Zmiany

Zimne poty obudziły mnie po 2am. Cała twarz zlana zimnym potem. Moje ciało rozpalone jak ogień, chociaż gorąca nie czuję. Nos zapchany i mam katar wewnętrzny, zbiera mi się na kichanie co chwilę. Zbiera się, ale nie kicham. Co dalej. Trudno powiedzieć. Muszę wstać i jakieś medykamenty przyjąć. Inaczej będzie źle bo nieciekawie to widzę. Ten tydzień mam pracujący. Aby mnie nie położyło do lóżka na dobre. Gorączki nie mierzyłam ale i nie czuję abym miała. Wygląda to na wstępne przeziębienie. Jeszcze półtorej godziny i trzeba będzie wstawać.

Ciekawa jestem i zjadę samochodem na dół do ulicy. Mam zapas piasku. Może mi się uda. Temperatura -3C, znów zapewne zamarzło to co wczorajsze słońce roztopiło. Planuję wyjazd z dzielnicy inną trasą, mniej pagórków i mniej oblodzonej jezdni. Tylko ulice osiedliwe są jeszcze w złym stanie, autostrady używane przez 24/h są przejezdne. Wczoraj były.

Do pracy dojechałam cała i niezdrowa. Katar, kaszel ale nie mam bólu głowy, gorączki, osłabienia, zawrotów głowy, nudności. Więc, z kaszlem i katarem dam sobie radę. 🤧😷🤫

Drogi główne przejezdne, szkoły od dzisiaj czynne to i ruch większy.

Dzień przeżyłam. Z nosa lało się jak z kranu, teraz kran jedynie przecieka.

Mój syn chory, jeszcze nigdy nie widziałam go tak zbiedzonego. Umówiłam wizytę i kazałam jechać do lekarza. Trochę marudził, w ostatniej chwili wyskoczył z łóżka i pojechał. Gorączka, wysokie ciśnienie, poty, dreszcze, osłabienie, ból żołądka. Dziś było za późno na zrobienie RTG, jutro musi pojechać. Dostał trochę leków w tym antybiotyk. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Dostał zwolnienie. Źle czuje się od tygodnia, wczoraj było lepiej i zdecydował się pójść do pracy. Dziś bardzo źle. Nastrój też ma przygnębiający.

Długo z nim rozmawiałam lecz do niczego nie doszliśmy. Ma trochę problemów z dziewczyną, wygląda na to, że się rozstaną. Jak każda kochająca mama, chciałabym jak najlepiej lecz….to dziewcze nie jest dla niego. Pozbawiona uczuć, zimna ryba nastawiona na branie. Zobaczymy co będzie, zebym chciała o tym napisać, powstałaby powieść.

Nie jestem chętna do prac ozdobniczych w moim domu. Jutro mam krótszy dzień w pracy, więc może po pracy zabiorę się do pracy😱.

Nie mam też ochoty ślęczenia w internecie i wyszukiwania prezentów, może też jutro.

Brak chęci nie kręci.

Ostatni tydzień Novembera

Melania będzie u nas do środy włącznie. MM zadowolony, ja również. Miło patrzeć jak ojciec rozmawia z córką. Zanim przyjechała: pościel zmieniłam, łazienki wszystkie wyszorowałam, cały dom odkurzyłam, podłogi wymapowałam. Później zabrałam się za ozdabianie yardu. Dom na sąsiedniej ulicy ozdobiony i oświetlony. Planuję włączenie ozdób i światełek w następny weekend, będą palić się do połowy stycznia.

We trójkę wybraliśmy się do meksykańskiej restauracji. Po dwóch wypitych piwach, szybko uciekłam do lóżeczka. MM z córką przed tv.

Będą mieli kilka dni dla siebie.

Przygotowania do indyka

Nikt od remontów miał się nie pojawić, a pracowali w poniedziałek i wtorek. MM zapowiedział, NIKOGO w Wednesday. Kolor ścian kuchennych i jadalni, bardzo mi się podoba. W piątek pomalują tzw. lamperie, tak po polsku się kiedyś nazywało, tutaj są inne i inaczej wyglądają.

Jutro Thanksgiving.

Trzeba przecież, dom ogarnąć, upiec indyka, chlebek na zakwasie, chlebek turecki, sałatki zrobić, zmówiony barszcz czerwony ugotować i jeszcze kilka innych smakołyków przyrządzić.

Back yard wygląda ładnie, pokryty liśćmi przypominał bardziej las niż ogród. Cały dzień poświęciłam na niego. Muszę też, dokończyć sprzątanie na zewnątrz, back yard. Liście jeszcze wiszą na drzewach i jak na razie nie mają chęci spadać.

Niestety siostrzenica z NY nie przyjedzie, musi pracować w piątek. MM nie pocieszony i ja również. Miałam nadzieję na spędzenie tego święta w większym gronie. Miło byłoby gościć, starszą siostrę z córką, zięciem i wnukiem. Jackob 7go grudnia kończy 5 latek. Już chodzi do zerówki i daje sobie radę.

Melania przyjedzie (młodsza córka MM), wpadnie również starsza córka MM. No i jak zwykla moje niezawodne dzieci.

Trzeba będzie zrobić miejsce a zamrażalniku. Na deser, będzie tort lodowy. Zamrażalnik pęka w szwach, na taki smakołyk gotowa jestem, coś do kosza wyrzucić a miejsce znaleźć.

Miejsce w zamrażalniku się znalazło, tylko wkładając tort lodowy na półkę, upuściłam i upadł na podłogę caluśką górą. Piękna dekoracja się połamała. Gapa jestem i tyle. Przed podaniem posypię czekoladowymi wiórkami.

Piekarniki nowe, a ja spodziewałam się, że od razu bez żadnych prób mi się uda upiec, ładny, wyrośnięty i nie spalony chlebek. Oczekiwałam, spodziewałam się, miałam nadzieję? Nie!!! Byłam pewna, że upiecze się piękniusi chlebek.

Nie miałam świeżych drożdży, więc użyłam suchych do chlebka tureckiego. Ciasto nie rosło przez godzinę, drugą godzinę też nie drgnęło. MM zaproponował wyjazd do sklepu po świeże drożdże. Gdy wróciłam po ponad godzinie. Ciasto drgnęło i trochę podrosło. Nie czekając zrobiłam szybciutko drugą michę ciasta na chlebek turecki. Zaglądam do pierwszego ciasta a ono jak szalone urosło. Wstawiłam chlebki do piekarnika bez termoobiegu. Przepisowo piekły się, 25 minut. Góra za bardzo zarumieniona, bliska przypalenia. Ogólnie chlebki mogą być.

Drugie chlebki z ciasta na świeżych drożdżach, wstawiłam do piekarnika z teroobiegiem. Po pewnym czasie przestałam sprawdzać jak długo się pieką, 25 minut dawno minęło a z bocheneczków zrobiły się placki. Przypalały się z wierzchu a od spodu surowe ciasto. Przełożyłam do drugiego piekarnika (bez termoobiegu), dopiekłam chlebo-placki. Tragedia!!!!

Drugi niewypał!!! Chleb na zakwasie wogóle nie podrósł i ciasto trafi do śmieci. Zostawiłam na noc do wyrośnięcia, chociaż wiem, że poszło coś nie tak. Może dzisiejszy dzień jest dniem w którym nie powinnam się brać za pieczenie chleba. Jutro upiekę jakiś chlebek na drożdżach, w maszynie.

Piekarniki nowe, ładne i dobrej niemieckiej firmy, muszą być dobre tylko…nie ma możliwości pieczenia góra lub dół. Jest tylko góra z dołem łącznie. Przyzwyczaję się, ale zanim to nastąpi, zepsuję duuużooo ciasta. Termoobieg też jest inny niż w Polsce. No cóż, cierpliwości mi brakuje. Za szybko chciałam pokonać te “schody”.

Ciekawa jestem, co przniesie jutrzejszy dzień.

Poniedziałek 11/13/17

Dziś miałam trudny dzień w pracy. Wyjechałam przed 6am do domu wróciłam po 3pm. Pocieszające że jutro wolny dzień.

Ponad miesiąc temu na córci przód samochodu na parkingu najechał inny samochód. Młody człowiek zamiast włączyć automatyczną skrzynię na D włączył na R. Nie duże uszkodzenie ale dlaczego miałaby pokrywać koszty naprawy z własnej kieszeni. Nareszcie ubezpieczenie wczoraj się odezwało. Córcia przesłała im wszystkie zdjęcia jakie miała z tego zdarzenia i teraz czeka.

Rozpoczęłam ozdabianie yardu. Mam mnóstwo pomysłów na zrobienie ozdób.

Zmęczona z zapchanym brzuchem od słodyczy smacznie i szybko usnęłam.

pakowanie

Jeszcze kilka dni i wyjeżdzam. W sumie miałam zaledwie 2 dni wolnego. Każdego dnia do mamusi, a że nie mam czterech kółek podróż autobusami pochłania wiele czasu. Wczoraj obskoczyłam 3 cmentarze. Tatuś na miejskim, dziadkowie i teście na prawosławnym, szwagier katolickim. Każdemu zanieść kwiaty i znicze, porozmawiać, postać, zastanowić się chwilę. Tak zleciało mi ponad 4 godziny. Mało tego pogoda nie rozpieszczała. Katolicki cmentarz rozkopany, nie mogłam znaleźć grobu szwagra. Pomimo wczesnej godziny w stanach (6am) zdecydowałam zadzwonić do siostry. Tak, tak…

– staniesz przy wejściu to będziesz widziała na wzgórzu figurkę.

Weszłam i…. gdzie figurka?

Chodzę szukam, krążę, miotam się w te i z powrotem, znaleźć nie mogłam.

Odebrała skypa, pokazuję gdzie jestem i jak idę. No dobrych 10 minut nie mogłyśmy znaleźć. Widok ze skypa jest niestety wyrywkowy. Siostra już zrezygnowała ale ja nie. Cofnęłam się do wejścia i okazało się że nie ta brama.

Ostatecznie znalazłyśmy.

Później do mamusi z zakupami.

Powrót do domu i pieczenue chlebka tureckiego. Wszystkim posmakował.

Umordowana padłam do łóżka, kilka kartek książki zdążyłam przeczytać i oczy się same zamknęły.

Zaćmienie słońca

Nie było żadnego wykupowania towarów lub robienia zapasów na następne lata, tak jak niektóre portale bredzą. Ludzie nie oszaleli, jechali na parkingi, odpowiednio wyznaczone miejsca, ja byłam na prywatnym polu, gdzie wjazd kosztował 20$. Nie było przepychanki, stało samochodów 7 licząc nasz. Na następnym 2 samochody. Jadąc na północ ( ponad 2 godziny) widać było, stojące samochody a przy nich osoby siedzące na rozkładanych krzesełkach. Na prawie każdym skrzyżowaniu stała policja. Wszędzie panował ład, porządek i organizacja. Oczywiście przy sklepowych molochach ludzi zapewne było więcej, ale tak jak powiedziałam nie było przepychanek, wykupowania towarów, jazdy po pijaku. Wszyscy byli podekscytowani ale spokojni. 

Słońce powolutku chowało się za księżyc. Rombek po rombku. To słońce stawało się księżycem – rogalikiem aż skryło się całkowicie. Chowając się następowała dziwna szarówka. Podobno brakowało wtedy ultrafioletu w kolorach. Kiedy księżyc zakrył słońce …. nastąpiła na ziemi ciemność lecz niebo wciąż było jasne. Na tym jasnym niebie pojawiła się jedna gwiazda. W sąsiedztwie ktoś wystrzelił petardę, za chwilę ktoś nacisnął na klakson tira. Dużo krzyku i popiskiwań. Dziwne uczucie i dreszcz na plecach. Za chwilę nastawała na ziemi jasność. Jadność nadtępowała szybcuej, po prostu takie wrażenie. Samochody z pola, powolutku odjeżdżały, ja z córcią i Ivanem odjechaliśmy kiedy słońce było jeszcze troszeczkę zasłonięte przez księżyc. 

Księżyc zaczął zasłaniać słońce z prawej strony, odsłaniał również z prawej lecz ” rogal” w pierwszej fazie swoje różki miał skierowane w prawą stronę. Przy odsłanianiu słońca różki rogala skierowane były w lewą stronę.

Dzięki córci i Ivanowi mogłam zobaczyć coś, co zdaża się nie często i nie zawsze w tym miejscu w którym przebywamy na tą chwilę. 

Niesamowite wydażenie. Niesamowite odczucia. 

Zmęczona ale zadowolona

Dzień zaczął się niespodzianką. W pracy miałabym być wcześnie bo o 6:30am. Szybciutko zapakowałam kanapkę, kawę i do samochodu. Poniewierałam się w łóżku za długo, więc później wszystko w biegu. Wyjeżdżam samochodem, światła we wnątrz samochodu nie gasną. Zjeżdżam w dół do ulicy i wracam. Światła palą się, co mnie zaniepokoiło. Do pracy pojechać nie mogę, jeśli samochód zostawię z włączonymi światłami, po 7 godzinach akumurator może być do wymiany. A wogóle to jest jak w loterii, mogę samochodu wogóle nie uruchomić. Zamiast do pracy, pojechałam na stację obsługi, wcześniej wysłałam semesa do pracy, że dziś mnie nie będzie, jutro zrobię to co dziś miałam do wykonania. Na stacji obsługi byłam 20 minut przed 7Am. Do otwarcia było jeszcze 20 minut ale pracownik, otworzył drzwi i mnie przyjął. Po nie spełna godzinie otrzymałam samochód naprawiony.

Kierunek dom. Teraz śniadanko, przebrać się i na “pole”. Nie planowane zajęcia, trudno się zmobilizować. Miało być inaczej a jest tak, jak jest. Materiały budowlane i ogrodowe oraz kwiatki, zakupione, leżą obok garażu, tylko pracować.
W bluzce której obcięłam krótkie rękawki, teraz na całości powycinałam dziurki, mniejsze, większe bezkształtne i ogrąglutkie. Mam przewiew.
Udało się wykopać dołek prawie na środeczku części zasłoniętej korą, nie jest głęboki ale szeroki. Posadziłam hibiskusa, jeżówkę białą (echinacea pallida)wsadziłam nie w odpowiednim miejscu bo…nie wiedziałam że rośnie wysoko. Przesadzę w następnym roku. Drobniutkim i niziutkim chryzantemom znalazłam miejsce na rabatce, zaczynają kwitnąć. Z kwiatami prace zakończone, czas na patio.
Mówiąc prawdę, się nie chce.
Za długo ta robota mi się ciągnie. Nikt nie dokończy oprócz mnie i jak trzeba robić to trzeba,  nie ma zmiłuj się.

Nie tak dawno zerknęłam na godzinę, była 1:46pm, nie wiem jak zleciało, wiem że za szybko bo 3:47pm

Patio jest prawie zrobione. Zmęczona jestem pracą, gorącem i poganianiem siebie. 

Chcę już skończyć, usiąść i po prostu nic, zupełnie nic nie robić. W takim stanie będę gotowa, do wymyślenia następnego projektu. Ale jeszcze nie koniec roboty, za kilka dni. Prawdę mówiąc, nie muszę wymyślać, mam kilka projektów w głowie. MM jest pełen strachu😁. 

Hura, hura, hura….!!!!!!!! Skończyłam patio, skończyłam!!!!!!wymeczyłam się bardziej psychicznie niż fizycznie. Teraz z drugiej strony rozgałęzienie ścieżki dokończyć, około 4 m. Będzie łatwiej, teren równy i ścieżka jest w linij prostej, żadnych załamań i okrągłości. Położyłam już płyty, tak żeby zobaczyć jak to bedzie wyglądać. Kilka godzin mi zejdzie, ale to już końcówka. Później dokończyć ścieżkę poniżej moich schodków. Dokończyć, tzn. Muszę przyciąć krawężnik ale….muszę wskoczyć do sklepu po odpowiedni krążek do cięcia płyt kamiennych, ten który używałam jest tępy i już nie mogę nic, dosłownie nic przyciąć. Przy okazji kupię do cięcia drewienek, przyda się. Kto wie może pobuduję altankę. Zobaczymy.

Cieszę się jak mały dzidziuś z nowej zabawki, UKOŃCZYŁAM patio!!!!‼️‼️‼️‼️‼️‼️Nareszcie z głowy!!!!‼️‼️‼️‼️‼️❗️❗️❗️

Najgorzej, że jutro do pracy😪😪😪😪😪