Nie poddam się

Piękna wiosenno-letnia pogoda, więc nie możliwością siedzieć w czterech ścianach. Nasiedziałam się i jestem zmęczona nic nie robieniem. Ileż można, czytać, bułeczki chlebek piec, sprzątać-mało sprzątałam, łazić od okna do okna. Już od minionego tygodnia rozpoczęłam prace “polowe”. Każdy zakątek yardu został spryskany środkiem przeciwko owadom przez specjalistyczną firmę, więc miałam kilka dni spokoju. Nic mnie nie gryzło, lizało, próbowało i pajęczyną oplatało. Byłam bezpieczna ponad tydzień. Mogłam nacieszyć się słoneczkiem, zamiataniem, dmuchaniem, przesadzaniem, podcianiem. Do domu wracałam brudna i zmęczona. Czasami to ledwo nogi ciągnęłam za sobą, a czasami siadałam na decku z butelką piwa. Nie jedną butelką. Bo redneck pije piwsko i nie tylko. A ja jako początkujący redneck lubię jak mi zimne piwsko spływa po brodzie. No jestem prosta i nie prosta babo-chłop-kobietka. Bez obawy na salonach też umiem się zachować.

No i tak moje yardowe życie płynęło, bez większych niespodzianek. MM w jednym kącie yardu ja w drugim, czasami machając do siebie z oddali. Znów wciągnęły mnie prace yardowe i trudno mi się oderwać, nawet na przegryzienie kanapki. To nie szkodzi, że nie jem. Siedzenie i nic nie robienie poszło mi w fałdeczki. Schudnę. Tycie jest przyjemniutkie, lody, cukiereczki, bułeczki, ciasteczka i inne smakołyki. Niepostrzeżenie przybywa kg. Chudnięcie wymaga pracy i diety, nie należy do przyjemnych. Nie mówię o diecie odchudzającej lecz o odstawieniu słodkości i przynajmniej częściowo zamienić się w królika. Więcej marcheweczki, sałateczki i jabłuszka. Myślę, że nie będzie trudno schrupać marcheweczkę bo ostatnie lody zjedzone wczoraj, a rodzynki w czekoladzie dzisiaj na obiad.

Dziś ponad 7 godzin poświęciłam na ciśnieniowe mycie ścieżek, patia, podjazdów. Nie, nie ukończyłam, jeszcze zostało mi od frontu. Nie wiem, no nie wiem, dlaczego te obleśne owady, muszki, muchy itd mnie uwielbiają. Wczoraj siedząc w domu na kanapie, zauważyłam chodzącą po oparciu kanapy mrówkę. Myślałam, że ją ukatrupiłam, ale nie, to była jakaś wiecznie żyjąca. Ugryzła mnie!!!!!Malo tego musiałam rozebrać się do golasa i to w pośpiechu, łaziła po mnie!!!Mąż to miał ubaw!!!😁😁😁Dlaczego wszystko co lata i pełza, lezie w moim kierunku?

Popryskałam chemią ręce i ubranie. Nie chciałam sprejować całego ciała jak nie raz i nie dwa to robię. Poczułam ugryzienie i mrowienie, jak to zwykle się odczuwa przy ugryzieniu mrówki. Swędziało, piekło, bolało na brzuchu z lewej strony. Nie wiedziałam co mnie ugryzło, bo to coś wlazło mi pid bluzkę. Dobrze, że nie w majtki. 😁😁Posmerałam lekko to miejsce bolące i dalej pracowałam. Po prysznicu, po prysznicu, aż wzięłam większe lusterko (nie, nie zdjęłam ze ściany) przybliżyłam do brzucho i …..ujrzałam dużą czerwoną plamę. Mazakiem zaznaczyłam brzegi plamy, piekącej plamy. Po 2h plama się powiększyła i zaznaczyłam czerwonym mazakiem.

Teraz czekam i zaznaczę zielonym mazakiem. Niebieski mazak też przyszykowałam, aby nie byl potrzebny.

Jak spać? Kiedy coś mi tam boli, boli jakby ktoś igłę wbijał.

Jak spać jak mogę jutro nie wstać?

Będę czekać.

MM stwierdził, że nie powinnam wychodzić na zewnątrz, najlepiej jak zajmę się szydełkowaniem lub dokończę serwetę iglicą. Ale takie dłubanie mnie nie bawi.

Plama wyszła z jednej strony za czerwony mazak. Oj nie dobrze.

Zobaczymy co będzie jutro.

Jutro muszę dokończyć ciśnieniowe mycie.

Nie mogło być inaczej

Tak się zastanawiam.

A może zacząć celebrować każdy drugi dzień miesiąca? W końcu urodziłam się 2 (drugiego).

Nie tak, że jakaś uroczystość z beczką piwa. Tak, aby zapamiętać. Każdy dzień mija, oczywiście pamiętamy. Ale tylko wydarzenie i aby to wydarzenie umiejscowić w konkretnej dacie, musimy sie zastanowić: kiedy? Nie łatwo przypomnieć. Łatwiej jest przypomnieć, miesiąc. Więc, chcę pamiętać każdy drugi dzień miesiąca.

Od czego zacząć? Można powiedzieć, poranek jak każdy inny. Nikt do łóżka nie podał kawy. Mały ból i strata. Jak każdego poranka w powiewnym lub jak chłodniej, cieplutkim szlafroczku schodzę na dół do jadalni kuchennej. Tam od kilku godzin przed laptopem siedzi MM. Czyta najświeższe wiadomości z kraju i ze świata popijając małą czarną. Zaczyna się ruch w jadalni. Pieski piszczą, miauczą lub poszczekują, prosząc panią o coś dobrego na śniadanko. Pieski dobrze wiedzą, jak będą szczekać to … coś słodkiego… dostaną dopiero po moim śniadanku. Oj, ta ich pani jest bardzo wymagająca. Cicho siedzieć i nie marudzić, nawet jak kochają to nie mogą tego wyszczekać, wymiauczeć. Dziś było możliwie, dostały smakowitości i dodatkowo do pogryzienia coś, na prawie cały dzień. Niech pieski ostrzą zęby,  aby nie na mnie. 

Zrobiłam kawcie a MM usmażył bekonik. Właśnie taki lubię, smażony przez niego. Po śniadanku padło pytanie czy chciałaby zbaczyć przelot Blue Angels and Thunderbirds. Dlaczego nie?

Zajechaliśmy na górny parking dużej galerii handlowej. Mimo, że sklepy zamknięte parking był otwarty strzeżony dziś przez policję. Nie było bardzo dużo ludzi, całkiem dobrze, bo zachowana była odległość między ludźmi.      Czekałam z MM niecierpliwie na samoloty. Wiedziałam, że przelecą i polecą. No i umknęła mi sekunda jak się zbliżali. To zbliżenie to była właśnie sekunda, zanim się zorientowałam to nad głowami już byli i tylko ich “ogony”. MM zdołał kilka zdjęć pstryknąć i zamieszczam zdjęcie wykonane prze MM.

Ludziska byli zamaskowani i nie, ale nie zauważyłam, żeby ktokolwiek miał rękawiczki ochronne.  Temperatura bardzo wysoka dochodziło w słońcu do 30ºC. Ja wyjątkowo się zabezpieczyłam ale… właśnie ale….gdy nakładałam maseczkę jakiś jegomość z pół metra odemnie, przechodził i kaszlnął. Oczywiście, a jakże może być inaczej, nie ma tak,  że jegomościowi coś przeszkodziło w gardle: kurz z powietrzem się dostał, alergik.itd. Pomyślałam, że będę musiała czekać na objawy 5-7 dni. No cóż, trzeba było maseczkę szybciej nakładać, ale i podobno te maseczki o kant stołu można obić. Nie ważne czy będę czekać na objawy czy nie, pokaz był błyskawiczny. Przyjemnie było wyjść z domu, ujrzeć prawie normalny świat i prawie normalnych ludzi.



Zajechaliśmy jeszcze do sklepu spożywczego po arbuza, no i prosto do domu. Zadzwoniła córcia i pokazała mi swoją fryzurę, właściwie jej brak. Obcieła się prawie do zera! jeśli coś na jej głowie zostało to milimetr lub dwa długości włosów. Włosy miała dłuuuugie. Od jakiegoś czasu myślała o obcięciu. Zamiast obciąć, ogoliła. I tak może być. Najważniejsze aby jej odpowiadało, reszta się nie liczy. Córcia jest zadowolona. 

Późnym popołudniem zasiedliśmy do komputerów. Co jakiś czas słyszałam: jak to zrobić, a z tym co zrobić, a jak zeskanować slajdy? nic u mnie nie pracuje. Nie wszystko co nowe jest dobre. Uspokoiłam MM, ze swoich myszkowanych urządzeń wyciągnęłam swój skaner do slajdów. Jeśli udało mi się zainstalować do Maca to tym bardziej uda mu się z Windowsem, jeśli wcześniej nie zrezygnuje i pójdzie łatwiejszą drogą. 

 

Dobiega koniec dnia. Dzień był miły jak i wieczorek zapowiada się przyjemnie.

 

Pieczenie chlebka

Chlebek jaki jest wszyscy widzą. Ostatnio piekę wg jednego przepisu. Szukałam. Wszystkie chleby jakie do tej pory piekłam, były smaczne. Ten przepis najlepszy i expresowo się robi. Nie będę was zamęczać przepisami, ci co pieką mają swoje wypróbowane przepisy. Dziś również dokarmiłam zakwasy – pszenny i żytni. Następny chlebuś zrobię żytni. Rośnie też ciadto na drożdżowe bułeczki. Przy organizacji lodówki, stwierdziłam, że jest za dużo słoiczków z końcówką dżemów. Zużyję dżemy jako nadzienie do bułeczek.

Dzisiejszy dzień jest moim dniem bez określenia, bez nazwy. Nazwałam ten dzień : DZIEŃ😁

Wiele lat temu….

Każdy z nas ma sny. Jedni pamiętają inni nie. Pamiętam sen, który śniłam przez kilka nocy. (miałam 17-18 lat – to jeszcze dinozaury żyły😁) To był sen, który miał ciągłość następnej i następnej nocy….z tym że, po zasnięciu śnił mi się sen z poprzedniego dnia, ale w skrócie tak jakbym miała, przypomnieć co było poprzedniej nocy i już na spokojnie, śniłam ciąg dalszy. To było bardzo ekscytujące wrażenie. Nie pamiętam treści snu, pamiętam do dziś, kolory i budynki z czerwonej cegły.

Sny w większości są prorocze. W tej chwili czekam na jakieś wydarzenie, nic złego, raczej nieprzyjemne. Nie lubię swoich snów. Wolałabym abym ich nie pamiętała.

Sen o numerach lotka pamiętam, a było to tak…..pewnego poranka po przebudzeniu pamiętałam cyfrę, cyfrę wydrukowaną na papierze. W ciągu dnia zastanawiałam się…o co chodzi z tą cyfrą. Następny poranek, w pośpiechu pobiegłam po kartkę i długopis i szybko zapisałam następną cyfrę. Miałam 2 cyfry nie pasujące do niczego, nie miałam też żadnych skojarzeń. Następnego wieczoru, kartkę z długopisem polożyłam na nocnym stoliku aby nie zrywać się jakby się paliło. Zerwałam się a jakże, przyśniły się 3 cyfry na raz, lecz trzecią…..pamiętałam we śnie, po przebudzeniu się rozmyła. Śniąc o ostatnich trzech cyfrach, śniłam o zdarzeniach sugerujących wygraną. Czwarta noc i dwie cyfry z których jedna mi uleciała, się rozmyła. Jeszcze piątej nocy przyśniła się szósta cyfra, niestety po przebudzeniu uciekła. Nie mogłam już dłużej czekać, trzeba było zdawać lotka. Miałam 5 cyferek!!!!Wygrałam!!!! Nie był to milion, nawet nie 20tys. Ale kwota mnie zadowoliła. Roztrwoniłam wraz z dziećmi całą wygraną!!!! Dzieci były w wieku 6 i 4. Mieliśmy frajdę.

Następny sen. Pozwolono mi zobaczyć prawdziwe NIEBO, niebo gdzie znajdują się Duszyczki. Niezapomniane wrażenie i widok. Nie wolno mi dokładnie opisać ale jedno wam powiem…..szczęście i spokój Tam panuje.

Obecnie rozmawiam z mamusią o śmierci. Uspokajam mamusię, jak i wprowadzam ją na drogę, drogę którą sama będzie podążać. Boli mnie serduszko, nikt mamusi nie potrzyma za rękę, umrze w samotności, pomimo ludzi mieszkających obok. Przykro mi że, moje dwie siostry w pogoni za majątkiem gotowe własną matkę wygonić (nawet nie gotowe, wyganiały, nie obeszło się bez wizyty stróżów prawa) z jej własnego domu. Obecnie nie ma już takiej pogoni za majątkiem ale spokoju również brak. Mamusia słabnie i nie jestem pewna czy dożyje do grudnia. Będzie mi bardzo ciężko. Co ja mówię…będzie….jest mi bardzo ciężko. Dlatego poszukuję różnych artykułów, reportaży na temat śmierci, ponieważ, jeśli mam pomagać to pomagać umiejętnie, a nie pleść trzy po trzy. Po każdej rozmowie mam podwyższone ciśnienie i muszę przyjąć coś na uspokojenie. To nie są łatwe tematy i pytania…

Dziś wymyłam dwa duże okna i szybki w drzwiach wyjściowych na deck. Bym zapomniała, okno w pralni!!! Wymyłam również. Medal mi się należy, coś zaczęłam robić oprócz pieczenia chleba. Sklepowego chleba nie sposób jeść. W ubiegłym tygodniu zrobiłam przerwę od wypieków. MM przywióz chlebek z Whole Foods Market (sklep ze zdrową żywnością). Podejrzewam że, bocheneczek niechcący wpadł do beczki z octem. Kto taki chlebek piecze, nie wiem. Więc, przerw w wpieczeniu chlebka już nie będzie.

Powolutku dostosowuję się jak widać do siedzonka w domku😁.

Umieranie w samotności

Zamieszczam link do artykułu, o umieraniu w samotności podczas wirusa.

Jest mi bardzo smutno, chciałabym nieba uchylić tym ludziom, moje niebo jest dziś zachmurzone i nieprzyjazne ludziom. Tym bardziej jest mi smutno.

https://tygodnik.polsatnews.pl/news/2020-04-17/bez-pozegnania-o-ludziach-umierajacych-w-samotnoscimoja-propozycja-ostatnie-pozegnanie-w-windzie-o-umieraniu-w-czasach-koronawirusa/

Chciałabym jeszcze zamieścić link do artykułu o umieraniu w samotności, którt pomógł mi zrozumieć samotnych i cierpiących starych ludzi. Pozwolił bardziej zrozumieć moją mamusię.

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ludzie-najczesciej-odchodza-w-nocy/8cfm5qt

Jest mi bardzo smutno.

I co mam napisać…

bez wulgaryzmów…text message, mam zostać w domu do odwołania. Rządowe dolary jeszcze nie dostarczone. MM już 1 tydzień zaliczył, bez zatrudnienia. Moje dolary wpływają w okrojonej wysokości i lepiej żebym ich nie było to bym dostała 600$ tygodniowo i co z tego że przez 4 miesiące (podobno). I co z tego, że trzymają mnie na zatrudnieniu. Pytanie…jak długo? Nikt nikomu nie daje gwarancji. MM prowadzi rozmowy z rekruterami. Co wydzie, nie wiadomo.

A miałam nadzieję, że pójdę do pracy. Nadzieja …. a co to wogóle jest? To jest 50 / 50!!!! Ja się tak ” bawić” nie chcę. Nie jestem fryzjerką, mogłabym otworzyć drzwi w stronę świata i klientów. Nie jestem osobistym trenerem, więc nie mogę oczekiwać na żadne “ciało, ciacho, sadełko”. Więc, się wkurzam na to “do odwołania” i nie chcę być zakładnikiem. Jestem jak w więzieniu chociaż ….. wczoraj wyjechałam z synem do salonu samochodowego w celu zakupu 4 kółek. Nigdy w salonach samochodowych nie było kolejek, nikt nie wyrywał drzwi z zawiadów i tym razem takich sytuacji na zauważyłam. Pan o innej niż jasna karnacji skóry, miał założoną maseczkę na twarzy, inni bez maseczek. Rękawiczki na dłoniach w 90% pracowników były widoczne. Klienci? Nikt nie miał, bo nie wielu tych kientów.

Syn kupił i odjechał zadowolony. Na autostradach mniej niż korki. Zdziwiło mnie to bardzo. Gdzie chorzy? Gdzie kwarantanna? Gdzie zakazy? Czyżby wszyscy spieszyli się w sobotę do fryzjera i siłownie które mają być otwarte od poniedziałku? Co za durna sytuacja!!!! Jechałam i zastanawiałam się … gdzie jest wirus…? Możliwe, całkiem możliwe że któryś z pracowników salonu samochodowego był nosicielem. Jeśli tak, to powinno dawno znieść ten salon z powierzchni ziemi.

Nie idę do pracy do odwołania!!!! Koniec i kropka!!!!!

Jajeczny problem😁

Od jakiegoś czasu tak mam. Każdy dzień to sobota, a dziś u mnie jest poniedziałek. Jeśli wczoraj u mnie była sobota powinien dziś być… jaki dzień? niedziela. Nawet w tym odczuciu nie ma u mnie jakiegoś porządku…jest poniedziałek tak to czuję. A dziś podobno jest piątek. A wogóle czy to ważne, jaki jest dziś dzień tygodnia?

Więc już nie pamiętam kiedy to było wtorek czy środa. Postanowiłam na kolację zrobić omlet. “Chodził” za mną od kilku dni. Wiadomo jak się robi omlet. Jajka, sól, pieprz, mleko, mąka i się bełta. No nie wiem gdzie zrobiłam błąd. No widziałam w miseczce że, za mało mąki a za dużo mleka, ale zamiast dosypać mąki wylałam ciasto na patelnię. Posypałam żółtym serem. Smażyło się, wyszła mamałyga. No dobrze jajecznica ale kurcze nie chodziło mi o jajecznicę!!!!! ja chciałam OMLET, OMLET i jeszcze raz omlet. Pierdyknęłam patelnię do zlewu i wybiegłam na podwórze. Płaczę w niebogłosy aby nie przestraszyć sąsiadów zakrywam dłońmi usta. Płaczę bo szkoda mi jajek które są teraz, może nie na wagę złota ale w niektórych sklepach brakuje. Mleko można dostać ale z mąką są problemy. Płaczę bo jak MM jedzie do sklepu to się naraża a ja, ja zmarnowałam TRZY jajka!!! On narażając się, bardziej mnie naraża… płaczę bo jak wraca ze sklepu to maseczkę zdejmuje byle jak i rzuca w samochodzie na siedzenia. Płaczę bo jak zdejmuje rękawiczki którymi dotykał nie tylko rzeczy które kupiwał ale i wózek sklepowy, zdejmuje w kuchni i rzuca na blat kuchenny. Płaczę bo myje ręce jak już wszystkie zakupy pownosi i zdejmnie okrycie. Płaczę że, nam całą kuchnię w wirusach. Płaczę bo widzę je oczami wyobraźni i wtedy lecę do kuchni myć ręcę pid bardzo gorącą wodą. Rozpaczam i chcę do domu do Polski. Do domu tam byłabym bezpieczna, tam jest moje życie. Później ryczę że, tam nie ma moich dzieci one są tutaj i w Polsce tęsniłabym do dzieci. No i łzy leją się jak deszcz w rynnach. Kiedy mój mąż mnie ujrzał się przestraszył. Odpowiedziałam, żeby zostawił mnie w spokoju.

Powolutku doszłam do siebie i już nie było kolacji. MM nie dopytywał ( mnie nie trzeba ruszać w takich sytuacja). Rozmawialiśmy wieczorkiem o wszystkim ale nie o powód mojego płaczu.

Na drugi dzień zrobiłam na śniadanie wyśmienite dwa omlety i opowiedziałam o mężowi powód mojej rozpaczy. W lodówce mam jajek barrrrdzo dużo. Masła dwa gatunki, 2kg mąki i wiele wiele smakołyków. Mogę teraz robić mamałygi i wywalać do zlewu😁😁😁 MM zaopatrzył mnie w jajka hahaha i nie tylko.

Nie musi być prawdziwy powód do płaczu, żalu i rozpaczy. Czasami trzy kurze jajka ( i wcale nie złote) mogą doprowadzić do rozstroju nerwowego. Moja córcia zaśmiewała się do łez kiedy jej opowiadałm, zna mego męża, nawet żebym wywaliła i 12 jajek to on nie widzi problemu. Kupi następne. Bo dla MM moje samopoczucie jest najważniejsze.

Wiem że, wirus też miał wpływ na moje zachowanie. Siedzę zamknięta już prawie 2 miesiące, bombardowana wiadomościami o zmarłych i zakażonych przez media. Martwię się o męża, swoje i męża dzieci i całą rodzinę. Martwię się o moich zaprzjaźnionych fachowców w Polsce. Na propozycję pomocy finansowej, odpowiedzieli podziękowaniem, za pamięć również.

Będzie dobrze, bo być musi.

Nie idzie mi pisanie

lepiej mi idzie czytanie waszych blogów. Czasami pośmieje się, zastanowie nad nie moimi problemami, poruszam głową w te i nazad 😁bo … jak to można sobie życie skomplikować. Oczywiście, że ludzie tacy jak ja i MM uczymy się być razem. Przez 15 lat spotykaliśmy się na weekendy a teraz, od rana do rana. Czasami to jest bardzo skomplikowane nawet w domu o powierzchni ponad 300m kw. Okazuje się że, kuchnia przymała a i metrów brakuje bo co jakiś czas obijamy się o siebie. Ja burknę on fuknie i naburmuszeni rozchodzimy się aby za kilka minut spotkać się w kuchni przy kawie lub czymś do przegryzienia. Po fukaniach śladu nie ma i jakby nigdy tego fukania nie było. MM czyta w tej chwili ja klikam i słucham (o dziwo) jego strasznego rocka, który zaczyna mi się podobać. Mówią że disco jest umpa upma umpa ale ten rock to też jest bum bum bum. Bo w muzyce powinien być jakiś rytm. OK przynajmniej tak mi się wydaje.

Walam się na kanapie, piesek wskoczył i dotrzymuje mi towarzystwa.

Dostałam wiadomość od fryzjerki że, powoli swoje usługi będą “odmrażać”. To była bardzo radosna dla mnie wiadomość. Maska na pyszczek konieczna i oczekiwanie w swoim samochodzie do chwili otrzymania pozwolenia wejścia do salonu. Włosy odrosły, już nawet sama przycięłam. Ale trzeba zrobić jakiś fryz, bo tych kilka piór na głowie nie trzyma się kupy.

W maju mają nas wypuścić ale…. gubernator naszego stanu chce puścić a główny całego landu chce trzymać za zamkniętymi drzwiami. Ot i nieporozumienie powstało. Wszystkue mądre głowy z całego świata muszą przyznać że, wirus jest mocarzem. Nasi władcy poruszają się jak dzieci we mgle.

Ale chciałabym już pójść do pracy. Być w ciągłym biegu, nie mieć czasu a jednocześnie mieć wszystko zorganizowane i ze wszystkim nadążać.

Wstawać rano, jęcząc że pospałoby się jeszcze. Wypić w biegu kawę, w biegu do garażu i włączyć drive bieg. Podobno już będą u mnie ruszać właśnie w maju. Oj co to będzie!!! Co ja na siebie nałożę bo … fałdeczek przybyło od tych bułeczek z dżemem figowym. Cieplutki chlebek prosto z piekarnika poszerzył 4litery, a i staniczek przymały. Siłownia zamknięta a w domu sprzęt stoi i oliwienia potrzebuje.

Trochę pomarudziłam😁😁😁😁😁

bez paniki…

Nie interesują mnie matki siedzące w domu z dziećmi. Tak jak kiedyś nie intereswoało innych kiedy moja 3 letnia córeczka wspinała sie na kolanach po schodach do autobusu. Nikt nie pomógł. Ja też nie mogłam pomóc bo wciągałam wózek z malutkim synkiem do środka autobusu. Wszyscy jak jeden mąż, wybrali inne drzwi do wejścia do autobusu, aby tylko nie pomóc. Udawali, że nie widzą a ci których prosiłam udawali głuchych i ślepych. Więc niech matki siedzą z dziećmi i nimi się zajmują, bawią się i odrabjają lekcje przez internet. Nie biadolę i nie interesuję się narzekającymi albo bez potrzeby bijących pianę. Jak jest wszyscy wiedzą i widzą. I co z tego, że rządy nie podają prawdziwych cyfr odnośnie zakażonych i zmarłych osób. Jak podadzą będzie panika, tratowanie i zabijanie się i nie tylko w sklepach. Będą zabijać za kromkę chleba, za maseczkę i rękawiczki na dłoniach. Bo wszystkim maseczek, rękawiczek, mydła nie wystarczy. Moim zdaniem to jest jedyne dobre posunięcie wszystkich rządów, zaniżać dane.

Przypuśćmy podadzą prawdziwe dane i nie wybuchnie panika, nikt nikogo nie stratuje, nie zabije i zębów za mydełko czy masełko nie wybije. Co zwykły zjadacz chleba zrobi z tymi danymi? W czym pomoże zakażonym i zmarłym jeśli do cyfry 200 dodadzą 2000. Co to zmieni? oprócz narastającego strachu i buntu.

Każdy wie, że żadne państwo nie zdało egaminu z koronki. Pytanie. Jak miało zdać egzamin, jeśli koronka pojawiła się po raz pierwszy w świecie i na  świecie i nikt tak naprawdę nie był przygotowany. Nawet jeśli twierdził, że był i jest. Nikt tak naprawdę nie przewidział NICZEGO co dotyczy koronki.

Fajnie krytykować ten czy inny rząd ale….zawsze może być gorzej. Nikt też nie przewidzi czy za demokratów, republikanów, pisowców czy też innej partii nie byłoby gorzej. Bo gorzej zawsze ale to zawsze może być a lepiej jest wielkim znakiem zapytania.

Zamiast ganić, że ktoś nie wymył przycisków w windzie, wsiadając sami wymyjmy, zróbmy przyjamniej to dla siebie, a nie oczekujemy,  że ktoś dla nas to zrobi. W szpitalach na całym świecie brakowało i brakuje środków ochrony osobistej przed virusem. Trzeba to zrozumieć, bo nie było nikomu wcześniej potrzebne produkowanie wielomilionowych ilości maseczek, rękawic ..itd. To było by zamrażanie środków finansowych w coś co nie było sprzedawalne w multimilionach. Magazynowanie i również blokowanie powierzni magazynowych też było zbyteczne. Nikt nie przewidział, że virus się pojawi,  pojawił się pod koniec grudnia czy na początku stycznia z tym ,że nikt viurusa jeszcze nie znał. Wszyscy myślelni, groźny ale się nie rozprzestrzeni  i była jedynie obserwacja zachowania się wirusa w przestrzeni i na organizmach żywych. No cóż, stało się co się stało i z tym przyszło się nam żyć. Nie ważne czy ja piszę z ameryki, Kamczatki czy Konga. Wszędzie jest virus. Wszyscy mamy ten sam problem. CHOROBA W NAJLEPSZYM WYPADKU – ŚMIERĆ W NAJGORSZYM.

Oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę.

Nie ważne, małe dzieci duże dzieci, stary czy młody. Każdy chce żyć.

Kiedyś miałam już wydany wyrok śmierci. Córcia miała jedynie roczek.

Co zrobiłam. Wysprzątałam cały dom. Opisałam wszystki półeczki i wydałam na piśmie decyzje co i jak. Byłam gotowa( jeśli można to tak ująć) i pogodzona. Więc nie ma co szaleć, że wirus, rządy, maseczki….. nie analizować kto lepszy a kto gorszy. Wirus wszystko i wszystkich wyrówna.

Trzeba dostosować się do zaleceń rządu (obecnie panujących) i siedzieć w domu a nie spacerować z pieskiem, z dzieckiem w wózku lub uprawiać biegi na przełaj.

Oczywiście, że siedzenie w domu nie należy do przyjemnych, ja też byłam aktywna. Mój projekt też diabli wzięli w chwili obecnej. Nie zarabiam. Mogę pozazdrościć w chwili obecnej emerytom, emerytura do was przyjdzie do mnie nie przyjdzie. Muszę się przestawić, przkwalifikować.

No cóż….trzeba to trzeba i trzeba to przeczekać. A ci co zostaną jeszcze będą z rozrzewnieniem wspominać czasy kiedy na dupsku w domu siedzieli podczas koronki.

Czy przeżyję, czy nie to nie wiem, bo nikt nie wie. Virus z każdym dniem zabiera coraz więcej istnień.

Pozdrawim was wszystkich.

jak dobrze pamiętam…

nie było wirusa, też ludziom było źle, bo  za mało wszystkiego lub za dużo.

Słońce latem świeci i w tyłek pali – źle

Deszcz pada – źle.

W autobusie pijak smierdzi – źle

paniusia wylała flakonik perfum na siebie  -źle

Teraz mamy na całym świecei koronkę – też źle.

Bo to się siedzi w domu i nie można wyjść, ale jak koronki nie było,  to siedziało się w chałupie i tyłka z kanapy się nie podnosiło przez tydzień albo i więcej to wtedy było OK.

Do kina się nie chodziło miesiącami a tu narzekanie, że do kina wyjść nie można.

Pracowali ludziska w biurach i narzekali, że chętnie by wzięli urlop a szef nie daje. Teraz są na urlopie i też źle.

Dzieci nie mają odpoczynku, tyle w szkołach zadają, że dzieciaczki nie radzą z programem i główeczki ich bolą – teraz dzieciaczki siedzą w domkach nie chodzą do szkoły, mają więcej czasu na kontakty z rodzicami – też źle.

Ludzie opamiętajcie się – DOSTOSUJCIE SIĘ!!!!!

Zajmijcie się sobą, rodziną i w końcu zauważcie że macie swoje dzieci. Porozmawiajcie.

Przestańcie narzekać i  czekać z niecierpliwością końca koronki. Co zrobicie jak koronka zostanie z nami jeszcze 12 miesięcy?

Obgryzanie paznokci na nic się zda, narzekanie również.

Każdy miał jakieś plany i niestety trzeba wszystko przełożyć lub po prostu zrezygnować.

Trzeba nauczyć się obok koronki żyć i z nią również.

 

 

 

Niepokojący początek dnia

To znaczy, że nie trzeba się spieszyć. Wypadek na autostradzie. Musi być bardzo poważnie. Za wcześnie na korki, dopiero 6:33am.

Znaczy: ktoś cierpi, ktoś umarł, ktoś spóźni się do pracy. Kruche, bardzo kruche i nieprzewidywalne jest nasze życie. Helikopter krąży i groźnie burczy. Obie strony autostrady zablokowane. Musi być na prawdę nieciekawie. 🙁

Po 20 minutach helikopter odleciał z nad mojego domu, tylko słychać w oddali wurkot silnika. Krąży zapewne bardzo blisko tego zdarzenia. Teraz jęczą karetki, policyjne wozy trąbią. Smutno na seduszku się zrobiło. Ktoś walczy o życie w ten deszczowy poniedziałkowy poranek.

Muszę poczekać aż odkorkują i wnowią ruch. Nie po mojej stronie był wypadek ale ruch wstrzymano po obu stronach autostrady która jest oddzielona betonowym murem.

Cicho teraz, tylko deszcz szumi.

Spokojnego poniedziałku.

Ostrożnej jazdy i szczęśliwych powrotów do domów życzę.

Gdyby….

można byłoby jednym przyciskiem zmienić pogodę, to dziś bym to uczyniła. Zmieniłabym z deszczowej na słoneczko. Od tygodnia pada i pada. Nic też nie zapowiada że, słoneczko pojawi się w następnym tygodniu.

Więc, proszę o przycisk na zmianę pogody. Obiecuje że, nie będę korzystać zbyt często.

Ale już zmęczona jestem deszczem 24 h. Chcę zmienić mokre ulice, szare dni na piękne słoneczne. Nie chcę słuchać już tego ciągłego dzwonienia deszczowego. Przyciskam – słoneczko rozświetla cały mój świat!!!!! Kwiaty podnoszą swoje główki, gałęzie prostują swoje ramiona a ludzie plecy. Ptaki z ukrycia wychodzą i zaczynają śpiewać. Brzydkie wiewiórki grzebią w ziemi bez pośpiech. Dzień słoneczny się budzi, będzie ładnie, będzie cudnie!!!

Niestety takiego przycisku nie posiadam.

Więc, muszę być przygotowana nawet na przemoknięcie. Muszę pocierpieć trochę i przeczekać ten nieustający deszcz. Brrrrr

Test dla starszej ….

Od powrotu do domu, dzwonię do Mamusi każdego dnia po 2razy, z rana i po południu mojego czasu. Nie ważne, gdzie jestem i co robię, słuchawka do ucha i jestem, można powiedzieć zajęta. Sklep, bank, biuro, prowadze samochód … dzwonię, rozmawiam, słucham. Jestem na bieżąco z jej małymi i większymi problemami. Większe to zdrowotne, małe sama sobie prostuje. A są to braki w zakupach żywności, więc dwa razy w tygodniu wychodzi do osiedlowego sklepiku. Sklepik osiedlowy jest nastawiony bardziej na smakoszy trunków wysokoprocentowych, więc nie jest odpowiednio zaopatrzony w artykuły spożywcze. Chleb, bułki, czasami ziemniaki i zdechły ogórek się trafi mojej mamusi, z tego też jest zadowolona. Córka sąsiadki dokupuje mamusi czasami jakieś mięsko i jest ok. Mamusia zmieniła nastawienie do reszty swojego życia i uważa, że nie jest tak źle. Przed wyjazdem załatwiłam mamusi “opiekunkę” za duże słowo aby paniusię która odwiedzała mamusię tak nazywać. Zanim tę panią znalazłam, miałam kilka spotkań i wiele rozmów telefonicznych. Pani, to jest znajoma mego wujka. Jako znajoma może być, ale opiekunką do osób starszych (tak przynajmniej twierdziła) to jest a raczej była żadną. Od pierwszej chwili nie spodobała mi się ta pani. Coś mnie od niej odpychało. Na swoim przeczuciu nigdy się nie zawiodłam. Tym razem nie miałam wyjścia, musiałam uspokoić, uśpić, zabić moje przeczucie. Mamusia nie chodząca, żadnej opiekunki nie miałam, a wyjeżdżałam następnego dnia. Różne uczucia odnośnie paniopiekunki mną targały ale … nie miałam wyjścia.

Oczywiście że, byłam w opiece społecznej. Mamusia nie kwalifikowała się i nigdy się nie zakwalifikuje do takiej opieki, ponieważ, mamusi córka mieszka drzwi w drzwi. Mają jeden dom i jeden korytarz. Co tu dużo mówić, siostra młodsza to jest człowiek … nie to nie jest człowiek, bo człowiek ma serce.

Pomijając siostrę i szwagra.

Zostawiłam mamusię na pastwę losu, tak jak wiele lat temu zostawiłam swoje dzieci. Swoich dzieci później nie widziałam całe 4 długie lata. Ale to inna historia i za tą historę mogę “podziękować” swojemu byłemu, którego ciało sprowadziłam z Irlandii i godnie pochowałam w Polsce.

A więc, targana wątpliwościami, pocieszałam mamusię w dniu swojego wyjazdu.

Pojechałam i łzy ukradkiem wycierałam.

Paniopiekunka okazała się cwaniarą. Umówiona kwota 25zł za godzinę była jak najbardziej płacona. Paniopiekunka powinna przebywać w ciągu dnia 2 godziny. Ile była? Maksimum 45 minut – bo się zawsze gdzieś spieszyła. Jeden raz odkurzyła, raz usmażyła naleśniki, raz usmażyła kotlety, na 2 miesiące pomocy? Spieszyła się, to na jakiś kurs, a to na działkę, a to do urzędu, a to na spotkanie. Ale…inkasowała i skwapliwie liczyła to co było …uzgodnione. W sumie 2 razy zrobiła zakup mięska. Moje prośby o przedstawienie dla mamusi paragonów zakupu na nic się zdały. Pani powiedziała ….ale mięsko było barrrdzooooo drogie….i kazała sobie płacić za kawałek mięska, z którego mamusia zrobiła 3 malutkie kotleciki 70 zł.

No nie wiem, może się czepiam, bo może to był jakiś kawałek z świeżo wytropionej sarenki. Chociaż jestem wrogiem zabijania sarenek.

Czarę przelało szperanie w mamusi szafkach. No i mamusia poprosiła o rezygnację. Dzwonię do paniopiekunki. Paniopiekunka się nie daje , więc jasno stawiam sprawę … nie przychodzić bo nikt nie zapłaci…

Posłuchała?

Przybiegła na drugi dzień do mamusi ale nikt jej nie oczekiwał i mamusia nie zapłaciła.Ta paniopiekunka, można powiedzieć była osobą polecana. A co z tymi niepolecanymi?

Szwagier aby dokuczyć mamusi powiedział ….coooooo wygoniłaaa takkkk??? wygoniłaaaaa panią Zosie….Aby szwagier z siostrą nie doczekali takiej starości. Nikomu złego nie życzę, dla nich też nie.

Aby coś robić przez godzinę gadania na skype, wyszukałam testy na demencję. No i dawaj testować swoją mamusię. A co to za figura? A czy noga ma 4 krzesła? A jakie jest imię damskie od a do z😁. A czy ogórek to jest zwierze? A czym się różnią te kształty?

Mamusia zdała na piątkę i miałyśmy ogromną zabawę.

Stwierdzam że, żadnej choroby psychicznej mamusia nie ma. Chociaż… na zegarku odczyta i powie która godzina lecz na narysowanym na papierze zegarku, już ma kłopoty. Ale czego ja się czepiam 91 letniej osoby.

Wszystkim życzę takiej pamięci w wieku 91 lat a nawet lepszej. Wszystkim też życzę długiego życia, (zaznaczam) w dobrej kondycji fizycznej i umysłowej.

Jestem Walentynką

która sobie sama kupiła piękny bukiet białych róż.

Jestem Walentynką, która już wczorajszej nocy otrzymałam mleczne słodziutkie czekoladki.

Jestem Walentynką, która idzie na randkę ze swoim własnym mężem.

Jestem Walentynką każdego dnia!!!!!

Wszystkim życzę miłego dzisiejszego dnia i wszystkich następnych, bez względu czy celebrujemy walentynki, urodzinki, imieninki czy coś innego.

z motyką na księżyc….

moja motyka ma pęknięty trzonek i tylko jeden ząb! Ale, ale, jeśli użyję odpowiedniego ruchu i poczekam na pełnię (Supermoon)możliwym będzie strącenie księżyca🙃😃🙃😃


Widziałam taki zachodzący, palący się supermoon, był ogromniastyyyyy, zakrywał prawie cały horyzont. To był widok!!!!!

A to jest inny księżyc.

Zdjęcie nie jest moją własnością.

Zdjęcie zostało wykonane w minioną niedzielę przez grupę ludzi pracujących w Ocearch Southern Tide. W grupie tej pracuje starsza córka MM. Księżyc był niesamowity.


Dla mieszczuchów zamieszczam zdjęcie motyki do ziemniaków. Zdjęcie pochodzi z internetu, o jej

jej, jestem z miasta, ale wiem co to jest motyka

księżyc był
motyka była
świadomość i podświadomość w metodzie Feldenkraisa – pracuję nad tym. Nie mam większych problemów, bo urodzonym optymistą jestem i mam zawsze z wiatrem. Wiarę w siebie mam, ale …ten wiatr czasami trochę tak zakołuje, że łapię katar lub zapalenie ucha. Po dojściu do siebie, znów wiatr wieje w żagle.

CEL jest i odpowiednia motywacja utrzymuje mnie na powierzchni ale, jest ale, kiedy pomyślę o terminie. Wtedy, po prostu mnie podmywa i nogi brodzą w wodzie. Muszę utrzymać się na powierzchni, bo pływać to ja nie umiem, laniem wody też się nie zajmuję. Nie moje tereny.

Znowu krzyknę o jeju!!!

Bo … termin mnie goni, a ja siedzę i piszę bzdety.

Odnośnie mojego zadania do wykonania, dzieci nie widzą problemu, MM też nie (dasz radę), a ja … czym dalej w las – więcej drzew. A nie jestem dobra w terenie bez GPSa.

Z tego wynika, że muszę obrać sobie jakąś pomoc. No nie fizyczną, taką umysłową.

Trzeba myśleć!! bo w tym lesie zostanę!!!

W przerwie

Oderwałam się od komutera na dłuższą chwilę, zrobić herbatę mango i coś do przegryzienia. Wczoraj aby nie marnować czasu na gotowanie, do brytwany pokroiłam ziemniaczki (oczywiście obrane), paprykę (czerwona, żółta i pomarańczowa), mięsko i kiłbaskę ( wcześniej podsmażone na patelni). Dodałam olej czosnkowy, dużo oregano i inne przyprawy. Bez stania przy kuchence gazowej, w piekarniku się upiekło-usmażyło.

To było wczoraj. Dziś resztki wyjadam. MM wraca wieczorem, będzie musiał wymyślić coś sobie na kolację. Kolacji prawie nie jadam. Czy kolacją można nazwać, wypity lub zjedzony jogurt?

A wiecie co?

Dziś u mnie padało coś podobnego do śniegu. To było w powietrzu, do ziemi nie doleciało!!!

Po ulewie nocnej i dzisiejszych wiatrach, żonkile położyły się na ziemię. Zeby je podziwiać, zerwałam i do flakonika szybko wsadziłam . ❤️

02.02.2020 co się wydarzyło….

1. Nic się specjalnego. Pogoda słoneczna ale chłodno.

2. Mamusia w dobrym humorze i nie mam z mamusią żadnych problemów. Dzwonię do mamusi 2 razy w ciągu dnia, tak robię od 17 listopada 2019 roku.

3. Córcia pomalowała włosy na mysi kolor.

4. Piekę bagietki, syn zamówił.

5. MM zmienił plan wyjazdów i powrotów. Obecnie będzie wyjeżdżać w poniedziałki raniutko i wracać w piątki wieczorem.

6. Super Bowl dzisiaj.

7. ……

Ostatni dzień Stycznia 2020 roku

Zapach gotującej się kawy poszybował wysoko pod sufity i ogarnął cały parter. Chodzę i szczęśliwa chodzę po domu, wciągając nosem aromatyczny zapach. Za oknem pada i jest zapewne wilgotno. U mnie w domku ceplutko-aromatycznie. Zegar wybija 11:45am. Napawam się spokojem, ciszą. Ciszą? Deszcz pada, krople spadając dźwięczą w rynnach.☹️

Popijając kawę, liczę godziny. O której godzinie będę mogła piec chlebki. Ciasto (na zakwasie) na chlebki będzie rosło około 7-8 godzin. Jeden chlebek zwykły, drugi słonecznikowy, z wierzchu posypałam pestkami z dyni, tak dla urozmaicenia.

Zanim chlebek będzie gotowy do skonsumowania, robię ciasto na dwie bagietki.

Międzyczasie wstawiłam pranie. Jak widać choroba już na dobre mnie opuściła.

Bagietki – palce lizać. Nie mogłam się powstrzymać od odłamania.

Chlebuś również się upiekł. Jeszcze za gorący aby przekroić. Podobno chlebuś po wyjęciu z piekarnika jeszcze dopieka się, aż do całkowitego ostudzenia. Więc za radą profesjonalnych piekarzy… nie kroić przed ostudzenien…., cierpliwie czekam. Jestem bardzo ciekawa smaku chlebka z pestkami słonecznika.

Nieprawdaż, że pięknie wyglądają?

To nie jest lenistwo…

Po pracy wskoczyłam do łóżeczka. Przespałam kilka godzin. Czuję się znacznie lepiej po odpoczynku. Wcale to nie znaczy, że poleciałambym ze szpadlem na jard rowy lub doły kopać. Jakaś choroba krąży uparcie po moim organizmie i jutro zostaję w domu, nadal się leczyć. Co z tego będzie zobaczymy.


 

Dziś znacznie lepiej się czuję,  wyskoczyłam jedynie do banku i po malusie zakupy do spożywczego. Mam chęć pieczenia, sprzątania i z mopem latania po domu. Postrzymałam swoje zapędy. Jest jak jest. Nikt mi nie brudzi. Ok,  pieski ale …one przeważnie siedza w kuchennej jadalni. Zanim dojdą do innych pokoii to swoje zielska i liście pozostawiają na dywanie w jadalni. Nigdy nie latałam z odkurzaczem każdego dnia to i dziś wytrzymam.

Odwiedziłam też urząd pocztowy. Wysłałam mamusi, nasze zdjęcia ze świąt, sylwestra i córci urodzin. Niech ogląda i niech się cieszy. Zdjęcia w rozmiarze A4,  więc będzie mogła dokładniej sobie obejrzeć. Wiem, że będzie oglądać te zdjęcia przez kilka dni. Słabo widzi ale przy pomocy szkła powiększającego, jakoś daje sobie radę.

Kupiłam dziś truskaweczki, no nie wiem…szukałam w tych truskawkach, smaku TRUSKAWKI. Nie bardzo mi się udało. Po dodaniu cukru lub polaniu miodem, wciąż nie mogłam odnaleźć smaku truskawki.

Tydzień temu kupiłam borówki, słodziuteńkie ale, to było jedno opakowanie takie, drugie niestety …ale pozbawione smaku.  O co chodzi z tym smakiem nie wiem, bo niby ten sam dostawca, jedno opakowanie smakuje,  drugie opakowanie borówek jak kartofle.

Resztę dnia odpoczywałam, odpoczywałam i odpoczywałam. Ból głowy minął, opryszczka zniknęła, pozostał katar. Kataru niczym nie leczyłam. Nie wsadzałam nóg do gorącej wody, nie zawijałam folią aluminiową, nie robiłam też żadnych inhalacji. Podobno – nie leczony katar szybko mija. U mnie to się nie sprawdziło.

Jutro do pracy i muszę być w formie,  nie mogę dłużej chorować.

 

 

 

 

 

 

Chałka

Wczorajszy dzień. Zostałam w domku. Wyleżałam i wyspałam się. Leczyłam się, samopoczucie było byle jakie, za oknem deszcz i szaro. Można było nie wychodzić z łóżka cały dzień. Po południu wygrzebałam się z pościeli, bo zachciało się czegoś słodkiego. Oprócz moich pieczonych słodkości, sklepowego z MM nie jemy. Decyzja. Chałka, mało pracy i stania w kuchni.

Chałeczka prawie sama się zrobiła. 😁Trzy razy rosła. Smaczniutka i słodziutka.

 Chałeczki już prawie nie ma i za chwilę zostaną okruszki.


Nie czuję się dziś najlepiej, ale można żyć. Popiłam coś tam na wzmocnienie, od przeziębienia i musi być dobrze. Nie mogę długo chorować. W poniedziałek do pracy, a roboty jest więcej niż dużo.

MM w poniedziałek też leci do pracy. Nie posiedział na bezrobociu dość długo. Tym razem nie marudził dość długo, bo każdego dnia coś robił.  Półki w piwnicy po stronie magazynowej, poprawiał. Lampę na podwórzu wymienił. Pozbierał opadłe gałęzie po silnych wiatrach. Rozpoczął organizację garażu. Sprzedał dużą i ciężką maszynę do cęcia liści. Jednym słowem nie siedział cały czas bezczynnie. Najważniejsze, że był zadowolony z wykonywanych czynności, co mnie też cieszyło i cieszy.

Żona szczęśliwa to wszyscy w domu szczęśliwi. 😁

 

Będę chora

Pierwszy objaw – coś mi rośnie na usteczkach.

Drugi objaw – mimo wielu warstw ubrania jest mi zimno.

Trzeci objaw – chce mi się płakać, już się nie chce tylko płaczę.

Czwarty objaw i ostatni – jeśli podczas chlipania mówię … nikt mnie nie kocha, jestem taka samotna … 99,9% będę chora.

Czym jest 0,1% ?

Przemęczeniem.

Stresem.

Bezsilnością.


Po powrocie do domku przebrałam się w pidżamkę, wskoczyłam do łóżeczka.

Po spanku. Humorek wrócił. I po marudzeniu śladu nie zostało.


Dobrze że to tylko marudzenie a nie chiński wirus.

Niedowiary!

Wczoraj był Dzień Babci. Wszystkie wnuki, duże i małe składały życzenia, wręczały kwiatki i laurki. Nie jedna babcia dostała czekoladkę czy bombonierkę.

Moje dzieci nie miały szczęścia dodzwonić się do babci i wcale nie dlatego, że telefon “się urywał”. Moja mama miała bardzo przykre zdarzenie. Wychodząc do sklepu zamknęła drzwi na klucz, zresztą jak zawsze. Po powrocie nie mogła niestety ich otworzyć. Zablokowały się. Dopiero wieczorkiem mogła się położyć do łóżka i odpocząć. Zdenerwowana i spłakana, nie mogła zasnąć do rana. A to dzięki szwagrowi, który nie szczędził szyderstw, a i mi się oberwało (przez telefon). Nieprzyjemna sytuacja.

Dziś mamusia była w lepszym nastroju. Porozmawiałam, uspokoiłam. Mój syn będąc u mnie, złożył babci swojej życzenia i chwilę porozmawiał.

A do mojej córci…..moja mamusia sama zadzwoniła ze skypa!!!!

Kobieta która skończyła 90 lat!!!

Dlatego niedowiary.

Niedowiary, że po instruktażu na wideo, wyłączyła i włączyła moją komórkę oraz włączyła głośność.

Moja córcia również była bardzo zaskoczona, tym bardziej, że była w pracy. Córcia moja miała również możliwość złożenia życzeń, spóźnionych ale szczerych.

Mam nadzieję, że nie było wiele babć, które w Dniu Babci płakały.

Zastanawiam się, czy pomóc zmienić testament mamusi czy go zostawić.

Mamusia została oszukana. Mnie też szwagier z siostrą zwiodł na manowce.

….będziemy się opiekować, pomagać, będzie ci dobrze….

Nie wytrzymali 2 miesięcy, chęć zdobycia majątku przywróciła ich w kanalje.

Wszystkie babcie, jeśli piszecie testament, nikomu nie mówcie!!!!

Nie mówcie mi, że u was jest, czy będzie inaczej. Też tak myślałam!!!!Teraz tylko kasa się liczy!!!

Babcie bądźcie ostrożne, bardzo ostrożne.

Dzień Jak Co Dzień

Dziś obchodziliśmy Dzień Martina Luther King Jr. Nie trzeba nikomu przypominać kim był, co uczynił i jak zginął. Pamiętam, że uczyłam się o nim 7-8klasie szkoły podstawowej.

Z tej okazji miałam i ja dzień wolny od pracy. Tak, od pracy zawodowej ale nie od domowej.

Nie planowane sprzątanie szafy mnie dopadło. Któregoś razu nie wiedziałam co na siebie nałożyć, pozwalałam ubrania na podłogę no i… nadszedł czas aby zrobić wiosenną segregację. Zrobiłam trzy grupy: te co używam, będę używać jak będę na emerturze i nikt na mnie już nie spojrzy, te które nie nałożę nigdy bo mi się już nie podobają.

Teraz nosi się spodnie rurki, te z trochę szerszymi nogawkami trafiły na grupę emerytki, bo kto wie, za kilka lat moda wróci i nie trzeba będzie wydawać kasy. Zapakowałam do pustej walizki i niech ubranko czeka na trudne lata. Czy nadejdą? Zobaczymy.

Wymęczyłam się przy sprzątaniu ale aby się już całkowicie dobić🙃 upiekłam smaczniutkie rogaliki z serem.

Tak też minął wolny dzień.

Co przyniesiesz mi wtorkowy dniu?

gif:www.tenor.com

Deszczowy poniedziałkowy poranek

Po wczorajszym pięknym i słonecznym dniu, pozostało wspomnienie.

Obudziłam się kilka minut po 3am. Myślę, że kaszel MM mnie obudzil. Nie był to jakiś atak kaszlu, dwukrotnie zakaszlał i nastała cisza, zakłucana szumem spadających kropel deszczu. Początkowo były to pojedyńcze kap, kap z czasem było więcej i więcej. Około 4:30 rozpadało się na dobre.

Już nie usnęłam ponownie, nawet nie próbowałam. Nie zmuszałam siebie do snu, budzik zadzwoni o 6am i będę musiała szykować się do wyjścia.

A deszczyk pada.

Z garażu wyjadę samochodem, nie zmoknę.

Wysiadając z samochodu, krople będą spadać za kołnierz, mokre i zimne krople.

Będzie nieprzyjemnie.

Po pracy, w taką deszczową pogodę, będę mogła schować się pod kocyk a najlepiej pod kołderkę i dokończyć nocny sen.

A teraz pozostała mi godzina czekania do wstania. Nie wiadomo co z nią zrobić.


Miłego poniedziałku.☔️☔️☔️☔️

“Coś poszło nie tak”….

Wczorajszego wieczorka długo dyskutowaliśmy z MM. W między czasie ugotowałam wyśmienitą zupę ogórkową. MM nigdy wcześniej nie jadł zupy ogórkowej, krupniku, kapuśniaku i wiele wiele innych potraw. W Chinach próbował dużo potraw ale nie skusił się na mięso z psa oraz karaluchów i nic co się na talerzu ruszało. Za to skusił się na zakupienie dla mnie podróbki zegarka Rolex, który trafił do śmietnika.

Wracając do wczorajszego wieczorku. Usmażyłam pączki. A oto mój pączuś. Z 70 dkg mąki wyszło 20 pączków każdy 61 gram +/-a

Skupiona byłam na słuchaniu i dyskusji z MM, więc moim pączusiom zabrakło serducha/uczucia ❤️. Ostatecznie, pączusie wyszły bez porównania gorsze niż ostatnio. Nie zrobiłam lukru, posypałam cukrem, lukier by nie pomógł. Pączusie mają nadzienie budyniowe oraz z śliwkowej marmolady. Pierwsze pyszne.

Żeby nie było, że wszysyko pyszne i mi się udaje, prezentuję oto:

blog czekoladowy MAMAŁYGĘ.

Nie wiem, nie pamiętam czego dodałam za dużo, czego za mało, czy masło było inne, a może powinnam dodać margarynę, no nie wiem. Mieszając jeszcze bez dodatku rodzynek, ciastek, orzechów i migdałów, powinnam wszystko wylać do zlewu, pokropić płynem do naczyń i zalać gorącą wodą.

Miałam nadzieję, nie prawda, że miałam nadzieję, masa bez dodatków powinna być już gęsta a nie lać się jak olej. Uparcie brnęłam dalej. Wstawiłam do lodówki na całą noc z nadzieją, no bo tym razem miałam 10% nadzieji, że raniutko będze zjadliwe. Niestety, otwieram lodóweczkę, a tam!!! brzydko mówiąc guwienko(wiem jak się pisze).

To coś nawet nie było zjadliwe.

Żeby siebie nie drażnić….a miał być blok czekoladowy…wywaliłam do pojemnika na śmieci, który znajduje się na zewnątrz. Nie powstrzymał mnie nawet deszcz.

Teraz część kulminacyjna: muszę znaleźć winnego zaistniałej sytuacji, bo że blok czekoladowy się nie udał, to nie moja przecież wina. 😬😁

MM chodził po kuchni, przeszkadzał mi, podszczypując mnie tu i ówdzie, obsypując mnie buziaczkami, zagadywał i żartował.

No i kto jest winien?


Dzisiejszy chlebuś razowy.

Niespodzianka🙁☹️🙁☹️🙁☹️

Jak ja nienawidzę niespodzianek!!!!!!

Wow!!! Surprise!!!!!😬😬😬😬😬

Wjechałam do garażu, jeszcze drzwi garażowych nie zamyknęłam. Położyłam telefon w kuchni na blacie, psy podniosły alarm. Drzwi wszędzie otwarte, więc psy wybiegły na podwórze. Nie spodziewałam się nikogo o popołudniowej porze dnia. Będąc w pracy, układałam plan działania. Jak ogarnąć bałagan z dokumentami. Czy wystarczy mi czasu do przyjazdu MM. Mial przyjechać po 10pm. Pościel na łożu też zostawiłaam rozmemłaną. Zerwałam się w ostatniej chwili i szybko do pracy. W szafie (klazet), szukając …. co dziś na siebie nałożyć…. pozrzucałam w pośpiechu, swetry, bluzki na podłogę. Jednym słowem zrobiłam w domu burdel. W zlewie talerz, kilka kubków. Zmywarka pełna i na noc nie chciało mi się włączać.

Wyszłam na zewnątrz, psy szczekają. Co ja widzę… pojawia się na mojej górze taxi.

Pomyślałam, że pomyłka, moje oczy ujrzały MM na tylnym siedzeniu.

Oooo kurcze!!!!

Oooo ja nie moge!!!!!

Co teraz!!!!

MM nie zwraca uwagi na mniejszy czy większy bałagan. To ja źle się czuję z bałaganem i w bałaganie, bez znaczenia, mały czy duży.

Nie posłane łóżko, mam w oczach przez cały dzień i po powrocie z pracy, muszę posłać łóżko, nawet gdybym miała kłaść się spać za godzinę.

No i MM wysiada z taxy. A ja cały dzień czekałam na smsa, bo przecież miał wysłać gdy miał jechać na lotnisko.

Smsa nie było, ale miałam trochę pracy, więc nawet nie sprawdziłam na appce gdzie się znajduje.

To i miałam niespodziankę w postaci MMa. On wysiada z taksówki, jeszcze płaci, a ja latam po domu i sprzątam dokumenty robiąc w nich większy bałagan ( były już posortowane). Szybko zaściełam łóżko. Porozwalane ubrania upycham w szufladach, gdybym mogła wskoczyć w szufladę to bym jeszcze udeptała, żeby tylko szuflada się przymknęła.

Zbiegam na parter, szybko ogarniam okiem czy chociaż tutaj jest wszystko OK. Kilka bluzek na fotelu, jeju, lecę na piętro i wrzucam do pierwszej lepszej szuflady. Na wieszanie na wieszaki to zupełnie brak czasu. Zamykam drzwi do mego pokoju komputerowego. Witam MMa z uśmiechem. Ale jestem zziajana, więc ten uśmiech jakoś mi się nie udał.

Czy wszystko w porządku – pada pytanie.

Jakie w porządku – myśle – frędzelki dokumentów na podłodze, nie zdążyłam odkurzyć.

MM pomógł, odsuwał fotele i segregatory, poodkurzałam. Uffff

To nie koniec niespodzianek.

Niespodzianka czekała… trochę później.

Od jakiegoś czasu, szukamy wycieczki, na uroczystość związaną z 15 leciem ślubu.

Wiele możliwości ale nie wiele nam pasowało. Wpadłam na pomysł, zamiast wycieczki, restauracja i na całym piętrze wymienić wykładzinę.

Usiedliśmy przy stole aby omówić opcje. MM wysłuchał mnie, nawet stwierdził, że pomysł mu się podoba ale….. stracił właśnie pracę. Wprawdzie przez miesiąc wynagrodzenie będzie otrzymywać ale…. Musiał powtórzyć kilka razy bo mój angielski nie załapywał, okazał się nie wystarczający aby zrozumieć, zablokował się…..

Aha, nie będzie żadnego rajdu statkiem wycieczkowym Norwegian, wymiany wykładziny, restauracji ….. bla bla bla

Będzie obiad w domu przy christmasowych świecach. Dobrze że bigos zawekowałam. 😁😁😁😁

Dziś 15 osób z firmy MM zostało zwolnionych. Nie jedna osoba miała łzy w oczach, bo nie każdemu przysłguje wypowiedzenie.

To nie pierwszy raz ( trzeci) oby ostatni, spotkała nas taka sytuacja.

MM jest dobrej myśli.

Z mojej strony, wiecej gotowania i więcej ziemniaków, za którymi MM nie przepada.

Jutro smażę pączki i robię blok czekoladowy.

Słodkości na osłodzenie życia. 😁

Bez planowania

Nic nie zapowiadało takiego sprzątanka jakie dziś urządziłam. Myślałam o innym spędzeniu dnia, wyszło jak wyszło. Zaczęłam (nie dokończyłam) od przemeblowania mego pokoju komputrowego a skończyłam ( nie dokończyłam) na niszczeniu starych dokumentów. Niektóre dokumenty były z 2005 roku, a więc 15 lat trzymałam…że jeszcze potrzebne, że się przydadzą, że ważne. Jak ważny może być rachunek zakupu kanapy, krzesła czy kilku pudełek gwiździ i młotka😁.? Może jeśli te przedmioty są wykonane ze szczerego złota. Szczere, mam na myśli: złoto na zewnątrz i wewnątrz danej rzeczy. Złoto którego nie trzeba czyścić po jednym roku, bo czernieje. Złoty pierścionek rosyjski a amerykański to jest tak daleko jak niebo od ziemi.

Zostawiłam jedynie stare dokumenty medyczne oraz ubezpieczeniowe, reszta została pocięta na drobne frędzelki.

Nie skończyłam porządków. Poukładałam w pudle, aby nie zostawiać porozrzucanych po podłodze, bo godzina była już późna i leciał fim “Pretty woman”, który mogę oglądać na okrągło.

Oczywiście, piękna bajka dla dorosłych. Dlaczego nie oglądać bajek? Gorzej jeśli ktoś uwierzy w bajkę, a ona nigdy się nie spełni.

Zostają tylko ……

Coś dla ciała

To nie było moim noworocznym postanowieniem. Nie robiłam i nie robię postanowień. Tak wyszło, że odnowiłam umowę ( tutaj karnetów nie ma) uczęszczania na siłownie La Fitness. Ogromna sala, z salami do gry w kosza, tenisa, pinponga, gimnastyczną wykorzystywaną do joga i układów tanecznych. Basen z jacuzzi, zajmuje też ogromną część budynku. Dla siłaczy jest wyodrębniona część sali no i jest ogromna część dla takich jak ja. Bieżnia, rowerek, eliptyk, schody, różnego rodzaju sprzęt do rozciągania oraz pomocny do różnego rodzaju ćwiczeń nóg, rąk, brzucha, itp.

Po poważnym upadku 8 lat temu, chodziłam na terpię ramienia. Na początku mi się podobało, z czasem zrezygnowałam, moja terapia nie pomagała na tyle ile od niej oczekiwałam. Terapeuci zmienili się i każdy nowy jakby zaczynał od nowa. Moja lewa ręka miała ograniczenia. Nie mogłam podnieść jej do góry. Złożenie ręcznika było niewykonalne, zapięcie stanika na plecach to tak jak lądowanie na słońcu. A więc, zrezygnowałam z profesjonalnej terapii i rozpoczęłam swoją, taką na wyczucie i wczucie się w siebie, a może bardziej w swoje ramie i rękę. Co jakiś czas podwyższałam “poprzeczkę” lub wracałam do poprzedniego ćwiczenia. To była mozolna praca.

Dopięłam swego, ręka jak i ramie jest sprawne w 100%

Na siłownie uczęszczam od wieków. Czasami robię przerwy dłuższe lub krótsze ale wracam.

Dziś ćwiczyło mi się tak dobrze, że spędziłam na siłowni 1 1/2godziny.

Jeżdże na rowerku z oparciem, ze względy na mój kręgosłup, na eliptyku staję tylko na palcach, jest to utrudnione ale również pomocne dla kręgosłupa. Korzystam też z urządzenia pomocnego przy ćwiczeniach bioder. Kiedy zakończę prace z kręgosłupem, ćwiczę muskuły😁. Podnoszę ciężarki, podciągam się itp.

Z brzuszkiem nie przesadzałam, zrobiłam tylko 50 ćwiczeń. Mięśnie brzucha przy chodzeniu nie bolą, ale przy ćwiczeniach nie czułam się komfortowo. Stoczyłam się z ławeczki.

Czas na gotowanie zamówionego przez córcię kapuśniaczku😁

Poniedziałkowe wypieki

Po wczorajszej gimnastyce, wiem że mam mięśnie brzucha. 30 minut rowerek, 15 minut eliptyk, 100 ćwiczeń brzucha na urządzeniu oraz po 100 ćwiczeń ud na 2 różnych urządzenieniach. Miałam 3 miesięczną przerwę i rozpoczęłam ćwiczenia bez przygotowania, zresztą jak zwykle. 4 lipca biegnę w maratonie 10k. Tym razem muszę się przygotować. Nie zdobędę 1 miejsca bo miejsca w 1 dziesiątce są zarezerwowane dla kenejczyków lub innych biegaczy z długimi nogami. Ja będę szła, biegła, tańczyła, skakała i śpiewała. Lubię tą uroczystość, lubię ludzi biorących w niej udział, nie tylko biegnących ale oglądających i witających.

Dzisiejszy dzień spędziłam sprzątając ozdoby oraz smażąc naleśniki na śniadanko.

Godzina była dość późna bo 9pm a ja wstawiałam chlebek do piekarnika. Ostatnie okruszki w szufladzie więc czas na nowy chlebuś. Tym razem z przyprawami: tymianek, majranek, cebula i mięta.

Zapachniało w kuchni chlebkiem.

Smaczny!!!

Zawsze ale to zawsze pilnuję, żeby w lodówce było mleko. Niestety, ilość jaka została w kartonie była niewystarczająca do ciasta chlebowego. Trudno mi powiedzieć jaki smak chlebka byłby z dodatkiem mleka z kartonu, ponieważ dodałam rozpuszczone mleko suche.

Polecam, chlebek smakowity.


A myślałam, że dziś już wtorek.

I dziwić się starszej osobie która pyta …. a jaki dziś dzień mamy….

Poniedziałek😁😁😁😁

Zguby

Często się zdarza, że położymy okulary, a późnej ich szukamy. Oczywiście zdarza się to osobom ich używających. Zaczęłam używać okular po pierwszym komputerze. Był bez filtra tego wmontowanego i tego nakładanego. Moja starsza zawsze szukała kluczyków do samochodu. MM szuka przeważnie swojego portfela, który to nie przypomin portfela. Teraz produkuje się coś takiego, żeby prawo jazdy i karty debetowe i kredytowe były w jednym miejscu. Gotówki większej teraz się nie używa, więc wszelkie portfele idą w niepamięć.

Obie strony są metalowe, połączone jakąś gumą. Ale nie o portfelu będę pisać przecież.

Wczoraj wieczorem zaliczyliśmy jeszcze sushi restauracje. Jakiś czas temu zahadałam się sushi, teraz omijam szerokim kręgiem. W tej restauracji do której bardzo często chodzimy, oprócz sushi serwują różnego rodzaju sałatki. Można wybrać oprócz owoców morza, kurczaka lub plasterki wołowiny w jakimś tam sosie. Piszę jakimś tam, ponieważ japoński język jest dla mnie nie zrozumiałym a po przetłumaczeniu również nie mam żadnych skojarzeń.

Pogawędziliśmy z mężem i do domku.

Raniutko, MM jest w akcji, poszukiwania portfela. Nie było nigdzie. Zdecydował się pojechać do restauracji w nadzieji odnalezienia. Portfel się odnalazł, problemów nie będzie. Całe szczęście, że tak się skończyło.

MM limit zgubienia w tym roku już wykorzytał.

W każdym roku coś gubi. W ubiegłym roku ipada, wcześniejsze lata – 2xiphona, potfele.

Ja przeważnie zostawiam okulary słoneczne. W domu i samochodzie mam ich zapas. Jeśli zgubię, nie rozpaczam, chyba że słoneczne i od okulisty.

Wciąż pada☔️☔️☔️☔️☔️

Świąteczna choinka

Nie jest już świąteczną. W tym roku szybko ją rozebrałam, bo dzisiaj. Bąbki i wszystkie ozdoby spadały na podłogę a drzewko bardzo wyschło. Dbałam o drzewko podlewając ale od pierwszego dnia nie było spragnione. Kubeczek wody podlałam na drugi dzień. Woda w pojemniczku przez cały czas utrztrzymywała się na tym samym poziomie.

Postanowiłam zdjąć ozdoby

I przed wyrzuceniem obciąć gałązki jak zwykle to robię.

Stoi taka nagiusieńka, czeka na MM. Żeby nie było wody w pojemniku, nie potrzebowałabym pomocnika. Pojemnik pełen, więc operacja utrudnina.

Pierwszy raz zakupiłam srebrną choinkę, po raz ostatni.

Podobała mi się nie tylko z powodu srebrzystych gałązek ale również z powodu igiełek, nie kłuły. Nie kłkuły przy ubieraniu jej i rozbieraniu.

Za któtko cieszyłam się jej widokiem.

☔️☔️☔️☔️deszczowa zupka🥣🥣🥣🥣🥄🥄🥄

Dziś 2-go STYCZNIA 2020.

Synuś zadzwonił po raz kolejny z życzeniami.

Mamusia zbuntowana bo za używane media, młodszej nie chce płacić, bo młodsza pożyczyła spore pieniądze i nie chce oddać. Szwagier warczy i straszy, że wszystkie media mamusi odetnie.

Tak to się zaczęło.

Po wytłumaczeniu, mamusia ostatecznie zapłaciła szwagrowi za grudzień. Mimo to jest zbuntowana…

Mamusia chce sprawiedliwości ale w tamtym domu nie tylko sprawiedliwości nie ma, tam spokoju nie ma i nie będzie. Najlepiej starą wywalić gdziekolwiek, zrobić remont w jej mieszkaniu i się urządzić samemu i po swojemu.

A MATKA wychodzić, chorować i umierać, NIE CHCE.

Miała moja MATKA trzy córki. Dwie goniąc za majątkami, zatraciły ludzkie uczucia,  a i do zwierzęcych im daleko, żeby nie wisiała nad nimi kara to by ją ukatrupiły.

Wiem, pamiętam do mnie matka też się wyzwierzała, ale to nie znaczy, że starą matkę trzeba od razu zniszczyć i wywalić na ulicę.

Obzywana, szargana, wyganiana z własnego domu zaczęła się tak zachowywać.

W tej chwili jest dobrze. Przyjmuje leki od depresji, krążenia, serca oraz witaminy.

Dzwonię, pytam podstępnie bo wiem, że może okłamać, w tym roku będzie miała 91lat.

Stary człowiek! Potrzebuje spokoju, wyciszenia i jeden raz na dzień usłyszenia … dzień dobry…

Na dzień dobry słyszy, że jest stara, durna i nic nie rozumie.

Opieka społeczna odmówiła jej przyjęcia. Nie kwalifikuje się bo nie mieszka samotnie.

Ok, zmieniam temat. To temat, rzeka.

Dla rozluźnienia będę sprzątać lodówkę.


No i okazało się, że lodówka pusta. Tak ją wysprzątałam. Deszcz dzisiejszego dnia nas nie oszczędza, wybrałam się po zakupy aby lodóweczka nie świeciła pustkami. Ludzie próbowali jechać ostrożnie ale i tak niektórzy nie uniknęli kolizji i większych wypadków samochodowych.

Jeden samochód stał na autostradzie i udawał że jedzie w przeciwnym kierunku.

Po przejechaniu ze 3km, sportowy samochód ( jakkka brykkkka!) miał rozbity przód, stał w rowie. Policja zaopiekowała się samochodami. W pierwszym przypadku pani na poboczu stała w deszczu i dzwoniła. W drugim, kierowcy ani pasażerów nie było. Samochód wyglądał na porządnie uszkodzony. Przykry początek roku.

W moim regionie kierowcy nie umieją jeździć w deszcz. Gdy spadnie śnieg to jest zagłada i nikt z domów się nie rusza.

Zakupy zrobiłam, a deszcz nie odpuszczał.

Po wigilii zostały mi 2 buraki, marchewka i ziemniaki. Potarkowałam te warzywka i wrzuciłam w torebeczce foliowej do zamrażarki.

Dziś dokupiłam: kapustę i fasolę.

Będzie barszcz ukraiński. W swoim życiu, wcale nie takim krótkim, tylko jeden raz gotowałam barszcz ukraiński. Dziś – drugi raz.

Mamusia moja kiedyś gotowała wspaniały barszcz ukraiński. Teraz kupuje w osiedlowym sklepiku, Zupa Barszcz Ukraiński mrożony. Dodaje mięsko i gotuje. Jadłam zupka była dobra.

Dziś i ja ugotuję barszczyk na podobieństwo zupki mrożonej sklepowej. W pierwszej kolejności wrzuciłam do garnka fasolkę, nie miałam czasu moczyć, później mięsko. Nie będę opisywać całego procesu gotowania zupy.

Pachnie dobrze

A może to tylko ja jestem głodna?


Zupka się gotuje, smacznie pachnie.

A za oknem, a za szybą ……deszcz.

W taką deszczową pogodę, gorąca zupka może zdziałać cuda.