Pod wrażeniem niewrażliwców

Teraz i w moim rodzinnym kraju jest (prawie) wszystko sprywatyzowane. Tu gdzie mieszkam, wszystko. Pomijam urzędy,  które  finansowane są  z budżetu państwa. 

Biznesowe hasło: Czas to pieniądz...

nie trafia do wszystkich, możliwe, że w tych czasach do nikogo

...pieniądz robi pieniądz...

też nie bardzo, jeśli się ma “swoją” klientelę.

Kilent nasz pan.....
??????

nie aktualne w tych czasach. Każdy chce jeść, korzystać z usług, więc jeśli nie TY kliencie, to na twoje miejsce będzie ich 100.

Jeszcze jest aktualne hasło REKLAMA DŹWIGNIĄ HANDLU. 

Handel jest sprzedażą i nie tylko towarów ale i usług.

Więc, radio, telewizja, internet, prasa bombardują nas reklamami. Zachwalają, zachęcają, polecją…weź, kup, sprawdź…nie będziesz żałować. 

Zachęcają również …..solidny, terminowy, niezawodny, szybki, najtańszy…

Nigdy nie dałam się zwieść na manowce reklamom. Jestem z tych osób, które zakupy traktują jak zło konieczne (sklep budowlany i ogrodniczy jest wyjątkiem). Kupuję to co mi potrzebne lub na co JA mam ochotę, a nie reklamodawca chce mi wcisnąć, udawadniająć, że będę zadowolona z posiadania czegoś na co nie mam ochoty.

Jeśli ktoś oferuje w usługach profesjonalizm to i tego oczekuję, nie ma czegoś takiego…przepraszam, żałuję że się nie udało, klękanie i proszenie o wybaczenie …. 

Kupując usługę jako terminowa, niezawodna, mam prawo tego oczekiwać. Tym bardziej, że usługa jest dodatkowo opłacana. 

Jeśli opłacona przed dostawą, zostaje nam reklamacja i długa droga do otrzymania zwrotu należnych nam pieniędzy.

Jeśli opłacana po wykonaniu usługi mamy prawo, nie opłacić lub opłacić w zmiejszonej wysokości.

Na rynku handlowym i usługowym, króluje  

...JEŚLI NIE TY, TO ZNAJDZIE SIĘ INNY...

http://www.worldometers.info/pl/

Faktycznie, z każdą sekundą ludzi przybywa. Firmy nie muszą martwić się o pozyskania klienta. Czyżby?

Wciąż, jestem w poszukiwaniu fryzjera solidnego, terminowego, profesjonalnego. Wprawdzie nie mam nadziei na znalezienie takowego, ale…szukam.

Wiele zakładów fryzjerskich obeszłam, muszę zaznaczyć, że usługi fryzjerskie w ameryce nie należą do najtańszych bo 175$ za scięcie, kolor i pasemka oraz jako takie ułożenie (pomachanie suszarką) nie jest nawet na warunki amerykańskie tanio. Oczywiście, że są zakłady fryzjerskie, które życzą sobie ponad 200$ i więcej. Wielokrotnie sama farbuję i robię pasemka, oczywiście, że jest róznica. Z pod mojej osobistej ręki wychodzi coś co nawet nie przypomina pasemka. No cóż, w takich momenta jestem obrażona na fryzjerów i daję sobie radę jak potrafię. Po kilku takich seasnsach samorobienia, powracam do zakładu fryzjerskiego.

Byłam umówiona z fryzjerką na dzisiaj. Dochodzi 11am więc, dzwonię aby upewnić się, czy aby nie jest jeszcze zajęta z inną klientką. No i tu profezjonalizm się załamał jak cienki lód na rzece pod koniem.

Fryzjerka nie odbiera i nie oddzwania. Zaczyna działać

..jak nie ty to inna...

Ależ ja o tym wiem, że zakład fryzjerski ma nie tylko swoją klientelę, która im wszelkie potknięcia wybaczy ale i napiwek zostawi za spaprane włosy. Ale jak ja, nie zrobię podatków to mi IRS nie wybaczy.

Nie lubię takich sytuacji.

Rytm dnia został zburzony.

Nie potrafiłam się odnaleźć.

Siedziałam przed kompem z odrostami sięgającymi pleców (tak strasznie to ja nie wyglądam, tak się czułam) i … wściekła, że zostałam zlekceważona.

 

 

 

 

Relaksująco-stresujące sprzątanko

Zimno dziś na podwórzu. Wczoraj chłodziliśmy w domu, dziś ustawiłam ogrzewanie. Ostatnie taxy wysłane i do czwartku mam wolne. Zajechałam do sklepu zrobiłam zakupy na te kilka dni wolnego i… nie wiem co z tymi dniami zrobić. Poukładam w pokoiku “graciarni”. Przyszedł czas na przejrzenie, wyrzucenie, ułożenie. W najgorszym nieporządku są moje sprzęty fotograficzne. Wymieniam obiektyw – położę gdziekolwiek. Zmieniam aparat też kładę lub wsunę w wolne miejsce. Filtry całkowicie rozkompletowane. To jest tylko i wyłącznie mój pokoik “graciarnia” więc robię co chcę. Walizeczki mogę wynieść na poddasze, ale mi się nie chce. Może jutro to zrobię. 

 

Więc, zabieram się do organizacji “graciarni”.

 

Jak, mi szło sprzątanko?

Nie najlepiej. Ciągle coś mnie od prac porządkowych odciągało. A to muzyczkę znalazłam, a to przez okno wyjrzałam pocieszyć oczy pięknymi kolorowymi tulipanami rosnącymi na moim “polu”, a to sprawdzenie jakiś wiadomości na komórce, a to… a to..

Zrobiony …ten porządkowy bałagan, rozprzestrzenił sie po moim pokoju-biurowym.

Robiłam przerywniki z kawcią, jedna, druga i trzecia, a w nocy…. a w nocy dziwiłam się, że spać nie mogłam.

Próbowałam a jakże, zasnąć.

Gaszę światło i czekam…czekam…czekam…Szybciej bym  trzęsienia ziemi się doczekala. A były w moim regionie już dwa. Zapalam świato i gaszę, gaszę i zapalam. Jak tylko książkę do ręki biorę…ziewam, oczy dłońmi pocieram (wiem, wiem robię to od lat, jak małe dziecko), już..już powinnam zasnąć. Książkę szybko odkładam…jeszcze ziewam…gaszę światło… wszystko prysło. Znów zapalammmmm….znów biorę książkę ze stolika…otwieram książkę, nie zwracając uwagi na której stronie…i powtórka.

Ziewam, kułakiem przecieram oczy, zasssyyypiam. 

Przemęczyłam się tak do tej 3am. 

A obiecałam sobie, że kawy nie wolno mi pić póżniej niż 2pm.

Kiedyś to były czasy… a może kawa nie była kawą? Mogłam pić 7 dziennie a fusy przegryzać. Ostatnia mogła być przed samym wskoczeniem do łóżka. A teraz….nie później niż 2pm…

 

Świat się zmienił…kawa się zmieniła…

 

 

 

 

Niedziela po południu….

Już pisałam. Nie lubię zostawać w niedzielę sama. MM wyjeżdża po południu i w domu robi się cicho, pusto i smutno.  

Na pożegnanie, przytuliłam sie do MM i teraz pachnę jego wodą kolońską. 

Pieski krążą gdzieś po domu , względnie leżą na swoich posłaniach. Im również jest smutnawo.

Zimą jest mi łatwiej jak MM wyjeżdża. Dni krótsze to można w łóżku książkę poczytać. Teraz dzień dłuższy i nie wypada w dzień walać się w łóżku. Rozumiem, choroba, złe samopoczucie.

Czuję się świetnie.

Kiedyś, jak przez kilka miesięcy pracował w Chinach, nie było mi smutno. Dzieci moje z nami mieszkały, miałam wesoło. Miałam komu coś polskiego ugotować, upiec, usmażyć. Robiłam to z ogromną przyjemnością. Teraz mniej pieczenia. Kto to zje? Córcia lub syn jak zamówią jakieś ciasto, bułeczki lub jakieś danie, to ja jak robocik latam po kuchni i szykuję.

Co ważne, że po pracy nie jestem zmęczona, po robocie na yardzie też nie.

Teraz nikt nie zamawia, uczą się do egzaminów semestralnych.

Dobrze, że mam swoją pracę i kwiatki.

Tulipany, wciąż kwitną. Jednym płatki kwiatów opadają a inne rozwijają. Po całonocnej ulewie i wciągu dnia, jeszcze się pięknie trzymają i cudnie wyglądają.

Irys już całkowicie przekwitł i zmarniał. Wyglądał cudownie.

Nie pamiętam nawet kiedy cebulkę wsadziłam do gruntu. Może rok lub 2 lata temu. Zresztą nie ważne kiedy. Rozkwitł i jako jedyny na działce, reprezentował się okazale. Początkowo nie mogłam odgadnąć co za kwiat, MM mi podpowiedział. Jak widać mam znawcę kwiatów w domu. MM lubi kwiaty, oczywiście patrzeć na nie, prac “polowych” nienawidzi. Chociaż, częściej wychodzi do pomocy. Przyciągnie kosiarkę, którą zostawię przy ulicy, dmuchawę też. Zwinie przedłużacze. Bęzynę do maszyny ciśnieniowej kupi. Na zakupy do sklepu ogrodniczego pojedzie i nie narzeka, że łażę po sklepie ponad godzinę i wychodzę z…niczym. 

No, trochę marudzę dzisiaj, bo to pierwsze popołudnie i niedziela. Miałam przyjaciółkę Śp. Sandrę. Mogłam z nią pogadać. Dawno temu pomagała mi w angielskim, do dziś nie umiem wymówić po angielsku , wiewiórka. Zawsze zwracała się do mnie Krysza. Podobnie jak ja z wiwiewiórką, ona miała problem z wypowiedzeniem mego imienia. Nauczyłam ją … dobrze, dziękuję, kocham cię… Niestety,  Sandry nie ma i nie ma spotkań w kawiarniach. Dana mieszka w Kanadzie ale…mimo, że znamy się …chyba ze 40 lat…pogadać możemy, z tym że nie lubię kłamstwa. Lepiej milczeć niż kłamać – to moje zdanie. Podpadła mi. Rozmawiamy raz w miesiącu, na skype bez włączonego video. Dana nie ma ochoty pokazywać swego face. Nie to nie. Z polakami tak jak kiedyś pisałam, nie utrzymuję żadnych kontaktów. Złe doświadczenia i przeżycia zmusiły mnie do spalenia wszelkich mostów. A pomostów nie buduję. 

No wiem, wiem…jestem dziś samotna. 

Ale….jutro będzie nowy dzień. 

 

Gdzie te czasy, gdzie ten świat
Z naszych młodych pięknych lat
Wszystko było takie proste
Miłość pierwsza tak na wiosnę
I szalone letnie noce
Kiedy ogniska blask migoce
Dźwięk gitary, głosy nasze
Nikt nie pytał się o kasę
Autostopem w świat się gnało
Pod namiotem smacznie spało
I na winko składka zawsze
Nikt tych wspomnień nam nie zatrze…

(napisała: ulinka, 2011-01-23 )niedziela 

 

 

Brzucho

O 4:00 jeszcze nie świtało, więc nie powiem, że zerwałam się skoro świt. MM zadzwonił, zgodnie z ustaleniami o 4:30, moje budzenie minutkę później. Szybko i szybko i jeszcze raz szybko, spojrzałam na łóżko, czasu brak i takie rozbabrane zostawiłam. Och jak ja nie lubie nieposłanego łóżka, później stoi w oczach przez cały dzień takie coś , rozbabrane, nie ułożone, nie przykryte, no cóż, zdecydowałam się na takie widoki przed oczami, to będę miała. Nie miałam wyboru. Nie zjedzona kanapeczka do woreczka, skok do samochodu, tylko odrzutowego odpalenia nie było.

W pracy niespodzianka za niespodzianką, ale dałam radę. Myślałam, że skończę około 12pm, nie po to zaczęłam robotę wcześniej ….wylazłam po 3pm.

No i jak zwykle koreczki na moich wszystkich drogach. Myślałam, że przysnę za kierownicą. Jeszcze deszcz stukał w szyby, wycieraczki robiły szu, szu i już prawie odlatywałam. Nigdzie nie zajeżdzałam na żarełko, bo lubię się zakotwiczyć, wtedy siedzę, jem, siedzę-jem-myślę, siedzę-jem-myślę-czytam..i do domu po 7pm.

W domku pieski …hau, hau..zrobiły i za miłe powitanko dostały samkowitości. A ja…wyjęłam smakowitości sobie. LODY. Och, jak ja dawno lody jadłam!

W ubiegłym roku? Starałam się przypomnieć…czy na Arubie jadłam..ale chyba nie bo coś bałam się salmonelli, nie nie nie, nie słyszałam o zorganizowanym ataku salmonelli na Arubie…strzeżonego – strzeże…

Przysiadłam i wepchnęłam 350 ml, ot taki kubeczek. Gdy byłam w połowie kubeczka, chciałam kubeczek odstawić, ale gdzie tam. Jak świnka, gotowa byłam dziurę w dnie wydrapać, wylizać, zjeść kubeczek. Tak do tych lodów dopadłam.

Brzucho pełne to i pomyślałam o spanku. Prysznic, pidżamka i siup pod kołderkę. Kołderka milutka, ale te siup, przewróciło w moim brzucho lody chyba do góry nogami. Zrobiło mi się nie dobrze i omal nie miałam niespodzianki.

W tym momencie MM zadzwonił z pytaniem jak się czuję.

Po moich relacjach …..w office na biurku są tabletki, weź jedną….. wzięłam…. o jeju jak ja tego smaku nie cierpię! A tabletka jest do ssania.

Pomogło!

I co mnie podkusiło żreć tyle lodów, po tej tabletce to juz nawet smaku lodów nie pamiętam.

Siedzę w łóżku, brzucho spokojne, w domu cichutko, pieski nakarmione a ja nie doczekam się 7, 8 czy 11pm i usnę. Zzzzzz😴😴😴😴😴

Tak mi dobrze, miło i przyjemnie.

Kwiatowa sobotka

Sobotni poranek jak zwykle, kawa i nie do łóżka. Nie lubię picia kawy w łóżku bez wcześniej wykonnanej porannej toalety. No, jak pić kawę poranną, przed porannym nie umyciem zębów? Z głową rozczochraną i zapluszczonymi oczami. Znajdą się ulubieńcy kawy łóżkowej podanej na tacy, w imbryczku, kubku, filiżance. Kawa stłumi zapach pościeli po nocnych igraszkach, chrapankach, pierdunkach.

No teraz może i przesadziłam, ale niech mi nikt nie mówi, że kontroluje się podczas snu.

Miałam znajomą, która uwielbiała podaną kawę do łóżka, przez jej męża. Czasami z różyczką dla potwierdzenia swoich uczuć.

Różyczka jak najbardziej, miłe byłaby widziana. Gorzej z tą kawusią.

Chciałabym zaznaczyć, że receptory węchu, mam nad wyraz wyczulone, delikatne, nic nie przejdzie …. mojej zapachowej uwadze.

Więc….

kawusię wypiłam przy kuchennym stole, zagryzając kanapeczką.

Zdecydowałam się odwiedzić sklep ogrodniczy. Pierwszy raz w tym roku. Odciągałam wizytę, kwiaty tam sprzedawane są już w pełnej krasie. Moje na moim “polu”, wciąż jak zaczarowane, przeklęte, zaklęte, zapomniane.

Każdego poranka, jeszcze przed kawcią, wychodzę na poletko zaglądam, oglądam, mogłabym podglądać przez szkło powiększające i mierzyć (żartuję😁) ile podrosło, urosło, a może przeoczyłam kwitnięcie.

Poszalałam w ogrodniczym😁. Posadziłam!

Teraz u mnie kolorowo. Mogę odpuścić obchód poranny “pola” i spokojnie czekać i pozwolić rosnąć kwiatom, zgodnie z ich kalendarzem.

Kiedy już słoneczko chyliło się ku zachodowi, wyszłam z MM i pieskami na spacerek. Niektórzy sąsiedzi jeszcze pracowali na zewnątrz. Kosili trawkę, przycinali rosnące przy ulicy krzewy i drzewa, dmuchali gałązki i skoszoną trawę. Pozdrawialiśmy ich a z innymi zamienialiśmy kilka zdań.

Pieski zmęczone spacerkiem padły, a ja obejrzałam film “What they had”.

Nie polecam osobom młodym. Nie polecam zdrowym seniorom.

Obejrzałam i zrozumiałam jeśli można powiedzieć, że zrozumiało się jak postępować z osobą chorą na aizhaimera.

Wprawdzie w mojej rodzinie choroba ta nie występuje, ale …pokazana jest starość.

Nic przyjemnego, kiedy dorosłe dzieci chcą “pomóc” nie mając zielonego pojęcia o starzeniu się, starości i ….

Zmieniam temat..

Miłej słonecznej niedzielki😁☀️☀️☀️

Wiosna panie generale…😁

Patrzę na mapę dróg w moim mieście i widzę: czerwono wszędzie, to znaczy zakorkowane, jest 7:30am. Muszę wyjeżdżać do pracy, ale się nie chce, bo więcej będzie stania niż jechania. Wyjścia to ja żadnego nie mam.

MM przy pożegnaniu…czy moja Krysia wróci po pracy do domu, do niedobrego męża, czy pojedzie do sklepów? A czemu moja Krysia chce mnie zostawić i jechać do Polski?

Jak mi naruszy nerw to bym zostawiła, pojechała do domu do Polski. Niech MM przemyśli swoje postępowanie, zachowanie.

Wczoraj wieczorkiem wróciliśmy z restauracji, mieliśmy “opijanie” córci zakwalifikowanie się na następne studia. Zakwalifikowanie się wprawdzie jeszcze nieoficjalne, ale każda okazja czyni okazję do spotkania.

…a co to będzie jak ja na emeryturę pójdę…MM pyta

…wywiozę do Polski posadzę w oknie i powiem…patrz tu jest Polska, tutaj rozmawia się po polsku…

…nie pojadę do Polski…skruszony odpowiedział.

No wiem, dokuczyłam troszkę, ale zasłużył.

Trzeba jechać. Garażowe drzwi się zamykają, siedząc w samochodzie, sprawdzam czy w torebce mam potfel, słuchawkę i inne drobnostki jakich kobieta potrzebuje. Jeśli … to wrócę, wezmę, do torebki wrzucę.

Zjeżdzam ze zgórki na ulicę i w drogę. Szkolny autobus i… czekamy.

Dzieciaki z apartamentów, niemrawo wchodzą do autobusu, jeszcze dobiegają. Za mną już sznur samochodów się ustawił. Czasami trzeba czekać 10 minut, czekamy na spóźnionego dzieciaka. No cóż, jak trzeba to trzeba.

Synuś mnie w pracy odwiedził. Porozmawialiśmy o jego planach, przyszłości i o wszystkim i niczym. Bardzo lubię rozmawiać z moimi dziećmi a oni ze mną. Cieszę się, że mam swoje dzieciaczki.

Po pracy wróciłam od razu do domku. Wszystko dobrze. Tak powinno być. A nie jakieś fochy, dziwne nastroje i niecodzienne “przeboje”.

Cieplutko na podwóreczku, szkoda tak pięknej pogody na siedzenie w domu.

Leń wlazł w tyłek i zaniechałam terapię. Zaczął boleć kręgosłup, właściwie to promieniuje i odczuwam ból nerki. Tak było na początku moich dolegliwości, zanim wykluczyli wszystkie organy wewnętrze i odkryli że mam jeszcze coś takiego jak kręgosłup.😁😁😁

Prześwietlali, przewracali, badali, znaleźli chorobę.

Od kilku dni robię swoją gimnastykę i jest lepiej. Nie muszę już przyjmować tabletek.

Oszczędzam teraz swój kręgosłup, wiem że go mam. Więc, zanim co to siedzę na decku i podziwiam kwitnące azalie.

Tulipany za kilka dni zakwitną!!! To dopiero będzie widok!!!!

Nic więcej nie kwitnie. Niektóre wiosenne już przekwitły.

Jeśli ciepełko utrzyma się, to mam nadzieję, że wszystkie kwiatki i krzewy się wreszcie obudzą.

płomień ugaszony_

W pracy siedziałam najdłużej jak mogłam. Wracając zajechałam po sałatkę. Chciałam zapłacić …a tu niespodzianka…nie ma portfela. Znów zmieniłam terebkę. Dobrze,  że miałam jakieś drobniaki. Wystarczyło na zapłacenie za sałatki. No nie pozwolę MMowi, żeby siedział przed komp cały dzień, bez jedzenia. W lodówce pustki, a w zamrażarce jest , ale on nie ma czasu na smażenie.

Zaczęłam jego przed sobą tłumaczyć. Że miał wczoraj trudny dzień. Dzisiejszy poranek też nie należał do najlepszych. Serdeczny kolega został zwolniony z pracy. O tak, w jednej chwili. Zajmował dyrektorskie stanowisko ale, to nic nie znaczy, nic nie ma dożywotnio. Szefostwo zrobiło miejsce dla swojego przyjaciela. Wczoraj zwolniony, ale dyskusja wciąż trwa. Znam większość kolegów z pracy MM. Zwolniony był przyjacielem. Znają się bardzo długo. Jeśli jeden odchodzi, zmienia pracę to inni za nim idą. W tej chwili oczy się rozmowa, gdzie pójdą do jakiej firmy. W jakim mieście.

U mnie to nic się nie zmieni, MM lata do pracy. Jeśli są młodsi to z nimi całe rodziny. Przeprowadzki całych rodzin. Nowe szkoły, nowe kontakty i sąsiedzi. Rozumiem.

Możliwe, że MM zestresowany sytuacją w pracy, tak zareagował.

Prawdę mówiąc, bardzo dawno była taka nieprzyjemna sytuacja.

Tylko…stres, stresem…ale lepszej żony to MM nigdzie nie znajdzie.

Więc zajechałam po sałatkę, zajechałam też do sklepu po bieżnik. Dobrze, że nic ciekawego nie było. Bo trudno byłoby kupić bez pieniędzy i kart płatniczych.

Wracam więc do domu, rozmyślam, nie zauważyłam kiedy nacisnęłam na pedał. Leciałam, że tylko skrzydeł było brak. Mijam samochody, zostawiam je w tyle. Wyprzedzam i dziwię się, że tak wolno jadą. Robie w niektórych miejscach slalomy. Aż..jakbym otrzeźwiała… 140 na liczniku. Zdjęłam nogę z gazu i następne otrzeźwienie … mój zjazd, tuż, tuż.

Zaczęłam się wciskać do swego zjazdu.

Gdybym nawet przejechała, to są następne i też dotarłabym do domu.

Później jechałam powolutku, podobnie jak wszyscy, niepotrzebne mi było zatrzymanie i legitymowanie.

Nie byłoby większego problemu, policjant sprawdziłby po tablicy rejestracyjnej.

Wjechałam do garażu i nie biegłam jak zwykle, na piętro do MM office.

Wysiadając z samochodu nie zabrałam też od razu sałatek.

MM był już w kuchni. Nie zauważyłam nic szczególnego. Zachowywał się normalnie. Jak minął dzień, co będziemy jeść na lunch, opowiadał o jego mijającym dniu.

Tak patrzę na siebie od wewnątrz i zauważam, że jestem nabuzowana.

Zaskoczyłam MM sałatką.

Usłyszałam, że dbam o niego i bardzo dziękuje za sałatkę. To co zwykle, to co zawsze.

Powolutku moje emocje się uspokajały. W pewnym momencie zadzwoniła córcia.

Z wiadomością której nikt się nie spodziewał.

Tak jak w takich momentach się mówi…mamusiaaa siedzisz? mamusia co robiszzzz? Mamusia uważajjjj!!

Myślę jak błyskawica. Wiem, że coś dobrego ale co?…..

…….Nie muszę zdawać GMATa, mamusiaaaaa nie muszę zdawać GMATaaa!!!!!….ja się cieszę mamusia!!!!!….

MM siedzi pod drugiej stronie stołu i z zaciekawieniem patrzy na mnie, no przecież, rozmawiamy po polsku.

Córcia przekazała wiadomość również i MM. Wyglądał na radosnego. MM nigdy niczego nie urywa, żadnych emocjii. Jak zły to zły, jak rozbawiony to rozbawiony, jak zmęczony to zmęczony, jak ucieszony to ucieszony.

Prawda jakie to proste? Nie trzeba się domyślać. Bo jak mówi to mówi.

Po rozłączeniu się z córcią, chwilę jeszcze rozmawialiśmy o mojej córci.

Zaproponował wyskok na jutro do meksykańskiej restauracji.

Jakie to wszystko proste.

Po płomieniach niezgody u MM nie ma śladu. Ja potrzebuję czasu. Przemyślenia. Zastanowienia.

MM dziewczyny mają dwoje rodziców. Moje dzieci tylko mnie. O swoje dzieci walczyłam i będę walczyć, nie pozwolę nic na nie złego powiedzieć.

Nie są nieomylne, ale moje dzieci są moje!

Teraz wracam do GMAT córcia miała 0,1% szansy że nie będzie musiała zdawać tego testu. Pierwszy etap kwalifikacyjny na MBA ma za sobą, jeszcze rozmowa kwalifikacyjna.

Córcia przeskoczyła niezbędne wymagania decydujące o zakwalifikowaniu się na studia. To co było niemożliwym, stało się możliwym.

Do rozmowy kwalifikacyjnej musi być przygotowana na 100%. Bo…z jakiegoś powodu dali jej szansę. Nie przepracowała 4 lat na stanowisku menagera, nie musi zdawać GMAT i… od ukończenia uniwersytetu nie upłynęło 5 lat. Graduację ma w maju.

Jednym słowem … może, że jest najlepszą studentką, może dokumenty z Polski (stypendium dla wzorowych). A może esej, który napisała, zaintrygował komisję kwalifikacyjną. A może referencje z zakładu pracy i z uczelni?

Nie wiadomo. Wiadomo, do rozmowy musi być przygotowana.

Cieszę się ogromnie.

Radość ugasiła wszystkie iskry i płomienie wczorajszego dnia i dzisiejszego poranka.

Jestem DUMNA.


Po szczerej rozmowie.

MM przeprosił za złe zachowanie i za to, że jest złym mężem.

Działo się…

Nie słyszałam jak MM wczoraj w nocy wrócił do domku. Po lądowaniu jeszcze byliśmy na łączach, poźniej usnęłam.

Obudziły mnie pieski o 8am. Stały w progu sypialni i czekały.

Kiedy ona wstanie i da nam coś smacznego? Tylko wyleguje się – zapewne tak myślały😀

Zeszłam w pidżamie na parter, a tam, czekały na mnie świeże bułeczki i chlebek z Panery. Lubię zwykłe bułeczki, bez dodatków.

MM już pracował na komp przy kuchennym stole.

Na Good morning mocno przytuliłam. Stęskniłam się. Dziewięć dni, non stop byliśmy razem. Wyszliśmy z tego cali i zdrowi. Nikt nikogo nie ukatrupił. 14-cie lat razem to, i dużo i mało. Dla mnie? Dużo, mam nadzieję że przeżyjemy jeszcze co najmniej 14 lat wspólnie. No oczywiście,  jeśli zdrowie dopisze i bez większych zdrowotnych niespodzianek.

Wczoraj rozpoczęłam mycie okien. Dość szybko mi to szło, ale…nie chciałam się przeforsować. Teraz, częściej myślę o swoim zdrowiu, jeśli chcę dożyć 100-ki to trzeba żyć z rozumem, pracować też. Zostawiłam mycie okien na dzisiaj.

Pogoda wspaniała! na mycie okien, kapuśniaczek pada i nie będzie widać smug. No to do dzieła.

Bo siedzenie przed komp mnie strasznie wciąga i nie spostrzegę, a będzie późny wieczór.


Plan był taki: dokończę mycie okien na parterze, zacznę na piętrze, ale dokończę jutro lub…poniedziałek. Za dużo tych okien. Chociaż nie ma problemu z otwieraniem, mycie też jest pracą.

Z kapuśniaczka zrobił się deszcz, a po chwili ulewa. Zdecydowałam posprzątać domek. Piórko w rękę i kurze machnęłam w powietrze.

Na filmach tak robią w wielkich domach, to i ja tak uczyniłam. Wiem, że kurze wrócą na swoje miejsce lub się tylko przenieszczą, ale nie ma u mnie ich na grubość palca. No bez przesady.

Kurze  machnęłam w tempie błyskawicznym. “Wyszorowałam” kuchnię. Zostało odkurzanie.

Nie przepadam za odkurzaniem. Mam wprawdzie odkurzacz Roomba, ale jak wlezie gdzieś w kąt, to nie potrafi sam się uwolnić. Jakiś frędzel złapie w szczotkę, to stoi i piszczy, aż baterie wysiądą. Bez blokad lata jak głupi po całej powierzni, czasami kilka razy w jedno miejsce a inne opuszcza. Więc, biorę i przenoszę, proszę…podkurzaj tutaj…, ale po postawieniu na podłogę uparcie jedzie w inne miejsce niż ja tego sobie życzę.

Fakt, pozbiera kurze, widać to na szczotce, ale…nie jest to do końca odkurzanie, powiedziałabym odkurzanie po łebkach.

Fakt,  jak nie “zasiądzie” gdzieś, to wróci, baterie sobie sam naładuje. Odpowiednio ustawiony, sam, pod nieobecność mieszkańców, pojedzie i poodkurza, jeśli oczywiście nie zatrzyma się gdzieś “na piwko”. Wtedy wsiąka tak jak powiedziałam, do wyczerpania baterii. Bez pomocy ani rusz.

Dziś odkurzam normalnym odkurzaczem. NO to do roboty!


No oczywiście, odkurzanie to też muzyka na cały regulator.

Co znalazłam tym razem?

Tańczyłam ze słuchawkami na uszach, MM miał w office konferencję. Żeby nie tupać za głośno, nie śpiewać, przeniosłam się na deck. Oczywiście, że bez odkurzacza. No i skakałam, tańczyłam. Żebym umiał zrobić gwiazdę lub szpagat, to bym zrobiła. Jestem wygimnastykowana ale nie do takiego stopnia.

Tuptanie na decku zajęło mi ponad 30 minut, aż zmęczona usiadłam w fotelu. Pot ciurkiem sciekał po plecach, czole i policzkach.

Uffff

MM dokończył konferencję a ja odkurzałam już na parterze.

Zamówilił pizze i zanim ze sklepu powrócił z piwkiem, dostawca był u progu, a ja skończyłam odkurzanie https://youtu.be/dRQ-RsAXdEM
piętra.

Energii mam tyle, że mogę obdzielić pół mego osiedla.

Tak przy piwku, pizzy i tańcach zakończyliśmy około północy nasz piątkowy wieczór.

Dziewiąty dzień wakacji – wyjazd

Nadszedł dzień wyjazdu.

Po kawie w Starbucksie, powolutku spakowaliśmy się, jeszcze ostatni look  z balkonu na ocean i skierowaliśmy się w stronę drzwi wyjściowych.

Na lonisku należało być 4 godziny przed odlotem. Szaleństwo!

Przeszliśmy przez dwie kontrole, jedna normalna, druga celna. Może i dobrze, bo już w miejscu docelowych nie będzie żadnych kontroli wjazdowo-celnych.

Czy faktycznie trzeba gonić ludzi tak wcześnie? Niestety, dwie godziny przed odlotem, podobno, bramki zamykają i nie ma zmiłuj się.

Do odlotu było jeszcze daleko, a na lotnisku, jak na każdym mniejszym czy większym, nudzenie się. Restauracje, winiarnie, bary szybkiej obsługi kuszą pasażerów. Ostatni raz i ja zjadłam jakieś kurczaki w sosie pomarańczowym z ryżem. “Pijaństwa” miałam już dosyć, kawa i woda zgasiła moje pragnienie po solonym kurczaku.

Książkę zapakowałam do bagażu, pozostał ipad i iphone.

Sporadycznie ściągam i czytam książki z ekranu. Lubie papier. Nie miałam wyboru i zaczęłam czytać z ekranu. Mam ściągniętą “Nad Niemnem” po raz setny, czytam. Internet na lotnisku nie jest do ściągania czegokolwiek.

Ludzi wciąż przybwało i poczekalnie się zapełniały.

MM śledził w internecie wykupione miejsca w samolocie, okazało się w że, w naszym rzędzie będzie wolne miejsce. I było nikt się nie dosiadł. Mogłam usiąść w fotelu przy alejce. Oczywiście że się cieszyłam.

Obejrzałam 2 filmy tym razem; “Book club” i “What they had”.

“Book club” rozśmieszał mnie do łez, natomiast drugi film bardzo problematyczny, składnia widza do przemyśleń. Polecam oba.

Wylądowaliśmy na lotnisku international. Dlaczego MM powiedział że,  nasze walizki trafiły na lotnisko krajowe? Nie wiem. Nie dyskutowałam. Szłam odprężona, zrelaksowana… jeśli trzeba wracać na international to przecież, autobusili specjalne kursują. A my jesteśmy już w domu, no można było tak powiedzieć.

Pewnie że, walizek nie było!! MM przynał się, że czymś się zasugerował i…..przejechaliśmy się autobusikiem. Gdybyśmy nie wychodzili z obszaru celnego to, w podziemiach kursuje metro, między terminalami i lotniskami.

Nie było takie to ważne, zapomniał, pomylił się zasugerował się czymś. Nie czuliśmy się zmęczeni przelotem, który trwał w powrotną drogę o godzinę dłużej, ponieważ pod wiatr.

Do domku dotarliśmy przed 9am.

KONIEC WAKACJI, KONIEC RELAKSU….


Pieski przewitały…. Zimę wpuściłam do garażu, bo z radości zawsze popuszcza. Amber? No właśnie myślałam że, z Amber będzie wszystko dobrze, bo zawsze było, nie popuszczała siusiu nigdy. Siusiu to nie zrobiła ale, się … brzydko mówiąc zesrała.

Tak nabrudziła, że MM niosąc walizy nie zauważył. WDEPNĄŁ!!!!!

Roznióśł mi gówienko od parteru po piętro.

Smród na cały dom!!!!

Zabrałam się do sprzątania i czyszczenia dywanów, wykładzin i podłóg drewnianych.

Dywany i wykładziny potrzebują specjalnego mycia. Tym zajmę się w poniedziałek.

Tak nas zwierzyniec przewitał!

Wakacje

Przylot – March 1th, Friday

Lot trwał 3 godziny. Jakie było moje zdziwienie kiedy, zobaczyłam dwa rzędy foteli w samolocie, trzy i trzy. MM zamawiając oznajmił mi, że będzie, dwa fotele przjście i trzy. No i trochę się poddenerwowałam że, będę siedzieć między…Nie lubię siedzieć przy oknie, czuję się zciśnięta, przytłoczona, zablokowana. Nie lubię siedzieć w środku, czuję się lepiej niż przy oknie, bo mam możliwość ucieczki. Nie ważne, ucieczki czy wyjścia. Nie lubię i koniec. Brzegowy fotel jest dla nie najlepszy i najbezpieczniejszy, jeśli zajdzie potrzeba mogę się szybko ewakuować, nie jestem zciśnięta , przytłoczona ani pozbawiona, swobody i w pewnym sensie wolności.

Wprawdzie MM zaproponował zamianę foteli, ale wiem jak on lubi okno, może oprzeć głowę o ścianę samolotu i spać. Nie śpię w samolocie, czytam, oglądam filmy, słucham muzyki. Zasnę po zażyciu środka nasennego. Tak, tak, zażyję a później po przebudzeniu, chodzę jak ćpun.

Pocieszającym dla mnie było, że obok mnie z prawej strony, usiadł młody mężczyzna. Zamieniłam z nim kilka zdań. Uprzejmy, miły, młody i wyyysoooooki. Patrząc na jego długie nogi, zrozumiałam, że jemu należy się brzegowy fotel, on jego potrzebuje. Będzie mógł wyciądnąć nogi w stronę przejścia. A ja? Ja nie powinnam narzekać. Środkowe miejsce, też jest wygodne i lepsze niż w luku bagażowym.

Podczas lotu MM szybko usnął. Znalazłam w ofercie filmów samolotu, film Bohemian Rhapsody. Obejrzałam, jak to się mówi, jednym tchem.

Może nie jest ten film pouczającym, ale wymusił na mnie zrozumienie pewnych zachowań, wymuszonych przez sytuacje i otoczenie. To zrozumienie dotyczy wyłącznie tego filmu.

Lądowanie na Arubie przebiegło bez żadnych niespodzianek, bo i takie powinno być.

Językiem urzędowym na Arubie jest niderlandzki i papiamento. Urzędowym bo do komunikacji jest język angielski. Wikipedia podają, że 75% turystów pochodzi z USA. To by oznaczało 25% z innych części świata.

Słyszałam: hiszpański i hebrajski.

Nie mogę natomiast powiedzieć czy niderlandzki dał się słyszeć, bo tego języka nie rozróżniam.

Bardzo miły wieczór spędziliśmy na spacerze rozpoznawczym, kolację natomiast zjedliśmy w restauracji.

Nigdy nie jadłam lazanii. Na pytania …czy jadłaś? ….odpowiadałam …nie jadłam bo nie lubię….jak można czegoś nie lubić, jeśli się nie jadło….

Miałam rację, że nie lubiłam i nie lubię. W restauracji, na przekór sobie, zamówiłam…LASAGNA (LAZANIĘ)!!!!!!!

Pierwszy i ostatni raz! Lubię makaron, spagettii ale nie lazaniję.

Wypiliśmy po 2 drinki przy rytmach muzyki płynącej z estrady i późnym wieczorkiem przywlekliśmy się do pokoju hotelowego. Zmęczona atrakcjami dnia, usnęłam na kanapie hotelowej.

MM obudził mnie po… chyba 30 minutach abym przeniosła się do sypialni, wygodniej.

Usnęłam w oku mgnieniu.

Nie ma czemu się dziwić, wiele atrakcji i świeże powietrze.

Trzeba jakoś wyglądać…

Jeszcze w domu, oczywiście wyjazd jak najbardziej się odbędzie.

Pierwsze co uczyniłam, to jeszcze w pidżamie wyszłam obejrzeć moje rabatki. Nie przeszkodził mi deszczyk.

Wszystko nie naruszone. Może faktycznie środek odstraszający działa na wiewiórki. Bo deszcz to nie jest odstraszaczem na te szkodniki.

Okazuje się że, dzięcioł może być szkodnikiem. Upodobał sobie ramę okienną i zawzięcie dziobie. Tylko…co ten ptak wydziobie w plastykowej ramie okiennej. Niech mi ktoś powie. Ma tyle drzew do leczenie wokół, a on dziobie plastyk.

Dziwne, a może wogóle nie dziwne. Ryby jedzą plastki w oceanach, dzięcioł też chce nadążyć za trendem żywieniowym.

Głowa ciężka i boląca, tak to deszcz spowodował te dolegliwości. Aby nie cierpieć przyjęłam przeciwbólową.

Cieszę się, że deszcz pada i jest cieplutko. Moje tulipany i inne kwiatki wzejdą.


A teraz trochę o pakowanku. Początkowo wzięłam mciutką walizkę. Pomyślałam: 9 dni to nie 90, nie muszę zabierać ze sobą całej szafy.

Zaczęłam pakować.

I to sie przyda i tamto też nałożę. Prania robić tam nie będę, trzeba wziąć więcej rzeczy, niż myślę. Pakowałam…maciutka walizeczka nie jest z gumy. Musiałam zamienić na średnią. Bo przecież wielkiej nie wezmę. Chociaż kobiety jadąc na jeden dzień wypoczynku ciągną za sobą DWIE walizy!! Z tym ich ciaganiem to nie do końca tak, że one ciągają, ale widać te ich walizy na wózkach hotelowych.

Więc, postawiłam średniej wielkości walizkę. Ależ ja mam teraz miejsca!!!

W między czasie…nałożyłam maseczkę na twarz.

Ztarłam świeży ogórek i dodałam mąki skrobi kukurydzianej.

Musiałam tak leżeć 30 minut. Ledwo wytrzymałam. Efekt? Zadawalający. Cera delikatniutka, chociaż i tak nie narzekam ale…trzeba zadbać teraz to, na głęboką starość może nie będą widoczne głębokie zmarszczki.

Dwa popołudnia (poniedziałek i wtorek) poświęciłam na upiększanie się: brwi i rzęsy, włosy: odrosty i pasemka.

No trzeba jakoś wyglądać na wyjeździe.

Cebulkowy dzień – dokarmianie wiewiórek

10 minut leżenia w łóżku dłużej i…już łóżka nie posłałam. Szybko poranna toaleta, kawy niedopiłam, zostawiłam, nawet nie przelałam do innego kubka. Jak ja nie lubię jeździć w ciemnościach, ale są sytuacje że, muszę.

W pracy byłam o 6am. Przed wyjazdem na wakacje, musiałam dopiąć niektóre sprawy.

Po 2 godzinach byłam już w drodze powrotnej do domu. Autostrady zablokowane, drogi boczne, również.

A miałam nadzieję że, trasę praca – dom pokonam dość szybko.

Nie ważne jaką trasę wybrałam, radio warczało, że wszystko wszędzie stoi. Ja też stałam.

Powrót do domu zajął mi 2 godziny!

A do pracy jechałam TYLKO 20 minut.

No dobrze… wczesnym rankiem. Tak w godzinach szczytu porannego, zwykle dojazd do pracy zajmuje mi do 45 minut. Powrót podobnie, tylko dziś wracałam kilka minut po 8am.

No cóż, dotarłam do domku. Miałam się pakować, ale po wypiciu kawci, zauważyłam, że deszczyk przestał padać, słoneczko wyjrzało, to ja w podskokach wybiegłam na zewnątrz. Postanowiłam że, przed wyjazdem wsadzę do ziemi cebulki tulipanów.

Robiłam dołki i wsadzałam, robiłam dołki i wsadzałam…a że miałam 405 cebulek to mi się bardzo ta robota ciągnęła.

Chwilami miałam dość, bo do tego doszło 80 cebulek szafirka i zawilca 80 cebulek.

Mogłam rozłożyć pracę z cebulkami na 2 dni. Spieszyłam się, bo zapowiedzieli na jutro deszcz, ciepły deszczyk.

Po posadzeniu cebulek osypałam rabatki korą. Poźniej podmuchałam przejścia, ścieżki i patio od paprochów i połamanych gałązek.

Po zakończonej pracy, przeszłam się obok rabatek i podziwiałam moją pracę.

Będzie ładnie, tylko….ile z tych cebulek będzie tulipanów.

Wiewiory pod moją nieobecność wykopią połowę. Rozumiem żeby, jadły, ale nie, wykopią i zostawią.

Na wszelki wypadek, rabatki popryskałam specjalnym środkiem, odstraszającym wiewiórki-szkodniki. Na ile pomoże?

Nie pomoże.

Śnieżynki powolutku zaczęły puszczać pąki kwiatuszków. Ominie mnie przyjemność patrzenia na śnieżne maluykie kwiatuszki.

Poczieszające, że po przyjeździe będę oglądać tulipany.

Przynajmniej mam taką nadzieję.

Następna platforma blogowa

Zostaje zamknięta. Gdzie to ja nie byłam… od bardzo długiego czasu jestem na wordpress. Musiam zmienić nawę bloga nawet tutaj gdzie jestem.

No cóż, wirusy nie tylko lubią moje ciałko ale i moją elektronikę. Nawet w iphonie mam zainstalowany program antywirusowy. Apple pezecież ma tak dużo zabezpieczeń lecz…jestem magnez na wiruski.

Onet zamknęli i ludziska tłumnie zbiegli się na wordpressa. Teraz blox zostanie zamknięty.

Szkoda bo…onet miał swój klimat, blox też przestanie istnieć.

Kończy się pewna era internetowo-blogowa.

Plany

A mówiłam, że nie planuję. Tylko nie zawsze da sie wyjechać na wakacje bezplanowo. Po prostu to niemożliwe. Trzeba zarezerwować hotel, bilet lotniczy i samochód na czas pobytu. Nie polecisz jeśli nie masz przynajmniej blitetu lotniczego. Mozna jechać samochodem jeśli jest to w możliwościach komunikacji lądowej. Trzeba jednak mieć w planach: tankowanie, jedzonko i odpoczynek na trasie.

Więc, w ubiegłym roku nie wyszedł nam wyjazd na wakacje połączone z uroczystością 13-tej rocznicy ślubu. Zarezerwowany hotel i bilet lotniczy, trzeba było odwołać, niestety. MM rozpoczął pracę w nowej firmie, na siłę można było lecieć na nasze wakacje, lecz nie wypadało.

W tym roku, a właściwie w tym tygodniu, lecimy na Arubę, wyspę o powierzchni 179km² z ładnymi plażami i wieloma atrakcjami. Mamy zarezerwowane niektóre z nich, jakie oferuje wyspa. Pływać łodzią… będę ale nie za bardzo lubię, przeżyję, lecz gubię się w małych przestrzeniach. Kołysanie też przeżyję jeśli zażyję tabletkę. Panicznie boję się wody, no cóż jak atrakcja to atrakcja, popłynę. Będzie zachód słońca z lamką wina, safarii, wycieczka po wyspie na ATV, śniadanie z lunch na żagłówce i coś tam jeszcze co MM uważał za stosowne zarezerwować.

Oczywiście, że jestem podkscytowana, bo jakże inaczej.

Biorę za sobą najnowszy aparat fotograficzny jaki mi MM zakupił. Jest to Sony RX100 VI. Mały, poręczny i podobno wiele potrafi. Uczę się obsługi, mam nadzieję na cudowne zdjęcia. Biorę również ze sobą mego NIKON750, jest niezastąpiony.

Jeszcze nie byłam na wakacjach a ostatniej nocy, spaliła mi się skóra. co było przyczyną tej alergii nie wiem. Początkowo poczułam, że skóra jest gorąca, i czerwienieje, po nie spełna minucie już mnie ogniem paliła  i za chwilę swędzenie. Mogłam w tamtym momencie skóre z siebie zedrzeć. Obudziłam MM, który przyszedł mi na ratunek. Pomógł mi posmarować się maścią Cortizone-10, która prawie natychmiast zaczęła działać. Temperatura skóry zaczęła opadać, kolor też wracał do normalnego koloru ciała. W momencie “ataku” skóra wyglądała jakbym spaliła się na słońcu tylko bąbli nie było widocznych, jedynie przy dotyku były wyczuwalne podskórne.

Zanim wyruszę na wakacje, postaram się jutro odwiedzić lekarza. Nie chcę żadnych niespodzianek na moich wakacjach.

Dziwne. Zaczęło oklo 2 tygodnio temu, od jęczmienia na oku. Magia magią, przesądy przesądami ale wyczytałam, że pocieranie złotem, pomaga. Powiem, że pomogło. Zaczerwienieni, swędzenie i ból powieki ustawał, kiedy zaczęło mnie boleć nad nadgarstkiem w miejscu gdzie nosi się zegarek. Promieniowało do środkowego palca. Bół ostry, że czasami wydawałam syczące dżwięki. Prowadząc samochód musiałam zdjąć zegarek bo ból był bardzo dotkliwy. Dwa dni i o bólu ręki zapomniałam, ale… szyja dała o sobie znać. Bół z prawej strony przejmujący i nie ozwalający na prawo skręt. Dotknąć nie można, skręcić nie można. Migdałki ok, przełykanie też normalne. 2-3 dni smarowałam maścią i chodziłam owinięta leciutkim szaliczkiem. Ból szyji mijała kiedy… opryszcka zaatakowała mój pośladek.

Zaczęłam siebie pytać… kiedy to się skończy? Opryszczka nie pozwalała na spokojne siedzenie i leżenie. Stanie ok ale ciężko prowadzić samochód w pozycji stojącej jak też i spanie na stająco wyglądało mi na nie bardzo komfortowo. Opryszczka już się goiła w czym pomogła maść Abreva, zaatakowała mnie płonąca alergia.

Tylko … nie mogę znależć przyczyny. Skutek to był, jeszcze trochę to bym została bez skóry.

Przypuszczam, że wirus mnie jakiś zaatakował.

Na wirusa nie ma lekarstwa – podobno. Może, można czymś go chociaż uśpić jeśli nie ma sposobu na zabicie.

Raz w roku

WALENTYNKI

Sklepy kuszą klientów balonami, kwiatkami, czekoladkami i różnymi prezentami. Ja też kupiłam różowe kwiatki w doniczce i baloniki na plastikowym patyczku.

Dlaczego nie?

Jeśli jeszcze mam żyć 25 lat to już mi pozostało 24 razy obchodzić wszelkie święta które są raz w roku. To niewiele.

Dziecko, które się rodzi ma takich świąt 78,87,90. Zakładając, że rodzi się zdrowe i żyć będzie w zdrowiu.

Więc, trzeba cieszyć się z każdego święta, mniejszego i większego.

Buraczki połączone z MBA

To był szybki poranek. Nie miałam czasu na poranną kawę i śniadanko. Kubek z kawcią wzięłam ze sobą i tak z kawcią w ręku wtoczyłam się o 6:10 am do pracy.

Za oknem było ciemno kiedy przystąpiłam do obowiązków. Niewiele pracy mniałam, skonczyłam szybciutko.

Po drodze do domu zajechałam do Farmers Market. Sklep z towarami z różnych stron świata. Chlebek żydowski, mąka pszenna rosyjska, budyń arabski, ogórki konserwowe polskie, ryż chiński.

Kupiłam buraczki czerwone z pól amerykańskich, ugotowałam barszcz czerwony. Czasami trafiają się buraki gorzkawe, rzadko ale się trafiają, te słodziutkie i smaczniutkie i taki wyszedł mi barszczyk.

No miałam degustatora w postaci MSJ, zjadł dwie miseczki. Można powiedzieć, że był głodny. Ale to nie tak, jak syn głodny a w domu nie ma nic do jedzenia lub jest to czego nie lubi, jedzie do restauracji. Nie mam obowiązku gotowania i zaopatrywania lodówki. Gotuję bo mam chęć, dogodzenia moim milusińskim.

Zaproponowałam MCD aby przyjechała po zupkę. Odmówiła, pracę późno kończyła a później szkoła.


Nie wiem czy pisałam. MCD pracuje na pełen etat w dużej renomowanej na całe stany kompanii. Jest zadowolona. Tylko nie wiemy co będzie z MBA, aplikację wprawdzie złożyła, ale nie ma niezbędnego do przyjęcia, stażu pracy na stanowisku menagera. Od początku rozpoczęcia studiów w stanach, była i jest honorowym studentem, z tym że to w przyjęciu na MBA nie pomaga. Musi zdać test GMAT. Buntuje się bo, na uniwerku miała 60% GMAT. To tylko wyciąganie pieniędzy. W stanach wszystkie studia są płatne i to nie mało. Chyba że znajdziesz sponsora, który uwiąże ciebie do biurka za marne centy, bo przecież musisz odpracować to, co w ciebie włożył.

Po 5-10 latach jest za późno na rozwój zawodowy, jeśli ciebie taki sponsor wyżyłował, podcinał skrzydła. Jeśli trafisz w dobre ręce to lecisz na fali zawodowej. Szansa na dobrego sponsora jest 50/50. Jeśli można uniknąć ryzyka, unikajmy.

Wieczorkiem siedziałam w internecie i sprawdzałam poziom trudności tego testu. Trudny.

W najbliższych dniach się wyjaśni, czy przyjmą ją na MBA czy też nie. Prowadzi rozmowy, ma dobre referencje. Ma 0,1% szansy. 🙁

Dostanie się na MBA w Polsce to jest bułka z masłem. Nie potrzeba żadnego doświadczenia na żadnym stanowisku, nie zdaje się testu GMAT.

Tylko do Polski nie pojedzie. Pracy nie rzuci, po powrocie nawet z dyplomem, nie będzie łatwo znaleźć pracę. Jednym słowem po wypadnięciu z “obiegu”, stajesz na straconej pozycji, zaczynasz od początku.

Jednym słowem czekamy, minimalna nadzieja, a byłby ewenement gdyby przyjęli, ale 0,1% jest lepsze od 0%.


Jak widać, każdy ma inne problemy życiowe.

Ktoś na świecie walczy o bułkę dla swego dziecka, gdzieś tam lawina przysypała turystów, inni ślub biorą aby za 3 minuty się rozwieść, komuś się dziecko rodzi lub ktoś z rodziny umiera.

Ile jest ludzi tyle jest problemów, kłopotów, zdarzeń, zdarzeń tragicznych i szczęśliwych.


Córcia do domu wróciła przed 11pm. A ja czekałam na wiadomości od niej.

Mogłam już poprawić poduszkę i usnąć.

Nie ważne w jakim wieku są i będą moje dzieci. Zawsze będę się o nie martwić i cieszyć z ich szczęścia.

Co się odwlecze….

Zanim wyjechałam do pracy. Wyjęłam naczynia ze zmywarki. Zmyłam blaty w kuchni i płytce gazowej. Stół kuchenny doprowadziłam do używalności po śniadaniu. Oczywiście MM wrócił i usmażył mi boczek. No nie mój 😀.

Ogarnęłam wzrokiem moją jadalnię i kuchnię…i mogłam jechać do pracy.

Po pracy, wracam …kuchnia nie naruszona. MM pracował cały czas w office.

Na późniejszy lanch wybraliśmy się do Whole Foods. Można wybrać co lubisz, co chcesz i ile chcesz. A, że mój żołądeczek się skurczył to niewiele mi trzeba.

Córcia zmówiła na niedzielę tort Napoleon. Zanim zaczęłam zabawę z “generałem”, zrobiłam drzemkę.

Ciasto jak najbardziej zrobiłam, ale nie miałam ochoty już na pieczenie. Czym dłużej pobędzie w lodówce, tym lepiej. Piekarnik też nie był gotowy. Na święta Bożego Narodzenia piekłam ciasto pomarańczowe. Wszystkie składniki wymieszałam jak w przepisie było podane. Olej kokosowy też dodałam, zgodnie z zaleceniem, tylko nic nie było o tym, że tą białą maź powinnam rozpuścić przed dodaniem do ciasta. Ciasto piekło się, a z niego kapało i kapało, nie mogłam zrozumieć dlaczego? Pierwszy raz w życiu używałam oleju kokosowego, więc mogłam nie wiedzieć. Olej palił mi się w piekarniku, a ja miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie było!

Cały olej wykapał zanim ciasto się upiekło. Po ostudzeniu, ciasto wyszło w zapachu pomarańczowe, w krojeniu kamienne. Byłam jedyną osobą, która spróbowała kamienne ciasto.

Póżniej do pieczenia używałam drugiego dolnego piekarnika, górny oczekiwał na czyszczenie. Oczywiście czyszczenie automatyczne jest, z tym, że cały proces trwa 3 godziny i spala wszystko. Przy spalaniu mam taki smród w kuchni, że pochłaniacz oraz otwieranie okien nie pomaga.

Spryskałam więc chemią piekarnik górny, dlaczego górny taki ważny? Jest z termoobiegiem.

Odmaczałam i czyściłam, aż… zostawiłam.


Seans wieczorny

Obejrzeliśmy z MM przepiękny film rysunkowy Dumbo oraz Something’s gotta give w rolach głównych Jack Nicholson, Diane Keaton oraz Keanu Reaves.

Mam wiele ulubionych filmów, które mi się nigdy nie nudzą. Zawsze znajduję w nich coś ciekawego i zawsze mnie rozbawiają do łez. Podobnie z książkami.


Ciasto podzielone na kuleczki, zostało w lodówce.

Wiosenny relax

Dziś znów sprzątałam zeszłoroczne liście. Poprzycinałam krzewy, odsłoniłam, niektóre kwiatki. Potrzebne mi jest jeszcze jedno słoneczne popołudnie, aby dokończyć pakowanie liści. Może czwartek, bo w pozostałe dni ma padać. Jeśli w czwartek zacznę pracę (zawodową) wcześniej, to w domu powinnam być około południa.

No oczywiście, się zobaczy.

Wyniosłam już trzy donice z kwiatami domowymi na zewnątrz. Jeśli wyskoczy zimniejsza nocka, to opatulę. Nie spodziwamy się przymrozków.

Bardzo przyjemnie posiedzieć na decku, po pracy fizycznej na yardzie. Winko w kieliszku, mogę się w końcu zrelaksować.

Najważniejsze, jeszcze nie ma komarów, meszki i innych nieprzyjemnych i natrętnych owadów.

Trzeba korzystać z pięknych dni, jak przyjdą upały to nie będzie żadnego relaksu.

Mróz

Oj, co tam mróz w Chicago.

U mnie +18C dziś było. Teraz +10C.

Aby do wiosny 😁

No nie wiem co tam piszą w mediach na tą chwilę: czwartek 8pm i ileść tam minut, takie mamy oto temperatury.

Toronto w Kanadzie ma podobnie jak w Vermont.

W moim mieście w Polsce jest ZERO C.!

Jaki będzisz dzisiejszy dniu?

Oczywiście, że zależy tylko wyłącznie odemnie. Jestem poddenerwowana. Bez przyczyny. Nikt przecież w nocy, mi kołdry nie ściągał.

Chciałam wymyć zęby, tak normalnie w spokoju, bez MM podglądania, stania, patrzenia się, gapienia. Zrobić poranną toaletę bez “świadków”. Uffff

Trzeba było na kilka minut zrezygnować, bo moje kochanie drepcze mi po piętach. Uff

Zaleciałam w końcu do łazienki i zrobiłam poranną toaletę. Mamy kilka łazienek, ale nie będę wszędzie ustawiać szczoteczek, płynów, dezodorantów itd. chociaż w tej na parterze, w szafce nam szczoteczki i inne przybory, emergency.

Więc, przygotowana do pracy, wchodzę do kuchni. Tam MM, moje kochanie, szykuje dla mnie śniadanie. No i znów poddenerwowanie, które tłumię. Przy śniadaniu, moje milczenie zaczyna denerwować MM. No jak, jak powiedzieć, jak określić moje zachowanie, jeśli sama nie wiem o co chodzi z moim systemem nerwowym?

Dwa słowa, zdołałam wydobyć z siebie bez wyciągania zawleczki. Zamilkłam.

Pojechałam do pracy, jadąc pytałam… jaki będziesz mój dniu, jaki będziesz??…

Na autostradach było spokojnie tylko ja, rwę do przodu jak rajdowiec.

W pracy….Hello, how are you, good morning… i się nagadałam.

Spięłam się przy swoich obowiązkach. Nic mnie nie interesowało.

Do domu leciałam 132km/h rozglądając się na boki, czy aby na pasie obok nie leci “nieoznaczony”. Denerwowali mnie wolniej jadący, przekroczyłam dozwoloną prędkość, ale coś mnie pchało do przodu. Przecież na moich autostradach nigdy nie jest pusto, czasami zastanawiałam się gdzie ludzie jadą w nocy. 18 lat temu było spokojniej, korki były w godzinach szczytu, teraz to cud, lub autostrada zablokowana.

Wróciłam do domu cała i zdrowa. Dobrze, bo rozpędziłam się, że w ostatniej chwili hamowałam. Samochód przy chamowaniu zatrząsł się i … zatrzymał. Ojjj może 20 cm od samochodu przedemną.

Dobre mam hamulce!!!!

Dobra moja refleksja.

A do domku miałam dosłownie z 400m.

Wchodzę najeżona. Znów mi nic nie pasuje.

Myślę…głodna to i zła…

MM miał telekonferencję, więc nie pobiegłam do niego, ale gdyby nie miał też bym nie pobiegła.

MM zszedł za jakiś czas do kuchni, mój nastrój, handra jak go zwał, tak go zwał, okropny, nie zachęcił do rozmów MM.

On uciekł do swego office a ja, około godziny siedziałam i gapiłam w okno. Nawet nie myśląc i nie patrząc.

Ostatecznie położyłam się na łózku w obówiu i ubraniu, przykrywając się ozdobną kołderką. Nie dbałam, kurz czy jakieś inne nieczystości, przywlokłam do łóżka.

MM zaglądał pytając, czy już mi przeszło.

No jak ma nie przejść, kiedy patrzę na jego zmartwiony buziaczek.

Toż on ma mnie, jedyną.

Jak widać jestem bardzo “nastrojowa”, następny napad za około roku.

Przeczytałam i nie doczytałam…

Bo poruszyło mnie coś…..

Nie zajmuję się polityką, bo wiadomo, każda następna partia rządząca, dorwie się do “rządzenia” i szarogęsienia się …. i będzie tak samo.

Nikt się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził.

My jako naród, bez znaczenia na lokalizaję na tym globie ziemskim, albo się dostosujemy albo padniemy.

Jednostka ma wiele do stracenia zaczynając od braku mleka dla niemowlaka do własnego lub życia najbliższej osoby.

Jestem prawie na bieżąco z wiadomościami z kraju w którym mieszkam oraz w którym się urodziłam. Raz się zgadzam, innym razem nie, z ustawami zarządzeniami i nakazami zatwierdzanymi przez ustawodawcę.

Zgadzam się – jestem zadowolona, że idzie coś tam w wielkim świecie, powiedzmy, po mojej myśli. Z tym, że … wcale nie musi się z tymi ustawami zgadzać mój sąsiad lub ktoś z rodziny.

Nie zgadzam się – mogę być sfrustrowana, ale widzę wokół mnie zadowolonych. To oznaczałoby, że coś poszło po ich myśli. Nie złapię transparentu w dłonie i nie będę wykrzykiwać nienawistnych haseł, bo z rana muszę iść do pracy, to pierwsze. Drugie, patrząc na hasła osób z innego, powiedzmy, zgrupowania, mogłoby dojść do rękoczynów. Chociaż jestem przeciwna, wszelkiemu mordobiciu. Brzydko mówiąc.

A więc, nie zajmuję polityką, a dyskutuję tylko w gronie mi znanym.

Mogę podyskutować o ptaszkach, kwiatach, literaturze itp. wyłączając politykę. Nie jestem wszechwiedzącą matroną, ale dobrym i cierpliwym słuchaczem, na pewno.

Mój świat to jest moja rodzina. Dzieci ( siostra przedwczoraj powiedziała … jesteś szalona na punkcie swoich dzieci, i wszystko co dla nich robisz, robisz dobrze…miło był to usłyszeć), MM którego kocham i szanuję. Rodzice, obecnie moje uczucia są zachwiane, ale kocham swoją mamusię, martwiąc się bardzo o jej zdrowie psychiczne. Siostry, jak to w rodzeństwie bywa, ale mogą na mnie liczyć.

Kolejność członków rodziny jest przypadkowa i proszę niczego się nie doszukiwać. Miłość i szacunek nie musi ze sobą walczyć, tak jak nikt z rodziny, nie musi walczyć o moje uczucie.

Moim światem jest praca w ogrodzie, sadzenie kwiatów, pielenie, podlewanie. Uwielbiam prace fizyczne i nie straszne jest dla mnie zrobienie pustaka żużlowego, zmurowanie ściany – z otynkowaniem miałabym problem.

Mój świat to rodzina i namacalne życie codzienne, jakim jest pieczenie bułeczek, chleba….itp, właśnie, dziś na zamówienie będę gotować grochówkę😁🍵🍵🍵

Moim światem jest mój dom, w którym tak wiele się dzieje, że nie muszę sięgać do polityki aby sobie czas nią wypełniać.

Może wydać się to przyziemnym, lecz wolę żyć i stąpać po ziemi, niż latać w obłokach i spaść z nich na ziemię dotkliwie się tłucząc, w najlepszym przypadku.

Można też powiedzieć, mam już swoje lata. Zaczynałam od malarza klubu wiejskiego a skończyłam na wykładowcy akademickim. Z nie jednego pieca chleb jadłam i nie jeden piec rozpalałam.

Tak jak wielu z nas zastanawiam się…jakie losy czekają naszą kulę ziemską… Mnie tu już zapewne nie będzie, kiedy wprowadzą latające taxi. Ale taka jest kolejność … rodzimy się, żeby umrzeć….

Dzięki rodzicom, zobaczyłam ten uroczy świat i poczułam co to jest życie.

Politykę zostawiam za sobą, ona nie jest moim motorem, na każdy następny mój dzień.

Córka swojej matki, matka swojej córki

MM pracował przed komputerami, ja poniewieram się po domku. Aby nie marnować dnia, jak to zrobiłam z dniem wczorajszym, postanowiłam zrobić porządek w mojej biżuterii lub z moją biżuterią.

Nałożę, położę, zaplączę itp.

Zawsze przed wyjściem nakładam to co jest pod ręką, a to znaczy, to co ostatnio.

Nie lubię nosić na co dzień biżuterii. Łańcuszki nawet te najdłuższe mnie duszą, pierścionki i obrączki przeszkadzają. W bransoletach czuję się jak w kajdanach. Od święta, oczywiście, lubię błyskotki aby zabłysnąć. 😁

Złoto amerykańskie, nie jest złotem. Pozłacany metal. Nie czyszczony zczarnieje, zzielenieje. Podobnie ze srebrem. To nie jest żadną tajemnicą dla amerykanów.

Mam ruskie obrączki, kilka pierścionków, parę kolczyków, jakiś wisiorek, medalik syna. Żaden to majątek, raczej złomowy majątek.

Układając moje precious, odkryłam, że nie ma mojej ślubnej białej torebki w której trzymałam “kosztowności”.

Zaczęłam zastanawiać się kiedy ostatni raz widziałam torebkę, a nie była w jakiś szczególny sposób chowana. Leżała w szufladzie, nie było potrzeby chować pod podłogę, zakopywać pod drzewem, murować w ścianie, zatapiać w spłuczce, wynajmować skrytkę w banku.

Nie było potrzeby, ale teraz nie ma mojego ubogiego majątku. Obrączki fajne dla syna lub córki lub na przetop. Medalika szkoda. Pierścionek jeszcze z mojej młodości z rubinem, szkoda, ale na żaden palec mi nie wchodził.

Ostatni raz było przed świętami, kiedy obracałam w palcach medalik syna.

Na święta była młodsza córka MM. Dwa lata temu “pożyczyła” sobie kartę mojej córki, z której skorzystała. Nie zrobiła olbrzymich zakupów ale około 100$. MM uważał, że nic się nie stało, pomyłka. Dla mnie i moich dzieci to była kradzież. Odbyła się rozmowa telefoniczna pomiędzy MMCM a MM. Ogólnie rozeszło się po kościach.

W ubiegłym roku było OK.

Te święta 2018?

Czyżby ona, znów?

Uspokajałam siebie.

Nie złapałam za rękę, nie mogę oskarżać. Ale jest takie coś jak, proces poszlakowy. Nikt nikogo za rękę nie złapał, ale skazali.

No i ja już miałam w swoich myślach MMCM skazać, ale zapaliła się czerwona lampka … robisz tak jak twoja matka!!! Oskarżała ciebie, starszą, młodszą i zięcia, obrusy się znalazły. Teraz znów zginęły. 😁😁Te obrusy stoją mi już kością i ością w gardle.

Zaczęłam poszukiwanie w closet https://goo.gl/images/jmkNSx .

Wszystkie pudła z obuwiem, torby, torebki, półki przewaliłam.

Myślałam … no nie ma i już nie ma nadziei, no cóż, powiedzieć nikomu nie mogę, nawet dzieciom, po pierwsze żadne kosztowności i nie ma żadnego złodzieja. Ukradła to znaczy pożyczyła, ale amerykanie nie rozumieją co to jest ruskie złoto. Gdzie by to sprzedała? I co? butelkę wina by sobie kupiła? I znów młodszą MM w myślach oskarżałam, mimo że za rękę nie złapałam.

Była u nas tydzień i czas miała. Takie oto myśli kłębiły się w mojej głowie.

Wtedy właśnie, wzrok padł na stojącą walizkę. Wiedziałam, że w niej najważniejsze dokumenty i w razie pożaru, wybić szybę i wyrzucić przez okno na piętrze.

Otworzyłam walizkę, nic szczególnego, segregatory i teczki na rzepy.

Podniosłam segregator a tam !!!! Biała ślubna torebeczka.

Nie wolno nikogo oskarżać jeśli nie mamy 200%pewności.

Po oskarżeniach mojej matki czułam się źle, jeszcze gorzej jak nie mogłam jej udowodnić, że nie wzięłam.

Ja chciałam “skazać” MMCM tylko dlatego, że 2 lata temu popełniła “pożyczkę”.

Chciałam “skazać” ale szukałam dalej, dając jej tym szansę.

Moja mama nie szuka i nie sprawdza, mówi….wiem, że nie ma i sprawdzać nie muszę..

animacja pochodzi z www.gfycat.com

Nienawiść niszczy, miłość buduje i scala….

Większość wczorajszego dnia spędziłam w łóżku. W czwartek w pracy byłam już po 6am chciałam wykonać pracę za piątek i tym sposobem mieć wolny dzień.

Piąteczek, wolny dzień, powinnam pospać dłużej, ale nie udało się, niestety.

Pomyślałam o mamusi. Jak ona się czuje, co robi? Przecież nie jest tak, że jej nie lubię. Kocham ją. Więc, zadzwoniłam. Mamusia takimi błyskawicami nienawiści strzelała, że mogłaby spalić całą kulę ziemską. Do mnie i starszej siostry żadnych pretensji, to w kierunku do swego zięcia i najmłodszej cóki.

Tak odwdzięcza się za lata opieki. Nie tylko nie wytrzymałam ale i się przestraszyłam. Rozłączyłam się po 20 minutach.

Mamusia z każdą z córek rozmowy przeprowadza w inny sposób: starsza – to starsza obsmarowuje wszystkich nie szczędząc swoich dzieci, a moja mamusia, słucha i przytakuje: ze mną – obgaduje starszą i młodszą córkę, przy tym nie ukrywa nienawiści:

z młodszą córką – warczy jak pies, strzela oczami z nienawiści ale milczy, nikogo nie obgaduje.

Więc, powiedziałam, że może do mnie zadzwonić jak będzie miała ochotę na normalną rozmowę i się najnormalniej w świecie rozłczyłam.

Ciśnienie krwi podskoczyło bardzo wysoko. Głowa bolała niemiłosiernie. Na takie przypadki mam przypisane przez lekarza specjalne tabletki.

Po przyjęciu tabletek, ciśnienie znikomo opadło, ale nie byłam zdolna do wykonywania żadnych czynności oprócz leżenia w łóżku.

Nie mogłam pozbyć się z pamięci usłyszanych słów, słów wypowiedzianych przez mamusię z niewyobażalną nienawiścia w kierunku do szwagra. Człowieka który całe swoje życie jakie spędził w domu obok, traktował moją matkę z największym szacunkiem i miłością.

Ta matki nienawiść, przestraszyła mnie bardzo, że zapaliłam świeczkę przy zdjęciu TATUSIA( one palą się prawie przez te niespełna 10 lat), prosząc aby swoją żonę, miał w swojej opiece. Tylko … mój TATUŚ ma w niebie nareszcie spokój i nie chce zapewne patrzeć na nasze kłopoty jakie funduje swoim dzieciom jego żona.

Dziś jestem w lepszym humorze i ciśnienie krwi wróciło do normy. W dalszym ciągu odczuwam strach przed nienawiścią matki do szwagra i młodszej siostry.

Mężuś mój w domu i mam do kogo się przytulić. Usiąść na jego kolanach i wyszeptać …I love you…

Ugryźć za uszko i uciec szybciuko do pieczenia bułeczek.

buleczka z dżemem

Spokojnie jak na wojnie…

Na prawdę spokojnie. Do mamusi nie dzwonie i ona do mnie nie dzwoni. Po powrocie z pracy zajrzałam do laptopa – skype- historia. ( mamusi profilu bo ja jej założyłam na swoim ipadzie, który jej zostawiłam). Starsza do mamusi dzwoni lub odwrotnie. Mają podobne charakterki to i niech się kumplują.

Skypa z iphona wykasowałam i nie jestem teraz dostępna 24h.

Mamusia do mnie ( jak wynika z historii połączeń) wczoraj i dzisiaj nie dzwoniła. Ufff i bardzo dobrze.

Chcę ciszy i spokoju.

Wcześniej czy później będę o sytuacji poinformowana. Lepiej później.

Deszcz rozpadał się w godzinach popołudniowych a ja przed 8pm wskoczyłam do łóżeczka pod kocyk elektryczny i dodatkowo dwie kołderki. Ogrzewanie w domu mam nastawione na 24C.

Zauważyłam: przy spadku wagi ciała jest mi bardzo zimno. 8kg już mi ubyło, jeszcze ze dwa.

W poniedziałek zrobiłam blok tak PRLowski. Słodziutki, smaczniutki, więc przez kilka dni będę się nim zajadać, więc waga nie spadnie.

W marcu lecimy na wakacje. Wchodzę już w swoje bikini z przed 17 lat. Wchodzę…. 2kg mniej i będę laseczka😁.

MM wróci dopiero w piątek🙁🙁🙁🙁

Historii nie zmienisz, ale możesz mieć piękny jutrzejszy dzień, jeśli się tylko postarasz😁😁😁

Dzisiaj mamy święto. Mogę wylegiwać się w łóżku. MM pojechał do pracy, ktoś musi zarabiać, aby ktoś mógł leniuchować. No nie tak do końca. Jutro i ja do pracy.

Postanowiłam, że w tym tygodniu nie będę dzwonić do mamusi. Postanowienie, postanowieniem. Nie zdążyłam wypić porannej kawy, a tu nagle skype dzwoni.

Mamusia!

Oczywiście, że odebrałam.

Zanim wczorajszej nocy usnęłam. Analizowałam opis zdarzeń mamusi, młodszej siostry, siostrzenicy i szwagra.

Siostra i szwagier mają prawo być zmęczeni opieką i rozpieszczaniem mamusi.

Kotlecik nie za bardzo przypieczony?, a wątróbka jak smakuje? mama uważa na ości w tej rybie….herbatkę ci zrobię inną jak tej nie lubisz itp.

Szwagier na przemian z siostrą usługiwali.

Mówiłam ….za dużo się starasz. Co kilka godzin wykonywała telefon do mamy, czy aby wszystko dobrze, czy nie potrzebuje pomocy. Zwalniała się z pracy, woziła do lekarza, a jak mamusi źle się czuła zostawała w domu biorąc wolny dzień.

Siostra inaczej nie potrafi taka jest i jej nie zmienię, swojej matki też nie zmienię.

Zaistniały jakieś nieporozumiena, pomówienia i plotki. Każdy zasypywał mnie tymi nieciekawymi wiadomościami.

Mamusia płakała, że nikt jej nie wierzy.

Siostra ze szwagrem, że matka niewdzięczna i wymyśla, plącze, plotkuje. Udaje chorą jednym słowem symulantka. ( z tym udawaniem to jest trochę a może więcej niż trochę, prawdy)

Znów coś zginęło a coś się odnalazło.

Usnęłam.

Senne majaki męczyły całą noc.

Po obudzeniu….

A jeśli? A jeśli 0,00000000000001% jest tak jak mamusia mówi? Co ja bym zrobiła gdyby nikt mi nie uwierzył? Może przekręciła zdarzenie, a jeśli nie? Nikogo w domu nie było tylko ona i szwagier. A szwagier? Szwagier … jak może mama tak mówić!!!….powiedział

No właśnie, dlaczego nie zaprzeczył? A siostra? Opowiada jakby mnie chciała skłócić z mamusią. A mamusia opowiada jakby chciała mnie skłócić z siostrą. A może to tylko jest moje wrażenie? Nikt nikogo z nikim nie chce skłócić. A może to są jedynie frustracje z ciągłego bycia razem, mamusi z siostrą i jej rodziną? Czasami człowiek tak ma, że chce pogadać i wcale nie uprzejmie.

Odebrałam skypa.

Popłakałyśmy razem. Kazałam mamie przestać narzekać, i nie warczeć jak pies na siostrę. Siostra stara się jak potrafi a to nie jest łatwe ….opieka nad starszą osobą. Chociaż raz podziękować za darmowy i podany obiad. Może mamusia się nie zgadzać z wieloma sprawami ale wyjścia nie ma. Jeśli każą nałożyć nową bieliznę na wizytę do lekarza to nałożyć i nie dyskutować.

Słów powiedzianych już nikt nie cofnie i bólu jakie one dokonały niczym nie złagodzisz. Nie należy do tego wracać bo będzie jeszcze gorzej.

…to co? To mam milczeć!!?

TAK!!! Masz milczeć. Tatuś zawsze mówił mądry zawsze ustąpi, głupi nie ustąpi bo jest głupi.

Jesteś stara i powinnaś być mądrzejsza.

Z mamusią spędziłam prawie cały mój wolny dzień.(skype)

Uspokoiła się. Wiele rzeczy zrozumiała (tak myślę).

Nie dam ręki uciąć, że nie przekręciła pewnych zdarzeń.

Możliwe, że szwagier rozmawiając na skype (obraz był wyłączony) z moją starszą siostrą, a włściwie ją ochrzaniał (i miał za co) mamusia mogła odebrać te słowa jako skierowane do niej.

W tej walce wszyscy są pokonani. Niestety.

Ale…. to już historia.

___________

Przy rozstaniu siostra jak i mamusia były w dobrych nastrojach.

Trudno jest pomagać, radzić i rozwiązywać problemy przy użyciu SKYPA.

Mieszane uczucia

A może nie jest tak, jak ja myślę? A może faktycznie, jest tak, jak mamusia przedstawia daną sytuację? Chociaż to jakaś paranoja, ale przecież … może mieć rację. Chociaż to niemożliwe, że młodsza siostra jej siada na łóżku, tapczanie i miesza jej w wersalce w mamusi graciarni. Mamusia jest każdego dnia w domu, zauważyłaby. Siostra i szwagier pracują, po pracy gotują obiad, podają mamusi i niby kiedy zrobiliby takie coś, jak przewracanie jej w rzeczach. Mamusia mówi, że jak śpi. Nigdy, przenigdy tego nie robili i dopiero nagle teraz, mieliby jej dokuczać? Z jakiego powodu?

Nie mam spokoju w swoim sercu. Paranoja, paranoją ale…nic się kupy nie trzyma. Siostra opowiada co innego, mamusia ma swoją wersję. Komu wierzyć?

Siostra opiekuje się mamusią, ale po oskażeniach z mamy strony ogranicza się do podania obiadu, zawiezienia lub wezwania lekarza. Największa awantura była o zmianę pościeli i przebranie się. Mimo to, że mamusia nie chciała zmienić tej cholernej pościeli, siostra to uczyniła.

Moje kontakty są poprzez skypa. Codzienne kontakty z moją matką, byłyby dla mnie nie do wytrzymania. Z tym, że ja mieszkałabym w innej dzielnicy i odwiedziny byłyby również nie każdego dnia. Siostra młodsza w tym samym budynku lecz w oddzielnym mieszkaniu.

Byłam przecież w ubiegłym roku. Chciałam zmienić obuwie na kapcie. Wskazaną szafkę przez mamusię otworzyłam i wzięłam papucie jakie mi wskazała. Były to stare, wykrzywione i śmierdzące kapcie. Na moje spostrzeżenia..śmierdzące, zużyte, wykręcone, powiedziała, że ma nowsze. Podziękowałam zostałam na bosaka. Powiedziałam że te śmierdziuchy pójdę wywalę do kosza na śmieci. Obruszyła się, że jak zechce to i sama może wyrzucić. Nie docierało do niej, że śmierdzi cała szafka i to nie ważne czy tam nowe leżą czy stare kapcie. Wszystkie nabrały nieprzyjemnego zapachu. Była zła na mnie, mam nie ruszać i to nie moja sprawa. Byłam tylko z tzw. doskoku, młodsza siostra jest na co dzień.

Nie miałam zamiaru się kłucić, nie przyjechałam wywoływać jakieś scysje. Śmierdziuchy mają się dobrze, leżą sobie w szafce, a woń ich rozchodzi sie po całym mieszkaniu. Kupiłam mamie nowiuśką bieliznę (będąc w Polsce). Wysłałam paczkę na święta z nowiuśką, również bawełnianą bielizną. Można zgadnąć…nie nakłada, woli te majciochy z których gumka już wyłazi. Majciochy rozciągnięte. Skąd wie, że majciochy rozciągnięte? Robiłam dla mamusi pranie w swoim domu. Składałam te szmaty i nadziwić się nie mogłam… dlaczego? A kiedyś tak dbała o siebie, gdzie się podziała ta czysta dbająca o siebie osoba?

Tak…jestem rozżalona, bo daję tyle z siebie serca, a ona ciągle obgaduje i mnie również oskarża, plotkuje.

Po dzisiejszej rozmowie z mamusią, mam mętlik w głowie. Znów przyjęłam tabletke na uspokojenie, chce mi się płakać.


Moja córcia

Dziś były mojej córci urodziny. Żeby się pocieszyć, zadzwoniłam do mamusi. To jest starsza osoba, której mieszają się fakty, dni i wszelkie zdarzenia. Przy tym jest zła na wszystkich, sieje nienawiść, oskarża wszystkich o kradzież pieniędzy nie spawdzając czy są w miejscu ich ukrycia. Uparcie twierdzi, że okradziono, że ktoś myszkuje po jej pokojach, że zastawiane są na nią zasadzki. Jakaś paranoja. Na stwierdzenie, że jej się wydaje, odpowiada ….nie jestem durna, pamiętam … Nie dopuszcza możliwości zapomnienia czegoś, pomylenia. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, aż się rozłączyłam. Starsza siostra, mamusie nakręca, plotkując, obwiniając pozostałych za swoją sytuację. Szczerze? Sama wypracowała swoją nieciekawą sytuację. Mamusię, 90 letnią kobietę, obciąża swoimi problemami, plotkując i pytając…dlaczego nie jestem bogata?… 69 letnia baba, zadaje takie pytanie.

No i z mamusią się rozłączyłam. Nie powiedzialam o moim upadku ani dziś ani wczoraj. Nie wspomniałam o urodzinach córci, bo i moją mamę to nie interesuje. Zawsze była pomiędzy egocentrykiem a egoistą.

A ja,

spędziłam cudowny wieczór w gronie swoich dzieci i ich towarzyszy życiowych i MM. (Przed wyjściem przyjęłam tabletkę ziołową od nerwów)

Piliśmy, winko. Jedliśmy wykwintne dania. Serwowane ciasta tortowe … sam miodzik. Na zakończenie expresso cappuccino.

Opowiedziałam zdarzenie które doprowadziło do urodzenia się córci w 7 miesiącu mojej ciąży.

Było wiele żartów, radości i uczucia wzajemnego lubienia przebywania w swoim gronie.

Chciałabym aby mamusia moja się uśmiechnęła, żeby chociaż raz w swoim długim życiu, powiedziała… przepraszam, dziękuję, proszę, nie mam racji, pomyliłam się, kocham cię.

To są zwroty które w sposób magiczny łączą ludzi.

Wiem, nie usłyszę od swojej mamy i tu nie chodzi aby te zwroty były skierowane do mnie. Niech wypowie do którejś z moich sióstr.

Jest mi przykro, jest mi bardzo przykro.

____________

Ale… uroczystość z okazji urodzin córuni, była magiczna. 😍😍😍😍🥰🥰🥰🥰😘😘😘❤️🎈❤️🎈🎉🥰🥰🥰🥰🥰🥰🥰

do czego to prowadzi….

Jestem na bieżąco z zaistniałymi wydarzeniami w Polsce. Bo jak można się odciąć?

Urodziłam się w Polsce, dzieciństwo, młodość i czas edukaji spędziłam również w kraju urodzenia. Los bo los…tak pokierował, że jestem w kraju, o którym nie śniłam i nie marzyłam. Byłam szczęśliwą mamą i z uśmiechem na ustach wykonywałam swoje obowiązki służbowe. Aż, obudziłam się za wodą i zrozumiałam, że wyjścia innego nie mam. Byłam nielegalnym emigrantem i nie byłam emigrantem zaborczym i roszczeniowym. Kraj mojego “wygnania” uważałem za coś przejściowego. Nie obwiniałam nikogo za moje wygnanie, no exa jak najbardziej, ale tak cichutko, aby nikogo nie zarażać, moimi nie najlepszymi myślami. Nie siałam nienawiści, zła i swoich frustracji. Pozwoliłam swoim dzieciom zrozumieć jaki jest ich tatuś. Na zrozumienie i dojrzałość do pewnych sytuacji potrzeba czasu. Nic nie dzieje się poprzez pstryknięcie palcami.

Zasiane zło wzejdzie i się rozsieje jak chwast.

Zasiane dobro zakiełkuje urośnie i zaowocuje.

Zaznałam nienawiści i sama nienawidziłam. Do tego stopnia, że wymyślałam najprzeróżniejsze sposoby dokuczenia. Cieszyłam się jak zadziałał, smuciłam gdy sposób nie udał się. Aż…zapaliło się światełko STOP. Poprosiłam objekt mego znienawidzenia o rozmowę w cztery oczy.

” Wiem i ty wiesz, że ukradłaś moje pieniądze. Wiesz jak ja potrzebowałam tych pieniędzy.

Jesteś złodziejką. Jesteś złodziejką i my obie tylko o tym wiemy.

Możliwe, że ty tych pieniędzy bardziej potrzebowałaś niż ja i moje dzieci.

Wybaczm Ci.”

Podałam jej rękę na znak mego wybaczenia.

Dziewczyna nie podała mi ręki, więc wzięłam jej dłoń i uścisnęłam.

Po słowach …Wybaczam ci… i uściśnięcie jej dłoni, wybaczyłam tej dziewczynie. Poczułam się wolna od nienawiści, wolna od myśli o pieniądzach i o niej. Poczułam lekkość i powróciłam w głąb siebie. Ponownie byłam sobą.

Tylko… na przebaczenie które płynie z samego serca trzeba dużo siły.

Słowa i tylko słowa nie zdziałają cudów.

Nienawiść jest jak rak z przerzutami.

Za kilka dni dziewczyna się wyprowadziła.

Jeśli nie zrozumiemy swojej nienawiści, zje nas i kosteczki nie zostanie.

Jeszcze nie czas…

Kilka dni wolnego. MM w pracy na wyjeździe, postanowiłam odozdobić domek. Każdego roku ozdabiam na zewnątrz i wewnątrz. Nigdy mniej, zawsze więcej i więcej. Dokupuję światełek, bąbek itp.

Ozdabiam nawet łazienki. Oczywiście sprzątania, jest bardzo dużo i robi się większy bałagan niż przy ozdabianiu.

Ściągam ozdoby z mebli, okien i rozbierałam choinkę, bez żadnego ustalonego wcześniej porządku. Srebrny pokój zostawiłam na koniec.

odzdabianie 2019

Do zdejmowania dekoracji używałam drabinki z trzema schodkami. Wygodnie i bezpiecznie.Tak też myślałam…jestem bezpieczna, nic mi sie nie stanie jeśli będę się trzymać i wszystko bedę robić ostrożnie…. I tak też się zachowywałam. Doszłam do kuchni. Na oknach sznury kolorowych delikatnych łańcuchów choinkowych. Wiadomo w sklepach na całym świecie, jest ogromny wybór, więc…w okresie przedświątecznym nigdy się nie oprę pokusie kupienia.

Z jednej strony okna kuchennego do zdejmowania łańcuchów (widoczne po lewej stronie zdjęcia) użyłam drabinki. Nie wiem, dosłownie nie wiem, możliwe że byłam już zmęczona i z za stołu kuchennego drabinki nie zauważyłam, że ją tam zostawiłam, stanęłam na krześle. Krzesła nie przysuwałam blisko okna, miałam nadzieję że łancuch po pociągnięciu się zsunie. Niestety nie zsunął  i nie dbając, że może się porwać, pociągnęłam po raz drugi i ze zwiększoną siłą.

To był błąd, to była zła decyzja. Padałam zciskając w dłoni kolorową świąteczną girlandę. Obok stał kosz z już poskładanym praniem. W głowie myśli leciały jak kometa  ..padnę na kosz, padnę na stopień kuchennych schodów, co będzie dalej…

Najpierw otarłam się nogami o kosz,  pośladki i biodra z hukiem opadły na podłogę, ostatnia była głowa. Myśl…co będzie????….

Głowa z wielkim ciężarem opadła na zgrzewkę zielonej herbaty. Plastikowe butelki zamortyzowały upadek głowy, ale nie tak bardzo, bo po upadku głowy, całe ciało aż drgnęło. Obolała wstałam. Krzesło nie wywrócone, poskładane pranie rozrzucone i daleko odemnie.

Cała prawa strona mojego ciała boląca. Prawa noga, łokieć i biodro uciarpiały najbardziej. Nie byłam pewna czy niczego nie połamałam, łokieć bolał okrutnie. Noga wykręcona ale … dało się ją poruszać. Głowa…głowa w tym upadku najmniej była poszkodowana.

Cały dzień, zgrzewka butelek plastikowych mi przeszkadzała. Nie przeszkadzała mi w poruszaniu się po mieszkaniu, przeszkadzała mi moim oczom. Byłam zła na siebie, że nie chowam jej do szafki,  nie wynoszę do garażu jak zwykle. Ale nie, patrzyłam i nic nie robiłam. Kolejny raz przechodząc obok zgrzewki z butelkami,  chciałam  chwycić i ją rozpakować. Butelki ustawić w barku. Coś mnie powstrzymywało. Coś nie pozwalało mi na wykonanie tej czynności.

Żeby nie zgrzewka,  moja głowa, uderzyła by o kant kuchennego schodka. Co by było? Nie wiem. Padając pamiętałam o schodku, zapomniałam o zgrzewce zielonej herbaty w plastikowych butelkach.

Miałam ogromne szczęście.

W łóżku długo nie mogłam zasnąć, wypiłam kawę dość późno to pierwsze, drugie …. byłam obolała. Miałam trudności ze znalezieniem odpowiedniej pozycji do snu.

Poranek przewitał mnie …bolącym nadgarstkiem, łokciem, biodrem, całą nogą.

Nie odczuwam, żadnego bólu głowy po upadku.

Miałam szczęście.

Stracony głos

Tak, tak, dziś drugi dzień bez głosowy i piszcząco- skrzeczący. Chcę coś powiedzieć a głos zanika lub … piszczy, skrzeczy. Trudno mi się rozmawia ale próbuję.

Po wypiciu każdego łyczka wody, jest lepiej i za chwilę to samo.

Gardło, głowa nie boli. Gorączki nie mam, osłabienie. Ogólnie czuję się Ok, spać się chce. Wczoraj po pracy podgrzałam na patelni jedzonko. Po zjedzeniu schowałam się do łóżka. Spałam, budziłam się, spałam i tak do 10pm. Zeszłam na parter aby pogasić światła a inne zapalić. Czerwona lampka na płytce gazowej zwróciła moją uwagę. A tam pod patelnią płonie palnik gazowy. Wprawdzie był nastawiony tylko na podgrzewanie ale …. żeby tak byłoby włączone całą noc to … nic by się nie spaliło, ale zasmrodziło to na pewno. Wczoraj byłam po pracy wykończona. Dzisiaj mniej, ale jest po 5pm, a ja w łóżku. Grzeję się pod dwiema kołdrami i kocykiem elektrycznym.

Nie chcę chorować.

Wiosna przecież idzie!!!!!

Ptaszki już radośnie ćwierkają!!

Wiosenne kwiatki nieśmiało wschodzą!!!

Chorować nie mogę!!!

Tak to w życiu bywa

Nie potrzeba mi było, żadnej diety aby stracić około 5kg. Szybko i skutecznie. Szybko bo zaledwie w 5 dni, skutecznie,  bo ich nie ma.

Pytanie czy zdrowo?

Problemy zaczęły się w piątek i…jak długo potrwają nie wiem. To nie znaczy, że problemów zdrowotynych MSJ nie miał wcześniej ale nasiliły się do tego stopnia, że cała rodzina została wkręcona do pomocy. Samochód ukradli, dostał od ubezpieczyciela inny. Z tym …. że tym innym w poniedziałek,  wpadł w wielką dziurę na jezdni. Stracił koło. Gdzieś zostało w jamie. Tak, tak… w stanach też są jamy i wyboje. Po ulewnych deszczach pokazuje sie ich więcej. W poniedziałek lało i to porządnie,  zaczęło w niedzielę po południu, całą noc i przestało w poniedziałek wieczorkiem. To się są “kapuśniaczki” to sa prawdziwe ulewy.

Firma wypożyczająca już samochód zabrała. MSJ jak narazie nie spieszy się do odbierania następnego samochodu. Jest w stresie wielkości Kilimandżaro. Zajęcia opuścił, dzisiejszy test w szkole podobnie.

A ja? tracę kilogramy. Jeść nie mogę, po zjedzeniu czegokolwiek odwiedzam…

Zdjęcie pochodzi ze strony www.wykop.pl/tag/wc/


Apetutu nie mam, słodkości omijam wielkim kręgiem, czuję jakąś odrazę. Nie nie, w ciąży nie jestem.

MM był bardzo pomocny przy pierwszym problemie z kradzieżą. Drugi problem z urwanym kołem, MSJ sam załatwiał.

Mówią… nieszczęścia chodzą parami. No chodzą. Mam nadzieję, że nie czwórkami.

Czego życzyć sobie na jutrzejszy dzień?

Spania do południa , żadnych niemiłych niespodzianek.

 

„Wszystko dobrze”😢

Był sobie samochodzik. Kolor czarny z przyciemionymi szybami, a w środku…. a wewnątrz skóra czerwona na siedzeniach. Śmigał samochodzik ulicami miasta i przedmieścia. Zadbany był odpowiednio, w czas karmiony oliwką i benzynką. Sprawdziany na swoje okrągłe “nóżki” przechodził przed czasem. Wszystkie zabiegi kosmetyczne dokonywane były w renomowanych stacjach. Aż tu nagle…. ktoś GO podejrzał. Zachciało się komuś posiąść nie swoją własność. Ot tak po prostu. W myśl … chcieć to móc…móc to chcieć…

Nie

zważając

na właściciela

samochodzika,

wypatrzył GO i pewnej nocy, uprowadził.

Nie przeskodziły bramy i kamery.

Nie zważając na zawartość, ważne lekarstwa, dokumentację medyczną i książki.

Nie pomyślał…, że komuś przewróci życie do góry nogami. Nie chodzi tutaj, już o samochodzik, ubezpieczenie wypożycza zastępczy samochód, zwróci całą wartość samochodu na dzień kradzieży. Chodzi o lekarstwa które niezbędne są do przetrwania następnego dnia, chodzi o uczucia innych, bo nie tylko właściciel cierpi ale wraz z nim cała jego rodzina.

Już się wypłakałam, za siebie, za dzieci i za swój los.

Nie narzekam.

Dlaczego tak jest, jak się wali to wali się na wszystkich frontach.

Nie trzeba mi mówić, że sami przyciągamy zło, że obdażając uśmiechem i szczęściem innych, ono do nas wróci. Za dużo mam lat, aby mogłabym uwierzyć.

Teraz muszę pomagać synowi. Czasami brak mi pomysłu na sposób pomocy.

Co dalej?

NIE WIEM.

Wiem, że muszę być silna, silniejsza niż mogę sobie wyobrazić.

„Przyjaciel”

Zajadę do domu, będę jeść smakołyki…myślałam…polskie szynki, pasztety, parówki, sery, kiełbasy jednym słowem…RARYTASY!!!!

W smaku …te rarytasy…takie same jak za wodą. W terminie zjadliwości to samo. Kupisz plasterków tyle co na śniadanie do zjedzenia, to zjesz. Na kolację wywalasz resztę do kosza. A miało być świeżo i smacznie. Jedynie paczkowana wędlina przetrzymuje kilka dni dłużej. Przechowuję w lodówce i zwiększyłam temp. chłodzenia.

Ziemniaki podobnie, po przekrojeniu są w ciapki i niektóre gatunki ciemnieją bardzo szybko.

Możliwe, że moje podniebienie jest mniej wymagające lecz mój nos wywęszy każdą sekundę przekroczenia terminu ważności żywności, nawet tą wydrapaną na etykietce.

Jednym słowem … dwa kraje i różnicy nie ma, oczywiście jeśli dotyczy to żywności.

Więc, jem to co można lecz apetyt w skali 1-10 oscyluje 4-5.

Kawci za wiele nie piję, niestety😪. Przed jej zrobieniem pomiar ciśnienia. To ono mnie teraz kontroluje, a miało być odwrotnie.

Wysokie … soczek lub herbatka owocowa.

Niskie …. wybór kaw mam duży😁.

Ot, kupiłam w pierwszym tygodniu moje winko Martini. Stoi i tak je zostawie. Nie to że brak towarzystwa. Z tym, że nigdy nie myślałam, że moim najwierniejszym niepijącym przyjacielem a właściwie stroniącym od alkoholu i kawy będzie, miernik ciśnienia krwi.

Zaprzyjaźniłam się na tyle, że zabieram go wszędzie, dbam o jego samopoczucie i dokarmiam bateriami. Żeby nie czuł się samotny, tableteczki jemu dzwonią w pudełeczku.

Tak rozpoczynamy dzień i podobnie kończymy😁.

Po drugiej stronie pracowicie

Od przeszło tygodnia jestem w…Polsce. Jak ją widzę? Tak jak w ubiegłym roku, jedynie bardziej rozświetloną. Słoneczko od rana do zachodu mi pięknie świeci. Kilka kropli deszczu spadło w sobotę i to wszelkie mokro które się pojawiło.

Biegam po urzędach,  załatwiam wszelkie niezbędne dokumenty do notariusza celem dokonania darowizny na rzecz mojej młodszej siostry. Po co mi jakaś scheda po za miastem, kiedy przyjeżdżam raz do roku. Mam dom, swój dom i to wystarczy a majątki po tacie mi nie potrzebne. Przyjęłam spadek, tak było trzeba. Z tym, że nie byłam od początku zadowolona. W ubiegłym roku mamusia była chora i nie było czasu na bieganie po urzędach. Siostra też nie była za bardzo przekonana do przyjęcia darowizny. Teraz jest ten czas i robię z tym porządek. Tak czy owak, jeśli mi się coś stanie to moje dzieci odrzucą przyjęcie schedy i spadnie na kogoś. Więc, lepiej oddać komuś kto chce, a nie z musu będzie przyjmował.

To jeszcze nie koniec moich zmagań. Modrzew rozrósł się okropnie.  Gałęzie ocierają się o budynek. W planach miałam tylko przycięcie. Cóż znaczy dla mnie 700zł. A znaczy, bo to nie 70 groszy i nie 7 zł. To jest na prawdę spora kwota za przycięcie drzewa. Siedziałam, myślałam i mimo że, jest mi szkoda drzewa, postanowiłam całkowicie wyciąć. Okazało się też, że jest bez znaczenia, wycięcie czy przycięcie, kwota 700 jest niezmienna. Po przycięciu wierzchołka a uczynilam to kilka lat temu, drzewo odrosło i ze zdwojoną siłą i obwodem gałęzi. Biegam więc,  po urzędach załatwiam mapki geodezyjne, upoważnienia sąsiadce która to będzie nadzorować nie tylko wycięcie ale również, urzędnika od pomiarów drzewa. Niestety, ale drzewa bez pozwolenia nie da się wyciąć.

Panie urzędniczki za swoimi biurkami są anielskie, jestem miło, sprawnie i z uśmiechem załatwiana. Może to ja otwierając urzędnicze drzwi, wnoszę aurę spokoju, szczęścia i uśmiechu.

Mamusię odwiedzam każdego dnia. Jutro muszę zrobić przerwę, urzędy do których muszę się udać znajdują się na peryferiach miasta.

Po takich podróżach, wieczorkiem jestem zmęczona. Zmiana czasu jest bardzo dokuczliwa, mimo zmęczenia zasypiam po 2am wstaję 7-8am. nie przestawię się jak widać tak szybko. No cóż…nawet dobrze daję sobie radę, może powinnam zawsze spać tylko 4-5 godzin.

MM tęskni, dzieci również…och jak dobrze, nareszcie ktoś za mną tęskni.

Zakręciłam się

Poniedziałek

W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam bardzo źle. A gdy nad ranem przed 4am coś gdzieś w domu gruchnęło, nie wstałam sprawdzić. Pieski nie zaszczekały, więc nie zerwałam się na równe nogi. Zastanawiałam się co i gdzie ….może pieskom spadła duuuża psia kość ze schodów, może… i już mi pomysłów zabrakło. Zasypiałam – budziłam się i zasypiałam. Gdy wstałam miałam lekki ból w szyji. W pracy podczas skrętu głowy w prawo, minimalny ból. Nie taki aby zaprzątać sobie tym głowę.

Po powrocie z pracy, sprawdziłam gdzie i co spadło. Lusterko powiększające przmocowane przyzsawką do lustra spadło. Spadło, leżało na podłodze w łazience. Całe.

Wtorek

Noc minęła niespokojnie. Ból szyji się nasilił. Przy każdym przewróceniu na bok, budziłam się i kombinowałam jakby to zmienić pozycję ciała. Tak, tak… nie zmieniłam, tylko wyprostowałam.

Prowadząc samochód, nie mogłam skręcić głowy w prawą stronę i sprawdzić czy aby nikt nie nadjeżdża, wykonując manerw samochodem w lewą stronę. Na wyczucie, zgadywanka, ruletka. Do domu wróciłam szczęśliwie. Po południu popracowałam jeszcze w ogródku i posmarowałam szyję maścią.

Na noc również posmarowałam.

Środa

A w nocy…a w nocy… żeby zmienić pozycję ciała, bo przecież człowiek wierci się podczas snu, musiałam schwycić głowę przy szyji obiema dłońmi i…dopiero zrobić coś ze swoim ciałem. I…. eureka… przecież mogę pójść do lekarza …!!!!!! Spałam i drzemałam. Bólu nie było jak nie ruszałam głową. To mnie pocieszało. Nad ranem bo 5am już nie mogłam usnąć.

Mam teraz piękny cieplutki poranek. W leciutkiej pidżamce siedzę w swoim kąciku na decku. Popijam małą czarną. Szyja mniej boli. Wiem, że do lekarki nie pojadę. Muszę posadzić kupione wczoraj kwiatki i 3 tuje.

Mężczyzna jest głową rodziny, kobieta szyją.

Za dużo się wymądrzałam teraz mam nauczkę.

A tak na poważnie, nie wiem co i kiedy mnie złapało.

13-tego sierpnia

eng.

 

Już 11 dni od moich urodzin. No cóż, każdemu liczy się latka, nie ja pierwsza nie ostatnia. Moja starość obiawia się tym, że przed zrobieniem porannej kawy, zmuszona jestem zmierzyć ciśnienie krwi.

Podwyższone – zamieniam kubek na kawę, na kubek na herbatę. Uwielbiam herbatę o smaku mango. Tak też dziś zrobiłam.

Reszta pozostaje nie zmienione. Pracuję jak pracowałam, żyję jak żyłam.

W sobotkę wyszliśmy do restauracji uczcić moje i MM urodziny. Córcia z Ivanem i synuś z Valerią oraz ja z MM. Nie wiele mają dni wolnych moje dzieci. Pracują na dwóch etatach i studiują. Dobrze że mogliśmy się zgrać w czasie. Rozmawiali o pracy i nauce. Słuchałam, patrzyłam i przypominali mi się moi rodzice. Kiedy to trójka ich dzieci dyskutowała a rodzice słuchali. Kiedy temat zszedł na temat wakacji, ja z MM dołączyliśmy się do dyskusji.

Oczywiście, jakże mogłko odbyć się spotkanie bez zdjęć. Z racji tego, że uroczystość odbywała się w meksykańskiej restauracji, otrzymaliśmy rekwizyt do robienia zdjęć, jakim był meksykański kapelusz.


Dziś dzień wolny od pracy zawodowej ale nie yardowej. Na front yard zatrudniłam pracownika (jutro się zjawi). Pozostaje mi jedynie back yard “do zabawy” w ogrodnika. Bo jeśli mam żyć 100 lat, to muszę swoje siły i zdrowie umiejętnie rozłożyć w czasie, jaki mi pozostał do przeżycia.😁

Lodóweczka😁😁😁

No jak można spać? Już o 4am a nawet trochę wcześniej, otworzyłam oczy.

No bo jak można spać, kiedy raniutko przywiozą nowiutką lodóweczkę. Czasami ekscytacja zamienia się w nerwówkę. Powodem takiego stanu jest…to ja wybrałam na internecie, wymierzyłam i podałam wymiary MM, on zamówił i opłacił.

No to teraz będzie wielki sprawdzian, czy jestem taka wszechstronnie uzdolniona czy tylko się za taką podaję.

No nic. Jak lodóweczka ( a jest prześliczna, nie ma internetu bo z niego bym nie korzystała stojąc przed lodówką) się nie zmieści w w miejscu dla niej przeznaczonym, to schowam się w mysiej dziurze. A i tak MM będzie się ze mnie śmiał i wcale nie jakiś czas tylko do końca moich dni. Ot, moja życiowa mondrość spali na panewce.

Trudno się mówi, jak zasłużyłam na śmiech to będę musiała to znosić.

Zeszłam na parter, zrobiłam zdjęcie starej lodówce

a MM siedząc przy kuchennym stole, z oddali….mam nadzieję, że się zmieści, że dobrze wymierzyłaś……powiedział.

Zaniepokoiłam się, mysia dziura może okazać się za mała dla mnie. 🐭🐭🐭🐭🐭🐭

Nie wiem teraz, na czas sprawdzianu moich podanych wymiarów na nową lodówkę, zejść do kuchni z podniesionym czołem czy też od razu, spuścić głowę i uszy do dołu a ogon schować pod siebie?

Straszne!!!

Wiem, że wymierzyłam prawidłowo ale zawsze jest to…ale.

Lodóweczka będzie za godzinę. Cała godzina niepewności.


I trzymają mnie w niepewności. Już 25 minut po 8 (rano), lodóweczki jeszcze nie ma. A dostawa miała nastąpić o 8am(ósmej!!!)

Otworzyłam bramę i czekam.

Zachmurzyło się i chyba będzie padać. Zanim wniosą, moja nowa lodóweczka zmoknie.😢😢

Samochody w oddali burczą, ale żaden nie jedzie moją ulicą. Koszmar. Wsadziłam nos w szybę i tak trwam, sekundy stają się wiecznością. Czy to ma być znak, że jednak lodówka się nie zmieści? A jeśli tak, to co będzie oprócz pochylonej głowy, uszu i podwiniętego ogona?

Czas oczekiwania jest czasem straconym!!! (W mojej obecnej sytuacji).

Gdzieś coś zaburczało, lecę do okna, nasłuchuję. To jakiś daleko samolot kukuruźnik jak kiedyś się mówiło. Co oznaczało: mały samolot do oprysków pola. Nie widziałam na własne oczy tylko z opowieści i w tv.

Dochodzi 9am. Nikt nie dzwoni aby skorygować godzinę przybycia. No cóż, czekam, MM pracuje przed komp. Czyżbym tylko ja była w tym napiętym stanie?

Tak, tak, bo to ja mierzyłam i jeśli będzie pomyłka to ja będę odpowiedzialna. Uffffff


10:00am

Dzwonili, jadą!!!!


Przyjechała lodóweczka!!!

Najpierw wymierzyli czy uda się im wynieść starą. Wymierzyli jeszcze raz, czy wystarczy miejsca na nową. MM zaśmiał się….jak źle wymierzyłaś, to będę się śmiał….

Wyszłam na chwilkę, panowie zawołali mnie …. proszę pani, nie wystarczy miejsca, jest za mało o 3 milimetry…. jeden z nich powiedział.

– a to nie prawda, wymierzyłam petfekcyjnie i to jest niemożliwe, 3 milimetry może być za dużo bo nowa lodówka jest węższa o 3 milimetry- odpowiedziałam.

Dyskusja trwa, patrzę na miny panów którzy przywieźli lodówkę i MMa.

Poważne jak diabli. No szybko pomyślałam, pomyliłam się w mierzeniu?

No to, to niemożliwe.

– proszę pana ja się nie pomyliłam w mierzeniu, to pan się pomylił i niech pan zmierzy jeszcze raz, ja jestem petfekcyjna….

Wszyscy mężczyźni wybuchli śmiechem.

– a nie mówiłem…MM skierował te słowa do pracowników.

Teraz było dla mnie jasne – umówili się, a MM czekał na moją reakcję.


Lodóweczka jest w tej chwili instalowana. Woda i uchwyty oraz poziomowana.


Lodóweczkę już zapełniłam. Jest wygodna organizacyjnie, no i jest śliczniutka.

Dzisiejszy dzień jest dobym dniem😁😁😁😁👍

Menager

Menager – wg https://sjp.pwn.pl/slowniki/manager.html

jest to osoba zarządzająca przedsiębiostwem lub jego częścią.

Taką osobą jest MSJ, zarządza częścią, a takich części jest kilka. Główny menager jest (wiadomo ) jeden. Baba 42 lata, rozwódka, rasa biała, uwielbiająca rasę afrykanską. Można mówić, każdy lubi to co chce, ale nie można być rasistą.

Wielu głównych menagerów miał nad sobą MSJ. Ten (kobieta) był zdecydowanie najgorszy. Mało że skomplikowana osobowść to jeszcze marny menager.

A to jest najlepsze!!! Została zdegradowana!!!

Nie jestem z tych aby komukolwiek źle życzyć, jej też życzę powodzenia.

Ale się cieszę, bardzo się cieszę, że odchodzi.