Ósmy dzień wakacji

Po przebudzeniu… jak w domu – sięgnęłam po komórkę.

MM cicho pracował w drugim pokoju.

Nie wywąchałam zapachu kawy, co oznaczałoby że, idziemy na śniadanko.

Po śniadanku leżakowanko, korzystanie ze słoneczka i suchego powietrza. Powietrze byłoby wilgotne gdyby nie wiatr wiejący z nad oceanu.

Leżakowaliśmy kilka metrów dalej (około 10) od baru i basenów. Tutaj nie dochodziła muzyka i pokrzykiwania moczących się w basenie dzieci. Chociaż, dzieci na palcach jednej ręki można było policzyć. Muzyka meksykańsko-kubańska już się też sprzykrzyła.

Leżakowaliśmy w cieniu a wiatr nas opalał. Takie coś przechadzało się między leżakami.

Przy barze spotkałam natomiast “żebraka”.

Po namowach córci, zamoczyłam pierwszy i ostatni raz nogi w oceanie na Arubie.

Zdjęcia robione z komórki, jakość tragiczna.

Mówi się lepiej takie niż żadne.

To zdjęcie jest z mego nowego aparatu Sony.

Wieczorkiem udaliśmy się do restauracji, polecanej przez kolegę MM.

Restauracja argentyńska. Od zewnątrz nic ciekawego. Ot drzwi jak drzwi. Gdybym szła ulicą to bym minęła, nie zwracając uwagi. Szyld wysoko nad drzwiami ale….kto podnosi głowę na wąskiej jednokierunkowej ulicy. I też tak się stało, minęłam. MM krzykną abym zawróciła.

Restauracja wewnątrz olbrzymia. A dania to przechodzą wszelkie wyobrażenia.

Zamówiłam żeberka. Dlaczego na noc? Nie wiem! Nigdy nie jem mięsa przed snem. Kolacja u mnie przeważnie jest delikatna lub jej wogóle nie ma.

No cóż, zamówiłam. Przynieśli to coś co widać na talerzu. 12 słownie: dwanaście żeber. Ledwo upchnęłam 3 i 1/2. Jakiej wielkości trzeba mieć żołądek aby zmieścić w nim zawartość talerza?

Butelkę wina o zawartości 8,5% alkoholu wypiłam, cappuccino też.

Ale… na tę okazję wystroiłam się, że MM owi oczy zabłysły.

Sukieneczka czarna w białe groszki, pantofelki, kolczyki i torebeczka czerwone. Jeju … nawet sobie się spodobałam.

Dodać do tego moją opaleniznę mimo że, się nie opalałam, razem biorąc wyszło super.

To był nasz pożegnalny wieczór z Arubą.

Czas wracać, jeszcze kilka dni a popłynęłabym wpław, nawet nie umiejąc pływać, w stronę Miami.

Chcę już do domu, do dzieci, piesków i pracy.

Potrzebuję już codziennych zajęć !!!!

Siódmy dzień wakacji

To miał być dzień niezapomniany, a stał się niezapomnianym niewypałem.

Tak się też zdarza.

Reklamy zachęcały do skorzystania ze statku podwodnego, celem obejrzenia niepotykanie kolorowych rybek.

Bilety sprawdzone i … 15 minut przepływu po oceanie do statku podwodnego.

Każdy wycieczko-pasażer miał do dyspozycji 1/2 okrągłego okna. Plastykowe siedzenio-miseczki, były tak zaistalowane, że czy chcesz czy nie chcesz masz człowieku pół okienka. To nie było takie najgorsze. Ilość pasażerów statku podwodnego odpowiadała jednej du…ie w siedzenio-miseczce. Nie było możliwości stania. Na stanie nie było miejsca. Ściśnięci jak śledzie w puszce, oczekiwaliśmy na ogromniastą atrakcję. Wszyscy w napięciu, bo przecież statek naprawdę się zanużał. Z tym to nie było niespodzianek, że się zanużał. Żadnych przecieków nie było i całe szczęście. Niespodzianki nastąpiły, większe niż siedzenio-miski, z rybami.

Gdzie one się podziały?

Gdzie te kolorowe ryby z ulotek?

Zeszliśmy na głębokość około 35m, i prawie nic.

Jakieś rybki migają przed 1/2 okrągłago okna. Zdjęcia nie tylko mi nie wychodzą, widać zawiedzione miny innych osób.

MM stara się ustawić nasze aparaty, ostatecznie bieżemy przykład z innych i chwytamy telefon w dłonie.

Atrakcją stały się zatopione statki. Bo rybka tam czy gdzieś tam w tych szarych czeluściach oceanu, też straciła kolor.

Zniesmaczeni (wszyscy) przetransportowaliśmy się na statek, który przycumował po 15 minutach do brzegu. W ciszy, bez żadnych uniesień akscytacji, zeszliśmy z pokładu.

To dopiero była ….. NIESPODZIANKA!!!!!😱😱😱😱😱😂😂😂😱😱😱

Ogólnie … zobaczyłam dno oceanu. Piasek i bardzo dużo wodorostów.

Gdyby nie ta wyprawa, nigdy bym nie zobaczyła, tego co zobaczyłam.

Przed zachodem słońca wybraliśmy się z MM na spacerek. Zboczyliśmy z drogi głównej.

Zapuściliśmy się trochę dalej ale, pamiętaliśmy o swoim bezpieczeństwie. Strzeżonego Bozia strzeże, i ostrożność nie zawadzi.

Wzięłam aparat Nikon, zapomniałam loginu do appki łączącej aparat z iphonem.

Zdjęcia wspaniałe. Obiecuje, zamieszczę po powrocie do domku w oddzielnym poście.

Na jutro miałam mieć spa. Zrezygnowałam, po pierwsze – trzeba płynąć na inną wyspę, drugie – jeśli użyją jakiegoś olejku i dostanę alerii, co będzie.? Po trzecie – nie lubię dotyku obcych dłoni.

Wszysto co związane jest z pszczołą, oprócz miodu, mnie uczula. Płatki owsiane, również. Olejek migdałowy i sandałowy nie może być w moim zasięgu.

Aruba posiada tylko 2 szpitale a jeden z nich jest w rozbudowie, to znaczy że, może być nieporządek, chociaż to tylko mój domysł.

Jeśli 2 szpitale to lekarzy niewiele. Więc, zrezygnowałam. Jeśli mam chorować to wolę chorować na swoim terytorium.

Jutro mamy dzień relaskujący.

Z kilku imprez musieliśmy zrezygnować, MM musiał pracować. Twierdzi, że odpoczął, zrelaksował się i mniej myślał o pracy. To dobrze.

Jeśli chodzi o mnie. ODPOCZĘŁAM!!!!!!

Jestem gotowa do powrotu.

Szósty dzień wakacji

Trzeba było wcześnie wstać. Wakacje, a ja muszę się zrywać o świcie. Bo na wakacjach 7:30am, to jest skoro świt. MM jest wczesnym “ptaszkiem”, zanim mnie obudził to już miałam bułki i coś do bułki oraz cieplutką kawę ze Starbucksu.

Na dole, przed wiejściem do hotelu mieliśmy czekać na autobusik. Czekamy i czekamy, Autobusiku nie ma. To jest island time, nikt się nie spieszy. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Podobnie było na Bahamas, zamawiasz, czekasz i czekasz.

Busik podjechał po 45 minutach. Pojechaliśmy na zwiedzanie wyspy. Wycieczka trwała 6 godzin. Przystawaliśmy w kilku ciekawszych miejscach aby zrobić zdjęcia.

Nie zauważyłam bezdomnych ludzi, ale…psy chodzące bezpańsko, to i oczywiście.

Budownictwo parterowe, jeśli dom piętrowy to schody były usytuowane na zewnątrz.

Domy zbudowane z pustaków i otynkowane, podobnie z murami (ogrodzenie)wokół domów. Domy pomalowane na różne kolory, podobnie i ogrodzenia. Większość ogrodzeń to są mury, trafiały się metalowe oraz drewniane sztachety. W niewielu przypadkach ogrodzenia sięgały może 2 metrów, pozostałe to niskie ogrodzenia do 1m. Co oznaczało by, że wyspa nie ma problemu z kradzieżami.

Centra miast, to są hotele i cała sieć handlowa. Wyspa posiada własną rafinerię. Energię elektryczną pozyskuje z wiatru, słońca i oceanu. Skąd mają cement, piasek i wapno (składniki pustaków) nie dowiedziałam się.

Po powrocie z wycieczki padliśmy na łóżka i pochrapaliśmy.

Po przebudzeniu odkryłam że ramiona, plecy i z przodu jestem czerwona jak raczek. Wybierając bluzkę na ramiączkach nie wzięłam pod uwagę że, słońce opala również, przez szyby.

Żeby ten raczek mi nie dokuczał swoim pieczeniem, to byłoby ok. Ale niestety, ramiona piekły i plecy też. Mało pomogła maść, po opalaniu na czerwono.

W trakcie wycieczki zatrzymaliśmy na lunch na Baby Beach.

Kelnerem był norweg, który odwiedził Toruń, Grudziądz i Gdańsk. Bardzo chwalił sobie pobyt w Polsce i miło wypowiadał się o spotkanych i poznanych polakach.

Szczerze….poczułam dumę, że ktoś na tej małej wyspie u brzegów Wenezueli chwali moich rodaków.

Kobieta witająca przybywających zgłodniałych gości do restauracji Big Mama Grill na Baby Beach Aruba.

Piąty dzień wakacji

Pogoda jak najbardziej dopisuje. Trzeba się smarować kremem żeby się nie spalić na raka. Wiele osób opala się na czerwono. Niektórzy leż plackiem w pełnym słońcu, cały dzień. Nie potrafię tak. Jeśli leżakujemy w cieniu, dodatkow przykrywam się ręcznikami. Jest bardzo wietrznie i się nie odczuwa palącego słońca, ale ono jest i naprawdę pali. Ramiona i szyję mam już opaloną na caerwono, jak zresztą inni kuracjusze. Niby przykrywam się i zakrywam, nie leżę plackiem w oczekiwaniu na opaleniznę. A jednak słońce gdzieś mnie schwyciło.

Dziś po śniadanku poszliśmy na spacerek brzegiem oceanu. Oczywiście że, robiłam zdjęcia bo jakże inaczej, z tym że, zamieszczę dopiero po powrocie. Internet w hotelu jest obciążony, z tego też wynikają problemy z ładowaniem zdjęć.

Późnym popołudniem, pojechaliśmy do Palm Beach na spotkanie z zachodem słońca.

To dopiero była zabawa, tańce hulanki i swawole na stateczku. Zapoznałam sporo ludzi, wmieniliśmy się emailami. To był bardziej gest polubienia się niż utrzymywania kontaktów. Do hotelu przybyliśmy dość późno ale nie za późno, hotelowa zewnętrzna restauracja jeszcze była otwarta. Oczywiście że, weszliśmy i zamówiliśmy po lampce wina i pizzę.

Do pokoju wróciliśmy o własnych siłach, nigdzie się nie potykając. Nie pomyliliśmy też pięter ani numeru pokoju.

Czwarty dzień wakacji

Czwarty dzień, jeśli północ można zaliczyć do dnia, przewitałam na fotelu. Oglądany film tak wciągnęł że, nawet nie zauważyłam że minęła 2am. Nie chciałam budzić MM więc, położyłam się na kanapie przykrywając się kocem. Próbowałam zasnąć, nie trwało to zbyt długo bo przed 3 am, MM stanął nademną, mówiąc prawdę, pogonił mnie do łóżka.

Spałam prawie do 10am. Upiękniłam się i….czekałam na zakończenie telelekonferencji jaką MM prowadził.

Łaziłam z łazienki na balkon, z balkonu do sypialni, z pokoju do sypialni i tak w kółko. Konferencja się przeciągała a ja robiłam się zniecierpliwiona. Oj, rozumiem, MM musi być na łączach i nie ważne urlop czy nie. Ale ja robiłam się nie tylko zniecierpliwiona ale i głodna.

No nareszcie około 1pm, uwolnił się, mogliśmy pójść już nie na śniadanie ale obiad.

Po obiadku, leżakowaliśmy, odpoczywaliśmy, leniuchowaliśmy. Wszystkich przechodzących obok witałam lub mnie witano. Toż w sobotę dałam solowy popis tańca. No nie mogę po prostu nie mogę usiedzieć kiedy muzyka gra. W domu przecież też, tańczę skaczę nawet przy wbijaniu gwoździ, kucharzeniu lub sprzątaniu. Więc, mnie witano, pytano o samopoczucie, niektórzy chwilę gawędzili.

Szybkie przebranko i wyszliśmy na zwiady, jaka restauracja i gdzie ma oprócz żarcia dancing. Przecież, 14 rocznica ślubu, trzeba ładnie się ubrać i na parkiecie się zakręcić.

Jakieś dancingi oczywiście że mają ale … daleko i dla lokalsów. Więc, można tam zajechać i już w jednym kawałku nie wrócić.

Zresztą tak jak w każdym mieście, w moim podobnie, NY, Chicago, Boston itp.

Dominikana, Jamajka, Kuba, Meksyk….oferują kuroty, a jeśli zwiedzanie to z okien autokaru.

Byliśmy ostrożni i… zostaliśmy w okolicy kurortu. Lokalsi tutaj nie zaglądają. Niepocieszeni wracając do hotelu zatrzymaliśmy się w kubańskiej restauracji.

Piękna muzyka płynęła z głośników i zanim usiadłam przy stoliku odtańczyłam salsę.

Mimo że, nie byłam pięknie ubrana spędziłam wspaniały wieczór przy hiszpańskiej muzyce.

Nogi miałam baaardzo brudne, bo trudno tańczyć w klapkach, wiec tańczyłam na bosaka. Lambada, rumba, salsa innej muzuki nie było, no tango brazylijskie.

Namęczyłam się, parkiet a właściwie posadzka posłużyła dla moich stóp jak pumeks. Chociaż…pumeksu nigdy nie używam bo starłabym przy pierwszyk użyciu skórę do krwi.

Sukienka w szafie wisi, pantofelki stoją, a ja wybawiłam się nawet nie strojąc sie na zabawę.

Nie poddam się tak szybko. Muszę przywdziać moją sukieneczkę. Może jutro, jeśli nie bo na pewno nie… płyniemy na ”poszukiwanie zachodu słońca” .

Będę niepocieszona jeśli się nie wystoję ….

Udany dzień i miła zabawa.

Jaki będzie jutrzejszy dzień? Nikt nie wie. To będzie wielka improwizacja.

To my będziemy, bohaterami i aktorami, scenariusza jaki nam życie napisze.

Trzeci dzień wakacji

Oh oh MM spał obok mnie. To nie jest takie ważne. Ważne że, NIE CHRAPAŁ!!!!!!

Przed wyjazdem zamówił specjalny “smoczek” przeciw chrapanku. “Smoczek” przypłynął z UK. Rozpakowaliśmy i …byłam wstrząśnięta. Jak w ogóle można tego czegoś używać, spać w tym. Smoczek do buzi, a w środek należy wessać język. Aby nie wypluć smoczka podczas snu, zakłada aię specjalny pas na głowę i podbródek. MM na próbę założł to “urządzenie”. Wglądało to, przynajmniej dla mnie, na tortury. MM skwitował … jest OK..

Patrząc na grymas na twarzy MM, nie powiedziałabym aby było ok.

Może,

może pod wpływem myśli o założeniu “smoczka”, MM przestał chrapać.

Jeśli to urządzenie działa na MM, jak odstraszacz, to też dobrze.

Spał obok mnie jak niemowlaczek.

Na śniadanko wybraliśmy się do Starbucks. Bułka z serem i kawa, zaspokoiła mój śniadaniowy głód.

Czas na karnawał. Już pierwszego dnia zauważyliśmy poprzywiązywane stoliki i krzesełka na chodnikach. W niektórych miejscach było nie sposób korzystanie z chodnika. Nikogo to nie dziwiło i nas też nie powinno.

Jak karnawał to karnawał.

Dziś się właśnie odbył. Dużo muzyki, tańca i ogólnej wesołości. To ostatni dzień karnawału na Arubie, który trwał od…stycznia.

Dziś odbył się stolicy Aruby Oranjestad.

Mogłam podziwiać znurzenie oczekujących a później radość, kostiumy i muzykę.

Nie dotrwaliśmy do końca karnawału, zabrakło cierpliwości.

Restauracje i sklepy na czas karnawału w większości zamknięto. Znaleźliśmy knajpkę gdzie się zakotwiczyliśmy.

No tak, ja w barze odszukałam Martini Rosso, mogłabym już z tamtąd nie wychodzić. Barman dwókrotnie pytał, czy na pewno chodzi mi o ten vermut.

Och wiem tego nie pije się o tak z kieliszka, dodaje się do drinków.

Każdy ma swoje upodobania nie tylko smachowe ale i węchowe, bo MM nie może tego wina wąchać.

Nie, nie upiłam się, zamówiłam malutką lampkę, podelektować się.

Wróciliśmy do hotelu na bolących stopach.

Ochłodziło się, schowałam się do łóżka. Nalożyłam na pidżamę ciepły golf, na nogi ciepłe skarpety. Co z tego że na zewnątrz 27C. Zmarzłam.

Obejrzałam zdjęcia z karnawału. Zamieszczę po powrocie do domku.

Drugi dzień wakacji

Spałam twardym snem. Po przebudzeniu zauważyłam, że poduszka obok jest nie tknięta. Oznaczało, że MM nie spał tej nocy ze mną. Oj, nie dobrze…pomyślałam. Nie to, że gdzieś zabalował. Raczej …spał na kanapie i może być nie wyspany. Chociaż, MM śpi wszędzie. Każde niewygody stanowią dla niego wygodę. Taki on już jest.

Gdy weszłam do drugiego pokoju MM był już przy komuterze. Nie chciał mnie budzić w środku nocy, wiec nie przyszedł do sypialni to pierwsze, drugie jest rannym ptaszkiem i przebudził by mnie myszkując w sypialni.

Ot i cała tajemnica. 😀

Śniadanko zjedliśmy w restauracji obok. Zresztą, wczoraj tam jedliśmy kolację. Spodobała się nam i jeśli coś się podoba należy korzystać a nie latać po knajpach i próbować.

Caluśki dzień i wieczór spędziliśmy w kompleksie wypoczynkowym. Wypoczywaliśmy w cieniu, delektując się Piña colada i serwowanymi w hotelu daniami. Słuchaliśmy muzyki, oczywiście nie udało mi się usiedzieć i pobiegłam potańczyć.

Dzień był wyjątkowo ralaksujący.

Moja głowa zrobiła się wolna od myśli. Nareszcie. Zawsze mam tysiąc myśli na ułamek sekundy. Tym razem po prostu nie do wiary, mogę nie myśleć. Nie trzeba nic robić, nigdzie iść, jechać. Praca daleko została, pieski, dzieci, rodzina …. oni mnie potrzebują lecz wypoczętej i szczęśliwej. Teraz jest czas na “podładowanie akumulatorów”.

Wakacje

Przylot – March 1th, Friday

Lot trwał 3 godziny. Jakie było moje zdziwienie kiedy, zobaczyłam dwa rzędy foteli w samolocie, trzy i trzy. MM zamawiając oznajmił mi, że będzie, dwa fotele przjście i trzy. No i trochę się poddenerwowałam że, będę siedzieć między…Nie lubię siedzieć przy oknie, czuję się zciśnięta, przytłoczona, zablokowana. Nie lubię siedzieć w środku, czuję się lepiej niż przy oknie, bo mam możliwość ucieczki. Nie ważne, ucieczki czy wyjścia. Nie lubię i koniec. Brzegowy fotel jest dla nie najlepszy i najbezpieczniejszy, jeśli zajdzie potrzeba mogę się szybko ewakuować, nie jestem zciśnięta , przytłoczona ani pozbawiona, swobody i w pewnym sensie wolności.

Wprawdzie MM zaproponował zamianę foteli, ale wiem jak on lubi okno, może oprzeć głowę o ścianę samolotu i spać. Nie śpię w samolocie, czytam, oglądam filmy, słucham muzyki. Zasnę po zażyciu środka nasennego. Tak, tak, zażyję a później po przebudzeniu, chodzę jak ćpun.

Pocieszającym dla mnie było, że obok mnie z prawej strony, usiadł młody mężczyzna. Zamieniłam z nim kilka zdań. Uprzejmy, miły, młody i wyyysoooooki. Patrząc na jego długie nogi, zrozumiałam, że jemu należy się brzegowy fotel, on jego potrzebuje. Będzie mógł wyciądnąć nogi w stronę przejścia. A ja? Ja nie powinnam narzekać. Środkowe miejsce, też jest wygodne i lepsze niż w luku bagażowym.

Podczas lotu MM szybko usnął. Znalazłam w ofercie filmów samolotu, film Bohemian Rhapsody. Obejrzałam, jak to się mówi, jednym tchem.

Może nie jest ten film pouczającym, ale wymusił na mnie zrozumienie pewnych zachowań, wymuszonych przez sytuacje i otoczenie. To zrozumienie dotyczy wyłącznie tego filmu.

Lądowanie na Arubie przebiegło bez żadnych niespodzianek, bo i takie powinno być.

Językiem urzędowym na Arubie jest niderlandzki i papiamento. Urzędowym bo do komunikacji jest język angielski. Wikipedia podają, że 75% turystów pochodzi z USA. To by oznaczało 25% z innych części świata.

Słyszałam: hiszpański i hebrajski.

Nie mogę natomiast powiedzieć czy niderlandzki dał się słyszeć, bo tego języka nie rozróżniam.

Bardzo miły wieczór spędziliśmy na spacerze rozpoznawczym, kolację natomiast zjedliśmy w restauracji.

Nigdy nie jadłam lazanii. Na pytania …czy jadłaś? ….odpowiadałam …nie jadłam bo nie lubię….jak można czegoś nie lubić, jeśli się nie jadło….

Miałam rację, że nie lubiłam i nie lubię. W restauracji, na przekór sobie, zamówiłam…LASAGNA (LAZANIĘ)!!!!!!!

Pierwszy i ostatni raz! Lubię makaron, spagettii ale nie lazaniję.

Wypiliśmy po 2 drinki przy rytmach muzyki płynącej z estrady i późnym wieczorkiem przywlekliśmy się do pokoju hotelowego. Zmęczona atrakcjami dnia, usnęłam na kanapie hotelowej.

MM obudził mnie po… chyba 30 minutach abym przeniosła się do sypialni, wygodniej.

Usnęłam w oku mgnieniu.

Nie ma czemu się dziwić, wiele atrakcji i świeże powietrze.