13-tego sierpnia

eng.

 

Już 11 dni od moich urodzin. No cóż, każdemu liczy się latka, nie ja pierwsza nie ostatnia. Moja starość obiawia się tym, że przed zrobieniem porannej kawy, zmuszona jestem zmierzyć ciśnienie krwi.

Podwyższone – zamieniam kubek na kawę, na kubek na herbatę. Uwielbiam herbatę o smaku mango. Tak też dziś zrobiłam.

Reszta pozostaje nie zmienione. Pracuję jak pracowałam, żyję jak żyłam.

W sobotkę wyszliśmy do restauracji uczcić moje i MM urodziny. Córcia z Ivanem i synuś z Valerią oraz ja z MM. Nie wiele mają dni wolnych moje dzieci. Pracują na dwóch etatach i studiują. Dobrze że mogliśmy się zgrać w czasie. Rozmawiali o pracy i nauce. Słuchałam, patrzyłam i przypominali mi się moi rodzice. Kiedy to trójka ich dzieci dyskutowała a rodzice słuchali. Kiedy temat zszedł na temat wakacji, ja z MM dołączyliśmy się do dyskusji.

Oczywiście, jakże mogłko odbyć się spotkanie bez zdjęć. Z racji tego, że uroczystość odbywała się w meksykańskiej restauracji, otrzymaliśmy rekwizyt do robienia zdjęć, jakim był meksykański kapelusz.


Dziś dzień wolny od pracy zawodowej ale nie yardowej. Na front yard zatrudniłam pracownika (jutro się zjawi). Pozostaje mi jedynie back yard “do zabawy” w ogrodnika. Bo jeśli mam żyć 100 lat, to muszę swoje siły i zdrowie umiejętnie rozłożyć w czasie, jaki mi pozostał do przeżycia.😁

Przygotowania do indyka

Nikt od remontów miał się nie pojawić, a pracowali w poniedziałek i wtorek. MM zapowiedział, NIKOGO w Wednesday. Kolor ścian kuchennych i jadalni, bardzo mi się podoba. W piątek pomalują tzw. lamperie, tak po polsku się kiedyś nazywało, tutaj są inne i inaczej wyglądają.

Jutro Thanksgiving.

Trzeba przecież, dom ogarnąć, upiec indyka, chlebek na zakwasie, chlebek turecki, sałatki zrobić, zmówiony barszcz czerwony ugotować i jeszcze kilka innych smakołyków przyrządzić.

Back yard wygląda ładnie, pokryty liśćmi przypominał bardziej las niż ogród. Cały dzień poświęciłam na niego. Muszę też, dokończyć sprzątanie na zewnątrz, back yard. Liście jeszcze wiszą na drzewach i jak na razie nie mają chęci spadać.

Niestety siostrzenica z NY nie przyjedzie, musi pracować w piątek. MM nie pocieszony i ja również. Miałam nadzieję na spędzenie tego święta w większym gronie. Miło byłoby gościć, starszą siostrę z córką, zięciem i wnukiem. Jackob 7go grudnia kończy 5 latek. Już chodzi do zerówki i daje sobie radę.

Melania przyjedzie (młodsza córka MM), wpadnie również starsza córka MM. No i jak zwykla moje niezawodne dzieci.

Trzeba będzie zrobić miejsce a zamrażalniku. Na deser, będzie tort lodowy. Zamrażalnik pęka w szwach, na taki smakołyk gotowa jestem, coś do kosza wyrzucić a miejsce znaleźć.

Miejsce w zamrażalniku się znalazło, tylko wkładając tort lodowy na półkę, upuściłam i upadł na podłogę caluśką górą. Piękna dekoracja się połamała. Gapa jestem i tyle. Przed podaniem posypię czekoladowymi wiórkami.

Piekarniki nowe, a ja spodziewałam się, że od razu bez żadnych prób mi się uda upiec, ładny, wyrośnięty i nie spalony chlebek. Oczekiwałam, spodziewałam się, miałam nadzieję? Nie!!! Byłam pewna, że upiecze się piękniusi chlebek.

Nie miałam świeżych drożdży, więc użyłam suchych do chlebka tureckiego. Ciasto nie rosło przez godzinę, drugą godzinę też nie drgnęło. MM zaproponował wyjazd do sklepu po świeże drożdże. Gdy wróciłam po ponad godzinie. Ciasto drgnęło i trochę podrosło. Nie czekając zrobiłam szybciutko drugą michę ciasta na chlebek turecki. Zaglądam do pierwszego ciasta a ono jak szalone urosło. Wstawiłam chlebki do piekarnika bez termoobiegu. Przepisowo piekły się, 25 minut. Góra za bardzo zarumieniona, bliska przypalenia. Ogólnie chlebki mogą być.

Drugie chlebki z ciasta na świeżych drożdżach, wstawiłam do piekarnika z teroobiegiem. Po pewnym czasie przestałam sprawdzać jak długo się pieką, 25 minut dawno minęło a z bocheneczków zrobiły się placki. Przypalały się z wierzchu a od spodu surowe ciasto. Przełożyłam do drugiego piekarnika (bez termoobiegu), dopiekłam chlebo-placki. Tragedia!!!!

Drugi niewypał!!! Chleb na zakwasie wogóle nie podrósł i ciasto trafi do śmieci. Zostawiłam na noc do wyrośnięcia, chociaż wiem, że poszło coś nie tak. Może dzisiejszy dzień jest dniem w którym nie powinnam się brać za pieczenie chleba. Jutro upiekę jakiś chlebek na drożdżach, w maszynie.

Piekarniki nowe, ładne i dobrej niemieckiej firmy, muszą być dobre tylko…nie ma możliwości pieczenia góra lub dół. Jest tylko góra z dołem łącznie. Przyzwyczaję się, ale zanim to nastąpi, zepsuję duuużooo ciasta. Termoobieg też jest inny niż w Polsce. No cóż, cierpliwości mi brakuje. Za szybko chciałam pokonać te “schody”.

Ciekawa jestem, co przniesie jutrzejszy dzień.

Poniedziałek 11/13/17

Dziś miałam trudny dzień w pracy. Wyjechałam przed 6am do domu wróciłam po 3pm. Pocieszające że jutro wolny dzień.

Ponad miesiąc temu na córci przód samochodu na parkingu najechał inny samochód. Młody człowiek zamiast włączyć automatyczną skrzynię na D włączył na R. Nie duże uszkodzenie ale dlaczego miałaby pokrywać koszty naprawy z własnej kieszeni. Nareszcie ubezpieczenie wczoraj się odezwało. Córcia przesłała im wszystkie zdjęcia jakie miała z tego zdarzenia i teraz czeka.

Rozpoczęłam ozdabianie yardu. Mam mnóstwo pomysłów na zrobienie ozdób.

Zmęczona z zapchanym brzuchem od słodyczy smacznie i szybko usnęłam.

Świąteczna Sobota

Goście już się rozjechali 😩😥😢😥😢. MM schował się w domku, zostałam na zewnątrz, piękna letnia pogoda, szkoda mi każdego dnia. W tym tygodniu będzie słonecznie i ukropnie, więc wykorzystuję, kiedy jeszcze nie trzeba się kryć w domu przed słońcem. W ubiegłym tygodniu specjalna firma od komarów i innego robactwa opylała ziemię, drzewa i krzewy, teraz mogę siedzieć na podwórzu bez spryskiwania całego ciala chemikaliami.

W czwartek po pracy, jadąc samochodem byłam bardzo zmęczona i nie przewidywałam żadnych prac przygotowawczych do świąt. Zawsze ale to zawsze, podczas jazdy samochodem moje ciało się regeneruje i poczas zbliżania się do domu, zaczynam obmyślać plan działania. Tym razem też tak było. Przyszykowałam liście kapusty na gołąbki. To jest bardzo pracochłonne zajęcie. Zadowolona zrobiłam i pojechałam odebrać MM, oczywiście jak zawykle powrót z pracy. Cieszę się na jego powrót. Nie lubię sama zostawać.

W piątek po pracy, też wracałam już nie tylko zmęczona ale wykończona. Nic nie planowałam. Myślałam o świętach ale jakby one były nie w tym ale za kilka tygodni. Weszłam do domu, na chwileczkę musiałam się położyć na kanapie, żeby wstać po paru minutach, aby zacząć walkę z gołąbkami, chlebem na zakwasie, sałatką jarzynową, sernikiem, kurczakiem i już nie pamiętam z czym tam jeszcze. Z kurczakiem to jest cała “zabawa”, trzeba wyciąć wszystkie kosteczki od środka, zostawić udka i skrzydełka nie naruszone. Trzeba to robić maleńkim wąskim ostrym nożykiem. Zajęło mi to trochę czasu ale…. przyjechała córcia z Ivanem i przy piwie i pizzy jakoś mi tym razem sprytnie poszło. Najgorsze!!!! Zapomniałam dodać ryżu do mięsa na gołąbk!!

Chlebek podchodził całą noc, ale po upieczeniu pychotka. Gołąbki bez ryżu wyśmienite. Kurczak nadziewany mięsem mielonym (dodałam parmezanu) palce lizać. To nie moje relacje, goście stwierdzili, że wszystko wspaniałe…oprócz sernika. No i miałam wpadkę. Co mnie tym razem podkusiło, żeby zmienić ser biały, no nie wiem? Zawsze kupuję litewski lub polski, tym razem kupiłam farmerski. Upiekł się ładnie ale….za słony. No cóż, czasami tak mam, że na same święta coś zmieniam. Pamiętam kilka lat temu, zmieniłam farsz do pieczonych pierożków, wszystkie trafiły do śmietnika, a się napracowałam.

Było miło patrzeć na uśmiechnięte twarze moich dzieci i ich osoby towarzyszące. Dyskutowali, przekomarzali się i chichotali. Tego mi trzeba, ciepła i radości. Po obiedzie przenieśliśmy się pod “parasolkę”. Syn umawiał się wcześniej z Valerią na tenisa ale posiedzieli dłużej, wprawdzie kort jest oświetlony, więc problemu nie będą mieli. Córcia z Ivanem, też była zmęczona bo po pracy ale nie chciało się im ruszać z miejsca. Cieszy mnie, że wszyscy czują się u mnie dobrze. MM również, mimo że zmęczony dał sie wciągnać w dyskusję.

Cieszy mnie radość i szczęście innych, bo na smutek zawsze jest czas, przychodzi tak niespodziewanie.k.wielkanoc1

ciepełko na serduszku

Dzień jeszcze świąteczny

Nie było tak jak sobie planowałam.
Chciałam mieć śniadanko w gronie rodziny lecz niestety się nie udało. Niektórzy członkowie rodziny pracowali lub po pracy smacznie spali, aby w godzinach południowych udać się do obowiązków służbowych. Inni mieszkają po drugiej stronie stanów, a jeszcze inni, zmęczeni podniebną podróżą nie myśleli o śniadaniu i obiedzie.

Śniadanko jak i obiad zjedliśmy z mężem tylko we dwoje. Ciesząc się, ze swojej obecności. Radość również nie trwała długo, MM zaczął się szykować do wyjazdu i wylotu do innego stanu w którym pracuje. Zostałam z pieskiem.

Za chwilę syn wrócił z pracy, jak również córcia. Miałam w końcu ich dwoje przy jednym stole, a nie jak zwykle to bywa, gdzieś tam po drugiej stronie linii telefonicznej.
Musiałam szybko cieszyć się ich widokiem, bo już za chwilę miało ich nie być. Ostatnie egzaminy i trzeba sie uczyć.
Znów ja i piesek.

Pomimo tych szybkich i urywanych chwil, poczułam ciepło i radość w sercu. Że mam kochanych ludzi przy sobie.

Mam dla kogo żyć i na kogo czekać.

 


Ten post został przez przypadek. Niech  zostanie. Posty z poprzednich lat przeniosłam do dawnego mego bloga, który jest całkowicie prywatny. 

Przecież nikt nie będzie czytać 10-letnich wypocin.