Klucze nr 2

Dlaczego klucze są ważne?

Zawsze zostawiłam klucze od mojej nieruchomości młodszej siostrze lub mamusi. Teraz mamusię pomijam, przełoży i zapomnij. Chociaż ja mam dodatkowy komplet kluczy. Nigdy nie można niczego przewidzieć.

Wprawdzie woda, gaz, elektryka, internet odłączone ale nigdy nie wiadomo.

Teraz młodsza nie może znaleźć kluczy. W trakcie remontu, meble zmieniały miejsca a z nimi i zawartość szuflad.

Klucze są niezmiernie potrzebne. Młodsza będzie przechodzić procedurę jodowania i najlepiej jeśli kwarantannę 3-4 tyg. odbyła w odosobnieniu.

Więc, wyszłam z propozycją pomocy.

Na ten okres zamieszka w moim domu. W swoim domu siostra zostać nie może.

Teraz mam akcję, dzwonienia i wysyłania emailu do fachowców.

Do 3 lipca wszystko musi być uruchomione w moim domu. Gaz w piecu, woda ciepła i zimna w kranach, elektryka w żarówkach, internet w przewodach.

Szwagier musi wszystkiego dopilnować, w końcu swoją żonę w moim domu zostawi i ma się ulotnić.

Jak siostra jodowanie zniesie, nie wiadomo.

Co dalej z jej zdrowiem, również, wielki znak zapytania.🙁


Dom będzie już przygotowany na mój przyjazd. A kiedy pojadę? W tym roku na pewno, dokładnego terminu jeszcze nie ustaliłam.

Prześwietlenia kontrolne

Przed pracą zajechałam na kontrolne prześwietlenia. Nie miałam czasu na śniadanko, kawcie. Po drodze też nie zatrzymywałam się aby kawcie kupić, przy szpitalu była stacja benzynowa ale już brakowało mi czasu.

Myślę, że zdążę w drodze powrotnej zajechać do domku i wtedy do pracy pojadę.

Zależeć będzie od natężenia ruchu na autostradzie.

Nie ma problemu, gdzieś kawcie kupie.

Przeprowadzone badania przeszłam prawidłowo wszystko w normie, teraz prześwietlenia.

Następne mam wyznaczone na sierpień.

Mam nadzieję, że dzisiejsze prześwietlenia nie wykażą żadnych nieprawidłowości.


Zajechałam do domku jednak. Zmieniłam obuwie. Zjadłam kanapeczkę popijając kawą i pojechałam do pracy. W pracy zameldowałam się kilka minut przed 10am.

Pokaleczona i pokonana☹️🤕🤕🤕🤕

Tam gdzie drzew nie rąbią to i wióry nie lecą. 

U mnie prawie, mówię prawie tak było i jest. Żyć bez pracy nie potrafię.

Czy to dobrze, czy źle, że bez pracy nie potrafię, to nie wiem. Dziś … mam wolne od wszelkiej pracy. Jeśli postanowiłam odpocząć to znaczy, że zamęczyłam swój organizm. Nareszcie znalazłam czas na siedzenie przed monitorem i klikanie, publikowanie zaległych postów, odsapnięcie od fizycznej pracy na yardzie. Nie zdarza mi się spać tak twardo, żeby nie słyszeć jak ktoś chodzi po sypialni i łazience. Nie słyszałam otwieranych drzwi. Nic się nie stało bo MM w domu, a chodził pracownik od sprejowania domu od wszelkiego robactwa. Z tym, że mnie co innego zmartwiło. Nie słyszałam, nie usłyszałam otwieranych drzwi. Po przebudzeniu nie zerwałam się jak zwykle, tylko leżałam w łóżku dość długo. Leżenie mnie niepokoi, a nie szwendanie się faceta. Nikt mnie nie podglądnie, śpię w podwójnej pidżamie i ciepłych skarpetach. Co to znaczy podwójnej? Najpierw nakładam lekką letnią pidżamkę (krótkie spodenki i koszulka do tego ciepłe skarpetki). Na to nakładam ciepłą pidżamę (dłubie spodenki i góra z długim rękawem). Bo…jeśli będzie za gorąco w nocy, to zdejmę ciepłą pidżamę i zostanę w letniej. Tylko, zdarza się to, czasami. Więc, nikt podejrzeć nic nie może, bo od stóp do szyji jestem opatulona. Na to idą dwie kołderki, pierwsza letnia i druga zimowa.

W domku nie jest zimno bo 23-24ºC, nie jest -20ºC.

No cóż, tak to ze mną jest.

 

Zacznę od palucha u prawej stopy. Nie jest z nim tak wspaniale jak powinno. Jest czarny, ale paznokieć nie schodzi i całe szczęście, nie boli. Jeszcze palca nie zagoiłam a zostałam napadnięta przez kota. Wydarzenie to miało miejsce 15 maja (trzy tygodnie temu). Kot mnie bardzo podrapał. Kolano i całą prawą rękę. Zadrapania były głębokie a najgorsze, że kot wsadził pazura w środkowy palec prawej ręki tak bardzo głęboko, że nie mogłam się uwolnić. Trzymając pazurem moją dłoń, drapał wszędzie gdzie popadnie. W pierwszym momencie nie potrafiłam ręki wyszarpać, bolało. Odciągałam dłoń od jego zębów, bałam się pogryzienia. Ostatecznie dłoń wyszarpałam. Krew z palca lała się strumieniem. Ból przeokropny. Zalałam wszystkie rany alkoholem medycznym a starałam się krew zatamować. Nie potrzebny był lekarz. Udało się, ale…palec boli do dnia dzisiejszego mimo że ranka zagojona. wiem, wiem nie podchodzi się do cudzego kota. Ten kot zna mnie od 7lat. Mimo to zaatakował. Moja córcia jest kocicą, uwielbia koty i je rozumie, ja niestety i stety do kotów podchodziłam zawsze z rezerwą. O tym że nie rozumiem kotów to już nie muszę wspominać. A więc córcia stwierdziła…dobrze, że nie pogryzł, źle że podrapał bo bez znaczenia czy kot hodowany jest w domu czy nie, pod paznokciami ma bakterie…jednym słowem dała mi wykład na temat kotów, ich zachowań, leczenia i zapobiegania takim niespodziankom. No cóż, omijam teraz  koty znajomych z daleka i na samą myśl przechodzenia tego zwierzęcie obok moich nóg, drętwieję.

Mam traumę, to nie jest żaden żart. Na temat kotów nie mam ochoty już więcej rozmawiać.

 

Minęło zaledwie 5 dni i wykręciłam nogę w kostce. Nie było zmiłuj się do pracy chodzić (jeździć musiałam). Kuśtykałam ale dawałam redę. Okłady z octu i nie tylko, pomogły. Kostka nie spuchła ale po 2 dniach noga zaczęła boleć. Nie wiedziałam od czego i dlaczego. Podejrzewałam, że od kręgosłupa i rozpoczęłam intensywne rozciąganie się. Niestety nie było poprawy. Zapomniałam, że kiedy skręciłam nogę w kostce, cała noga została nadwyrężona.

 

Miałam trzy dni spokoju do nieszczęśliwych zdarzeń i ……. w piątek 24 maja, zostałam pogryziona na swoim yardzie przez…nie komar i nie pająk. Trzy punkty ugryzienia. Bąble były podobne do ugryzienia komara ale…zaczęło lekko puchnąć i czerwienieć. Noc przespałam jako tako. A rano ręka spuchła, czerwona i oprócz swędzenia ból. Palec boli, ręka boli, paznokieć czarny, o kostce już praktycznie zapomniałam… do żadnej pracy się  nie nadawałam.

 

W sobotkę MM zawiózł mnie do lekarza. Dostałam antybiotyk.

Od poniedziałku biorę antybiotyk i pracuję na yardzie. Ręka nie bolała tak bardzo aby leżeć w łóżku. Dziś mnie złamało.

Co robię na moim yardzie?

Dwa lata temu zakończyłam prace nad ścieżką na yardzie.

 

Między płyty kamienne wysypałam kamyczki. W pierwszym roku było dobrze lecz w tym roku nie jest dobrze. Z uwagi na ilość drzew naszych i sąsiadów, mam masę liści jesienią, wiosną opady przekwitłych kwiatów. Pokruszone liście jesienią i oschłe kwiaty z drzew, wpadają miedzy duże płyty kamienne i trudno jest wybrać z wysypanych kamyczków. Podczas dmuchania suchych liści i kwiatów kamyczki się przemieszczają, chociaż dmuchanie mało pomaga. Wszelkie nieczystości podczas obfitych opadów deszczu, przemieszczają się w głąb. Moja ścieżka przestała wyglądać jak ścieżka, raczej ubity trakt.

 

 

 

W tym roku zdecydowałam się na wydłubanie wszystkich kamyczków ( a jest ich miliony), z pomiędzy płyt kamiennych. Płyt kamiennych nie wolno ruszać – się ułożyły.

 

I rozpoczęłam mój budowlany projekt. Nakadałam zaprawy cementowej pomiędzy duże płyty, a w cement wtykałam kamyczki, mniejsze i większe.

 

 

 

Międzyczasie zostałam pogryziona przez wyżej wymienione nieznane i niewidzialne owady.

 

Praca wre, ale dziś właśnie padłam.

 

Teraz wiem, nie ma niepokonanych.

 

 

 

 

w poszukiwaniu lata

Ostatnio mam więcej dni wolnych od pracy zawodowe. Nie to, że ktoś mnie zwalnia lub sama się zwalniam, uciekam, rezygnuję. Jeszcze nie czas i nie pora. A jeśli przyjdzie ten czas i pora to chyba będę do domu wracać zalana łzami. Oczywiście, że nastąpi, na razie nie muszę o tym myśleć, bo to jeszcze kilka lat.

Wstałam późno i …postanowiłam ogarnąć garaż. Nagromadziło się w tym garażu  wszystkiego. Najwięcej narzędzi i sprzętu ogrodniczego oraz przedłużaczy. Przeważnie po skończeniu pracy na yardzie, wrzucam gdzie popadło moje narzędzia i zmęczona, ciągnę nogi za sobą udając się do domku. Obecnie, tak nie robię. Prace zakańczam wcześniej, niż mnie dopada zmęczenie i mam czas na odpoczynek i cieszenie się pięknem jakie mnie otacza.

Dziś wzięłam aparat i zaczęłam szukać oznaków lata. Wiosna była w tym roku krótka. Ulewne deszcze połamały i potopiły wiosenne kwiaty. Nie zdążyłam nacieszyć oczy. Nie siedziałam też na tarasie zbyt często. Dziś dzień był słoneczny i cieplutki. Po pracy w garażu, wyszłam z aparatem w poszukiwaniu lata. Wiosny nie było więc może lato już stoi na progu a ja zajęta pracamu “polowymi” i garażowymi, nie zauważę jak minie mi koło nosa.

Biegałam po “polu” i szukałam tego lata, co mi koło nosa ma przelecieć. Niewiele go znalazłam ale…sklep mi ogrodniczy jutro pomoże.

Muszę jakieś kwiaty zakupić. Kalie dopiero wschodzą, zanim kwiat się pokaże to i lato minie. A ja chcę już i teraz. Mało miałam wiosny, więc latem chcę się nacieszyć.

Nie lubie planować (już o tym pisałam) ale…wyjazd do Polski muszę zaplanować i bilet lotniczy kupić. Wpław nie popłynę, nawet gdybym umiała pływać. Za dużo plastiku w oceanie. Szkodliwy.

Wcześniej myślałam, że zostanę na Wszystkich Świętych ale…niestety, niemożliwe. Nie zostanę też na miesiąc czy dłużej, tylko zaledwie 3 tyg. Dobre i to. Jak pomyślę, że trzeba będzie napuszczać wodę do grzejników, uruchamiać piec a oprócz tego wszystkie rury poskręcać to ciarki przechodza po plecach. W dzień odjazdu, wodę spuszczać, rury przedmuchiwać, rozkręcać, to mi się i odechciewa tam jechać.

Któregoś roku myslałam…pojadę zakotwicze się w hotelu i nie będzie tych wszystkich problemów. Hotel to jest hotel, jesienią mogą jeszcze na full nie ogrzewać a ja lubię ciepełko, z katarem i czerwonym nosem nie będę ani podróżować ani pokazywać się MM i dzieciom.

Dlaczego myślę o wyjeździe późną jesienią? A nie chcę spotykać mojej starszej. Mam nadzieję, że wróci do NY na jesień. Nie chcę dyskusji na temat komu zrobiłam darowiznę, a dlaczego nie jej? No bo po co jej jakieś majątki? Zrobiłam darowiznę na rzecz młodszej. Nie potrzebuję majątków ( po Tatusiu). Mieszkam tu gdzie mieszkam i wystarczy mi w zupełności mój dom a nie jeszcze coś dodatkowego. Zechce młodsza sprzedać niech sprzedaje już od prawie roku to jej i tylko jej. Nie mam nic do tego co zrobi z majątkiem, który odemnie otrzymała w darowiźnie. To nie jest już moje. Moje dzieci nie były przeciw, bo to był wyłącznie mój majątek. Och …jaki to majątek, jakiś udział w działce i domu w miejscowości letniskowej. Bez przesady… to nie są żadne miliony. A nawet gdyby były, to co ugryzę te mury? Nie mam tak długich zębów aby sięgnąć przez ocean. 🙂

Więc, jadę, OK planuję jechać w październiku a jeśli biletu nie będzie to …nie mam terminu. Muszę jechać nawet z 3-4 przesiadkami. 3-4 przesiadki to będzie 36 godzin podróży. Czy dam radę? Nie wiem.

Kilka lat temu leciałam z MSJ z 2 przesiadkami 34 godziny w podróży. Powiedziałam wtedy sobie, że nigdy takiego czegoś drugi raz nie zrobię.

NIGDY NIE MÓW NIGDY!!!!!

U mnie godzinia 8:30pm a widniutko jeszcze.

Słoneczko widoczne jest jeszcze za drzewami ale już co raz niżej i niżej.

Co jutrzejszy dzień przyniesie?

Pojechać do banku

Dokończyć sprzątanie garażu.

Zagrabić lub podmuchać opadłe liście z rodendrona.

Pozbierać z “pola” opadłe gałązki z drzew podczas ulewy.

Jeśli się da to ogarnąć moje biurko.

Nie jestem pewna czy wykonam wszystko co powyżej jest napisane.

NIE LUBIĘ PLANOWAĆ!!!!!

Więc i pewności nie mam. Może do banku nie pojadę a załatwię to w środę, bo do pracy jadę w środę i nie tylko, więc po co mam się mizdrzyć przed lustrem. Nie mam pewności co do …ogarnięcia biurka. “organizacja” mego biurka mi odpowiada, no co z tego że jest wszystko … video kamera, książka “Daring to drive” Iphone, kalendarz i dużo notesów, żółtych karteczek a mniędzy nimi okulary i pomadka do ust. Dużo rozrzuconych kart pamięci, kilka zewnętrzych dysków. Aparat fotograficzny i dwa laptopy oraz dodatkowy monitor do laptopa. Lampka LG, tabletki przeciwbólowe flamastry, długopisy i ołówki. Dwie portmonetki i portfel. Pojemnik na pen driver a ich jest nie kilka.

Dziś oprócz tego bałaganu stoi jeszcze lampka wina. Bez przesady wino ma tylko 6% zawartości alkoholu. Piwo w Polsce ma więcej. Żeby te 6% połknąć to trzeba wypić całą butlę.

Nie dziś i nie teraz.

____________________________________________________________________________

MM zmęczony bo zameldował się w hotelu dopiero o 2 am. Rozmawiałam z nim aby zmienił godziny wylotu na wcześniejsze. Nie potrzeba tak się męczyć. W niedzielę (wylatuje) nigdy nie mamy nic zaplanowanego…..kina, wyjazdu, gości…

Jedynie śniadanko w restauracji lub w domku, później pakowanko i w zasadzie czekanie na ubera lub taxi.

Powiedział, że pomyśli.

NIE MA ROZPUSTY GORSZEJ NIŻ MYŚLENIE. 

- Wiesława Szymborska

 

 

 

 

Dobry pomysł ale….

Kiedyś gdzieś czytałam , że kobieta w pewnych dniach nie powinna piec ciasta. Od kiedy się nauczyłam, piekłam i bez znaczenia był dzień, wychodziło i zajadaliśmy się wszyscy w rodzinie.

Dziś, aby czymś się zająć, postanowiłam upiec bułeczki drożdzowe z nadzieniem. Nadzienie to dżem z pomarańczy. Słodziutki i o dobrej konsystencji.

Najpierw składniki przyszykowałam i powolutku je łączyłam ze sobą. Wygniatanie w maszynie na wolniutkich obrotach. Nic innego, wszystko jak zawsze. No może te obroty trochę przyspieszyłam. Później wydawało mi się,  że są za wolne,  ponownie podkręciłam.

Ciasto jak ciasto. Nie było zbyt puszyste jak zwykle ale i nie kamienne. Pozostawiłam na godzinkę do wyrośnięcia. Zajrzałam ani drgnęło. Zostawiłam na następną i następną godzinę. Podrosło. Nie było wysokie ale podrosło.

Bułeczki podeszły, również. Z tym, że ciasto wciąż, nie nabrało puszystości.

Upiekłam piękne bułeczki. Tylko jest jedno ale… to nie zakalce nawet, to ciasto jakieś takie jakby zaparzone zostało. No nic, syn przyjechał, to mu dałam, bo samkowały. MM też pochwalił, że dobre. Osobiście zjadłam jedną całą bułeczkę i połowę. Nie mogłam upchnąć całej drugiej. To nie moje smaki.

Jednym słowem, w stersie nie warto nic piec, gotować, może sprzątanie wyjdzie. Chociaż to też nie jest pewne, można coś pobić, połamać.

Po wieczór wyszło słoneczko, aby za godzinę zacząć chować się za drzewami. Cieplutko się zrobiło i tulipany wysunęły dłuższe łodyżki, a na ich końcach kolorowe główki. Jeszcze dzień, jeszcze dwa i tulipany się rozwiną. Będzie pięknie, kolorowo, wiosennie i radośnie.