Happy Mother’s Day

Pogoda pod psem, raczej parasolem. Od wczoraj pada i leje. Moje zielone potrzebuje wody ale w dzisiejszym dniu, słoneczko mile byłoby widziane. Z łóżka wyskakiwać się nie chce, za oknem mokro, szaro, buro, nieprzyjemnie. Wilgotność sięga 96%.

Mieliśmy zobić grilla.

Zrobimy, tylko komsumpcja mięsiwa nastąpi w domu.

Serwować będziemy: szaszłyki, karkowinkę i steki. Sałatki oraz kukurydza, nie wyobrażamy grilla bez gotowanych kolb kukurydzy.

Na deser Tiramisu krem.

Kupiony, sama jeszcze nie próbowałam zrobić i próbować nie będę.


Deszcz padać nie ustawał, więc MM wciągnął grilla do garażu.

Po godzinie 3pm przyjechała MCD z Ivankiem, MSJ przybył sam. Valeria w pierwszej kolejności pojechała do swojej mamy, i prawidłowo.

Zawsze gdy urządzamy grilla a pogoda nie sprzyjająca, zasiadamy przy kuchennym stole. Stół duży i jadalnia również. Wygodnie donosić jadełko i drzwi jadalni wychodzą na taras. Tym razem gości przyjęłam w gościnnej jadalni.

Jeśli grill w domu to i nakrycie świąteczne, nie plastikowe. Nakrycie stołu przygotowałam z samego rana.

Grillowaniem mięska zajął się MM.

Wszystko smakowało dosłownie wyśmienicie. I mimo pogody humory nam dopisywały.

Jak zwykle – uwieńczeniem wieczoru – spotkania, podaję cappuccino. Nawet jeśli jesteśmy w restauracji, zamawiamy cappucciono. To taka nasza (nie koniecznie tylko nasza) tradycja.

Przy stole nie poruszamy tematów związanych z polityką. Dziś był temat grillowanie, jakie sosy, marynaty oraz co z czym podawać. Na krótką chwilę poruszony został temat zawodowych obowiązków, każdego z nas.

Czas szybciutko przeleciał i MM musiał zamawiać ubera … na lotnisko. Moje dzieci się rozeszły.

Wieczorkiem wskoczyła Valeria z życzeniami.

Dzień Matki upłynął mi bardzo przyjemnie.

Ta karteczka jest od MCMM (młodszej córki MM)Ta karteczka jest od mego syna

Kwiatuszki od mojej córci

Kwiatuszki od syna.

_______________________________________________________________________________________________________

 

Za nami następna uroczystość urodzinowa

Początek roku zawsze u nas jest zapełniony uroczystościami.

W styczniu jako pierwsza ale nie najstarsza startuje moja córcia MCD.

W lutym młodsza córka MM.

Marzec – tu robi się traffic.

Nasza rocznica ślubu. Nie ważne która, zawsze pilnuję aby było uroczyście.

Urodziny starszej córki MM.

Urodziny mojego syna MSJ.

Spokój mamy do sierpnia kiedy to obchodzimy z MM nasze urodziny. Moje 2-go, MM 4-go sierpnia.

Kilka lat temu młodsza córka MM (MCMM) przeprowadziła się do Kaliforni.

Starsza córka MM (SCMM) mieszka w downtown, ale jako najstarsza z naszych dzieci, nie uczestniczy już w tych uroczystościach.

Chociaż prawdę mówiąc, i tak długo trwały te nasze spotkania jak na warunki amerykańskie.

Ja ze swoimi dziećmi będę to przedłużać, bo to nasza kultura, nasza rodzina i nie wyobrażam sobie nie obchodzić urodzin.

Spotkaliśmy się w Season52 porównywalna restauracja do Ray’s. W tych obu restauracjach obchodzimy różne uroczystości.

Wiec, córcia i ja, byłyśmy ciutkę wcześniej. Reszta towarzystwa łącznie z jubilatem była … można powiedzieć o czasie.

Czas spędzony z dziećmi jest czasam dla mnie najcenniejszym.

Moje dzieci są moim szczęściem i światem. Moja rodzina, MM również, wie że, jestem szalona na punkcie moich dzieci.

Będąc dzieckiem, podrostkiem, małolatą i dorosłą już dziewczyną … nie lubiłam dzieci. Drażniły mnie, ze wstrętem otrząsałam ich dotyk. Natomiast wszystkie dzieci do mnie lgnęły. Chciały się bawić, być w moim towarzystwie, być moją przyjaciółką/przyjacielem.

Nigdy nie planowałam posiadania dzieci, do momentu…

To był szczególny dzień.

Po przebudzeniu, poczułam ostry ból jednej piersi. Ból ciągnął mnie w dół do ziemi. Z bólu płakałam, i zwijałam się nocami w kłębek. Tak przetwałam kilka dni, zanim zdecydowałam się na lekarską wizytę.

…nie chcę pani straszyć ale muszę dać skierowanie na onkologię, ja nic nie moge poradzić…- tak zakończyła się wizyta u ginekologa

Po powrocie do domu, zajęłam się sprzątaniem, porzątkowaniem, oznaczaniem szafek..co leży i gdzie.

Dokładnie spisałam co MCD je na śniadanie, obiad i kolację. Jakie zabawki lubi bardziej od drugich. Jakie sukieneczki i kiedy zakładać. Wszystko posegregowałam. W szafkach nakleiałam karteczki.. tu jest ryż, kasza manna, cukier.. itp.

Między porządkowaniem, układaniem, segregowaniem tuliłam moją nie wiele niż rok córcię. Po nocach płakałam i żegnałam się z życiem. Wiedziałam że…nie, nie wiedziałam co będzie, kto zaopiekuje się moją córunią. Mąż był tam gdzieś w wielkim świecie. Przyziemne sprawy go nie interesowały.

Byłam sama jak palec, z bólem nie tylko serca ale i piersi, która coraz bardziej rosła. Miałam moją cudowną córcię.

Przyszykowałam się na najgorsze. Mówią że, nie można przygotować się na najgorsze.

Ja byłam.

Córcię zawiozłam do rodziców i pojechałam do szpitalnej przychodni onkologicznej.

Po zarejestrowaniu się usiadłam na drewnianym niewygodnym krześle. Obok mnie i wokół mnie przewijało się, przechodziło, przesuwało się mnóstwo chorych w różnym stadium choroby.

Widok? Nie przygnębiający… STRASZNY.

Tego się nie zapomnia.

Czekałam dość długo i zanim mnie wyczytano wróciłam po córcię i pojechałam do domku. Jeśli mam umrzeć to umrę w domu i w objęciach mojej kochanej córuni, tak wtedy myślałam.

Bół był straszny, bardzo cierpiałam, ale funkcjonowałam. Dawałam radę, bo musiałam.

Któregoś dnia … druga pierś zaczęła strasznie boleć i rosnąć. Myślałam że, nieba liznę.

Wiedziałam że, muszę wrócić do onkologicznej przychodni. Ale wciąż, nie mogłam zrozumieć dlaczego ja? nie mamy w rodzinie komórek rakowych, dlaczego trafiło na mnie?

Mąż wciąż był tam,  w wielkim świecie i jego moje bóle,  nie interesowały. Daje forsę?  Daje …. więc?….

Ból dokuczał około 3 tygodni. Pewnego dnia ból znikł jak ręką odjął. Ale duże piersi zostały. Fajnie bo… jak każda kobieta, chce trochę większe niż naparstki.

Życie wróciło do normy. Karteczki i naklejki w szafkach i półkach zdjęłam. Nie widziałam zagrożenia, nie było więc powodu, utrzymywać stan gotowości.

Zaniepokojona zostałam moimi okrągłościami. Tam i tu mi przybyło tylko… bez żadnego powodu. Odżywiam się normalnie, nic szczególnego, a przybyło kilka kilogramów.

Po jakimś czasie przybyło więcej… byłam niezmiernie zdziwiona.

Zaczęłam podejrzewać następną chorobę która mnie zaatakowała, cukrzycę.

Lecę więc, do lekarza. Po podstwowych badaniach, dostałam skierowanie do ginekologa.

-okres? JEST

-poranne nudniości? NIE

To tylko wywiad…

W trakcie badania…jest pani w ciąży 4 miesiąc…

Cieszyłam się, cieszyłam się i cieszyłam…córcia będzie miała braciszka albo siostrzyczkę nie będzie sama, a ja będę miała drugiego dzidziusia. HHHUUURRRAAA!!!!

Mojej radości nie stłumiło …

mężowskie –  rób jak chcesz ja nie potrzebuję następnego dziecka, zostajesz sama….

moja odpowiedź.. ależ ja już jestem sama

mężowskie – jesteś bezmózgowiec – nie zabiło mojej radości, mojego szczęścia.

rodzina(mały krąg) – a nie myślałaś o aborcji? na moje NIE… jesteś głupia i szalona.

Faktycznie, zostałam sama.

Kochałam to dziecko, które w sobie nosiłam. Nie wiedziałam jakiej płci.

Było takie zdarzenie. Kolegi żona spodziewała się dziecka. Zapłacili, przebadali i miał być synek. Kupili ubranka dla syneczka. Urodziła się córeczka. Ot i niespodzianka.

Nie ważne jakiej płci aby zdrowe.

Moje maleństwo od chwili pierwszego poruszenia, ruszało się, przeciągało, kopało, może i krzyczło, w każdej sekundzie swego życia. Mój brzuch, a był obromniasty , rósł i bolał od ciągłego kopania z wewnątrz.

Przeddzień porodu, poprosiłam męża aby zawiózł mnie do lekarza. Maleństwo się nie rusza. Mąż rad nierad, zapalił samochód a ja się wtoczyłam na siedzenie.

Lekarz staruszek w okularach na nosie, wziął jakąs trąbkę.

O Boże czym on będzie mnie badał – przebiegło mi w myślach. No takie ustroistwo to widziałam tylko w jakiś staroświeckich filmach.

A to odbywało się 30 lat temu.

-śpi – powiedział

-nie, nie, dzidziuś nigdy nie śpi, NIGDY!!!

No i miałam problem. Staruszek, może i doktor ale…

Mąż, może i chce pomóc, ale ….

-wieź mnie do domu – powiedziałam

Po kilku godzinach byłam już na szpitalnym łóżku.

Skurcze itd.. to nie ważne , na prawdę to nie było ważne…

Podłączona byłam do wszelkich dostępnych monitorów, tętno jest ale…

Podchodzi do mnie lekarz ginekolog

-prosze postawić tutaj nogi..

-w jakim celu? -wyjęczałam między jednym a drugim skurczem

-trzeba dziecko przewrócić- powiedział i poddacza rękawy swego lekarkiego fartucha.

-co to znaczy przewrócić – znów syczę.

Dlaczego syczę? Nie potrafię krzyczeć z bólu. No taka jest moja natura.

-dziecko leży w poprzek i trzeba przewrócić, ułożyć- odpowiedział

-o nie ty tego nie zrobisz! – krzyknęłam

-inaczej będą problemy-odpowiedział

-zrób mi cesarkę, słyszysz zrób mi cesarkę…

w tym momencie dotknął do kolana, pielęgniarka starała się mnie poddtrzymać,  a ja zaczęłam krzyczeć

-nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, zostawcie mnie…krzyczałam i wierzgałam nogami

Krzyczałam ile tchu w płucach miałam.

Dlaczego? Moja pierwsza ciąża – cesarka. Na sali leżała kobieta, po przewracaniu jej dzidziusia jeszcze w brzuchu uszkodzili nie tylko główkę ale i inne części ciała. Jak ona płakała, jak ona bardzo płakała.

-szalona, wariatka –  doktor powiedział i wyszedł. Zostawiły mnie też i pielęgniarki.

Prosiłam aby zadzwoniły do mego męża, podawałam numer telefonu. Żadna nie chciała i nie miała ochoty mnie słuchać. Zostałam sama wśród rodzących, innych lekarzy i pielęgniarek. Zostałam sama, nikt się mną nie interesował.

Tętno dzidziusia zanikało ale…nikogo to nie interesowało.

Strasznie się bałam byłam w sytuacji bez wyjścia. Wiedziałam, że liczą się minuty, czułam to, ale ONI spisali moje dziecko na straty.

Nie, nie płakałam. Powolutku godziłam się z losem. Wtem podchodzi do mnie jakaś pielęgniarka.

-da pani ten numer-powiedziała

Na ile znałam męża, to nie pozwoli umrzeć memu dzidziusiowi.

Za chwię byłam szykowana do cesarki. Mój dzidziuś się nie przekręcił leżał w poprzek brzucha. Też był już pogodzony z losem.

Synuś urodził się niedotleniony. Paznokietki czarne, usteczka czarne. Tak bałam się, że…

DZIŚ OBCHODZIŁ 30-TE URODZINY !!!!!🎈

13-tego sierpnia

eng.

 

Już 11 dni od moich urodzin. No cóż, każdemu liczy się latka, nie ja pierwsza nie ostatnia. Moja starość obiawia się tym, że przed zrobieniem porannej kawy, zmuszona jestem zmierzyć ciśnienie krwi.

Podwyższone – zamieniam kubek na kawę, na kubek na herbatę. Uwielbiam herbatę o smaku mango. Tak też dziś zrobiłam.

Reszta pozostaje nie zmienione. Pracuję jak pracowałam, żyję jak żyłam.

W sobotkę wyszliśmy do restauracji uczcić moje i MM urodziny. Córcia z Ivanem i synuś z Valerią oraz ja z MM. Nie wiele mają dni wolnych moje dzieci. Pracują na dwóch etatach i studiują. Dobrze że mogliśmy się zgrać w czasie. Rozmawiali o pracy i nauce. Słuchałam, patrzyłam i przypominali mi się moi rodzice. Kiedy to trójka ich dzieci dyskutowała a rodzice słuchali. Kiedy temat zszedł na temat wakacji, ja z MM dołączyliśmy się do dyskusji.

Oczywiście, jakże mogłko odbyć się spotkanie bez zdjęć. Z racji tego, że uroczystość odbywała się w meksykańskiej restauracji, otrzymaliśmy rekwizyt do robienia zdjęć, jakim był meksykański kapelusz.


Dziś dzień wolny od pracy zawodowej ale nie yardowej. Na front yard zatrudniłam pracownika (jutro się zjawi). Pozostaje mi jedynie back yard “do zabawy” w ogrodnika. Bo jeśli mam żyć 100 lat, to muszę swoje siły i zdrowie umiejętnie rozłożyć w czasie, jaki mi pozostał do przeżycia.😁

Porządki

Robię porządki i wcale nie w domu ale na blogu. Kategorie za bardzo rozbudowane , panuje wielki bałagan, wszystko hautycznie robię. Tagi też dodaję zamiast dostosowywać do kategorii. Pozmieniałam, posortowałam lecz dopasowanie postów do kategorii i tagów potrzebuje czasu. Planuję zabrać się za to w nowym roku.

Przygotowania do indyka

Nikt od remontów miał się nie pojawić, a pracowali w poniedziałek i wtorek. MM zapowiedział, NIKOGO w Wednesday. Kolor ścian kuchennych i jadalni, bardzo mi się podoba. W piątek pomalują tzw. lamperie, tak po polsku się kiedyś nazywało, tutaj są inne i inaczej wyglądają.

Jutro Thanksgiving.

Trzeba przecież, dom ogarnąć, upiec indyka, chlebek na zakwasie, chlebek turecki, sałatki zrobić, zmówiony barszcz czerwony ugotować i jeszcze kilka innych smakołyków przyrządzić.

Back yard wygląda ładnie, pokryty liśćmi przypominał bardziej las niż ogród. Cały dzień poświęciłam na niego. Muszę też, dokończyć sprzątanie na zewnątrz, back yard. Liście jeszcze wiszą na drzewach i jak na razie nie mają chęci spadać.

Niestety siostrzenica z NY nie przyjedzie, musi pracować w piątek. MM nie pocieszony i ja również. Miałam nadzieję na spędzenie tego święta w większym gronie. Miło byłoby gościć, starszą siostrę z córką, zięciem i wnukiem. Jackob 7go grudnia kończy 5 latek. Już chodzi do zerówki i daje sobie radę.

Melania przyjedzie (młodsza córka MM), wpadnie również starsza córka MM. No i jak zwykla moje niezawodne dzieci.

Trzeba będzie zrobić miejsce a zamrażalniku. Na deser, będzie tort lodowy. Zamrażalnik pęka w szwach, na taki smakołyk gotowa jestem, coś do kosza wyrzucić a miejsce znaleźć.

Miejsce w zamrażalniku się znalazło, tylko wkładając tort lodowy na półkę, upuściłam i upadł na podłogę caluśką górą. Piękna dekoracja się połamała. Gapa jestem i tyle. Przed podaniem posypię czekoladowymi wiórkami.

Piekarniki nowe, a ja spodziewałam się, że od razu bez żadnych prób mi się uda upiec, ładny, wyrośnięty i nie spalony chlebek. Oczekiwałam, spodziewałam się, miałam nadzieję? Nie!!! Byłam pewna, że upiecze się piękniusi chlebek.

Nie miałam świeżych drożdży, więc użyłam suchych do chlebka tureckiego. Ciasto nie rosło przez godzinę, drugą godzinę też nie drgnęło. MM zaproponował wyjazd do sklepu po świeże drożdże. Gdy wróciłam po ponad godzinie. Ciasto drgnęło i trochę podrosło. Nie czekając zrobiłam szybciutko drugą michę ciasta na chlebek turecki. Zaglądam do pierwszego ciasta a ono jak szalone urosło. Wstawiłam chlebki do piekarnika bez termoobiegu. Przepisowo piekły się, 25 minut. Góra za bardzo zarumieniona, bliska przypalenia. Ogólnie chlebki mogą być.

Drugie chlebki z ciasta na świeżych drożdżach, wstawiłam do piekarnika z teroobiegiem. Po pewnym czasie przestałam sprawdzać jak długo się pieką, 25 minut dawno minęło a z bocheneczków zrobiły się placki. Przypalały się z wierzchu a od spodu surowe ciasto. Przełożyłam do drugiego piekarnika (bez termoobiegu), dopiekłam chlebo-placki. Tragedia!!!!

Drugi niewypał!!! Chleb na zakwasie wogóle nie podrósł i ciasto trafi do śmieci. Zostawiłam na noc do wyrośnięcia, chociaż wiem, że poszło coś nie tak. Może dzisiejszy dzień jest dniem w którym nie powinnam się brać za pieczenie chleba. Jutro upiekę jakiś chlebek na drożdżach, w maszynie.

Piekarniki nowe, ładne i dobrej niemieckiej firmy, muszą być dobre tylko…nie ma możliwości pieczenia góra lub dół. Jest tylko góra z dołem łącznie. Przyzwyczaję się, ale zanim to nastąpi, zepsuję duuużooo ciasta. Termoobieg też jest inny niż w Polsce. No cóż, cierpliwości mi brakuje. Za szybko chciałam pokonać te “schody”.

Ciekawa jestem, co przniesie jutrzejszy dzień.

Poniedziałek 11/13/17

Dziś miałam trudny dzień w pracy. Wyjechałam przed 6am do domu wróciłam po 3pm. Pocieszające że jutro wolny dzień.

Ponad miesiąc temu na córci przód samochodu na parkingu najechał inny samochód. Młody człowiek zamiast włączyć automatyczną skrzynię na D włączył na R. Nie duże uszkodzenie ale dlaczego miałaby pokrywać koszty naprawy z własnej kieszeni. Nareszcie ubezpieczenie wczoraj się odezwało. Córcia przesłała im wszystkie zdjęcia jakie miała z tego zdarzenia i teraz czeka.

Rozpoczęłam ozdabianie yardu. Mam mnóstwo pomysłów na zrobienie ozdób.

Zmęczona z zapchanym brzuchem od słodyczy smacznie i szybko usnęłam.

Świąteczna Sobota

Goście już się rozjechali 😩😥😢😥😢. MM schował się w domku, zostałam na zewnątrz, piękna letnia pogoda, szkoda mi każdego dnia. W tym tygodniu będzie słonecznie i ukropnie, więc wykorzystuję, kiedy jeszcze nie trzeba się kryć w domu przed słońcem. W ubiegłym tygodniu specjalna firma od komarów i innego robactwa opylała ziemię, drzewa i krzewy, teraz mogę siedzieć na podwórzu bez spryskiwania całego ciala chemikaliami.

W czwartek po pracy, jadąc samochodem byłam bardzo zmęczona i nie przewidywałam żadnych prac przygotowawczych do świąt. Zawsze ale to zawsze, podczas jazdy samochodem moje ciało się regeneruje i poczas zbliżania się do domu, zaczynam obmyślać plan działania. Tym razem też tak było. Przyszykowałam liście kapusty na gołąbki. To jest bardzo pracochłonne zajęcie. Zadowolona zrobiłam i pojechałam odebrać MM, oczywiście jak zawykle powrót z pracy. Cieszę się na jego powrót. Nie lubię sama zostawać.

W piątek po pracy, też wracałam już nie tylko zmęczona ale wykończona. Nic nie planowałam. Myślałam o świętach ale jakby one były nie w tym ale za kilka tygodni. Weszłam do domu, na chwileczkę musiałam się położyć na kanapie, żeby wstać po paru minutach, aby zacząć walkę z gołąbkami, chlebem na zakwasie, sałatką jarzynową, sernikiem, kurczakiem i już nie pamiętam z czym tam jeszcze. Z kurczakiem to jest cała “zabawa”, trzeba wyciąć wszystkie kosteczki od środka, zostawić udka i skrzydełka nie naruszone. Trzeba to robić maleńkim wąskim ostrym nożykiem. Zajęło mi to trochę czasu ale…. przyjechała córcia z Ivanem i przy piwie i pizzy jakoś mi tym razem sprytnie poszło. Najgorsze!!!! Zapomniałam dodać ryżu do mięsa na gołąbk!!

Chlebek podchodził całą noc, ale po upieczeniu pychotka. Gołąbki bez ryżu wyśmienite. Kurczak nadziewany mięsem mielonym (dodałam parmezanu) palce lizać. To nie moje relacje, goście stwierdzili, że wszystko wspaniałe…oprócz sernika. No i miałam wpadkę. Co mnie tym razem podkusiło, żeby zmienić ser biały, no nie wiem? Zawsze kupuję litewski lub polski, tym razem kupiłam farmerski. Upiekł się ładnie ale….za słony. No cóż, czasami tak mam, że na same święta coś zmieniam. Pamiętam kilka lat temu, zmieniłam farsz do pieczonych pierożków, wszystkie trafiły do śmietnika, a się napracowałam.

Było miło patrzeć na uśmiechnięte twarze moich dzieci i ich osoby towarzyszące. Dyskutowali, przekomarzali się i chichotali. Tego mi trzeba, ciepła i radości. Po obiedzie przenieśliśmy się pod “parasolkę”. Syn umawiał się wcześniej z Valerią na tenisa ale posiedzieli dłużej, wprawdzie kort jest oświetlony, więc problemu nie będą mieli. Córcia z Ivanem, też była zmęczona bo po pracy ale nie chciało się im ruszać z miejsca. Cieszy mnie, że wszyscy czują się u mnie dobrze. MM również, mimo że zmęczony dał sie wciągnać w dyskusję.

Cieszy mnie radość i szczęście innych, bo na smutek zawsze jest czas, przychodzi tak niespodziewanie.k.wielkanoc1

ciepełko na serduszku

Dzień jeszcze świąteczny

Nie było tak jak sobie planowałam.
Chciałam mieć śniadanko w gronie rodziny lecz niestety się nie udało. Niektórzy członkowie rodziny pracowali lub po pracy smacznie spali, aby w godzinach południowych udać się do obowiązków służbowych. Inni mieszkają po drugiej stronie stanów, a jeszcze inni, zmęczeni podniebną podróżą nie myśleli o śniadaniu i obiedzie.

Śniadanko jak i obiad zjedliśmy z mężem tylko we dwoje. Ciesząc się, ze swojej obecności. Radość również nie trwała długo, MM zaczął się szykować do wyjazdu i wylotu do innego stanu w którym pracuje. Zostałam z pieskiem.

Za chwilę syn wrócił z pracy, jak również córcia. Miałam w końcu ich dwoje przy jednym stole, a nie jak zwykle to bywa, gdzieś tam po drugiej stronie linii telefonicznej.
Musiałam szybko cieszyć się ich widokiem, bo już za chwilę miało ich nie być. Ostatnie egzaminy i trzeba sie uczyć.
Znów ja i piesek.

Pomimo tych szybkich i urywanych chwil, poczułam ciepło i radość w sercu. Że mam kochanych ludzi przy sobie.

Mam dla kogo żyć i na kogo czekać.

 


Ten post został przez przypadek. Niech  zostanie. Posty z poprzednich lat przeniosłam do dawnego mego bloga, który jest całkowicie prywatny. 

Przecież nikt nie będzie czytać 10-letnich wypocin.