Anomalia

Od miesiąca czekam na rozwinięcie się kwiata lilii. Kwitnienie lilii przypadało na początek czerwca, po 20-tym czerwca kwiat rozpoczynał proces więdnięcia i wysychania.

Ten rok nie sprzyja lilii. Pąki pojawiły się w maju. Wszystko wskazywało, że kwitnienie odbędzie się terminie lecz coś opóźnia ten proces.

Nie zauważyłam większych zmian pogody do lat minionych. Wiosna i jesień charakteryzuje się nasilonymi opadami deszczu, więc … nie powinien zaszkodzić lilii. Zimą śniegu, większego mrozu, marznącego deszczu nie było.

Meszkę, wczesną wiosną spryskałam. Ziemię nawoziłam ustałą wodą ze skorupkami jajek.

Pielęgnacja jak każdego roku.

Pąki lilii się nie otwierają.

Nie pomaga przewożenie donicy w bardziej oświetlone miejsca.

A może promienie słoneczne nie posiadają już odpowiedniego pierwiasta dla rozwoju roślin?

Bo czym taki stan tłumaczyć?

Pąki od miesiąca w stanie szczelnego zamknięcia.

Możliwym jest, że … wyschną przed pokazaniem swojego piękna.

Niedziela po południu….

Już pisałam. Nie lubię zostawać w niedzielę sama. MM wyjeżdża po południu i w domu robi się cicho, pusto i smutno.  

Na pożegnanie, przytuliłam sie do MM i teraz pachnę jego wodą kolońską. 

Pieski krążą gdzieś po domu , względnie leżą na swoich posłaniach. Im również jest smutnawo.

Zimą jest mi łatwiej jak MM wyjeżdża. Dni krótsze to można w łóżku książkę poczytać. Teraz dzień dłuższy i nie wypada w dzień walać się w łóżku. Rozumiem, choroba, złe samopoczucie.

Czuję się świetnie.

Kiedyś, jak przez kilka miesięcy pracował w Chinach, nie było mi smutno. Dzieci moje z nami mieszkały, miałam wesoło. Miałam komu coś polskiego ugotować, upiec, usmażyć. Robiłam to z ogromną przyjemnością. Teraz mniej pieczenia. Kto to zje? Córcia lub syn jak zamówią jakieś ciasto, bułeczki lub jakieś danie, to ja jak robocik latam po kuchni i szykuję.

Co ważne, że po pracy nie jestem zmęczona, po robocie na yardzie też nie.

Teraz nikt nie zamawia, uczą się do egzaminów semestralnych.

Dobrze, że mam swoją pracę i kwiatki.

Tulipany, wciąż kwitną. Jednym płatki kwiatów opadają a inne rozwijają. Po całonocnej ulewie i wciągu dnia, jeszcze się pięknie trzymają i cudnie wyglądają.

Irys już całkowicie przekwitł i zmarniał. Wyglądał cudownie.

Nie pamiętam nawet kiedy cebulkę wsadziłam do gruntu. Może rok lub 2 lata temu. Zresztą nie ważne kiedy. Rozkwitł i jako jedyny na działce, reprezentował się okazale. Początkowo nie mogłam odgadnąć co za kwiat, MM mi podpowiedział. Jak widać mam znawcę kwiatów w domu. MM lubi kwiaty, oczywiście patrzeć na nie, prac “polowych” nienawidzi. Chociaż, częściej wychodzi do pomocy. Przyciągnie kosiarkę, którą zostawię przy ulicy, dmuchawę też. Zwinie przedłużacze. Bęzynę do maszyny ciśnieniowej kupi. Na zakupy do sklepu ogrodniczego pojedzie i nie narzeka, że łażę po sklepie ponad godzinę i wychodzę z…niczym. 

No, trochę marudzę dzisiaj, bo to pierwsze popołudnie i niedziela. Miałam przyjaciółkę Śp. Sandrę. Mogłam z nią pogadać. Dawno temu pomagała mi w angielskim, do dziś nie umiem wymówić po angielsku , wiewiórka. Zawsze zwracała się do mnie Krysza. Podobnie jak ja z wiwiewiórką, ona miała problem z wypowiedzeniem mego imienia. Nauczyłam ją … dobrze, dziękuję, kocham cię… Niestety,  Sandry nie ma i nie ma spotkań w kawiarniach. Dana mieszka w Kanadzie ale…mimo, że znamy się …chyba ze 40 lat…pogadać możemy, z tym że nie lubię kłamstwa. Lepiej milczeć niż kłamać – to moje zdanie. Podpadła mi. Rozmawiamy raz w miesiącu, na skype bez włączonego video. Dana nie ma ochoty pokazywać swego face. Nie to nie. Z polakami tak jak kiedyś pisałam, nie utrzymuję żadnych kontaktów. Złe doświadczenia i przeżycia zmusiły mnie do spalenia wszelkich mostów. A pomostów nie buduję. 

No wiem, wiem…jestem dziś samotna. 

Ale….jutro będzie nowy dzień. 

 

Gdzie te czasy, gdzie ten świat
Z naszych młodych pięknych lat
Wszystko było takie proste
Miłość pierwsza tak na wiosnę
I szalone letnie noce
Kiedy ogniska blask migoce
Dźwięk gitary, głosy nasze
Nikt nie pytał się o kasę
Autostopem w świat się gnało
Pod namiotem smacznie spało
I na winko składka zawsze
Nikt tych wspomnień nam nie zatrze…

(napisała: ulinka, 2011-01-23 )niedziela 

 

 

kolorowo i radośnie

Po wczorajszym nic niechceniu. Nie ma śladu. Po południu po pracy zrobiłam siup…do łóżeczka i tak w chrapaniu utonęłam na 2 godzinki. Wieczorkiem podlałam moje kwiatuszki.

 

I znów spanko.

Dzisiejszego poranka, nie mogłam zrozumieć. Co to wczoraj było, co się działo? Że nic się nie chciało. Wyskoczyłam z łóżka jak młoda kozica. Szybciutko do kuchni. Nakarmić pieski, nastawić wodę na kawcię.

W pracy jak młoda sarenka, w podskokach … i tam i tu. Humorek dopisywał, nic nie przeszkadzało.

No …. normalne życie.

A nie …z jakimiś niechceniami wyskakiwać.

Jakiś czas biegam w czerwoniutkich pantofelkach. Nie do wszystkiego pasują, ale jak wezmę czerwoną torebeczkę to jest superowsko. No i tak biegałam.

Jak to uzależniona od telefonu. Siedzę i przeglądam co ja też wysłałam na WhatsAppa mojej młodszej. Aż podkoczyłam!!!!

Gdzież to są moje nowiusieńkie pantofelki? Biegiem do szafy (closet), oglądam pudełka z bucikami. Znalazłam!!!

 

Od jutra nakładam te buciki do wszystkiego. 


Jak to mówią…wróciłam do siebie. I z tego się cieszę.

Torebeczkę szybciutko kupiłam i mam komplecik. 

Radość w serduszku i na twarzy.

Taki drobiazg,  a tyle szczęścia kobiecie daje. 

Kwiatowa sobotka

Sobotni poranek jak zwykle, kawa i nie do łóżka. Nie lubię picia kawy w łóżku bez wcześniej wykonnanej porannej toalety. No, jak pić kawę poranną, przed porannym nie umyciem zębów? Z głową rozczochraną i zapluszczonymi oczami. Znajdą się ulubieńcy kawy łóżkowej podanej na tacy, w imbryczku, kubku, filiżance. Kawa stłumi zapach pościeli po nocnych igraszkach, chrapankach, pierdunkach.

No teraz może i przesadziłam, ale niech mi nikt nie mówi, że kontroluje się podczas snu.

Miałam znajomą, która uwielbiała podaną kawę do łóżka, przez jej męża. Czasami z różyczką dla potwierdzenia swoich uczuć.

Różyczka jak najbardziej, miłe byłaby widziana. Gorzej z tą kawusią.

Chciałabym zaznaczyć, że receptory węchu, mam nad wyraz wyczulone, delikatne, nic nie przejdzie …. mojej zapachowej uwadze.

Więc….

kawusię wypiłam przy kuchennym stole, zagryzając kanapeczką.

Zdecydowałam się odwiedzić sklep ogrodniczy. Pierwszy raz w tym roku. Odciągałam wizytę, kwiaty tam sprzedawane są już w pełnej krasie. Moje na moim “polu”, wciąż jak zaczarowane, przeklęte, zaklęte, zapomniane.

Każdego poranka, jeszcze przed kawcią, wychodzę na poletko zaglądam, oglądam, mogłabym podglądać przez szkło powiększające i mierzyć (żartuję😁) ile podrosło, urosło, a może przeoczyłam kwitnięcie.

Poszalałam w ogrodniczym😁. Posadziłam!

Teraz u mnie kolorowo. Mogę odpuścić obchód poranny “pola” i spokojnie czekać i pozwolić rosnąć kwiatom, zgodnie z ich kalendarzem.

Kiedy już słoneczko chyliło się ku zachodowi, wyszłam z MM i pieskami na spacerek. Niektórzy sąsiedzi jeszcze pracowali na zewnątrz. Kosili trawkę, przycinali rosnące przy ulicy krzewy i drzewa, dmuchali gałązki i skoszoną trawę. Pozdrawialiśmy ich a z innymi zamienialiśmy kilka zdań.

Pieski zmęczone spacerkiem padły, a ja obejrzałam film “What they had”.

Nie polecam osobom młodym. Nie polecam zdrowym seniorom.

Obejrzałam i zrozumiałam jeśli można powiedzieć, że zrozumiało się jak postępować z osobą chorą na aizhaimera.

Wprawdzie w mojej rodzinie choroba ta nie występuje, ale …pokazana jest starość.

Nic przyjemnego, kiedy dorosłe dzieci chcą “pomóc” nie mając zielonego pojęcia o starzeniu się, starości i ….

Zmieniam temat..

Miłej słonecznej niedzielki😁☀️☀️☀️

Wiosna panie generale…😁

Patrzę na mapę dróg w moim mieście i widzę: czerwono wszędzie, to znaczy zakorkowane, jest 7:30am. Muszę wyjeżdżać do pracy, ale się nie chce, bo więcej będzie stania niż jechania. Wyjścia to ja żadnego nie mam.

MM przy pożegnaniu…czy moja Krysia wróci po pracy do domu, do niedobrego męża, czy pojedzie do sklepów? A czemu moja Krysia chce mnie zostawić i jechać do Polski?

Jak mi naruszy nerw to bym zostawiła, pojechała do domu do Polski. Niech MM przemyśli swoje postępowanie, zachowanie.

Wczoraj wieczorkiem wróciliśmy z restauracji, mieliśmy “opijanie” córci zakwalifikowanie się na następne studia. Zakwalifikowanie się wprawdzie jeszcze nieoficjalne, ale każda okazja czyni okazję do spotkania.

…a co to będzie jak ja na emeryturę pójdę…MM pyta

…wywiozę do Polski posadzę w oknie i powiem…patrz tu jest Polska, tutaj rozmawia się po polsku…

…nie pojadę do Polski…skruszony odpowiedział.

No wiem, dokuczyłam troszkę, ale zasłużył.

Trzeba jechać. Garażowe drzwi się zamykają, siedząc w samochodzie, sprawdzam czy w torebce mam potfel, słuchawkę i inne drobnostki jakich kobieta potrzebuje. Jeśli … to wrócę, wezmę, do torebki wrzucę.

Zjeżdzam ze zgórki na ulicę i w drogę. Szkolny autobus i… czekamy.

Dzieciaki z apartamentów, niemrawo wchodzą do autobusu, jeszcze dobiegają. Za mną już sznur samochodów się ustawił. Czasami trzeba czekać 10 minut, czekamy na spóźnionego dzieciaka. No cóż, jak trzeba to trzeba.

Synuś mnie w pracy odwiedził. Porozmawialiśmy o jego planach, przyszłości i o wszystkim i niczym. Bardzo lubię rozmawiać z moimi dziećmi a oni ze mną. Cieszę się, że mam swoje dzieciaczki.

Po pracy wróciłam od razu do domku. Wszystko dobrze. Tak powinno być. A nie jakieś fochy, dziwne nastroje i niecodzienne “przeboje”.

Cieplutko na podwóreczku, szkoda tak pięknej pogody na siedzenie w domu.

Leń wlazł w tyłek i zaniechałam terapię. Zaczął boleć kręgosłup, właściwie to promieniuje i odczuwam ból nerki. Tak było na początku moich dolegliwości, zanim wykluczyli wszystkie organy wewnętrze i odkryli że mam jeszcze coś takiego jak kręgosłup.😁😁😁

Prześwietlali, przewracali, badali, znaleźli chorobę.

Od kilku dni robię swoją gimnastykę i jest lepiej. Nie muszę już przyjmować tabletek.

Oszczędzam teraz swój kręgosłup, wiem że go mam. Więc, zanim co to siedzę na decku i podziwiam kwitnące azalie.

Tulipany za kilka dni zakwitną!!! To dopiero będzie widok!!!!

Nic więcej nie kwitnie. Niektóre wiosenne już przekwitły.

Jeśli ciepełko utrzyma się, to mam nadzieję, że wszystkie kwiatki i krzewy się wreszcie obudzą.

Cebulkowy dzień – dokarmianie wiewiórek

10 minut leżenia w łóżku dłużej i…już łóżka nie posłałam. Szybko poranna toaleta, kawy niedopiłam, zostawiłam, nawet nie przelałam do innego kubka. Jak ja nie lubię jeździć w ciemnościach, ale są sytuacje że, muszę.

W pracy byłam o 6am. Przed wyjazdem na wakacje, musiałam dopiąć niektóre sprawy.

Po 2 godzinach byłam już w drodze powrotnej do domu. Autostrady zablokowane, drogi boczne, również.

A miałam nadzieję że, trasę praca – dom pokonam dość szybko.

Nie ważne jaką trasę wybrałam, radio warczało, że wszystko wszędzie stoi. Ja też stałam.

Powrót do domu zajął mi 2 godziny!

A do pracy jechałam TYLKO 20 minut.

No dobrze… wczesnym rankiem. Tak w godzinach szczytu porannego, zwykle dojazd do pracy zajmuje mi do 45 minut. Powrót podobnie, tylko dziś wracałam kilka minut po 8am.

No cóż, dotarłam do domku. Miałam się pakować, ale po wypiciu kawci, zauważyłam, że deszczyk przestał padać, słoneczko wyjrzało, to ja w podskokach wybiegłam na zewnątrz. Postanowiłam że, przed wyjazdem wsadzę do ziemi cebulki tulipanów.

Robiłam dołki i wsadzałam, robiłam dołki i wsadzałam…a że miałam 405 cebulek to mi się bardzo ta robota ciągnęła.

Chwilami miałam dość, bo do tego doszło 80 cebulek szafirka i zawilca 80 cebulek.

Mogłam rozłożyć pracę z cebulkami na 2 dni. Spieszyłam się, bo zapowiedzieli na jutro deszcz, ciepły deszczyk.

Po posadzeniu cebulek osypałam rabatki korą. Poźniej podmuchałam przejścia, ścieżki i patio od paprochów i połamanych gałązek.

Po zakończonej pracy, przeszłam się obok rabatek i podziwiałam moją pracę.

Będzie ładnie, tylko….ile z tych cebulek będzie tulipanów.

Wiewiory pod moją nieobecność wykopią połowę. Rozumiem żeby, jadły, ale nie, wykopią i zostawią.

Na wszelki wypadek, rabatki popryskałam specjalnym środkiem, odstraszającym wiewiórki-szkodniki. Na ile pomoże?

Nie pomoże.

Śnieżynki powolutku zaczęły puszczać pąki kwiatuszków. Ominie mnie przyjemność patrzenia na śnieżne maluykie kwiatuszki.

Poczieszające, że po przyjeździe będę oglądać tulipany.

Przynajmniej mam taką nadzieję.

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Wiosenne kwiatki

Zasnęłam dopiero po północy, po wypiciu syropu nasennego Zzzz. Nad ranem się rozpadało, dobrze, deszczyk jest potrzebny kiedy jest cieplutko.

W tygodniu był przymrozek i wszystkie krzaki azalii mają zmarznięte oklapłe kwiatuszki. Przykro patrzeć. Mrozek nie zaszkodził natomiast tulipanom. Listeczki dopiero wychodzą z ziemi. W tym roku chyba nie zakwitną. Cebulki były maciutkie i marniutkie. Może jakiś pojedyńczy kwiatek? Uwielbiam tulipany.

Wiewióry wyjadły i wygrzebały. To co wschodzi, posadziłam może miesiąc temu, nie miałam ochoty karmić szkodników. Zabezpieczyłam plastikową siatką, ale one podchodzą bardzo blisko domu. Dziś wybiegłam z domu kiedy zobaczyłam wiewiórę rozgrzebującą ziemię w donicy. Znalazła wolne miejsce nie zabezpieczone siatką. Przstraszyła się? Podniosła głowę spojrzała na mnie i czekała, nie wiem na co, ale ruszyła do ucieczki, kiedy byłam naprawdę blisko. Mam wrażenie, że niedługo to ludzi zaatakują. Kupiłam jeszcze dwie rolki siatki. Muszę dokładniej uszczelnić.

Krzaczki niezapominajek rozrosły się i mam nadzieję na kwiatki w tym roku. W ubiegłym roku nie zakwitły.

Śnieżyca wiossenna od kilku lat wypuszczała tylko listeczki, w ubiegłym roku było kilka łodyg z kwiatkiem, ten rok był urodzajny. Krzaczki ciemiernika mi się rozrosły, mam w trzech kolorach, zielone, białe i prawie czarne. Cieszą moje oczy.

Nie wschodzi paprotka leśna, w donicy i na gruncie. Może za wcześnie lub było za zimno. Ogólnie nie lubię paprotek, nigdy nie trzymałam w domu, w ogrodzie jak najbardziej, to są inne gatunki i ogrodowi nadają specyficznego leśnego nastroju.
To co mi wymarzło lub szkodniki wyjadły, trudno. W tym roku, kupię znów sadzonki lub cebulki jesienią i będę walczyć o moje rabatki.

 

 

Pozostałe kwiatuszki z mojego ogródka.      

Podobno dziś moje imieniny

Podobno bo… ja jestem tutaj, oni tam lub jak kto woli,  oni tu a ja tam. Żeby, nie koleżanki z mego “świata” to nawet bym o tym nie wiedziała. W “tamtym świecie” imienin nie obchodziłam, jeśli już to były wymuszane, przez znajomych i rodzinę. W szkole, studiach i pracy nie obchodziłam i wszyscy wiedzieli i życzeń nie składali. Bo jakie to życzenia, kiedy się kogoś mało zna lub się pracuje w dużym zakładzie, nie sposób wszystkich poczęstować, kawy zabrakłoby i godzin pracy również. Nie lubiłam oklepanych życzeń, nie chciałam w dniu moich imienin być kucharką, kelnerką i sprzątaczką. W szkole i na studiach miałam wymówkę, że obchodziłam imieniny w lipcu, w pracy ogłosiłam wszem i wobec, że nie obchodzę.

Dziś nie wiem, jak to się stało,  ale po powrocie z pracy jakiś dziwny nastrój mnie dopadł. Nie wiedziałam z jakiego to powodu. Raptem na messangerze koleżanka składa życzenia, skype też. Może i miło bo jedną znam 44 lata,  druga 13 cie? ,  też długo.

Mogę stwierdzić, że nie czułam nastroju imieninowego, życzenia przyjęłam lecz …nie pamiętam życzeń.

Na prawdę, nie przywiązuję wagi do życzeń imieninowych.

Trzeba być miłym dla drugiego człowieka, każdego dnia nie tylko raz do roku.