Czapka

Wczoraj dmuchałam i kosiłam po raz drugi nową trawkę. Było upiornie gorąco i wilgotno. Poprzedniego dnia po południu była ulewa, więc ziemia niemiłosiernie parowała. Pociłam się też, niemiłosiernie. Oczy pot zalewał, a głowa po czapką omal nie eksplodowała. Zdjęłam czapkę z daszkiem i rzuciłam ją pod drzewo. Później MM zabrał dmuchawę, kosiarkę, przewody elektryczne. Byłam zmęczona aby zabierać sprzęd z front yardu. MM był zadowolony, że może chociaż w ten sposób pomóc. Rano podnosząc zacienienia (plisy) okienne, zauważyłam coś czarnego pod drzewem. Nie zwierze bo nie rusza się, jeż? tylko taki czarny? Skunks? nie ma pręg? Tak z MM debatujemy przy oknie. Zdecydowałam wyjść na zewnąrz i nie drzwiami frontowymi ale od decku, żeby nie spłoszyć tego kogoś, czegoś. Klapki klapały o stopy więcę zaciskałam palce aby dojść po cichutku, nie płosząc intruza. Za krzakami jeszcze nie mogłam dojrzeć, uciekło to coś, czy wciąż siedzi skulone w oczekiwaniu, tylko na co? Na mnie? Jeśli skoczy mi wprost do gardła to jak się obronię? MM został na piętrze i obserwuje. Minęłam krzaczki azalii, podchodzę bliżej i bliżej i jeszcze bliżej, ”czarne zjawisko” ani drgnie. Już byłam blisko, kiedy wybuchłam śmiechem. 😀😀😀😀😀😀

To leżała tam moja CZAPKA Z DASZKIEM!!!!!

O niczym 2.

Do pracy pojechałam bez …śniadania i kawy. Za długo spałam. Nie zatrzymałam się aby coś kupić. Wszędzie korki.

Korki w drodze powrotnej równieżi żeby to był jeden pas ruchu, w jednym kierunku jest ich 6 lub 7 i z daleka widziałam, że wszystko stoi. Zmieniłam trasę w ostatniej chwili i nie wiem czy dobrze czy źle bo do domu trafiłam po godzinie.


Głodna jak pies wpadłam do domu, a pieski też czekają na jakiś smakołyk.

Szybko kiełbaska z cebulką na patelnię i jajecznica. Usmażyłam chyba dla całego pułku. Zjadłam …trochę, bo nie o jajecznicę chyba mi chodziło. Pieski moje jedzą tylko psie jedzonko, ale jak żółtą mamałygę wrzuciłam do misek to bardzo szybko zniknęła.

Uszczęśliwienie

Obudziłam się wcześnie, bo to chwilę po 7am będzie jeździć śmieciara. Muszę dopilnować jak będą podjeżdżać pod mój podjazd, poprosić aby zabrali zwiazane gałęzie. Nie muszą zabierać, to inna ekipa jeździ, ale jak poproszę i dam 30$ to i ta od śmieci zabierze. Ekipa od “zielonych” jeździ raz na miesiąc albo i rzadziej, trzeba zadzwonić to pierwsze, drugie kupić worki – papierowe.

Jednym słowem czekam na śmieciarę. Uchyliłam okno i nasłuchuję leżąc w łóżku. Pewnie że usłyszę, przecież robią taki łomot, że głuchy usłyszy.

Dziś będzie ładna pogoda☀️☀️🌤🌤⛅️⛅️⛅️☀️

Już zabrali związane 3 spore pęczki gałęzi. Wpuścili te pęczki do maszyny, a ona wciągnęła szatkując. Zadowoleni z napiwku, a ja jestem również zadowolona. Uszczęśliwiłam ludzi już na początku ich pracy. Mam nadzieję, że będą mieli miły dzień, czego im życzyłam. 😁☀️

Dla mnie również rozpoczyna się nowy, piękny, słoneczny DZIEŃ.


Trzymałam nasionka kwiatków ponad 3 lata. Szkoda mi było wyrzucać. Z torebeczek wsypałam do jednego pojemniczka, pomieszałam i … posiałam. Nie ważne czy wzejdą, czy nie. Znalazłam też nasionka sałaty, bazylii, koperku i buraków… wymieszałam wszystko razem i posiałam tak jak się kiedyś siało żyto ( widziałam na filmie Nad Niemnem). Urośnie dobrze, nie urośnie, mała strata i tak nasionka miały trafić do pojemnika na śmieci.

Trawę siałam podobnie i mam zielono. Kilka lat temu pieściłam się z sianiem i to co wzeszło, od razu zginęło.

Zrobiłam opryski nowej trawki od wszelkiego robactwa.

Przyszedł czas na obiad.

Będą placki ziemniaczane!!!

Szybciutko się robi. Obieranie migiem, tarkowanie migiem, smażenie od razu na dwóch patelniach. 40 minut placki gotowe i kuchnia posprzątana. W sumie 4 patelnie placków.

Do tego mleczko.

Dziwne zdarzenie się przytrafiło.

Popijałam placki mlekem bez laktozy. Poczułam słodki smak mleka co mi zupełnie nie pasowało do placów.

Czasami jem placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem, ale nie spodziewałam się słodkiego mleka. Zmusiłam się i wypilam połowę szlanki, nad połową zaczęłam się zastanawiać: wylać do zlewu czy udawać przed sobą, że jest wszystko w porządku. W tym momencie poryszyłam się na krzesełku i niechcący trąciłam szklankę z mlekiem. Mleko rozlało się na stole.

Szklanka cała.

Nalałam do szklanki normalnego mleka.

Dość dziwne zdarzenie.


Wiem, wiem nie wszyscy lubią, powiedzmy, “rytmiczną” muzykę. Uwielbiam skakać, tańczyć, wyginać się w podskokach.

No i mam na piątek zaklepane tańce w klubie nocnym.

MMowi zapowiedziałam… jeśli będzie zmęczony, a będzie, to niech siedzi obserwuje mnie, podziwia i patrzy, patrzy, patrzy, aż krzyknę … go home!!!!

Zatwierdził!!!!!😁😁😁😁

A teraz lecę w podskokach przy dźwiękach muzyki “powiedzmy rytmicznej” kręcić się na yardzie.

W przerwach pracy, skakałam, tańczyłam, wyginałam się, nooooo muszę być w formie.

Tel od MM…czy na pewno w piątek? Może w sobotę? ….spytał

…nie!!! Jeden dzień dłużej mam czekać! Piątek!!!!!…

Po drugiej stronie tel MM nie mógł powstrzymać śmiechu. No patrzcie jaki żartowniś.


Piątkowe obżarstwo.

Oj, oj, wolny piąteczek. Poprzeciągałam się w ciepłym łóżeczku, *

poczytałam to i owo. Gdy słoneczko było wysoko a pieski zaszczekały że Anthony jest już tutaj, leniwie postawiłam stopy na dywanie. Nałożyłam leciutką podomeczkę, ogarnęłam włoski. Przewitałam się z zapracowanym MM przed komp, dając lekki buziaczek w policzek, zeszłam do kuchni. Nie mogłam zdecydować się na kubek na dzisiejszą poranną kawę. Wybrałam ten oto kubeczek. Żółciutki jak słoneczko, cytrynka, kanarek, w kwiatuszki.

Po chwili zapach kawy zawładnął kuchnią. Wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

I cóż ja widzę przez kuchenne okno? Z karmnika dla ptaszków tylko ogon wiewióry zwisa!!! Na chwilę spłoszyłam to zwierze, zeskoczyło na ziemię i szybko ukryło się na drzewie wśród liści zanim Zima zdołała je dopaść.

Któregoś razu wracam z pracy… czeka na mnie niespodzianka…ogon wiewiórki, innym razem mała jaszczureczka. Moje pieski przynoszą mi orzechy, gałązki, różne większe owady, no i oczywiście cykady. Zaraz będzie ich inwazja nie tylko na zewnątrz ale i w moim domku, na podłodze. No sama nie wiem czy mam psy czy koty, które znoszą właścicielowi swoje trofea.

Trawka mi rośnie, dokarmiłam ją, dosiałam, posprzątałam, podmuchałam. Na kolację pojechaliśmy do portugalskiej restauracji. Wyszliśmy … wytoczyliśmy się, jedzonko, perfekt.

Nie lubię uczucia objedzenia, jestem bardzo ostrożna.

Rok temu, usmażyłam ziemniaczki z cebulką, do tego mleczko. Objadłam się tak, że tchu mi brakowało.

Pomyślałam … ot zgłupiałaś do reszty, teraz się ratuj, bo zdechniesz z przejedzenia, zaśmierdniesz, zanim ciebie odnajdą….

Dwa kieliszki polskiej wódki wlałam w siebie, co za “anielski” smak, że omal się nie pożyg…..

No nie wiem od czego był ten odruch wymiotny, od wódki czy tych kartofli z cebulą zapijanych mlekiem.

Po kolacji w portugalskiej nie czułam się tak źle, ale głupstwo z obżarstwem zrobiłam jeden raz w moim życiu i o jeden raz za dużo.

Jestem ostrożna.


*Zdjęcie pochodzi z internetu

Mam się nie martwić

A tak o sobie mówię… dokładna, estetyczna omal perfekcyjna itd… to wszystko rozleciało sie w pioruny. Jeśli ja, taka dokładna,  przegapiłam takie niechlujstwo, tak,  bo inaczej nie sposób tego napisać, powiedzieć, wykrzyczeć. Toż sprawdzałam, przed odebraniem kuchni, wszystko,  prawie przez szkło powiększające. A może można,  mi tak oczy zamydlić, że i kota w worku kupię? Tylko nikt nie mydlił i kota w worku nie trzymał. Miałam kilka dni na sprawdzenie, wypisanie na kartce, zaznaczenie usterek na szafkach niebieską taśmą. Może zaznaczyłam a robotnicy mi zerwali?  Nie wiem, już ręki nie dam uciąć, szybciej tę nogę obgryzioną przez kleszcza. No i…. drzwiczki od szafki są innego koloru, ale żeby tego było mało to mają inny wzór. Odkryłam to wczoraj!!!!!!!! Teraz z każdym wejściem do kuchni widzę te drzwiczki, śmieję się z siebie. Ponad 4 miesiące minęły i nikt nie zauważył. Zaczęłam podejrzewać, że panowie-fachowcy, przyjechali pod naszą nieobecność i wymienili, podmienili, zabrali mi dobre. Bezsens ale… dostali kody do drzwi, a my nie zmieniliśmy do tej pory.

Wszystkie moje podejrzenia spaliły na panewce, kiedy obejrzałam zdjęcia robione w okresie świątecznym. 

Gołym okiem widać, nie trzeba okular. Nie wiem, co zmieniło się w moim wzroku (och odmłodniałam) że zauważyłam różnicę bez okular. Ale… dlaczego tak późno? Nie ma problemu, mamy gwarancję bodajże na 7 lat, a może i dłużej, ale nie chcę znowu całej brygady w moim domu, łażenia, zaglądania, achania, że się nie da tego zrobić, a ja znów powiem, że się wszystko da zrobić jak się fachowcowi chce.

Wczorajszy dzień miałam zajęty lekarzem i co chwilę oglądaniem bąbla, więc MMowi nic nie mówiłam. Postanowiłam powiedzieć i pokazać jak już wróci, w piąteczek. Postanowienie, postanowieniem, noga ma się lepiej, bągelek znika a wraz z nim czerwona plamka, mniej swędzi, więc jak tu żyć bez żadnych zawirowań, trzęsienia ziemi, problemów.. MM na linij, no i wypaplałam.

Mam się nie matwić, bo on znalazł inną usterkę, jakaś półka się wygina, pokaże mi w piąteczek.

No to się nie martwię.

Przyjąć albo nie

Życie jakie jest, każdy widzi i czuje.

Widzi ludzi kochających się i nienawidzących. Smutnych -wesołych. Rozżalonych – rozanielonych. Szanujących się i nie. Uzurpujących prawo do wszystkiego – filantropów. Bogatych -biednych. Walecznych i poddańczych.

Do jakiej kategorii zakwalifikować osobę, zostawiający rodzinę dla chwili (około roku) uniesienia.

Kłamca?

Gracz?

Zakochany?

Oczywiście można się zakochać, nigdy nie wiemy kiedy i w jakim momencie to uczucie nas zaatakuje. Później miotamy się jak mysz w pułapce. Żonę/męża oszukać, kochanka/kę okłamać. Nie da się być w dwu miejscach naraz w tym samym czasie. Nie możliwym jest umawiać się z kochanką/kiem w miejscu publicznym jeśli chcemy utrzymać małżeństwo, obiekt naszch westchnień i nie tylko, dwa łóżka. Spotkania w miejscach ustronnych szybko nudzą, chce sie więcej, lepiej dłużej, bezproblemowo. Na dłuższą metę się nie da. Ona/on dostrzega że małżonek/ka bardziej dba o siebie, wraca później, drzemie na kanapie, rozmowy wieczorne się urywają bo nie ma, nie tyle kontaktu wzrokowego jak duchowego. Ona/on jest fizycznie ale … myślami w innym ciekawszym świecie. Zdradzają maślane oczy i uśmiech do własnych myśli. Błogi stan zakłócany jest myślami, o wymyśleniu następnego kłamstwa, takiego które da się “sprzedać za dobrą cenę”.

Nie ma zbrodni doskonałej, jak też nie ma zdrady doskonałej.

Wcześniej czy później wszystko ujrzy światło dzienne.

W zdradach najlepszymi śledczymi są dzieci i osoby trzecie.

Skyp zadzwonił. Na wyświetlaczu Dana. Nie wiem skąd, nie wiem jak to zrobiłam. Wiedziałam, że ON chce wrócić.

-powiedz co mam zrobić? spytała

-przyjądź – to była moja odpowiedź.

Nie musiałam się zastanawiać, o co Dana poprosiła. Zastanawiałam się nad ich sytuacją dość długo. Od dnia kiedy ON się wyprowadził zastanawiałam się częściej. Rozważałam za i przeciw. Dana podchodzi emocjonalnie a ja znając ich oboje od studiów, rozważam ich charaktery, podejście do życia, ich potknięcia i osiągnięcia.

-a gdyby Tobie coś takiego się przytrafiło? spytałam

-nie przytrafiło się – usłyszałam

-ale szukałaś …..

Milczenie.

-no to co mam robić – spytała

No co ona ma robić. Przeżyli ze sobą wiele lat, w zasadzie nie kłócili się, żyli w zgodnie, podjęli wspólną decyzję wyemigrowania, przeżyli wszystko najgorsze co może spotkać emigranta na obczyźnie, dzieci dorosłe, mają już swoje lata i kredyt na dom. Jeśli chcą mieszkać osobno i gdzieś kątem aż do śmierci …

Bo dom trzeba sprzedać, a ze sprzedaży, nawet jednego apartamentu nie kupią. Młodszy syn jest na etapie wyprowadzki nie stać będzie jej spłacać kredyt za dom.

On nowego życia już nie rozpoczął a ona też nie rozpocznie. Po co szukać czegoś gorszego, jeśli to co mają jest znośnie.

Ona spróbowała z “brydzystą”, on z “korzeniami włoskimi”, czas się na stare lata ustatkować.

W taki to sposób kończą się romanse starych ludzi.

Gdyby to było na gruncie polskim, podejrzewam, że by się rozstali.

Kanada ich połączy.

Nie na darmo, nie tak dawno , krzyczała mi na skype

….jak ja kocham Kanadę…!!!!!!

Konstrukcja

Czytam i nadziwić się nie mogę. Ktoś zbudował ogromną konstrukcję drewnianą bez zezwolenia. Konstrukcja się zawaliła, zabijając 2 osoby. Nikt do konstrukcji się nie przyznaje, więc winnych brak.

Zdumiewające, bo gdyby pan Kowalski stawial sobie zwykły znak, zapraszający do odwiedzenia jego marnego hoteliku, od razu znalazłyby się służby porządkowe i sprawdziły, pozwolenia, legalność, wymiary, itp.

Ktoś stawia nielegalnie, ogromną konstrukcję, zanim trafiła tam treść musieli wkopać bele w ziemie. I co, nikt się tym nie zainteresował, pilicja? Służby porządkowe? Urząd gminy lub miasta?

Co najmniej dziwne.

Konstrukcja reklamowa zapraszająca do odwiedzin miasteczka.

Trudno będzie uwierzyć że to p.Kowalski właściciel restauracji/sklepiku/pralni/kiosku ruchu/ srewisu naprawy rtv i agd, zrobił sobie reklamę w oczekuwaniu na klienta a co za tym idzie, na pokaźne zyski.

Zakupił materiały płacąc z własnej kieszeni, poświęcił swój czas przeznaczony na sen ( w ciągu dnia musi pracować, małe miasteczko klientów brak) wnajętą koparką i wyciągarką, a może i nawet dźwigiem, postawił reklamę.

Później zasapany stanął za kontuarem swego sklepiku itp zacierając ręce aż do czerwoności, na złotówki lecące wprost w jego spracowane ręce.

Nie uwierzę, że tak być mogło. To nie 100zł a kilka tys. zł musiałby wygospodarować ze swego budżetu. I nawet gdyby… reklamowałby swoją firmę, wtedy byłby pewny, że potencjalny kupiec trafi tylko i wyłącznie do niego.

Zazwyczaj, miasteczko, reklamuje urząd miasta.

Czy tak trudno znależć właściciela reklamy?

Powołać skład kontrolerów i przejrzeć faktury zakupu i odpisy podatku VAT.

Szybko znajdzie się winny.

Ostatecznie obciążyć kosztami kontroli, winnego. Naliczyć odszkodowanie rodzicom dziecka oraz rodzinie babci dziecka.

Ukarać za ukrywanie się tak jak karze się zwykłych Kowalskich.

Tylko trzeba chcieć.

Ale…. swój swego broni i znając życie, winnych nie znajdą bo szukać nie będą.

Wyrazy współczucia rodzinie tragicznie zmarłych. 🕯

Ktoś musi być winien

 

Przed snem, przeglądam wiadomości na iphonie lub ipadzie, w zależności co mam pod ręką. Pocztę sprawdzałam w ciągu dnia, ale coś mi podpowiedziało…sprawdź, otwórz….

Aż, na łóżku podskoczyłam. Wiadomość z PayPala, potrącili tyle i tyle.

W tamtym roku zniknęło mi z konta innego banku około 8tys$ – ktoś świetnie bawił się w Californii na mój koszt. Po ciągłych wyjaśnianiach, sprawdzaniach i wizytach w banku zwrócono co do centa. To były stresowe miesiące. Kilka lat wcześniej również używano mego konta do zakupów na amazonie, w dniach przedświątecznych. Za każdym razem numery kont były zmieniane, ale widocznie mam takie szczęście, że mnie złodzieje upodobali.

Więc, zerwałam się na równe nogi i do laptopa. Gdzie, kiedy i kto, znów dorwał się do mego tym razem innego konta. Nie duża kwota, bo to nie całe 8$, ale to tak się zaczyna. Biuro czynne w godzinach urzdowania, a więc do 6pm. Infolinii brak. To co to za bank, PayPal, jeśli nie ma infolinii? Nigdy nie zastanawiałam się, a jestem w tym banku około 10 lat i nigdy, nie miałam problemów, nie było potrzeby dzwonienia. Nie spodobało mi się to, usunęłam konto online. Oczywiście, nie przemyślałam swego posunięcia, dokonałam tego pod wpływem emocji.

Dziś raniutko, zaczęłam się zastanawiać… na pewno mam coś do zapłaty … pobieżnie widziałam że było coś 7,99$ do zapłaty.  Rozpoczęłam dzwonienie, odsyłana od jednego pracownika do drugiego, ostatecznie zapłaciłam bieżącą zaległość w wysokości 7,99$. Konta nie dało się reaktywować, jedynie co mogę zrobić to założyć nowe. Nie, nie chcę.

Zapłaciłam, nie mam długów i jest ok. Ale czy na pewno?  Możliwe, że iTune obciążyło a kwota, jest w zawieszeniu, między iTune a PayPal.

Znów telefony do iTune tym razem o sprawdzenie mego stanu konta, czy aby nie jestem dłużna. Odsyłana od jednego do drugiego trafiłam na panią z Indii, skąd wiem? Akcent!! Rozpoznam rosjankę, murzynkę, ukrainkę, indyjkę z Indii, meksykankę i wiele innych narodowości, podobnie jak i oni mnie rozpoznają. Jedynie mylą z ukrainką lub rosjanką –  dla nich podobny akcent. Zadłużenia nie miałam, pokierowała mnie tak, że tego czego nie widziałam na moim Iphonie, zobaczyłam i mogłam usunąć subskrybcję. 5 (pięć) godzin pracy, a właściwie wyjaśniania, czekania na połączenia, kilkakrotnego dzwonienia w to samo miejsce… bo się rozłączało. Ale załatwiłam mogę spać spokojnie.

Trzy miesiące temu, MM chcąc mnie uszczęśliwić,  kupił mi na iTune kolorowankę “Pigment” w wersji dla dorosłych. Kilka malowanek zamieściłam na blogu. Bawiłam się, nie powiem, nawet dobrze. Miałam trochę rodzinnych problemów, więc takie malowanie pozwalało mi się oderwać od natrętnych myśli.

Pogoda za oknem wspaniała, przyszła wiosna, szkoda siedzieć w domu to pierwsze, drugie – problemy już nie są problemami tej rangi co w chwili powstania, pomyślałam, nie potrzebuję za coś płacić,  z czego nie korzystam.

 

Już nie będę malować za $, jest dostępna wersja za free i tyle mi wystarczy.  A to, że straciłam 5 godzin ze swego życia winny jest MM. Przecież mówiłam, nie potrzebuję, nie chcę.

Jeszcze się taki nie urodził, żeby kobiecie dogodził. 

To zdarzenie pasuje do mnie, jak ulał. Tylko to, i wyłącznie to.

 

 

Nieproszeni „lokatorzy”

W wolny dzień od pracy zawodowej, mam deszczową pogodę. Oj, cieszę się z deszczu. Podleje mi nasiona trawy, cebulki tulipanów i innych roślin.

Z uwagi na udział w małym maratonie 4 lipca, muszę się zacząć przygotowywać.

Dziś rozpoczynam treningi.

Bieżnia i rowerek. A że, wszystkie urządzenia mam w domu, nie muszę jechać na siłownię, będzie lepiej i łatwiej.


15 minut bieżnia, 10 minut rowerek. Jak na początek bardzo dobrze. Na bieżni przez 15 minut biegłam i mogę stwierdzić, że wciąż jestem w formie. Nie chciałam przedobrzyć i te 15 minut wystarczyło. Następnym razem bieg przedłużę o 5 minut.


Z tych złych rzeczy.

Syn się sprowadził z brązowymi lokatorami. Karaluchy!!!!! Wczoraj nakupiłam chemii, ale trzeba będzie wzywać firmę. Mamy firmę obslugującą nasz dom. Pryskają co 3 miesiące i to wystarczało zabezpieczyć się przed pająkami, skorpionami, karaluchami (mniejszymi, większymi), szczypawkami i innymi insektami. Klimat jest ciepły więc nie oczekujemy, że wymrozi.  Ostatni raz pryskali w piątek. Syn z lokatorami przyjechał w sobotę.

Fuj🤭😩😫🤪

No coż, takie to uroki mieszkania w apartamentowcach, skupiskach multikulti. Można ich kochać ale na odległość. Kiedy zamieszkał w apartamentowcu, nie było jeszcze kolorów, z czasem ludzie się wyprowadzali, a wprowadzali inni. Najgorsi jak powiedział syn są z Indii. Nic do nich nie ma, są mili, uczynni, przestrzegają swojej kultury ale smród i brud jaki robią wokół siebie jest nie wyobrażalny.

Pomyśleć, przecież do ameryki przyjeżdżają ludzie wykształceni, w większości informatycy, a jednak brudasy. Rodziny z Indii wprowadziły sie pod koniec listopada,  a więc nalot wąsatych trwał zaledwie parę miesięcy.

Sytuacja z insektami zgłaszana była do biura lecz nikt nie był zainteresowany. Tak jak nie był zainteresowany przez 3 lata. Normalnie opryski domów i apartamentów robi się jak wspomniałam co kwartał, w sytuacji kiedy jest zwiększony wysyp insektów należy robić co miesiąc, a nawet co 2 tygodnie.

Teraz muszę walczyć z karaluchową szarańczą. Nie trzeba ich dużo, jeden napłodzi miliony. Brrrrr😖

No cóż, mam wolny dzień. Martwiłam się, że nie będę miała co robić.😏


Na początku wzięłam  elektryczny sprzęt kuchenny. Czajnik elektryczny, jak każdy czajnik wodę się gotuje. Ogólnie czysty ale postanowiłanm wyszorować dokładniej. Póżniej dwuktornie zagotowałam wodę i odparzyłam. No nic szczególnego. Wytarłam do sucha i chciałam uchwycić za rączkę czajnika a tam …. maciutkie coś siedzi i wąsami rusza. Zamarłam ale to nie koniec inne coś z wąsami maszeruje mi po dłoni. Jeju!!!!! zaczęłam krzyczeć, trząść się. No zabiłam a jakże. Uspokoiłam się i zajrzałam pod włącznik czajnika. A tam…. wąsaty jeden, drugi. Fujjjj, szybko czajnik wyniosłam na zewnątrz. Czajnik stawia się na podstawkę, więc zajrzałam tam nic nie zauważyłam ale kiedy uderzyłam lekko podstawką o blat kuchenny….. zaczęły się sypać!!!! ledwo nadążyłam z katrupieniem. Podstawkę też wywaliłam na zewnątrz. Po jakimś czasie wróciłam do tego urządzenia leżącego przed garażem. Myślałam, że to koniec niespodzianek. O nie. Wytrząsłam jeszcze TRZY sztuki.

Po tych niespodziankach, zabrałam się za czyszczenie czystych urządzeń. Elektryczny grill – nie było wąsatych, ale tak wyszorowałam, że jest jak nowy. Blender rozkręciłam na części pierwsze – nie było wąsatych. Automat do gotowania ryżu – też nie było. Dlaczego w takim razie ukryły się w czajniku i podstawce? Okazało się że pochowały się w klawiaturze, laptopie, komputerze, głośnikach i sprzęcie tv-video.

Wszystko myję, piorę, nawet hermetycznie zamknięte puszki z warzywami – myję. Nie jestem pewna czy są tam jajeczka wąsatych,  czy też nie. Oglądam w okularach na nosie, ale …. co wymyte to wymyte.

 

Do odważnych świat należy😜

Wczrajszego popołudnia MCD była na lodowisku. Zachwalała tak bardzo, że z MM i my postanowiliśmy pojechać i sprawdzić swoje umiejętności. MCD upadła jeden raz, Ivan wysłał video jak dawała radę z jazdą na lodzie i szło jej nie najgorzej. Wczorajszego wieczorku jeszcze omówiliśmy sytację Dany, powspominaliśmy i tak minął nam czas prawie do północy. Miło było pogawędzić z MM. Przyznał, że prawdopodobne, facet z którym Dana ma się spotkać szuka kobiety, ale najszybciej ciepłego kąta.

Nie często mi się zdarza spać do 10am. Może bym dłużej spała lecz Dana dobijała się na skype. Dałam kilka rad. Pierwsza: ona ma nie kontrolowane odruchy dłubania w nosie, żeby tylko dotykała tego nosa, to jeszcze by uszło ale wsadza palucha głęboko w nochala. Najpierw delikatnie a później już bez ogródek powiedziałam jak to wygląda. Oczywiście, była zdumiona, że to robi, że wogóle coś takiego robi. Obrzydliwe. Trzymać ręce przy sobie i każdy ruch kontrolować. Druga: przestać powtarzać co kilka wyrazów … no wiesz jak to jest… osobiście nie wiem jak to jest, bo każdy ma inne uczucia i odczucia.

Ostatecznie nałożyła zielonoszarą bluzkę z długim rękawem i do tego czarne spodnie. Źle nie wyglądała. Ona na randkę a ja na lodowisko.

Nałożyłam figurówki, po korytarzu szłam zgrabnie bez żadnych potknięć. Świadczyło to o dobrej równowadze. Pocieszające. Równowaga gdzieś mi zniknęła gdy postawiłam jedną a później drugą nogę na lodzie. Chwyciłam się murku, a właściwie parapeciku. No cóż, nie ja jedyna chodziłam i ślizgałam się przy tym murku. Poruszałam się powolutku, czasami puszczając ręce i próbując utrzymać się na lodzie. Gdyby nie strach przed upadkiem, może bym się szybciej i odważniej poruszała. Tak posuwając się przy murku doszłam do dziewczyn które kurczowo trzymały sie murka i nie mogły mnie przepuścić. Gdybym chciała przejść dalej musiałabym je okrążyć a tym samym puścić się nieszczęsnego murka. One były w tej samej sytuacji co ja. Śmiechu mnustwo, bo nikt nie chciał puścić murka. Zawróciłam. Z minuty na minutę szło mi lepiej i puszczałam ręce swobodniej. Ostatecznie dałam se z jazdą na łyżwach spokój. Upaść i połamać kości łatwo, poskładać je byłoby trudniej i boleśnie.

Moje pierwsze kroki na lodzie.

Nie udało mi się opanować jazdy na łyżwach, więc postanowiłam założyć rolki. Przecież to nie lód i 4 kółka. Musi być łatwiej, myślałam. Nie było łatwiej. Strach przed upadkiem i … rolki miałam na nogach po raz pierwszy w swoim życiu. Na łyżwach jeżdziłam, dawno dawno temu.

Ostatecznie, zdjęłam rolki i w rytm muzyki poskakałam do wyjścia.

Po doznanych wrażeniach, zatrzymaliśmy się na posiłek.

Zadzwoniła Dana. Facet ( w niewidoczym stopniu inwalida) szuka kobiety i miejsca do zamieszkania. Znów przedstawiała mi jakieś durnowate wizje. W tygodniu pojedzie z nim do jego znajomych na brydża. Tylko… dlaczego ona znów się chce pchać na jakiegoś brydża? I jechać 100km z facetem, którego nie zna i nie zna jego znajomych. Wytłumaczyłam: chcesz jedź ale za jakiś czas.

Faceta kobieta wywala z mieszkania, więc coś jest nie tak. Ma gdzieś na Kostaryce mieszkanie, więc jako inwalida ma dopływ gotówki niech jedzie na Kostarykę. Coś mi się to nie podoba- mówię. Dana zaczęła myśleć i przyznała racji.

Odwaga to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie – Platon

Zmiany

Zimne poty obudziły mnie po 2am. Cała twarz zlana zimnym potem. Moje ciało rozpalone jak ogień, chociaż gorąca nie czuję. Nos zapchany i mam katar wewnętrzny, zbiera mi się na kichanie co chwilę. Zbiera się, ale nie kicham. Co dalej. Trudno powiedzieć. Muszę wstać i jakieś medykamenty przyjąć. Inaczej będzie źle bo nieciekawie to widzę. Ten tydzień mam pracujący. Aby mnie nie położyło do lóżka na dobre. Gorączki nie mierzyłam ale i nie czuję abym miała. Wygląda to na wstępne przeziębienie. Jeszcze półtorej godziny i trzeba będzie wstawać.

Ciekawa jestem i zjadę samochodem na dół do ulicy. Mam zapas piasku. Może mi się uda. Temperatura -3C, znów zapewne zamarzło to co wczorajsze słońce roztopiło. Planuję wyjazd z dzielnicy inną trasą, mniej pagórków i mniej oblodzonej jezdni. Tylko ulice osiedliwe są jeszcze w złym stanie, autostrady używane przez 24/h są przejezdne. Wczoraj były.

Do pracy dojechałam cała i niezdrowa. Katar, kaszel ale nie mam bólu głowy, gorączki, osłabienia, zawrotów głowy, nudności. Więc, z kaszlem i katarem dam sobie radę. 🤧😷🤫

Drogi główne przejezdne, szkoły od dzisiaj czynne to i ruch większy.

Dzień przeżyłam. Z nosa lało się jak z kranu, teraz kran jedynie przecieka.

Mój syn chory, jeszcze nigdy nie widziałam go tak zbiedzonego. Umówiłam wizytę i kazałam jechać do lekarza. Trochę marudził, w ostatniej chwili wyskoczył z łóżka i pojechał. Gorączka, wysokie ciśnienie, poty, dreszcze, osłabienie, ból żołądka. Dziś było za późno na zrobienie RTG, jutro musi pojechać. Dostał trochę leków w tym antybiotyk. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Dostał zwolnienie. Źle czuje się od tygodnia, wczoraj było lepiej i zdecydował się pójść do pracy. Dziś bardzo źle. Nastrój też ma przygnębiający.

Długo z nim rozmawiałam lecz do niczego nie doszliśmy. Ma trochę problemów z dziewczyną, wygląda na to, że się rozstaną. Jak każda kochająca mama, chciałabym jak najlepiej lecz….to dziewcze nie jest dla niego. Pozbawiona uczuć, zimna ryba nastawiona na branie. Zobaczymy co będzie, zebym chciała o tym napisać, powstałaby powieść.

Nie jestem chętna do prac ozdobniczych w moim domu. Jutro mam krótszy dzień w pracy, więc może po pracy zabiorę się do pracy😱.

Nie mam też ochoty ślęczenia w internecie i wyszukiwania prezentów, może też jutro.

Brak chęci nie kręci.

Przygotowania do indyka

Nikt od remontów miał się nie pojawić, a pracowali w poniedziałek i wtorek. MM zapowiedział, NIKOGO w Wednesday. Kolor ścian kuchennych i jadalni, bardzo mi się podoba. W piątek pomalują tzw. lamperie, tak po polsku się kiedyś nazywało, tutaj są inne i inaczej wyglądają.

Jutro Thanksgiving.

Trzeba przecież, dom ogarnąć, upiec indyka, chlebek na zakwasie, chlebek turecki, sałatki zrobić, zmówiony barszcz czerwony ugotować i jeszcze kilka innych smakołyków przyrządzić.

Back yard wygląda ładnie, pokryty liśćmi przypominał bardziej las niż ogród. Cały dzień poświęciłam na niego. Muszę też, dokończyć sprzątanie na zewnątrz, back yard. Liście jeszcze wiszą na drzewach i jak na razie nie mają chęci spadać.

Niestety siostrzenica z NY nie przyjedzie, musi pracować w piątek. MM nie pocieszony i ja również. Miałam nadzieję na spędzenie tego święta w większym gronie. Miło byłoby gościć, starszą siostrę z córką, zięciem i wnukiem. Jackob 7go grudnia kończy 5 latek. Już chodzi do zerówki i daje sobie radę.

Melania przyjedzie (młodsza córka MM), wpadnie również starsza córka MM. No i jak zwykla moje niezawodne dzieci.

Trzeba będzie zrobić miejsce a zamrażalniku. Na deser, będzie tort lodowy. Zamrażalnik pęka w szwach, na taki smakołyk gotowa jestem, coś do kosza wyrzucić a miejsce znaleźć.

Miejsce w zamrażalniku się znalazło, tylko wkładając tort lodowy na półkę, upuściłam i upadł na podłogę caluśką górą. Piękna dekoracja się połamała. Gapa jestem i tyle. Przed podaniem posypię czekoladowymi wiórkami.

Piekarniki nowe, a ja spodziewałam się, że od razu bez żadnych prób mi się uda upiec, ładny, wyrośnięty i nie spalony chlebek. Oczekiwałam, spodziewałam się, miałam nadzieję? Nie!!! Byłam pewna, że upiecze się piękniusi chlebek.

Nie miałam świeżych drożdży, więc użyłam suchych do chlebka tureckiego. Ciasto nie rosło przez godzinę, drugą godzinę też nie drgnęło. MM zaproponował wyjazd do sklepu po świeże drożdże. Gdy wróciłam po ponad godzinie. Ciasto drgnęło i trochę podrosło. Nie czekając zrobiłam szybciutko drugą michę ciasta na chlebek turecki. Zaglądam do pierwszego ciasta a ono jak szalone urosło. Wstawiłam chlebki do piekarnika bez termoobiegu. Przepisowo piekły się, 25 minut. Góra za bardzo zarumieniona, bliska przypalenia. Ogólnie chlebki mogą być.

Drugie chlebki z ciasta na świeżych drożdżach, wstawiłam do piekarnika z teroobiegiem. Po pewnym czasie przestałam sprawdzać jak długo się pieką, 25 minut dawno minęło a z bocheneczków zrobiły się placki. Przypalały się z wierzchu a od spodu surowe ciasto. Przełożyłam do drugiego piekarnika (bez termoobiegu), dopiekłam chlebo-placki. Tragedia!!!!

Drugi niewypał!!! Chleb na zakwasie wogóle nie podrósł i ciasto trafi do śmieci. Zostawiłam na noc do wyrośnięcia, chociaż wiem, że poszło coś nie tak. Może dzisiejszy dzień jest dniem w którym nie powinnam się brać za pieczenie chleba. Jutro upiekę jakiś chlebek na drożdżach, w maszynie.

Piekarniki nowe, ładne i dobrej niemieckiej firmy, muszą być dobre tylko…nie ma możliwości pieczenia góra lub dół. Jest tylko góra z dołem łącznie. Przyzwyczaję się, ale zanim to nastąpi, zepsuję duuużooo ciasta. Termoobieg też jest inny niż w Polsce. No cóż, cierpliwości mi brakuje. Za szybko chciałam pokonać te “schody”.

Ciekawa jestem, co przniesie jutrzejszy dzień.

Poniedziałek 11/13/17

Dziś miałam trudny dzień w pracy. Wyjechałam przed 6am do domu wróciłam po 3pm. Pocieszające że jutro wolny dzień.

Ponad miesiąc temu na córci przód samochodu na parkingu najechał inny samochód. Młody człowiek zamiast włączyć automatyczną skrzynię na D włączył na R. Nie duże uszkodzenie ale dlaczego miałaby pokrywać koszty naprawy z własnej kieszeni. Nareszcie ubezpieczenie wczoraj się odezwało. Córcia przesłała im wszystkie zdjęcia jakie miała z tego zdarzenia i teraz czeka.

Rozpoczęłam ozdabianie yardu. Mam mnóstwo pomysłów na zrobienie ozdób.

Zmęczona z zapchanym brzuchem od słodyczy smacznie i szybko usnęłam.

pakowanie

Jeszcze kilka dni i wyjeżdzam. W sumie miałam zaledwie 2 dni wolnego. Każdego dnia do mamusi, a że nie mam czterech kółek podróż autobusami pochłania wiele czasu. Wczoraj obskoczyłam 3 cmentarze. Tatuś na miejskim, dziadkowie i teście na prawosławnym, szwagier katolickim. Każdemu zanieść kwiaty i znicze, porozmawiać, postać, zastanowić się chwilę. Tak zleciało mi ponad 4 godziny. Mało tego pogoda nie rozpieszczała. Katolicki cmentarz rozkopany, nie mogłam znaleźć grobu szwagra. Pomimo wczesnej godziny w stanach (6am) zdecydowałam zadzwonić do siostry. Tak, tak…

– staniesz przy wejściu to będziesz widziała na wzgórzu figurkę.

Weszłam i…. gdzie figurka?

Chodzę szukam, krążę, miotam się w te i z powrotem, znaleźć nie mogłam.

Odebrała skypa, pokazuję gdzie jestem i jak idę. No dobrych 10 minut nie mogłyśmy znaleźć. Widok ze skypa jest niestety wyrywkowy. Siostra już zrezygnowała ale ja nie. Cofnęłam się do wejścia i okazało się że nie ta brama.

Ostatecznie znalazłyśmy.

Później do mamusi z zakupami.

Powrót do domu i pieczenue chlebka tureckiego. Wszystkim posmakował.

Umordowana padłam do łóżka, kilka kartek książki zdążyłam przeczytać i oczy się same zamknęły.

Zaćmienie słońca

Nie było żadnego wykupowania towarów lub robienia zapasów na następne lata, tak jak niektóre portale bredzą. Ludzie nie oszaleli, jechali na parkingi, odpowiednio wyznaczone miejsca, ja byłam na prywatnym polu, gdzie wjazd kosztował 20$. Nie było przepychanki, stało samochodów 7 licząc nasz. Na następnym 2 samochody. Jadąc na północ ( ponad 2 godziny) widać było, stojące samochody a przy nich osoby siedzące na rozkładanych krzesełkach. Na prawie każdym skrzyżowaniu stała policja. Wszędzie panował ład, porządek i organizacja. Oczywiście przy sklepowych molochach ludzi zapewne było więcej, ale tak jak powiedziałam nie było przepychanek, wykupowania towarów, jazdy po pijaku. Wszyscy byli podekscytowani ale spokojni. 

Słońce powolutku chowało się za księżyc. Rombek po rombku. To słońce stawało się księżycem – rogalikiem aż skryło się całkowicie. Chowając się następowała dziwna szarówka. Podobno brakowało wtedy ultrafioletu w kolorach. Kiedy księżyc zakrył słońce …. nastąpiła na ziemi ciemność lecz niebo wciąż było jasne. Na tym jasnym niebie pojawiła się jedna gwiazda. W sąsiedztwie ktoś wystrzelił petardę, za chwilę ktoś nacisnął na klakson tira. Dużo krzyku i popiskiwań. Dziwne uczucie i dreszcz na plecach. Za chwilę nastawała na ziemi jasność. Jadność nadtępowała szybcuej, po prostu takie wrażenie. Samochody z pola, powolutku odjeżdżały, ja z córcią i Ivanem odjechaliśmy kiedy słońce było jeszcze troszeczkę zasłonięte przez księżyc. 

Księżyc zaczął zasłaniać słońce z prawej strony, odsłaniał również z prawej lecz ” rogal” w pierwszej fazie swoje różki miał skierowane w prawą stronę. Przy odsłanianiu słońca różki rogala skierowane były w lewą stronę.

Dzięki córci i Ivanowi mogłam zobaczyć coś, co zdaża się nie często i nie zawsze w tym miejscu w którym przebywamy na tą chwilę. 

Niesamowite wydażenie. Niesamowite odczucia. 

Zmęczona ale zadowolona

Dzień zaczął się niespodzianką. W pracy miałabym być wcześnie bo o 6:30am. Szybciutko zapakowałam kanapkę, kawę i do samochodu. Poniewierałam się w łóżku za długo, więc później wszystko w biegu. Wyjeżdżam samochodem, światła we wnątrz samochodu nie gasną. Zjeżdżam w dół do ulicy i wracam. Światła palą się, co mnie zaniepokoiło. Do pracy pojechać nie mogę, jeśli samochód zostawię z włączonymi światłami, po 7 godzinach akumurator może być do wymiany. A wogóle to jest jak w loterii, mogę samochodu wogóle nie uruchomić. Zamiast do pracy, pojechałam na stację obsługi, wcześniej wysłałam semesa do pracy, że dziś mnie nie będzie, jutro zrobię to co dziś miałam do wykonania. Na stacji obsługi byłam 20 minut przed 7Am. Do otwarcia było jeszcze 20 minut ale pracownik, otworzył drzwi i mnie przyjął. Po nie spełna godzinie otrzymałam samochód naprawiony.

Kierunek dom. Teraz śniadanko, przebrać się i na “pole”. Nie planowane zajęcia, trudno się zmobilizować. Miało być inaczej a jest tak, jak jest. Materiały budowlane i ogrodowe oraz kwiatki, zakupione, leżą obok garażu, tylko pracować.
W bluzce której obcięłam krótkie rękawki, teraz na całości powycinałam dziurki, mniejsze, większe bezkształtne i ogrąglutkie. Mam przewiew.
Udało się wykopać dołek prawie na środeczku części zasłoniętej korą, nie jest głęboki ale szeroki. Posadziłam hibiskusa, jeżówkę białą (echinacea pallida)wsadziłam nie w odpowiednim miejscu bo…nie wiedziałam że rośnie wysoko. Przesadzę w następnym roku. Drobniutkim i niziutkim chryzantemom znalazłam miejsce na rabatce, zaczynają kwitnąć. Z kwiatami prace zakończone, czas na patio.
Mówiąc prawdę, się nie chce.
Za długo ta robota mi się ciągnie. Nikt nie dokończy oprócz mnie i jak trzeba robić to trzeba,  nie ma zmiłuj się.

Nie tak dawno zerknęłam na godzinę, była 1:46pm, nie wiem jak zleciało, wiem że za szybko bo 3:47pm

Patio jest prawie zrobione. Zmęczona jestem pracą, gorącem i poganianiem siebie. 

Chcę już skończyć, usiąść i po prostu nic, zupełnie nic nie robić. W takim stanie będę gotowa, do wymyślenia następnego projektu. Ale jeszcze nie koniec roboty, za kilka dni. Prawdę mówiąc, nie muszę wymyślać, mam kilka projektów w głowie. MM jest pełen strachu😁. 

Hura, hura, hura….!!!!!!!! Skończyłam patio, skończyłam!!!!!!wymeczyłam się bardziej psychicznie niż fizycznie. Teraz z drugiej strony rozgałęzienie ścieżki dokończyć, około 4 m. Będzie łatwiej, teren równy i ścieżka jest w linij prostej, żadnych załamań i okrągłości. Położyłam już płyty, tak żeby zobaczyć jak to bedzie wyglądać. Kilka godzin mi zejdzie, ale to już końcówka. Później dokończyć ścieżkę poniżej moich schodków. Dokończyć, tzn. Muszę przyciąć krawężnik ale….muszę wskoczyć do sklepu po odpowiedni krążek do cięcia płyt kamiennych, ten który używałam jest tępy i już nie mogę nic, dosłownie nic przyciąć. Przy okazji kupię do cięcia drewienek, przyda się. Kto wie może pobuduję altankę. Zobaczymy.

Cieszę się jak mały dzidziuś z nowej zabawki, UKOŃCZYŁAM patio!!!!‼️‼️‼️‼️‼️‼️Nareszcie z głowy!!!!‼️‼️‼️‼️‼️❗️❗️❗️

Najgorzej, że jutro do pracy😪😪😪😪😪