Wiosną lubię zabawę w ogrodnika, budowlańca, sprzątacza. Lubię też wiosenną kawę na decku, może to nie hobby ale tak to traktuję.

Latem? Moje hobby niknie i zdaję się na spontan. Co dzień przyniesie.

Jesień!! Och piękna jesień. Pasjami lubię jesienne liście ale ich nie kolekcionuję. Mam ich tak dużo, że bez sensu byłoby takie zbieractwo. Ponad 200 wielkich worów muszę zapełnić moimi liśćmi! Hobby? A dlaczego nie? Każdej jesieni to robię i z tak ogromnym zapałem, można by powiedzieć, że więcej niż hobby. 😁

Wiosna w pełnej krasie, raczej już lato o moje hobby jakim jest moja ścieżka nie ukończone.

Dziś zrobiłam 1m może 2 ścieżki i …. cieszyłam się jak dzieciak. Bo jakże się nie cieszyć?

Pogoda dopisała, zdrowie też, humorek wyśmienity i ja taka radosna przy mojej pracy/hobby.

Na jutro zapowiadają wspaniałą pogodę, więc takie prognozy jeszcze bardziej mnie cieszą.

Martwi mnie jedno. 4 lipca biegnę w maratonie 10k a nie jestem, całkiem, ani troszkę przygotowana. Chociaż … dziewczyna z pracy też biegnie ale … powiedziała że biec nie będzie, przejdzie tą trasę. To może i ja tym razem przejdę?

Zobaczymy.

Nie ważne z jakim czasem ukończę, ważne aby nie rezygnować.

I tego będę się trzymać.

Pterodaktyle w ataku😂🦟🦟🦟

Zarzuciłam szlafroczek na plecki, na nóżki leciutkie kapciuszki i zbiegłam jak młoda sarenka po schodach na parter. Podniosłam żaluzje w jednych, a w drugich oknach otworzyłam. Zanim włączyłam czajnik z wodą na kawcię, wyskoczyłam na taras, patrzę przez mokre liście w niebo.

Słoneczko bardzo niezdarnie, ślamazarnie podnosi się do góry. Takie mokre, obolałe i jeszcze śpiące. Chciało mi się do tego słońca krzyknąć …WSTAWAJ !!!!! DO ROBOTY SIĘ BIERZ!!!!☀️☀️☀️☀️

Ale … słoneczko jest mokre od tego tygodniowego deszczu, ulewy. Po co ma się brać do pracy? Jeśli do południa ma padać.

Tylko komary krążą jak prehistoryczne pterodaktyle szukające swojej ofiary.🦟🦟

A moje nożki bez osłony, szyjka jeszcze pachnąca snem i rączki gołe, a jak któryś zajrzy przez rozchylony szlafroczek i dziabnie mnie? Więc czym prędzej uciekłam do mieszkania, omal nie gubiąc kapciuszków. 😁😁😁😱

Prac polowych dziś i jutro nie będzie.

Nie ma obawy. Znajdę zajęcie.

☕️Popijając kawcię, spojrzałam na moje psiaczki. No i …jest zajęcie! 🐩🐩Psiaczki będę kąpać, prać psiaczkowe poduchy, dom odkurzać, 🍞upiekę chlebek turecki i jutro córci podrzucę ( oj nie podrzucę – jest na diecie). Chlebka piec nie będę. 🚘To samochód ciśnieniówką wymyję – nie, nie wymyję – komary.

Nie ma problemu. Coś wymyślę.

Miało padać o 11 am i PADA!!!! 🌧🌧nawet 6 minut wcześniej. Lać będzie do 7pm. Słońce skryło się za chmury i nastała ciemność. Tylko dinozaurów maszerujących, sapiących, ociekających potem i ziejących ogniem brakuje. Gdzieś w oddali słychać groźne grzmoty.⚡️

Oczywiście, jeśli nic w appce nie zmienią i się chmury nie rozejdą.

Dosłownie kilka minutek przed deszczem, kiedy to jeszcze chore od deszczu słońce świeciło, wyskoczyłam na “pole” w poszukiwaniu kropel deszczu. 🦟🦟🦟Komary nad głową krążyły. Dziwne, bo te komary są chyba również chore, nie uprzedzają swoim dźwiękiem, że się zbliżają i jak odrzutowce spadają, gryzą i nawet nie wiem, umierają czy żyją dalej.


📞Córcia zadzwoniła. Prosi o poradę. Analizuję w głos, ostatecznie mówię…dasz radę, składaj aplikację… pobiegła do głównego menagera. Powtórzył moje słowa.

Córcia będzie starać w swojej firmie o 2 szczeble wyżej. 😱

Może się uda, nic przecież nie traci.

Znów mamy nadzieję.

Program MBA rozpoczyna w tym tygodniu.


Pieski wykąpane pachnące i czyściuteńkie.

Czas na odkurzanie domku.

Przed sprzątankiem, położyłam się na chwilkę odpocząć. Tak się wydaje ale cały dzień na nogach. Ciągle coś nieplanowanego robię.

Udeptałam się – jak moja babcia mówiła.


Przez to udeptanie zasnąć nie mogłam.

Ciąg dalszy deszczu⛈🌩⛈🌩⛈🌩⚡️⚡️⚡️⚡️⚡️⚡️

Tak jak zamówiłam, to mam. Deszcz a nawet ulewę z grzmotami. Poranek, ciemno na zewnątrz. Psa nie wygonisz.

W taki ciemny dzień zimą najlepiej spędzić przed kominkiem.

Jest +25C, w kominku nie rozpalę☹️.

Oświetlenie w domku włączone a okna pozamykane 100% wilgotności.


Późnym wieczorkiem przestało lać. Zapowiadają opady nad ranem i niedzielę.

No coż, zamówienie w 100%wykonane😱😱😱😱

Mój przyjaciel deszcz

Jedynie poniedziałek był dniem pracy na yardzie, powiedzmy popołudnie. Od wtorku deszczyk kropił, co nie pozwalało mi na wyjście na ścieżkę.

Cichutko myślałam,….aby deszczyk padał jeszcze dłużej i dłużej. Zregeneruję się, odpocznę, poleniuchuję.

Moje zamówienie na deszcz zostało zrealizowane. Każdego dnia padało. Dziś piąteczek i PADA!!!!

Pada moje zamówienie wielkimi kroplami i … z szumem.

O to mi chodziło. Chodziło mi właśnie o to!!!!O deszcz, deszczyk, deszczunio.

Nie wyjdę na yard, nie wyjdę do kwiatków, ale odpocznę.

MM nie jest zadowolony, planował dalsze cyklinowanie tarasu. No cóż, deszczyk sprzyja w ten weekend tylko dla mnie.

Będę się nudzić, marudzić, siedzieć, leżeć…

Zasłużyłam na dłuższy odpoczynek. Odpoczynek wprawdzie wymuszony, ale …cieszę się.

 

Ma padać aż do czwarteczku. No i super !!!!

Robota nie zając nie ucieknie. Tak kiedyś mówiono. Jestem z tych starej daty, więc nie zapomniałam o dziwnych dla młodzieniaszków powiedzonkach.

A co, kto mi zabroni używać durnowatych powiedzonek.

Czy sie stoi czy się leży stówa się należy. Nie wiem kto to mówił ale chyba ci co rowy kopali.

Przecież i ja zaczynałam kiedyś od malarza wiejskiej świetlicy, w której po jej wymalowaniu nie potańczyłam. Później byłam na zastępstwie kierownika brygady remontowej. Oj pamiętam jak wszystkich fachofców z pod ciemnej gwiazdy wyciągałam z knajpy z piwem. Nie mogli się doczekać kiedy kierownik wróci do pracy. Dosłownie stałam na fachofcami z pod ciemnej gwiazdy i sprawdzałam każdy centymetr wykopanego dołu, położonej w tym dole instalacji wodociągowej. Odetchnęli kiedy odeszłam, a odeszłam wtedy już do kuratorium. A tu spotkałam mego nauczyciela wf-u. To u niego i pod jego okiem skakałam najwyżej, najdalej i biegałam najszybciej. Skoki żabką nie były dla mnie żadnym ciężarem.

To był skok z pozycji kucznej,  i jak najdalej. Brałam udział w zawodach spotowych, należałam do klubu sportowego.

A teraz skaczę jak koza w rytm muzyki. Dajcie mi tylko partnera do tańca. No niestety MM jest… nieczuły, lekko mówiąc na rytmy muzyki. A przecież uczył się gry na flecie.

 

 

Podziwiam ruchy w tańcu, muzykę, delikatność, erotyzm, uniesienie, duchowość, rytm i cud kroków tanecznych.

 

Wszystkie video pochodzi ze wschodu. Nie mam żadnych uprzedzeń do wschodu, nie mam żadnych uprzedzeń do zachodu, nie mam żadnych uprzedzeń do północy i południa. Kocham wszystko co jest piękne i wesołe. Uwielbiam taniec, ten erotyczny również, bo dlaczego nie. Tylko trzeba znać granice. Jeśli je sobie postawimy, jesteśmy bezpieczni.

Każdą granicę można przesunąć, ktoś powie. To zależy od nas samych. Niektórzy nie mają granic i moim zdaniem źle kończą.

Źle dziś nie skończę,nie ma obawy, ale poskakać muszę bo od poniedziałku tylko walałam się w łóżku. Muszę spalić energię.

A deszcz pada i pada i tak będzie padać.

Nie ma to jak zatańczyć w rytm “spadających kropel deszczu”. A więc będę tego wieczoru skakać i tańczyć.

 

 

 

Gdy kobieta tańczy, tworzy sztukę, a zarazem staje się bardziej zmysłowa.

 

 

 

 

 

Dzień Dziecka🍼🍼😁😁😁

Z raniutka popracowałam troszkę, na i nad ścieżką. Umówiona byłam z dziećmi o godzinie 5pm w restauracji, więc czasu miałam dość na prace na yardzie i przygotowanie się do wyjścia.

Wyliczyłam, że nie będzie tak łatwo z ukończeniem. Ten tydzień mam pracowity, zawodowo.

Jedynie po pracy, kiedy słońce będzie bardzo wysoko, no i oczywiście bardzo gorąco.

Mam nadzieję, że wiatrak i ustawiony parasol spełni swoją rolę, ochłodzi i zatrzyma promienie słoneczne.

Jeszcze jedno, czy będzie mi się chciało wychodzić w ukrop panujący na zewnątrz?

 

 

 

 

 

 

Wypiękniłam się i spotkałam się z dziećmi. Bardzo milousio spędziliśmy czas. Moje dorosłe dzieci nie spodziewały się żadnych prezentów ale…ja jak zwykle, wręczyłam kopertki. Bo co można kupić dorosłym dzieciom? Kiedyś …jakiś samochodzik, skakanka, lalka, lego itp…. było miło widziane, później książka czy też gra komputerowa. Z wiekiem, zainteresowania oraz potrzeby się zmieniają. Każdy grosik się przyda, więc postanowiłam wręczyć kopertki. Kwota była w obu kopertach jednakowa.

Nie obyło się bez zdjęć.

Obok mnie stał syn a obok niego moja córcia.

Poprosiłam młodą osobę o pstryknięcie zdjęcia na pamiątkę.

Ot i cała JA.

„bombardowanie”

Mam zaplanowaną wizytę u lekarza. Należy się badać. Lepiej wcześniej wykryć chorobę, niż przez zaniedbanie skrócić sobie życie. Założyłam, zaplanowałam i chcę, dożyć 106 lat, w zdrowiu i ogólnie dobrej kondycji fizycznej, psychicznej i umysłowej.

Więc … trzeba działać!

W pierwszej kolejności przebadać ukryte narządy.

Dziś wizyta, a smsy dostaję już od środy. Smsy przypominające ,

wczoraj telefon.

Wprawdzie jestem przyzwyczajona do takiej opieki lekarskiej ale dziś o 8am to już przesada. Mogłam wprawdzie wysłać smsa STOP, ale… chcę sprawdzić czy na godzinę przed wizytą, maszyna wyśle mi smsa.

W planach mam też kontrolę uzębienia, ogólną kontrolę krwi itp.

Ok, czas wyskakiwać z łóżeczka i do lekarza jechać.


Więcej smsów nie otrzymałam. W recepcji wręczono mi mały komputerek, na ekranie miałam klikać odpowiadając na pytania. Po zaakceptowaniu lub odrzuceniu pytań, otrzymałam 3 kartki z następnymi pytaniami. Rozumiem, gdybym była nowym pacjentem, pytania jak najbardziej niezbędne. Jestem, powiedzmy stałym pacjentem i uważałam, że pytania są powielane. Oddałam kartki z uwagą….jestem zmęczona odpowiadaniem na pytania, doktor powinna posiadać moją zdrowotną historię na swoim komp…

Historia naszego życia jest niezmienna, więc w jakim celu te informacje?

Niby komputeryzacja jest zaawansowana, roboty, sztuczna inteligencja a w dalszym ciągu kartki i długopisy są w użyciu.


Skierowanie na badanie/prześwietlenie ostopenii i mmomogram, dostałam. Ostatnio było wszystko w normie. Ale trzeba się przebadać.

Ustaliłam już termin prześwietleń, za dwa tygodnie. Ogólna kontrola za miesiąc.


Po powrocie od lekarza wyszłam na moją ścieżkę. Maciutki kawałeczek ścieżki zrobiłam. Podążam małymi kroczkami do zakończenia. Nie jestem pewna czy do 4 lipca ukończę, chciałabym.

Ciężko pracować na kuckach lub kolanach. Pozycja kucki, bardziej mi odpowiada, klęcząca -nprzeszkadzają mi nogi wyciągnięte za mną.

W pozycji kucki (szukałam w internecie, bardziej opisową i ładniejszą nazwę , nie znalazłam) pracuję od 3h do 5h. Zależy od dnia, kolana bolą.

Na noc musiałam użyć kremu na moje kolanka.

Maszyna też nie będzie pracować, bez odowiedniej konserwacji.

Pokaleczona i pokonana☹️🤕🤕🤕🤕

Tam gdzie drzew nie rąbią to i wióry nie lecą. 

U mnie prawie, mówię prawie tak było i jest. Żyć bez pracy nie potrafię.

Czy to dobrze, czy źle, że bez pracy nie potrafię, to nie wiem. Dziś … mam wolne od wszelkiej pracy. Jeśli postanowiłam odpocząć to znaczy, że zamęczyłam swój organizm. Nareszcie znalazłam czas na siedzenie przed monitorem i klikanie, publikowanie zaległych postów, odsapnięcie od fizycznej pracy na yardzie. Nie zdarza mi się spać tak twardo, żeby nie słyszeć jak ktoś chodzi po sypialni i łazience. Nie słyszałam otwieranych drzwi. Nic się nie stało bo MM w domu, a chodził pracownik od sprejowania domu od wszelkiego robactwa. Z tym, że mnie co innego zmartwiło. Nie słyszałam, nie usłyszałam otwieranych drzwi. Po przebudzeniu nie zerwałam się jak zwykle, tylko leżałam w łóżku dość długo. Leżenie mnie niepokoi, a nie szwendanie się faceta. Nikt mnie nie podglądnie, śpię w podwójnej pidżamie i ciepłych skarpetach. Co to znaczy podwójnej? Najpierw nakładam lekką letnią pidżamkę (krótkie spodenki i koszulka do tego ciepłe skarpetki). Na to nakładam ciepłą pidżamę (dłubie spodenki i góra z długim rękawem). Bo…jeśli będzie za gorąco w nocy, to zdejmę ciepłą pidżamę i zostanę w letniej. Tylko, zdarza się to, czasami. Więc, nikt podejrzeć nic nie może, bo od stóp do szyji jestem opatulona. Na to idą dwie kołderki, pierwsza letnia i druga zimowa.

W domku nie jest zimno bo 23-24ºC, nie jest -20ºC.

No cóż, tak to ze mną jest.

 

Zacznę od palucha u prawej stopy. Nie jest z nim tak wspaniale jak powinno. Jest czarny, ale paznokieć nie schodzi i całe szczęście, nie boli. Jeszcze palca nie zagoiłam a zostałam napadnięta przez kota. Wydarzenie to miało miejsce 15 maja (trzy tygodnie temu). Kot mnie bardzo podrapał. Kolano i całą prawą rękę. Zadrapania były głębokie a najgorsze, że kot wsadził pazura w środkowy palec prawej ręki tak bardzo głęboko, że nie mogłam się uwolnić. Trzymając pazurem moją dłoń, drapał wszędzie gdzie popadnie. W pierwszym momencie nie potrafiłam ręki wyszarpać, bolało. Odciągałam dłoń od jego zębów, bałam się pogryzienia. Ostatecznie dłoń wyszarpałam. Krew z palca lała się strumieniem. Ból przeokropny. Zalałam wszystkie rany alkoholem medycznym a starałam się krew zatamować. Nie potrzebny był lekarz. Udało się, ale…palec boli do dnia dzisiejszego mimo że ranka zagojona. wiem, wiem nie podchodzi się do cudzego kota. Ten kot zna mnie od 7lat. Mimo to zaatakował. Moja córcia jest kocicą, uwielbia koty i je rozumie, ja niestety i stety do kotów podchodziłam zawsze z rezerwą. O tym że nie rozumiem kotów to już nie muszę wspominać. A więc córcia stwierdziła…dobrze, że nie pogryzł, źle że podrapał bo bez znaczenia czy kot hodowany jest w domu czy nie, pod paznokciami ma bakterie…jednym słowem dała mi wykład na temat kotów, ich zachowań, leczenia i zapobiegania takim niespodziankom. No cóż, omijam teraz  koty znajomych z daleka i na samą myśl przechodzenia tego zwierzęcie obok moich nóg, drętwieję.

Mam traumę, to nie jest żaden żart. Na temat kotów nie mam ochoty już więcej rozmawiać.

 

Minęło zaledwie 5 dni i wykręciłam nogę w kostce. Nie było zmiłuj się do pracy chodzić (jeździć musiałam). Kuśtykałam ale dawałam redę. Okłady z octu i nie tylko, pomogły. Kostka nie spuchła ale po 2 dniach noga zaczęła boleć. Nie wiedziałam od czego i dlaczego. Podejrzewałam, że od kręgosłupa i rozpoczęłam intensywne rozciąganie się. Niestety nie było poprawy. Zapomniałam, że kiedy skręciłam nogę w kostce, cała noga została nadwyrężona.

 

Miałam trzy dni spokoju do nieszczęśliwych zdarzeń i ……. w piątek 24 maja, zostałam pogryziona na swoim yardzie przez…nie komar i nie pająk. Trzy punkty ugryzienia. Bąble były podobne do ugryzienia komara ale…zaczęło lekko puchnąć i czerwienieć. Noc przespałam jako tako. A rano ręka spuchła, czerwona i oprócz swędzenia ból. Palec boli, ręka boli, paznokieć czarny, o kostce już praktycznie zapomniałam… do żadnej pracy się  nie nadawałam.

 

W sobotkę MM zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk.

Od poniedziałku biorę antybiotyk i pracuję na yardzie. Ręka nie bolała tak bardzo aby leżeć w łóżku. Dziś mnie złamało.

Co robię na moim yardzie?

Dwa lata temu zakończyłam prace nad ścieżką na yardzie.

 

Między płyty kamienne wysypałam kamyczki. W pierwszym roku było dobrze lecz w tym roku nie jest dobrze. Z uwagi na ilość drzew naszych i sąsiadów, mam masę liści jesienią, wiosną opady przekwitłych kwiatów. Pokruszone liście jesienią i oschłe kwiaty z drzew, wpadają miedzy duże płyty kamienne i trudno jest wybrać z wysypanych kamyczków. Podczas dmuchania suchych liści i kwiatów kamyczki się przemieszczają, chociaż dmuchanie mało pomaga. Wszelkie nieczystości podczas obfitych opadów deszczu, przemieszczają się w głąb. Moja ścieżka przestała wyglądać jak ścieżka, raczej ubity trakt.

 

 

 

W tym roku zdecydowałam się na wydłubanie wszystkich kamyczków ( a jest ich miliony), z pomiędzy płyt kamiennych. Płyt kamiennych nie wolno ruszać – się ułożyły.

 

I rozpoczęłam mój budowlany projekt. Nakadałam zaprawy cementowej pomiędzy duże płyty, a w cement wtykałam kamyczki, mniejsze i większe.

 

 

 

Międzyczasie zostałam pogryziona przez wyżej wymienione nieznane i niewidzialne owady.

 

Praca wre, ale dziś właśnie padłam.

 

Teraz wiem, nie ma niepokonanych.

 

 

 

 

Kocham spokój….🤫🤫🤫🤫🤫

Dziś popracowaliśmy z MM na decku. MM cyklinował, ja odkurzałam odkurzaczem budowlanym i głębiej w deski wbijałam gwoździe. Robiliśmy często przerwy bo słoneczko bardzo mocno dziś grzało.

Po południu chcieliśmy już spokojnie posiedzieć i zrelaksować na zewnątrz.

Niestety, nie udało się, sąsiad włączył muzykę i puścił przez wzmacniacze, do tego zrobili sobie karaoke.

Z MM uciekliśmy do mieszkania, nie dało się usiedzieć przy takich decybelach. Mimo że domy usytuowane są po skosie i oddalone od siebie sporo metrów ale i we wnątrz nie dało się usiedzieć. Wytrzymałam do 8:16pm i zadzwoniłam na policję. Zgłoszenie przyjęła policjantka. Opowiedziałam jaka sytuacja, a decybele słyszała przez telefon bo dzwoniłam ze swego decku.

Godzinę czekałam. Nic się nie działo a właściwie to działo się, we wnątrz mnie, decybele nerwy moje szarpały.

Rozumiem wszystko ale braku szacunku dla drugiego człowieka nie zrozumiem. Jestem osobą spokojną i cichą, staram się nie wadzić nikomu ale…jeśli ktoś nadepnie mi na odcisk to nie udaję, że nic się nie stało.

Godzina 10pm. Dzwonię po raz drugi na policję (numer alarmowy) i pytam już podenerwowana…..czy naprawdę nie ma sposobu na uciszenie moich sąsiadów? dzwonię po raz drugi, bo za pierwszym razem nikt nie przyjechał mimo że zgłoszenie zostało przyjęte i tego nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie chce pomóc….

Po krótkiej rozmowie i rozłączeniu się w przeciągu 3 minut pod moim domem stały dwa policyjne samochody.

Muzyka wyła na całą dzielnicę a z mikrofonów dodatkowe wycie biesiadników. Jeden samochód policyjny odjechał w kierunku sąsiadów, z drugiego wysiadł policjant z którym rozmawiałam przy akompaniamencie decybeli.

Policjant również odjechał do sąsiadów. Następna ulica, działki nasze złączone są rogami. Nie znam ludzi i nie spieszno mi jest ich poznawać.

Kiedy weszłam do mieszkania MM był na tarasie.

Jeszcze kilka minut i nastąpiła upragniona cisza.

Kilka lat temu również dzwoniłam na policję kilkakrotnie, zgłaszałam wycie i szczekanie psów do 2am. Ci sąsiedzi wychodzą chyba z założenia … wolność w domku… ale to nie jest tak do końca. Możesz sobie mieć wolność na swojej własnej wyspie, wyj sobie do księżyca wraz ze swoimi psami. Kiedy mieszkasz wśród ludzi zachowuj się jak człowiek i miej na uwadze, że możesz krzywdzić innych swoim zachowaniem. Ale…..żeby to zrozumieć zamiast balona trzeba mieć głowę, myślącą głowę.

Każde county ma swój regulamin. Tego regulaminu mieszkańcy starają się przestrzegać ale zawsze znajdzie się jakiś odszczepieniec, któremu trzeba wskazać miejsce w szeregu.

Jestem w łóżeczku….cisza….wspaniała cisza….

Masaż

Wspaniale jest przebudzić się przed południem i nic robić nie trzeba. Nic na siłę. Pieski przed drzwiami do sypialni są słyszalne. Ziewają, przeciągają się, wąchają wsadzając noski w szczelinkę pomiędzy podłogę a drzwi.

Szukam jeszcze w lóżeczku wygodnego miejsca, jeszcze troszkę poleżeć i nic nie musieć.

Bo to dopiero jutro będzie …. szybko, prędzej…

Dziś jest… jak mi dobrze…😁

https://m.cda.pl/obrazek/show/przeciąganie_się


Z wczorajszych planów:

Zrobiłam masaż dla mojej trawki na front yardzie. Grabki wzięłam delikatne metalowe. Delikatnie bez gwałownych ruchów zagłębiałam się w cieniutkie listeczki trawy. Trawka leciutko rozsywała się na boki dając możliwość wejścia ząbkom grabi. Przesuwałam grabie po ziemi, spulchniając ją lekko, leciusieńko. Zbierałam również opadłe liście rodendrona oraz gałęzie.

Na ile masaż pomógł trawie nie wiem ale na moje plecy to na pewno (mam nadzieję) nie zaszkodził.

Przeciąganie się, wyciąganie, rozciąganie zawsze postawi nas na nogi.

Możemy przewitać nadchodzący nowy piękny dzień.

w poszukiwaniu lata

Ostatnio mam więcej dni wolnych od pracy zawodowe. Nie to, że ktoś mnie zwalnia lub sama się zwalniam, uciekam, rezygnuję. Jeszcze nie czas i nie pora. A jeśli przyjdzie ten czas i pora to chyba będę do domu wracać zalana łzami. Oczywiście, że nastąpi, na razie nie muszę o tym myśleć, bo to jeszcze kilka lat.

Wstałam późno i …postanowiłam ogarnąć garaż. Nagromadziło się w tym garażu  wszystkiego. Najwięcej narzędzi i sprzętu ogrodniczego oraz przedłużaczy. Przeważnie po skończeniu pracy na yardzie, wrzucam gdzie popadło moje narzędzia i zmęczona, ciągnę nogi za sobą udając się do domku. Obecnie, tak nie robię. Prace zakańczam wcześniej, niż mnie dopada zmęczenie i mam czas na odpoczynek i cieszenie się pięknem jakie mnie otacza.

Dziś wzięłam aparat i zaczęłam szukać oznaków lata. Wiosna była w tym roku krótka. Ulewne deszcze połamały i potopiły wiosenne kwiaty. Nie zdążyłam nacieszyć oczy. Nie siedziałam też na tarasie zbyt często. Dziś dzień był słoneczny i cieplutki. Po pracy w garażu, wyszłam z aparatem w poszukiwaniu lata. Wiosny nie było więc może lato już stoi na progu a ja zajęta pracamu “polowymi” i garażowymi, nie zauważę jak minie mi koło nosa.

Biegałam po “polu” i szukałam tego lata, co mi koło nosa ma przelecieć. Niewiele go znalazłam ale…sklep mi ogrodniczy jutro pomoże.

Muszę jakieś kwiaty zakupić. Kalie dopiero wschodzą, zanim kwiat się pokaże to i lato minie. A ja chcę już i teraz. Mało miałam wiosny, więc latem chcę się nacieszyć.

Nie lubie planować (już o tym pisałam) ale…wyjazd do Polski muszę zaplanować i bilet lotniczy kupić. Wpław nie popłynę, nawet gdybym umiała pływać. Za dużo plastiku w oceanie. Szkodliwy.

Wcześniej myślałam, że zostanę na Wszystkich Świętych ale…niestety, niemożliwe. Nie zostanę też na miesiąc czy dłużej, tylko zaledwie 3 tyg. Dobre i to. Jak pomyślę, że trzeba będzie napuszczać wodę do grzejników, uruchamiać piec a oprócz tego wszystkie rury poskręcać to ciarki przechodza po plecach. W dzień odjazdu, wodę spuszczać, rury przedmuchiwać, rozkręcać, to mi się i odechciewa tam jechać.

Któregoś roku myslałam…pojadę zakotwicze się w hotelu i nie będzie tych wszystkich problemów. Hotel to jest hotel, jesienią mogą jeszcze na full nie ogrzewać a ja lubię ciepełko, z katarem i czerwonym nosem nie będę ani podróżować ani pokazywać się MM i dzieciom.

Dlaczego myślę o wyjeździe późną jesienią? A nie chcę spotykać mojej starszej. Mam nadzieję, że wróci do NY na jesień. Nie chcę dyskusji na temat komu zrobiłam darowiznę, a dlaczego nie jej? No bo po co jej jakieś majątki? Zrobiłam darowiznę na rzecz młodszej. Nie potrzebuję majątków ( po Tatusiu). Mieszkam tu gdzie mieszkam i wystarczy mi w zupełności mój dom a nie jeszcze coś dodatkowego. Zechce młodsza sprzedać niech sprzedaje już od prawie roku to jej i tylko jej. Nie mam nic do tego co zrobi z majątkiem, który odemnie otrzymała w darowiźnie. To nie jest już moje. Moje dzieci nie były przeciw, bo to był wyłącznie mój majątek. Och …jaki to majątek, jakiś udział w działce i domu w miejscowości letniskowej. Bez przesady… to nie są żadne miliony. A nawet gdyby były, to co ugryzę te mury? Nie mam tak długich zębów aby sięgnąć przez ocean. 🙂

Więc, jadę, OK planuję jechać w październiku a jeśli biletu nie będzie to …nie mam terminu. Muszę jechać nawet z 3-4 przesiadkami. 3-4 przesiadki to będzie 36 godzin podróży. Czy dam radę? Nie wiem.

Kilka lat temu leciałam z MSJ z 2 przesiadkami 34 godziny w podróży. Powiedziałam wtedy sobie, że nigdy takiego czegoś drugi raz nie zrobię.

NIGDY NIE MÓW NIGDY!!!!!

U mnie godzinia 8:30pm a widniutko jeszcze.

Słoneczko widoczne jest jeszcze za drzewami ale już co raz niżej i niżej.

Co jutrzejszy dzień przyniesie?

Pojechać do banku

Dokończyć sprzątanie garażu.

Zagrabić lub podmuchać opadłe liście z rodendrona.

Pozbierać z “pola” opadłe gałązki z drzew podczas ulewy.

Jeśli się da to ogarnąć moje biurko.

Nie jestem pewna czy wykonam wszystko co powyżej jest napisane.

NIE LUBIĘ PLANOWAĆ!!!!!

Więc i pewności nie mam. Może do banku nie pojadę a załatwię to w środę, bo do pracy jadę w środę i nie tylko, więc po co mam się mizdrzyć przed lustrem. Nie mam pewności co do …ogarnięcia biurka. “organizacja” mego biurka mi odpowiada, no co z tego że jest wszystko … video kamera, książka “Daring to drive” Iphone, kalendarz i dużo notesów, żółtych karteczek a mniędzy nimi okulary i pomadka do ust. Dużo rozrzuconych kart pamięci, kilka zewnętrzych dysków. Aparat fotograficzny i dwa laptopy oraz dodatkowy monitor do laptopa. Lampka LG, tabletki przeciwbólowe flamastry, długopisy i ołówki. Dwie portmonetki i portfel. Pojemnik na pen driver a ich jest nie kilka.

Dziś oprócz tego bałaganu stoi jeszcze lampka wina. Bez przesady wino ma tylko 6% zawartości alkoholu. Piwo w Polsce ma więcej. Żeby te 6% połknąć to trzeba wypić całą butlę.

Nie dziś i nie teraz.

____________________________________________________________________________

MM zmęczony bo zameldował się w hotelu dopiero o 2 am. Rozmawiałam z nim aby zmienił godziny wylotu na wcześniejsze. Nie potrzeba tak się męczyć. W niedzielę (wylatuje) nigdy nie mamy nic zaplanowanego…..kina, wyjazdu, gości…

Jedynie śniadanko w restauracji lub w domku, później pakowanko i w zasadzie czekanie na ubera lub taxi.

Powiedział, że pomyśli.

NIE MA ROZPUSTY GORSZEJ NIŻ MYŚLENIE. 

- Wiesława Szymborska

 

 

 

 

Uroczyście

Wczoraj była uroczystość z zakończenia nauki na uniwersytecie mojej córci.

Oczywiście byliśmy o czasie. Synek też się nie spóźnił mimo wielkich korków. Uroczystość graduacyjna odbywała się na stadionie, przez dwa dni – 8-9 maj 2019. Moja córcia miała uroczystość 9 maja. Oczywiście,  że byłam przejęta, podekscytowana.

Byłam podekscytowana każdym rozpoczynającym się rokiem szkolnym  i jego ukońķczeniem w żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej. Niestety nie było mi dane uczestniczyć w gimnazjum, szkole średniej i córci uniwersytecie w Polsce.

Za to teraz, mam wielką radość. Syn ukończył tutaj szkołę średnią. Obydwoje ukończyli college. Córcia ukończyła uniwersytet, synowi pozostało jeszcze 1,5 roku nauki na uniwersytecie.

Po wyczytaniu nazwiska córci podobnie jak wszyscy (zgodnie ze zwyczajem) w tym momencie, krzyczałam, głośno krzyczałam.

Później zdjęcia przed budynkiem uniwersytetu i…powrót do domku. Mieliśmy czas na odsapnięcie, odpoczynek i przebranie.


Po wczorajszej uroczystości wstawało się trochę ciężko. Nie to, że się spiłam, bo nie spiłam. Dwa drinki z minimalną dawką rumu to nie może, zaszkodzić i nie spowoduje zawrotów głowy.

Od około tygodnia samopoczucie mam nie najlepsze. Jestem napięta jak struna i wszystko mnie drażni. Żeby nie krytykować MM niesprawiedliwie, milczałam. No bo przecież ja jestem: perfekcyjna, nieomylna, wspaniała, mądra, pracowita, wyrozumiała itp. 🤪🤪🤪🤪🤪

Perfekcyjna? Oj oj do perfekcji to mi brakuje wiele mil świetlnych.

Nieomylna? Żeby ukryć swoją nieomylność, przyznaję …pomyliłam się…🤨

Wspaniała? Zależy w czym, bo to określenie jest bardzo ogólne.

Mądra? Nie ma ogólnej mądrości. Mądra w jednym, nie mądra w czym innym.

Pracowita? Normalny pracocholik. Padam na pysk ze zmęczenia i wściekam się, że sił mi nie starcza. Muszę siebie powstrzymywać, w innym przypadku umrę z wyczerpania.?

Wyrozumiała? Do bólu. Rozumiem żebraka, robaka, bogatego i ptaka. Pieska, berbecia i inne śmiecia.

To i znalazłam powód mego rozdrażnienia.

Duży palec u nogi dokucza, nie mogę nosić normalnego obuwia.

Pracy na “polu” nie dokończyłam, do domu wchodzę w butach, na kuchennym stole zawsze coś leży (korespondencja, torebka, jakieś witaminy…). Nie nadążam z pracami domowymi a doba ma 24godziny. Śpię za długo? !!!!

Deszcz połamał gałązki a ja do pracy muszę jechać!!!

No i jak, jak się nie denerwować!!!

A wczoraj mi na mego paluszka, zsunęło sie menu z kolan MM w ciężkiej oprawie z metalowymi brzegami. Udało mi się nałożyć czółenka z odkrytymi paluszkami.

Wstałam od stolika, wstałam? Nie to nie było wstawanie. Starałam się aby nikt nie zauważył. Wylazłam a wstałam przy mocnym opieraniu się o krzesło (było bardzo wygodne).

Szłam? Człapałam do toalety, myślałam, że upadnę z bólu. Łzy spływały po policzkach, aby nie rozpłakać się w głos, zakryłam usta dłonią.

W toalecie zrobiłam zimy okład. Ulżyło, zimna woda pomogła na ostry ból i na łzy. Poczułam się znacznie lepiej. Gdy córcia weszła, byłam tak na 75% sprawna.

Uspokoiła mnie, pocieszyła moja córcia. Jeszcze jeden okładzik, doprowadzenie twarzyczki do poprzedniego wyglądu, mzna było wyjść z toalety.

Na pytania MM…co sie stało.. odpowiedziałam..wszystko dobrze.

Przecież nie jego wina, że menu się osunęło. Jeszcze chwilka i na prawdę wszystko wróciło do normy.

Byliśmy w restauracji w szóstkę. MM i ja, MSJ z Valerią, MCD z Ivankiem.

Gdy syn zadzwonił czy może zaprosić Valerię, byłam zdziwiona, że jej rodzice nie świętują wraz z nią graduacji. No niestety nie świętowali. Nawet nie wiem czy byli na uroczystość na uniwersytecie. Valeria omijała temat. Nikt nie drążył.

Atmosfera była super i dwie dziewczyny z okazji graduacji dostały od szefa restauracji małe torciki, od menagera restauracji po drinku (za darmo).

A MM powtarza mi, NIC NIE MA ZA DARMO.

Co u mnie?

Czekamy na uroczystość graduacji mojej córci na uniwersytecie. Już prezent mamy w postaci aparatu fotograficznego. Córcia skończyła 2 letnią szkołe fotograficzną w Polsce, socjologię i zaliczyła rok farmacji. Poszła w moje ślady (fotografia) i tymi śladami podążała. Odbiegły wprawdzie od fotografii nie co w bok, ale to co się lubi, to zostaje na zawsze w sercu. Kupiliśmy z MM bardzo dobry podręczny aparat fotograficzny FujiFilmX100F, futerał skórzany płynie lub czy też przyleci z Honkongu. Miała do wyboru NikonD750 lub Fuji. Wybrała ten drugi. Nie dziwię się. Podobnie jak moje Sony RX100VI jest podręczny, można schować do torebki.

NikonD750 wraz z obiektywem ma swoją wagę, a dodać do tego statyw to i rąk zabraknie, żeby robić zdjęcia. Zdjęcia zamieszczone w poście https://wp.me/p58SQS-Tr wykonane były D750. Pamiętam kiedy zaczynałam pstrykać zdjęcia z Tatusia szpulkowego aparatu. Jest tam w Polsce, na strychu, później miałam masę szpulkowych. Sama klisze wywoływałam, zdjęcia powiększałam. Wiedziałam w jakich ilościach wymieszać odczynniki. Siedziałam w ciemni godzinami. To był och i ach. Później zaczęłam zabawę z kolorem, niestety na początku odczynniki nie były dopasowane do kolorów. Za dużo czerwieni, za dużo żółci, wszyscy pruszali się jakby mieli opaski na oczach. Odczynniki też nie dawały takiego efektu jakiego fotograf się spodziewał. To była totalna porażka kolorów. Nie pamiętam w którym to roku wszystko stało się jasne, ile czego dodać, ale ja już nie miałam czasu. Moje zdjęcia już nie trafiły na wystawę, a miały trafić…trafiło mnie co innego, wyszłam za mąż. Ex był politykiem od urodzenia i nie po drodze nam było.

Ot i moja zabawa z fotografią gasła. Ale to co jest w sercu, tam i pozostanie. Oczywiście oglądam wiele zdjęć na internecie, nie wiele mnie interesuje, nie wielu zdjęciom poświęcam uwagę. To jest takie pstrykanie, technika fotografii poszła w kąt. Nikt nie jest zainteresowany teraz techniką, a wszelkie konkursy skupione są na emigrantach. Oczywiście, że śledzę i co widzę…wygrywa ten co pstryknie zdjęcie wspinającego się emigranta po plandece samochodu, chcącego dojechać do Wielkiej Brytanii. Normalne?

Ja tak nie uważam. To pierwsze. Drugie… zdjęcie które zrobisz w chwili wysłania na konkurs nie jest twoje. Podpisujesz glejt i zrzekasz się wszelkich praw. W tej chwili mówię o prestiżowych konkursach, a nie o wojewódzkich. Dlaczego miałabym zrzekać się praw do mojego zdjęcia?

Wolę mieć je w swoich katalogach i niech nikt ich nie ogląda, niż ktoś inny podpisze się pod moim zdjęciem. Nie mówię, że jestem jakimś wybitnym fotografem, bo każdy może nim zostać, teraz dzieci maja komórki i pstrykają, ale nie każdy ma tzw. OKO. Jeśli pisze komentarz pod jakimś zdjęciem (tak tak, to do Ciebie), że to jest rewelacyjne zdjęcie, to tak musi być.

😄

Wiem, dobrze wiem, że mój czas się skończył. Teraz nie jest ważne jak robisz zdjęcie, ważne aby to było na topie. Głodne dziecko (nie ważne że cierpi w trakcie pstrykania zdjęcia), emigrant, zabity, padła owca koń czy świnia, nie ma czasu na żale…. A fotografia miała nam pokazać nie tylko samo zabijanie, wspinanie się po skałach, topienie się w przerębli, itp….miała pokazać nasze uczucia z tym wszystkim związane oraz uchwycony klimat. Klimat zdjęcia jest najważniejszy w fotografii. Fotografia zeszła do reportażu i nad tym bardzo boleję.

Rozpisałam się za bardzo… a miało być o prezencie dla córci z okazji graduacji.

MM już ma zaklepane, wraca z pracy wcześniej tj. przylatuje dzień wcześniej. Po graduacji w uniwersytecie wybieramy się do …restauracji a tam … hulanki i swawole. Ot i nie prawda. Amerykanie nie lubią dancingów. Siedzą przy barach z lampką, kieliszkiem i gawędzą. Piepszą jednym słowem, bzdury. W moim mieście są tylko dwie restauracje z dancingiem i to nie w każdy weekend. A miasto liczy około 6 mln ludności (z przyległymi miasteczkami. Barów jest…całe mnóstwo. Dyskoteki oczywiście są, ale i tak oblegane są tylko i wyłącznie bary. Zaliczyłam bary nocne, dancingi, dyskoteki…wiele widziałam i nie raz przed poznaniem MM byłam wydawana za mąż.

Wiecie co? chyba ten mój MM był mi pisany. Chociaż pierwszych oświadczyn nie przyjęłam, a przy drugich powiedziałam…ja ciebie nie kocham… to on ten obecny MM był bardzo szczęśliwy, bo przyjęłam zręczyny. Żeby nie mój Tatuś to nigdy bym nie wyszła za żadne za mąż. Bo jak MM oświadczył mi się po raz drugi, zadzwoniłam do Tatusia… Tatuś co ja mam robić, on chyba mnie naprawdę kocha a ja nie potrzebuję jego, do czego on mi potrzebny. Ja chcę wrócić do domu( ryczałam w niebogłosy w łazience MM) ja chce do dzieci.

😢

….Tatuś powiedział… w twojej szkole na Twoje miejsce przyjęli już innego pracownika, kto inny wykłada, Twoje stanowisko jest zajęte, to że masz licencje i wszelkie papiery to jest nic, w tym czasie weszły nowe przepisy, nowe firmy powstały inni zajęli twoje miejsce. Że ktoś ci obiecywał, to już na pewno i o tym zapomniał. … Tatuś nie powiedział konkretnie co mam robić z tymi oświadczynami…. zastanów się i pomyśl…Dodał… on potrzebuje twojej pomocy jest teraz twoja kolej aby pomóc człowiekowi… tak jak kiedyś pisałam. MM był dłużny 250 000$ dla amerykańkiego urzędu skarbowego. Po prostu nie rozliczał sie z Afryki i Londynu gdzie kiedyś pracował, pieniądze roztrwonił na swoje córki i exżonę która faktycznie była w tamtym czasie była ex., czego nie ukrywał.

I tak zostałam żoną amerykańca z długami. 

Ostatecznie Urząd skarbowy darował nam 90 000$ i to był szalony dzień. Pismo darujące nam 90 000$ zachowałam na pamiątkę. Tych obieranych ziemniaków i mleka popijanego nie zachowałam. Ile musiałam wycierpieć to jest tylko moje. MM nie przyzwyczajony do oszczędzania robił co raz awantury, że pracuje i nie może na nic pozwolić .

Kurcze, a na co można było sobie pozwolić mając 1/4 miliona długu?

Tak tak, przeszliśmy przez wiele, bo kiedy syn przyjechał a był sponsorowany przez MM to mego syna od pierwszego dnia, nie zaakceptował. Ale to inna bajka, to ja już wtedy cierpiałam i broniłam swego syna. A nie było to wcale łatwe.

Niech nikt nie myśli, że życie z amerykaninem to jest miód i czekolada.

Czasami, czasami wręczane kwiaty parzyły jak pokrzywa.

Wiele jest za mną i wiele przede mną.

Nie wiem tylko jaki aparat wziąć na córci graduację. Jaki będzie wygodniejszy do robienia zdjęc w czasie graduacyjnej uroczystości. Uroczystość z graduacji będzie również transmitowana w internecie.

Synuś planuje graduację na uniwersytecie za 2 lata, chce przyspieszyć ale… nie da się, ma odpowiedzialną pracę. Jeden przedmiot na semestr, tyle może wziąć i zrobić. Aby zrozumieć system nauki i studiów w ameryce trzeba tutaj być i żyć.

Nie ma niczego takiego jak wieczorowe, czy studia zaoczne. Studia korepondencyjne a właściwie internetowe istnieją ale, nie sa mile widziane przez pracodawców. Nie ma czegoś takiego, że plan zajęć narzucony jest odgórnie. Tutaj student wybiera ile chce przedmiotów studiować w danym semestrze. Jest tabela w jakich godzinach i w jakich dniach może sobie ten przemiot studiować. Jeśli rano, to wybiera student poranne zajęcia, jeśli wieczorem to nie ma sprawy. Moja córcia w tej chwili kończy zajęcia o 10 pm.

Plan zajęć na uniwersytecie jest tak ustawiony tak, aby pasował dla wszytkich chcących studiować.

Zakłady pracy również kładą nacisk na edukację, w większości przypadków nie utrudniają swoim pracownikom dalszego kształcenia się.

Zaczęłam od prezentu a … odbiegam od tematu…. No nic, widocznie to jest mój dzięń, bo nie zawsze jestem taka gadatliwa.

Mój synuś uczy się w tej chwili jak szalony, a że czytelnia uniwersytecka czynna do 2 am , przesiaduje tam do zamknięcia. W czytelni można zarezwerwować sobie oddzielny pokój nauki i być tylko samemu lub z grupą. Dziś będzie w czytelni do 10pm, ale w niedzielę planuje być do zamknięcia tj 2am, w poniedziałek ma semestralny egzamin i chce zaliczyć na A – na B zaliczyłby bez dodatkowej nauki. A – jest najwyższą oceną w Ameryce. F oznacza – nie zaliczone. W Ameryce nie ma 6,5,4,…1 jest A,B…F.

W szkole średniej jest troszkę inaczej bardziej opisowo i oceny procentowe. W collage jest podobnie jak na uniwerystecie. Mój syn zaczął edukację w ameryce od szkoły średniej. Córcia od collage z tym, że jej zaliczone zostały przedmioty ze studiów w Polsce. Kiedy była w Polsce, kazałam jej się uczyć i uczyć i uczyć, zamiast siedzieć i czekać kiedy to przyjedzie do mnie, niestety jej sponsorswo trochę trwało.

A że była wzorowym uczniem i studentem w Polsce zaowocowało to i w Ameryce. W ameryce jest również wzorowym studentem. Oczywiście trudno uwierzyć…ale tak jest.

Kiedy przyjechała do Ametyki, myślała że przyjeżdża na wakacje. Niby jak miałabym jej powiedzieć, że jej nie wypuszczę? Serce omal mi nie pękło, kiedy słyszałam jak płakała, że nie pozwoliłam jej wracać do Polski. Każdy ma inne dziecko, każdy ma inną sytuację, każdy ma inną kulturę, a ja musiałam tak zrobić. Teraz…córcia jest szczęśliwa. Wiedziałam co robię, wiedziałam co mogę dać swoim dzieciom, i o nie walczę każdego dania.

Bo moje dzieci są na pierwszym miejscu.

MM jest na pierwszym miejscu również.

To są równoległe pierwsze miejsca.

Tak, tak… tylko gdzie jestem JA ?

To odpowiem..

Szęczście moich najbliższych jest moim szczęściem!!!!

Z każdej radości moich dzieci czerpię, radość i energię do dalszego życia.

Każda radość mojego MM dodaje mi siły do dalszej walki o następny dzień.

 

Poświątecznie z bułeczkami

U mnie to już wczoraj (poniedziałek), było po świętach. Poniedziałek jest dniem pracy. A więc kto żyw, do pracy i szkoły. Mnie też zawiało do pracy, po pracy – przywiało do domku. Sałatka warzywna na ukończeniu, wędlinę dziś dokupiłam. Mazurek “sam cukier” dojadłam wczoraj, podobnie babkę.

A dziś…

rośnie rozczyn na ciasto drożdżowe, zrobię bułeczki nadziewane dżemem wiśniowym oraz masą serową.

Chce mi się czegoś do jedzonka, czegoś niesprecyzowanego. Może bułeczki mnie zaspokoją. Kto wie….

Więc, rozczyn rośnie a ja czasami podglądam…

ROŚNIE!!!!!!😱😱😱😱

Rozczyn wyrósł cudnie. Ale jest jedno ALE…połączyłam wszystkie składniki, a ciasto….za rzadkie. Toż wiem jakie być powinno. Tak tak, zależy od mąki. Tylko, dosypałam 200g, ciasto rzadkie.

Odstawiłam do podwojenia się, tylko jak się ono ma podwoić, jeśli przelewa się między palcami. No nic. Mam czekać godzinę. Będę zaglądać. Opatuliłam kocykiem, przykryłam folią na to czystą ściereczkę.

W przepisie było …przykryć czystą ściereczką…hmmm. Toż nikt nie przykryje ścierką od podłogi lub o zapachu czosnku lub cebuli….

Zapomnieli zaznaczyć ….suchą czystą ściereczką….

Kto pisze te durne przepisy?

Pewnie, że mogę ich nie czytać i wg nich ciasta nie piec.

Tylko z tych mądrych przepisów, ostatnie bułeczki mi się nie udały😩😩😩😩😩

Bułeczki w piekarniku.

Znów muszę powiedzieć, że coś zrobiłam na odwyrtkę. Do sera dodałam całe jajko. O tak, po prostu całe, diabeł podkusił. Ser wyszedł jak kisiel lejący.

Myślę, że powinnam dać spokój z tym pieczeniem w stresowych dla mnie dniach.

Chciało się czegoś słodkiego a nie “sam cukier”.

Pieką się moje bułeczki. Niektóre wyglądają jakby były chore.

Upiekły się!!!!!!To jest chora bułeczka.

Bułeczki rozpływają się w ustach. Ciasto puszyste i delikatne.

Będę piekła wg tego przepisu. Przykrywała czystą ściereczką 🤪a po upieczeniu się zajadała.

Trzeba będzie zapisać się na siłownie!!!🤸🏻‍♂️🏋️‍♀️🤾‍♀️

Deszczowo błyskawiczna kawcia….⚡️⚡️⚡️🌩⛈🌩🌩⛈⚡️⚡️⚡️

Tym razem nie kawa nie pozwoliła mi spać.

Błyskawice rozświetlały sypialnię, odgłoś grzmotów unosił się w powietrzu a deszcz szumiał. Dzwonek alarmu powodziowego groźnie zadźwięczał. Za chwilę drugi alarm, tornado. Nasz dom jest na wzniesieniu, powódź nie groźna. Od tornada nie uciekniesz.

Światło w sypiali, zapaliłam po pierwszych grzmotach, przed 4am. Oczywiście, że się boję. Mam za sobą, dwa pożary. Wiem jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Widziałam na własne oczy jak piorun uderzył w dom, na przeciwko domu w którym mieszkałam.

Mam prawo się bać.

Przed 5 am zeszłam z MM do kuchni na kawcie. Wcześnie. Za wcześnie.

Nie czekałam ostatniej nocy, na powrót MM. Po pracy i wizycie u fryzjera, byłam okrutnie zmęczona.

Jeśli chodzi o fryzurę. Zjawiskowa, a kolorek niesamowicie cudny.

Deszcz wciąż dzwoni o rynny. Grzmoty ucichły, czasami z oddali daje się słyszeć ich odgłosy. Ale już nie huczy nad domem i im nie trzęsie.

Budzenie miałam nastawione na 7am. Powróciłam do łóżeczka dosłownie na 15minut. MM pozostał na kanapie w tv roomie. Lubi oglądać poranne wiadomości. Dzieje się trochę w polityce amerykańskiej. Społeczeństwo jest już zmęczone rządami prezydenta. A miało być tak dobrze. Zastanawiam się również, na ile wykształcenie wpływa na zmianę osobowości i kultury człowieka.

Pani K.P jak to z googli można wyczytać habilitowała się ale … czy na pewno poszła w dobrym kierunku. Śmiem wątpić. Całkowity brak klasy. Czy osiągając stołki na stanowiskach rządowych trzeba zatracać człowieczeństwo? Miałam exa z elyt…w pewnym okresie było mniej człowieka w tym człowieku. Dlatego też, nie piszę o polityce, ale nie znaczy, że nią się całkowicie nie interesuję.

Leżałam w łóżeczku słuchając dzwonienia deszczu.

Deszczowa muzyka uspokaja? Nie pozwala spać!!!

Do spania potrzebuję ciszyyyyy.

Takiej ani mru, mru😴😴😴😴😴


Jak to się mówi…do pracy rodacy…


Po pracy zajechałam po zakupki na jutrzejszy (u mnie ) świąteczny obiad.

Szybciutko się przebrałam i zrobiłam MM kurczaczki “palce luzać”. No i ….lizał te paluszki. Kurczaczki niesamowite.

Znalazłam też inny przepis na kurczaczki, myślę że będzie jeszcze lepszy.

Po świętach wypróbuję.

Oczywiście, poinfirmuję.


Teraz po jedzonku odpoczywam, nabieram sił do zmagań z mazurkiem morelowym.

Fryzjer

Dziś dorwałam swoją fryzjerkę. No jestem na fotelu. Zobaczymy co wyjdzie. Mam nadzeję na udaną fryzurę.

Bardzo dużo zakładów odwiedziłam. Tańsze, drogie i najdroższe, zawsze wracam do  “mojej”. Jak mi coś nie pasuję, mówię szczerze że spaprała i idę w poszukiwania. Chodzę tak do roku, aż mi jakaś nowa włosy spapra i wracam do tej starej.

Wiem, że mają ze mną ciężko, ale za to ciężko płacę dobrze i nie żałuję. Ale fryzura musi być jak na zdjęciu, jakie podsuwam pod nos. Nie wszystkie potrafią, “mojej”  fryzjerce również czasami się nie udaje.

Kolory pademek dobierałyśmy dość długo. Scięcie takie same jak ostatnio, ale –  zdjęcie pokazałam.

Wyszłam zadowolona.

Pod wrażeniem niewrażliwców

Teraz i w moim rodzinnym kraju jest (prawie) wszystko sprywatyzowane. Tu gdzie mieszkam, wszystko. Pomijam urzędy,  które  finansowane są  z budżetu państwa. 

Biznesowe hasło: Czas to pieniądz...

nie trafia do wszystkich, możliwe, że w tych czasach do nikogo

...pieniądz robi pieniądz...

też nie bardzo, jeśli się ma “swoją” klientelę.

Kilent nasz pan.....
??????

nie aktualne w tych czasach. Każdy chce jeść, korzystać z usług, więc jeśli nie TY kliencie, to na twoje miejsce będzie ich 100.

Jeszcze jest aktualne hasło REKLAMA DŹWIGNIĄ HANDLU. 

Handel jest sprzedażą i nie tylko towarów ale i usług.

Więc, radio, telewizja, internet, prasa bombardują nas reklamami. Zachwalają, zachęcają, polecją…weź, kup, sprawdź…nie będziesz żałować. 

Zachęcają również …..solidny, terminowy, niezawodny, szybki, najtańszy…

Nigdy nie dałam się zwieść na manowce reklamom. Jestem z tych osób, które zakupy traktują jak zło konieczne (sklep budowlany i ogrodniczy jest wyjątkiem). Kupuję to co mi potrzebne lub na co JA mam ochotę, a nie reklamodawca chce mi wcisnąć, udawadniająć, że będę zadowolona z posiadania czegoś na co nie mam ochoty.

Jeśli ktoś oferuje w usługach profesjonalizm to i tego oczekuję, nie ma czegoś takiego…przepraszam, żałuję że się nie udało, klękanie i proszenie o wybaczenie …. 

Kupując usługę jako terminowa, niezawodna, mam prawo tego oczekiwać. Tym bardziej, że usługa jest dodatkowo opłacana. 

Jeśli opłacona przed dostawą, zostaje nam reklamacja i długa droga do otrzymania zwrotu należnych nam pieniędzy.

Jeśli opłacana po wykonaniu usługi mamy prawo, nie opłacić lub opłacić w zmiejszonej wysokości.

Na rynku handlowym i usługowym, króluje  

...JEŚLI NIE TY, TO ZNAJDZIE SIĘ INNY...

http://www.worldometers.info/pl/

Faktycznie, z każdą sekundą ludzi przybywa. Firmy nie muszą martwić się o pozyskania klienta. Czyżby?

Wciąż, jestem w poszukiwaniu fryzjera solidnego, terminowego, profesjonalnego. Wprawdzie nie mam nadziei na znalezienie takowego, ale…szukam.

Wiele zakładów fryzjerskich obeszłam, muszę zaznaczyć, że usługi fryzjerskie w ameryce nie należą do najtańszych bo 175$ za scięcie, kolor i pasemka oraz jako takie ułożenie (pomachanie suszarką) nie jest nawet na warunki amerykańskie tanio. Oczywiście, że są zakłady fryzjerskie, które życzą sobie ponad 200$ i więcej. Wielokrotnie sama farbuję i robię pasemka, oczywiście, że jest róznica. Z pod mojej osobistej ręki wychodzi coś co nawet nie przypomina pasemka. No cóż, w takich momenta jestem obrażona na fryzjerów i daję sobie radę jak potrafię. Po kilku takich seasnsach samorobienia, powracam do zakładu fryzjerskiego.

Byłam umówiona z fryzjerką na dzisiaj. Dochodzi 11am więc, dzwonię aby upewnić się, czy aby nie jest jeszcze zajęta z inną klientką. No i tu profezjonalizm się załamał jak cienki lód na rzece pod koniem.

Fryzjerka nie odbiera i nie oddzwania. Zaczyna działać

..jak nie ty to inna...

Ależ ja o tym wiem, że zakład fryzjerski ma nie tylko swoją klientelę, która im wszelkie potknięcia wybaczy ale i napiwek zostawi za spaprane włosy. Ale jak ja, nie zrobię podatków to mi IRS nie wybaczy.

Nie lubię takich sytuacji.

Rytm dnia został zburzony.

Nie potrafiłam się odnaleźć.

Siedziałam przed kompem z odrostami sięgającymi pleców (tak strasznie to ja nie wyglądam, tak się czułam) i … wściekła, że zostałam zlekceważona.

 

 

 

 

Relaksująco-stresujące sprzątanko

Zimno dziś na podwórzu. Wczoraj chłodziliśmy w domu, dziś ustawiłam ogrzewanie. Ostatnie taxy wysłane i do czwartku mam wolne. Zajechałam do sklepu zrobiłam zakupy na te kilka dni wolnego i… nie wiem co z tymi dniami zrobić. Poukładam w pokoiku “graciarni”. Przyszedł czas na przejrzenie, wyrzucenie, ułożenie. W najgorszym nieporządku są moje sprzęty fotograficzne. Wymieniam obiektyw – położę gdziekolwiek. Zmieniam aparat też kładę lub wsunę w wolne miejsce. Filtry całkowicie rozkompletowane. To jest tylko i wyłącznie mój pokoik “graciarnia” więc robię co chcę. Walizeczki mogę wynieść na poddasze, ale mi się nie chce. Może jutro to zrobię. 

 

Więc, zabieram się do organizacji “graciarni”.

 

Jak, mi szło sprzątanko?

Nie najlepiej. Ciągle coś mnie od prac porządkowych odciągało. A to muzyczkę znalazłam, a to przez okno wyjrzałam pocieszyć oczy pięknymi kolorowymi tulipanami rosnącymi na moim “polu”, a to sprawdzenie jakiś wiadomości na komórce, a to… a to..

Zrobiony …ten porządkowy bałagan, rozprzestrzenił sie po moim pokoju-biurowym.

Robiłam przerywniki z kawcią, jedna, druga i trzecia, a w nocy…. a w nocy dziwiłam się, że spać nie mogłam.

Próbowałam a jakże, zasnąć.

Gaszę światło i czekam…czekam…czekam…Szybciej bym  trzęsienia ziemi się doczekala. A były w moim regionie już dwa. Zapalam świato i gaszę, gaszę i zapalam. Jak tylko książkę do ręki biorę…ziewam, oczy dłońmi pocieram (wiem, wiem robię to od lat, jak małe dziecko), już..już powinnam zasnąć. Książkę szybko odkładam…jeszcze ziewam…gaszę światło… wszystko prysło. Znów zapalammmmm….znów biorę książkę ze stolika…otwieram książkę, nie zwracając uwagi na której stronie…i powtórka.

Ziewam, kułakiem przecieram oczy, zasssyyypiam. 

Przemęczyłam się tak do tej 3am. 

A obiecałam sobie, że kawy nie wolno mi pić póżniej niż 2pm.

Kiedyś to były czasy… a może kawa nie była kawą? Mogłam pić 7 dziennie a fusy przegryzać. Ostatnia mogła być przed samym wskoczeniem do łóżka. A teraz….nie później niż 2pm…

 

Świat się zmienił…kawa się zmieniła…

 

 

 

 

Niedziela po południu….

Już pisałam. Nie lubię zostawać w niedzielę sama. MM wyjeżdża po południu i w domu robi się cicho, pusto i smutno.  

Na pożegnanie, przytuliłam sie do MM i teraz pachnę jego wodą kolońską. 

Pieski krążą gdzieś po domu , względnie leżą na swoich posłaniach. Im również jest smutnawo.

Zimą jest mi łatwiej jak MM wyjeżdża. Dni krótsze to można w łóżku książkę poczytać. Teraz dzień dłuższy i nie wypada w dzień walać się w łóżku. Rozumiem, choroba, złe samopoczucie.

Czuję się świetnie.

Kiedyś, jak przez kilka miesięcy pracował w Chinach, nie było mi smutno. Dzieci moje z nami mieszkały, miałam wesoło. Miałam komu coś polskiego ugotować, upiec, usmażyć. Robiłam to z ogromną przyjemnością. Teraz mniej pieczenia. Kto to zje? Córcia lub syn jak zamówią jakieś ciasto, bułeczki lub jakieś danie, to ja jak robocik latam po kuchni i szykuję.

Co ważne, że po pracy nie jestem zmęczona, po robocie na yardzie też nie.

Teraz nikt nie zamawia, uczą się do egzaminów semestralnych.

Dobrze, że mam swoją pracę i kwiatki.

Tulipany, wciąż kwitną. Jednym płatki kwiatów opadają a inne rozwijają. Po całonocnej ulewie i wciągu dnia, jeszcze się pięknie trzymają i cudnie wyglądają.

Irys już całkowicie przekwitł i zmarniał. Wyglądał cudownie.

Nie pamiętam nawet kiedy cebulkę wsadziłam do gruntu. Może rok lub 2 lata temu. Zresztą nie ważne kiedy. Rozkwitł i jako jedyny na działce, reprezentował się okazale. Początkowo nie mogłam odgadnąć co za kwiat, MM mi podpowiedział. Jak widać mam znawcę kwiatów w domu. MM lubi kwiaty, oczywiście patrzeć na nie, prac “polowych” nienawidzi. Chociaż, częściej wychodzi do pomocy. Przyciągnie kosiarkę, którą zostawię przy ulicy, dmuchawę też. Zwinie przedłużacze. Bęzynę do maszyny ciśnieniowej kupi. Na zakupy do sklepu ogrodniczego pojedzie i nie narzeka, że łażę po sklepie ponad godzinę i wychodzę z…niczym. 

No, trochę marudzę dzisiaj, bo to pierwsze popołudnie i niedziela. Miałam przyjaciółkę Śp. Sandrę. Mogłam z nią pogadać. Dawno temu pomagała mi w angielskim, do dziś nie umiem wymówić po angielsku , wiewiórka. Zawsze zwracała się do mnie Krysza. Podobnie jak ja z wiwiewiórką, ona miała problem z wypowiedzeniem mego imienia. Nauczyłam ją … dobrze, dziękuję, kocham cię… Niestety,  Sandry nie ma i nie ma spotkań w kawiarniach. Dana mieszka w Kanadzie ale…mimo, że znamy się …chyba ze 40 lat…pogadać możemy, z tym że nie lubię kłamstwa. Lepiej milczeć niż kłamać – to moje zdanie. Podpadła mi. Rozmawiamy raz w miesiącu, na skype bez włączonego video. Dana nie ma ochoty pokazywać swego face. Nie to nie. Z polakami tak jak kiedyś pisałam, nie utrzymuję żadnych kontaktów. Złe doświadczenia i przeżycia zmusiły mnie do spalenia wszelkich mostów. A pomostów nie buduję. 

No wiem, wiem…jestem dziś samotna. 

Ale….jutro będzie nowy dzień. 

 

Gdzie te czasy, gdzie ten świat
Z naszych młodych pięknych lat
Wszystko było takie proste
Miłość pierwsza tak na wiosnę
I szalone letnie noce
Kiedy ogniska blask migoce
Dźwięk gitary, głosy nasze
Nikt nie pytał się o kasę
Autostopem w świat się gnało
Pod namiotem smacznie spało
I na winko składka zawsze
Nikt tych wspomnień nam nie zatrze…

(napisała: ulinka, 2011-01-23 )niedziela 

 

 

Brzucho

O 4:00 jeszcze nie świtało, więc nie powiem, że zerwałam się skoro świt. MM zadzwonił, zgodnie z ustaleniami o 4:30, moje budzenie minutkę później. Szybko i szybko i jeszcze raz szybko, spojrzałam na łóżko, czasu brak i takie rozbabrane zostawiłam. Och jak ja nie lubie nieposłanego łóżka, później stoi w oczach przez cały dzień takie coś , rozbabrane, nie ułożone, nie przykryte, no cóż, zdecydowałam się na takie widoki przed oczami, to będę miała. Nie miałam wyboru. Nie zjedzona kanapeczka do woreczka, skok do samochodu, tylko odrzutowego odpalenia nie było.

W pracy niespodzianka za niespodzianką, ale dałam radę. Myślałam, że skończę około 12pm, nie po to zaczęłam robotę wcześniej ….wylazłam po 3pm.

No i jak zwykle koreczki na moich wszystkich drogach. Myślałam, że przysnę za kierownicą. Jeszcze deszcz stukał w szyby, wycieraczki robiły szu, szu i już prawie odlatywałam. Nigdzie nie zajeżdzałam na żarełko, bo lubię się zakotwiczyć, wtedy siedzę, jem, siedzę-jem-myślę, siedzę-jem-myślę-czytam..i do domu po 7pm.

W domku pieski …hau, hau..zrobiły i za miłe powitanko dostały samkowitości. A ja…wyjęłam smakowitości sobie. LODY. Och, jak ja dawno lody jadłam!

W ubiegłym roku? Starałam się przypomnieć…czy na Arubie jadłam..ale chyba nie bo coś bałam się salmonelli, nie nie nie, nie słyszałam o zorganizowanym ataku salmonelli na Arubie…strzeżonego – strzeże…

Przysiadłam i wepchnęłam 350 ml, ot taki kubeczek. Gdy byłam w połowie kubeczka, chciałam kubeczek odstawić, ale gdzie tam. Jak świnka, gotowa byłam dziurę w dnie wydrapać, wylizać, zjeść kubeczek. Tak do tych lodów dopadłam.

Brzucho pełne to i pomyślałam o spanku. Prysznic, pidżamka i siup pod kołderkę. Kołderka milutka, ale te siup, przewróciło w moim brzucho lody chyba do góry nogami. Zrobiło mi się nie dobrze i omal nie miałam niespodzianki.

W tym momencie MM zadzwonił z pytaniem jak się czuję.

Po moich relacjach …..w office na biurku są tabletki, weź jedną….. wzięłam…. o jeju jak ja tego smaku nie cierpię! A tabletka jest do ssania.

Pomogło!

I co mnie podkusiło żreć tyle lodów, po tej tabletce to juz nawet smaku lodów nie pamiętam.

Siedzę w łóżku, brzucho spokojne, w domu cichutko, pieski nakarmione a ja nie doczekam się 7, 8 czy 11pm i usnę. Zzzzzz😴😴😴😴😴

Tak mi dobrze, miło i przyjemnie.

Kwiatowa sobotka

Sobotni poranek jak zwykle, kawa i nie do łóżka. Nie lubię picia kawy w łóżku bez wcześniej wykonnanej porannej toalety. No, jak pić kawę poranną, przed porannym nie umyciem zębów? Z głową rozczochraną i zapluszczonymi oczami. Znajdą się ulubieńcy kawy łóżkowej podanej na tacy, w imbryczku, kubku, filiżance. Kawa stłumi zapach pościeli po nocnych igraszkach, chrapankach, pierdunkach.

No teraz może i przesadziłam, ale niech mi nikt nie mówi, że kontroluje się podczas snu.

Miałam znajomą, która uwielbiała podaną kawę do łóżka, przez jej męża. Czasami z różyczką dla potwierdzenia swoich uczuć.

Różyczka jak najbardziej, miłe byłaby widziana. Gorzej z tą kawusią.

Chciałabym zaznaczyć, że receptory węchu, mam nad wyraz wyczulone, delikatne, nic nie przejdzie …. mojej zapachowej uwadze.

Więc….

kawusię wypiłam przy kuchennym stole, zagryzając kanapeczką.

Zdecydowałam się odwiedzić sklep ogrodniczy. Pierwszy raz w tym roku. Odciągałam wizytę, kwiaty tam sprzedawane są już w pełnej krasie. Moje na moim “polu”, wciąż jak zaczarowane, przeklęte, zaklęte, zapomniane.

Każdego poranka, jeszcze przed kawcią, wychodzę na poletko zaglądam, oglądam, mogłabym podglądać przez szkło powiększające i mierzyć (żartuję😁) ile podrosło, urosło, a może przeoczyłam kwitnięcie.

Poszalałam w ogrodniczym😁. Posadziłam!

Teraz u mnie kolorowo. Mogę odpuścić obchód poranny “pola” i spokojnie czekać i pozwolić rosnąć kwiatom, zgodnie z ich kalendarzem.

Kiedy już słoneczko chyliło się ku zachodowi, wyszłam z MM i pieskami na spacerek. Niektórzy sąsiedzi jeszcze pracowali na zewnątrz. Kosili trawkę, przycinali rosnące przy ulicy krzewy i drzewa, dmuchali gałązki i skoszoną trawę. Pozdrawialiśmy ich a z innymi zamienialiśmy kilka zdań.

Pieski zmęczone spacerkiem padły, a ja obejrzałam film “What they had”.

Nie polecam osobom młodym. Nie polecam zdrowym seniorom.

Obejrzałam i zrozumiałam jeśli można powiedzieć, że zrozumiało się jak postępować z osobą chorą na aizhaimera.

Wprawdzie w mojej rodzinie choroba ta nie występuje, ale …pokazana jest starość.

Nic przyjemnego, kiedy dorosłe dzieci chcą “pomóc” nie mając zielonego pojęcia o starzeniu się, starości i ….

Zmieniam temat..

Miłej słonecznej niedzielki😁☀️☀️☀️

Wiosna panie generale…😁

Patrzę na mapę dróg w moim mieście i widzę: czerwono wszędzie, to znaczy zakorkowane, jest 7:30am. Muszę wyjeżdżać do pracy, ale się nie chce, bo więcej będzie stania niż jechania. Wyjścia to ja żadnego nie mam.

MM przy pożegnaniu…czy moja Krysia wróci po pracy do domu, do niedobrego męża, czy pojedzie do sklepów? A czemu moja Krysia chce mnie zostawić i jechać do Polski?

Jak mi naruszy nerw to bym zostawiła, pojechała do domu do Polski. Niech MM przemyśli swoje postępowanie, zachowanie.

Wczoraj wieczorkiem wróciliśmy z restauracji, mieliśmy “opijanie” córci zakwalifikowanie się na następne studia. Zakwalifikowanie się wprawdzie jeszcze nieoficjalne, ale każda okazja czyni okazję do spotkania.

…a co to będzie jak ja na emeryturę pójdę…MM pyta

…wywiozę do Polski posadzę w oknie i powiem…patrz tu jest Polska, tutaj rozmawia się po polsku…

…nie pojadę do Polski…skruszony odpowiedział.

No wiem, dokuczyłam troszkę, ale zasłużył.

Trzeba jechać. Garażowe drzwi się zamykają, siedząc w samochodzie, sprawdzam czy w torebce mam potfel, słuchawkę i inne drobnostki jakich kobieta potrzebuje. Jeśli … to wrócę, wezmę, do torebki wrzucę.

Zjeżdzam ze zgórki na ulicę i w drogę. Szkolny autobus i… czekamy.

Dzieciaki z apartamentów, niemrawo wchodzą do autobusu, jeszcze dobiegają. Za mną już sznur samochodów się ustawił. Czasami trzeba czekać 10 minut, czekamy na spóźnionego dzieciaka. No cóż, jak trzeba to trzeba.

Synuś mnie w pracy odwiedził. Porozmawialiśmy o jego planach, przyszłości i o wszystkim i niczym. Bardzo lubię rozmawiać z moimi dziećmi a oni ze mną. Cieszę się, że mam swoje dzieciaczki.

Po pracy wróciłam od razu do domku. Wszystko dobrze. Tak powinno być. A nie jakieś fochy, dziwne nastroje i niecodzienne “przeboje”.

Cieplutko na podwóreczku, szkoda tak pięknej pogody na siedzenie w domu.

Leń wlazł w tyłek i zaniechałam terapię. Zaczął boleć kręgosłup, właściwie to promieniuje i odczuwam ból nerki. Tak było na początku moich dolegliwości, zanim wykluczyli wszystkie organy wewnętrze i odkryli że mam jeszcze coś takiego jak kręgosłup.😁😁😁

Prześwietlali, przewracali, badali, znaleźli chorobę.

Od kilku dni robię swoją gimnastykę i jest lepiej. Nie muszę już przyjmować tabletek.

Oszczędzam teraz swój kręgosłup, wiem że go mam. Więc, zanim co to siedzę na decku i podziwiam kwitnące azalie.

Tulipany za kilka dni zakwitną!!! To dopiero będzie widok!!!!

Nic więcej nie kwitnie. Niektóre wiosenne już przekwitły.

Jeśli ciepełko utrzyma się, to mam nadzieję, że wszystkie kwiatki i krzewy się wreszcie obudzą.

płomień ugaszony_

W pracy siedziałam najdłużej jak mogłam. Wracając zajechałam po sałatkę. Chciałam zapłacić …a tu niespodzianka…nie ma portfela. Znów zmieniłam terebkę. Dobrze,  że miałam jakieś drobniaki. Wystarczyło na zapłacenie za sałatki. No nie pozwolę MMowi, żeby siedział przed komp cały dzień, bez jedzenia. W lodówce pustki, a w zamrażarce jest , ale on nie ma czasu na smażenie.

Zaczęłam jego przed sobą tłumaczyć. Że miał wczoraj trudny dzień. Dzisiejszy poranek też nie należał do najlepszych. Serdeczny kolega został zwolniony z pracy. O tak, w jednej chwili. Zajmował dyrektorskie stanowisko ale, to nic nie znaczy, nic nie ma dożywotnio. Szefostwo zrobiło miejsce dla swojego przyjaciela. Wczoraj zwolniony, ale dyskusja wciąż trwa. Znam większość kolegów z pracy MM. Zwolniony był przyjacielem. Znają się bardzo długo. Jeśli jeden odchodzi, zmienia pracę to inni za nim idą. W tej chwili oczy się rozmowa, gdzie pójdą do jakiej firmy. W jakim mieście.

U mnie to nic się nie zmieni, MM lata do pracy. Jeśli są młodsi to z nimi całe rodziny. Przeprowadzki całych rodzin. Nowe szkoły, nowe kontakty i sąsiedzi. Rozumiem.

Możliwe, że MM zestresowany sytuacją w pracy, tak zareagował.

Prawdę mówiąc, bardzo dawno była taka nieprzyjemna sytuacja.

Tylko…stres, stresem…ale lepszej żony to MM nigdzie nie znajdzie.

Więc zajechałam po sałatkę, zajechałam też do sklepu po bieżnik. Dobrze, że nic ciekawego nie było. Bo trudno byłoby kupić bez pieniędzy i kart płatniczych.

Wracam więc do domu, rozmyślam, nie zauważyłam kiedy nacisnęłam na pedał. Leciałam, że tylko skrzydeł było brak. Mijam samochody, zostawiam je w tyle. Wyprzedzam i dziwię się, że tak wolno jadą. Robie w niektórych miejscach slalomy. Aż..jakbym otrzeźwiała… 140 na liczniku. Zdjęłam nogę z gazu i następne otrzeźwienie … mój zjazd, tuż, tuż.

Zaczęłam się wciskać do swego zjazdu.

Gdybym nawet przejechała, to są następne i też dotarłabym do domu.

Później jechałam powolutku, podobnie jak wszyscy, niepotrzebne mi było zatrzymanie i legitymowanie.

Nie byłoby większego problemu, policjant sprawdziłby po tablicy rejestracyjnej.

Wjechałam do garażu i nie biegłam jak zwykle, na piętro do MM office.

Wysiadając z samochodu nie zabrałam też od razu sałatek.

MM był już w kuchni. Nie zauważyłam nic szczególnego. Zachowywał się normalnie. Jak minął dzień, co będziemy jeść na lunch, opowiadał o jego mijającym dniu.

Tak patrzę na siebie od wewnątrz i zauważam, że jestem nabuzowana.

Zaskoczyłam MM sałatką.

Usłyszałam, że dbam o niego i bardzo dziękuje za sałatkę. To co zwykle, to co zawsze.

Powolutku moje emocje się uspokajały. W pewnym momencie zadzwoniła córcia.

Z wiadomością której nikt się nie spodziewał.

Tak jak w takich momentach się mówi…mamusiaaa siedzisz? mamusia co robiszzzz? Mamusia uważajjjj!!

Myślę jak błyskawica. Wiem, że coś dobrego ale co?…..

…….Nie muszę zdawać GMATa, mamusiaaaaa nie muszę zdawać GMATaaa!!!!!….ja się cieszę mamusia!!!!!….

MM siedzi pod drugiej stronie stołu i z zaciekawieniem patrzy na mnie, no przecież, rozmawiamy po polsku.

Córcia przekazała wiadomość również i MM. Wyglądał na radosnego. MM nigdy niczego nie urywa, żadnych emocjii. Jak zły to zły, jak rozbawiony to rozbawiony, jak zmęczony to zmęczony, jak ucieszony to ucieszony.

Prawda jakie to proste? Nie trzeba się domyślać. Bo jak mówi to mówi.

Po rozłączeniu się z córcią, chwilę jeszcze rozmawialiśmy o mojej córci.

Zaproponował wyskok na jutro do meksykańskiej restauracji.

Jakie to wszystko proste.

Po płomieniach niezgody u MM nie ma śladu. Ja potrzebuję czasu. Przemyślenia. Zastanowienia.

MM dziewczyny mają dwoje rodziców. Moje dzieci tylko mnie. O swoje dzieci walczyłam i będę walczyć, nie pozwolę nic na nie złego powiedzieć.

Nie są nieomylne, ale moje dzieci są moje!

Teraz wracam do GMAT córcia miała 0,1% szansy że nie będzie musiała zdawać tego testu. Pierwszy etap kwalifikacyjny na MBA ma za sobą, jeszcze rozmowa kwalifikacyjna.

Córcia przeskoczyła niezbędne wymagania decydujące o zakwalifikowaniu się na studia. To co było niemożliwym, stało się możliwym.

Do rozmowy kwalifikacyjnej musi być przygotowana na 100%. Bo…z jakiegoś powodu dali jej szansę. Nie przepracowała 4 lat na stanowisku menagera, nie musi zdawać GMAT i… od ukończenia uniwersytetu nie upłynęło 5 lat. Graduację ma w maju.

Jednym słowem … może, że jest najlepszą studentką, może dokumenty z Polski (stypendium dla wzorowych). A może esej, który napisała, zaintrygował komisję kwalifikacyjną. A może referencje z zakładu pracy i z uczelni?

Nie wiadomo. Wiadomo, do rozmowy musi być przygotowana.

Cieszę się ogromnie.

Radość ugasiła wszystkie iskry i płomienie wczorajszego dnia i dzisiejszego poranka.

Jestem DUMNA.


Po szczerej rozmowie.

MM przeprosił za złe zachowanie i za to, że jest złym mężem.

Działo się…

Nie słyszałam jak MM wczoraj w nocy wrócił do domku. Po lądowaniu jeszcze byliśmy na łączach, poźniej usnęłam.

Obudziły mnie pieski o 8am. Stały w progu sypialni i czekały.

Kiedy ona wstanie i da nam coś smacznego? Tylko wyleguje się – zapewne tak myślały😀

Zeszłam w pidżamie na parter, a tam, czekały na mnie świeże bułeczki i chlebek z Panery. Lubię zwykłe bułeczki, bez dodatków.

MM już pracował na komp przy kuchennym stole.

Na Good morning mocno przytuliłam. Stęskniłam się. Dziewięć dni, non stop byliśmy razem. Wyszliśmy z tego cali i zdrowi. Nikt nikogo nie ukatrupił. 14-cie lat razem to, i dużo i mało. Dla mnie? Dużo, mam nadzieję że przeżyjemy jeszcze co najmniej 14 lat wspólnie. No oczywiście,  jeśli zdrowie dopisze i bez większych zdrowotnych niespodzianek.

Wczoraj rozpoczęłam mycie okien. Dość szybko mi to szło, ale…nie chciałam się przeforsować. Teraz, częściej myślę o swoim zdrowiu, jeśli chcę dożyć 100-ki to trzeba żyć z rozumem, pracować też. Zostawiłam mycie okien na dzisiaj.

Pogoda wspaniała! na mycie okien, kapuśniaczek pada i nie będzie widać smug. No to do dzieła.

Bo siedzenie przed komp mnie strasznie wciąga i nie spostrzegę, a będzie późny wieczór.


Plan był taki: dokończę mycie okien na parterze, zacznę na piętrze, ale dokończę jutro lub…poniedziałek. Za dużo tych okien. Chociaż nie ma problemu z otwieraniem, mycie też jest pracą.

Z kapuśniaczka zrobił się deszcz, a po chwili ulewa. Zdecydowałam posprzątać domek. Piórko w rękę i kurze machnęłam w powietrze.

Na filmach tak robią w wielkich domach, to i ja tak uczyniłam. Wiem, że kurze wrócą na swoje miejsce lub się tylko przenieszczą, ale nie ma u mnie ich na grubość palca. No bez przesady.

Kurze  machnęłam w tempie błyskawicznym. “Wyszorowałam” kuchnię. Zostało odkurzanie.

Nie przepadam za odkurzaniem. Mam wprawdzie odkurzacz Roomba, ale jak wlezie gdzieś w kąt, to nie potrafi sam się uwolnić. Jakiś frędzel złapie w szczotkę, to stoi i piszczy, aż baterie wysiądą. Bez blokad lata jak głupi po całej powierzni, czasami kilka razy w jedno miejsce a inne opuszcza. Więc, biorę i przenoszę, proszę…podkurzaj tutaj…, ale po postawieniu na podłogę uparcie jedzie w inne miejsce niż ja tego sobie życzę.

Fakt, pozbiera kurze, widać to na szczotce, ale…nie jest to do końca odkurzanie, powiedziałabym odkurzanie po łebkach.

Fakt,  jak nie “zasiądzie” gdzieś, to wróci, baterie sobie sam naładuje. Odpowiednio ustawiony, sam, pod nieobecność mieszkańców, pojedzie i poodkurza, jeśli oczywiście nie zatrzyma się gdzieś “na piwko”. Wtedy wsiąka tak jak powiedziałam, do wyczerpania baterii. Bez pomocy ani rusz.

Dziś odkurzam normalnym odkurzaczem. NO to do roboty!


No oczywiście, odkurzanie to też muzyka na cały regulator.

Co znalazłam tym razem?

Tańczyłam ze słuchawkami na uszach, MM miał w office konferencję. Żeby nie tupać za głośno, nie śpiewać, przeniosłam się na deck. Oczywiście, że bez odkurzacza. No i skakałam, tańczyłam. Żebym umiał zrobić gwiazdę lub szpagat, to bym zrobiła. Jestem wygimnastykowana ale nie do takiego stopnia.

Tuptanie na decku zajęło mi ponad 30 minut, aż zmęczona usiadłam w fotelu. Pot ciurkiem sciekał po plecach, czole i policzkach.

Uffff

MM dokończył konferencję a ja odkurzałam już na parterze.

Zamówilił pizze i zanim ze sklepu powrócił z piwkiem, dostawca był u progu, a ja skończyłam odkurzanie https://youtu.be/dRQ-RsAXdEM
piętra.

Energii mam tyle, że mogę obdzielić pół mego osiedla.

Tak przy piwku, pizzy i tańcach zakończyliśmy około północy nasz piątkowy wieczór.

Dziewiąty dzień wakacji – wyjazd

Nadszedł dzień wyjazdu.

Po kawie w Starbucksie, powolutku spakowaliśmy się, jeszcze ostatni look  z balkonu na ocean i skierowaliśmy się w stronę drzwi wyjściowych.

Na lonisku należało być 4 godziny przed odlotem. Szaleństwo!

Przeszliśmy przez dwie kontrole, jedna normalna, druga celna. Może i dobrze, bo już w miejscu docelowych nie będzie żadnych kontroli wjazdowo-celnych.

Czy faktycznie trzeba gonić ludzi tak wcześnie? Niestety, dwie godziny przed odlotem, podobno, bramki zamykają i nie ma zmiłuj się.

Do odlotu było jeszcze daleko, a na lotnisku, jak na każdym mniejszym czy większym, nudzenie się. Restauracje, winiarnie, bary szybkiej obsługi kuszą pasażerów. Ostatni raz i ja zjadłam jakieś kurczaki w sosie pomarańczowym z ryżem. “Pijaństwa” miałam już dosyć, kawa i woda zgasiła moje pragnienie po solonym kurczaku.

Książkę zapakowałam do bagażu, pozostał ipad i iphone.

Sporadycznie ściągam i czytam książki z ekranu. Lubie papier. Nie miałam wyboru i zaczęłam czytać z ekranu. Mam ściągniętą “Nad Niemnem” po raz setny, czytam. Internet na lotnisku nie jest do ściągania czegokolwiek.

Ludzi wciąż przybwało i poczekalnie się zapełniały.

MM śledził w internecie wykupione miejsca w samolocie, okazało się w że, w naszym rzędzie będzie wolne miejsce. I było nikt się nie dosiadł. Mogłam usiąść w fotelu przy alejce. Oczywiście że się cieszyłam.

Obejrzałam 2 filmy tym razem; “Book club” i “What they had”.

“Book club” rozśmieszał mnie do łez, natomiast drugi film bardzo problematyczny, składnia widza do przemyśleń. Polecam oba.

Wylądowaliśmy na lotnisku international. Dlaczego MM powiedział że,  nasze walizki trafiły na lotnisko krajowe? Nie wiem. Nie dyskutowałam. Szłam odprężona, zrelaksowana… jeśli trzeba wracać na international to przecież, autobusili specjalne kursują. A my jesteśmy już w domu, no można było tak powiedzieć.

Pewnie że, walizek nie było!! MM przynał się, że czymś się zasugerował i…..przejechaliśmy się autobusikiem. Gdybyśmy nie wychodzili z obszaru celnego to, w podziemiach kursuje metro, między terminalami i lotniskami.

Nie było takie to ważne, zapomniał, pomylił się zasugerował się czymś. Nie czuliśmy się zmęczeni przelotem, który trwał w powrotną drogę o godzinę dłużej, ponieważ pod wiatr.

Do domku dotarliśmy przed 9am.

KONIEC WAKACJI, KONIEC RELAKSU….


Pieski przewitały…. Zimę wpuściłam do garażu, bo z radości zawsze popuszcza. Amber? No właśnie myślałam że, z Amber będzie wszystko dobrze, bo zawsze było, nie popuszczała siusiu nigdy. Siusiu to nie zrobiła ale, się … brzydko mówiąc zesrała.

Tak nabrudziła, że MM niosąc walizy nie zauważył. WDEPNĄŁ!!!!!

Roznióśł mi gówienko od parteru po piętro.

Smród na cały dom!!!!

Zabrałam się do sprzątania i czyszczenia dywanów, wykładzin i podłóg drewnianych.

Dywany i wykładziny potrzebują specjalnego mycia. Tym zajmę się w poniedziałek.

Tak nas zwierzyniec przewitał!