Bomba kaloryczna

Tak!!!!! zafundowałam na śniadanko bombę kaloryczną.😀🧐

Pizzę z 660cal. Do tego należy doliczyć miodzik 180cal,  dodany do herbaty. W sumie 840cal.

Uffff. Pizza smaczna, pożywna, pachnąca, cieplutka, prosto z piekarnika. MM nie pierwszy raz dziwi się moim upodobaniom smakowym na śniadanie. Bo…na śniadanie mogę zjeść obiad lub kolację, zagryzając śledziem lub krówką mleczną.  Ochh, króweczki takie do połowy chrupiące,  a od środeczka ciąąąąąąągnce.  Najlepsze,  opakowane w papierek z krówką w biało-czarne łatki (moje smaki, moje upodobania). Niechcący rozpoczęłam właśnie dietę. Nie planowałam, a zrobiłam. Miałam w planach,  tylko nie w tym tygodniu, kiedy mam wolne od pracy. Lodówka blisko, w szafkach i szufladach zawsze coś jest do schrupania, po prostu, nęci. Nie jestem jeszcze na takim wtapie, a byłam, żeby położyć garść cukierków przed sobą i ich nie dotknąć. Dojdę do tego, że na słodycze nie będę mogła patrzeć, ale teraz jest ciutkę za wcześnie, i nie chcę się katować. To jest dobre na pracę z silną wolą, ale ja ją mam, jak się uprę to wszystkiego dokonam (no bez przesady, w ramach moich fizycznych możliwości).

Na obiad zaserwowałam yogurt. No chodzi za mną coś słodkiego, to przynajmniej coś zmlekiem i cukrem.

Nie mogę uwierzyć, że nie najadłam się maleńkim yogurtem a spożyłam 160cal. No i takim sposobem przekroczyłam 1000cal.

MM podpowiada, pobiegaj, pojeźdź na rowerku…oj fajnie mówić, patrzę na niego i milczę. Po prostu, nie chce mi się. Chcę iść do pracy, przynajmniej tam się coś dzieje, w domu po zrobieniu back hardu nie mam za wiele prac do wykonania.

A może, przedwiośnie tak na mnie działa?

Co dzisiejszy dzień przyniesie

No cóż, obudziłam się 2:28am i już nie usnęłam. Wierciłam się w łózku jakby było w nim z 1tys robali które mnie pdgryzały. Mam łóżko wygodne, duże i cieplutkie. Z ogrzaniem go przychodzi z pomocą elektryczny puszysty, mięciutki kocyk.

Spłodziłam posta o ciałku, któremu tłuszczyk nadaje delikatności i puszystości😜.

Poranny pyrsznic, orzeźwił, postawił na nogi, krew szybciej zaczęła krążyć.

Przepiękny wschód słońca i zimowe powietrze -3C. Czekam z utęsknieniem na wiosnę, jest “za progiem”. WIDZIAŁAM!!

Marnie jeszcze wygląda bo dopiero zaczyna się wspinać po ciepłych promykach słońca. Z czasem nabierze wiekszej wprawy. Będzie ładnie, będzie pięknie😀😀😀😀.

Śniadanko: kawa z dodatkami mleczno-kawowymi. Yogurt kawowy 150cal.

Nie mogę zrozumieć, jak mogłam polubić kawę z mlekiem i kremami, kiedy w Polsce wypijałam hektolitry czarnej kawy z fusami, bez cukru, bez mleczka. Potrafiłam do fusów z poprzedniego dnia dolać gorącej wody i fusy schrupać. Teraz takiej czynności nie uczynię, co w tych fusach widziałam. Kawę piłam od rana z wieczorem włącznie. Nie miałam problemów z uśnięciem.

Teraz…fusów nie jem, kawę czarną piję sporadycznie i jak przed laty bez cukru i mleczka, z tym że musi być zagotowana w specjalnym imbryczku. Nie mam tu na myśli zaparzaczy. Na śniadanie zawsze robię kawę rozpuszczalną z dodatkami. Jednym słowem nie tylko smak się zmienił ale i upodobania.

Na drugie śniadanie, 3 banany i takim sposobem zaopatrzyłam organizm w 482cal. Zciągnęłam app do podliczania calorii, kiedyś mi pomogła taka kontrola, mam nadzieję, tym razem również. Po bananach nie czułam głodu. Ale żołądek, zaczyna, nawet nie boleć ale ćmić. Zaparzyłam siemie lniane. Popiję jakiś czas. Może od rozpuszczalnej kawy, bo takie uczucie w żołąku nie jest po raz pierwszy. Czyżbym miała przestawić się na poranne herbatki owocowe?

Zrobiłam obiad i zaprosiłam MM do ładnie zastawionego stołu😄.

Ostatecznie wrzuciłam w siebie 1100cal. Jak na pierwszy dzień jest super i oby tak dalej.

Kochanego ciałka, nigdy za wiele

Znów robię krzywdę swemu ciału. Pożeram ogromne ilości słodkości to pierwsze, drugie – zaniedbałam gimnastykę. Widzę jak powoli zmienia się moje ciało. Przybywa tłustych wałeczków, najgorsza sytuacja robi się na brzuchu, twarz ogrągleje i niedługo będzie wyglądać jak księżyc w pełni. Pocieszające jest, nie potrzebuję liftingów i żadnych chemicznych wypełniaczy, którymi katują się kobiety “dbające” o wygląd. Nic nie mam przeciwko, gdybym nie widziała cierpienia Sandry i jej opadającej powieki po fatalnej operacji, może bym się skusiła. Moim wypełniaczem zmarszek jest naturalny tłuszczyk, który organizm wytwarza po zjedzonym: drugim kawałku tortu, całej torebki rodzynek w czekoladzie, wypitej kawy z dodatkami kremowymi jak również cukru, gorącej czekolady, za długo wymieniać aby listę słodkości mogłabym ukończyć. Metabolizm mam jeszcze w normie, lecz…z biegiem czasu zaczyna spowalniać pracę.

Dlaczego spożywam, takie ilości cukrów?

Odpowiedź jest prosta.

Kocham słodkości!!!!!

Jak nie postanowię nie żreć. To od śniadania do kolacji i pomiędzy posiłkami tylko słodkości. Mięso i warzywa mogą nie istnieć. Mięsa pieczonego z dodatkiem miodu nie cierpię.

Owoce jak najbardziej, z dużą iliścią cukrów.

No i odkładają mi się wałeczki, a ja odkładam dzień decyzji o zaprzestaniu obżerania się, jak by nie było ale chemią. Bo tak na prawdę, ile jest cukru w cukrze? A to z filmu ” Poszukiwana, poszukiwany”.

A tak na marginesie fajny film, czy jeszcze ktoś produkuje takie filmy?

Wracając do “oponek”. Z każdym tygodniem, czuję się okrąglajsza. Bielizna osobista wpina mi się w kochane ciałko, które nabiera tłuszczowej puszystości i delikatności. Przyjemnie jest dotknąć taką fałdkę i patrzeć, jak pod naciskiem pozostawia dołeczek, aby za chwilę dołeczek wypełnił się tłuszczykiem. Obrzydliwe?

Wcale nie. Spytajcie “sucharków” którzy latami chcą przytyć i się im nie udaje, mimo spożywania ogromnych ilości wszelkiego żarcia w tym czekolad, mlecznych i czekoladowych cukierków, wafelków, ciastek, tortów, ciast z kremem i bez, bezów, galaretek owocowych. Oni by tak chcieli jak ja, nabrać ciałka i stając na wadze nie modlić się o więcej kilogramów tylko je ujrzeć na czytniku wagi.

Jak to zrobić, żeby postanowić?

Jak to zrobić, żeby przynajmniej poćwiczyć?

Jak to zrobić, żeby nie żreć?

Wiem, że to zrobię, tylko nie wiem kiedy. Boję się, że jak zacznę katować się ćwiczeniami to trudno będzie przestać. Wiem też i boję się, że jak przestanę żreć to znów schudnę prawie do “patyka”.

Może dziś tylko ograniczę się? Tylko takie ograniczenia na mnie nie działają.

Albo zaczynam, albo nie.

Na razie wiem, na obiad miałam zrobić schabowe, upiec chlebek na zakwasie z dodatkiem ziemniaków, ciasto chatka-puchatka za mną “chodzi”. W lodówce sok pomarańczowy z dodatkiem chemii czeka. Sprite 6pak kupiony – wylać do zlewu? Czy ….?

Nie ważę się, bo wiem, przybyło. MM traci wagę sukcesywnie, a u mnie jej przybywa. Jak widać, nic w przyrodzie nie ginie. 🤪

Samotność w wielkim domu

Nie często zdarza się, że MM pracuje przed kompem cały, ale to caluśki weekend. Ten weekend pracował, jeśli wyjeżdżaliśmy na kolację, myślami był gdzieś tam przed kompem ze swoimi softwarowymi problemami. Nie było go przy mnie ze mną i nie było obok. Pracowałam na yardzie, zabijając samotność, zabijałam i siebie. Pracowałam ciężko i długo. W sobotkę zamówił mi pizze, zjadłam obok MM. Nie lubię, no nie lubię takich weekendów. Razem a osobno. Prawdą jest, że moje prace na yardzie ruszyły do przodu. Materiał przyjechał, zamówiliśmy korę, przywiozą w sumie 100 worków we czwartek. Posadziłam małpią trawę po całej prawej stronie dróżki, po lewej tylko do szczytu górki. Została cała ”wstążka” do obsadzenia. Jeśli nie będzie padać, zrobię to jutro. Kamienie są, czas też na układanie płyt kamiennych na mojej dróżce i jednocześnie, układanie krawężnków. Spieszę się, chciałabym skończyć przed moimi i MM urodzinami. Wprawdzie na weekend urodzinowy wyjeżdżamy ale chciałabym, popatrzeć na swoje prace i piękny ich widok. Nabiera już w tej chwili uroku, co mnie bardzo cieszy, na duszy i widokowo. 

Wyjazdy na  obiady i kolacje, nie dbanie o to co się jadło spowodowało, że mam wyrzuty sumienia. Nie znaczy, że utyłam, waga jest dobra, rozmiar po schudnięciu ten sam, nic nie uciska nic się nie przelewa, chociaż chciałabym zminiejszyć swoje kochane ciałko o jeszcze  jeden rozmiar. Zawsze jest ciężko zacząć moją dietę, jak już rozpocznę, jest łatwo. Jakaś blokada? Myślę, że tak, dieta jest bardzo ale to bardzo trudna do stosowania. Wszyscy którzy ją znają, potwierdzają. MM i dzieci stwierdziły, tą dietę tylko ja mogę stosować. Kiedyś jak syn mieszkał ze mną, stosował jakiś czas, lecz młody człowiek powinien odżywiać się zdrowo i da sobie radę z nadwagą jeśli wystąpi. 

Wyskoczyłam do CVSa po Zzzz na dobre spanko. Potrzebuję spokojnego i długiego snu. 

Grubasek

Już jestem zmęczona, zdziwienia nie powinno być. Dochodzi północ a ja wciąż na chodzie. Nie wiem co mnie podkusiło z chlebem na zakwasie. W piątek mam 3 dni przerwy w diecie, może to mnie zmobilizowało. 

Wróciłam po 4 pm, szybciutko postawiłam ciasto chlebowe do rośnięcia. Rosło prawie 6 godzin, długo. Między czasie, upiekłam bułeczki mleczne z różanym dżemem, usmażyłam kotlety mielone. 

Niczego nie tknęłam, nic nie spobowałam, chociaż zapachy w kuchni kusiły bardzo bardzo. 

Usnęłam przed 1am

____________

Miałam trochę trudności z wstawaniem, mimo że helikopter latał nie daleko robiąc niemiłosieny hałas, drzemałam, drzemałam…

Pękła miejska rura wodociągowa i zapadła się jezdnia, powstało jeziorko, zamknęli pewien odcinek  jezdni. Wczoraj robiąc bułeczki, nie mogłam się nadziwić, że helikopter prawie wisi nad moim domem, nowa droga powietrzna? 

Nagrywali lokalne wiadomości. 

Po powrocie z pracy, brak chęci, brak chęci, brak chęci….

Na nic nie mam ochoty a myśli krążą wokół MM. Znów jego kolacje są obfite, znów mi powie że schudł, a przecież utył. Powie że może nie schudł ale i nie przytył. A ja widzę jego pasek od spodni pod  brzuchem i co raz niżej. Nie przyjmuje do wiadomości. Rozmowa nic nie dała. Co raz częściej denerwuje się jak musi się schylić, dwa brzuchy to nie jeden. 

Nie wiem, po prostu nie wiem jak wytłumaczyć. Jak zmusić aby stanął na wagę. Praca siedząca, brak ćwiczeń, jedzenie kolacji ( pochłanuanie kolacji), podjadanie orzeszków, rodzynek, ciasteczek. 

Muszę to zrobić bo w bardzo krótkim czasie mogę zostać sama. Pierwsza rozmowa działała tylko przez weekend. Nie chcę być żandarmem w weekend, na wyjeździe sobie odbija, chcę żeby zrozumiał, że to igranie ze zdrowiem. 

130kg to już nie zabawa. Że wysoki ok, ale i 2 brzuchy, o jeden za dużo.

_____________

Czasami zastanawiałam się o czym rozmawiają kobiety przez tel, a sama wiszę na tel z córcią 3h a z mamusią tyle samo. Rozmowa o wszystkim, dużo śmiechu, codziennych zdażeń i wspomnień.

Drugi etap diety

 

Miałam 3 dni “żarcia”. Nie to nie było, żadne żarcie, miałam ochotę na placki i inne specjały kulinarne lecz jak przyszło co do czego, to jadłam małe porcje.

Kawa lub herbata z cukrem lub słodzikiem jest za słodka.  Wszystko wydaje mi się za słone. Żoładek się skurczył, smak się zmienił. Oczami zjadłabym dużo, w rzeczywistości dużo, dużo mniej.

 

Od wczoraj, drugi etap.

Dziś owocowy dzień, zaczęłam śniadanie od jabłka. Później zobaczę na co będę miała ochotę.

 

 

11 dzień diety

Do godziny 2pm nic nie jadłam. W pierwszej kolejności musiałam podjechać do sklepu zrobić zakupy choremu synowi. Później całą torbę zapakować. Aby zupa mi się nie zepsuła w samochodzie, wstawiłam pojemniki z zupą do torby lodówka. Niestety ale nie miałam zamrożonych specjalnych kostek do tej torby, jedyne co mi wpadło do głowy to….włożyłam zamrożoną kaczkę. Tym spodobem zupa miała odpowiednią temperaturę a kaczka w połowie się rozmroziła. 

2w1

Po pracy podrzuciłam synowi jedzenie, nie wchodząc daleko do mieszkania i szybko w drogę powrotną aby zdążyć przed korkami. 

Dziś jestem bardzo zmęczona. Praca to jeden, drugie nie jadłam śniadania. 

Lanch: cattage cheese fat free 340g z 2 łyżkami miodu.

Kolacja: zostały z ciasta 2 białka więc dodałam do pieczonej papryki, pora i cebuli. Pychotka😀

Upiekłam dziś bułeczki maślane posypane sezamem i makiem. 

Próba bułeczek będzie jutro. 

Dziesiąty dzień diety

Wczoraj pomarzyłam, dziś wróciłam na ziemię.

Zupa ogórkowa stoi w lodówce i czeka.  Zawiozłam garnuszek mojej córci.

Śniadanie: dwa jabłuszka. Nie miałam czasu na śniadanie, więc dobrze, że zjadłam dwa jabłuszka.

Obiad: porcja krewetek na masełku. Mam ich dość!!!!!

Kolacja: marcheweczki

To całe moje dzisiejsze menu. Miałam ochotę na batona proteinowego, ale czy zjadłabym całego, to nie jest pewne. Nic mi się już nie chce jeść. Mogę jajka przecież, na samą myśl o nich, robi sie nie dobrze. Ryby nie mam ochoty smażyć, sałatki wychodza bokiem, podobnie z boczkiem. Jutro sie przemęczę, ale widzę, że na nastepne 11 dni,  muszę wyciągnąć moją wydrukowaną dietę na papierze, bo na razie to stosowałam “dietę” z pamięci.

Samopoczucie? Nie czuję głodu i mogłabym już, nie jeść. Jem marcheweczki bo coś trzeba, najlepsze…one są słodkie!!!! 😄

Trudno, żeby przy takim jedzeniu sadła nie ubyło.

 

/nie mam zielonego pojęcia co zrobić jutro na śniadanie/

Today the juice day

Od rana piłam soki, świeżo wyciskane z owoców i warzyw. 

Rzodkiew, por, kalarepa, jabłko, marchweka. 

Nie których nie dało się pić bez dodatku soku z cytryny. 

Zjadłam też jedno wielgachne jabłko i kilka malutkich marcheweczek.

That it!!!

Samopoczucie? Dobre
W popołudnie – bawiłam  się w ogrodnika.

Jednak lubię siebie torturować, gotuję zupę ogórkową, nie tylko na rozdanie dzieciom. Zostawie sobię garnuszek (gotuję w wielkim garze) na piątek. Już czuję smak, zapach? rozchodzi się po mieszkaniu. Może samym zapachem dziś się najem. 

Tak, jestem dziś głodna. 

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Siódmy dzień diety

Śniadanie: 

8 plastrów smażonego bekonu, kawa z mlekiem z dodatkiem jednej paczuszki słodzika. 

Nie mam ochoty na jedzenie. Czuję się dobrze. Może trochę lżejsza? Fałdki tłuszczu jak były, tak i są, nie ma czego oczekiwać po 5 dniach diety. Chociaż …oj chciałoby się zauważyć zmianę. Nie, nie zniechęca do stosowania diety. 

Po tym tygodniu, coś drgnie. 

Śpię dobrze, nie zauważyłam większych zmian. 

Lunch: wyszliśmy z MM do baru. Zamówiłam sałatkę bez kurczaka. Warzywa z suszonym jabłkiem, pokruszonymi orzechami włoskimi i troszkę fety.  Dodatkiem do sałatki był kawałek bagietki i jabłko. Z jabłka zrobię sok z dodatkim marchewki. Bagietkę zużyję na kanapki synowi. 

Uważałam, że na takie danie mogę sobie pozwolić. 

MM szykuje się do wyjazdu😢
Kolacja: shrimp w maśle i dwa jajka na twardo.

Plus dwie lampki Martini Rossi Bianko podczas oglądania filmu “Anything for love”.

Brak chęci

I jak wiewór nie katrupić? Jeśli odbierają chęć pracy w ogrodzie. Wykopalisko wszędzie, nawet zdjęć nie chce się robić. Przegryzły siatkę również siatkę plastikową. Jestem bezsilna.  

Dzień piąty diety

Czuję się fizycznie bardzo dobrze, nic mi nie dolega. Wczoraj za dużo wypiłam wody, więc miałam “niespokojną noc”. Wędrówki do łazienki odrobiłam, dłuższym spankiem. Ujemnym skutkiem diety jest marznięcie. Byłam zmarzlakiem, ale żeby kocyk elektryczny nastawiać wczesnym latem z 20 na 9 pozycję, to trochę niepokojące. Mimo, że w domu pamująca temperatura lekko przekracza 22°C, nałożyłam pod ciepłe długie spodnie rajtuzy, pod ciepły golf włożyłam, koszulkę bez rękaw i koszulkę jedwabną z długim rękawem, ciepłe skaprety i ciepłe długie papcie. Ręce mam lodowate. Dietę oczywiście, wciąż stosuję.

Śniadanie: trzy jajka na twardo z odrobiną majonezu. Czarna kawa.

Tak to było wszystko, co zjadłam na śniadanie. Nastawiłam timer na 4 godziny.

 

Przymierzyłam sztruksowe długie spodnie, kolor trudno określić, ciemny róż z dodatkiem truskawki? No coś takiego. Jeszcze nie mogę nakładać, niestety. Wciągnąć, wciągnęłam, zapiąć zamek też mogę, lecz wygląda to wciąż tragicznie. Inne spodnie o kolorze lekkiego różu, wciągnęłam lecz do zapięcia zamka brakuje mi ze 4-3 cm. DUŻO!!!!!
Może w następnym tygodniu w tych pierwszych spodniach będę wyglądać przyzwoicie, nie sądzę abym zapieła te drugie.
Jednym słowem tragedia. Całą zimę nakładałam spodnie sztruksowe w kolorze śliwkowo-pururowym, pasowały bo zawsze były większe, po praniu miałam troszkę problemów.
Sukienkę na córci urodziny (styczeń 2017) nałożyłam bez problemowo, brzuszek gdzieś tam mi się ukrył, fałdeczki dodawały uroku, można powiedzieć było ok. Przez 2 miesiące przybyło jeszcze więcej ciałka. Ot i klops.

Lunch: przyszykowałam dwa kawałeczki wieprzowinki. Po ugotowaniu, zjadłam jeden, drugim podzieliłam się z MM.
Nie sposób było to jeść. Przyprawy w jakich ugotowałam to mięsko, dodawały smaku lecz samo mięso,  przypominało trawę, jeszcze raz trawę. A że na nic innego ochoty nie miałam, zjadłam. Nastawiłam timer na 4 godziny. Nie, nie czekam z niecierpliwością kiedy one upłyną, ponieważ regularne posiłki zaspakają uczucie głodu na 4 godziny, chociaż już go nie mam. Baton snickers, również nie robi na mnie wrażenia, odsunęłam jedynie dalej, nie ma potrzeby patrzeć, już nie kusi.

Poćwiczyłam dziś godzinkę, czym zmobilizowałam MM. Pobiegał na bieżni i pojeździł na rowerku. Cieszę się, siedząca praca przed komputerem nie tylko jest męcząca ale i nie zdrowa. 

Kolacja:

Trochę nie typowa. Wyskoczyliśmy z moją córcią i jej chłopakiem do meksykańskiej restauracji. Dwa wypite piwa i cocktail shrimp. Shrimpy były smaczne ale za dużo. No cóż, i tak powstrzymałam się od jedzenia przystawek. Piwo? Oh wiem, dużo, bardzo dużo kalorii. Jutro pobiegam albo poćwiczę.

Menager podszedł do stolika i spytał, czy dziś zatańczę. O Matkk Boska, to obsługa pamięta!!! Kilka tygidni temu,  nie był to mój pierwszy występ solo w tej restauracji. W piątki gra orkiestra, samba, rumba, tango i inne kawałki, a ja usiedzieć nie mogę. Moi biesiadnicy, nigdy nie chcą tańczyć, to sama przebieram nogami, wiruję i wiruję. Dziś darowałam sobie występ taneczny. 

Samopoczucie? Głowa kłuje, ciśnienie krwi jak u noworodka, nie czuję się przejedzona i nie mam wyrzutów sumienia.
Mężuś spytał niepewnie, … może jutro na śniadanie donuts (amerykańskie pączki)…

Nie ma mowyyyyy‼️‼️‼️‼️😩😩😩😩

MM jest dumny ze mnie. 🏆🥉🥈🥇🎖🏅😀

 

 

 

 

 

Trzeci dzień diety

Spałam do późna, śniadanie łączyło się z obiadem. Nie miałam apetytu, nie chciało mi się wstawać z łóżka. Cieplutko (podgrzewam się kocykiem elektrycznym..tak , tak, wciąż) i przyjemnie. Żeby nie dieta to została  bym w łóżku na cały dzień. Chora nie byłam, ale …nie czułam się entyzjastycznie. Po przejściu kilku kroków, poczułam jakby osłabienie, trudno powiedzieć, w każdym razie odczucie nie było normalne. Z lodówki wyjęłam warzywa, bo na nic innego nie miałam ochoty. Zrobiłam sałatkę warzywną, podobną do wczorajszej. Wczoraj zjadłam całą salaterkę sałatki, dziś wcisnęłam jedynie połowę. Po około 2 godzinach od śniadanio-obiadu, poczułam że chce mi się coś pochrupać.  Jabłko które było tylko z wyglądu, trochę poobgryzałam i kilka marcheweczek ca…łkowicie zaspokoiły moje uczucie….nie powiem, że głodu…pochrupania.

MM zadzwonił międzyczasie z pytaniem, czy jem jakieś mięsiwo. No nie, nie jem. więc na późniejszy obiad zjadłam wędzonego łososia w klonowym miodzie. Nasyciłam się tym łososiem, że mogłabym nie jesć i kolacji.

____________

Na kolację przewiduję zjeść resztę sałatki ze śniadania, jeśli jeszcze jest zjadliwa. Stoi w lodówce.

Ogólnie czuję się lżejsza. Poudów ubyło. Witaminki i wodę piję.

Myślałam, że dzisiejszy dzień będzie trudny, jak zwykle gdy stosuję tą dietę. Tym razem wczorajszy był gorszy od dzisiejszego dnia.

Dzień drugi diety

Po wczorajszej pracy na podwórzu, dotleniona spałam dość długo. Bez pośpiechu zeszłam do piesków na dół. Czekały przy bramce witając popiskiwaniem. Nakarmiwszy pieski, rozpoczęłam przyszykowywanie śniadania.

Dziś dzień warzywny.

Zrobiłam sałatkę z :

listków szpinaku, czerwonej papryki, ogórka, sałaty, pomidorka. Dodałam łyżeczkę majonezu light, oraz jogurt plain.

Na deser 7 truskawek.

Lunch:

przygotowałam talerzyk truskawek. W smaku nie przypominały truskawek z zapachu też i po zjedzeniu kilku wywaliłam do kosza. Nie ma sensu jeść coś, co z wyglądu jest owocem a w smaku dosłownie niczym.

A więc, na obiad były marcheweczki i pół czerwonej papryki.

Z uwagi na palące słońce, uniemożliwiające prace na yardzie, zrobiłam sobie godzinną sesję rehabilitacji.

3:15 pm ….byłam  głodna!!!!!!!!! Nie na tyle, żeby zjeść surowego ziemniaka, chodził  za mną kawałek szynki, ciastko albo snickersa, który leży mi dosłownie na oczach.
Snickers musi leżeć, ma przypominać o moich fałdkach, które mam dzięki wszelkim słodkościom.

Wróciłam z yardu, spojrzałam na snickersa i chciałam po niego sięgnąć, w ułamku sekundy mózg zadziałał….JESTEM NA DIECIE!!!!!…

Kolacja 5pm sałatka warzywna: pomidor żóly i czerwony, żółta papryka, cukinia, ogórek szklarniowy, majonez light i plain jogurt.

Smakowało wyśmienicie, dodałam sól cebulową.

Po “kolacji” wyszłam jeszcze popracować na yard. Słoneczko było z drugiej strony domu i nie grzało mocno, w miejscu gdzie wciągałam liście do maszyny.
Jutro trash day, zwiozłam 4 wielkie ciężkie wory z rozdrobnionymi liśćmi na dół, na ulicę, pozostałe pojemniki również. Poczułam się baaaardzo zmęczona.

Po 8pm usiadłam przed tv z lampką wina. Nie miałam ochoty na marchewki, pomidory czy paprykę. Bardzo często po ciężkiej pracy na yardzie, mam ochotę na lampkę wina lub drinka. Dziś miałam bardzo pracowity dzień  i …. szczególnie dietetyczny.
Potrzebuję chwili relaxu.

Jutro trzeci dzień diety. Trudny dzień, bo trzeci jest zawsze tragiczny. Wiem, że dam radę.

Między jednym odcinkiem “House” a drugim, obejrzałam reklamę grubasów, którzy zrzucili, tonę kg? Nigdy tak nie wyglądałam i wyglądać nie będę. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojej diety.

Czy muszę i czy chcę.?

Już się nie zastanawiam, za oknem wichura, zastanawiam się które drzewo z 30-tu,  nie wytrzyma. Zwali się na dom, czy obok? Wiać będzie do 11pm, a więc  dwie godziny. Wichura wyzwala we mnie strach i obawę. Nasłuchiwałam syren alarmowych, były tylko pożarowe i policyjne samochody. Dla poprawienia samopoczucia pozwoliłam pieskom wskoczyć na kanapę. Jakby to coś pomogło😩

Poczułam się pewniej , po prostu nie byłam sama, one też były bliżej swojej pani.

Do szczęścia nie trzeba wiele, ciepła strawa i łoże…. mówie o psach.

Pierwszy dzień diety

Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.

Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.

Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.

Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.

Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.

Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.

Druga zasada, pić wodę.

Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.

Dlaczego tak się katuję?

144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie nie jestem beczułką, którą można toczyć,  ale nie długo mogę być.

Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.

Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.

Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.