Dzień Dziecka🍼🍼😁😁😁

Z raniutka popracowałam troszkę, na i nad ścieżką. Umówiona byłam z dziećmi o godzinie 5pm w restauracji, więc czasu miałam dość na prace na yardzie i przygotowanie się do wyjścia.

Wyliczyłam, że nie będzie tak łatwo z ukończeniem. Ten tydzień mam pracowity, zawodowo.

Jedynie po pracy, kiedy słońce będzie bardzo wysoko, no i oczywiście bardzo gorąco.

Mam nadzieję, że wiatrak i ustawiony parasol spełni swoją rolę, ochłodzi i zatrzyma promienie słoneczne.

Jeszcze jedno, czy będzie mi się chciało wychodzić w ukrop panujący na zewnątrz?

 

 

 

 

 

 

Wypiękniłam się i spotkałam się z dziećmi. Bardzo milousio spędziliśmy czas. Moje dorosłe dzieci nie spodziewały się żadnych prezentów ale…ja jak zwykle, wręczyłam kopertki. Bo co można kupić dorosłym dzieciom? Kiedyś …jakiś samochodzik, skakanka, lalka, lego itp…. było miło widziane, później książka czy też gra komputerowa. Z wiekiem, zainteresowania oraz potrzeby się zmieniają. Każdy grosik się przyda, więc postanowiłam wręczyć kopertki. Kwota była w obu kopertach jednakowa.

Nie obyło się bez zdjęć.

Obok mnie stał syn a obok niego moja córcia.

Poprosiłam młodą osobę o pstryknięcie zdjęcia na pamiątkę.

Ot i cała JA.

Uroczyście

Wczoraj była uroczystość z zakończenia nauki na uniwersytecie mojej córci.

Oczywiście byliśmy o czasie. Synek też się nie spóźnił mimo wielkich korków. Uroczystość graduacyjna odbywała się na stadionie, przez dwa dni – 8-9 maj 2019. Moja córcia miała uroczystość 9 maja. Oczywiście,  że byłam przejęta, podekscytowana.

Byłam podekscytowana każdym rozpoczynającym się rokiem szkolnym  i jego ukońķczeniem w żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej. Niestety nie było mi dane uczestniczyć w gimnazjum, szkole średniej i córci uniwersytecie w Polsce.

Za to teraz, mam wielką radość. Syn ukończył tutaj szkołę średnią. Obydwoje ukończyli college. Córcia ukończyła uniwersytet, synowi pozostało jeszcze 1,5 roku nauki na uniwersytecie.

Po wyczytaniu nazwiska córci podobnie jak wszyscy (zgodnie ze zwyczajem) w tym momencie, krzyczałam, głośno krzyczałam.

Później zdjęcia przed budynkiem uniwersytetu i…powrót do domku. Mieliśmy czas na odsapnięcie, odpoczynek i przebranie.


Po wczorajszej uroczystości wstawało się trochę ciężko. Nie to, że się spiłam, bo nie spiłam. Dwa drinki z minimalną dawką rumu to nie może, zaszkodzić i nie spowoduje zawrotów głowy.

Od około tygodnia samopoczucie mam nie najlepsze. Jestem napięta jak struna i wszystko mnie drażni. Żeby nie krytykować MM niesprawiedliwie, milczałam. No bo przecież ja jestem: perfekcyjna, nieomylna, wspaniała, mądra, pracowita, wyrozumiała itp. 🤪🤪🤪🤪🤪

Perfekcyjna? Oj oj do perfekcji to mi brakuje wiele mil świetlnych.

Nieomylna? Żeby ukryć swoją nieomylność, przyznaję …pomyliłam się…🤨

Wspaniała? Zależy w czym, bo to określenie jest bardzo ogólne.

Mądra? Nie ma ogólnej mądrości. Mądra w jednym, nie mądra w czym innym.

Pracowita? Normalny pracocholik. Padam na pysk ze zmęczenia i wściekam się, że sił mi nie starcza. Muszę siebie powstrzymywać, w innym przypadku umrę z wyczerpania.?

Wyrozumiała? Do bólu. Rozumiem żebraka, robaka, bogatego i ptaka. Pieska, berbecia i inne śmiecia.

To i znalazłam powód mego rozdrażnienia.

Duży palec u nogi dokucza, nie mogę nosić normalnego obuwia.

Pracy na “polu” nie dokończyłam, do domu wchodzę w butach, na kuchennym stole zawsze coś leży (korespondencja, torebka, jakieś witaminy…). Nie nadążam z pracami domowymi a doba ma 24godziny. Śpię za długo? !!!!

Deszcz połamał gałązki a ja do pracy muszę jechać!!!

No i jak, jak się nie denerwować!!!

A wczoraj mi na mego paluszka, zsunęło sie menu z kolan MM w ciężkiej oprawie z metalowymi brzegami. Udało mi się nałożyć czółenka z odkrytymi paluszkami.

Wstałam od stolika, wstałam? Nie to nie było wstawanie. Starałam się aby nikt nie zauważył. Wylazłam a wstałam przy mocnym opieraniu się o krzesło (było bardzo wygodne).

Szłam? Człapałam do toalety, myślałam, że upadnę z bólu. Łzy spływały po policzkach, aby nie rozpłakać się w głos, zakryłam usta dłonią.

W toalecie zrobiłam zimy okład. Ulżyło, zimna woda pomogła na ostry ból i na łzy. Poczułam się znacznie lepiej. Gdy córcia weszła, byłam tak na 75% sprawna.

Uspokoiła mnie, pocieszyła moja córcia. Jeszcze jeden okładzik, doprowadzenie twarzyczki do poprzedniego wyglądu, mzna było wyjść z toalety.

Na pytania MM…co sie stało.. odpowiedziałam..wszystko dobrze.

Przecież nie jego wina, że menu się osunęło. Jeszcze chwilka i na prawdę wszystko wróciło do normy.

Byliśmy w restauracji w szóstkę. MM i ja, MSJ z Valerią, MCD z Ivankiem.

Gdy syn zadzwonił czy może zaprosić Valerię, byłam zdziwiona, że jej rodzice nie świętują wraz z nią graduacji. No niestety nie świętowali. Nawet nie wiem czy byli na uroczystość na uniwersytecie. Valeria omijała temat. Nikt nie drążył.

Atmosfera była super i dwie dziewczyny z okazji graduacji dostały od szefa restauracji małe torciki, od menagera restauracji po drinku (za darmo).

A MM powtarza mi, NIC NIE MA ZA DARMO.

Co u mnie?

Czekamy na uroczystość graduacji mojej córci na uniwersytecie. Już prezent mamy w postaci aparatu fotograficznego. Córcia skończyła 2 letnią szkołe fotograficzną w Polsce, socjologię i zaliczyła rok farmacji. Poszła w moje ślady (fotografia) i tymi śladami podążała. Odbiegły wprawdzie od fotografii nie co w bok, ale to co się lubi, to zostaje na zawsze w sercu. Kupiliśmy z MM bardzo dobry podręczny aparat fotograficzny FujiFilmX100F, futerał skórzany płynie lub czy też przyleci z Honkongu. Miała do wyboru NikonD750 lub Fuji. Wybrała ten drugi. Nie dziwię się. Podobnie jak moje Sony RX100VI jest podręczny, można schować do torebki.

NikonD750 wraz z obiektywem ma swoją wagę, a dodać do tego statyw to i rąk zabraknie, żeby robić zdjęcia. Zdjęcia zamieszczone w poście https://wp.me/p58SQS-Tr wykonane były D750. Pamiętam kiedy zaczynałam pstrykać zdjęcia z Tatusia szpulkowego aparatu. Jest tam w Polsce, na strychu, później miałam masę szpulkowych. Sama klisze wywoływałam, zdjęcia powiększałam. Wiedziałam w jakich ilościach wymieszać odczynniki. Siedziałam w ciemni godzinami. To był och i ach. Później zaczęłam zabawę z kolorem, niestety na początku odczynniki nie były dopasowane do kolorów. Za dużo czerwieni, za dużo żółci, wszyscy pruszali się jakby mieli opaski na oczach. Odczynniki też nie dawały takiego efektu jakiego fotograf się spodziewał. To była totalna porażka kolorów. Nie pamiętam w którym to roku wszystko stało się jasne, ile czego dodać, ale ja już nie miałam czasu. Moje zdjęcia już nie trafiły na wystawę, a miały trafić…trafiło mnie co innego, wyszłam za mąż. Ex był politykiem od urodzenia i nie po drodze nam było.

Ot i moja zabawa z fotografią gasła. Ale to co jest w sercu, tam i pozostanie. Oczywiście oglądam wiele zdjęć na internecie, nie wiele mnie interesuje, nie wielu zdjęciom poświęcam uwagę. To jest takie pstrykanie, technika fotografii poszła w kąt. Nikt nie jest zainteresowany teraz techniką, a wszelkie konkursy skupione są na emigrantach. Oczywiście, że śledzę i co widzę…wygrywa ten co pstryknie zdjęcie wspinającego się emigranta po plandece samochodu, chcącego dojechać do Wielkiej Brytanii. Normalne?

Ja tak nie uważam. To pierwsze. Drugie… zdjęcie które zrobisz w chwili wysłania na konkurs nie jest twoje. Podpisujesz glejt i zrzekasz się wszelkich praw. W tej chwili mówię o prestiżowych konkursach, a nie o wojewódzkich. Dlaczego miałabym zrzekać się praw do mojego zdjęcia?

Wolę mieć je w swoich katalogach i niech nikt ich nie ogląda, niż ktoś inny podpisze się pod moim zdjęciem. Nie mówię, że jestem jakimś wybitnym fotografem, bo każdy może nim zostać, teraz dzieci maja komórki i pstrykają, ale nie każdy ma tzw. OKO. Jeśli pisze komentarz pod jakimś zdjęciem (tak tak, to do Ciebie), że to jest rewelacyjne zdjęcie, to tak musi być.

😄

Wiem, dobrze wiem, że mój czas się skończył. Teraz nie jest ważne jak robisz zdjęcie, ważne aby to było na topie. Głodne dziecko (nie ważne że cierpi w trakcie pstrykania zdjęcia), emigrant, zabity, padła owca koń czy świnia, nie ma czasu na żale…. A fotografia miała nam pokazać nie tylko samo zabijanie, wspinanie się po skałach, topienie się w przerębli, itp….miała pokazać nasze uczucia z tym wszystkim związane oraz uchwycony klimat. Klimat zdjęcia jest najważniejszy w fotografii. Fotografia zeszła do reportażu i nad tym bardzo boleję.

Rozpisałam się za bardzo… a miało być o prezencie dla córci z okazji graduacji.

MM już ma zaklepane, wraca z pracy wcześniej tj. przylatuje dzień wcześniej. Po graduacji w uniwersytecie wybieramy się do …restauracji a tam … hulanki i swawole. Ot i nie prawda. Amerykanie nie lubią dancingów. Siedzą przy barach z lampką, kieliszkiem i gawędzą. Piepszą jednym słowem, bzdury. W moim mieście są tylko dwie restauracje z dancingiem i to nie w każdy weekend. A miasto liczy około 6 mln ludności (z przyległymi miasteczkami. Barów jest…całe mnóstwo. Dyskoteki oczywiście są, ale i tak oblegane są tylko i wyłącznie bary. Zaliczyłam bary nocne, dancingi, dyskoteki…wiele widziałam i nie raz przed poznaniem MM byłam wydawana za mąż.

Wiecie co? chyba ten mój MM był mi pisany. Chociaż pierwszych oświadczyn nie przyjęłam, a przy drugich powiedziałam…ja ciebie nie kocham… to on ten obecny MM był bardzo szczęśliwy, bo przyjęłam zręczyny. Żeby nie mój Tatuś to nigdy bym nie wyszła za żadne za mąż. Bo jak MM oświadczył mi się po raz drugi, zadzwoniłam do Tatusia… Tatuś co ja mam robić, on chyba mnie naprawdę kocha a ja nie potrzebuję jego, do czego on mi potrzebny. Ja chcę wrócić do domu( ryczałam w niebogłosy w łazience MM) ja chce do dzieci.

😢

….Tatuś powiedział… w twojej szkole na Twoje miejsce przyjęli już innego pracownika, kto inny wykłada, Twoje stanowisko jest zajęte, to że masz licencje i wszelkie papiery to jest nic, w tym czasie weszły nowe przepisy, nowe firmy powstały inni zajęli twoje miejsce. Że ktoś ci obiecywał, to już na pewno i o tym zapomniał. … Tatuś nie powiedział konkretnie co mam robić z tymi oświadczynami…. zastanów się i pomyśl…Dodał… on potrzebuje twojej pomocy jest teraz twoja kolej aby pomóc człowiekowi… tak jak kiedyś pisałam. MM był dłużny 250 000$ dla amerykańkiego urzędu skarbowego. Po prostu nie rozliczał sie z Afryki i Londynu gdzie kiedyś pracował, pieniądze roztrwonił na swoje córki i exżonę która faktycznie była w tamtym czasie była ex., czego nie ukrywał.

I tak zostałam żoną amerykańca z długami. 

Ostatecznie Urząd skarbowy darował nam 90 000$ i to był szalony dzień. Pismo darujące nam 90 000$ zachowałam na pamiątkę. Tych obieranych ziemniaków i mleka popijanego nie zachowałam. Ile musiałam wycierpieć to jest tylko moje. MM nie przyzwyczajony do oszczędzania robił co raz awantury, że pracuje i nie może na nic pozwolić .

Kurcze, a na co można było sobie pozwolić mając 1/4 miliona długu?

Tak tak, przeszliśmy przez wiele, bo kiedy syn przyjechał a był sponsorowany przez MM to mego syna od pierwszego dnia, nie zaakceptował. Ale to inna bajka, to ja już wtedy cierpiałam i broniłam swego syna. A nie było to wcale łatwe.

Niech nikt nie myśli, że życie z amerykaninem to jest miód i czekolada.

Czasami, czasami wręczane kwiaty parzyły jak pokrzywa.

Wiele jest za mną i wiele przede mną.

Nie wiem tylko jaki aparat wziąć na córci graduację. Jaki będzie wygodniejszy do robienia zdjęc w czasie graduacyjnej uroczystości. Uroczystość z graduacji będzie również transmitowana w internecie.

Synuś planuje graduację na uniwersytecie za 2 lata, chce przyspieszyć ale… nie da się, ma odpowiedzialną pracę. Jeden przedmiot na semestr, tyle może wziąć i zrobić. Aby zrozumieć system nauki i studiów w ameryce trzeba tutaj być i żyć.

Nie ma niczego takiego jak wieczorowe, czy studia zaoczne. Studia korepondencyjne a właściwie internetowe istnieją ale, nie sa mile widziane przez pracodawców. Nie ma czegoś takiego, że plan zajęć narzucony jest odgórnie. Tutaj student wybiera ile chce przedmiotów studiować w danym semestrze. Jest tabela w jakich godzinach i w jakich dniach może sobie ten przemiot studiować. Jeśli rano, to wybiera student poranne zajęcia, jeśli wieczorem to nie ma sprawy. Moja córcia w tej chwili kończy zajęcia o 10 pm.

Plan zajęć na uniwersytecie jest tak ustawiony tak, aby pasował dla wszytkich chcących studiować.

Zakłady pracy również kładą nacisk na edukację, w większości przypadków nie utrudniają swoim pracownikom dalszego kształcenia się.

Zaczęłam od prezentu a … odbiegam od tematu…. No nic, widocznie to jest mój dzięń, bo nie zawsze jestem taka gadatliwa.

Mój synuś uczy się w tej chwili jak szalony, a że czytelnia uniwersytecka czynna do 2 am , przesiaduje tam do zamknięcia. W czytelni można zarezwerwować sobie oddzielny pokój nauki i być tylko samemu lub z grupą. Dziś będzie w czytelni do 10pm, ale w niedzielę planuje być do zamknięcia tj 2am, w poniedziałek ma semestralny egzamin i chce zaliczyć na A – na B zaliczyłby bez dodatkowej nauki. A – jest najwyższą oceną w Ameryce. F oznacza – nie zaliczone. W Ameryce nie ma 6,5,4,…1 jest A,B…F.

W szkole średniej jest troszkę inaczej bardziej opisowo i oceny procentowe. W collage jest podobnie jak na uniwerystecie. Mój syn zaczął edukację w ameryce od szkoły średniej. Córcia od collage z tym, że jej zaliczone zostały przedmioty ze studiów w Polsce. Kiedy była w Polsce, kazałam jej się uczyć i uczyć i uczyć, zamiast siedzieć i czekać kiedy to przyjedzie do mnie, niestety jej sponsorswo trochę trwało.

A że była wzorowym uczniem i studentem w Polsce zaowocowało to i w Ameryce. W ameryce jest również wzorowym studentem. Oczywiście trudno uwierzyć…ale tak jest.

Kiedy przyjechała do Ametyki, myślała że przyjeżdża na wakacje. Niby jak miałabym jej powiedzieć, że jej nie wypuszczę? Serce omal mi nie pękło, kiedy słyszałam jak płakała, że nie pozwoliłam jej wracać do Polski. Każdy ma inne dziecko, każdy ma inną sytuację, każdy ma inną kulturę, a ja musiałam tak zrobić. Teraz…córcia jest szczęśliwa. Wiedziałam co robię, wiedziałam co mogę dać swoim dzieciom, i o nie walczę każdego dania.

Bo moje dzieci są na pierwszym miejscu.

MM jest na pierwszym miejscu również.

To są równoległe pierwsze miejsca.

Tak, tak… tylko gdzie jestem JA ?

To odpowiem..

Szęczście moich najbliższych jest moim szczęściem!!!!

Z każdej radości moich dzieci czerpię, radość i energię do dalszego życia.

Każda radość mojego MM dodaje mi siły do dalszej walki o następny dzień.

 

Za nami następna uroczystość urodzinowa

Początek roku zawsze u nas jest zapełniony uroczystościami.

W styczniu jako pierwsza ale nie najstarsza startuje moja córcia MCD.

W lutym młodsza córka MM.

Marzec – tu robi się traffic.

Nasza rocznica ślubu. Nie ważne która, zawsze pilnuję aby było uroczyście.

Urodziny starszej córki MM.

Urodziny mojego syna MSJ.

Spokój mamy do sierpnia kiedy to obchodzimy z MM nasze urodziny. Moje 2-go, MM 4-go sierpnia.

Kilka lat temu młodsza córka MM (MCMM) przeprowadziła się do Kaliforni.

Starsza córka MM (SCMM) mieszka w downtown, ale jako najstarsza z naszych dzieci, nie uczestniczy już w tych uroczystościach.

Chociaż prawdę mówiąc, i tak długo trwały te nasze spotkania jak na warunki amerykańskie.

Ja ze swoimi dziećmi będę to przedłużać, bo to nasza kultura, nasza rodzina i nie wyobrażam sobie nie obchodzić urodzin.

Spotkaliśmy się w Season52 porównywalna restauracja do Ray’s. W tych obu restauracjach obchodzimy różne uroczystości.

Wiec, córcia i ja, byłyśmy ciutkę wcześniej. Reszta towarzystwa łącznie z jubilatem była … można powiedzieć o czasie.

Czas spędzony z dziećmi jest czasam dla mnie najcenniejszym.

Moje dzieci są moim szczęściem i światem. Moja rodzina, MM również, wie że, jestem szalona na punkcie moich dzieci.

Będąc dzieckiem, podrostkiem, małolatą i dorosłą już dziewczyną … nie lubiłam dzieci. Drażniły mnie, ze wstrętem otrząsałam ich dotyk. Natomiast wszystkie dzieci do mnie lgnęły. Chciały się bawić, być w moim towarzystwie, być moją przyjaciółką/przyjacielem.

Nigdy nie planowałam posiadania dzieci, do momentu…

To był szczególny dzień.

Po przebudzeniu, poczułam ostry ból jednej piersi. Ból ciągnął mnie w dół do ziemi. Z bólu płakałam, i zwijałam się nocami w kłębek. Tak przetwałam kilka dni, zanim zdecydowałam się na lekarską wizytę.

…nie chcę pani straszyć ale muszę dać skierowanie na onkologię, ja nic nie moge poradzić…- tak zakończyła się wizyta u ginekologa

Po powrocie do domu, zajęłam się sprzątaniem, porzątkowaniem, oznaczaniem szafek..co leży i gdzie.

Dokładnie spisałam co MCD je na śniadanie, obiad i kolację. Jakie zabawki lubi bardziej od drugich. Jakie sukieneczki i kiedy zakładać. Wszystko posegregowałam. W szafkach nakleiałam karteczki.. tu jest ryż, kasza manna, cukier.. itp.

Między porządkowaniem, układaniem, segregowaniem tuliłam moją nie wiele niż rok córcię. Po nocach płakałam i żegnałam się z życiem. Wiedziałam że…nie, nie wiedziałam co będzie, kto zaopiekuje się moją córunią. Mąż był tam gdzieś w wielkim świecie. Przyziemne sprawy go nie interesowały.

Byłam sama jak palec, z bólem nie tylko serca ale i piersi, która coraz bardziej rosła. Miałam moją cudowną córcię.

Przyszykowałam się na najgorsze. Mówią że, nie można przygotować się na najgorsze.

Ja byłam.

Córcię zawiozłam do rodziców i pojechałam do szpitalnej przychodni onkologicznej.

Po zarejestrowaniu się usiadłam na drewnianym niewygodnym krześle. Obok mnie i wokół mnie przewijało się, przechodziło, przesuwało się mnóstwo chorych w różnym stadium choroby.

Widok? Nie przygnębiający… STRASZNY.

Tego się nie zapomnia.

Czekałam dość długo i zanim mnie wyczytano wróciłam po córcię i pojechałam do domku. Jeśli mam umrzeć to umrę w domu i w objęciach mojej kochanej córuni, tak wtedy myślałam.

Bół był straszny, bardzo cierpiałam, ale funkcjonowałam. Dawałam radę, bo musiałam.

Któregoś dnia … druga pierś zaczęła strasznie boleć i rosnąć. Myślałam że, nieba liznę.

Wiedziałam że, muszę wrócić do onkologicznej przychodni. Ale wciąż, nie mogłam zrozumieć dlaczego ja? nie mamy w rodzinie komórek rakowych, dlaczego trafiło na mnie?

Mąż wciąż był tam,  w wielkim świecie i jego moje bóle,  nie interesowały. Daje forsę?  Daje …. więc?….

Ból dokuczał około 3 tygodni. Pewnego dnia ból znikł jak ręką odjął. Ale duże piersi zostały. Fajnie bo… jak każda kobieta, chce trochę większe niż naparstki.

Życie wróciło do normy. Karteczki i naklejki w szafkach i półkach zdjęłam. Nie widziałam zagrożenia, nie było więc powodu, utrzymywać stan gotowości.

Zaniepokojona zostałam moimi okrągłościami. Tam i tu mi przybyło tylko… bez żadnego powodu. Odżywiam się normalnie, nic szczególnego, a przybyło kilka kilogramów.

Po jakimś czasie przybyło więcej… byłam niezmiernie zdziwiona.

Zaczęłam podejrzewać następną chorobę która mnie zaatakowała, cukrzycę.

Lecę więc, do lekarza. Po podstwowych badaniach, dostałam skierowanie do ginekologa.

-okres? JEST

-poranne nudniości? NIE

To tylko wywiad…

W trakcie badania…jest pani w ciąży 4 miesiąc…

Cieszyłam się, cieszyłam się i cieszyłam…córcia będzie miała braciszka albo siostrzyczkę nie będzie sama, a ja będę miała drugiego dzidziusia. HHHUUURRRAAA!!!!

Mojej radości nie stłumiło …

mężowskie –  rób jak chcesz ja nie potrzebuję następnego dziecka, zostajesz sama….

moja odpowiedź.. ależ ja już jestem sama

mężowskie – jesteś bezmózgowiec – nie zabiło mojej radości, mojego szczęścia.

rodzina(mały krąg) – a nie myślałaś o aborcji? na moje NIE… jesteś głupia i szalona.

Faktycznie, zostałam sama.

Kochałam to dziecko, które w sobie nosiłam. Nie wiedziałam jakiej płci.

Było takie zdarzenie. Kolegi żona spodziewała się dziecka. Zapłacili, przebadali i miał być synek. Kupili ubranka dla syneczka. Urodziła się córeczka. Ot i niespodzianka.

Nie ważne jakiej płci aby zdrowe.

Moje maleństwo od chwili pierwszego poruszenia, ruszało się, przeciągało, kopało, może i krzyczło, w każdej sekundzie swego życia. Mój brzuch, a był obromniasty , rósł i bolał od ciągłego kopania z wewnątrz.

Przeddzień porodu, poprosiłam męża aby zawiózł mnie do lekarza. Maleństwo się nie rusza. Mąż rad nierad, zapalił samochód a ja się wtoczyłam na siedzenie.

Lekarz staruszek w okularach na nosie, wziął jakąs trąbkę.

O Boże czym on będzie mnie badał – przebiegło mi w myślach. No takie ustroistwo to widziałam tylko w jakiś staroświeckich filmach.

A to odbywało się 30 lat temu.

-śpi – powiedział

-nie, nie, dzidziuś nigdy nie śpi, NIGDY!!!

No i miałam problem. Staruszek, może i doktor ale…

Mąż, może i chce pomóc, ale ….

-wieź mnie do domu – powiedziałam

Po kilku godzinach byłam już na szpitalnym łóżku.

Skurcze itd.. to nie ważne , na prawdę to nie było ważne…

Podłączona byłam do wszelkich dostępnych monitorów, tętno jest ale…

Podchodzi do mnie lekarz ginekolog

-prosze postawić tutaj nogi..

-w jakim celu? -wyjęczałam między jednym a drugim skurczem

-trzeba dziecko przewrócić- powiedział i poddacza rękawy swego lekarkiego fartucha.

-co to znaczy przewrócić – znów syczę.

Dlaczego syczę? Nie potrafię krzyczeć z bólu. No taka jest moja natura.

-dziecko leży w poprzek i trzeba przewrócić, ułożyć- odpowiedział

-o nie ty tego nie zrobisz! – krzyknęłam

-inaczej będą problemy-odpowiedział

-zrób mi cesarkę, słyszysz zrób mi cesarkę…

w tym momencie dotknął do kolana, pielęgniarka starała się mnie poddtrzymać,  a ja zaczęłam krzyczeć

-nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, zostawcie mnie…krzyczałam i wierzgałam nogami

Krzyczałam ile tchu w płucach miałam.

Dlaczego? Moja pierwsza ciąża – cesarka. Na sali leżała kobieta, po przewracaniu jej dzidziusia jeszcze w brzuchu uszkodzili nie tylko główkę ale i inne części ciała. Jak ona płakała, jak ona bardzo płakała.

-szalona, wariatka –  doktor powiedział i wyszedł. Zostawiły mnie też i pielęgniarki.

Prosiłam aby zadzwoniły do mego męża, podawałam numer telefonu. Żadna nie chciała i nie miała ochoty mnie słuchać. Zostałam sama wśród rodzących, innych lekarzy i pielęgniarek. Zostałam sama, nikt się mną nie interesował.

Tętno dzidziusia zanikało ale…nikogo to nie interesowało.

Strasznie się bałam byłam w sytuacji bez wyjścia. Wiedziałam, że liczą się minuty, czułam to, ale ONI spisali moje dziecko na straty.

Nie, nie płakałam. Powolutku godziłam się z losem. Wtem podchodzi do mnie jakaś pielęgniarka.

-da pani ten numer-powiedziała

Na ile znałam męża, to nie pozwoli umrzeć memu dzidziusiowi.

Za chwię byłam szykowana do cesarki. Mój dzidziuś się nie przekręcił leżał w poprzek brzucha. Też był już pogodzony z losem.

Synuś urodził się niedotleniony. Paznokietki czarne, usteczka czarne. Tak bałam się, że…

DZIŚ OBCHODZIŁ 30-TE URODZINY !!!!!🎈

Buraczki połączone z MBA

To był szybki poranek. Nie miałam czasu na poranną kawę i śniadanko. Kubek z kawcią wzięłam ze sobą i tak z kawcią w ręku wtoczyłam się o 6:10 am do pracy.

Za oknem było ciemno kiedy przystąpiłam do obowiązków. Niewiele pracy mniałam, skonczyłam szybciutko.

Po drodze do domu zajechałam do Farmers Market. Sklep z towarami z różnych stron świata. Chlebek żydowski, mąka pszenna rosyjska, budyń arabski, ogórki konserwowe polskie, ryż chiński.

Kupiłam buraczki czerwone z pól amerykańskich, ugotowałam barszcz czerwony. Czasami trafiają się buraki gorzkawe, rzadko ale się trafiają, te słodziutkie i smaczniutkie i taki wyszedł mi barszczyk.

No miałam degustatora w postaci MSJ, zjadł dwie miseczki. Można powiedzieć, że był głodny. Ale to nie tak, jak syn głodny a w domu nie ma nic do jedzenia lub jest to czego nie lubi, jedzie do restauracji. Nie mam obowiązku gotowania i zaopatrywania lodówki. Gotuję bo mam chęć, dogodzenia moim milusińskim.

Zaproponowałam MCD aby przyjechała po zupkę. Odmówiła, pracę późno kończyła a później szkoła.


Nie wiem czy pisałam. MCD pracuje na pełen etat w dużej renomowanej na całe stany kompanii. Jest zadowolona. Tylko nie wiemy co będzie z MBA, aplikację wprawdzie złożyła, ale nie ma niezbędnego do przyjęcia, stażu pracy na stanowisku menagera. Od początku rozpoczęcia studiów w stanach, była i jest honorowym studentem, z tym że to w przyjęciu na MBA nie pomaga. Musi zdać test GMAT. Buntuje się bo, na uniwerku miała 60% GMAT. To tylko wyciąganie pieniędzy. W stanach wszystkie studia są płatne i to nie mało. Chyba że znajdziesz sponsora, który uwiąże ciebie do biurka za marne centy, bo przecież musisz odpracować to, co w ciebie włożył.

Po 5-10 latach jest za późno na rozwój zawodowy, jeśli ciebie taki sponsor wyżyłował, podcinał skrzydła. Jeśli trafisz w dobre ręce to lecisz na fali zawodowej. Szansa na dobrego sponsora jest 50/50. Jeśli można uniknąć ryzyka, unikajmy.

Wieczorkiem siedziałam w internecie i sprawdzałam poziom trudności tego testu. Trudny.

W najbliższych dniach się wyjaśni, czy przyjmą ją na MBA czy też nie. Prowadzi rozmowy, ma dobre referencje. Ma 0,1% szansy. 🙁

Dostanie się na MBA w Polsce to jest bułka z masłem. Nie potrzeba żadnego doświadczenia na żadnym stanowisku, nie zdaje się testu GMAT.

Tylko do Polski nie pojedzie. Pracy nie rzuci, po powrocie nawet z dyplomem, nie będzie łatwo znaleźć pracę. Jednym słowem po wypadnięciu z “obiegu”, stajesz na straconej pozycji, zaczynasz od początku.

Jednym słowem czekamy, minimalna nadzieja, a byłby ewenement gdyby przyjęli, ale 0,1% jest lepsze od 0%.


Jak widać, każdy ma inne problemy życiowe.

Ktoś na świecie walczy o bułkę dla swego dziecka, gdzieś tam lawina przysypała turystów, inni ślub biorą aby za 3 minuty się rozwieść, komuś się dziecko rodzi lub ktoś z rodziny umiera.

Ile jest ludzi tyle jest problemów, kłopotów, zdarzeń, zdarzeń tragicznych i szczęśliwych.


Córcia do domu wróciła przed 11pm. A ja czekałam na wiadomości od niej.

Mogłam już poprawić poduszkę i usnąć.

Nie ważne w jakim wieku są i będą moje dzieci. Zawsze będę się o nie martwić i cieszyć z ich szczęścia.

Tak to w życiu bywa

Nie potrzeba mi było, żadnej diety aby stracić około 5kg. Szybko i skutecznie. Szybko bo zaledwie w 5 dni, skutecznie,  bo ich nie ma.

Pytanie czy zdrowo?

Problemy zaczęły się w piątek i…jak długo potrwają nie wiem. To nie znaczy, że problemów zdrowotynych MSJ nie miał wcześniej ale nasiliły się do tego stopnia, że cała rodzina została wkręcona do pomocy. Samochód ukradli, dostał od ubezpieczyciela inny. Z tym …. że tym innym w poniedziałek,  wpadł w wielką dziurę na jezdni. Stracił koło. Gdzieś zostało w jamie. Tak, tak… w stanach też są jamy i wyboje. Po ulewnych deszczach pokazuje sie ich więcej. W poniedziałek lało i to porządnie,  zaczęło w niedzielę po południu, całą noc i przestało w poniedziałek wieczorkiem. To się są “kapuśniaczki” to sa prawdziwe ulewy.

Firma wypożyczająca już samochód zabrała. MSJ jak narazie nie spieszy się do odbierania następnego samochodu. Jest w stresie wielkości Kilimandżaro. Zajęcia opuścił, dzisiejszy test w szkole podobnie.

A ja? tracę kilogramy. Jeść nie mogę, po zjedzeniu czegokolwiek odwiedzam…

Zdjęcie pochodzi ze strony www.wykop.pl/tag/wc/


Apetutu nie mam, słodkości omijam wielkim kręgiem, czuję jakąś odrazę. Nie nie, w ciąży nie jestem.

MM był bardzo pomocny przy pierwszym problemie z kradzieżą. Drugi problem z urwanym kołem, MSJ sam załatwiał.

Mówią… nieszczęścia chodzą parami. No chodzą. Mam nadzieję, że nie czwórkami.

Czego życzyć sobie na jutrzejszy dzień?

Spania do południa , żadnych niemiłych niespodzianek.

 

Nieproszeni „lokatorzy”

W wolny dzień od pracy zawodowej, mam deszczową pogodę. Oj, cieszę się z deszczu. Podleje mi nasiona trawy, cebulki tulipanów i innych roślin.

Z uwagi na udział w małym maratonie 4 lipca, muszę się zacząć przygotowywać.

Dziś rozpoczynam treningi.

Bieżnia i rowerek. A że, wszystkie urządzenia mam w domu, nie muszę jechać na siłownię, będzie lepiej i łatwiej.


15 minut bieżnia, 10 minut rowerek. Jak na początek bardzo dobrze. Na bieżni przez 15 minut biegłam i mogę stwierdzić, że wciąż jestem w formie. Nie chciałam przedobrzyć i te 15 minut wystarczyło. Następnym razem bieg przedłużę o 5 minut.


Z tych złych rzeczy.

Syn się sprowadził z brązowymi lokatorami. Karaluchy!!!!! Wczoraj nakupiłam chemii, ale trzeba będzie wzywać firmę. Mamy firmę obslugującą nasz dom. Pryskają co 3 miesiące i to wystarczało zabezpieczyć się przed pająkami, skorpionami, karaluchami (mniejszymi, większymi), szczypawkami i innymi insektami. Klimat jest ciepły więc nie oczekujemy, że wymrozi.  Ostatni raz pryskali w piątek. Syn z lokatorami przyjechał w sobotę.

Fuj🤭😩😫🤪

No coż, takie to uroki mieszkania w apartamentowcach, skupiskach multikulti. Można ich kochać ale na odległość. Kiedy zamieszkał w apartamentowcu, nie było jeszcze kolorów, z czasem ludzie się wyprowadzali, a wprowadzali inni. Najgorsi jak powiedział syn są z Indii. Nic do nich nie ma, są mili, uczynni, przestrzegają swojej kultury ale smród i brud jaki robią wokół siebie jest nie wyobrażalny.

Pomyśleć, przecież do ameryki przyjeżdżają ludzie wykształceni, w większości informatycy, a jednak brudasy. Rodziny z Indii wprowadziły sie pod koniec listopada,  a więc nalot wąsatych trwał zaledwie parę miesięcy.

Sytuacja z insektami zgłaszana była do biura lecz nikt nie był zainteresowany. Tak jak nie był zainteresowany przez 3 lata. Normalnie opryski domów i apartamentów robi się jak wspomniałam co kwartał, w sytuacji kiedy jest zwiększony wysyp insektów należy robić co miesiąc, a nawet co 2 tygodnie.

Teraz muszę walczyć z karaluchową szarańczą. Nie trzeba ich dużo, jeden napłodzi miliony. Brrrrr😖

No cóż, mam wolny dzień. Martwiłam się, że nie będę miała co robić.😏


Na początku wzięłam  elektryczny sprzęt kuchenny. Czajnik elektryczny, jak każdy czajnik wodę się gotuje. Ogólnie czysty ale postanowiłanm wyszorować dokładniej. Póżniej dwuktornie zagotowałam wodę i odparzyłam. No nic szczególnego. Wytarłam do sucha i chciałam uchwycić za rączkę czajnika a tam …. maciutkie coś siedzi i wąsami rusza. Zamarłam ale to nie koniec inne coś z wąsami maszeruje mi po dłoni. Jeju!!!!! zaczęłam krzyczeć, trząść się. No zabiłam a jakże. Uspokoiłam się i zajrzałam pod włącznik czajnika. A tam…. wąsaty jeden, drugi. Fujjjj, szybko czajnik wyniosłam na zewnątrz. Czajnik stawia się na podstawkę, więc zajrzałam tam nic nie zauważyłam ale kiedy uderzyłam lekko podstawką o blat kuchenny….. zaczęły się sypać!!!! ledwo nadążyłam z katrupieniem. Podstawkę też wywaliłam na zewnątrz. Po jakimś czasie wróciłam do tego urządzenia leżącego przed garażem. Myślałam, że to koniec niespodzianek. O nie. Wytrząsłam jeszcze TRZY sztuki.

Po tych niespodziankach, zabrałam się za czyszczenie czystych urządzeń. Elektryczny grill – nie było wąsatych, ale tak wyszorowałam, że jest jak nowy. Blender rozkręciłam na części pierwsze – nie było wąsatych. Automat do gotowania ryżu – też nie było. Dlaczego w takim razie ukryły się w czajniku i podstawce? Okazało się że pochowały się w klawiaturze, laptopie, komputerze, głośnikach i sprzęcie tv-video.

Wszystko myję, piorę, nawet hermetycznie zamknięte puszki z warzywami – myję. Nie jestem pewna czy są tam jajeczka wąsatych,  czy też nie. Oglądam w okularach na nosie, ale …. co wymyte to wymyte.

 

Oczekiwanie.

Niepewność połączona z oczekiwaniem.

Czy w ostatniej sekundzie nie zrezygnuje, mimo, że mówi, zrobię.

Kiedy zadzwoni? Czy wogóle zadzwoni, nie mogę naciskać, już tłumczyłam setki razy w ostatnim okresie.

Zrozumiał? TAK

Ale jaka będzie ostateczna decyzja. Miota się, doprowadził swoją psychikę do granicy wytrzymałości.

Boję się, aby nie popadł w depresję.

Dam radę, pmogę.

Damy radę.

Boję się nieprzepanych nocy, koszmarów, boję się o MSJ.

Może znaleźć wymówkę. Deszcz padał.

Dopiero po 3pm napisał smsa.

Śpi, odsypia.

Niech śpi, niech odsypia. To jest dla niego bardzo trudny okres.

Uspokoiłam się troszeczkę, ale nie na tyle, żeby MM nie zadał pytania….co się dzieje? Jakiś problem….

Nie mam problemu, nic się nie dzieje.

Bezsenność

Minęła północ, nie mogę zasnąć. Przecież po 9pm, przecierałam oczy dłońmi, jak to zwykle robią małe dzieci. Przed 10pm byłam już w łóżku, włączyłam kocyk elektryczny z poziomu 1-20 nastawiłam na 12. Grzeje, nie czuję ciepła. Skarpetki cieplutkie na stopach, czuję zimne nogi.

Syrop nasenny tym razem nie pomaga albo przeskoczyłam ten moment kiedy działał, czytałam bloga.

Juro, nie jutro ale dziś niedzielka, spać mogę do południa.


Jak można tak wcześnie wstać? I po co? Niedziela, wolny dzień od pracy.

Zaplanowany wczoraj dzisiejszy wypad do sklepu, oddać spodnie. Wczoraj kupiłam dwie pary, dwa rozmiary. Większy rozmiar trzeba zwrócić. Nie miałam ochoty. Zostaliśmy w domu. Kilka maszyn sportowych przenieśliśmy do dalszej części piwnicy. Robimy miejsce …. syn się sprowadza. Nie na długo… 6miesięcy? Więcej???? Dłużej????

Nie wiem. On nie wie. My nie wiemy.

Zrobiłam z nudów obiadzik i nakarmiłam MM.

Ciężkie krople deszcze dzwonią o rynny, a mi się smutno zrobiło.

 

Może gdyby MM nie było w domu to bym popłakała.

Nie mogę, będzie się martwił.

Jutro wolny dzień. Święto !!!!!

B7826AE2-50BA-40D6-BE8D-CF82524775A8

 

 

 

 

Przed Wigilią, Wigilia i po niej

Wraz z MCD obawiałyśmy się wieczornej kolacji wigilijnej. MCD zapowiedziała, że nie będzie odzywać się do młodszej MM, oszczerstwa jakimi nas obdarowała, mnie też ugodziły bardzo w serce. MM chodził smutny, pogrążony w myślach, mało się odzywał. Znów miał do mnie i MCD że esemesowałysmy do jego córek. Pokazałam treść textów, rozjaśniło się w jego głowie, że nikt nie nazwałyśmy żadnej z jego córek kłamcami. Co obie nagadały ojcu, to ich wielka tajemnica. Zastanawiałam się kogo zaprosić na Wigilię, aby nie było jak na pogrzebie. Sandra pojechała do rodziny, Jolanda wyjeżdża na Florydę, Gary idzie do znajomych, Ellen też nie – ma wielką rodzinę, tym bardziej w ostatniej chwili się nie zaprasza. Cała nadzieja w Roz.

Przyjechała młoda, rzuciła się na szyję, nie byłam zadowolona z tych uścisków. Nie przeszkadzała w przygotowaniach, MM nie twierdził, że młoda czuje się nie komfortowo. Zajęli się sobą, chodz’ili na śniadania, lunche i kolacje. W dniu kiedy młoda jechała do starej chciałam dać pierożki i jeszcze coś na stół wigilijny starej. MM stiwerdził, że nie bo będzie to znaczyło, że jej nie chcemy. Jeju❗️❗️❗️❗️toż to 36 letnia kobieta❗️❗️❗️❗️to nie małe dziecko. Przmilczałam jeśli nie to nie.

Bez pośpiechu i stresu, przyszykowałam stół wigilijny. Goście zajęli swoje miejsca. Było spokojnie, miło i sympatycznie. MCD unikała spojrzeń, pytań i rozmów z młodszą, mimo to było bezproblemowo. Wszystkie prezenty otwierał Ivan, kiedy otworzył swój prezent odemnie ( nie wiedział, że ja zrobiłam jemu taką niespodziankę) omal się nie rozpłakał. W pierwszej chwili zabrakło mu słów i tchu. To był japoński nóż kuchenny chef. Szkoda, nie zrobiłam zdjęcia. Córcia dostała oprócz drobnostek, robot Braun z dyskiem do tarkowania ziemniaków. Syn najnowszy iphone. Ja z MM sprawiliśmy sobie wcześniej zegarki apple, o czym pisałam. Cukierki, czekoladki, słoiki z dobrym miodem, ser wędzony, syropy smakowe do herbaty i kawy. Goście dostali drobne prezenty w postaci tlarzyków, świec zapachowych i innych drobnostek. Niestety, piszę niestety, ponieważ MSJ położył się na kanapie i …..zasnął. Nie dało się go obudzić. Synuś ma to do siebie, że nie da się go obudzić, na pytania odpowiada czasami z sensem czasami bez sensu. Potrafi chodzić, co uczynił i poszedł na dół i położył się do łóżka. Kiedy już wszyscy się rozeszli a ja sprzątałam w kuchni, syn przyszedł z obówiem w ręku, gdy był nachylony, spytałam kiedy przyjdzie po prezenty … za tydzień…. Nie mogłam zatrzymać, wiedząc, że śpi, pozwoliłam mu pojechać samochodem. Widziałam jego oczy, jego zachowanie, nie wolno budzić. Kiedy zadzwonił na drugi dzień, spytałam … pamiętasz? … tak jakby. Trzeba było mnie obudzić, gdy opowiadałam o otwieraniu prezentów. Próbowałam i ja i córcia.

Pierwszy dzień świąt, był spokojny i powolny. Młodsza pojechała do starej. Nic się nie wydarzyło.

Drugi dzień świąt. Przed południem MM wybierając się do starszej, spytał o pierogi i coś jeszcze. ” nic nie dostanie, nie chciała przyjechać to nic dla niej nie mam, sam powiedziałeś, że nie trzeba nic dla niej dawać”

– zmieniam zdanie – odpowiedział

– ale ja nie zmieniam, nic jej nie dam, nie lubi mnie i nie lubi mojego jedzenia i jej psa nie będę pilnować – odpowiedziałam

Nie wiem na ile szczerze i czy wogóle szczerze ale młoda mnie poparła, chociarz nie potrzebóję żadnych klakierów, dam sobie sama radę.

W tym czasie przyjechał synuś po prezenty i wałówę. Jego prezenty wciąż leżały pod choinką. Na prośbę córci nagrywałam wideo podczas otwierania prezentów. Prezenty były trafione. Jeszcze spotkał się z MM i młodszą. Wieczorkiem wybrałam się z nimi do meksykańskiej. Było sympatycznie.

Przedświątecznie

W pracy prawdziwa harówka. Wróciłam przed 6pm. Byłam wymięta, wyrzęta (nie wiem dokładnie co to oznacza ale tak kiedyś starsze panie mówiły), przeciśnięta przez dziurkę w igle. Dowlekłam się do lodówki, pistawiłam rosół do podgrzania. MM proponował indyka, kiełbaskę, nie miałam siły ruszać szczęką. Wszystko tylko nie to. Rosołek wlałam w siebie. Po prysznicu, zrobieniu paznokci, wróciły siły lecz nie zdecydowałam się na żadne prace ozdobnicze. Ległam na kanapie. Pies obok, MM przykrył kocykiem. Life is good. Ozdoby walają się po całym domu a mnie to nie rusza. Kopnęłam to i owo, bo plącze mi się po nogami, pieski bawią się ozdobami a ja, dosłownie nic. Co się ze mną stało, zastanawiam się. Czy to ze zmęczenia brak reakcji. Nie ważne, mam czas. Choinkę kupimy jutro, to też mnie nie przeraża. Toż w ubiegłym roku choineczka stała już o tej porze. To był tamten rok, należy do historii. W tym roku będzie inaczej. Jak na razie walam się na kanapie.

Synuś nie ma zapalenia płuc, dobrze. Czuje się wciąż źle.

Mój katar i kaszel minął.

Dałam córci pieniążki na choineczkę i ozdoby. Niech ma, pieniżki mają to do siebie, że przychodzą i odchodzą.

Jaki jutro będzie dzień?

Ciężki.

Piątek wolny!!!!!!!!!!😁😁😁😁

Pogotowie ratunkowe

Wstałam jak to w wolny dzień, dość wcześnie. Łóżeczko zasłałam, włoski ułożyłam i zeszłam na parter do piesków, na śniadanko i kawcie. Pojechałam do sklepu. Kupiłam 25 metalowych krawężników i specjalnych metalowych blaszek mocujących oraz drobnych rzeczy. Kwiatków nie kupowałam bo za drogie i nie trzeba zajmować się sadzeniem kiedy mam poprawiać z jednej strony a z drugiej robić krawężnik.

Kiedy pracownik sklepu pakował metal do samochodu, zadzwonił syn. Bardzo źle się czuł, ból głowy, klatki piersiowej i pleców. Powiedziałam aby podszedł do departamentu apteki to zmierzą ciśnienie krwi. Miał 150/91 podali mu dwie tabletki do ssania.

Wróciłam do domu i powolutku szykowałam się do prac “polowych”. Syn zadzwonił z pytaniem o numer tel do lekarki rodzinnej. Jadąc do niej, zadzwonił, kazali jechać na pogotowie. Zajechał do mnie. Szybko przebrałam się, kiedy on leżał na kanapie.

Nie wiem skąd wzięłam siły, w sekundę wypakowałam ciężkie długie metale. Szybko dojechaliśmy na pogotowie. Wysadziłam jego przed drzwiami, pojechałam zaparkować. Nigdzie wolnego miejsca, parking objechałam dwa razy. Podjechałam do budki przy wyjeździe z parkingu. Poprosiłam o pomoc, …syn na emergancy potrzebuję zaparkować… za mną ustawił się już samochód do wyjazdu, też krążył w poszukiwaniu wolnego miejsca. Pracownik z budki wyszedł, kazał kierowcy z samochodu za mną wycofać. Kazał mi wycofać i tyłem zaparkować tam gdzie nie wolno parkować.

W tym czasie synowi zrobili ekg i inne badania. Za chwilę zrobili wywiad i zostaliśmy skierowani do pokoju lekarskiego. Sekunda i pielęgniarka była przy nas. Sprawdziła dane syna 9imię nazwisko dokładną datę urodzenia). Znów popodłączała kable na całą klatkę piersiową, plec, pobrała wiadro krwi zostawiła wenflon. Krew z niektórych ampułek nakrapiała na specjalną wkładkę, podobną do karty pamieci aparatu fotograficznego, wkładała przy nas do specjalnego maciutkiego urządzenia i odczytywała to komputerze, inne ampułki zabrała ze sobą. Po powrocie sprawdzała dane syna (robiła to każdorazowo kiedy opuszczała pokój i powracała) sprawdzała prawidłowość podłączeń do monitora który pipkał, pytała o samopoczucie, badała. Lekarz przyszedł w jakimś odstępie czasu, do 10 min. Badał, pytał i badał. Nic stwierdzić nie mógł bo czekał na wyniki. Stetoskopem nic nie wysłuchał. Pielęgniarka dała dwa zastrzyki dożylne. Czekaliśmy na wyniki. Później zabrali syna z pokoju na inne badania. Zostałam sama. Po głowie mi latało…stan przedzawałowy… nie nie dobrze, oj nie dobrze, chociaż lekarz ani pielęgniarka, nie wypowiadali się w tym kierunku. Po przywiezieniu syna z badań, syn usnął na tym niewygodnym/wygodnym łóżku  szpitalnym na kółkach. Powiem, że sprzęt medyczny w ameryce jest wysokiej klasy. Córcia kazała mi sprawdzać czy aby jej brat oddycha, był podłączony do głównego monitora i gdyby coś się stało, w ułamku sekundy byli by przy nim (pielegniarka wyjaśniła),  MM zmartwiony. Dziewczyna syna również. Co ja mogłam powiedzieć, widząc jego w takim stanie. Widziałam też jak szło na poprawę. W końcu przyszedł lekarz z dobrymi wiadomościami, nie ma stanu przedzawałowego i zawałowego, unikać stresu, zgłosić się do lekarza rodzinnego z wypisem, podjąć leczenie jeśli to bedzie niezbęde, na tą chwile 141/98 jest słabe ok. Stres odejdzie unormuje się ciśnienie krwi i uspokoi się ból w klatce piersiowej. Płuca, serce, nerki i większość organów jakie mogli sprawdzić jest w dobrej kondycji. Nie ma powodu do zmartwień. Spokojny rytm życia.

To ja jako mama wiem, mój syn zawsze był nadpobudliwy, jednocześnie był wybitny. W latach 80tych i tych późnych 80tych nie było możliwości badania nadpobudliwości, braku skupienia. Widziałam że jest coś nie tak, pracowałam nad synkiem, każdego dnia. Uspokajałam a klocki Lego były jego jedyną zabawą. Chciałam jego oddać do podstawówki wczesniej o rok, przeszedł wszystkie psychologiczne badania perfekcyjnie, zakwalifikował się bez mrugnięcia oka na rozpoczęcie roku szkolnego z uczniami o rok starszymi. Wstrzymałam się, moim zdaniem to nie był dobry pomysł, mimo że syn psychicznie był gotowy. Dziś on mi mówi, on sam mi mówi, że chyba maiał i ma ADHD, że czasami ma problem ze skupieniem się nad czymś, że i że… ale ja to wiedziałam i wiem, to dlatego podawałam mu waleriankę na noc bo tabletki jakie pediatra przypisywała były za silne. Pracowałam nad nim całe życie, przestałam kiedy się wyprowadził. On chce ciągle udowodnić sobie, że jest dobry w pracy na studiach i we wszystkim co robi. On jest dobry ja wiem, moja córcia też wie ale, on musi sobie udowadniać. Może i miał, czy też ma to diabelstwo pod sktótem ADHD ale w tamtych latach lekarze nie umieli tego sprecyzowć. Teraz? Teraz jest stres, a przecież zdał egzaminy końcowe na B+ mając stresującą pracę.

Wróciliśmy do mnie do domu. Odjechał. Byłam spokojna, dojedzie. Obiecał, że jak dojedzie do siebie wyśle smsa, nie wysłał. Zapewne poszedł spać, był wykończony całym dzisiejszym dniem.

On wie, że musi iść teraz do rodzinnego lekarza, po pomoc.

Jeju jak mi jest smutno, nie mogę synkowi pomóc, mimo że pomagam. Córcia się martwi, pyta czy dojechał do domu, tylko skąd ja mogę wiedzieć. Nie dzwonię, jeśli śpi to i tak nie odbierze, telefon ma wyłączony volume. Żyje bo policja u progu mego domu nie stoi.

Córcia mnie skrzyczała. Dlaczego nie zadzwoniłam na 911 a sama powiozłam jego na pogotowie. Ot durny zwyczaj, że to będzie szybciej. Nie było korków, miałam szczęście. Mieliśmy szczęście, że to nie zawał. Miałam szczęście, że pozwolono mi zaparkować na miejscu nieparkowym. Miałam szczęście, że synuś lepiej się czuje, bo nie dzwoni. Oby przespał noc w ciszy i spokoju.

A ja? Dla odstresowania nalałam coś alkoholowego do kieliszka. Bo mi płakać się chce.

To był bardzo stresujący dzień.

Lata, dlaczego tak szybko płyniecie, jak was zatrzymać?

Mamusia, córcia, mamusia, Dana, MM byli dziś na moich łączach. Mamusia czyje się raz lepiej, innym  gorzej. Na jej samopoczucie wpływ ma pogoda. W Polsce (zależy od regionu) zimno, słońce podobno było tylko 2 razy zimą, teraz znów pada.

U mnie 28°C oczywiście na plusie.

Córcia? Dziś ma final exams na uniwerytecie. Poprosiłam Tatusia o wsparcie i pomoc. Jutro synuś ma final exams, jutro drugą świecę Tatusiowi zapalę i poproszę o wsparcie i pomoc synowi.

Dana? dziś miała wolne więc mogłyśmy troszkę dłużej porozmawiać. Jutro ma do usunięcia 4 zęby. Niestety nie wiele osób na starsze lata zachowuje swoje własne zęby.  Zdarza się, ale to tak jakby, wygrać w totka miliona. Wyrwała już 4 zęby kilka tygodni temu, jutro następne. Bez narkozy jedynie ze znieczuleniem, osobiście nigdy bym się nie zdecydowała na taki zabieg bez narkozy.

Każdy z nas jest inny.

MM, pracuje i pracuje. Dobrze, jeszcze przyjdą takie czasy, że nikt nas nie zechce i nikomu oprócz rodziny nie będziemy potrzebni. Jednym słowem margines życia. Byłam młoda nie rozumiałam o czym starsi mówią, nie rozumiałam kiedy moja starsza siostra odeszła na emeryturę. Teraz zbliża się to do mnie. Boję się, boję się odrzucenia społecznego, braku zainteresowania, bólu moich stawów, kręgosłupa, na pewno jeśli będę sprawna nie będę narzekać na brak zajęć,  to mi nie grozi.

Nie jest mi łatwo nawiązywać kontakty, kontakty muszą być na moich warunkach. Mam ochotę się spotkać to idę a jeśli nie (więcej nie niż tak) to mnie nie ruszać, nie dzwonić, nie pisać. Odezwę się jak będę miała ochotę. W tym to jestem fenomenem w tym złym kierunku.  Na swój wiek jestem młoda duchowo, nie chcę spędzać czasu z moimi rówieśnikami w jakimś klubie na rozmowach o wnukach, szydełkowaniu lub opowieściach o bólu. Potrzebuję aktywności fizycznej, uwielbiam tańczyć, grecki taniec, kazaczok i wszystko jak leci. Tańczę na swoim decku każdego czwartku lub piątku. Muzyka wyje a ja…tańczę, nie potrzebny mi alkohol aby być szczęśliwą.

Zapowiedziałam moim dzieciom aby mnie spalono z moim iPhonem, włączoną muzyką i słuchawkami w uszach.

 Inaczej być nie może.

Dziś mam jakiś melancholijny nastrój. Może to wpływ kupionego biletu do Polski, może muzyka płynąca z laptopa, może przyszedł już ten czas, tzw okresówka.

SANDRA POTWIERDZIŁA SPOTKANIE, w tym momencie odebrałam smsa

No to jutro mam wypad na lunch. Cieszę się na to spotkanie i wiem, że zaproszę ją na moje urodziny w sierpniu. Musi być tak jak kiedyś, nie ma innego wyjścia.

Może zatańczy ze mną sirtaki? Jak by nie było była baletnicą i jest obecnie tancerką.

Paznokcie już pomalowałam, no cieszę się i co w tym złego? Nie wiele potrzebuję do szczęścia i radości, nie wiele mi potrzeba też do uronienia łzy, taka jestem. Za dużo we mnie (nie napisze empatii, dlaczego zapożycza się słowa) zrozumienia i współczucia dla innch, gdybym mogła (czasami) oddałabym swoje serce dla ratowania innych. Może głupia, ktoś powie ale ja nie dbam o to i nigdy nie dbałam o to co inni mówią, żyłam dla siebie i swoich dzieci.

Opowiem teraz pewną historię.

Córcia była w drugiej klasie szkoły podstawowej. Od pewnego czasu córcia, na pytanie czy pani zadała pracę domową, słyszałam …mamusia, nic nie mam zadane… przyjmowałam  za prawdowmówstwo a nie ukrywanie lub kantowanie mamusi. Trwało to kilka tygodni. W końcu nauczycielka córci dorwała mnie na korytarzu. ..Pani M. co się dzieje, pani córcia nie odrabia prac domowych, opuściła się w nauce…

Szybko myślę, nie odrabia lekcji, opuściła się w nauce no moja kombinatorka maleńka lecz aby być po stronie mojej córci , moja odpowiedź była następująca

-gdyby pani zadawała prace domowe to moja córcia na pewno by odrabiała – nauczycielka spojrzała na mnie z niedowierzaniem, chyba  to co usłyszała nie mieściło się jej w głowie.

W domu córcię, wzięłam na stronę. Włosy stanęły mi na głowie!! Na drugi dzień odwiedziłam nauczycielkę mojej córci, dowiedziałam się jakie ma zaległości. Ale i tak nie przyznałam się i nie potwierdziłam, że moja córcia zakombinowała. Stałam za córcią murem. Rozpoczęła się walka o każde słowo, bo czytanki nie chciała czytać.

Córusiu powiedz AAAAA, zacisnęła usteczka i siedzi wpatrzona w podłogę. Córusiu powiedz, prosiłam. Córuniu pokaż może już nie masz języczka? Rozbawiona pokazuje i śmieje się do rozpuku.

-oooo masz języczek a mamusia myślała, że już ci gdzieś uciekł

-mam języczek – odpowiada

I tak małymi kroczkami, płacząc i śmiejąc się każdego wieczoru, wspólnie pracowałyśmy, nadrabiając zaległości, do których się nigdy nie przyznałam, nigdy w życiu nie powiedziałam nikomu, że córcia zawiniła. Moja córcia jest dla mnie najważniejsza i wie że może zawsze na mnie liczyć

Historia  z synkiem.

Synek nigdy nie zamykał drzwi do łazienki i wiadomo, że nikt bez zapukania nie wchodził. Wtedy … weszłam bez pukania, coś mnie mówiło, powinnam wejść teraz. To co zobaczyłam na jego nogach to było przerażające. Od sinaków zielono-granatowo po czerwono-żółte. Na moje pytania odpowiadał, że upadł. Nie, nie zmylił mnie kombinowaniem. Upadek nie powoduje tak rozległych siniaków różnokolorowych. Zanim zrobiłam okłady dowiedziałam się kto, kiedy i za co? Za co? wymuszanie drobnych pieniędzy, jeśli nie dał był kopany. Kto?

Już wiedziałam kto.

Na drugi dzień poszłam do szkoły o nie, nie do dyrektora. Gdzie on był gdy kopali mego syna? czy ślepy, co się w jego szkole dzieje? Tak ślepy a najlepiej nie widzieć.

Synek pokazał mi chłopaka,  kazałam jemu iść do klasy. Podeszłam do chłopaka, starszy o rok od mojego synka. Złapałam za bluzę na wysokości piersi, z całych sił (byłam i jestem dość silną jak na kobietę mojej postury) walnęłam nim o ścianę. Trzymając go ( o my God byłam ubrana w super garsonkę, szpilki i umalowana jak się malowało do pracy na moim stanowisku dyrektora finansowego) wysyczałam przez zęby

– K…wa jak jeszcze raz dotkniesz mego syna, zabiję, zabiję ciebie, wiem gdzie ciebie znaleźć, pamiętaj zabiję ciebie gnoju…

Chłopak był zaskoczony, nie wiem czy przerażony, ale nigdy więcej mego synka nie dotknął. Po tej sytuacji, gdy wróciłam do samochodu, trzęsłam się na całym ciele, nerwy odpuszczały.

Po każdym powrocie synusia do domu kazałam pokazywac nogi i nie tylko. Synek przysięgał, że nigdy więcej do niego nie podchodził. Nie powiem mój synek jak to chłopak nie był święty i dobrze, bo cielaków nie lubiłam i nie lubię. Mój synek dla mnie jest najważniejszy i zawsze może na mnie liczyć.

Moje dzieciaczki są moim życiem i mimo, że są już dorosłe, zawsze mogą na mnie liczyć.

Co mnie dziś naszło na takie zwierzenia to nie wiem.