Przygotowania do indyka

Nikt od remontów miał się nie pojawić, a pracowali w poniedziałek i wtorek. MM zapowiedział, NIKOGO w Wednesday. Kolor ścian kuchennych i jadalni, bardzo mi się podoba. W piątek pomalują tzw. lamperie, tak po polsku się kiedyś nazywało, tutaj są inne i inaczej wyglądają.

Jutro Thanksgiving.

Trzeba przecież, dom ogarnąć, upiec indyka, chlebek na zakwasie, chlebek turecki, sałatki zrobić, zmówiony barszcz czerwony ugotować i jeszcze kilka innych smakołyków przyrządzić.

Back yard wygląda ładnie, pokryty liśćmi przypominał bardziej las niż ogród. Cały dzień poświęciłam na niego. Muszę też, dokończyć sprzątanie na zewnątrz, back yard. Liście jeszcze wiszą na drzewach i jak na razie nie mają chęci spadać.

Niestety siostrzenica z NY nie przyjedzie, musi pracować w piątek. MM nie pocieszony i ja również. Miałam nadzieję na spędzenie tego święta w większym gronie. Miło byłoby gościć, starszą siostrę z córką, zięciem i wnukiem. Jackob 7go grudnia kończy 5 latek. Już chodzi do zerówki i daje sobie radę.

Melania przyjedzie (młodsza córka MM), wpadnie również starsza córka MM. No i jak zwykla moje niezawodne dzieci.

Trzeba będzie zrobić miejsce a zamrażalniku. Na deser, będzie tort lodowy. Zamrażalnik pęka w szwach, na taki smakołyk gotowa jestem, coś do kosza wyrzucić a miejsce znaleźć.

Miejsce w zamrażalniku się znalazło, tylko wkładając tort lodowy na półkę, upuściłam i upadł na podłogę caluśką górą. Piękna dekoracja się połamała. Gapa jestem i tyle. Przed podaniem posypię czekoladowymi wiórkami.

Piekarniki nowe, a ja spodziewałam się, że od razu bez żadnych prób mi się uda upiec, ładny, wyrośnięty i nie spalony chlebek. Oczekiwałam, spodziewałam się, miałam nadzieję? Nie!!! Byłam pewna, że upiecze się piękniusi chlebek.

Nie miałam świeżych drożdży, więc użyłam suchych do chlebka tureckiego. Ciasto nie rosło przez godzinę, drugą godzinę też nie drgnęło. MM zaproponował wyjazd do sklepu po świeże drożdże. Gdy wróciłam po ponad godzinie. Ciasto drgnęło i trochę podrosło. Nie czekając zrobiłam szybciutko drugą michę ciasta na chlebek turecki. Zaglądam do pierwszego ciasta a ono jak szalone urosło. Wstawiłam chlebki do piekarnika bez termoobiegu. Przepisowo piekły się, 25 minut. Góra za bardzo zarumieniona, bliska przypalenia. Ogólnie chlebki mogą być.

Drugie chlebki z ciasta na świeżych drożdżach, wstawiłam do piekarnika z teroobiegiem. Po pewnym czasie przestałam sprawdzać jak długo się pieką, 25 minut dawno minęło a z bocheneczków zrobiły się placki. Przypalały się z wierzchu a od spodu surowe ciasto. Przełożyłam do drugiego piekarnika (bez termoobiegu), dopiekłam chlebo-placki. Tragedia!!!!

Drugi niewypał!!! Chleb na zakwasie wogóle nie podrósł i ciasto trafi do śmieci. Zostawiłam na noc do wyrośnięcia, chociaż wiem, że poszło coś nie tak. Może dzisiejszy dzień jest dniem w którym nie powinnam się brać za pieczenie chleba. Jutro upiekę jakiś chlebek na drożdżach, w maszynie.

Piekarniki nowe, ładne i dobrej niemieckiej firmy, muszą być dobre tylko…nie ma możliwości pieczenia góra lub dół. Jest tylko góra z dołem łącznie. Przyzwyczaję się, ale zanim to nastąpi, zepsuję duuużooo ciasta. Termoobieg też jest inny niż w Polsce. No cóż, cierpliwości mi brakuje. Za szybko chciałam pokonać te “schody”.

Ciekawa jestem, co przniesie jutrzejszy dzień.

Jak zwykle

Godzinne poranne krzątanie się w kuchni daje efekt w postaci pieczącej się babki ziemniaczanej dla córci i postawienia ciasta chlebowego do wyrośnięcia dla syna na jutro. Chwila odpoczynku przy kawie latte i trzeba powolutku szykować się do pracy. Jaki będzie dziś dzień pracy, nikt nie wie. Lepszy? Gorszy? Pracowity na pewno.

Na zewnątrz wciąż ciemno.

Babka dzieciom smakowała.

Chlebek upiekłam, dom ogarnęłam, padłam umordowana na kanapę.

Czas na odpoczynek.

Karpatka

Po pracy odebrałam Mężusia😀. Cieszę się, będzie całe 3 dni. Nakarmiłam MM czerwonym barszem. Nie trudno jest dogodzić. Musi być coś na prawdę nie zjadliwe. Po posiłku zmęczony położył się na chwilę zdrzemnąć, o 5pm telekonferencja.

Co czynić? Pogoda pod psem, pada, a jak nie pada to mokro i wilgotno. Nie muszę szukać zajęć dla siebie, robię karpatkę. Wszystkie składniki są, więc nie ma problemu. Do ciasta dodałam szczyptę soli oraz dwie łyżeczki brązowego cukru. Robiłam kilka razy wg przepisów lecz ciasto zawsze było takie nijakie. Krem mam Delecta. Nie mam ochoty gotować budyniu. Mam gotowy krem.  Oczywiście, trzeba dodać mleko i masło ale budynie amerykańskie są inne (aby stężeć muszą stać baaaardzo długo i mi nie smakują).

Nie wolno otwierać drzwiczek piekarnika podczas pieczenia. Niestety musiałam ryzykować, opadnięciem górek i pagórków albo spaleniem spodu. Nie włożyłam drugiej zabezpieczającej blachy. Opadło!!! Ten opadnięty placek będzie na spodzie, nie będzie widać. Teraz piecze się drugi placek, drzwiczek piekarnika nie ma potrzeby otwierać, mam nadzieję, że wyjdą Karpaty i się nie zapadną. Mała bieda, zjemy jeśli nawet ”góry” się będą płaskie.

Druga część leciutko opadła, podejrzewam, że proszek do pieczenia był stary. Dodałam jaki miałam. Pomimo, że do kremu dodałam o połowę mniej masła niż na podano na opakowaniu, dla mnie wciąż za dużo. Następnym razem dodam kilka łyżek a nie 200g.

Połowa karpatki zniknęła nie wiadomo kiedy😀😀😀.

Dewotka
 Autor wiersza: ula (skopiowane z internetu)
  
Na złe nastroje, niepogodę
 humor poprawi - nagroda słodka
 wśród kobiet znane, serwowane
 wyborne ciasto, zwane Dewotka.

 Nazwa raczej niecodzienna,
 na pysznym miodowym spodzie -
 konieczna przyprawa korzenna,
 należy przechowywać w chłodzie.

 Krem lekki puszysty, małmazja
 wprost w ustach się rozpływa,
 konsumpcji efekt oczywisty -
 po dewotce kalorii przybywa.

 Odmówić niegrzecznie nie wypada.
 łasuchom poziom cukru wzrasta -
 po słodkim deserze, dobra rada
 szybki spacer i kaloriom basta.
  

Buraczki

Wczoraj miałam w pracy lekki dzień, zajechałam po spożywcze zakupy i do domku. Z uwagi na dziwne odczucia w nodze (od kilku dni) nie pracowałam na yardzie. Odpoczywałam. Można sobie zaszkodzić i rekowalenscencja może być dlugga. Zajęłam się umawianiem do lekarzy. Zadzwoniłam do swojej doktorki,  asystentka poinformowała, że choresterol trochę podwyższony i tabletki czekają na mnie w aptece. Reszta wyników jest bardzo dobra. Jestem zdrowa. Następny, był lekarz specjalista od kręgosłupa, zdecydowałam się na wizytę, prawa stopa od jakiegoś czasu mi drętwieje. Zaczęłam ponownie przyjmować tabletki. Nie chcę takiego bólu jaki miałam rok temu. Nieba można było liznąć. Rehabilitację jak najbardziej robię, możliwe nawet wiem, że na pewno, praca przy ścieżce mi szkodzi. Czasami dźwigam kamienne płyty, no trzeba przekręcić, podsunąć, odsunąć, innym bokiem ułożyć itd. Lekarz okulista, zapisana jestem na piątek, wiem że zrobię dwie pary okular a trzecie będą lecznicze słoneczne. U okulisty byłam 3 lata temu, możliwe że teraz mają większy wybór oprawek. Ostatnia lekarka to ginekolog, potrzebuję tabletek zapobiegających ostoporozie i skierowanie na prześwietlenie. Rok temu wszystko było dobrze z tym, że tabletki się skończyły i wizytę u ginekolog, jak 90% kobiet odciągałam. Najdłużej rozmawiałam z asystentką specjalisty od kregosłupa, szukałyśmy okienka na przyjęcie mnie jeszcze w tym tygodniu, żebym nie pracowała to znalazłoby się i w tym tygodniu. Wizytę mam w następny piątek. Nie jest źle, tabletki mam, ćwiczę, nic strasznego nie jest jeszcze odczuwalne, mogę poczekać. Nie potrafię siedzieć i się nudzić, aparat do ręki, statyw i pstrykałam. Mówiąc prawdę to były moje pierwsze zdjęcia robione ptakom. MM przyjedzie, sprawdzi czy ma telekonwenter, taki jaki ja potrzebuję, nie chcę robić jemu bałaganu w sprzęcie fotograficznym. Zdjęcia wrzuciłam do PC Adobe, troszkę rozświetliłam, ciutkę szumów zabrałam. ISO automatycznie leciało mi do 1600, więc i szumów więcej. Pierwsze zdjęcia ptaszków, które są w ciągłym ruchu, może być. Następnym razem zdam się na ręczne ustawienia. 

Wczoraj było spryskiwanie front i back yardu od komarów i muszek. Zrobilam też dobry uczynek, 10$ napiwku, sprawiło zaskoczenie i zadowolenia u młodego mężczyzny. Dzięki niemu jestem wolna od nieprzyjemnych owadów jakimi są komary, które mnie kochają, mogę cieszyć się śniadankiem i kolacją na decku. 
Śniadanko na decku, w oddali burczenie kosiarki i gaworzenie dzieciaczka, świergot ptaków, pochrapywanie Amber. 

Co w planach? Dalszy ciąg prac przy ścieżce. Pogoda wspaniała, nie wolno zmarnować. Tak, tak, pamiętać o kręgosłupie. Żadne pasy mi nie pomogą, to jest opinia specjalisty. Nad dróżką pracuję powoli z wieloma przerwami na wodę, piwko i coś do przegryzienia. Układanie dróżki dochodzi do końca ułożonych metalowych krawężnków. Co dalej? Muszę kupić krawężniki bo brakuje, piasek do poziomowania płyt, malutkie kamyczki, kamyki większe i cement. No z tym cemnetem to nie jestem do końca pewna. Pod płyty ułożyłam ogrodniczy materiał, przepuszczający wodę a nie przepuszczający chwasty. Jeśli kamyczki zacementuję, woda deszczowa zamiast wsiąkać w ziemię, będzie mi spływać jak szalona, a tego nie chcę. Muszę się na poważne zastanowić. Jestem już bardzo bliziutko miejsca na patio. Przedłużę moją dróżkę do wyjścia na back yard z lewej strony. Mam tam duży spadek. Zrobię kilka stopni z wielgachnych kamieni. Do tej pory nie miałam pomysłu, teraz moja dróżka zakończy się półkolem i połączy się z wejściem i wyjściem na back yard z drugiej strony. Będzie ładnie.

Teraz za dużo słońca, więc schowałam się w domku.

Budowanie patia zostanie wstrzymane, muszę dokończyć ścieżki i jeśli zostanie kamiennych płyt, patio będzie, jeśli nie, to posadzę tuję. Czy się przyjmie? Myślę, że tak, słońce jest o zachodzie i jest zasypany niewykorzystany dołek. Pracowałam z rozumem jak to się mówi, odpoczywałam często, piłam bardzo dużo wody. 

Ubrałam się bardzo ładnie, chociaż mogłam jechać, jak robol do apteki nikt i tak by nie zwrócił uwagi. Odebrałam tabletki. Obeszłam swoje “pole’ jeszcze raz. Pocieszyłam oczy.

Zabrałam się za gotowanie barszczu czerwonego. Buraczki córcia kupiła w ubiegłym tygodniu. Najpierw wywar z mięska, zapach …. ludzie chyba takiego zapachu nigdy nie czułam, a może….jestem po prostu głodna. Zdaje mi się, że to drugie. Buraczki potarkowałam w maszynie, szybciej, no że później trochę więcej zmywania, ale jednak łatwiej. Wstawiłam też ciasto na kajzerki do maszyny.

Jednym słowem praca pali się w rękach. 

Ciasto podchodzi w maszynie, buraczki się w garze gotują, siedzę przed tv, delektując się Martini Bianco. Nie mogę się doczytać, coś z firmą Martini się zmieniło, na etykiecie jest oprócz Martini ….Rossi. Bianco smakuje tak samo, nie wiem jak Rosso, nie mam odwagi próbować, po pierwsze butla litrowa, jak nie będzie to co piję od 18 roku mojego życia, to chyba się rozpłaczę. Więc, delektuję się Bianko, delikatnniejsze niż Rosso. Rosso jest bardziej ziołowe, ale takie lubię. Córcia kupiła w swoim sklepie Martini&Rossi Rosso. Inna butelka inny smak. Ja kupiłam Martini Rosso, na dole etykiety jest Martini& Rossi. Właśnie tej butelki nie otwieram. Ktoś powie, jaka jest różnica, a jest. Wypij piwo Żuber i jakieś karmelowe. Piwo jak piwo, % niby te same lecz smak, smak jest inny. Osobiście uwielbiam Żubra. 

Jutro mam bardzo trudny dzień w pracy, a ja muszę jeszcze czekac 40 minut, kajzerki rosną.

Znów ktoś strzela 10:12pm. Nie dobrze. Zresztą, czego się można spodziewać, każdy w domu ma broń. 



Buraczkowy zapach…. co za zapach….mięsko wyjęłam przed wrzuceniem potarkowanych buraczków, smak? Mało powiedzieć smaczne, chociaż prawie nigdy nie póbuję potraw podczas gotowania, dziś uczyniłam. Dosoliłam i dodałam ciutkę pieprzu oraz soli cebulowej. Nie muszę próbować po raz drugi. 

Musi, no musi być bardzo smaczne. 

Kajzerki? Jak zawsze polskie w smaku.

Kucharka na sto fajerek

Na wtorek gotowałam synkowi, dziś córci.

Synuś wracając od lekarza zajechał po wałówkę. Chlebek, słodkie bułeczki, upieczona sztuka mięsa, ziemniaczki i tuszona merchewka. Piekłam i gotowałam w poniedziałek wieczorem oraz we wtorek rano, jeszcze przed wyjściem do pracy. Miał przyjechać i odebrać z rana pod moją nieobecność. Wróciłam z pracy a torba z jedzeniem jak zostawiłam w kuchni na stole tak i stała. Troszkę się poddenerwowałam, że nie pojechał do lekarza. Szybko się wyjaśniło, wizytę u lekarza przełożył na popołudnie. Oczywiście przyjechał po wizycie, z Valerią. Bardzo miła wizyta.

Dziś, tusiłam marchewkę z groszkiem, piekłam kaczkę z jabłuszkami, jutro ugotuję mini ziemniaczki w mundurkach i takie też moja córcie lubi.

Upiekłam też, sobie kaczuszkę z jabłuszkami. Zapach w całym domku lecz za późna pora na schrupanie udka kaczego. Jutro na śniadanko. Jestem na diecie ale… już takiej lekkiej. Z numeru 12-14 noszę 8 to jest już coś. Ten tydzień mam luźniejszy z dietą następny poniedziałak powrót do diety … ostrej.