Jak spędzam niedzielę

Pospało mi się dłużej, może dlatego, że budziłam się w nocy. Nie powinno być gorąco bo, chłodzenie “chodziło”, wiatrak sufitowy też się kręcił, ręce zimne a ja spocona. Po którymś przebudzeniu przypomniałam o wypitym likierze. Ale…rozumiem , gdybym wypiła przynajmniej pół butelki to niech, grzeje, poci, “rozbiera” na czynniki pierwsze. Likierowy kieliszek jedynie.

Z raniutka pojechałam po cieplutkie pieczywko do Panery.

Później kanapeczki, kawcia na decku i do tego szpalta gazety sobotnio-niedzielnej.

Telefon, 1,2,3 i któryś tam, z Polską i MM z Ohio.

Pomysłu na zagospodarowanie niedzieli nie miałam, chodzenie, przemieszczanie się, włuczenie z kąta w kąt nie wchodziło w rachubę.

Wiadomo w ameryce szafy w domach są duże, to są oddzielne pokoje w których są wieszaki, szafki i półki. No to weszłam do takiej szafy, porozglądałam się na lewo i prawo, zaczęłam przeglądać garderobę. I tak w to przeglądanie wsiąkłam, że nie spostrzegłam a było już daleko po 2pm.

Poodkładałam rzeczy których jakiś czas nie nakładałam, przejrzałam bluzki i spodnie jeszcze ze sklepowymi metkami. Przyjrzałam się im, czy w ogóle to nałoże, jeśli wiszą już parę lat. Do nowej sukienki nie miałam w ogóle “serca”. Nie pamiętam jaka to była uroczystość lub zwykłe spotkanie rodzinne ( tyle ich było, że nie zliczę) w restauracji. W takiej samiuteńkiej sukience jaka u mnie wisiała na wieszaku, spotkałam panią. Pani ładna, zgrabna, ale ja swojej sukienki nigdy już nie nałożyłam. Patrząc na sukienkę, widzę inną osobę. Koniec i kropka, do oddania. W całej ameryce są sklepy Goodwill, do których oddaje się rzeczy używane i nowe. Sklep wystawia cenę i sprzedaje. Oddaje się do tego sklepu: artykuły użytku domowego od mebli, dywanów do noży i widelców. Odzież od majtek i staników do pasków do spodni. Elektronikę: telewizory, radia, płyty winylowe, nagrania na taśmach magnetofonowech itp. Dosłownie wszystko. Jeśli nie mam ochoty zwracać nasion trawy do sklepu w którym robiłam zakupy, mogę oddać do Goodwilla, aby opakowanie nie było porwane i rozerwane. Obuwie: sandały, papucie itd…

Całkowicie zużyte trafiają na śmietnik, reszta do odsprzedaży.

Kolekcjonuje zegarki, często tam zaglądam i … trafiły mi się dwa fikuśne po niespełna 2$. Kupiłam również kryształowy polskiej produkcji flakon do kwiatów. Cena była poniżej 10$ jak dobrze pamiętam.

Tak sprzątając doszłam do torebek. Odłożyłam dwie. Jedną przywiozłam z Polski rok temu i … używałam będąc rok temu w Polsce i w czasie podróży. Kupując podobała mi się bardzo i cena była słuszna. Po powrocie odstawiłam i wiem, że nigdy więcej jej nie użyję.

Czas na późny lunch więc, pojechałam znów do Panery. Ta sama kasjerka która obsługiwała mnie dzisiejszego poranka, wciąż ci sami ludzie pracowali. Zatrzymałam się chwilę i z nimi podziamdziałam. 😁

Teraz?…. muszę kończyć organizację szafy, ale…. mi się odechciało.

Resztę rozwalonych rzeczy wepchnę w kąt pod wieszaki z bluzkami i niech tak leżą. Czy muszę być perfekcyjna?

A jeśli upchnę w kąt te rzeczy precyzyjnie i perfekcyjnie to…. czy wciąż będę perfekcyjna?

A tam nie ważne.

Moja szafa – moja perfekcja😁🤭.

Samotności nie odczułam tej niedzielki, grunt to zająć swoje ręce i głowę, a czas szybciuteńko zleci.


Tak miało być, upchnę, przydepczę, ucisnę w kąt resztę nieułożonych w szufladach, na półkach i nie powieszonych na wieszakach rzeczy i udam, że nie widzę.

Tak miało być, ale nie było.

Poukładałam wszystko do końca, do ostatniego ciuszka i bucika. Szczerze? Jak ja miałam dość robienia niedzielnych porządków w szafie! Po zakończeniu, spojrzałam lewym a później prawym okiem na ład jaki zapanował ale….nie było skakania pod sufit, było ufff ….. nareszcie koniec. 😰😰😰😰Czy warto było poświęcić kilka godzin dla jakiegoś UFFFFF?

Mogłam założyć nogę na nogę i się ponudzić, ale nie …. ja muszę zawsze, no zawsze znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Przy sobocie po robocie oraz zrozumienie starości

Co to oznaczało, nie wiem i tak na prawdę, nigdy mnie nie intetesowało i nie interesuje. Pół dnia przegadałam na skype z jedną siostra, później z drugą, która jest teraz w Polsce. Z mamusią już nie rozmawiałam. Zmęczona była bardzo po wizycie starszej. Nowościo-wiadomości dowiem się jutro. Moja mamusia jest stareńka we wrześniu skończy 89 lat. Mimo wieku i chorób jakie przeszła, trzyma się dobrze. Z laską dojdzie do sklepu osiedlowego i wróci z zakupami. Zrobi sobie śniadanie i obiad. Nie musi, bo siostra mieszka w tym samym domu (to jest dom dwurodzinny) mają jeden korytarz ale osobne wejścia do ich mieszkań. Młodsza mieszka właściwie całe życie, właściwie…bo dom się zmienił. Powiększył, poszerzył i dobudowany został strych. Więc, młodsza siostra jest tam od zawsze. Po śmierci tatusia i wcześniej było różnie, ale ludzie zaczynają rozumieć i dobrze że zmieniają się na lepsze. Siostra opiekuje się mamusią, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. Moja opieka jest sprowadzona do opłaty zużytego przez mamę gazu, wysłanie paczki, rozmów.

Przyjechała starsza, ze swoimi problemami. Mamusia jest już zmęczona słuchaniem o problemach, kłopotach, tym bardziej, że starsza nie mieszka w Polsce. Mamusię ineresuje, jeśli jeszcze w tym wieku cokolwiek interesuje poza własnym zdrowiem, rodzina która jest obok, to znaczy, na skinienie ręki lub zamamrotanie pod nosem.

Zmieniłam nastawienie do starzenia się mamusi. Jakiś czas temu, byłam poddenerwowana jej spospbem postępowania, mówienia, plotkowania, zapominania, oskarżania, buntowania się. Zrozumiałam, że to jest pierwsza osoba z którą my córki mamy kontakt, która starzeje się przy nas. Tatuś szybko odszedł, a jak się starzał to starzał się przy mamusi. To ona nim się opiekowała i to ona w tej ostatniej minucie wróciła ze sklepu i potrzymała tatusia za rękę kiedy umierał. To ona moja mamusia, najbardziej cierpiała. I to nazywa się miłość. A ja jej zarzucałam jeszcze nie tak dawno, że tatusia nie kochała. Potrzebowałam czasu aby to wszystko zrozumieć.

Skype nie zastąpi osobistego kontaktu, lecz jest tak i tak zostanie.

Po południu, skosiłam trawę na front yardzie, już po raz 3. Trawka pięknie się zieleni i rośnie. W niektórych miejscach (nazywam placki) trawka bardzo wolno rośnie lub jej nie ma. Muszę dosiać trawkę w tych miejscach, czekam na chłodniejsze dni i trochę więcej deszczu.

W ten weekend jestem sama, MM pracuje na wyjeździe, smotnie mi troszeczkę.

Wspaniała pogoda, siedzę na decku. Godzina 8:30pm, wciąż widniutko i cieplutko.

Czapka

Wczoraj dmuchałam i kosiłam po raz drugi nową trawkę. Było upiornie gorąco i wilgotno. Poprzedniego dnia po południu była ulewa, więc ziemia niemiłosiernie parowała. Pociłam się też, niemiłosiernie. Oczy pot zalewał, a głowa po czapką omal nie eksplodowała. Zdjęłam czapkę z daszkiem i rzuciłam ją pod drzewo. Później MM zabrał dmuchawę, kosiarkę, przewody elektryczne. Byłam zmęczona aby zabierać sprzęd z front yardu. MM był zadowolony, że może chociaż w ten sposób pomóc. Rano podnosząc zacienienia (plisy) okienne, zauważyłam coś czarnego pod drzewem. Nie zwierze bo nie rusza się, jeż? tylko taki czarny? Skunks? nie ma pręg? Tak z MM debatujemy przy oknie. Zdecydowałam wyjść na zewnąrz i nie drzwiami frontowymi ale od decku, żeby nie spłoszyć tego kogoś, czegoś. Klapki klapały o stopy więcę zaciskałam palce aby dojść po cichutku, nie płosząc intruza. Za krzakami jeszcze nie mogłam dojrzeć, uciekło to coś, czy wciąż siedzi skulone w oczekiwaniu, tylko na co? Na mnie? Jeśli skoczy mi wprost do gardła to jak się obronię? MM został na piętrze i obserwuje. Minęłam krzaczki azalii, podchodzę bliżej i bliżej i jeszcze bliżej, ”czarne zjawisko” ani drgnie. Już byłam blisko, kiedy wybuchłam śmiechem. 😀😀😀😀😀😀

To leżała tam moja CZAPKA Z DASZKIEM!!!!!

W piątek wieczorkiem

Z rana pukanie do drzwi, frma od chłodzenia przyjechała, przeprowadzi konserwację i wymianę filtrów. Znów pukanie , panowie od internetu, sprawdzić speed i ogólna kontrola. Przy każdym pukanku pieskowe szczekanko. Nie pospałam. Wolniutko, bardzo wolniutko budziłam się, kiedy obie firmy odjechały, staneliśme na ganeczku przy drzwiach frontowych, podziwiając cudowny cieplutki poranek, nagle na dole za drzewami na ulicy zauważyłam mężczyznę.

MM powiedział – to jest J….

Nie doszło do mnie, że to mój synuś, bo niby jak, dlaczego, a gdzie jego samochód. Kiedy zbliżał się, stwierdziłam, że to synuś.

Samochód zostawił w zakładzie do przeglądu, wymiany oleju i wrócił pieszo – około 2 godzin.

Później miałam pracowity dzionek, no oczywiście, że na yardzie. Po wczorajszej ulewie i huraganie, było dziś prawdziwe sprzątanko. Gałęzi ułamanych, kwiatów i zielonych liści, wszędzie. Nie wiedziałam, dmuchać czy zamiatać. Robiłam jedno i drugie.

Mieliśmy umówione strzyżenie i mycie piesków. W tym samym czasie zadzwonili z zakładu że syna samochód jest do odebrania. Zapakowaliśmy się we trójkę do samochodu a z nami pieski. Amber zaczęła popiskiwać. Nie lubi jazdy samochodem. Więc. postawiłAm ją na tylnych łapkach przy uchylownym oknie, miała możliwość oglądania “wielkiego świata” i jednocześnie, powiew powietrza. Zawsze piszczy i wyje, nie sposób z nią jechać. Zima lubi jazdę samochodem. Mieliśmy pieski zostawić w “myjni”, odwieźć syna do zakładu i pojechać na zakupy. Zawsze mamy od3 do 4 godzin luzu.

Niespodzianka!!!!!System komuterowy zmienili w “pralni piesków” i nie mogli nas znaleźć. No i nas nie przyjęli. Byliśmy niepocieszeni. To nie pierwszy raz taka sytuacja. Korzystaliśmy i innej “myjni” ale niestety, właścicielka zamkneła zakład na zawsze i bezpowrotnie. Właścicielka i obsługa bardzo miła, pieski ostrzyżone dokładnie i zawsze tak jak chcieliśmy. Nie mieliśmy nigdy kłopotu i powodów do narzekań. Ta myjnia nie tylko jest nam nie po drodze, ale zawsze, no zawsze jest jakieś ale….wiele razy nie zwracamy uwagi i dopełniam, dokańczam dzieła już w domu swoją pieskową golarką. Jeden raz pieski siedziały w klatce 5 mówię pięć długich godzin w klatce. Nie dzwonili, więc z MM stwierdziliśmy, czas jechać. Zajeżdżamy a ja od wejścia słyszę Zimy ujadanie. Nie wracałam uwagi na krzyki personelu, pobiegłam na zaplecze a tem….moje pieski w klatce i jeszcze nie wymyte nie ostrzyżone. W momencie kiedy krzyczałam, żeby mi je oddano, wyprowadzono pieski do szybkiego mycia. Bez strzyżenia, suszenia zabraliśmy je do domu. Byłam wstrząśnięta zachowaniem personelu. Niestety najbliższa “myjnia” też zamkneła swoje podwoje. Obecnie jesteśmy na etapie szukania samochodu, który jeździ strzyże myje i robi całą pielęgnację zwierzaczków, na podjeździe przy domu.

Więc……

znów się tłukliśmy z pieskami w drogę powrotną.

Pieski zostawiliśmy w domu, czas na lunch. Zatrzymaliśmy się na jadło, nakarmić siebie i moje dorosłe dziecko. A co, niech zna serce matki 😀😀😀.

Zakupy dokonaliśmy wielkie, bo… specjalne półki do garażu. Teraz cała organizacja w garażu, należeć będzie do mnie. Przyszedł czas na porządki w tej części domu. Miałam jakieś tam półki ale nie mieści mi się wszystko. Sprzęt ogrodowy, chemikalia, sprzęt elektryczny, jest w wielkim nieładzie. Posprzątam i za chwilę ponownie robię bałagan.

W piwnicy mam porządeczek wszystko ma swoje miejsce, wchodzę i widzę, nie muszę przesuwać, przekładać, przenosić. Takie same półki kupiliśmy do garażu. Na razie tylko 2 szt. Jedna inna a druga identyczna jak na dole. Więcej w sklepie nie było. Nie ma pośpiechu, mam czas. Wiem, że coś się zmienia.

Teraz i w garażu bedzie cudnie!!!!!!

A po pracy, a po pracy rodacy…skoczyliśmy z MM po piwko, torcik i zrobiliśmy ucztę na 102, przy dzwiękach muzyki piliśmy, jedliśy i było wesoło na naszym yardzie pod parasolką.

Na wszystko musi być czas: pracę, odpoczynek, zabawę i jeśli trzeba to na łzy.

O niczym 2.

Do pracy pojechałam bez …śniadania i kawy. Za długo spałam. Nie zatrzymałam się aby coś kupić. Wszędzie korki.

Korki w drodze powrotnej równieżi żeby to był jeden pas ruchu, w jednym kierunku jest ich 6 lub 7 i z daleka widziałam, że wszystko stoi. Zmieniłam trasę w ostatniej chwili i nie wiem czy dobrze czy źle bo do domu trafiłam po godzinie.


Głodna jak pies wpadłam do domu, a pieski też czekają na jakiś smakołyk.

Szybko kiełbaska z cebulką na patelnię i jajecznica. Usmażyłam chyba dla całego pułku. Zjadłam …trochę, bo nie o jajecznicę chyba mi chodziło. Pieski moje jedzą tylko psie jedzonko, ale jak żółtą mamałygę wrzuciłam do misek to bardzo szybko zniknęła.

Pierwszy Maja

Dziś mamy 1 Maja Święto Pracy.

Jednym kojarzy się z przymusowym pochodem innym z majówką. Ja osobiście lubiłam treningi przed pochodem, bluzeczki białe i granatowe spódniczki. Po pochodzie festyny, zespoły muzyczne, lemoniada i cukrowa wata.

Nie rozumiem do dziś narzekania i ganienia pochodów jeśli ta część niezadowolonego społeczeństwa, brała czynny udział w zabawach w parkach. Powinni siedzieć w domu i wciąż narzekać.

Przyjemnie było spotkać znajomych i rodzinę na festynach. Zawsze brałam udział w pochodach bo dla mnie to była przyjemność, w żaden sposób nie naszpikowana żadną ideologią.

W starszym wieku, dla mnie to było prawdziwe Święto Pracy, z tym że nie uczestniczyłam w pochodach. Pochody zamieniono na wiece.

Dziś aby uczcić Święto Pracy, pracuję na front yardzie. Pogoda dopisuje, pracując wspominam i cieszę się, że żyłam w bardzo ciekawych czasach i wiele jeszcze przede mną.

Wszystkim pogody ducha!

Wieczorno-nocne wirowanie

Pomierzyłam wszystkie sukienki, te na poważne uroczystości odwiesiłam, z metkami jeszcze nowiusieńkie muszą czekać na inne okazje, falbaniaste też trafiły na wieszak. Dwie sukienki odłożyłam z nadzieją, że jedną z nich nałożę na nasze wieczorne wyjście.

Ostatecznie MM skwitował … spodnie…

I miał rację, bo jeśli mam skakać to spodnie i lekka, przewiewna bluzeczka zawsze wygodne i najlepsze.

Na miejscu byliśmy kilka minut po 7pm.

Restauracja mieści się przy charterowym lotnisku. Podzielona jest na trzy części. Po prawej stronie stoliki przykryte obrusami, a obsługa podaje wymyślne dania. Druga strona, to dwa bary alkoholowe, stoliki i krzesła barowe. Dla osób chętnych przekąsić coś na szybko, stoliki i krzesła normalnej wysokości. Parkiet wystarczających rozmiarów aby pomieścić pary taneczne. W głębi parkietu na podwyższeniu DJ ze sprzętem muzycznym.

Trzecia część restauracji to kuchnia, umiejscowiona pomiędzy częścią taneczną i restauracyjną.

Od strony lotnika na zewnątrz usytuowane są stoliki z krzesełkami pod parasolami, gdzie można również zjeść lub usiąść aby obserwować lądujące i startujące samoloty.

15-cie lat temu bardzo często odwiedzaliśmy to miejsce. Kiedyś w części tanecznej, w miejscu stolików i krzeseł stały bardzo wygodne sofy. Wspomnienia😁.

Gdy weszliśmy parkiet był pusty. Jak zwykle MM (jest tragicznym tancerzem) nie wyraził zgody na wyjście na parkiet. Rozumiem, że się wstydzi, więc nie nalegałam. Udałam się w kierunku parkietu. Zanim tam doszłam to już jedna para podskakiwała w rytm muzyki. Ku memu zaskoczeniu MM dołączył do mnie.

Przy następnym utworze muzycznym parkiet się zapełnił.

Tłoku nie było, łokciami nie trzeba było się rozpychać, każdy miał “swój kawałek podłogi”.

Atmosfera wesoła. Pierwszą godzinę, a może dłużej na parkiecie królowały pary prosto ze szkółki tanecznej. Układ taneczny był zawsze ten sam i bez znaczenia jaka muzyka płynęła z głośników. 2 pary w wieku 70 lat i jedna 40+. Około godziny 10pm zauważyłam, że zaczęła napływać “młodzież” 30-30+. Starsze osoby po prostu wybyły.

Było wesoło a z pojawieniem 30tki zrobiło się gwarno.

Bawiliśmy się z MM do końca, a koniec nastąpił 12:30am. Wyskakałam się, powyginałam. Skakałam kazaczka i krakowiaka, twista i rokandrola. Walca i polkę. To był prawdziwy szał.

W sobotę: kości “połamane …ale za miesiąc znów planujemy wypad.

Uszczęśliwienie

Obudziłam się wcześnie, bo to chwilę po 7am będzie jeździć śmieciara. Muszę dopilnować jak będą podjeżdżać pod mój podjazd, poprosić aby zabrali zwiazane gałęzie. Nie muszą zabierać, to inna ekipa jeździ, ale jak poproszę i dam 30$ to i ta od śmieci zabierze. Ekipa od “zielonych” jeździ raz na miesiąc albo i rzadziej, trzeba zadzwonić to pierwsze, drugie kupić worki – papierowe.

Jednym słowem czekam na śmieciarę. Uchyliłam okno i nasłuchuję leżąc w łóżku. Pewnie że usłyszę, przecież robią taki łomot, że głuchy usłyszy.

Dziś będzie ładna pogoda☀️☀️🌤🌤⛅️⛅️⛅️☀️

Już zabrali związane 3 spore pęczki gałęzi. Wpuścili te pęczki do maszyny, a ona wciągnęła szatkując. Zadowoleni z napiwku, a ja jestem również zadowolona. Uszczęśliwiłam ludzi już na początku ich pracy. Mam nadzieję, że będą mieli miły dzień, czego im życzyłam. 😁☀️

Dla mnie również rozpoczyna się nowy, piękny, słoneczny DZIEŃ.


Trzymałam nasionka kwiatków ponad 3 lata. Szkoda mi było wyrzucać. Z torebeczek wsypałam do jednego pojemniczka, pomieszałam i … posiałam. Nie ważne czy wzejdą, czy nie. Znalazłam też nasionka sałaty, bazylii, koperku i buraków… wymieszałam wszystko razem i posiałam tak jak się kiedyś siało żyto ( widziałam na filmie Nad Niemnem). Urośnie dobrze, nie urośnie, mała strata i tak nasionka miały trafić do pojemnika na śmieci.

Trawę siałam podobnie i mam zielono. Kilka lat temu pieściłam się z sianiem i to co wzeszło, od razu zginęło.

Zrobiłam opryski nowej trawki od wszelkiego robactwa.

Przyszedł czas na obiad.

Będą placki ziemniaczane!!!

Szybciutko się robi. Obieranie migiem, tarkowanie migiem, smażenie od razu na dwóch patelniach. 40 minut placki gotowe i kuchnia posprzątana. W sumie 4 patelnie placków.

Do tego mleczko.

Dziwne zdarzenie się przytrafiło.

Popijałam placki mlekem bez laktozy. Poczułam słodki smak mleka co mi zupełnie nie pasowało do placów.

Czasami jem placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem, ale nie spodziewałam się słodkiego mleka. Zmusiłam się i wypilam połowę szlanki, nad połową zaczęłam się zastanawiać: wylać do zlewu czy udawać przed sobą, że jest wszystko w porządku. W tym momencie poryszyłam się na krzesełku i niechcący trąciłam szklankę z mlekiem. Mleko rozlało się na stole.

Szklanka cała.

Nalałam do szklanki normalnego mleka.

Dość dziwne zdarzenie.


Wiem, wiem nie wszyscy lubią, powiedzmy, “rytmiczną” muzykę. Uwielbiam skakać, tańczyć, wyginać się w podskokach.

No i mam na piątek zaklepane tańce w klubie nocnym.

MMowi zapowiedziałam… jeśli będzie zmęczony, a będzie, to niech siedzi obserwuje mnie, podziwia i patrzy, patrzy, patrzy, aż krzyknę … go home!!!!

Zatwierdził!!!!!😁😁😁😁

A teraz lecę w podskokach przy dźwiękach muzyki “powiedzmy rytmicznej” kręcić się na yardzie.

W przerwach pracy, skakałam, tańczyłam, wyginałam się, nooooo muszę być w formie.

Tel od MM…czy na pewno w piątek? Może w sobotę? ….spytał

…nie!!! Jeden dzień dłużej mam czekać! Piątek!!!!!…

Po drugiej stronie tel MM nie mógł powstrzymać śmiechu. No patrzcie jaki żartowniś.


Czasami / czegoś mi brak/ kogoś widzieć żądam …..

Tak po prostu chcę z kimś porozmawiać. Nie mówię o całkowitym otwarciu, to jest nie możliwe. To nie leży w mojej naturze, ale tak po ludzku, pogadać. Nawet o dupie maryni, a tu… ściana jedna, druga….piętnasta. Wtedy czuję samotność, aż wyć się chce. Wyć nie wolno, sąsiedzi wezwą policję. Może nie od razu, ale za zakłócanie porządku, to tak. Więc wyć nie będę. Płakać też nie. Nie upiję się, bo nie lubię mieć kaca. Na yard nie wyjdę bo mokro i słońce zachodzi.

Ale jest mi smutno, samotnie, byle jak.

Ja wiem, nie mogę żyć bez pracy, to jest moje lekarstwo, miłość, wybawienie, namiętność i Moje Życie. Ona mnie kiedyś zabije.

Nie mam, a raczej nie miałam wielu przyjaciół. Sandra – poważnie chora, Jolanda – chora poważnie, Ellen – wyjechała na zawsze. To były moje amerykańskie przyjaźnie. Dana (polka) mieszka w Kanadzie i to ja jestem dla niej przyjaciółką, dziwne bo nie działa to w obie strony. Z polakami w moim mieście, nie utrzymuję ŻADNYCH kontaktów. Mimo że w moim rejonie jest ich niewielu, mosty zerwane i spalone, krzyżyk im na drogę.

Czasami, mówię CZASAMI doskwiera mi samotność. Bo jakże by miało być inaczej. Przez większość tygodnia jestem: ja i psy. No weź pogadaj z psami. Czy ci smutno czy samotnie one ciągle machają ogonami. Patrzą w oczy jak żryć chcą lub głaskania, przytulania. A kto mnie przytuli?

Pies?

Mogę psa przytulić jak jest czysty, pachnący. Śmierdzącego nie chcę przytulać, mój nosek jest baaaardzoooo delikatny.

Co tam pies.

MM wróci w czwartek. Piątek ślęczy przed komputerem-taka praca. Sobota jest nasza. Niedziela? Śniadanko i zaraz pakowanko. Koniec balu panno lalu. Tyle było mego co zdążyłam złapać w locie….

To jest dzisiaj, trochę pomarudzę bo i to też potrafię, nie tylko gotowanie, chodników układanie, trawy sianie, kopanie ….

Niechby moja córcia to przeczytała

…. mamuśka a ty co!!!?????

No właśnie nie wiem.

Siedzę na schodach prowadzących na piętro i klikam w iphonie. Patrzę przez okno na soczystą zieleń drzew, krzaków a pieski patrzą na moje niecodzienne zachowanie.

Jutro biorę się do roboty, nie będzie śladu po marudzeniu.


Pod wpływem emocji człowiek pisze, później zastanawia się …czy wogóle mnie to dotyczy, nie jestem taki/taka.

Jestem i byłam silną. Bo które dziewcze po powrocie ze szkoły a to było Technikum Włókienienniczym, oświadczyło po pobieraniu 5-cio miesięcznej edukacji w tej że szkole

….nigdy tam nie wrócę… na krzyki swego taty odpowiedziała … jak chcesz to sam tam idź, ja szpulką nie zostanę….

Która dzewczyna w wieku 18 lat bierze plecak i oświadcza … jadę zwiedzać Polskę auto-stopem …

Zwiedziłam!!!!

Która dojrzała kobieta, bez znajomości języka wybierze się w podróż za ocean, a oficerowi emigracyjnemu w Chicago powie po polsku …czy mógłby pan mówić po polsku bo ja pana nie rozumiem….

Na to on krzyknął .. GO…

a dla mnie to “go” nic nie oznaczało.

Która to kobieta tęskni do swoich nieletnich dzieci, które zostawiła na pastwę losu i nie widzi ich przez 4 lata.

Trzeba mieć nerwy ze stali żeby nocować w lesie w samej pidżamie, a mrówki i robactwo po tobie chodzą.

Trzeba być silną kiedy wyrzuca ciebie polska prostytuta u której wynajmujesz jedynie kanapę, ona orzyjmuje gościa, a tobie … tylko na noc do spania jest ławka w parku.

Trzeba to przeżyć żeby zrozumieć, kiedy masz chleb spleśniały do jedzenia. Masz wybór – jesz albo zdychasz.

W sklepie zabrakło 7 centów na najtańsze parówki, netto 99 centów. Nie wiedziałam, że tax doliczają przy kasie. Znów głodówka.

Przetrwałam, przeżyłam, dzieci moje są tutaj, ze mną.

A one miały 5 zł na tydzień. Buty podarte w których chodziły, chyba przez ten cały trudny okres od lata do zimy i zimy do lata.

Czytałam reportaż o dziewczynie z której ktoś się naśmiewał, że nie miała ładnego ubrania. Kiedy byłam w ameryce moje dzieci nie miały ładnego ubrania. Nikt się nie śmiał. Moja córcia i synuś od kilku lat są w tych samych koszulkach na szkolnych zdjęciach.

W następnym roku skończą uniwersytety. Pracuję aby im pomóc. To nie jest łatwo, jeden przedmiot na uniwersytecie kosztuje od 1200-1700$. MM rownież nam pomaga. Nie jest tak, że płacisz to zaliczysz. Masz, zaznaczam MASZ umieć aby zaliczyć dany przedmiot.

Dopnę swego, dzieci zdobędą wykształcenie. Kariera zawodowa zależeć będzie już od nich. Chociaż już teraz pracują i zdobywają doświadczenie.

Powinnam się cieszyć ale… coś mnie gnębi i jest mi smutno.

Może pogoda, samotność.

A może i jedno i drugie.


Idę spać. Jutro będzie piękny słoneczny dzień, także w serduszku.

O niczym

Po wypiciu kawy wróciłam do łóżeczka. Za oknem szaro-buro-mokro. Komu potrzebny taki wolny dzień?

Zerwałam się wcześnie, czekam na dostawę 50 worków kory cyprysowej i 25 worków kamieni. Na jutro zapowiadają dzień bezdeszczowy, więc robota w rękach będzie się palić. Te wory są przeznaczone na front yard. Back yard w zasadzie zakończony. Czekam na powiew chęci na back yard i w po 4-5 godzinach pracy, będzie concluido, finished, completato, finito🥇🏆🏅

Kom(ą)binacj(i)a

Po niedzieli.

A miało być tak dobrze i pięknie. No nic … po wizycie u lekarza i po pracy, zrobię, dobrze, miło, cieplutko, przyjemnie i pięknie.

Teraz miłe i nie miłe obowiązki.


Wizytę lekarską miałam u swojej lekarki, nareszcie. Testy na kleszcza wyszły dobrze a po ugryzieniu już dawno, prawie  nie ma śladu.

Skupiłyśmy się na moim ciśnieniu i ogólnym osłabieniu organizmu.

Zleconą mam nową kombinację leków i zabroniono kombinować z lekami na własną rękę. 🤭

Ta “moja własna ręka” doprowadziła do braku symptonów wysokiego ciśnienia co jest bardzo niebezpieczne.

Jednym słowem: kombinować mogę na yardzie ale nie ze swoim zdrowiem. 🤸🏻‍♀️


 

 

Piątkowe obżarstwo.

Oj, oj, wolny piąteczek. Poprzeciągałam się w ciepłym łóżeczku, *

poczytałam to i owo. Gdy słoneczko było wysoko a pieski zaszczekały że Anthony jest już tutaj, leniwie postawiłam stopy na dywanie. Nałożyłam leciutką podomeczkę, ogarnęłam włoski. Przewitałam się z zapracowanym MM przed komp, dając lekki buziaczek w policzek, zeszłam do kuchni. Nie mogłam zdecydować się na kubek na dzisiejszą poranną kawę. Wybrałam ten oto kubeczek. Żółciutki jak słoneczko, cytrynka, kanarek, w kwiatuszki.

Po chwili zapach kawy zawładnął kuchnią. Wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję.

I cóż ja widzę przez kuchenne okno? Z karmnika dla ptaszków tylko ogon wiewióry zwisa!!! Na chwilę spłoszyłam to zwierze, zeskoczyło na ziemię i szybko ukryło się na drzewie wśród liści zanim Zima zdołała je dopaść.

Któregoś razu wracam z pracy… czeka na mnie niespodzianka…ogon wiewiórki, innym razem mała jaszczureczka. Moje pieski przynoszą mi orzechy, gałązki, różne większe owady, no i oczywiście cykady. Zaraz będzie ich inwazja nie tylko na zewnątrz ale i w moim domku, na podłodze. No sama nie wiem czy mam psy czy koty, które znoszą właścicielowi swoje trofea.

Trawka mi rośnie, dokarmiłam ją, dosiałam, posprzątałam, podmuchałam. Na kolację pojechaliśmy do portugalskiej restauracji. Wyszliśmy … wytoczyliśmy się, jedzonko, perfekt.

Nie lubię uczucia objedzenia, jestem bardzo ostrożna.

Rok temu, usmażyłam ziemniaczki z cebulką, do tego mleczko. Objadłam się tak, że tchu mi brakowało.

Pomyślałam … ot zgłupiałaś do reszty, teraz się ratuj, bo zdechniesz z przejedzenia, zaśmierdniesz, zanim ciebie odnajdą….

Dwa kieliszki polskiej wódki wlałam w siebie, co za “anielski” smak, że omal się nie pożyg…..

No nie wiem od czego był ten odruch wymiotny, od wódki czy tych kartofli z cebulą zapijanych mlekiem.

Po kolacji w portugalskiej nie czułam się tak źle, ale głupstwo z obżarstwem zrobiłam jeden raz w moim życiu i o jeden raz za dużo.

Jestem ostrożna.


*Zdjęcie pochodzi z internetu

Mam się nie martwić

A tak o sobie mówię… dokładna, estetyczna omal perfekcyjna itd… to wszystko rozleciało sie w pioruny. Jeśli ja, taka dokładna,  przegapiłam takie niechlujstwo, tak,  bo inaczej nie sposób tego napisać, powiedzieć, wykrzyczeć. Toż sprawdzałam, przed odebraniem kuchni, wszystko,  prawie przez szkło powiększające. A może można,  mi tak oczy zamydlić, że i kota w worku kupię? Tylko nikt nie mydlił i kota w worku nie trzymał. Miałam kilka dni na sprawdzenie, wypisanie na kartce, zaznaczenie usterek na szafkach niebieską taśmą. Może zaznaczyłam a robotnicy mi zerwali?  Nie wiem, już ręki nie dam uciąć, szybciej tę nogę obgryzioną przez kleszcza. No i…. drzwiczki od szafki są innego koloru, ale żeby tego było mało to mają inny wzór. Odkryłam to wczoraj!!!!!!!! Teraz z każdym wejściem do kuchni widzę te drzwiczki, śmieję się z siebie. Ponad 4 miesiące minęły i nikt nie zauważył. Zaczęłam podejrzewać, że panowie-fachowcy, przyjechali pod naszą nieobecność i wymienili, podmienili, zabrali mi dobre. Bezsens ale… dostali kody do drzwi, a my nie zmieniliśmy do tej pory.

Wszystkie moje podejrzenia spaliły na panewce, kiedy obejrzałam zdjęcia robione w okresie świątecznym. 

Gołym okiem widać, nie trzeba okular. Nie wiem, co zmieniło się w moim wzroku (och odmłodniałam) że zauważyłam różnicę bez okular. Ale… dlaczego tak późno? Nie ma problemu, mamy gwarancję bodajże na 7 lat, a może i dłużej, ale nie chcę znowu całej brygady w moim domu, łażenia, zaglądania, achania, że się nie da tego zrobić, a ja znów powiem, że się wszystko da zrobić jak się fachowcowi chce.

Wczorajszy dzień miałam zajęty lekarzem i co chwilę oglądaniem bąbla, więc MMowi nic nie mówiłam. Postanowiłam powiedzieć i pokazać jak już wróci, w piąteczek. Postanowienie, postanowieniem, noga ma się lepiej, bągelek znika a wraz z nim czerwona plamka, mniej swędzi, więc jak tu żyć bez żadnych zawirowań, trzęsienia ziemi, problemów.. MM na linij, no i wypaplałam.

Mam się nie matwić, bo on znalazł inną usterkę, jakaś półka się wygina, pokaże mi w piąteczek.

No to się nie martwię.

Co za ugryzienie

Smutki zastąpiła panika a później niepokuj i tak już zostało.

Zamiast do pracy muszę jechać jutro do lekarza. W środę (04.11.18) po pracy pracowałam w ogrodzie. Nałożyłam krótkie spodenki bo było bardzo gorąco. Podczas grabienia coś siadło mi na nodze. Nie za bardzo zwracałam uwagę na latające muszki ale jak coś mnie ugryzło, strzepnęłam dłonią jeden a później drugi raz. Po pierwszym razie nie odleciało, nie odpadło. Miejsce ukąszenia zaczęło swędzieć. A że jestem bardzo dobrym kąskiem dla wszelkich owadów, gadów i płazów, to mówię sobie …czas przywyknąć…

Czerwona plamka na dzień dzisiejszy się powiększyła, w środku niej powstał biały guziczek, wokół czerwonej plamki się ciutkę zaróżowiło.

Oczywiście, intetnet jest najlepszym naszym doradcą …

Czytam, szukam, oglądam…

Spać? Już nie śpię.

Robię zdjęcia plamce, porównuje, porównuje … już nawet i boleriozę sobie przypisałam. Włosy na głowie stają dęba gdy czytam o tej chorobie.

Ale plamka mi nie pasuje do kleszcza, nie pasuje do pająka.

to jest moje

To jest kleszcz z inernetu

a to pająk z interneu.

Miałam już ugryzienie pająka w ubiegłym roku. Po sterydach wszystko przeszło. Teraz??? Oj i nie wiem. Nie widziałam dokładnie co to było, co mnie ugryzło. Nie raz siada mucha na człowieka, otrząśnie się ten człowiek, muszysko poleci. Nie wiedziałam, że …pije moją krew, a może nie piło, tylko mnie zatruło…

Jest we mnie dużo niepokoju.

Trzeba było duperelami od rana głowę sobie zawracać? Mając problem bez szukania?

Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na przyjęcie mnie, nie mam wyznaczonej wizyty.

Co chwilę oglądam zaifekowane miejsce, mając nadzieję na cudowną poprawę.

Nie ma cudów.


04.16.2018 7:25am

Jestem już w przychodni, czekam ma przyjęcie. Moja doktor jest niestety jak zawsze zajęta, nie mogę czekać do południa, więc zarejestrowana jestem do pierwszej lepszej i wolnej.

Albo od wrażenia lub z niewyspania, zaczyna boleć głowa.

Zaczerwienienie nie powiększyło swojej powierzchni i kolor niezmieniony od wczorajszego wieczoru.

Ciśnienie wyyyysokie, możliwe że powodem jest poddenerwowanie. No kto chce być ugryziony przez kleszcza.

Po przeprowadzonym wywiadzie przez pielęgniarkę, czekam na doktor.

No tak, ciśnienie badano na obu rękach, dwukrotnie. Nie jest dobrze. Ugryzienie kleszcza to jest teraz pikuś.

Za chwilę upuszczą mi krew.

Lekarka sympatyczna, już wcześniej u niej byłam 2 razy. trochę postraszyła odnośnie ciśnienia, potłumaczyła a na koniec pośmiałyśmy się, opowiedziałam jak ja przyjmuję i widzę przyjmowanie lekarstw.

Ostatecznie, jak widać, mój system przyjmowania tabletek nie działa. Albo wezmę się za siebie albo: warzywko lub pani z kosę mnie odwiedzi.?

W tym tygodniu zadzwonią odnośnie wyników. Oprócz kolszcza jeszcze kilka spraw muszą sprawdzić. Jeśli samopoczucir będzie jak obecnie, to lekarstwa debrać z apteki. Natomiast, jeśli gorzej to się zgłosić do przychodni.

Aha, obwódka różowa wokół czerwonej plamki po ugryzieniu kleszcza z przestrachu zniknęła. Mam tylko smarować maścią.


7:58am już byłam w gabinecie lekarskim

– Mama u doktora? córcia wysłała smsa z zapytaniem. Nie zdziwiłam się jej zdziwieniu bo orzecież w pracy powinnam już być.

Odwiedziła mnie po południu. Obejrzała moje bubu i stwierdziła, że lekarka zbagatelizowała sprawę, delikatnie mówiąc. Nie zaznaczyła makerem średnicy zaczerwienienia. Nie wiadomo będzie czy się powiększa czy zmniejsza. Badanie krwi ok ale powinna wyznaczyć w krótkim czasie następną wizytę i przeprowadzić jeszcze jeden test.

Córcia pomazała mi nogę markerem, kazała zawinąć i nie zaglądać co 5 minut. Skrzyczała za nie przyjmowanie tabletek na ciśnienie. Dała przykład upartego mego Ojca, a ja potulnie powiedziałam, że będę przyjmować te prochy.

Syn jak ujrzał czerwone pozostałości po kleszczu, wzburzony powiedział

– gdzie ty chodzisz? Przestań już tam łazić, co ty narobiłaś? Czemu nie uważasz na siebie?

Odpowiedzi nie otrzymał. Za ich troskę, ugotowałam im obiad 😁. Przy okazji sama zjadłam a nie większość dni na suchym jadle.

Pląsy kropli deszczu

Za oknem pada deszcz, krople spadając wewnątrz rynny dzwonią, ta “muzyka” nastraja melancholijnie. Pomimo że należę do grupy osób trzeźwo stąpających po ziemi, jestem romantyczką. W dzisiejszy poranek, czegoś mi brak, myśli błądzą po zakamarkach mózgu. Nie mogę, nie potrafię sprecyzować swoich myśli, o co konkretnie mi chodzi, czego chcę od siebie od życia ( oprócz czarnej kawy)?. Wiem, że coś mnie trapi, jest mi smutno, nie wiem czy chcę coś z tym zrobić, czy chcę w takim stanie trwać cały dzień.

Uciec gdzieś na chwilę, nabrać sił, energii, napełnić wszelką szczęśliwością ciało i serce, powrócić jakby nigdy nie było tego beznadziejnego stanu.

Zapłakane okno, za nim mokre tulipany, moje myśli są jak ta szyba i płatki kwiatów.

Tatuś powtarzał: praca fizyczna leczy wszystko.

DUSZY nie wyleczy.


Ludzie patrzcie

Tyle kroków dziś na produkowałam a to nie koniec dnia🤓. Pracowałam dziś sumiennie na yardzie. Trawka rośnie i rolnikowi też. A że “rolniczka ” ze mnie to mi nic oprócz kwiatków, krzewów, trawy i innych zielonych ( nie mylić z $) nie urośnie. Na dreptałam się, teraz dla rozgrzewki popijam drugie piwo. Och, Żuber to piwo i gorycz i smak nie z tej ziemi. To tutaj to piwo jest OK, tylko procentów niewiele.

To nie jest reklama piwa.

Pokazuję co piję.

Jeju jakaż ja jestem z siebie dumna.

Nie dlatego, że piję!!! Z mojej pracy!!!!

🌷Dziś Dzień Rodzeństwa🌷

Nie będę pisać o starszej lub młodzszej siostrze.

Nie będę pisać jak im dokuczałam i biłam.

Nie będę pisać o pomocy jaką niosłam w razie potrzeby moim siostrom.

Napiszę…. trudno być średnim dzieckiem, a więc takim, które rodzi sie po pierwszym i przed trzecim dzieckiem.

Ta druga… musiała się szybko nauczyć wszystkiego, co już pierwsza umiała i potrafiła.

Ta druga, była pominięta jak trzecie dziecko się urodziło.

Ta druga nie potrzebowała opieki i uwagi rodziców.

Ta druga utorowała sobie swoją drogę w życiu.

Mogę…podziękować siostrom, że jestem DRUGA, nie pierwsza i trzecia.

Bycie drugą, to zdobywanie szczytów bez udowadniania, że się je zdobyło.

Bycie drugą, daje większe możliwości rozwoju.

Bycie drugą, oznacza być pierwszą i trzecią.

Dziękuję moim siostrom i rodzicom, za tę możliwość.

❤️Moje siostry wiedzą, że je bardzo kocham, moje uczucie miłości przekładało i przekłada we wszelkiej im pomocy.❤️

Przyjąć albo nie

Życie jakie jest, każdy widzi i czuje.

Widzi ludzi kochających się i nienawidzących. Smutnych -wesołych. Rozżalonych – rozanielonych. Szanujących się i nie. Uzurpujących prawo do wszystkiego – filantropów. Bogatych -biednych. Walecznych i poddańczych.

Do jakiej kategorii zakwalifikować osobę, zostawiający rodzinę dla chwili (około roku) uniesienia.

Kłamca?

Gracz?

Zakochany?

Oczywiście można się zakochać, nigdy nie wiemy kiedy i w jakim momencie to uczucie nas zaatakuje. Później miotamy się jak mysz w pułapce. Żonę/męża oszukać, kochanka/kę okłamać. Nie da się być w dwu miejscach naraz w tym samym czasie. Nie możliwym jest umawiać się z kochanką/kiem w miejscu publicznym jeśli chcemy utrzymać małżeństwo, obiekt naszch westchnień i nie tylko, dwa łóżka. Spotkania w miejscach ustronnych szybko nudzą, chce sie więcej, lepiej dłużej, bezproblemowo. Na dłuższą metę się nie da. Ona/on dostrzega że małżonek/ka bardziej dba o siebie, wraca później, drzemie na kanapie, rozmowy wieczorne się urywają bo nie ma, nie tyle kontaktu wzrokowego jak duchowego. Ona/on jest fizycznie ale … myślami w innym ciekawszym świecie. Zdradzają maślane oczy i uśmiech do własnych myśli. Błogi stan zakłócany jest myślami, o wymyśleniu następnego kłamstwa, takiego które da się “sprzedać za dobrą cenę”.

Nie ma zbrodni doskonałej, jak też nie ma zdrady doskonałej.

Wcześniej czy później wszystko ujrzy światło dzienne.

W zdradach najlepszymi śledczymi są dzieci i osoby trzecie.

Skyp zadzwonił. Na wyświetlaczu Dana. Nie wiem skąd, nie wiem jak to zrobiłam. Wiedziałam, że ON chce wrócić.

-powiedz co mam zrobić? spytała

-przyjądź – to była moja odpowiedź.

Nie musiałam się zastanawiać, o co Dana poprosiła. Zastanawiałam się nad ich sytuacją dość długo. Od dnia kiedy ON się wyprowadził zastanawiałam się częściej. Rozważałam za i przeciw. Dana podchodzi emocjonalnie a ja znając ich oboje od studiów, rozważam ich charaktery, podejście do życia, ich potknięcia i osiągnięcia.

-a gdyby Tobie coś takiego się przytrafiło? spytałam

-nie przytrafiło się – usłyszałam

-ale szukałaś …..

Milczenie.

-no to co mam robić – spytała

No co ona ma robić. Przeżyli ze sobą wiele lat, w zasadzie nie kłócili się, żyli w zgodnie, podjęli wspólną decyzję wyemigrowania, przeżyli wszystko najgorsze co może spotkać emigranta na obczyźnie, dzieci dorosłe, mają już swoje lata i kredyt na dom. Jeśli chcą mieszkać osobno i gdzieś kątem aż do śmierci …

Bo dom trzeba sprzedać, a ze sprzedaży, nawet jednego apartamentu nie kupią. Młodszy syn jest na etapie wyprowadzki nie stać będzie jej spłacać kredyt za dom.

On nowego życia już nie rozpoczął a ona też nie rozpocznie. Po co szukać czegoś gorszego, jeśli to co mają jest znośnie.

Ona spróbowała z “brydzystą”, on z “korzeniami włoskimi”, czas się na stare lata ustatkować.

W taki to sposób kończą się romanse starych ludzi.

Gdyby to było na gruncie polskim, podejrzewam, że by się rozstali.

Kanada ich połączy.

Nie na darmo, nie tak dawno , krzyczała mi na skype

….jak ja kocham Kanadę…!!!!!!

Warte odnotowania

Moja córcia była na siłowni!!!!!

Tak to już jest, jak obuchem w głowę nie dostaniesz, to nie zrozumiesz.

Oj, przytyło się mojej córci troszeczkę. Zadowolona i szczęśliwa była z sadełka. No nie, żeby zaraz 200kg. Ale…z 10kg na pewno.

Szykowała się do spotkania bussines, nie byle gdzie, bo CNN. Wiadomo, trzeba “jakoś” wyglądać. Tylko jak wyglądać jak nic na ciałko nie można wciągnąć. Ostatecznie w garsonkę weszła, pokazała mi się po powrocie.

Wyglądała bardzo dobrze, a włosy do pasa zakrywały to i owo.

Dwoni z rana

– zgadni gdzie byłam?

No weź i zgadnij. Powinna na łóżku na drugi bok się przewracać, ona pyta ….gdzie byłam….

– na siłowni!!!!!

Szybciej spodziewałabym się trafienia 6 w totka🤗.

Ćwiczyła 40minut. Dłużej nie mogła. Moja córcia się nie poci, co jest niebezpieczne i nie wie, czy się przegrzewa czy też nie.

To było wczoraj.


Dziś🤭🤭🤭🤭pojechała na siłownię!!!!! TEŻ!!!!RÓWNIEŻ!!!!PO RAZ DRUGI!!!!!!

To znaczy, że….naprawdę z ciuchów “wyrosła”.

– na nowe ciuchy pieniędzy wydawać nie będę – powiedziała.

Ok, popieram siłownie w 100% ale jakiś ciuch to chyba będę musiała jej zasponsorować.

Tylko się zastanawiam:

Teraz?

Później?

Wzięło na wspominki

Miało być deszczowo a będzie tylko mokro. Słoneczko już wygląda spomiędzy chmur. Zobaczymy na ile ociepli chłodnawy wiaterek.

Wczoraj wskoczyła po szkole moja córcia. Zabrała babkę ziemniaczaną, właściwie to dla niej ją piekłam. Mój kawałeczek był pieczony w oddzielnej blaszce.

Wczoraj był test na uczelni i… córcia, co jest niepojęte, wzorowa studentka, ściągała od swego brata😁. Syn po powrocie z uczelni stwierdził …za samo noszenie książki powinienem dostać A….😁😁😁

Ja za samo spanie całą noc na książce powinnam była dostać 5. Dobrze że nauczyciel nie wygonił mnie z klasy.

Nie było mi po drodze z książkami szkolnymi inne mogłam połykać, ale lektury czy historia to był koszmar. Siedzę sobie przy stole z otwartą szufladą w której trzymałam jakąś książkę przygodową. Na stole książka od historii. Kiedy mamusia wchodziła do pokoju, szybko ciałem napierałam na szufladę i ją zamykałam. Udawałam, że jestem skupiona nad historią. Ot takie to kombinacje. Do matury przeczytałam wszystkie lektury obowiązkowe i nie. Kułam jak dziki na pustyni, wszystkie wzory z natematyki. Myślałam, że mózg mi eksploduje. Mój wujek z za płotu, a siedziałam na balkonie, pytał moją mamusię, co ja tak się uczę. No pewnie, ja i nauka, wszędzie byłam ale nie przy książkach. Aż tu nagle, ja siedzę wytrawale po kilka godzin nad … książką!! niebywałe!

Pewnie, że zdałam maturę. Ale na bal maturalny nie poszłam. Chciałam iść z kimś wyjątkowym, a że wyjątkowego nie było, to… ominęło mnie pijaństwo w szatni lub kiblu. Ot takie były sprawozdania moich koleżanek klasowych.

Jednym słowem nie żałowałam swojej decyzji.

Nie byłam też na uroczystości wręczania magisterium. Bo…4 rok i 5 rok studiów zaliczałam w ciągu jednego roku. Pisanie pracy magisterskiej i dwa lata studiów w jednym roku kalendarzowym nie zbliżyło mnie do koleżanek, zależało mi wtedy na zaliczaniu egzaminów.

Z czasów studiów podyplomowych i doktoranckich, zostało mi trochę znajomych.

Pamiętam jak żywcem ściągałam na egzaminach, czy to na jednym, och nie. Po wielu latach kiedy stanęłam po drugiej stronie sali i wszystkich studentów miałam jak na dłoni, zrozumiałam. To tylko przyzwolenie wykładowcy na ściąganie, pozwala nam ściągać.

Kiedy krzyknęłam … dokonałam!!!!?

Tłumaczyłam bardzo trudny temat, wiadomo godziny to nie guma. Masz temat do przerobienia, czy studenci rozumieją czy nie trzeba iść, lecieć dalej, bo rozliczali z przerobionego materiału, a nie z tego co student rozumie. Każde zajęcia zaczynałam od powtórzenia poprzedniego materiału, zależało mi aby studenci zrozumieli…po jakimś czasie ( oj nie zapomnę jego imienia, Robert) nieśmiało podniósł rękę do góry… to był początek dyskusji. Nie ważne jak i kiedy, ważne że powodujesz, że poruszyłeś to co było nie do poruszenia…myśl.

To był piękny czas. Kiedy mój synuś kończył lekcje wcześniej, przyjeżdzał do mnie, siadał przy ostatnim wolnym stoliku i rysując, czekał na zakończenie moich zajęć ze studentami.

To był piękny czas i zawsze będę wspominać z łezką w oku.

Zaczęło się od matury s skończyło na nieskończoności ….

Nie lubię żyć zgodnie z planem

Nakładając buty wspinaczkowe ( do moich robót yardowych tylko takie się sprawdzają, chronią kostki i nogę przed skręceniem) zawsze należy sprawdzić, czy coś nie siedzi w środku. To coś może spać sobie w najlepsze, na brzuszku lub boczku a ja wsuwam sobie stopę. I stając … hrobot … rozgniotłam!!! Tylko raz mi się tak zdarzyło. Obrzydzenie i trauma na lata. Jestem mordercą albo ofiarą, bo przecież mogłabym być ugryziona przez jakiegoś węża, skorpiona. Hrobot to robią te osobniki.

Więc, dokładne trzepanko butów zanim się je nałoży. Dla pewności sprawdzić wzrokowo jeśli się da lub ręką w rękawiczce. Bo przecież, może to coś trzymać się uporczywie brzegów buta i nie zgadzać się na przeprowadzkę. Po policję przecież nie zadzwonię, że mam nieproszonego lokatora.

Droga wolna, nakładamy.

Jakby na potwierdzenie znalazłam to coś, odsuwając płytę ze ścieżki. Jestem 100%miastowa i nie wiem co to za osobnik. Konia od krowy, psa od kota, koguta od kury rozrurznię ale co to jest? W grze milion do wygrania, bym padła.

 

 

 

 

Córcia bez zastanowienia orzekła – salamandra jaszczurka, przyjazna dla środowiska.

Nie rozumiem dlaczego nie widać mojej delikatności z jaką dotykałam jaszczurkę. Przysięgam byłam delikatna i  przestraszona. Odeszłam na moment a jej już tam nie było.

Nie tak łatwo wrócić do prac, wstrzymanych w ubiegłym roku. Piłkę do cięcia kamieni znalazłam ale gdzie tarcza, niestety nie mam pomysłu. Możliwe że zużytą wyrzuciłam do śmieci a nowej nie kupiłam. To samo z 15calowymi gwoździami. Używałam do podtrzymywania ozdób świątecznych, ręki nie dam uciąć, że wszystkie wyjęłam z ziemi.

Zamiast pracować bawię się z płazami i w poszukiwacza, na pewno nie skarbów.

Płyt nie mam czym ciąć, krawężników i kamyczków mam za mało, cementu wogóle brak. Wbić w bele długie pręty jest ponad moje siły. Jak pracować. Do sklepu mogłabym podjechać i kupić, załadują materiał ale nie mam zamiaru gimnastkować się z workami tutaj na miejscu.

Poczekam na MM.

Zajmę się podlewaniem i sprzątaniem.

Zmiana planu

Dlatego nie lubię planować, na żywioł u mnie się tylko sprawdza.

Planowałam, że w tym roku, zabetonuję szczeliny pomiędzy kamiennymi płytami, w których są kamyczki w tej chwili, wciskając kamyczki na powrót w cement. Chodzę patrzę i doszłam do wniosku, że nie ma takiej potrzeby. Moje ścieżki przetrwały śnieg (byl kilka dni), deszcze, ulewy, a ja chcę to naruszać. Po jakiego diabła dodawać sobie pracy?

Nie lepiej skupić się na utrzymaniu w porządku tego co mam. Na jakiś drobnych naprawach a w ostateczności skupić się na wypoczynku. Całe życie, pracuję i pracy nie przerobiłam którą sama sobie narzucam. No jestem pracoholikiem ale … wystarczy tego!!!

Suma sumarum – dróżki zostają w tym stanie jakim są w tej chwili. Żadnych innowacji.

Ahhhh… MM się ucieszy …. 😁😁😁😁😁😁😁😁


Siedzę na decku popijam czerwone wino i zagryzam babką ziemniaczaną.

Ta kombinacja bardzo mi się podoba.


Patrzę na kwitnąco/wschodzące tulipany. A będzie ich więcej i więcej.

Dzień wolny i nie-wolny

Czy nie można się wkurzyć?

Wczoraj najchętniej nie wyłaziłabym z łóżka, spała i spała i jeszcze raz bym spała. No oczywiście do pracy – trzeba było jednak wstać.

Dziś – wolny dzień. Obudziłam się skoro świt. Po co, dlaczego? Dlaczego tak wcześnie? Bo mam wolne!!!!

Leżę w łóżku, czytam blogi, wiadomości i klepię literki.

Czy po to obudziłam się, aby to robić? Czytać i klepać?

Jaki bezsens w zachowaniu i czynnościach, aż na tą myśl poczułam gorąco na całym ciele, od czubków palców u nóg po końcówki włosów. Gorąco, że musiałam się odkryć, a pot wystąpił na twarzy.

Bezsens!!!

Jaki będziesz dzisiejszy dniu, jeśli zaczynam ciebie od bezsensu…?


Pierwsze odgłosy – daleko szum autostrady, blisko – zamykane drzwi samochodu przez młodszego, jeszcze bliżej – poruszanie się piesków na poduchach na korytarzu.

Czas na kawę. Niemrawo, ciągnąc noga za nogą podążałam do łazienki, poprawiłam nową fryzurkę, nie omieszkałam wypowiedzieć zachwytu …oh, ach jak ja cudnie wyglądam…😁😁😁A co nie mogę? Zanim się doczekam to zapomnę, że tak jest. Nie wolno wychodzić z wprawy. MM wraca dopiero w czwartek!

No tak, bez okular to i pies może być kotem. No tak strasznie ze mną nie jest ale te + 1,5 wygładza mi znacznie cerę. Po co się przejmować, jeśli można na to zaradzić? Ostatnio kupiony krem, jak najbardziej stosuję, jest lepiej z…. moją szyją. Oczy jak oczy, worków nie było, cieni też nie, a że mój uśmiech od uch do ucha angażuje moje oczęta, tal ma być i musi. Uśmiechać się z tego powodu nie przestanę. Wolę być pomarszczona, ale wesoła, niż bezzmarszczowa i niezadowolona.

Na śniadanie – pełna lodówka do dyspozycji. Planowana jajecznica musi poczekać na dzień bardziej ubogi w produkty spożywcze. Bo, jajka u mnie się je na Wielkanoc i jak już nic nie ma do jedzenia a są tylkooooo jajka.


Mam plan!!!!!

Dziś dokończę układać kawalącik mojej ścieżki. Czy ktoś ma pomysł jak się dotego zabrać? Przeraża mnie cięcie płyt kamiennych. Wszędzie kurz. Maska, okulary pomagają nie wiele. A co z uszami? Tam też włazi kurz. Koszmar.

Jak mus to mus.

Drugi dzień świąt

U mnie nie ma drugiego dnia świąt. MM już wczoraj poleciał do pracy. Poczułam się samotnie i aby nie wpaść w smutek, wyszłam na yard zbierać gałązki, stare suche pojedyńcze liście, podlać trawę od frontu. Chodziłam i podziwiałam tulipany kwitnące, dotykając i gładząc ich płatki. Każdego dnia zakwita więcej kwatów i krzewów. Ciszę się jak małe dziecko. Kwiaty i kolory lubiłam odkąd sięgam pamięcią.

Dzisiejszy dzień nie spędziłam, niestety, relaksująco. Pracująco. Odwiedziłam również fryzjerkę, robiąc się na bóstwo. Oh. 😁

Poniedziałkowe lenistwo

Może to nie było takie całkowite lenistwo. Wprawdzie z łóżka wyszłam w południe, ale coś tam upitrasiłam. Na powórzu przy drzwiach garażowych popieliłam. Do łóżka, wciągnęło mnie około 4pm.

Dopiero ból głowy, przypomniał mi aby zmierzyć ciśnienie. Mimo tabletek ciśnienie rosło do 2am. Bałam się usnąć. 161/88 nie jest to niskie, tym bardziej po całej tabletce Valsartanu i Hydr… coś tam. Poczekam jeszcze z pół godziny.

Jestem zmęczona i chętnie już bym usnęła.

Było przed 4am, kiedy zmęczona rosnącym wciąż ciśnieniem, bólem głowy i mokrym czołem i szyją od mokrego ręcznika, usnęłam.


Wtoreczek

Przed 8 am, obudziła mnie cicha melodia komórki. Sms od Sandry otworzył mi oczy. Jest w szpitalu, zakażenie krwi, przerzuty na płuca i kości. Zrobiło mi się przykro. Ja mam jakieś tam ciśnienie a ona walczy o życie. Tylko moje wysokie ciśnienie może mnie doprowadzić również na cmentarz. Nie będę się targować, ale Sandra naprawdę w tej chwili cierpi. Odwiedzin nie chce, córcia się nią opiekuje. W krótkim czasie da znać co dalej i ewentualnie kiedy będzie w domu. Smutne.

To jest moja Sandra – baletnica. Pochodzi z Francji, ukończyła szkołę baletową w Paryżu i tam też tańczyła. Wspaniała osobowość.


Dla odmiany, dziś ciśnienie bardzo niskie. Poruszam się powoli, głowa ciężka, myśli biegną wolno, szybko się męczę, zimne poty występują na czole i czuję jak plecy robią się mokre.

Pchając wózek sklepowy z zakupami musiałam dwa razy przystanąć.

Czy to ciśnienie zawsze tak będzie skakać? Czy będzie tak samo jak z moim Tatusiem?

Tylko… On dożył do 91 lat, ja też bym tak chciała. Zobaczyć moje dzieci jak dają sobie radę. Jak po szczeblach kariery pną się do góry ( podobnie jak ich mama). Nie mówię o wnukach, moje dzieci uważają że jeszcze jest czas na dzieci, a ja też nie jestem gotowa na kwilące maleństwa.

Ciekawa jestem jaka partia polityczna wygra w Polsce i USA w następnych wyborach.

Chciałabym też zobaczyć latające taxi.

Niestety, człowiek nie zna dnia ani godziny swego odejścia.

Aby nie odchodzić z tego padołu z pustym żołądkiem. Ugotowałam kopytka, a że nigdy nie miałam pomysłu z czym je podawać, zjadłam tak po prostu “na sucho”. Wiele jest porad podawania kopytek, ale nic mi nie pasowało i nie pasuje.

Żeby mi się jeszcze bardziej nudziło, internet wysiadł i tv nie działa. Spożytkowałam te kilka godzinek na posadzenie cebulek kwiatów na MM rabatce. Mają urosnąć kwiatki do których będą zlatywać się motyle. Wtedy MM chwyci aparat i będzie cykać zdjęcia.

Teraz zasłużyłam na odpoczynek.

Na zakończenie dnia upiekłam biszkopt z jabłkami.

1 szklanka mąki

1 szklanka cukru

1 opakowanie cukru waniliowego

6-7 jajek w zależności od wielkości

1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

szczypta soli

4 duże jabłka

——-

Jajka z solą i cukrem i cukrem waniliowym, mieszam mikserem na największych obrotach około 2 minut. Dodaję mąkę i proszek do pieczenia. Mieszam około 2-3 minut. Odstawiam na chwilę.

Obieram jabłka, kroję i pisypuję mąką, mieszam do połączenia się mąki z jabłkami.

Jabłka wkładam do ciasta i mieszam łyżką. Wlewam wszystko do okrąfłej foremki.

—–

Jabłka posypuję mąką aby w czasie pieczenia nie opadały na dół biszkoptu.

—–

Biszkopt pychotka.


Przed snem sprawdziłam ciśnienie, jest niskie ale już lepiej, czuję się też lepiej.

Będę żyć!!!!!😀

Wieczorne pakowanie

Zapowiadane deszcze i błyskawice, zignorowałam. Siedziałam na apple kiedy otrzymałam wiadomość z zapytaniem (11.10pm) – Mama spi czy boi się burzy jak ja?

Faktycznie coś gdzieś grzmiało ale, żeby mnie oderwać od mojego projektu,  jaki teraz opracowuję, musi być tornado. Zadzwoniłam do córci bo mi czasu szkoda było na pisanie smsa.

– jakie tornado?

-mamuś idzie tornado!!!

Jeju, szybko musiałam zamknąć apple i wszystkie programy na których pracowałam. Nie byłam gotowa na tornado. To jeszcze nie okres tornad!! Grzmiało coraz głośniej i bliżej.

-mamuś, dlaczego nie jesteś przyszykowana? – córcia pyta przez telefon

Dlaczego? No właśnie dlaczego? Bo to tornado przyszło za wcześnie. Szybko wyjęłam walizkę i najważniejsze to są dokumenty. Aparaty fotograficzne, kamery – trudno. Jak spłoną to się kupi mniej i taniej. Teraz nie czas na to.

-czy u ciebie desz pada czy jest cicho?- pyta córcia

Oj Boże – myślę. Biegając, pakując i wyciągając, ostatnie dokumenty nie słyszałam nawet grzmotów.

Zatrzymałam się na chwilę. Nasłuchuje….cisza, cisza, ale… kropi to dobrze.

-pada to dobrze-  słyszę na głośno mówiącym, głos córci

Spakowałam walizkę dokumentów, ważnych dokumentów, druga walizka ogniodporna z paszportami i jeszcze ważniejszymi dokumentami.

Kluczyki od samochodu na stole w kuchni, torebka przyszykowana.

Córcia śledzi na telefonie przebieg tornado, jednocześnie mnie informując.

Błyska tak, że robi się jaaaasssnooo i grzmot.

Kilka minut po północy przeszło. Deszcz pada, w oddali słychać grzmoty ale w mojej okolicy tornada nie było. Nie uruchomił się alarm w Iphonie, całe szczęście.

Jest przed godziną 1am. Deszcz spokojnie pada. W oddali słychać grzmoty.

Muszę Jutro spakować większość rzeczy na wypadek …… Tak, to jest wiosna.

 

Już się pakowałam i nie raz…. Taki mamy klimat jak zwykle się mówi.

Rodzina

Na swoją rodzicielkę obraziłam się na cały tydzień. Ostatecznie zadzwoniłam, bo wiem, rozumiem, że nie łatwo jest jej, ma swoje lata i ma prawo, też się zdenerwować. Nie mogłam znieść insynuacji i oskarżania mnie, czego nie zrobiłam. Wiem, że to starsza siostra uczyniła, mamusia też wie, ale…całą złość wylała na mnie. Bo ktoś musi być winien – jak ja to mówię. Przypomiałam jej z dokładnością co powiedziała, a mianowicie, że jak ja miałam 5 lat…..ludzie! nie pamiętam co mi powiedzieli jak miałam pięć lat i jak mnie zastraszyli, że zrywałam się w ciągu nocy i podobno strasznie krzyczałam. Nie pamiętam!!!! Matka moja się wyparła, że ona tego nie powiedziała. No cóż, nie wymyśliłam. Zrozumiałam, że już nie pamięta. Drugi przypadek. Na skype rozmawiałam z mamusią za chwilę przyszła młodsza siostra, moja mamusia siedziała obok….dwa dni później, tak wszystko poprzekręcała, że to nie ja rozmawiałam a starsza córka z młodszą. Zasłyszaną rozmowę tak przekręciła, że powtał gogel-mogel.

Uciszyłam swoje emocje i doszłam do wniosku, że mojej mamusi wszystko w głowie się miesza, najgorsze, że się wścieka jak się jej wyjaśnia, że się myli. Od tamtej chwili, rozmawiam o wszystkim a najwięcej o jej dolegliwościach i chorobach, które zaatakowały ze zdwojoną siłą.

Wiem, dokładnie wiem, że muszę zmienić swoje postępowanie w stosunku do mamusi. Być bardziej ciepliwszą, wyrozumialszą i nie poruszać drażliwych tematów. Będzie ciężko, bo rozsądnie rozmawia i trudno uwierzyć, że z pamięcią coś się dzieje. Pamięta wszystko z młodości ale na ile jest to prawdą a nie wytworem wyobraźni, nie wiem i dociekać nie mam potrzeby. Wiele zdarzeń myli z dnia poprzedniego, oby się nie pogorszało.

Dziś pocieszałam, słuchałam i wsłuchiwałam się, jak tembr głosu łagodnieje, nie jest naprężony i wrogo nastawiony do słuchacza. Uczyłam i powtarzałam, że na skype jest czerwone kółeczko, które może przycisnąć rozmawiając ze starszą swoją córką i się skype rozłączy. Starsza wprowadza w życie rodzinne wiele złych emocji. Plotkuje i jest wrogo nastawiona nie tylko do życia ale i ludzi, rodziny, matki i sióstr.

Czy kiedykolwiek mamusia skorzysta z czerwonego kółeczka na skype, nie wiem.

Gdy rozstawałam się, była w dobrym spokojnym nastroju. To mnie cieszy.

Konstrukcja

Czytam i nadziwić się nie mogę. Ktoś zbudował ogromną konstrukcję drewnianą bez zezwolenia. Konstrukcja się zawaliła, zabijając 2 osoby. Nikt do konstrukcji się nie przyznaje, więc winnych brak.

Zdumiewające, bo gdyby pan Kowalski stawial sobie zwykły znak, zapraszający do odwiedzenia jego marnego hoteliku, od razu znalazłyby się służby porządkowe i sprawdziły, pozwolenia, legalność, wymiary, itp.

Ktoś stawia nielegalnie, ogromną konstrukcję, zanim trafiła tam treść musieli wkopać bele w ziemie. I co, nikt się tym nie zainteresował, pilicja? Służby porządkowe? Urząd gminy lub miasta?

Co najmniej dziwne.

Konstrukcja reklamowa zapraszająca do odwiedzin miasteczka.

Trudno będzie uwierzyć że to p.Kowalski właściciel restauracji/sklepiku/pralni/kiosku ruchu/ srewisu naprawy rtv i agd, zrobił sobie reklamę w oczekuwaniu na klienta a co za tym idzie, na pokaźne zyski.

Zakupił materiały płacąc z własnej kieszeni, poświęcił swój czas przeznaczony na sen ( w ciągu dnia musi pracować, małe miasteczko klientów brak) wnajętą koparką i wyciągarką, a może i nawet dźwigiem, postawił reklamę.

Później zasapany stanął za kontuarem swego sklepiku itp zacierając ręce aż do czerwoności, na złotówki lecące wprost w jego spracowane ręce.

Nie uwierzę, że tak być mogło. To nie 100zł a kilka tys. zł musiałby wygospodarować ze swego budżetu. I nawet gdyby… reklamowałby swoją firmę, wtedy byłby pewny, że potencjalny kupiec trafi tylko i wyłącznie do niego.

Zazwyczaj, miasteczko, reklamuje urząd miasta.

Czy tak trudno znależć właściciela reklamy?

Powołać skład kontrolerów i przejrzeć faktury zakupu i odpisy podatku VAT.

Szybko znajdzie się winny.

Ostatecznie obciążyć kosztami kontroli, winnego. Naliczyć odszkodowanie rodzicom dziecka oraz rodzinie babci dziecka.

Ukarać za ukrywanie się tak jak karze się zwykłych Kowalskich.

Tylko trzeba chcieć.

Ale…. swój swego broni i znając życie, winnych nie znajdą bo szukać nie będą.

Wyrazy współczucia rodzinie tragicznie zmarłych. 🕯

Nie tylko nieszczęścia

chodzą parami, problemy też. Jedne rozwiązałam to inne doszły, coś się stało i nie moge na laptopie, otworzyć wordpressa. com na Safari. Na czacie rozmawiałam z pracownikiem z worpress.com ale nie mógł mi pomóc bez dokładnych moich danych, których nie chciałam jemu udzielić.

Doszłam do wniosku,  że niektóre dane o jakie prosi są jemu, na prawdę zbyteczne. Sama zaczęłam myszkować. Wyczyściłam historię, date i cookies, nic nie pomogło. Zamroziło całkowicie. Probowałam, wiem że to problem techniczny z Safari. Lubię Safari, chociaż w Iphonie z niej nie korzystam, jest za bardzo zainfekowana. Laptop ma wgrany dodatkowy program antywirusowy. Ale…..możliwe, że mam jakiegoś wirusa. Teraz na to wpadłam. Trzeba będzie się przyjrzeć temu poważniej.

Zainstalowałam Firefoxa, Google Chrome, ale ….co Safari to Safari. Wiem, że to kwestia przyzwyczajenia. Nie lubię też, jak mi coś nie działa.

Jednym słowem, mam co robić.

 

 

W wirze walki

Tak, tak, walczę z karaluchami. Mimo, że nie ma, to tak na wszelki wypadek, postawiłam 6 “bomb”. Zanim to zrobiłam, wyniosłam na podwórze, pościel, chodniczki, obuwie, skóry i inne rzeczy syna, aby już nie męczyć się z praniem. Syn wyjechał na szybko-krótkie wakacje, więc jest możliwość trucia karaluchów. Po pierwszym truciu zauważył jednego, ale nie da ręki uciąć, że to był karaluch.

Więc, jak postawiłam te 6 bomb to zapach poszedł pooooo całym domu. To nie są domy murowane, musiałam pootwierać okna i drzwi w całym domu. Nie potrzeba mi bólu głowy, brzucha lub innych objawów zatrucia.

Mam nadzieję, że wytrułam wszystko co się ruszało po za mną i pieskami.

MM zbagatelizował najazd karaluchów. Nie widzi to i problemu nie ma.

….one też chcą żyć… i nie zadzwonił do firmy.

Dałam sobie radę. Bomby wymiotły chyba wszystko.

Zrobiłam obchód całego domu, trupów brak, to dobry znak.

Ktoś musi być winien

 

Przed snem, przeglądam wiadomości na iphonie lub ipadzie, w zależności co mam pod ręką. Pocztę sprawdzałam w ciągu dnia, ale coś mi podpowiedziało…sprawdź, otwórz….

Aż, na łóżku podskoczyłam. Wiadomość z PayPala, potrącili tyle i tyle.

W tamtym roku zniknęło mi z konta innego banku około 8tys$ – ktoś świetnie bawił się w Californii na mój koszt. Po ciągłych wyjaśnianiach, sprawdzaniach i wizytach w banku zwrócono co do centa. To były stresowe miesiące. Kilka lat wcześniej również używano mego konta do zakupów na amazonie, w dniach przedświątecznych. Za każdym razem numery kont były zmieniane, ale widocznie mam takie szczęście, że mnie złodzieje upodobali.

Więc, zerwałam się na równe nogi i do laptopa. Gdzie, kiedy i kto, znów dorwał się do mego tym razem innego konta. Nie duża kwota, bo to nie całe 8$, ale to tak się zaczyna. Biuro czynne w godzinach urzdowania, a więc do 6pm. Infolinii brak. To co to za bank, PayPal, jeśli nie ma infolinii? Nigdy nie zastanawiałam się, a jestem w tym banku około 10 lat i nigdy, nie miałam problemów, nie było potrzeby dzwonienia. Nie spodobało mi się to, usunęłam konto online. Oczywiście, nie przemyślałam swego posunięcia, dokonałam tego pod wpływem emocji.

Dziś raniutko, zaczęłam się zastanawiać… na pewno mam coś do zapłaty … pobieżnie widziałam że było coś 7,99$ do zapłaty.  Rozpoczęłam dzwonienie, odsyłana od jednego pracownika do drugiego, ostatecznie zapłaciłam bieżącą zaległość w wysokości 7,99$. Konta nie dało się reaktywować, jedynie co mogę zrobić to założyć nowe. Nie, nie chcę.

Zapłaciłam, nie mam długów i jest ok. Ale czy na pewno?  Możliwe, że iTune obciążyło a kwota, jest w zawieszeniu, między iTune a PayPal.

Znów telefony do iTune tym razem o sprawdzenie mego stanu konta, czy aby nie jestem dłużna. Odsyłana od jednego do drugiego trafiłam na panią z Indii, skąd wiem? Akcent!! Rozpoznam rosjankę, murzynkę, ukrainkę, indyjkę z Indii, meksykankę i wiele innych narodowości, podobnie jak i oni mnie rozpoznają. Jedynie mylą z ukrainką lub rosjanką –  dla nich podobny akcent. Zadłużenia nie miałam, pokierowała mnie tak, że tego czego nie widziałam na moim Iphonie, zobaczyłam i mogłam usunąć subskrybcję. 5 (pięć) godzin pracy, a właściwie wyjaśniania, czekania na połączenia, kilkakrotnego dzwonienia w to samo miejsce… bo się rozłączało. Ale załatwiłam mogę spać spokojnie.

Trzy miesiące temu, MM chcąc mnie uszczęśliwić,  kupił mi na iTune kolorowankę “Pigment” w wersji dla dorosłych. Kilka malowanek zamieściłam na blogu. Bawiłam się, nie powiem, nawet dobrze. Miałam trochę rodzinnych problemów, więc takie malowanie pozwalało mi się oderwać od natrętnych myśli.

Pogoda za oknem wspaniała, przyszła wiosna, szkoda siedzieć w domu to pierwsze, drugie – problemy już nie są problemami tej rangi co w chwili powstania, pomyślałam, nie potrzebuję za coś płacić,  z czego nie korzystam.

 

Już nie będę malować za $, jest dostępna wersja za free i tyle mi wystarczy.  A to, że straciłam 5 godzin ze swego życia winny jest MM. Przecież mówiłam, nie potrzebuję, nie chcę.

Jeszcze się taki nie urodził, żeby kobiecie dogodził. 

To zdarzenie pasuje do mnie, jak ulał. Tylko to, i wyłącznie to.

 

 

Zmiana czasu

Z soboty na niedzielę zmieniliśmy czas na letni, wskazówki zegara przesunięto o 1 godzinę do przodu. Wydaje się, że to tak niewiele. Cóż znaczy 1 godzina?

Dużo!

W niedzielę wstałam, wg starego czasu przed 10am, na zegarach przed 11am. Czas szybko minął. Nie obejrzałam się i po “staremu” położyłam się spać około 11pm, było około północy. Żeby tak można było usnąć, rach ciach, ale nie. Zmiana pozycji do spania ze 100 razy, picie wody 2 buteli, marsz do łazieniki i po 2 am, chyba usnęłam.

Poniedziałek 12 marca

Dokładne, nic nie robienie.

A to z powodu, uridzin mego syna. Siedziałam, krześle, kanapie jednej drugiej, fotelach. Przemieszczałam się z pokoju do pokoju. Czytałam blogi, informacje, reportaże na internecie. Coś niecoś przegryzłam i znów łaziłam z kąta w kąt, od okna do okna. Wspominałam jak to było, z tym niefortunnym rodzeniem.

Głodna, około 1pm zaczęłam się szykować do wyjścia na kolację. A czasu miałam baaaardzo dużo. 5 godzin to można i operację plastyczną przeprowadzić, coś podciągnąć, coś opuścić.

Na twarz nałożyłam, podkład, zrobiłam oko, pomadka i upiękniona, znów się poniewierałam.

Suszona śliwka

Konserwownie, konserwowaniem, ogórkiem ani grzybkiem nie jestem, potrzebuję nie tylko czasami, czegoś do posmarowania swojej twarzyczki. No cóż, lata lecą, tam i ówdzie pomarszczyło. A marszczyć będzie, i bardziej i więcej, z czasem wyglądać będę jak suszona śliwka. 😥😥😥😥😥(nikogo nie obrażając) Oby nie pomarszczyło‼️‼️‼️ Każda kobietka zagląda do lustereczka …lustereczko powiedz…

lustereczko odpowiada

…czego chcesz stara pudernico? 🤭🤭🤭🤭

Aby nie usłyszeć, co tam lustereczko ma do powiedzenia, kupiłam krem. Krem drogi jak cholera, podwójna cena porównując do polskich. Krem i serum sprowadzony prosto z Paryża. Aby dopuścić na rynek amerykański muszą być przeprowadzone dodatkowe badania lub…poddać dodatkowemu uszlachetnieniu. Nie wnikam w szczegóły. Jest jak jest, ja go wybrałam, a MM zapłacił. Stwierdzając przy kasie, że nie chce mieć przy sobie nastolatki woli starą. Ja znam MM żarty i nic mnie nie dziwi, lecz na te słowa, duża, gruba i czarna stara doooopa spojrzała na mnie wymownie. Oczy i jej grymas na twarzy mówił… jak ty z takim starym gburem wytrzymujesz, powinien płacić i nic nie gadać… zlekceważylam jej wymowne spojrzenie. MM nie jest gburem, nie jest stary, każda by chciała takiego jak MM. OK może przesadzam ciutkę, ale MM jest mój i tylko mój. Nic nikomu do tego, jak żartuje. A może miał na myśli, że młode by jego więce kosztowały? Hahahahahah

Na noc nałożyłam serum i krem na twarz, szyję i dłonie. Serum ładnie się wchłania, krem nie należy do tych tłustych, co czasami sciekają. Z rana kazałam MMowi nałożyć okulary i mnie dokładnie obejrzeć. Bo te specyfiki w takiej cenie to powinny działać po jednym użyciu, a nie jak reklamowali w sklepie, po 40 dniach. Mogę nie dożyć i nikt różnicy nie zauważy. MM obejrzał dokładnie … pokiwał głową, zmarszczył czoło, pofiukał…no ja to różnicy nie widzę…powiedział. Ale gdzie ty masz te zmarszczki? – spytał

No i widzicie! Po pierwszym razie zadziałało!!!

Teraz, tak na serio. Dłonie się wygładziły. Szyja potrzebowała dokładniejszego nawilżenia i wygląda na to, że otrzymała. Jest w lepszej kondycji. Twarz? Nie widzę większych zmian, po pierwszym razie. Serum i krem należy stosować raz dziennie, ale z rozbiegu, nakremowałam się z rana. Ogólnie stosować będę jedynie na noc.

Za dawnych czasów, zimna woda ze studni i szare mydło wystarczało.