Przeziębienie 😷😷😷😷

 angeng.

Nie moje przeziębienie, MMa. W czwartek wieczorem wrócił już prychający. Jestem bardzo wrażliwa na wszelkie przeziębienia i idą do mnie jak muchy na lep. MM łapie bakterie sporadycznie i leczy się jeśli to wogóle robi, swoimi sposobami, a więc nic nie robi. Po jego wyzdrowieniu ja zalegam na tydzień w łóżku i nie obywa się bez antybiotyku. No cóż, trudno nie zachorować kiedy MM kicha, prycha i kaszle na cały dom, nie chroniąc swego nosa i ust przed rozsiewaniem zarazków. Moja mowa jest do słupa a wiadomo, słup jak ….

Tym razem unikam spotkań MM w jednym miejscu, mimo wilgotności na zewnątrz otwieram okna. Wietrze domek.

Ostatecznie, namówiłam MMa na wizytę u lekarza bo wystąpiła gorączka. Do pomiaru temperatury nie potrzeba mi termometra, wystarczy mi przyłożenie dłoni do czoła lub ciała chorego. Przy śniadaniu MM upierał się, że nic mu nie jest. Po moim “zmierzeniu” temperatury nie chciałam słuchać … że po południu pojedziemy do lekarza..

– po śniadaniu jedziemy do lekarza, nie ma dyskusji…powiedziałam


Więc, jesteśmy w gabinecie lekarskim.

Czekam w poczekalni bo miedzyczasie, wyskoczyłam do banku i szybki zakup fajnego żakiecika😁. Zanim jestem zdrowa to umilę sobie życie i bycie, na tym słonecznym globie.

 

Podobno powinnam lubić tylko kolor niebieski i żółty, bo tak wychodzi z jakiejś numerologii. Lubię wszystkie kolory, z czarnym jedynie jestem w niezgodzie. Mój żakiecik jest zielonoutki. Oprócz kurtki wezmę do Polski żakiecik, bo jesień podobno ma być ciepła.


MMa wprowadziła do poczekalni pielęgniarka. MM otrzymał zastrzyk w pośladek i co najmniej 5 minut nie powinien chodzić. Orzeczenie lekarskie – bronchit, po polsku – ostre zapalenie oskrzeli. Nie dobrze, bo to już blisko płuc.

MM teraz jest jedną  wielką bakterią. Spać oddzielnie, chociaż od jakiegoś czasu to robimy bo chrapie jak 100 słoni. Nie wolno mnie dotykać (to są już moje wymysły) o trzymaniu za rękę wogóle nie ma mowy. Szkoda mi MM bo kaszel go bardzo męczy. A jutro musi znów lecieć do pracy.

Tak jak mi powiedział, załapał choróbsko w samolocie. Jakiś diozaur siedzący przed nim wogóle kaszlu nie mógł opanować. MM lata ponad 30 lat od ukonczenia studiów (nie liczę prac stacionarnych). Na te wszystkie lata choruje średnio raz na 1,5 roku. Wskazuje to na bardzo odporny organizm.

Zawsze gdy ktoś z rodziny chorował, mamusia gotowała rosół z kurczaka. Taki zwyczaj i ja stosuję. Więc, dziś będzie rosołek.

Rosołek się gotuje, a ja klikam z nadzieją, że bakteria z MMa nie przeskoczy na mnie.

13-tego sierpnia

eng.

 

Już 11 dni od moich urodzin. No cóż, każdemu liczy się latka, nie ja pierwsza nie ostatnia. Moja starość obiawia się tym, że przed zrobieniem porannej kawy, zmuszona jestem zmierzyć ciśnienie krwi.

Podwyższone – zamieniam kubek na kawę, na kubek na herbatę. Uwielbiam herbatę o smaku mango. Tak też dziś zrobiłam.

Reszta pozostaje nie zmienione. Pracuję jak pracowałam, żyję jak żyłam.

W sobotkę wyszliśmy do restauracji uczcić moje i MM urodziny. Córcia z Ivanem i synuś z Valerią oraz ja z MM. Nie wiele mają dni wolnych moje dzieci. Pracują na dwóch etatach i studiują. Dobrze że mogliśmy się zgrać w czasie. Rozmawiali o pracy i nauce. Słuchałam, patrzyłam i przypominali mi się moi rodzice. Kiedy to trójka ich dzieci dyskutowała a rodzice słuchali. Kiedy temat zszedł na temat wakacji, ja z MM dołączyliśmy się do dyskusji.

Oczywiście, jakże mogłko odbyć się spotkanie bez zdjęć. Z racji tego, że uroczystość odbywała się w meksykańskiej restauracji, otrzymaliśmy rekwizyt do robienia zdjęć, jakim był meksykański kapelusz.


Dziś dzień wolny od pracy zawodowej ale nie yardowej. Na front yard zatrudniłam pracownika (jutro się zjawi). Pozostaje mi jedynie back yard “do zabawy” w ogrodnika. Bo jeśli mam żyć 100 lat, to muszę swoje siły i zdrowie umiejętnie rozłożyć w czasie, jaki mi pozostał do przeżycia.😁

Lodóweczka😁😁😁

No jak można spać? Już o 4am a nawet trochę wcześniej, otworzyłam oczy.

No bo jak można spać, kiedy raniutko przywiozą nowiutką lodóweczkę. Czasami ekscytacja zamienia się w nerwówkę. Powodem takiego stanu jest…to ja wybrałam na internecie, wymierzyłam i podałam wymiary MM, on zamówił i opłacił.

No to teraz będzie wielki sprawdzian, czy jestem taka wszechstronnie uzdolniona czy tylko się za taką podaję.

No nic. Jak lodóweczka ( a jest prześliczna, nie ma internetu bo z niego bym nie korzystała stojąc przed lodówką) się nie zmieści w w miejscu dla niej przeznaczonym, to schowam się w mysiej dziurze. A i tak MM będzie się ze mnie śmiał i wcale nie jakiś czas tylko do końca moich dni. Ot, moja życiowa mondrość spali na panewce.

Trudno się mówi, jak zasłużyłam na śmiech to będę musiała to znosić.

Zeszłam na parter, zrobiłam zdjęcie starej lodówce

a MM siedząc przy kuchennym stole, z oddali….mam nadzieję, że się zmieści, że dobrze wymierzyłaś……powiedział.

Zaniepokoiłam się, mysia dziura może okazać się za mała dla mnie. 🐭🐭🐭🐭🐭🐭

Nie wiem teraz, na czas sprawdzianu moich podanych wymiarów na nową lodówkę, zejść do kuchni z podniesionym czołem czy też od razu, spuścić głowę i uszy do dołu a ogon schować pod siebie?

Straszne!!!

Wiem, że wymierzyłam prawidłowo ale zawsze jest to…ale.

Lodóweczka będzie za godzinę. Cała godzina niepewności.


I trzymają mnie w niepewności. Już 25 minut po 8 (rano), lodóweczki jeszcze nie ma. A dostawa miała nastąpić o 8am(ósmej!!!)

Otworzyłam bramę i czekam.

Zachmurzyło się i chyba będzie padać. Zanim wniosą, moja nowa lodóweczka zmoknie.😢😢

Samochody w oddali burczą, ale żaden nie jedzie moją ulicą. Koszmar. Wsadziłam nos w szybę i tak trwam, sekundy stają się wiecznością. Czy to ma być znak, że jednak lodówka się nie zmieści? A jeśli tak, to co będzie oprócz pochylonej głowy, uszu i podwiniętego ogona?

Czas oczekiwania jest czasem straconym!!! (W mojej obecnej sytuacji).

Gdzieś coś zaburczało, lecę do okna, nasłuchuję. To jakiś daleko samolot kukuruźnik jak kiedyś się mówiło. Co oznaczało: mały samolot do oprysków pola. Nie widziałam na własne oczy tylko z opowieści i w tv.

Dochodzi 9am. Nikt nie dzwoni aby skorygować godzinę przybycia. No cóż, czekam, MM pracuje przed komp. Czyżbym tylko ja była w tym napiętym stanie?

Tak, tak, bo to ja mierzyłam i jeśli będzie pomyłka to ja będę odpowiedzialna. Uffffff


10:00am

Dzwonili, jadą!!!!


Przyjechała lodóweczka!!!

Najpierw wymierzyli czy uda się im wynieść starą. Wymierzyli jeszcze raz, czy wystarczy miejsca na nową. MM zaśmiał się….jak źle wymierzyłaś, to będę się śmiał….

Wyszłam na chwilkę, panowie zawołali mnie …. proszę pani, nie wystarczy miejsca, jest za mało o 3 milimetry…. jeden z nich powiedział.

– a to nie prawda, wymierzyłam petfekcyjnie i to jest niemożliwe, 3 milimetry może być za dużo bo nowa lodówka jest węższa o 3 milimetry- odpowiedziałam.

Dyskusja trwa, patrzę na miny panów którzy przywieźli lodówkę i MMa.

Poważne jak diabli. No szybko pomyślałam, pomyliłam się w mierzeniu?

No to, to niemożliwe.

– proszę pana ja się nie pomyliłam w mierzeniu, to pan się pomylił i niech pan zmierzy jeszcze raz, ja jestem petfekcyjna….

Wszyscy mężczyźni wybuchli śmiechem.

– a nie mówiłem…MM skierował te słowa do pracowników.

Teraz było dla mnie jasne – umówili się, a MM czekał na moją reakcję.


Lodóweczka jest w tej chwili instalowana. Woda i uchwyty oraz poziomowana.


Lodóweczkę już zapełniłam. Jest wygodna organizacyjnie, no i jest śliczniutka.

Dzisiejszy dzień jest dobym dniem😁😁😁😁👍

MAJĄTKI

Chamstwo, bezczelność, zachłanność miota moją siostrunię starszą jak chorągiewkę na wietrze. Już pisałam nie raz o szczególnej osobowości mojej siostruni, tym razem przeskoczyła poprzeczkę i brawo, wielkie brawo dla niej, że mamusię doprowadziła do stanu chorobowego. Mamusia dochodzi do siebie, wszystko będzie dobrze.

 

Ale….

mamusia wyjawiła mi coś, od czego postawły włosy na mojej głowie na baczność. Rok temu moja mamusia chorowała, nie chodziła i potrzebowała opieki (prawie) 24 godziny przez około tygodnia. Pominę to, że jej zbiory haftowanych obrusów, kryształów i ręczników zostały uszczuplone, bez mamusi wiedzy oczywiście. Bo jaki złodziej, poinformuje właściciela, że zostanie teraz i tej chwili, OKRADZIONY.

Mamusia z płaczem DZIŚ wyjawiła tajemnicę, przez którą nie może spać, podobnie jak przez te obrusy haftowane, kryształy i ręczniki. Do zbiorów doszło jakieś zdjęcie. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że

została zmuszona do napisania jakiegoś pisma, że (podobno po śmierci – mamusia już nie pamięta) oddaje swojej starszej córce swoją własność w postaci 50% udziałów w działce i domu na działce.

OOOOOOOOO znów narysował się majątek.

Mojej starszej zawsze mało, okradała moje dzieci pod moją obecność. Będąc u starszej zauważyłam kilka tak mi się wtedy wydawało  ( a to było wiele)moich rzeczy.

a zabieraj to gówno – słyszałam za każdym razem kiedy odkryłam a to samowarek, a to figurki, a to szkło ozdobne, a to młynek ręczny do kawy a to świeczniki mosiężne ochhh już starczy bo ten post będzie za długi.

No cóż nazwałam złodziejką,  woda po kaczce spływa … po starszej też spłynęło. Nie odzyskałam wszystkiego. Pogodziłam się z utratą, przecież to tylko rzeczy, to nie zdrowie które utraciłam.

Teraz mamusia odkrywa ubytki, najgorzej przeżywa to pismo, które napisała rok temu. W tym roku poprosiła starszą o oddanie, starsza – nie wiem gdzie położyłam…

Mamusia przeżywa,  bo była 2-wu tygodniowa wojna i są w stanie cichej wojny.

Chce odzyskać ten papier – Testament? darowizna?

Nie pamięta.

Trzy lata temu spisałam testament na rzecz starszej swoich udziałów w wysokości 25% w działce i domu na działce. Moje dzieci nie potrzebują i nie mają chęci być obdarowani po po jej śmierci.

Więc ma ….25% moich udziałów… ale to dopiero po mojej śmierci, dobrze że nie mieszkam w Polsce, i w tym roku nie będę się z nią widzieć bo śmierć mogłaby być nieoczekiwana…kto wie.

25% swoich udziałów

50 lub 25% mamusi udziałów…wymuszonych od mamusi.

Wojna ale nie ma jeszcze broni.

Znalazłam broń!!!!

Moich udziałów moja rodzina nie chce, a łasa jest starsza.

Podaruję starszej moje 25% udziałów w formie darowizny.

A co…..stać mnie na to😄😋

Przestanie źle życzyć mnie i mojej rodzinie, nareszcie będzie miała o co walczy, może się uspokoi. Chociaż wątpię… znów powie że jej gówno tym razem dałam, poprzednio kradła gówno.

Ludzie !!!!! Jak żyć????

Mamusię uspokoiłam niech już starszej córce odpuści, podaruje, da, napisze i co tam jeszcze starsza chce. Lecz, moja mamusia nie może pogodzić się z taką sytuacją, że jej własna córka ją okrada i zmusza do spisywania jakiś dokumentów. Płacze i pyta mnie  …dlaczego? dlaczego ona taka jest?…

Zawsze była taka, tylko nie mieliśmy czasu zajmować się “bzdurami”. Praca, dom, praca, żłobek, przedszkole. Dzieci rosły a my wszyscy w biegu. Były incydenty ze starszą ale kto by na to zwracał uwagę.

Gdy wyjechałam do stanów, pomagałam, przyjeżdżałam pomagałam – buty, torebeczki, bluzeczki, tankowanko (a większość jeżdziłam miejskim autobusem),  jedzonko i tak przez cały okres pobytu. Pieniążki do łapki, tablica na grób jej ex, kartę w łapkę do konta w ameryce …bierz jak będziesz potrzebować. Ogrodnik opłacany z mojej kasy…tego nie spamiętam ile i gdzie.

Miała za dobrze…. teraz się skończyło.

No przykro mi jest….niech by już mnie dalej okradała, po jaką cholerę poszła do mamusi!!!!!?????

 

________________________________________________________________________________________

Ten post publikuje tylko dlatego, że nie godzę się na taką sytuację.

Chcę z siebie wykrzyczeć niesprawiedliwość jaka spotyka moją mamusię, bo ja dam radę.

 

 

 

 

Finał 2018

Obstawiam 1-0 dla Chowacji

Nie będę na bieżąco komentować.

Oglądam!

Uuuuuuuuu

1-0 dla Francji

Nie dobrze oj nie dobrze z moim obstawianiem. Cokolwiek się wydarzy…PRZEGRAŁAM ☹️☹️☹️😮😮😲😲😧😧😛😛🙃🙃🙃🙃🙃🙃

1-1

Hurrra

Jestem zadowolona😁😁😁😁👍


2-1 😧😧😧😧👎👹👹

Już nie pisze dla kogo.

Kibicuję Chorwacji przecież….

Ciasno przy obu bramkach.


Przerwa!!!

Zobaczymy jaki będzie wynik.


4-2 walka zażarta i to mi się podobało.

Jest WYGRANY i wygrany, bo II miejsce dla Chorwacij to jest również wielkie zwycięstwo. Walka była równa, francuzi mieli wiecej szczęścia.

Gratuluję wszystkim piłkarzom zwycięstwa, bo każdy z nich wygrał, biorąc udział w Mundialu 2018.

Mam problem (chyba)

Oczywiście muszę udać się do lekarza. Co się dzieje?

Nagle ni z tego ni z owego. Wyskakują mi siniaki. Od razu granawo-czarne. Nie żebym się udrzyła, bo trudno w niektórych miejscach to zrobić. Przeleciałam wujka google. Nic konkretnego nie znalazłam. Innych objawów brak. Krzepliwość dobra, sprawdziłam. Nerki nie bolą, wątroba i śledziona też nie. Odruchów wymiotnych brak, wagi też nie tracę. Apetyt mam, nie pocę się i nie męczę. Czasami dopada mnie lenistwo,  które nie jest chorobą, a stanem.

No dobra.

To co mi jest?

Muszę czekać na wizytę lekarską którą sobie zaklepię w poniedziałek.

Za bardzo się nie niepokoję bo samopoczucie moje jest dobre.

Ale….

to nie jest normalne.

U mnie na prawdę,  nigdy nie może być spokojnie.


 

Postanowiłam: jeszcze nie lecieć do lekarza i nie robić paniki. Obserwować. Bo możliwe, że gdzieś nacisnęłam ciałko swe. Może się uderzyłam. Pracuję na yardzie, napowietrzam swój trawnik. Możliwe, że …. przycisnęłam coś mocniej, uderzyłam się i nie pamiętam.

Ot…ze sklerozą, to powinnam się udać do lekarza.😄😄

Oglądam mecz Belgia-Anglia o 3 miejsce MUNDIAL 2018

Obstawiam Belgię 2-1

Już jest 1-0 dla Belgii.

Na boisku akcja po akcji, to mi się podoba. Piłka w grze, nie leży i nie czeka na gracza.

Anglicy wstrzymali się, jakby pogubili się na chwilę.

Piłka zmienia szybko pozycje, turla się od jednej do drugiej bramki.

Jak na razie dwie grupy grają dobrze. Interesująca gra. Po obu stronach padają bramki, bronione przez bramkarzy.

Belgia zaczyna grać na czas. Można powiedzieć …. i po meczu …. to była chwila wahania. Znów piłka w grze.

Anglia o cm była od zdobycia bramki. BYŁA…..

Podoba mi się gra dwóch zespołów.

Fajne zablokowanie piłki przez anglików w 29 minucie. Taka blokada może skończyć się kontuzją. Chyba że mają ochraniacze na kości strzałkowe i piszczelowe. Podejrzewam, że byłoby za duże obciążenie stopy.

Belgia strzela i …. nic. Za wysoko. Akcja belgów bez skutku. Takich akcji było i jest dużo po obu stronach. Bramkarze mają co robić. Złych podań też dużo, ale …. łatwo siedzieć w wygodnym fotelu, w chłodzonym pokoju i …. krytykować.

Przerwa: 1-0 dla Belgii

Tak myślę, że przebiegnięcie maratonu 42km nie sprawiło by piłkarzom, żadnego problemu.

Po przerwie: piękna gra, jest na co patrzeć.

Piękna rozgrywka i nietrafiony gol belgów w 69/ 70 minucie. Nie patrzyłam na czas.

Wynik meczu nie zmieniony 1-0 dla Belgii.

81 minuta gry 2-0 dla Belgii

Hurra

Teraz czekam na 1 (jeden) gol Anglii i wygrywam obstawiony wynik😁😵

3 minuty jeśli nie dodadzą, do końca.

Teraz zaczyna się gra na czas, zabawa belgijskich dzieciaków piłką na łące porośniętej zieloną trawą.

Nie było żółtej kartki więc podejrzewam, że nie będzie dodania minut do gry.

Dodali ….. +3

Zabawa w piłkę trwa.

Nie ważne już co się teraz wydaży.

Belgia ma zapewnione 3 miejsce🥉

Czekam na gwizdek!

Belg w ostatniej sekundzie dostał żółtą kartkę.

Gwizdek!!!!

BELGIA 🥉!!!!!


Moje obstawienie 2-1 dla belgów, było nietrafne.


Menager

Menager – wg https://sjp.pwn.pl/slowniki/manager.html

jest to osoba zarządzająca przedsiębiostwem lub jego częścią.

Taką osobą jest MSJ, zarządza częścią, a takich części jest kilka. Główny menager jest (wiadomo ) jeden. Baba 42 lata, rozwódka, rasa biała, uwielbiająca rasę afrykanską. Można mówić, każdy lubi to co chce, ale nie można być rasistą.

Wielu głównych menagerów miał nad sobą MSJ. Ten (kobieta) był zdecydowanie najgorszy. Mało że skomplikowana osobowść to jeszcze marny menager.

A to jest najlepsze!!! Została zdegradowana!!!

Nie jestem z tych aby komukolwiek źle życzyć, jej też życzę powodzenia.

Ale się cieszę, bardzo się cieszę, że odchodzi.

Kucharka na sto/trzy

Przyprawę gyros musiałam sama zrobić. Niestety, bez kolendry i białej gorczycy. Jak znajdę w jakim sklepie to kupię i dodam do przyprawy którą będę trzymać w słoiczku.

Dodałam do mięska wszystkie przyprawy, wymieszałam i ….znów na 24h.

Nie jest to pracochłonne, ale czasu potrzebuje.

Jeszcze wyparzyć, później czekać aż wystygnie i …. znów na całą noc do lodówki.

Wychodzi na to, że dopiero tak koło niedzieli będę mogła spróbować ten wyrób domowy.

Tak się zastanawiam, czy nie można tego procesu przyspieszyć?

Peklowanie 24h

Leżakowanie 24h

Parzenie około 2h

Ostyganie w garnku – cała noc

Chłodzenie – cała noc

Jedzenie – maksymalnie 8 minut

Jak nie liczysz wychodzi ponad 68h OCZEKIWANIA na…..

nie wiem jeszcze na co. ☹️☹️☹️☹️☹️☹️

Kucharka na sto/dwa

Nie mogę trafić na kiełbadkę taką jaką lubię, ale w moim stanie nie ma wyboru wędlin. Parówki a właściwie hotdogs króluje i szynki. Salami i peperoni w rożnych smakach. Pikantne i nie, ale nie ma węgeierkiej salami. No cóż, za długo cierpię, więc tak na początek zabawy z mięskiem, kupiłam szynkowar. Na ile mi się przyda i jak długo będę z tego korzystać zobaczymy. Mięsko z kurczaka już przygotowałam wg przepisu. Wstawiłam do lodówki na 24h. Jutro będę gotować. Co wyjdzie, nie omieszkam poinformować.

Napowietrzanie

Trawniczek od frontu miałam piękny. Zieloniutki, gęściutki, był moją dumą. Od 2-3 tygodni moja zielona duma, zżółkła, zanikła, zmarniała. Nie ineresuje mnie trawnik sąsiadów, może być i niebieski, mój ma być taki, jaki chcę mieć. Internet poszedł w ruch, czytam, informuję się, ile trawników tyle i porad.

Brak napowietrzanie

Za mało wody

Za dużo wody

Grzybica trawy

Do specjalistycznego sklepu wybraliśmy się z MM zaopatrzeni w video i photos marnego trawnika.

Pan specjalista popatrzył, głową pokręcił ( to tak jak z moimi bąblami, popatrzyli, głowami pokręcili, w pośladek zastrzyka zaaplikowali i …. czy aby po problemie? Znów bąble mi się pojawiły, nie piszę o tym posta bo…mało interesujący temat ale bardzo swędzący).

Wracając do pana specjalisty. Poradził kupić środek na grzybicę, poradził też napowietrzyć trawnik. Takim specjalistą to ja jestem po informacjach z internetu, TEŻ. Środek mam, spryskam trawę. Teraz napowietrzam. Niech nikt nie myśli, że wsadziłam rurki i podłączyłam je do butli z tlenem. 😁😁😁

Specjalnym urządzeniem robię dziurki w trawniku. Marudna praca, lubię jak coś się dzieje. A tu tylko po 3 godzinach kłucia ziemi wylazła jedna jedyna dżownica. Żab i dżownic się nie boję, biorę je do ręki.

Tej pozwoliłam schować się w innej dziurce. Jakie fascynujące, dżownica zmieniła miejsce zamieszkania, nawet mebli nie musiała przenosić a może była samotna i bezdomna, kto wie. A ja dałam jej schronienie. Jaka ze mnie dobra duszyczka.

Wracam do napowietrzania, ukończenia prac spodziewam się pod koniec tygodnia.

Odpoczywam na

składanym sportowym i wygodnym krzesełku, popijam piwko, słucham śpiewu ptaków i z oddali bzyczenia dmuchawy. Patrzę na zieleń i oddychając głęboko się dotleniam.

Mimo choroby mego trawnika jest cudny i zielony.

 

 

 

 

 

Niebo niebieściutkie

Jak dobrze odpocząć pracując po pracy. 😁😁😁😁

Zapomniał wół jak cielęciem był

Śledziłam akcję ratowania dzieci i młodego trenera z jaskini zalanej wodą. Cieszę się z udanej akcji ratunkowej. To co media przekazywały, akcja nie należała do łatwych, najważniejsze, zakończona sukcesem.

Czytałam komentarz, że za takie coś powinni być ukarani a nie nagradzać ich biletem na finały mundialu. Inny: że ojciec sprałby go tak, że przez kilka dni nie usiadł by na tyłku.

Oczywiście akcja ratunkowa bardzo kosztowna, sytuacja nerwowa ale……

młodzi ludzie to nie są staruszkowie. Młody człowiek jest ciekawy wszystkiego, ma głupie pomysły, wlezie wszędzie gdzie nie trzeba i chwała im za to. To młodzi ludzie pchają technologię do przodu a nie staruszkowie. Stary człowiek niewiele do życia potrzebuje a do szczęścia tylko zdrowia. Młody chce poznawać świat, zdrowie ma, więc i o zdowiu nie myśli.

Dzięki młodym ludziom możemy korzystać z internetu, latać samolotami, itd. To młodzi ludzie byli na barykadach a nie 80-latkowie. Ale, to starzy chcą wciąż pouczać młodych, jak żyć jak postępować. Zapomnieli jak byli młodzi.

Pozwólmy niech młodzi popełniają błędy, nawet takie jak ta, na skalę światową.

Kilka słów o moim bieganiu

Nie jestem systematyczną biegaczką. Mam ochotę to biegam na bieżni w domu jeżdże na rowerku lub steperze. Podnoszę ciężarki, kołyszę się na dużej piłce itd. Nie mam ochoty na gimnastykę, robię w ogrodzie, a że ogrodzisko duże to mi wystarczy roboty aż do śmierci.

Do biegu na July 4th, nie przygotowywałam się, syn też nie, bo jakieś lenistwo weszło w tyłek. Poszliśmy tak … bez rozciągania i przygotowania. W planie mieliśmy dojść do mety. Udało się i z tego jesteśmy dumni.

To nie był mój pierwszy udział w biegu. Dla samej atmosfery warto biec. Ogromna ilość uczestników bo 60 0000 i ogromna ilość ludzi oglądających, bijących brawa, krzyki dodające otychy i wspaniałe transparenty. Ja krzycząca do mijanych ludzi Good morning!!!! Hello!!!!

Radość w sercu i z każdym kilometrem ciężar w nogach. Ostatni kilometr to czułam minimalny ból w kostkach i kolanach. Syn na mecie był wcześniej, pozwoliłam mu mnie zostawić.

Gdy zobaczyłam “czerwony dywan” gotowa byłam tanczyć. To była meta ale nie koniec biegu. 1,5km do miejsca zgrupowania, odebrania koszulek, poczęstunku w pistaci wszelkich owoców, napoi i suchego prowiantu.

Po złożeniu zwłoków na trawniku, syn powiedział….było fajnie, biegniemy za rok….

To nie był jego pierwszy bieg, ale tym razem było i inaczej.

Tak za rok pobiegnę, tym bardziej, że to będzie jubileuszowa organizacja biegu 50-lecie.

Muszę się przygotować aby na mecie nie paść na twarz.

Smrodek

Muzyczka w tel gra, czas budzić się, wstawać, doprowadzić do porządku. Nikt nie podaje mi kawy do łóżka? Nie lubię pić kawy w łóżku! Nie lubię jeść śniadania w łóżku. W łóżeczku lubię spać i ewentualnie nie tylko spać.

Zeszłam na parter, odsłoniłam okna w kuchni i jadalni kuchennej. I co ja widzę?

Za oknem mokro i mgła. Nie mogłam odgadnąć temperatury panującej na zewnątrz. Mgła? To musi być bardzo, ale to bardzo wilgotno. Bez pośpiechu, rozmawiając na tel z MM, otworzyłam drzwi na taras i….zaskoczenie. Cool, it is cool!

Zrobiłam kawcię, nakarmiłam pieski, przyszykowałam dwie maciutkie kanapeczki, przejrzałam wiadomości. W powolnym tempie, rozpoczęłam przyszykowania do wyjazdu do pracy.

Mgła ustąpiła i wyjrzało słoneczko.

Będzie dobry, miły dzień.

Więc, witam Ciebie piękny dzionku. Co mi dziś przyniesiesz, dasz, podarujesz?

8:02am


Dzionek podarował mi spokój i czarną kawcię w południe.


Nastawiony gar na krupniczek wrze. No nie ten krupniczek z procentami. Zupkę.

Córcia zamówiła krupniczek. Białą kiełbaskę MM przywiózł z polskiego sklepu w OH. To były pierwsze zakupy 21 czerwca – udane. Drugie i ostatnie zakupy 28 czerca…zanim zaczęły źle pachnieć serdelki, (piątek)zdążyłam zjeść 2 szt. 6szt oddałam pieskom. Kiełbasa podwędzana już w dniu przywiezienia pachniała kwasem. MM niezadowolony bo wybrzydzam, on je surowe i zielone mięso, ale to nie znaczy, że ja też powinnam. Więc…podwędzaną pachnącą nieświeżo kiełbaskę włożyłam do lodówkii. (życzenie MM zostało spełnione) Ja jej nie tknę. Białą kiełbaskę z pierwszego zakupu, rozmroziłam, obwąchałam z każdej strony i … wrzuciłam do gara, będzie krupniczek.

Zakupy w polskich sklepach to zawsze niewypały.

Mam nadzieję na smaczny krupniczek.


Krupniczek podrzuciłam córci do pracy. Kiełbaski nie chciała, synek też nie bardzo lubi, to ja przepadam za białą.


July 13th

Musze to napisać.

Mój nos,  może konkurować z nosem psa. Wywącha wszystko. Nie szkodzi, że maleńki ale bardzo delikatny.

Wracjąc do kiełbasy, kiedy wyjował z torby (drugie zakupy) zawinięta kiełbasę a było tam 5 pakunków. Wywąchałam zapach nieświeżej wędliny. MM rozwijał a ja delikatnie wąchałam. Nie spodobało się jemu, że tak wącham. Bo przecież ma wszystko być świeże. On tak się starał a ja…. co ja? Co ja? Wąchać nie można? Zdenerwowany rozwinął ostatni pakunek. – ta kiełbasa jest nieświeża – powiedziałam

Wojny domowej nie było, ale MM się zagniewał. Na następny dzień włożyłam do zamrażalnika bo i tak mieliśmy inne kiełbaski do zjedzenia.

Kolacja, nic w zasadzie nie szykowaliśmy, obiad był obfity. MM wyjął kiełbaskę z zamrażalnika, odmroził, wrzucił do gorującej się wody. Zapaszek rozszedł się po kuchni,nie był to zapach zachęcający do zjedzenia kiełbaski, nie powodował ślinotoku, wręcz  przeciwnie, dla mnie odruchy wymiotne.

MM wyjął kiełbaskę, pokroił dodał musztardę, nadział na widelec, włożył do ust i…..zastygł w przeżuwaniu.

Wypluł w serwetkę – psom nie wolno jej dawać- powiedział

Zrozumiał, że musi zaufać mojejmu noskowi, nawet jeśli nie ma na to ochoty, w przeciwnym razie grozi to zatruciem.

Resztę kiełbasy wyrzuciliśmy do śmieci.

 

Wyjeżdzając w niedzielę do pracy, spytał czy coś przywieżć  z polskiego sklepu. Usłyszasz przeczącą odpowiedź.

 

 

 

 

 

 

Czym się zajmuję?

W niedzielne popłudnie – wczesny wieczór… bzdurami się zajmuję. Czytam blogi, komentuję, zastanawiam się, analizuję.

Komu to potrzebne, do czego mi to potrzebne?

Oczywiście odkrywam inne osobowości, poglądy, różnice zdań. Ale jak świat światem… ile jest ludzi tyle zdań i poglądów. Wszystkiego i wszystkich  nie zdołam zrozumieć. A jeśli nawet by mi się udało, jak bym to wykorzystała i czy wogóle byłabym w stanie.

Jednym słowem… zajmuję się bzdurami.

MM leci tam gdzieś w przestworzach i oddala się odemnie.

 

Czas na przygotowanie się do jutrzejszej pracy. Ten tydzień będzie pracowity. Od poniedziałku do piątku pracuję. Na prace na yardzie czasu nie będzie – niestety.

 

Oglądam mecz

I co?

Za dużo odpoczywania i chwalenia.

Moim zdaniem:

Brak szybkości, ospałość!!!

Teraz ten stracony jeden gol należy odrobić.

Uda się?

Akcja ciągle rozgrywa się koło naszej bramki.

Obstawiam 0-2 dla Columbii, żeby zaoszczędzić polakom łez, bo 0-3 chciałabym obstawić.


Mam dziwne wrażenie, jakby biało/czerwonych koszulek było mniej. Columbijczycy jak muchy latają po całym boisku.

(Odniesienie do ciemnych koszulek)


Przerwa


No i co?

Jeszcze mecz nie zakończony, ale…. Columbia musi utrzymać ten wynik. I na pewno utrzyma.

Przykro… tak naszą drużynę media reklamowały… za dużo im czasu poświęcano. … Jak to wypoczywają i tęsknią za swoimi kobietami….

No cóż, trochę mniej kasy będzie dla “ślicznotek”.


0-3 dla Columbii.

No to na pewno mniej kasy w kasie naszej drużyny.

Przegrałabym zakład… na drugi raz będę wiedziała, nie żałować😜


Polacy od początku poruszają się wolno, beznamiętnie, całkowity brak energii.

Omal a byłoby 0-4

Mało już ważne 0-4 czy 0-5

Mecz przegrany!!!!! Czas wracać do domu. Niech będzie nauczką, nie chwalić się przed….


No honor mógłby być obroniony, chociaż jedną bramką….mogłby….piłka jest okrągła….


5 minut do końca

KONIEC

PRZEGRANA

 

 

 

 

 

 

 

 

I ogromna radość Columbii …..

Uściski zwycięscy i przegranego

Mimo

wszystko szkoda.


😔😔😔😔😔😔

 

 

(zdjęcia robiłam iphonem z transmisji meczu  w tv w  USA)

Będę lecieć

MM kupił mi bilet do Polski. Jeden raz leciałam przez Chicago i jeden przez NY. Dwa razy i dwa razy niewypał. Kobiety prześcigały się w wychwalaniu i plotkowaniu. Jedna się tak nachlała, że zrobiła awanturę na pokładzie. Odmówiono jej podania alkoholu. Inna pani hamerykanka, nie potrafiła zliczyć swoich domów i fakultetów jakie to ona pokończyła w stanach. Słuchałam i nadziwić się nie mogłam ich “wylewności”. Niech będą już te domy, fakultety i alkoholizm ale… niech w końcu zamkną swoje jadaczki.

Dlaczego wybrałam połączenie przez Chicago?

Nie miałam wyboru. Trzy – cztery przesiadki, lub w Moskwie, Stambule, Wiedniu…nie bardzo mi odpowiadały. Frankfurt jak najbardziej ale szybciej dojechałabym samochodem, niż doleciała samolotem – 10 godzin oczekiwania na połączenie z Wawa to lekka przesada. Paryża nie lubię, przewożą autobusem z jednego na drugi terminal.

Po wielogodzinnym szukaniu połączenia, stanęło na Chicago.

Wezmę słuchawki, dobrą muzykę i odetnę się od “dyskusji”. Lubię spokój podczas latania, nie chcę opowieści różnych treści.

Zobaczymy jak będzie. Do godziny “0” jest jeszcze kilka miesięcy.

Mimo to czas otworzyć walizkę i powolutku wrzucać rzeczy aby nie zapomnieć. Tym razem będzie to maciutka walizeczka.

Nie powiem… komu w drogę, temu czas…

…..za jakiś czas

Ale jazda 🤯🤯🤯🤯🤯🤯

Wolne od pracy zawodowej, ale nie yardowej. Bawię się w mycie chodniczka. Po roku jest zielony. Mój region jest niesamowicie wilgotny. Wilgoć dobrze działa na cerę. 😁

Niedobrze działa, na kamienie. Zielono mi wszędzie, ale nie w kieszeni, tak jakbym chciała.

Nie, nie narzekam 😜 ….na brak pracy.

Moją twórczość można podziwiać nawet na płocie. Gdy MM ujrzał napis, to tak się śmiał, że jeszcze nigdy nie słyszałam takiego śmiechu u niego. Super, że potrafiłam jego tak rozbawić.

W południe, maszyna ciśnieniowa, WYSIADŁA!!!

Oj, umiem posługiwać się, nie przemęczać maszyn, dać im i sobie odetchnąć… mimo to maszyna ledwo dycha. Później pojedziemy ją wymienić na nowy egzemplarz.

Czyste i brudne płyty.

Tak niewiele zostało mi do końca mycia płyt.

W planie miałam pozbieranie połamanych gałęzi podczas deszczu. Temp się podniosła do 34C.

Zrezygnowałam z prac na yardzie, w garażu wyczyściłam maszynę ciśnieniową.

Wskoczyłam pod prysznic. Do tej pory do mycia używałam szorstkich rękawic. Tym razem użyłam mięciutkiej i nowiutkiej gąbki.

Ręcznik mięciutki, szybciutko wytarłam się i osuszyłam włosy.

Po ubraniu się zauważyłam ciemny malutki znaczek na prawym przedramieniu.

No i się zaczęło …. normalny odjazd, panika, szał.

MAM KLESZCZA!!!!!!

No normalna nimfa!! Szkło powiększające … nie kłamie. MM ogląda na lewo, na prawo.

…. No coś jest… i probuje rozdrapać mi to paznokciem. Ten mój MM to może sobie mieć i kleszcza wielkości konia i nic… ja mieć nie mogę!!!

Zabrałam rękę, nie jestem psem, żeby mi wydłubywał kleszcze. Na informację, że chcę do lekarza, spojrzał na mnie jak na pomyloną. Może się pomyliłam, ale nie w stosunku do swojego zdrowia.

Wyszłam z pokoju. Zadzwoniłam do lekarza. Co się dowiaduję?

Przychodnia za chwilę ma być zamknięta, ale nie dałam za wygraną. Mam kleszcza i chcę, żeby mi to coś, ktoś wyjął. Nalegałam, dano mi 15 minut. Doktor poczeka.

Byłam w samochodzie kiedy krzyknęłam do MM, że jadę do lekarza.

To była jazda 135-136km/h przy dopuszczalnej 105km/h. Wyprzedzałam jak rajdowiec ( jak ja lubię szybką jazdę). “Lecę” i myślę, jak zaraz mnie złapią to …. czy wystarczy mandat czy mnie wraz z kleszczem zakajdankują? Kto wtedy wyjmie mi kleszcza? Co będzie jak jeszcze nie jestem zainfekowana, ale będę zainfekowana poczas kajdankowania?! A może mnie będą eskortować do lekarza? W końcu jadę jak na sygnale i potrzebuję pomocy medycznej. Nigdy nie mów nigdy.

Dojazd do lekarza zajął mi 10 minut. Byłam przed umówionym czasem.

Wlatuję do budynku naciskam na klamkę i…. mogę ją pocałować. Ehhh to nie ze mną takie numery. Biegnę do bocznych drzwi, ukrytych w długim korytarzu. Klamka …..i drzwi się otworzyły. Wpadam … wnętrze przychodni wygląda na opuszczone.

Ktoś pyta co ja tutaj robię???? Przychodnia jest zamknięta!

Co? Co ja tutaj robię? To ja pytam gdzie jest doktor, która miała na mnie czekać? To ja pytam kto mnie wyjmnie kleszcza? To ja pytam, co ja mam teraz robić? To ja pytam dlaczego wprowadzono mnie w błąd?

Uffff … już nie byłam sam na sam z jakąś panią, już znalazły się 2 pielęgniarki.

Przełożona pielęgniarek: mąż ciebie szuka….

Sprawdziłam na tel, dzwonił kilka razy, ale…. ja nie mam teraz czasu, ja walczę o życie !!!!!

Zaprowadzono do gabinetu, przeprowadzono wywiad. Kilka minut i… przyszła doktor.

Opowiedziałam o wczorajszym ugryzieniu, dzisiejszym również.

Obejrzała, wyszła. Wróciła z pudełeczkiem w którym były narzędzia do “operacji”. Wyjęła!!!

Tylko co?

Nie była pewna jaki to owad. Kleszcz, nie kleszcz, bo to co zostało, nie pozwalało na zindentyfikowanie. Za mało też materiału do przeprowadzenia badań na boleriozę. Jeśli oczywiście był to kleszcz.

Podobno, podczas kąpieli zmyłam to coś.

Teraz mam obserwować miejsce po ugryzieniu.

Czy w moim przypadku wszystkie ugryzienia muszą być skomplikowane, niezindentyfikowane, niewiadomego pochodzenia??? No z kosmosu!

Nie mam szczęścia

Znów mnie coś ugryzło. Najpierw był bąbel, taki jaki jest po ugryzieniu komara. Swędziało a jakże, tak jak po ugryzieniu komara. Za jakiś czas bąbel się powiększył. Dziwne wyglądało.

Po trzech godzinach od ugryzienia mam rumień.

No super, normalnie super.

Niech to diabli wezmą!!!!

Czy te cholerne szczypawki, komary, kleszcze muszki i inne, dadzą mi wreszcie spokój?

Jak żyć? Jeśli nie mogę wychodzić na zewnątrz. Teraz piszę, a po ekranie ipada maszeruje maleńkie, maciutkie coś!!! Siedzę w domu!!!!

Nie żyje!!!! Rozdusiłam kciukiem.

Posprejowałam się, spodnie, bluzkę, buty. Ale co tam, chemia patrzę już na nikogo nie działa. Płakać mi się chce.

Jutro mam wizytę u dermatologa.


Fiksuję….

Był rumień – nie ma rumienia. Po niespełna 30 minutach, wszystko blednie.

Czy to normalne – czy ja głupieję, durnieję?

Ale psychoza!


Dziwne, wcześniej była prawa noga. Teraz lewa i prawie w tym samym miejscu.


Wieczorem zmierzę temperaturę. Nie na podwórzu, tam jest 32C, ciałka swego kochanego.

Podobno trzeba to zrobić.

Nie trzeba robić !!!! – grzebać w internecie i czytać bzdety.

Każdy reaguje inaczej na ugryzienie: komara, kleszcza, muchy i krokodyla. 😁😁😁


Nie mam z czym iść do dermatologa. To co mnie bardzo niepokoiło jak na złość od połunia nie isnieje. Ugryzienie? Został mój obrysowany okrąg. Ugryzienia owada w padue leczą się. Iść aby iść?

Wygląda na to, że tym razem więcej paniki niż orawdziwych symptomów jakuejś poważnej choroby.

Zalecenia lekarza

Stosując się do zaleceń lekarza rodzinnego – moje bąbke mają się bardzo dobrze. Swędzi jak najjaśnista cholera. Przychodnie dermatologiczne w sobotę nieczynne. Muszę czekać do poniedziałku.

No pięknie, po prostu pięknie.

Niechby był ten diabelski świerzb to byłoby mi chociaż lżej. A to nawet świerzbu mieć nie mogę, tylko coś z kosmosu.

Oczywiście, że doszło kilka bąbli, a jakże by inaczej. Stare swędzą a nowe to dopiero swędzą. Jak tylko dotknę, to skórę mogę zerwać z siebie.

Wiem, że dam radę. W dzień zajmę się czymś. Dziwne że w nocy nie swędzą. A może tak z łóżka do poniedziałku, nie wychodzić.

No dziś jestem jak osa. Rozdrażniona do granic możliwości.


MM zadwonił do swojej przychodni dermatologicznej. Miałam szczęście w ten weekend dyżuruje.

Gdy pielęgniarka zobaczyła…od razu przybiegły 2 następne i lekarz.

Zostałam pogryziona na yardzie przez coś.

Niestety nikt nie wie jakie draństwo mnie pogryzło.

Dostałam zastrzyk w pośladek. Krem do smarowania 2 razy dziennie i lekarstwo w spreju.

Ot i cała moja historia.

Pogryzło mnie coś w pasie dlatego, że tam były zapięte spodnie i na plecach i pociłam. Pot spływał w pas spodni. To coś pożywiło się mną.

Nie mam pojęcia jak zabezpieczyć się przed żyjątkami. Na nagusa przecież pracować nie będę.

A może powinnam. 😲😲🤪🤪🤪

Nie do wytrzymania

8:44am bąble idą, idą!!! Na plecy!!! Swędzi jak jasna cholera.

O 3:30pm mam wizytę u lekarza. Jak wytrzymać!!!!???

Jeden jest przy kciuku. To są bąble, żadne ugryzienie.

Muszę czymś się zająć bo oszaleję.

Będę myć podjazd.

Zapomnę o plecach.


Jeden pokazał się między palcami. No i moja idea… świerzb!!! Wszystko możliwe. Będąc na koncercie kupiłam koszulkę. Zawsze piorę nowe rzeczy, tym razem nie uprałam. Nałożyłam. Ot i mam!!!!

Czekam do 3:30pm a to jeszcze 6 godzin i 22minuty.

Odchodzę od zmysłów.

Nałożyłam rękawiczki, żeby ewentualne żyjątka jakie mnie jedzą nie padały na podłogę. Jeju!!!! Jak ja się siebie brzydzę.

A może to nie świerzb?


Cdn…

Nie dawno kupiłam kremik miodowy do kawy. Po wypiciu kawy, dostałam więcej bąbli. Teraz wypiłam cały kieliszek tego kremiku, czekam na reakcję. Na kit pszczeli jestem śmiertelnie uczulona ale … miodzikiem zajadałam się i nic się nie działo.

Czekam….

Cdn…


Nie świerzb, nie pluskwy. Kremik miodowy nie daje żadnych reakcji alergicznych. Jeden bąbel pod kolanem pokazał się przed wypiciem kremiku.

Opanowało mnie uczucie swędzenia, wszędzie. Głowa, czoło, nawet brwi. To jest straszne.

Jestem już gotowa na wizytę.

Cdn…


Po wizycie u lekarza. Nic pewnego. Dwa bąbelki między palcami wskazywały by na świerzb. Ale z tyłu w pasie, pośladkach i kierujące się w kierunku plecach na ….

skierowanie do dermatologa.

Przypisano mi maść, mam się na noc wysmarować od szyji po czubki palców i tak pójść spać. Jeśli nie pomoże, dermatolog i biopsja.

To wszystko.

Jak nie dotykam to da się wytrzymać, bezczynnie nie można siedzieć bo swędzi.

Ogólnie nic nie wiadomo i doktorka nie ukrywała swojej niewiedzy na temat moich bąbelków.

Nie dziwię się, sama się pogubiłam.

Kurcze…. cierpie katusze.


Posmarowałam się kremem, oczywiście z pomocą MM. Zobaczymy co będzie jutro.🤓🤓🤓🤓

Mięsko na gołąbki

Ciężki dzień miałam dzisiaj. Zresztą jak zawsze. Trawka zieloniutka, podlewam, dokarmiam. Krzewy i letnie kwiaty rosną. Drzewa niepotrzebne wycięłam, oczywiście piłą elektryczną.

Czas na nowy projekt. Ciśnieniowe mycie wjazdu, chodników, murków, tarasu i patio. To są moje brudne nóżki 😁😁😁😁Zaczęłam wcześnie rano, skończyłam przed lądowaniem MM. Zostało dość dużo pracy na jutro.

Niezmordowana, nie chciałam zepsuć mięska na gołąbki.

Kapustkę przygotowałam i czas na mięsko. Otwieram mięsko z indyka, pachnie dobrze. Otwieram wołowe…zapachniało mi inaczej, na pewno nie świeżością. Dodałam jajeczka itd…wrzucam do maszyny bo nie będę przecież spracowanymi rączkami mieszać.

Jeszcze przekonuje siebie, że jest dobrze, że znów wymyślam. Moj nosek jest tak bardzo delikatny, że wywącha to czego nikt inny nie wywącha. Mam to po Tacie. Nie zdecydowałam się użyć tego mięska do gołąbków.

Odebrałam MM z metra i zajechaliśmy po inne mięsko. Moje trafiło do kosza. Zdejmuję folię z tacki i wącham, zapaszek nie dobry, oj nie dobry, zagłębiam paluszki w mięsku wołowym, a tam pod warstwą czerwonego mięska, zielono-granatowo.

Pojechaliśmy do sklepu aby wymienić mięsko. Tym razem jeszcze w sklepie zdjęłam folię z tacki i w zabezpieczonych w worek foliowy paluszkach, rozgrzebałam mięsko. Tym razem wzięłam wieprzowe. Miesko dobre, w domku pachnie gołąbkami.

Jeszcze 20 minut i gołąbeczki będą gotowe.

Dodałam mięsko z indyka i wieprzowe. Lubię takie mieszanki.

Smacznego

Znów pogryziona

Nie wiem co i kiedy ale….

Wtorek miałam bardzo pracowity. Wycięłam dwa drzewa. Wysokie, umiem ciąć tak, aby spadły w odpowiednim miejscu. Później przez cały dzień cięłam na małe kawałki. Pakowałam do worów mniejsze gałęzie, a konary wiązałam. Tak mi zleciał cały dzień.

Możliwe że ugryzł mnie jakiś zabłąkany komar, ale z rana wstałam pogryziona jeszcze bardziej. Z tyłu w pasie z lewej strony miałam kilka swędzących ugryzień. Zdziwiłam się bardzo, posprejowałam się od komarów, dziwne, dlaczego z tyłu w pasie mnie pogryzły, nie ręce, nogi, czoło. Pogryzły z tyłu w pasie i do tego przez bluzkę. Nie drapałam, nie smarowałam. Nie wiedziałam co, więc nie wiadomo co może mi ulżyć. Drapanie może skończyć się infekcją.

W pracy, cierpiałam. Nie tylko swędziało, paliło.

Po powrocie do domku, wskoczyłam pod zimny prysznic. Omal nie zdarłam z siebie skóry. Opanowałam się, a było bardzo trudno.

W czwartek, a więc dziś. Mam bąble po prawej stronie. A więc, pas z tyłu jest obąblowany. Nie mogę siadając się opierać, zakładać majteczek ( nie ważne jakie). Bąble schodzą na pośladki. Jeden jest na szyi ( z tyłu) pod włosami.

Zaczęłam szukać w google. Nie wiem dlaczego, ale na myśl mi przyszły pluskwy. MM lata samolotami, mieszka w hotelach, może przywiózł pasażerów na gapę? Może, za dużo łykam witaminek. Jutro mam wizytę u lekarza. Wszystko się wyjaśni.

Strach kłaść się do łóżka. Mam nadzieję, jeśli to pluskwy to MM będą chrupać, więcej ciałka.

No jak to w małżeństwie… co jest moje to jest twoje…

Wyjaśnienie – ostrzeżenie? oszukanych liczyć na palcach jednej ręki, czy palców nie starczy

https://tvn24bis.pl/z-kraju,74/orange-polska-ostrzega-przed-telefonami-z-papui-nowej-gwinei,842667.html

Uwaga na telefony z egzotycznych numerów. Sieć komórkowa ostrzega: nie oddzwaniajcie

Powinno być dodane : Nie odbierać telefonów z papui!!

Nie mam zarejestrowanego tel w orange, nie byłam na egzotycznych wakacjach, od kilku miesięcy nie loguję się do facebooka, a jednak zdzwonili i to dzięki http://www.wp.pl . Czyżby odwiedziny na wp.pl należałoby traktować jako wczasy w egzotycznych krajach? Jak napisałam w poprzednim poście, ten portal dla mnie już nie istnieje.

Inny popularny polski portal, również zamieścił wiadomość o tym egzotycznym kraju, który to zablokował(?) facebooka. Możliwe, że to chwyt “reklamowy”.

Czy ktokolwiek sprawdził ten “news”?

Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o kasę…..

Przeglądając wiadomości na wp.pl natrafiłam na tytuł (teraz nie pamiętam dokładnie) coś w tym rodzaju…Najbiedniejsze państwo wypowiedziało walkę… i zdjęcie właściciela fejsa. Ciekawa byłam, dlaszego ciągu zmagań tego pana. W wiadomościach podana nazwa tego najbiedniejszego państa, mają zamiar zamknąć fejsa na 30 dni i dokładnie go “prześwietlić pod kontem porno. W dalszej części artykułu dowiedziałam się, że to najbiedniejsze państwo (wp tak określiło) ma zamiar utworzyć coś na wzór fejsa w swoim państwie i tylko dla swoich obywateli.

Nic szczególnego tam nie znalazłam. Ot, zwykła wiadomość.

 

Zwykła wiadomość okazała się niezwykłą . 

Po kilku godzinach zadzwonił iphon. Nie odbieram telefonu z jedną nastawioną przeze mnie muzyką. Czekam aż pozostawi ten ktoś wiadomość. Oczywiście dzwonią z telemarketów.  Jeden telefon dziennie lub jeden na tydzień. Czym to jest uwzględnione, nie wiem. Blokuję, sprawdziłam numery biur nieruchomości dla przykładu. Numerów z których mogą wykonywać połączenia, biura mają tysiące. Blokowanie na nic się zdaje. Jeśli w ciągu dnia wykonanych byłoby ponad 50 tefonów, można założyć sprawę sądową. Oni wykonują jeden miesięcznie lub tygodniowo.

Zprawdzam na czytniku a tam co widzę. Papa (srapa) gwineuja do mnie dzwoni.  Kilka godzin temu czytałam o tym państwie. Nie wiem i nie sprawdzałam, gdzie to coś leży na naszym globie, mało to mnie interesowało i interesuje.

Wchodzę na wp.pl i szukam wiadomości które czytałam. Żadnego, żadnego śladu wiadomości o ….najbiedniejsze państwo itd… Google pokazuje wiadomości z UK, ale nie  wp.pl

Dziwne i nie dziwne… można pomyśleć, że wp.pl sprzedaje nasze dane. Można pomyśleć, że wiadomość była podstępnie opublikowana, na wp.pl celem zdobycia danych, o czym nie wiedzieli. Czyżby? Jeśli tak,  to nie mają kontroli nad swoją internetową stroną.

Zawsze byłam ostrożna w otwieraniu nowych stron internetowych,  a w sieci jestem bardzooo długo. Uczyłam się internetu wraz z jego powstawaniem.

A tu nagle coś, ktoś mnie zaskakuje.

Wiem, że wp.pl dla mnie już nie istnieje.

To było pierwszy raz i trafiło na pewno, nie tylko na mnie, ale nie ostatni raz.

Handel danymi kwitnie w najlepsze, tego koła już nikt nie zatrzyma.

 

Nieporozumienie

Mam dużo zrozumienia dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi czy też rodzicami. Nie byłam i nie chcę być w takiej sytuacji. Nie wiem jak bym się w takiej sytuacji odnalazła. Mogę zrozumieć prostest w sejmie, jedynie w połowie.

Dlaczego matki skazują swoje niepełnosprawne dzieci na warunki przebywania, mieszkania, koczowania na sejmowym korytarzu. Dlaczego same nie mogą tam przebywać, wcześniej zapewniając tym dzieciom opiekę w ich miejscu zamieszkania? To brak szacunku dla dzieci, to jest poniżające dla nich, dla wielu dzieci jest to na pewno niezrozumiałe i męczące.

Walczą o godne życie, fundując swoim dzieciom upodlenie.

Zamieniły korytarz sejmowy w spalnię, jadalnię i sralnię.

Nie ma czego się obrażać jak ktoś powiedział, że na korytarzach sejmowych śmierdzi. Zdrowy człowiek się poci a pot nigdy nie pachniał. Prysznicu lub kąpieli nie zastąpi mokra szmatka, deodorant czy najlepsze petfumy. To żadna obraza, stwierdzenie … śmierdzi. Nie wymyjmy się dokładnie, a zwłaszcza kobieta podczas miesiączkowania, powąchajmy, później obrażajmy.

Nie mam pomysłu na wyegzekwowanie obietnic rządowych ale moim zdaniem nie tędy droga.

Wieszanie transparentów aby świat zobaczył. A co ten świat robi z wojnami, z afrykańskimi kobietami, reżymem w Columbii. Nie powinniśmy wciągać w swoje socjalne sprawy, innych krajów.

Moim zdaniem, kto ten bałagan stworzył ( bo to jest bałagan) powinien naprawić. Nie ważne w tej chwili jakim kosztem. Czy rząd ma, czy nie ma na to funduszy. Jak nie ma, to niech chociażby dodrukuje.

Jak spędzam niedzielę

Pospało mi się dłużej, może dlatego, że budziłam się w nocy. Nie powinno być gorąco bo, chłodzenie “chodziło”, wiatrak sufitowy też się kręcił, ręce zimne a ja spocona. Po którymś przebudzeniu przypomniałam o wypitym likierze. Ale…rozumiem , gdybym wypiła przynajmniej pół butelki to niech, grzeje, poci, “rozbiera” na czynniki pierwsze. Likierowy kieliszek jedynie.

Z raniutka pojechałam po cieplutkie pieczywko do Panery.

Później kanapeczki, kawcia na decku i do tego szpalta gazety sobotnio-niedzielnej.

Telefon, 1,2,3 i któryś tam, z Polską i MM z Ohio.

Pomysłu na zagospodarowanie niedzieli nie miałam, chodzenie, przemieszczanie się, włuczenie z kąta w kąt nie wchodziło w rachubę.

Wiadomo w ameryce szafy w domach są duże, to są oddzielne pokoje w których są wieszaki, szafki i półki. No to weszłam do takiej szafy, porozglądałam się na lewo i prawo, zaczęłam przeglądać garderobę. I tak w to przeglądanie wsiąkłam, że nie spostrzegłam a było już daleko po 2pm.

Poodkładałam rzeczy których jakiś czas nie nakładałam, przejrzałam bluzki i spodnie jeszcze ze sklepowymi metkami. Przyjrzałam się im, czy w ogóle to nałoże, jeśli wiszą już parę lat. Do nowej sukienki nie miałam w ogóle “serca”. Nie pamiętam jaka to była uroczystość lub zwykłe spotkanie rodzinne ( tyle ich było, że nie zliczę) w restauracji. W takiej samiuteńkiej sukience jaka u mnie wisiała na wieszaku, spotkałam panią. Pani ładna, zgrabna, ale ja swojej sukienki nigdy już nie nałożyłam. Patrząc na sukienkę, widzę inną osobę. Koniec i kropka, do oddania. W całej ameryce są sklepy Goodwill, do których oddaje się rzeczy używane i nowe. Sklep wystawia cenę i sprzedaje. Oddaje się do tego sklepu: artykuły użytku domowego od mebli, dywanów do noży i widelców. Odzież od majtek i staników do pasków do spodni. Elektronikę: telewizory, radia, płyty winylowe, nagrania na taśmach magnetofonowech itp. Dosłownie wszystko. Jeśli nie mam ochoty zwracać nasion trawy do sklepu w którym robiłam zakupy, mogę oddać do Goodwilla, aby opakowanie nie było porwane i rozerwane. Obuwie: sandały, papucie itd…

Całkowicie zużyte trafiają na śmietnik, reszta do odsprzedaży.

Kolekcjonuje zegarki, często tam zaglądam i … trafiły mi się dwa fikuśne po niespełna 2$. Kupiłam również kryształowy polskiej produkcji flakon do kwiatów. Cena była poniżej 10$ jak dobrze pamiętam.

Tak sprzątając doszłam do torebek. Odłożyłam dwie. Jedną przywiozłam z Polski rok temu i … używałam będąc rok temu w Polsce i w czasie podróży. Kupując podobała mi się bardzo i cena była słuszna. Po powrocie odstawiłam i wiem, że nigdy więcej jej nie użyję.

Czas na późny lunch więc, pojechałam znów do Panery. Ta sama kasjerka która obsługiwała mnie dzisiejszego poranka, wciąż ci sami ludzie pracowali. Zatrzymałam się chwilę i z nimi podziamdziałam. 😁

Teraz?…. muszę kończyć organizację szafy, ale…. mi się odechciało.

Resztę rozwalonych rzeczy wepchnę w kąt pod wieszaki z bluzkami i niech tak leżą. Czy muszę być perfekcyjna?

A jeśli upchnę w kąt te rzeczy precyzyjnie i perfekcyjnie to…. czy wciąż będę perfekcyjna?

A tam nie ważne.

Moja szafa – moja perfekcja😁🤭.

Samotności nie odczułam tej niedzielki, grunt to zająć swoje ręce i głowę, a czas szybciuteńko zleci.


Tak miało być, upchnę, przydepczę, ucisnę w kąt resztę nieułożonych w szufladach, na półkach i nie powieszonych na wieszakach rzeczy i udam, że nie widzę.

Tak miało być, ale nie było.

Poukładałam wszystko do końca, do ostatniego ciuszka i bucika. Szczerze? Jak ja miałam dość robienia niedzielnych porządków w szafie! Po zakończeniu, spojrzałam lewym a później prawym okiem na ład jaki zapanował ale….nie było skakania pod sufit, było ufff ….. nareszcie koniec. 😰😰😰😰Czy warto było poświęcić kilka godzin dla jakiegoś UFFFFF?

Mogłam założyć nogę na nogę i się ponudzić, ale nie …. ja muszę zawsze, no zawsze znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Przy sobocie po robocie oraz zrozumienie starości

Co to oznaczało, nie wiem i tak na prawdę, nigdy mnie nie intetesowało i nie interesuje. Pół dnia przegadałam na skype z jedną siostra, później z drugą, która jest teraz w Polsce. Z mamusią już nie rozmawiałam. Zmęczona była bardzo po wizycie starszej. Nowościo-wiadomości dowiem się jutro. Moja mamusia jest stareńka we wrześniu skończy 89 lat. Mimo wieku i chorób jakie przeszła, trzyma się dobrze. Z laską dojdzie do sklepu osiedlowego i wróci z zakupami. Zrobi sobie śniadanie i obiad. Nie musi, bo siostra mieszka w tym samym domu (to jest dom dwurodzinny) mają jeden korytarz ale osobne wejścia do ich mieszkań. Młodsza mieszka właściwie całe życie, właściwie…bo dom się zmienił. Powiększył, poszerzył i dobudowany został strych. Więc, młodsza siostra jest tam od zawsze. Po śmierci tatusia i wcześniej było różnie, ale ludzie zaczynają rozumieć i dobrze że zmieniają się na lepsze. Siostra opiekuje się mamusią, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. Moja opieka jest sprowadzona do opłaty zużytego przez mamę gazu, wysłanie paczki, rozmów.

Przyjechała starsza, ze swoimi problemami. Mamusia jest już zmęczona słuchaniem o problemach, kłopotach, tym bardziej, że starsza nie mieszka w Polsce. Mamusię ineresuje, jeśli jeszcze w tym wieku cokolwiek interesuje poza własnym zdrowiem, rodzina która jest obok, to znaczy, na skinienie ręki lub zamamrotanie pod nosem.

Zmieniłam nastawienie do starzenia się mamusi. Jakiś czas temu, byłam poddenerwowana jej spospbem postępowania, mówienia, plotkowania, zapominania, oskarżania, buntowania się. Zrozumiałam, że to jest pierwsza osoba z którą my córki mamy kontakt, która starzeje się przy nas. Tatuś szybko odszedł, a jak się starzał to starzał się przy mamusi. To ona nim się opiekowała i to ona w tej ostatniej minucie wróciła ze sklepu i potrzymała tatusia za rękę kiedy umierał. To ona moja mamusia, najbardziej cierpiała. I to nazywa się miłość. A ja jej zarzucałam jeszcze nie tak dawno, że tatusia nie kochała. Potrzebowałam czasu aby to wszystko zrozumieć.

Skype nie zastąpi osobistego kontaktu, lecz jest tak i tak zostanie.

Po południu, skosiłam trawę na front yardzie, już po raz 3. Trawka pięknie się zieleni i rośnie. W niektórych miejscach (nazywam placki) trawka bardzo wolno rośnie lub jej nie ma. Muszę dosiać trawkę w tych miejscach, czekam na chłodniejsze dni i trochę więcej deszczu.

W ten weekend jestem sama, MM pracuje na wyjeździe, smotnie mi troszeczkę.

Wspaniała pogoda, siedzę na decku. Godzina 8:30pm, wciąż widniutko i cieplutko.

Czapka

Wczoraj dmuchałam i kosiłam po raz drugi nową trawkę. Było upiornie gorąco i wilgotno. Poprzedniego dnia po południu była ulewa, więc ziemia niemiłosiernie parowała. Pociłam się też, niemiłosiernie. Oczy pot zalewał, a głowa po czapką omal nie eksplodowała. Zdjęłam czapkę z daszkiem i rzuciłam ją pod drzewo. Później MM zabrał dmuchawę, kosiarkę, przewody elektryczne. Byłam zmęczona aby zabierać sprzęd z front yardu. MM był zadowolony, że może chociaż w ten sposób pomóc. Rano podnosząc zacienienia (plisy) okienne, zauważyłam coś czarnego pod drzewem. Nie zwierze bo nie rusza się, jeż? tylko taki czarny? Skunks? nie ma pręg? Tak z MM debatujemy przy oknie. Zdecydowałam wyjść na zewnąrz i nie drzwiami frontowymi ale od decku, żeby nie spłoszyć tego kogoś, czegoś. Klapki klapały o stopy więcę zaciskałam palce aby dojść po cichutku, nie płosząc intruza. Za krzakami jeszcze nie mogłam dojrzeć, uciekło to coś, czy wciąż siedzi skulone w oczekiwaniu, tylko na co? Na mnie? Jeśli skoczy mi wprost do gardła to jak się obronię? MM został na piętrze i obserwuje. Minęłam krzaczki azalii, podchodzę bliżej i bliżej i jeszcze bliżej, ”czarne zjawisko” ani drgnie. Już byłam blisko, kiedy wybuchłam śmiechem. 😀😀😀😀😀😀

To leżała tam moja CZAPKA Z DASZKIEM!!!!!

W piątek wieczorkiem

Z rana pukanie do drzwi, frma od chłodzenia przyjechała, przeprowadzi konserwację i wymianę filtrów. Znów pukanie , panowie od internetu, sprawdzić speed i ogólna kontrola. Przy każdym pukanku pieskowe szczekanko. Nie pospałam. Wolniutko, bardzo wolniutko budziłam się, kiedy obie firmy odjechały, staneliśme na ganeczku przy drzwiach frontowych, podziwiając cudowny cieplutki poranek, nagle na dole za drzewami na ulicy zauważyłam mężczyznę.

MM powiedział – to jest J….

Nie doszło do mnie, że to mój synuś, bo niby jak, dlaczego, a gdzie jego samochód. Kiedy zbliżał się, stwierdziłam, że to synuś.

Samochód zostawił w zakładzie do przeglądu, wymiany oleju i wrócił pieszo – około 2 godzin.

Później miałam pracowity dzionek, no oczywiście, że na yardzie. Po wczorajszej ulewie i huraganie, było dziś prawdziwe sprzątanko. Gałęzi ułamanych, kwiatów i zielonych liści, wszędzie. Nie wiedziałam, dmuchać czy zamiatać. Robiłam jedno i drugie.

Mieliśmy umówione strzyżenie i mycie piesków. W tym samym czasie zadzwonili z zakładu że syna samochód jest do odebrania. Zapakowaliśmy się we trójkę do samochodu a z nami pieski. Amber zaczęła popiskiwać. Nie lubi jazdy samochodem. Więc. postawiłAm ją na tylnych łapkach przy uchylownym oknie, miała możliwość oglądania “wielkiego świata” i jednocześnie, powiew powietrza. Zawsze piszczy i wyje, nie sposób z nią jechać. Zima lubi jazdę samochodem. Mieliśmy pieski zostawić w “myjni”, odwieźć syna do zakładu i pojechać na zakupy. Zawsze mamy od3 do 4 godzin luzu.

Niespodzianka!!!!!System komuterowy zmienili w “pralni piesków” i nie mogli nas znaleźć. No i nas nie przyjęli. Byliśmy niepocieszeni. To nie pierwszy raz taka sytuacja. Korzystaliśmy i innej “myjni” ale niestety, właścicielka zamkneła zakład na zawsze i bezpowrotnie. Właścicielka i obsługa bardzo miła, pieski ostrzyżone dokładnie i zawsze tak jak chcieliśmy. Nie mieliśmy nigdy kłopotu i powodów do narzekań. Ta myjnia nie tylko jest nam nie po drodze, ale zawsze, no zawsze jest jakieś ale….wiele razy nie zwracamy uwagi i dopełniam, dokańczam dzieła już w domu swoją pieskową golarką. Jeden raz pieski siedziały w klatce 5 mówię pięć długich godzin w klatce. Nie dzwonili, więc z MM stwierdziliśmy, czas jechać. Zajeżdżamy a ja od wejścia słyszę Zimy ujadanie. Nie wracałam uwagi na krzyki personelu, pobiegłam na zaplecze a tem….moje pieski w klatce i jeszcze nie wymyte nie ostrzyżone. W momencie kiedy krzyczałam, żeby mi je oddano, wyprowadzono pieski do szybkiego mycia. Bez strzyżenia, suszenia zabraliśmy je do domu. Byłam wstrząśnięta zachowaniem personelu. Niestety najbliższa “myjnia” też zamkneła swoje podwoje. Obecnie jesteśmy na etapie szukania samochodu, który jeździ strzyże myje i robi całą pielęgnację zwierzaczków, na podjeździe przy domu.

Więc……

znów się tłukliśmy z pieskami w drogę powrotną.

Pieski zostawiliśmy w domu, czas na lunch. Zatrzymaliśmy się na jadło, nakarmić siebie i moje dorosłe dziecko. A co, niech zna serce matki 😀😀😀.

Zakupy dokonaliśmy wielkie, bo… specjalne półki do garażu. Teraz cała organizacja w garażu, należeć będzie do mnie. Przyszedł czas na porządki w tej części domu. Miałam jakieś tam półki ale nie mieści mi się wszystko. Sprzęt ogrodowy, chemikalia, sprzęt elektryczny, jest w wielkim nieładzie. Posprzątam i za chwilę ponownie robię bałagan.

W piwnicy mam porządeczek wszystko ma swoje miejsce, wchodzę i widzę, nie muszę przesuwać, przekładać, przenosić. Takie same półki kupiliśmy do garażu. Na razie tylko 2 szt. Jedna inna a druga identyczna jak na dole. Więcej w sklepie nie było. Nie ma pośpiechu, mam czas. Wiem, że coś się zmienia.

Teraz i w garażu bedzie cudnie!!!!!!

A po pracy, a po pracy rodacy…skoczyliśmy z MM po piwko, torcik i zrobiliśmy ucztę na 102, przy dzwiękach muzyki piliśmy, jedliśy i było wesoło na naszym yardzie pod parasolką.

Na wszystko musi być czas: pracę, odpoczynek, zabawę i jeśli trzeba to na łzy.

O niczym 2.

Do pracy pojechałam bez …śniadania i kawy. Za długo spałam. Nie zatrzymałam się aby coś kupić. Wszędzie korki.

Korki w drodze powrotnej równieżi żeby to był jeden pas ruchu, w jednym kierunku jest ich 6 lub 7 i z daleka widziałam, że wszystko stoi. Zmieniłam trasę w ostatniej chwili i nie wiem czy dobrze czy źle bo do domu trafiłam po godzinie.


Głodna jak pies wpadłam do domu, a pieski też czekają na jakiś smakołyk.

Szybko kiełbaska z cebulką na patelnię i jajecznica. Usmażyłam chyba dla całego pułku. Zjadłam …trochę, bo nie o jajecznicę chyba mi chodziło. Pieski moje jedzą tylko psie jedzonko, ale jak żółtą mamałygę wrzuciłam do misek to bardzo szybko zniknęła.

Pierwszy Maja

Dziś mamy 1 Maja Święto Pracy.

Jednym kojarzy się z przymusowym pochodem innym z majówką. Ja osobiście lubiłam treningi przed pochodem, bluzeczki białe i granatowe spódniczki. Po pochodzie festyny, zespoły muzyczne, lemoniada i cukrowa wata.

Nie rozumiem do dziś narzekania i ganienia pochodów jeśli ta część niezadowolonego społeczeństwa, brała czynny udział w zabawach w parkach. Powinni siedzieć w domu i wciąż narzekać.

Przyjemnie było spotkać znajomych i rodzinę na festynach. Zawsze brałam udział w pochodach bo dla mnie to była przyjemność, w żaden sposób nie naszpikowana żadną ideologią.

W starszym wieku, dla mnie to było prawdziwe Święto Pracy, z tym że nie uczestniczyłam w pochodach. Pochody zamieniono na wiece.

Dziś aby uczcić Święto Pracy, pracuję na front yardzie. Pogoda dopisuje, pracując wspominam i cieszę się, że żyłam w bardzo ciekawych czasach i wiele jeszcze przede mną.

Wszystkim pogody ducha!