Znów pogryziona

Nie wiem co i kiedy ale….

Wtorek miałam bardzo pracowity. Wycięłam dwa drzewa. Wysokie, umiem ciąć tak, aby spadły w odpowiednim miejscu. Później przez cały dzień cięłam na małe kawałki. Pakowałam do worów mniejsze gałęzie, a konary wiązałam. Tak mi zleciał cały dzień.

Możliwe że ugryzł mnie jakiś zabłąkany komar, ale z rana wstałam pogryziona jeszcze bardziej. Z tyłu w pasie z lewej strony miałam kilka swędzących ugryzień. Zdziwiłam się bardzo, posprejowałam się od komarów, dziwne, dlaczego z tyłu w pasie mnie pogryzły, nie ręce, nogi, czoło. Pogryzły z tyłu w pasie i do tego przez bluzkę. Nie drapałam, nie smarowałam. Nie wiedziałam co, więc nie wiadomo co może mi ulżyć. Drapanie może skończyć się infekcją.

W pracy, cierpiałam. Nie tylko swędziało, paliło.

Po powrocie do domku, wskoczyłam pod zimny prysznic. Omal nie zdarłam z siebie skóry. Opanowałam się, a było bardzo trudno.

W czwartek, a więc dziś. Mam bąble po prawej stronie. A więc, pas z tyłu jest obąblowany. Nie mogę siadając się opierać, zakładać majteczek ( nie ważne jakie). Bąble schodzą na pośladki. Jeden jest na szyi ( z tyłu) pod włosami.

Zaczęłam szukać w google. Nie wiem dlaczego, ale na myśl mi przyszły pluskwy. MM lata samolotami, mieszka w hotelach, może przywiózł pasażerów na gapę? Może, za dużo łykam witaminek. Jutro mam wizytę u lekarza. Wszystko się wyjaśni.

Strach kłaść się do łóżka. Mam nadzieję, jeśli to pluskwy to MM będą chrupać, więcej ciałka.

No jak to w małżeństwie… co jest moje to jest twoje…

Błogi spokój?

To nie u mnie.

Po godz 3am, obudziło mnie chrobotanie dochodzące ze strychu. Cichsze, delikatniejsze, takie subtelne, mówiące … śpi babo bo i ja też chcę spać, tylko zanim to zrobię muszę sobie pościelić….🐿🐿🐿🐿🐿🐿🐿

No i to coś, ścieliło sobie posłanie do 5am. Bo wstałam i zaczęłam walkę z karaluchami, które to nie dawały spać synowi. Po 11pm wleciał do mnie, jeszcze byłam w tv roomie, z krzykiem …. no łaził, łaził mi po szyi, obudził… 🦗🦗🦗🦗🦗

Zaproponowałam spanie na piętrze, odmówił, jeszcze jakiś czas słyszałam odgłosy zabijania karaluchów obuwiem. 😱🦗🦗🦗🦗👟👟👞👞👞

A więc, 5 rano, syna już nie ma poszłam do niego uzbrojona w rękawice i wzięłam specjalnego, tym razem spraya. Otworzyłam, okna i drzwi i …. rozpoczęłam walkę… tylko z kim? Jak się tak pochowały, że ani jednego nie zauważyłam. Spray nie potrzebował bezpośredniego kontaktu z insektem, więc, mam nadzieję, że te nie widzialne karaluchy wymordowałam.

Włączyłam pralkę i od wczoraj piorę wszystkie ubrania syna.

Większość czystych ale będą czystsze. Pozbawione nieproszonych gości.

Jeszcze na parterze i piętrze, nie ma karaluchów a może, przemykają tak, że nie widzę?

Nawet, jeśli nie ma, w co nie wierzę, to będą.

Dziś muszę kupić następnego spraya i specjalne pudełeczka pułapki.

MM wróci z pracy zadzwoni do firmy odkażająco jakiejś tam, (nie mam tel, ogólnie to mi się tego numeru nie chce szukać) nie chcę zawracać mu głowy w tej chwili, ma inne poważniejsze sprawy.


Na zewnątrz jeszcze ciemno, a ptaszki już bardzo głośno śpiewają …..wiosna radosna, ludzie wstawajcie….🐦🐦🐦🐦🐦


Po pracy zajechałam do sklepu, kupiłam chemię. Na co wydałam 73$, w sumie z wcześniejszymi zakupami, ponad 100$. Zanim firma przyjedzie to karaluchy nas zjedzą. To nie jeden czy dwa karaluchy.

Kupiłam tzw. bombę spayową. Naciska się i zostawia. Chemia unosi się do góry, później opada. Nie wolno wchodzić do pomieszczenia przez 2 godziny, następne 2 godziny wietrzenie.

Czekam na wejście, trzeba pootwierać okna i drzwi. Wszelka żywność, jeśli w pomieszczeniach się znajdowała, nie jest zdatna do spożycia. Puszki i nigdy nie otwierane słoje, przed użyciem wymyć.

Ogólnie: jedzenie wywalić, resztę wymyć.

Parter i piętro, spryskałam, rozłożyłam specjalne tabletki, wywierzyłam i wszędzie dokładnie odkurzyłam. Mapować nie wolno bo zmyję chemię.

W domku powietrze teraz świeżutkie z nitką… co tu ukrywać spraya. Tak być musi.

Zobaczymy na ile moja praca była przydatna.


 

Jestem zmęczona.


 

Przed spaniem muszę dziś zajrzeć na strych, nie chcę następnych gości dzisiejszej nocy. Jeśli będą „ wyproszę” delikatnie mówiąc.

Nieproszeni „lokatorzy”

W wolny dzień od pracy zawodowej, mam deszczową pogodę. Oj, cieszę się z deszczu. Podleje mi nasiona trawy, cebulki tulipanów i innych roślin.

Z uwagi na udział w małym maratonie 4 lipca, muszę się zacząć przygotowywać.

Dziś rozpoczynam treningi.

Bieżnia i rowerek. A że, wszystkie urządzenia mam w domu, nie muszę jechać na siłownię, będzie lepiej i łatwiej.


15 minut bieżnia, 10 minut rowerek. Jak na początek bardzo dobrze. Na bieżni przez 15 minut biegłam i mogę stwierdzić, że wciąż jestem w formie. Nie chciałam przedobrzyć i te 15 minut wystarczyło. Następnym razem bieg przedłużę o 5 minut.


Z tych złych rzeczy.

Syn się sprowadził z brązowymi lokatorami. Karaluchy!!!!! Wczoraj nakupiłam chemii, ale trzeba będzie wzywać firmę. Mamy firmę obslugującą nasz dom. Pryskają co 3 miesiące i to wystarczało zabezpieczyć się przed pająkami, skorpionami, karaluchami (mniejszymi, większymi), szczypawkami i innymi insektami. Klimat jest ciepły więc nie oczekujemy, że wymrozi.  Ostatni raz pryskali w piątek. Syn z lokatorami przyjechał w sobotę.

Fuj🤭😩😫🤪

No coż, takie to uroki mieszkania w apartamentowcach, skupiskach multikulti. Można ich kochać ale na odległość. Kiedy zamieszkał w apartamentowcu, nie było jeszcze kolorów, z czasem ludzie się wyprowadzali, a wprowadzali inni. Najgorsi jak powiedział syn są z Indii. Nic do nich nie ma, są mili, uczynni, przestrzegają swojej kultury ale smród i brud jaki robią wokół siebie jest nie wyobrażalny.

Pomyśleć, przecież do ameryki przyjeżdżają ludzie wykształceni, w większości informatycy, a jednak brudasy. Rodziny z Indii wprowadziły sie pod koniec listopada,  a więc nalot wąsatych trwał zaledwie parę miesięcy.

Sytuacja z insektami zgłaszana była do biura lecz nikt nie był zainteresowany. Tak jak nie był zainteresowany przez 3 lata. Normalnie opryski domów i apartamentów robi się jak wspomniałam co kwartał, w sytuacji kiedy jest zwiększony wysyp insektów należy robić co miesiąc, a nawet co 2 tygodnie.

Teraz muszę walczyć z karaluchową szarańczą. Nie trzeba ich dużo, jeden napłodzi miliony. Brrrrr😖

No cóż, mam wolny dzień. Martwiłam się, że nie będę miała co robić.😏


Na początku wzięłam  elektryczny sprzęt kuchenny. Czajnik elektryczny, jak każdy czajnik wodę się gotuje. Ogólnie czysty ale postanowiłanm wyszorować dokładniej. Póżniej dwuktornie zagotowałam wodę i odparzyłam. No nic szczególnego. Wytarłam do sucha i chciałam uchwycić za rączkę czajnika a tam …. maciutkie coś siedzi i wąsami rusza. Zamarłam ale to nie koniec inne coś z wąsami maszeruje mi po dłoni. Jeju!!!!! zaczęłam krzyczeć, trząść się. No zabiłam a jakże. Uspokoiłam się i zajrzałam pod włącznik czajnika. A tam…. wąsaty jeden, drugi. Fujjjj, szybko czajnik wyniosłam na zewnątrz. Czajnik stawia się na podstawkę, więc zajrzałam tam nic nie zauważyłam ale kiedy uderzyłam lekko podstawką o blat kuchenny….. zaczęły się sypać!!!! ledwo nadążyłam z katrupieniem. Podstawkę też wywaliłam na zewnątrz. Po jakimś czasie wróciłam do tego urządzenia leżącego przed garażem. Myślałam, że to koniec niespodzianek. O nie. Wytrząsłam jeszcze TRZY sztuki.

Po tych niespodziankach, zabrałam się za czyszczenie czystych urządzeń. Elektryczny grill – nie było wąsatych, ale tak wyszorowałam, że jest jak nowy. Blender rozkręciłam na części pierwsze – nie było wąsatych. Automat do gotowania ryżu – też nie było. Dlaczego w takim razie ukryły się w czajniku i podstawce? Okazało się że pochowały się w klawiaturze, laptopie, komputerze, głośnikach i sprzęcie tv-video.

Wszystko myję, piorę, nawet hermetycznie zamknięte puszki z warzywami – myję. Nie jestem pewna czy są tam jajeczka wąsatych,  czy też nie. Oglądam w okularach na nosie, ale …. co wymyte to wymyte.