Suszona śliwka

Konserwownie, konserwowaniem, ogórkiem ani grzybkiem nie jestem, potrzebuję nie tylko czasami, czegoś do posmarowania swojej twarzyczki. No cóż, lata lecą, tam i ówdzie pomarszczyło. A marszczyć będzie, i bardziej i więcej, z czasem wyglądać będę jak suszona śliwka. 😥😥😥😥😥(nikogo nie obrażając) Oby nie pomarszczyło‼️‼️‼️ Każda kobietka zagląda do lustereczka …lustereczko powiedz…

lustereczko odpowiada

…czego chcesz stara pudernico? 🤭🤭🤭🤭

Aby nie usłyszeć, co tam lustereczko ma do powiedzenia, kupiłam krem. Krem drogi jak cholera, podwójna cena porównując do polskich. Krem i serum sprowadzony prosto z Paryża. Aby dopuścić na rynek amerykański muszą być przeprowadzone dodatkowe badania lub…poddać dodatkowemu uszlachetnieniu. Nie wnikam w szczegóły. Jest jak jest, ja go wybrałam, a MM zapłacił. Stwierdzając przy kasie, że nie chce mieć przy sobie nastolatki woli starą. Ja znam MM żarty i nic mnie nie dziwi, lecz na te słowa, duża, gruba i czarna stara doooopa spojrzała na mnie wymownie. Oczy i jej grymas na twarzy mówił… jak ty z takim starym gburem wytrzymujesz, powinien płacić i nic nie gadać… zlekceważylam jej wymowne spojrzenie. MM nie jest gburem, nie jest stary, każda by chciała takiego jak MM. OK może przesadzam ciutkę, ale MM jest mój i tylko mój. Nic nikomu do tego, jak żartuje. A może miał na myśli, że młode by jego więce kosztowały? Hahahahahah

Na noc nałożyłam serum i krem na twarz, szyję i dłonie. Serum ładnie się wchłania, krem nie należy do tych tłustych, co czasami sciekają. Z rana kazałam MMowi nałożyć okulary i mnie dokładnie obejrzeć. Bo te specyfiki w takiej cenie to powinny działać po jednym użyciu, a nie jak reklamowali w sklepie, po 40 dniach. Mogę nie dożyć i nikt różnicy nie zauważy. MM obejrzał dokładnie … pokiwał głową, zmarszczył czoło, pofiukał…no ja to różnicy nie widzę…powiedział. Ale gdzie ty masz te zmarszczki? – spytał

No i widzicie! Po pierwszym razie zadziałało!!!

Teraz, tak na serio. Dłonie się wygładziły. Szyja potrzebowała dokładniejszego nawilżenia i wygląda na to, że otrzymała. Jest w lepszej kondycji. Twarz? Nie widzę większych zmian, po pierwszym razie. Serum i krem należy stosować raz dziennie, ale z rozbiegu, nakremowałam się z rana. Ogólnie stosować będę jedynie na noc.

Za dawnych czasów, zimna woda ze studni i szare mydło wystarczało.

Zakonserwowana

Bardzo dziwne, że w stanach wczoraj była cisza na temat Dnia Kobiet. A przecież, to USA zapoczątkowało obchodzenie tego święta już w 1910roku. Nie było żadnego nigdzie ruchu, a chodzi o sklepy. MM również milczał, nie pierwszy raz, po prostu nie rozumie tego święta, tak jak ja nie rozumiem wiele innych.

Jak już kiedyś wspominałam, moje dzieci obchodzą tylko amerykańskie święta. Z tego też powodu nie dostałam, żadnego kwiatka. Mogłam kupić sobie, kupuję bardzo często nie czekając na jakąś okazję. Z tym, że mam jeszcze kwiatki od walentynek. Nie więdną, nie schną, zakonserwowałam je, wsypując łyżeczkę cukru. Tulipany również długo stały, zazwyczaj dwa góra trzy dni i trafiały do kosza.

Teraz wiem dlaczego tak pięknie wyglądam jak na swoje lata😁.

Od urodzenia jestem na diecie cukrowej.

Zakonserwowałam się😁.

Błogi spokój?

To nie u mnie.

Po godz 3am, obudziło mnie chrobotanie dochodzące ze strychu. Cichsze, delikatniejsze, takie subtelne, mówiące … śpi babo bo i ja też chcę spać, tylko zanim to zrobię muszę sobie pościelić….🐿🐿🐿🐿🐿🐿🐿

No i to coś, ścieliło sobie posłanie do 5am. Bo wstałam i zaczęłam walkę z karaluchami, które to nie dawały spać synowi. Po 11pm wleciał do mnie, jeszcze byłam w tv roomie, z krzykiem …. no łaził, łaził mi po szyi, obudził… 🦗🦗🦗🦗🦗

Zaproponowałam spanie na piętrze, odmówił, jeszcze jakiś czas słyszałam odgłosy zabijania karaluchów obuwiem. 😱🦗🦗🦗🦗👟👟👞👞👞

A więc, 5 rano, syna już nie ma poszłam do niego uzbrojona w rękawice i wzięłam specjalnego, tym razem spraya. Otworzyłam, okna i drzwi i …. rozpoczęłam walkę… tylko z kim? Jak się tak pochowały, że ani jednego nie zauważyłam. Spray nie potrzebował bezpośredniego kontaktu z insektem, więc, mam nadzieję, że te nie widzialne karaluchy wymordowałam.

Włączyłam pralkę i od wczoraj piorę wszystkie ubrania syna.

Większość czystych ale będą czystsze. Pozbawione nieproszonych gości.

Jeszcze na parterze i piętrze, nie ma karaluchów a może, przemykają tak, że nie widzę?

Nawet, jeśli nie ma, w co nie wierzę, to będą.

Dziś muszę kupić następnego spraya i specjalne pudełeczka pułapki.

MM wróci z pracy zadzwoni do firmy odkażająco jakiejś tam, (nie mam tel, ogólnie to mi się tego numeru nie chce szukać) nie chcę zawracać mu głowy w tej chwili, ma inne poważniejsze sprawy.


Na zewnątrz jeszcze ciemno, a ptaszki już bardzo głośno śpiewają …..wiosna radosna, ludzie wstawajcie….🐦🐦🐦🐦🐦


Po pracy zajechałam do sklepu, kupiłam chemię. Na co wydałam 73$, w sumie z wcześniejszymi zakupami, ponad 100$. Zanim firma przyjedzie to karaluchy nas zjedzą. To nie jeden czy dwa karaluchy.

Kupiłam tzw. bombę spayową. Naciska się i zostawia. Chemia unosi się do góry, później opada. Nie wolno wchodzić do pomieszczenia przez 2 godziny, następne 2 godziny wietrzenie.

Czekam na wejście, trzeba pootwierać okna i drzwi. Wszelka żywność, jeśli w pomieszczeniach się znajdowała, nie jest zdatna do spożycia. Puszki i nigdy nie otwierane słoje, przed użyciem wymyć.

Ogólnie: jedzenie wywalić, resztę wymyć.

Parter i piętro, spryskałam, rozłożyłam specjalne tabletki, wywierzyłam i wszędzie dokładnie odkurzyłam. Mapować nie wolno bo zmyję chemię.

W domku powietrze teraz świeżutkie z nitką… co tu ukrywać spraya. Tak być musi.

Zobaczymy na ile moja praca była przydatna.


 

Jestem zmęczona.


 

Przed spaniem muszę dziś zajrzeć na strych, nie chcę następnych gości dzisiejszej nocy. Jeśli będą „ wyproszę” delikatnie mówiąc.

Nieproszeni „lokatorzy”

W wolny dzień od pracy zawodowej, mam deszczową pogodę. Oj, cieszę się z deszczu. Podleje mi nasiona trawy, cebulki tulipanów i innych roślin.

Z uwagi na udział w małym maratonie 4 lipca, muszę się zacząć przygotowywać.

Dziś rozpoczynam treningi.

Bieżnia i rowerek. A że, wszystkie urządzenia mam w domu, nie muszę jechać na siłownię, będzie lepiej i łatwiej.


15 minut bieżnia, 10 minut rowerek. Jak na początek bardzo dobrze. Na bieżni przez 15 minut biegłam i mogę stwierdzić, że wciąż jestem w formie. Nie chciałam przedobrzyć i te 15 minut wystarczyło. Następnym razem bieg przedłużę o 5 minut.


Z tych złych rzeczy.

Syn się sprowadził z brązowymi lokatorami. Karaluchy!!!!! Wczoraj nakupiłam chemii, ale trzeba będzie wzywać firmę. Mamy firmę obslugującą nasz dom. Pryskają co 3 miesiące i to wystarczało zabezpieczyć się przed pająkami, skorpionami, karaluchami (mniejszymi, większymi), szczypawkami i innymi insektami. Klimat jest ciepły więc nie oczekujemy, że wymrozi.  Ostatni raz pryskali w piątek. Syn z lokatorami przyjechał w sobotę.

Fuj🤭😩😫🤪

No coż, takie to uroki mieszkania w apartamentowcach, skupiskach multikulti. Można ich kochać ale na odległość. Kiedy zamieszkał w apartamentowcu, nie było jeszcze kolorów, z czasem ludzie się wyprowadzali, a wprowadzali inni. Najgorsi jak powiedział syn są z Indii. Nic do nich nie ma, są mili, uczynni, przestrzegają swojej kultury ale smród i brud jaki robią wokół siebie jest nie wyobrażalny.

Pomyśleć, przecież do ameryki przyjeżdżają ludzie wykształceni, w większości informatycy, a jednak brudasy. Rodziny z Indii wprowadziły sie pod koniec listopada,  a więc nalot wąsatych trwał zaledwie parę miesięcy.

Sytuacja z insektami zgłaszana była do biura lecz nikt nie był zainteresowany. Tak jak nie był zainteresowany przez 3 lata. Normalnie opryski domów i apartamentów robi się jak wspomniałam co kwartał, w sytuacji kiedy jest zwiększony wysyp insektów należy robić co miesiąc, a nawet co 2 tygodnie.

Teraz muszę walczyć z karaluchową szarańczą. Nie trzeba ich dużo, jeden napłodzi miliony. Brrrrr😖

No cóż, mam wolny dzień. Martwiłam się, że nie będę miała co robić.😏


Na początku wzięłam  elektryczny sprzęt kuchenny. Czajnik elektryczny, jak każdy czajnik wodę się gotuje. Ogólnie czysty ale postanowiłanm wyszorować dokładniej. Póżniej dwuktornie zagotowałam wodę i odparzyłam. No nic szczególnego. Wytarłam do sucha i chciałam uchwycić za rączkę czajnika a tam …. maciutkie coś siedzi i wąsami rusza. Zamarłam ale to nie koniec inne coś z wąsami maszeruje mi po dłoni. Jeju!!!!! zaczęłam krzyczeć, trząść się. No zabiłam a jakże. Uspokoiłam się i zajrzałam pod włącznik czajnika. A tam…. wąsaty jeden, drugi. Fujjjj, szybko czajnik wyniosłam na zewnątrz. Czajnik stawia się na podstawkę, więc zajrzałam tam nic nie zauważyłam ale kiedy uderzyłam lekko podstawką o blat kuchenny….. zaczęły się sypać!!!! ledwo nadążyłam z katrupieniem. Podstawkę też wywaliłam na zewnątrz. Po jakimś czasie wróciłam do tego urządzenia leżącego przed garażem. Myślałam, że to koniec niespodzianek. O nie. Wytrząsłam jeszcze TRZY sztuki.

Po tych niespodziankach, zabrałam się za czyszczenie czystych urządzeń. Elektryczny grill – nie było wąsatych, ale tak wyszorowałam, że jest jak nowy. Blender rozkręciłam na części pierwsze – nie było wąsatych. Automat do gotowania ryżu – też nie było. Dlaczego w takim razie ukryły się w czajniku i podstawce? Okazało się że pochowały się w klawiaturze, laptopie, komputerze, głośnikach i sprzęcie tv-video.

Wszystko myję, piorę, nawet hermetycznie zamknięte puszki z warzywami – myję. Nie jestem pewna czy są tam jajeczka wąsatych,  czy też nie. Oglądam w okularach na nosie, ale …. co wymyte to wymyte.

 

Dziś będzie koronkowo

Aby przez następne 13 lat się nie pruło.

Pogoda dziś dopisała i można było posiedzieć na decku. Milusio i cieplutko.

Nic szczególnego w tak szczególnym dniu, jakim jest rocznica ślubu nie wydażyło.

Spokój, cisza.

Trzynaście lat, minęło szybko i nie odczuwamy ich na swoich ramionach.

Jeśli będzie tak dalej to następne 13 równie szybko minie.

To był dzień, w zupełnie innym stylu…

Wymięta i przepuszczona przez maszynkę do mięsa. Wypłukana w pralce i przepuszczona przez magiel. Moje szczere serce spuszczone zostało w kiblu.

MM otarł łzy.

On od swojej matki kiedyś usłyszał, że go nigdy nie chciała.

Spytał mnie – czy one były spokrewnione?

Coś w tym musi być.


Cały dzień na ziołowych tabletkach uspakajających.

Aby uciec od myśli, zrobiłam obiad i upiekłam ciasto.

Przez nieuwagę, rozcięłam środkowego palucha.

Zupa szczawiowa – pychotka.


Jutro będzie dobry dzień.

Obchodzimy z MM 13 rocznicę ślubu – koronkowa😁😁😁😁💐


Wykasowałam skype z iphona. Już nie będę na każde zawołanie i pod ręką.


Nerwoból❓

Tym razem, nie obudziły mnie odgłosy ze strychu. Cichutko i przyjemniutko spałam n

Do momentu, bólu prawej ręki. Obudził (po 2am) mnie ból przedramienia od wewnętrznej strony. Po dokładnym obmacaniu, wyczułam ból w jednym miejscu. Dość dziwne, oprócz kości, ścięgna, żyły, kawałeczka mięśnia i skóry, nic nie wyczułam, oprócz bólu. Ból promieniował na całe przedramie.

Posmarowałam maścią Biofreeze, ból zmalał na tyle, że mogłam stukać posta na iphonie😁.

Może to tylko nerwobóle, które potrafią umiejscowić się w najróżniejszch częściach ciała.

Ostatnio moje nerwy są napięte. Niemyśląc o “bałaganie” jaki stworzyła rodzicielka, czuję ogromne napięcie. W myślach rozmawiam z nią i tłumaczę. W myślach, inaczej się nie da. Jest ogromną egoistką, wykrzyczałam w realu ale … czego oczekiwałam? Spłynęło jak woda po kaczce.

No, mam z rodzicielką problem, na upór i egoizm, nie ma lekarstwa.

Więc, myślę że zbudził mnie, ból – nerwoból.

3:19am spróbuję usnąć. 😴😴😴😴😴😴


3:46am

Przedramie jest już ok. 😁

Co za noc

Na pewno nie upojna. Chrobotanie na strychu budziło mnie kilkakrotnie. Nie zasłoniłam tym razem jednego okna, widziałam jak wiatr kołysał gałęźmi. Któraś gałąź ocierała się o budynek. Zasypiałam i budziłam się. Nad ranem wszystko ucichło, usnęłam na dobre. Po śniadaniu wyszłam na podwórze, sprawdzić, którą gałąź należy zlecić firmie do przycięcia. Potrzebny jest wysięgnik. Patrzę, oglądam, wszystkie gałęzie są wysoko nad dachem, żadna nie ociera się o ścianę domu. No to co? Co nie pozwalało mi spać w nocy. Poszłam na strych.

O jeju❗️❗️❗️❗️❗️❗️❗️❗️❗️

Pobojowisko, pogryziona wata, izolacja, niedokończona budowa gniazd, no i z mojego poddasza zrobiono sobie ubikację!!!!!

No wiewióry, marny wasz los!!!!

Lornetkę docisnęłam do oczu i obejrzałam cały dach. Kawałeczek po kawałeczku, komin, wywietrzniki. Obejrzałam z czterech stron, nic, zupełnie nic nie znalazłam. Żadnej dziurki. A wiwióry musiały wejść, bo to nie myszy, wiem jakie chrobotanie robią myszki. Dwa miesiące temy MM był na strychu, wszystko było w porządku. Chrobotanie słyszałam tylko ostatniej nocy lecz wiewióry urządzały sobie balangę nie jeden i nie dwa razy pod naszą nieobecność.

Znalazłam!!!!

Znalazłam wejście, przez które sprytne wiewióry wspinały się do wewnątrz. Nie tak dawno wymienialiśmy maszyny chłodząco ogrzewające. Jedna z maszyn znajduje się na strychu. Aby maszyna działała musi być doprowadzone powietrze z zewnątrz a odprowadzone skraplanie na zewnątrz. Wszystkie rurki zostały przprowadzone w dużej tubie, która przymocowana jest do ściany od strony zewnętrznej. W tubie odkrylam dość dużo wolnego miejsca, które wiewióry wykorzystał do wspinaczki na strych.

MM od razu zadzwonił do firmy instalującej urządzenia(przyjadą we wtorek) a ja swoją drogą, wsadziłam do środka metalową siatkę, uprzednio odpowiednio nacinając aby wiewióry nie mogły jej wyciągnąć. Ostre druty wystające z siatki, powinny odstraszyć te gryzonie.

Mam nadzieję, na spokojnąnoc.

Coś na ząb😋

Dziś gotuję, zamawiane od dawna przez córcię , pyzy z mięsem. W moim regionie mówiło się kartacze. Pyzy/kartacze robię z ziemniaków tarkowanych z dodatkiem łyżki ziemniaków gotowanych przeciśniętych przez praskę. Ziemniaków gotowanych dodaję na ‘oko’ w zależności od ilości surowych starkowanych. Mięsko mielone z dodatkami jak sól, pieprz, majranek i miętę dodaję do smaku. Mięso lubię mieszane, wieprzowe, wołowe, kurczaka indyka. Z przypraw do mięsa, zawsze mi się coś dodatlowo sypnie,  trochę soli czosnkowej albo cebulowej. Zawsze robiłam płaskie i podłużne. Córcia po raz pierwszy zamówiła okrągłe, no to będą okrągłe.

Lepienie pyz musialam robić w tempie kosmicznym, ciasto ziemniaczane bardzo szybko ciemniało. W ubiegłym roku w sierpniu robiłam przyjęcie na otwarcie back yardu. Chciałam zaskoczyć gości pyzami/kartaczami. Zanim je wszystkie zrobiłam, ciasto sciemniało i pyzo/kartacze były czarno – granatowe. Były zjadliwe bo nie w kolorze smak, ale… mimo wszystko,  apetycznie nie wyglądały. Goście pytali, co to jest i z czego, jak to jeść?  Trafiły do kosza. Sama siebie nie przekonalam, że są zjadliwe, na prawdę były, …. ale czarno-granatowe, nie koniecznie.

Dzisiejsze pyzunie wyglądają apetycznie i smakują wyśmienicie.

córcia zjedła 4szt, zapkowałam do pojemniczka na wynos z 12szt. Będzie miała na dłużej. Ivanwi dłożyłam jeszcze jednego kotlecika. 😄😋

MM wrócił z pracy wcześniej bo już przed 9pm był w domku, złapał wcześniejszy samolot. Ucieszyło mnie bardzo.

Zadowolenie🙃🙃🙃🙃🙃

Nareszcie czuję się wspaniale. 12 godzin snu, pomogło, śniłam (po interpretacji) o oczyszczeniu. Cieszę się, że wszystkie myśli które zaprzątały moją głowę, ustąpiły.

Pies sąsiadki nie szczekał, pogoda na zewnątrz wspaniała, pogoda ducha również. Taki stan uwielbiam, nic nie trapi.

Po pracy wyszłam jeszcze na back yard. Chociaż każdego poranka, zaglądam do tulipanów, dziś obchodu nie opuściłam, a po południu niewiele się zmieniło.

Wiewiórka wykopała jedną cebulkę tulipana. Jutro nie pozwolę, tym szczurom kopać w ziemi. Będę pilnować.

Zbierałam połamane gałązki drzew, ostanie liście, cieszyłam się słoneczkiem myśląc że można się już opalać.

Najpiękniejsza pora roku, kiedy można jeszcze spać przy otwartych oknach. Wyjeżdżając do pracy, każdego dnia również zostawiam otwarte okna. Zapach świeżego powietrza unosi się w całym domu. Cudo no normalnie, cudo.

Muszę korzystać, za parę tygodni , trzeba będzie pozamykać wszystko szczelnie, mało że będzie bardzo gorąco to dodatkowo będzie pylić. Wszędzie będzie żółto i alergicznie.

Psa szczekanie

Dziś jestem zmęczona, umordowana, zniechęcona, śpiąca.

Umordowana bólem głowy i wysokim ciśnieniem. Oprócz regulaminowych ( powinnam przyjmować każdego dnia ale tego nie robiłam, bo jeśli ciśnienie krwi od miesięcy jest w normie, to zalecenie lekarza, moim zdaniem, jest na wyrost) tabletek, przjmuję te silne ale 1/2tabletki. Wiem dokładnie, że ciśnienie rozwala mi układ krwionośny i serce tylko i wyłącznie po stresie. Za dużo myślę, martwie się i kombinuję, jak to wszystkim dogodzić, załagodzić i pomóc. Wczorajszej nocy ujadał pies sąsiadki. Wiem, że boi się ten pies ciemności, bo w ciągu dnia nigdy nie szczeka, a jest na podwórzu. Pies ładny owczarek. Na moje pieski nie szczeka a moja Amber jest w nim dosłownie zakochana.

Położyłam się spatku po 11pm , pies szczeka, północ pies szczeka. Wsadziłam stopery do uszu ale… słuch już tak był wyczulony, że i przez korki szczekanie słyszałam. Ukołysana szczekaniem usnęłam. Budziłam się wiele razy, szczekanie było i nie było. 4am nie mogłam już spać, pies szczekał bez żadnej przerwy. Około 6 am nastała ciszaaaaaaa. Usnęłam spokojnym snem. Spałam i spałam i spałam. Spóźniłam się do pracy.

Byłam nie wyspana, wściekła i spóźniona a jeszcze korki na autostradach. Muszę pokonać trzy autostrady.

Praca nie szła tak jak powinna, marudnie i mozolnie.

Po powrocie.

Zostawiłam samochód w garażu i poszłam do sąsiadki.

Ona mi mówi, że może szczeka na kogoś.

Tego kogoś nie ma w środku nocy. Tak się rozkręciłam, że musiała mnie zastopować …slow down…

Po końcowych obietnicach i uściskach, wróciłam do swoich piesków, które wiedziały że wróciłam ale nie wiedziały dlaczego nie wchodzę do domku.

Godzina 7:50pm piesek sąsiadki powinien szczekać. Jest cisza.

Jestem w łózku, będę spać.

Dobranoc

P.S

Jeśli piesek będzie cicho, to upiekę jakieś ciasto sąsiadce. Tylko jakie? To musi być coś extra.

Jeśli będzie szczekać, odwiedzę ją jeszcze raz, jeśli nie poskutkuje, to poskutkuje telefon na policję. Cisza nocna jest ustalona odgórnie.

Stach ma wielkie oczy

Odwiozłam skoro świt bo o 6am MM do Marty. Niespodziewanie poleciał do pracy. W pracy wszystko w najlepszym porządku. Cieszę się, że pracuje z ludźmi których znam, no może znałam. Minęło ponad 12 lat. Wszyscy dziwją się, że wciąż trwam przy MM. 😀

W pracy byłam wcześnie. Miałam dziwne uczucie, jakby coś miało się za chwilę wydarzyć. Minęło pół godziny. Nagły silny ucisk w mostku, chwyciłam telefon, usiadłam wygodnie i zaczęłam spokojnie całymi płucami oddychać. Myśli skierowałam tylko na oddech. Ucisk trwał, nie poddawałam się, oddychałam. Trudno powiedzieć jak długo, w takich przypadkach zawsze wydaje się, że ból trwa wiecznie. Możliwe, że minutę, może krócej lub dłużej.Telefon sciskałamw dłoni aby zadzwonić na pogotowie. Głowa wolna od myśli i głęboki oddech pomógł. Powoli ucisk słabł, aż mogłam wstać, pójść do samochodu, wziąć aparat do mierzenia ciśnienia i tabletki. Czułam się już dobrze. 148/90 trochę za wysokie. Przyjęłam pół tabletki (silna) i postanowiłam odpocząć z 15 minut. W pracy dziś byłam sama, oczywiście, że przeszło mi przez myśl, powrót do domu, ale usiąść za kierownicę było by bardzo ryzykowne.

Nie wiedziałam co to było, stan przedzawałowy? Z pomocą przyszedł wujek google. Żaden stan przedzawałowy, za mało objawów. STRES😲!!!!!!!

Za bardzo się przejmuję.

Ale jak nie przejmować się, jeśli się swoje dzieci kocha i nie jest obojętna mi ich sytuacja. Nie wtrącam się, nie pouczam, nie marudzę. Wyschucham, to wystarczy, zapada mi głeboko do serca. O tym nie mogę porozmawiać z MM. Tym problemom muszę dać sobie sama radę. Tak było, tak jest i tak będzie. Nie jest prostym zadaniem pomagać swoim dzieciom – pomagać MMa córkom – pomagać MMowi. Jeśli moje dzieci mają problem, ten problem jest między nami tylko i wyłącznie – ja i moje dzieci. Jeśli córki MM mają problem to jest problem – mój, MM i jego córek.

Który to raz czuję się samotna. Tak dużo pracy włożyłam aby mieć męża jakiego chcę, no i mam. Pewnych barier nie przeskoczę. To są DWIE odrębne, rodziny i kultury. Wcale nie prawdą jest, że amerykańska kultura jest podobna do polskiej. Skłaniam się powiedzieć, że bardziej meksykańska.


Mam piękne popołudnie 25C. Siedzę na decku z gorącą czekoladą i chipsami. Wprawdzie jedno do drugiego nie pasuje, ale ujdzie jak nic innego się nie ma, a do sklepu jechać się nie chce.

Kryształowy flakon z białymi tulipanamu ustawiłam na stoliku, rozłożyłam parasol, popijam czekoladę i słucham śpiewu ptaków.

Muszę odpocząć aby nie zwariować.

To jest mój odstresowywacz. Program pigment. Przy kolorowaniu myśli zajęte są kolorami, niczym innym.

Oczekiwanie.

Niepewność połączona z oczekiwaniem.

Czy w ostatniej sekundzie nie zrezygnuje, mimo, że mówi, zrobię.

Kiedy zadzwoni? Czy wogóle zadzwoni, nie mogę naciskać, już tłumczyłam setki razy w ostatnim okresie.

Zrozumiał? TAK

Ale jaka będzie ostateczna decyzja. Miota się, doprowadził swoją psychikę do granicy wytrzymałości.

Boję się, aby nie popadł w depresję.

Dam radę, pmogę.

Damy radę.

Boję się nieprzepanych nocy, koszmarów, boję się o MSJ.

Może znaleźć wymówkę. Deszcz padał.

Dopiero po 3pm napisał smsa.

Śpi, odsypia.

Niech śpi, niech odsypia. To jest dla niego bardzo trudny okres.

Uspokoiłam się troszeczkę, ale nie na tyle, żeby MM nie zadał pytania….co się dzieje? Jakiś problem….

Nie mam problemu, nic się nie dzieje.

Bezsenność

Minęła północ, nie mogę zasnąć. Przecież po 9pm, przecierałam oczy dłońmi, jak to zwykle robią małe dzieci. Przed 10pm byłam już w łóżku, włączyłam kocyk elektryczny z poziomu 1-20 nastawiłam na 12. Grzeje, nie czuję ciepła. Skarpetki cieplutkie na stopach, czuję zimne nogi.

Syrop nasenny tym razem nie pomaga albo przeskoczyłam ten moment kiedy działał, czytałam bloga.

Juro, nie jutro ale dziś niedzielka, spać mogę do południa.


Jak można tak wcześnie wstać? I po co? Niedziela, wolny dzień od pracy.

Zaplanowany wczoraj dzisiejszy wypad do sklepu, oddać spodnie. Wczoraj kupiłam dwie pary, dwa rozmiary. Większy rozmiar trzeba zwrócić. Nie miałam ochoty. Zostaliśmy w domu. Kilka maszyn sportowych przenieśliśmy do dalszej części piwnicy. Robimy miejsce …. syn się sprowadza. Nie na długo… 6miesięcy? Więcej???? Dłużej????

Nie wiem. On nie wie. My nie wiemy.

Zrobiłam z nudów obiadzik i nakarmiłam MM.

Ciężkie krople deszcze dzwonią o rynny, a mi się smutno zrobiło.

 

Może gdyby MM nie było w domu to bym popłakała.

Nie mogę, będzie się martwił.

Jutro wolny dzień. Święto !!!!!

B7826AE2-50BA-40D6-BE8D-CF82524775A8

 

 

 

 

Słodkości-mdłości

Jeszcze spałam, jak MM pojechał po świeże bułeczki. Wciąż byłam w łóżecKu, gdy usłyszałam szczekanie piesków na dole. Po wczorajszym dniu w pracy i córci domku, niespiesznie zwlokłam się z łóżka. Włosy doprowadziłam do porządku, mogę być w pidżamie ale włosy muszą być, nie mówię ułożone jak na bal, ale nie mogą pamiętać poduszki. Suszarką na sucho szybciutko ułożyła, a że włosy mam łatwe do ukladania, 1 minutka i ….piękna zeszłam do kuchni. Bułeczki, serek, gorąca woda na herbatkę lub kawę i coś słodkiego, czekało na mnie. Donuts nigdy nie przypominało smakiem polskich pączków, ze względu na diurkę w środku widokiem przypomina oponki. Smakiem także dalekie jest od oponek. Za słodkie, za mdłe. W różowym pudełeczku mieściło się sześć donuts, wyglądających an prawdę smakowicie. Niestety nie ma już nadziewanych Boston Cream. Zastąpiono mdłym lejącym się i wyciekającym budyniem. Po śniadanku sięgnęłam po donutsa z … budyniem, 😲 nie dokończyłam, trafił do kosza.

Nie skończyłam sprzątać ze stołu kiedy odwiedził nas Mike, najlepszy kolega MM. Co trzymał w jedym ręku? Całe pudło Donuts 12 szt, na nim różowe pudełeczko z cupcakes zrobionymi przez jego żonę, w drugiej ręce w pudełeczku trzy kawy ze Starbucks.

Mike odjechal po 2pm, my pojechaliśmy na lunch i malutkie zakupy. Potrzebny mi był dysk zewnętrzy, mam!!!!!!! 6TB. Teraz mogę robić porządki na wszystki dyskach zewnętrznych. Na jabłuszku nic nie mam, wyczyściłam ze wszystkich zdjęć i muzyki.

Po powrocie doszliśmy z MM, że mamy za dużo słodkości. Mimo że widziałam bardzo dużo ciasta i serników w lodówce córci. Zaproponowałam, ze może się skusi i przyjedzie z Ivanem. Nie miała ochoty na słodkości.

Chciałam, nie chciałam zjedłam 1 cupcake i 1 donut. Za słodkie, za mdłe, za dużo.

Dla równowagi, piję niesłodzoną herbatkę jagodową.

Jeszcze jeden deszczowy dzień☔️☁️☁️☁️☁️☔️☔️

Ponuro, szaro buro i … nawet przyjemnie bo cieplutko. Nie wiem, jaki będzie dzisiejszy dzień. Siedzę przy stole kuchennym, patrzę na ptaszki fruwające wokół dwóch karmników, dzikie gołębie dostojnie maszerujące pod karmnikami, oczekujące na spadające nasionka, które ptaszki rozsypują i rozdłubują w karmnikach. Patrzę przez okno na swój back yard i nadziwić się nie mogę jaki piękny jest ten świat? To było w jakiej piosence z czasów mojej mamusi? Nadziwić się nie mogę, jak ja ten yard zrobiłam, krawężniki, płyty, usypana kora, posadzone krzewy i trawy. To wszystko wygląda jakby zawsze tutaj było. Że niemożliwością byłoby doprowadzić tamten buszo-śmietnik, do stanu używalności. Płotek był połamany, a przez siatkę widoczne były inne mniej lub bardziej zadbane podwórka sąsiadów. Mam swoją enklawę, nikt nie zagląda, no czasami zagląda sąsiad o ciemnogranatowoczarnym kolorze skóry. Pracuje gdzieś na wyjazdach, może i w Afryce, jego żona polka wyprowadziła się jeszcze przed naszym zakupem domu. Przychodzą tylko ich dzieci, nie często, dwa lub trzy razy do roku. Dzieci w kolorach mlecznokakaowych. Te wiadomości otrzymałam od sąsiadów, zanim nie pobudowałam wysokiego płotu.

A więc, szaro, buro i deszczowo. Popijam poranną herbatkę. Od dnia w którym zrezygnowałam z rozpuszczalnej kawy, na rzecz herbaty i kawy naturalnej gotowanej 2 minutki, mój żołądeczek nie odczuwa żadnych atakujacych go związków chemicznych, których nie trawił. Chemia jest wszędzie i widocznie dostarczałam swojemu organizmowi za dużą dawkę, nie mógł zaakceptować nadmiaru.

Jaki będziesz piękny dniu?????

Na początku zajęłam się korespondencją. Najwięcej listów przychodzi z banków, oferujących korzystne i mniej korzystne warunki zawarcia umowy kredytowej. Nowe banki, już istniejące oraz wogóle nieznane na moim terenie. Możliwe, że te mi nieznane bardzo dobrze prosperuja w innych stanach, nie jestem zainteresowana, więc korespondencja trafia do zniszczarki. Musiałam być ostrożna, aby przez przypadek nie wrzucić no maszyny i nie zniczczyć na wiór dokumentów podatkowych, ubezpieczeniowych i innych bardzo ważnych.

Uzupełniłam nasionami karmniki, troszkę rozsypałam na ziemi, aby większe ptaszki mogły podziubać. Przylatują różn, żółte, czarne jak smoła, czerwone, brązowe, szare i oczywiście wróble, które nie są tak dorodne jak w Polsce. Dzięcioły, kardynały i inne, nieznam się na ptaszkach i nie będzie to nigdy moim hobby. Nie mam też cierpliwości siedzenia w ukryciu z kamerą przez cały dzień, żeby zrobić jedno zdjęcie. Kwiaty, miasta a w nim budowle, lasy-drzewa i inne nie poruszające się w szybkim tempie istnienia, mogę fotografować. Chociaż to było wielkim moim konikiem, teraz odeszło jakby w zapomnienie, pomimo wielu profesjonalnych apatatów fotograficznych będących w moim posiadaniu.

Nie dokończyłam układania dokumentów, mozolna i nużąca praca. Odskocznią było wyregulowanie brwi. Czasu miałam wiele, więc wyrywałam maciutki włosek po włosku. Nic nie bolało. Zdziwiona sprawdziłam czy na pewno wyrywam włosy, czy tylko powietrze szarpię. W pincecie włoski były, możliwe że mam mniejsze czucie na ból. Kto wie? Spożywamy co raz więcej chemii, która przecież nie jest obojętna dla naszego organizmu.

Deszcz przestał padać, wyszłam na zewnątrz zrobić obchód, co wschodzi, co gnije, a co wypuszcza pączki. Za wcześnie na tulipany, kilka dni temu wsadziłam do ziemi, chcę żeby już się ukazały. To nie możliwe. Dobrze, że cieplutko i pada, wspaniała pogoda dla cebulek tulipanów.

MM przyciął drzewa, pięły się bardzo do góry i nie było widać kwiatów. Po przycięciu trzeba będzie poczekać na kwiat 2-3 lata ale … lepsze to niż, sterczące badyle pnące do nieba.

Scięte dłuuuugie gałęzie, próbowałam pociąć nożycami, sekatorem, nie udało się, drewno scisłe i mokre. Trzeba będzie popiłować piłą. Zostawię, MM obiecał tym się zająć👏🏻

Mimo, że słońce nie pokazało się przez resztę dnia, temperatura zachęcała do pozostania na zewnątrz. Posprzątałam liście na parkingu gościnnym. Podmuchałam, odkurzyłam.

MM zasiadł przed moim kom żeby przeinstalować programy adobe. Fajnie patrzeć jak ktoś z Indii siedzący przed swoim komputerem, lata jak dziki po moim komputerze. Instaluje, przeinstalowuje, włącza monitor, przełącza, a ja tylko patrzę co robi i czy aby wszystkiego mi nie zepsuje. Wszystko zakończyło się pomyślnie.

Nie planowałam kolacj. MM zaproponował pizze i coś słodkiego. Świętowaliśmy Walentynki. Kilka dni wcześniej, lecz MM wyjeżdża jutro do pracy, wraca wieczorem w piątek. Kwiaty już wczoraj dostałam😁

Po kolacji zasiadłam przed TV, śledziłam zimową olimpiadę. Mieszkam w stanach, amerykańska telewizja transmituje jedynie zmagania amerykańskich sportowców. Cieszę się wraz ze spotowcami i bez znaczenia jakie państwo reprezentuje. Miło patrzeć na ich szczęśliwe twarze i łzy szczęścia. Współczuję natomiast wszystkim którzy nie stają na podium zdobywców medali.

To tylko 17-to letnia dziewczyna. Miło patrzeć na jej szczęście, nie wolno zapominać, że aby stanąć na podium, musiała przejść długą drogę wyrzeczeń i ćwiczeń.

Nic na tym świecie nie ma za darmo.

„matka (kanadyjka)”

Nie jedne zmagania olimpijskie są za mną. Nigdy jednak tak nie kibicowałam amerykańskim sportowcom zimowych igrzysk.

Kilka dni temu, a dokładnie w czwartek, rozmawiałam na skype z Daną. Nie będę wspominać o jej kłamstwach odnośnie faceta z gazety. I jej nie pierwszego spotkania z nim. Jak to w rozmowie, niespodziewanie dla niej samej, wygadała się, a ja udałam, że nie zauważyłam, jestem głucha i głupia. Nie chciałam stawiać jej w głupiej sytuacji, nie trzeba mi pokrętnych tłumaczeń, wyjaśnień. Znamy się tyle, tyle lat … a ona, a ona chce ciągle coś mi pokazać, udowodnić. Każdy rodzi się w innej rodzinie i z innym rodzinnym bagażem. Miałam wspaniałego Tatusia, mimo że mamusia nie potrafiła okazywać miłości, Tatuś dał mi miłość jakiej dziecko oczekuje. Miałam wspaniałe dzieciństwo. Dana dorastała w innej rodzinie i innej kulturze rodzinnej. Zawsze była poważna, upolityczniona, beztroskie zachowanie było jej obce. Chciała zachowywać się czasami swawolnie, ale jej nie wyszło. Pierwsze małżeństwo dla żartu jeszcze na studiach, skończyło się rozwodem.

Teraz drugie małżeństwo, skończy się… nie wiem jak, ale do końca lutego mąż ma się wyprowadzić. A ona szuka faceta (na gwałt) i mi kłamie, że na oczy go nigdy nie widziała. Nie pasował mi ten brydż, bo już o tak facet, gra w brydża, a tydzień wcześniej była na brydżu ze staruszkami. Nie pasowało mi i nie pasuje, wiele szczegółów.

Nie ważne.

Rozkrzyczałała mi się na skype .

Kocham Kanadę!!!! Jak ja kocham Kanadę!!!!!

Aż mi się głupio zrobiło, że kocham TYLKO rodzinę, dom, kwiaty, zwierzęta, ludzi….. A nigdy nie pomyślałam, żeby wrzeszczeć, że kocham, USA, POLSKĘ, FRANCJĘ, …..nie będę też wydzierać się, że kocham morze, ale lubię morze, ocean, mimo że woda może mi sięgać tylko do kostek. Zrobiło mi się przykro, że jestem niewdzięczna krajowi w którym się wychowałam i temu, który mnie przygarnął. Tylko….nikt mi niczego nie dał za darmo, do wszystkiego doszłam swoją ciężką pracą, fizyczną i umysłową oraz cierpliwością w zdobywaniu wieli pagórków i szczytów. Niech wspomnę też, zdobywając upragnione szczyty nie raz, potykałam się, nabijałam guza, opadałam z sił. Kraj to też, panujące w nim przepisy, ustawy, nakazy i zakazy, które nie zawsze działają na korzyść obywatela, a działać powinny. Np. ochrona kobiet przed oprawcami. W stanach kobieta nie musi uciekać, to oprawcę się w sekundę eksmituje.

Bo czym jest miłość do kraju, którego nie znasz, czym jest miłość do kraju, który opuściłeś?

Moim skromnym zdaniem, najważniejsza jest rodzina, bo czymże byłby kraj bez rodziny? Połacią ziemi nad którą tylko wieje wiatr. Można kochać i wiatr i tą połać, ale to jest miłość nie odwzajemniona, pusta, nie budująca, jałowa.

Krzyczała o tej swojej miłości do Kanady, że niby Kanada dała jej wszystko. Dokładnie widziałam co dała, a co w Polsce Dana miała. Miała dom swoich marzeń, zamieniła legalnie na … mniejsza o to.

Więc, śledziłam zmagania sportowe olimpiady zimowej i cieszyłam się ze zdobytego każdego pierwszego miejsca amerykanów. Żeby Dana mi nie mówiła … teraz wiesz dlaczego kocham Kanadę…

Każdy kocha to co chce.

Można kochać marzenia i sny ulotne.

Wiosna

Przyszła wiosna do mego ogródeczka!!! Uwielbiam prace “polowe”. Lubię podglądać, jak wschodzi, rośnie, kwitnie, owocuje ( u mnie nie ma niestety co owocować 😭), przekwita, schnie z nadejściem zimy. Lubię wszystkie pory roku, nie wszystkie natomiast sprzyjają pracom w ogródku. Rozleniwiłam się okrutnie i po pracy, siadłam na kanapie w celu leniuchowania. Słoneczko piękne a ja … gram w głupie gry. Dałam sobie najpierw 10 minut, które minęły dość szybko, popatrzyłam na zegar … ok za 15 minut wychodzę, pomyślałam. Wszystkie gry wciągają, uzależniają i bardzo rzadko ściągam appkę. Wstałam z kanapy przed upływem 15 minut. Zdecydowałam – żadna bzdurna gra nie przejmie nademną władzy !!!

Posadziłam 360 cebulek tulipanów!!! Jeśli wszystkie wzejdą będę miała tulipanowo😁.

Nie mogłam posadzić cebulek jesienią. Jesień była długa i ciepła. Krzewy i niektóre kwiaty, zaczęły nie tylko budzić się ale i kwitnąć. Później przyszło kilka dni mroźnych, spadł deszcz i niestety przemarzły kwiaty i krzewy. Cebulki tulipanów trzymałam w garażu i dziś, był czas aby wsadzić do ziemi.

MM nie lubi prac na yardzie ale wyszedł na chwilę, zagrabił ostatnie suche liście.

Cieszę się na myśl o wypoczynku na decku, już nie długo.

Bomba kaloryczna

Tak!!!!! zafundowałam na śniadanko bombę kaloryczną.😀🧐

Pizzę z 660cal. Do tego należy doliczyć miodzik 180cal,  dodany do herbaty. W sumie 840cal.

Uffff. Pizza smaczna, pożywna, pachnąca, cieplutka, prosto z piekarnika. MM nie pierwszy raz dziwi się moim upodobaniom smakowym na śniadanie. Bo…na śniadanie mogę zjeść obiad lub kolację, zagryzając śledziem lub krówką mleczną.  Ochh, króweczki takie do połowy chrupiące,  a od środeczka ciąąąąąąągnce.  Najlepsze,  opakowane w papierek z krówką w biało-czarne łatki (moje smaki, moje upodobania). Niechcący rozpoczęłam właśnie dietę. Nie planowałam, a zrobiłam. Miałam w planach,  tylko nie w tym tygodniu, kiedy mam wolne od pracy. Lodówka blisko, w szafkach i szufladach zawsze coś jest do schrupania, po prostu, nęci. Nie jestem jeszcze na takim wtapie, a byłam, żeby położyć garść cukierków przed sobą i ich nie dotknąć. Dojdę do tego, że na słodycze nie będę mogła patrzeć, ale teraz jest ciutkę za wcześnie, i nie chcę się katować. To jest dobre na pracę z silną wolą, ale ja ją mam, jak się uprę to wszystkiego dokonam (no bez przesady, w ramach moich fizycznych możliwości).

Na obiad zaserwowałam yogurt. No chodzi za mną coś słodkiego, to przynajmniej coś zmlekiem i cukrem.

Nie mogę uwierzyć, że nie najadłam się maleńkim yogurtem a spożyłam 160cal. No i takim sposobem przekroczyłam 1000cal.

MM podpowiada, pobiegaj, pojeźdź na rowerku…oj fajnie mówić, patrzę na niego i milczę. Po prostu, nie chce mi się. Chcę iść do pracy, przynajmniej tam się coś dzieje, w domu po zrobieniu back hardu nie mam za wiele prac do wykonania.

A może, przedwiośnie tak na mnie działa?

Co dzisiejszy dzień przyniesie

No cóż, obudziłam się 2:28am i już nie usnęłam. Wierciłam się w łózku jakby było w nim z 1tys robali które mnie pdgryzały. Mam łóżko wygodne, duże i cieplutkie. Z ogrzaniem go przychodzi z pomocą elektryczny puszysty, mięciutki kocyk.

Spłodziłam posta o ciałku, któremu tłuszczyk nadaje delikatności i puszystości😜.

Poranny pyrsznic, orzeźwił, postawił na nogi, krew szybciej zaczęła krążyć.

Przepiękny wschód słońca i zimowe powietrze -3C. Czekam z utęsknieniem na wiosnę, jest “za progiem”. WIDZIAŁAM!!

Marnie jeszcze wygląda bo dopiero zaczyna się wspinać po ciepłych promykach słońca. Z czasem nabierze wiekszej wprawy. Będzie ładnie, będzie pięknie😀😀😀😀.

Śniadanko: kawa z dodatkami mleczno-kawowymi. Yogurt kawowy 150cal.

Nie mogę zrozumieć, jak mogłam polubić kawę z mlekiem i kremami, kiedy w Polsce wypijałam hektolitry czarnej kawy z fusami, bez cukru, bez mleczka. Potrafiłam do fusów z poprzedniego dnia dolać gorącej wody i fusy schrupać. Teraz takiej czynności nie uczynię, co w tych fusach widziałam. Kawę piłam od rana z wieczorem włącznie. Nie miałam problemów z uśnięciem.

Teraz…fusów nie jem, kawę czarną piję sporadycznie i jak przed laty bez cukru i mleczka, z tym że musi być zagotowana w specjalnym imbryczku. Nie mam tu na myśli zaparzaczy. Na śniadanie zawsze robię kawę rozpuszczalną z dodatkami. Jednym słowem nie tylko smak się zmienił ale i upodobania.

Na drugie śniadanie, 3 banany i takim sposobem zaopatrzyłam organizm w 482cal. Zciągnęłam app do podliczania calorii, kiedyś mi pomogła taka kontrola, mam nadzieję, tym razem również. Po bananach nie czułam głodu. Ale żołądek, zaczyna, nawet nie boleć ale ćmić. Zaparzyłam siemie lniane. Popiję jakiś czas. Może od rozpuszczalnej kawy, bo takie uczucie w żołąku nie jest po raz pierwszy. Czyżbym miała przestawić się na poranne herbatki owocowe?

Zrobiłam obiad i zaprosiłam MM do ładnie zastawionego stołu😄.

Ostatecznie wrzuciłam w siebie 1100cal. Jak na pierwszy dzień jest super i oby tak dalej.

Kochanego ciałka, nigdy za wiele

Znów robię krzywdę swemu ciału. Pożeram ogromne ilości słodkości to pierwsze, drugie – zaniedbałam gimnastykę. Widzę jak powoli zmienia się moje ciało. Przybywa tłustych wałeczków, najgorsza sytuacja robi się na brzuchu, twarz ogrągleje i niedługo będzie wyglądać jak księżyc w pełni. Pocieszające jest, nie potrzebuję liftingów i żadnych chemicznych wypełniaczy, którymi katują się kobiety “dbające” o wygląd. Nic nie mam przeciwko, gdybym nie widziała cierpienia Sandry i jej opadającej powieki po fatalnej operacji, może bym się skusiła. Moim wypełniaczem zmarszek jest naturalny tłuszczyk, który organizm wytwarza po zjedzonym: drugim kawałku tortu, całej torebki rodzynek w czekoladzie, wypitej kawy z dodatkami kremowymi jak również cukru, gorącej czekolady, za długo wymieniać aby listę słodkości mogłabym ukończyć. Metabolizm mam jeszcze w normie, lecz…z biegiem czasu zaczyna spowalniać pracę.

Dlaczego spożywam, takie ilości cukrów?

Odpowiedź jest prosta.

Kocham słodkości!!!!!

Jak nie postanowię nie żreć. To od śniadania do kolacji i pomiędzy posiłkami tylko słodkości. Mięso i warzywa mogą nie istnieć. Mięsa pieczonego z dodatkiem miodu nie cierpię.

Owoce jak najbardziej, z dużą iliścią cukrów.

No i odkładają mi się wałeczki, a ja odkładam dzień decyzji o zaprzestaniu obżerania się, jak by nie było ale chemią. Bo tak na prawdę, ile jest cukru w cukrze? A to z filmu ” Poszukiwana, poszukiwany”.

A tak na marginesie fajny film, czy jeszcze ktoś produkuje takie filmy?

Wracając do “oponek”. Z każdym tygodniem, czuję się okrąglajsza. Bielizna osobista wpina mi się w kochane ciałko, które nabiera tłuszczowej puszystości i delikatności. Przyjemnie jest dotknąć taką fałdkę i patrzeć, jak pod naciskiem pozostawia dołeczek, aby za chwilę dołeczek wypełnił się tłuszczykiem. Obrzydliwe?

Wcale nie. Spytajcie “sucharków” którzy latami chcą przytyć i się im nie udaje, mimo spożywania ogromnych ilości wszelkiego żarcia w tym czekolad, mlecznych i czekoladowych cukierków, wafelków, ciastek, tortów, ciast z kremem i bez, bezów, galaretek owocowych. Oni by tak chcieli jak ja, nabrać ciałka i stając na wadze nie modlić się o więcej kilogramów tylko je ujrzeć na czytniku wagi.

Jak to zrobić, żeby postanowić?

Jak to zrobić, żeby przynajmniej poćwiczyć?

Jak to zrobić, żeby nie żreć?

Wiem, że to zrobię, tylko nie wiem kiedy. Boję się, że jak zacznę katować się ćwiczeniami to trudno będzie przestać. Wiem też i boję się, że jak przestanę żreć to znów schudnę prawie do “patyka”.

Może dziś tylko ograniczę się? Tylko takie ograniczenia na mnie nie działają.

Albo zaczynam, albo nie.

Na razie wiem, na obiad miałam zrobić schabowe, upiec chlebek na zakwasie z dodatkiem ziemniaków, ciasto chatka-puchatka za mną “chodzi”. W lodówce sok pomarańczowy z dodatkiem chemii czeka. Sprite 6pak kupiony – wylać do zlewu? Czy ….?

Nie ważę się, bo wiem, przybyło. MM traci wagę sukcesywnie, a u mnie jej przybywa. Jak widać, nic w przyrodzie nie ginie. 🤪

Ugoda

Wystarczyło wstać wczoraj o 5am, aby  dziś przebudzić się także wcześnie. A mogłabym pospać, poleniuchować. Przecież nic mnie nie goni. MM na wyjeździe,  jak jest w domu to też nie mam żadnych związanych obowiązków z jego osobą. MM wstawał raniuśko, robił śniadanko i czekał w kuchni na mnie. Bez względu czy jechałam raniutko do pracy, czy nie, świeżutkie kanapeczki i pieczywo zawsze na mnie czekało.  Tak było od 3 miesięcy.
Kontrakt się nieoczekiwanie zakończył i bez środków finansowych, zjechał do domu. Środki przeznaczone na wypłaty za pracę znikły bez śladu. Sprawa trafia do sądu, bo to nie rozchodzi się o 2tys. Okres świąteczny, a z tym związany koniec roku, rozliczenia podatkowe, bilanse, planowanie budżetów, to najgorszy czas dla MM na poszukiwanie pracy. Miałam MM przez ponad 3 miesiąc, każdego dnia. Przyzwyczajona do bycia samej, kiedy MM zjeżdżał na weekendy, wiedziałam, że wcześniej czy później, będziemy przeznaczeni na przebywanie ze sobą od rana do nocy.
Nie, nie było i nie jest  trudno.
Ustaliliśmy zasadę: nie wchodzić sobie w drogę. A więc: jeśli mam ochotę na porządki w czystym domu, to robię, jeśli chcę kopać ogródek podczas, deszczu, śnieżycy, w środku nocy przy latarce – mogę robić  (lecz bez uszczerbku dla zdrowia). Mam ochotę ugotować kapuśniak, upiec ciasto o północy – to robię. Słuchać muzyki na cały regulator – mogę słuchać, MM nakłada słuchawki. Jeśli MM ma ochotę leniuchować cały dzień w łóżku – podaję do łóżka coś do picia.  Jeśli MM chce pracować przed komp aż oczy wyłażą – podaję kropelki do oczu i miskę na gałki oczne – niech siedzi i pracuje. Jeśli chce spać z psami,  a na głowie swojej trzymać ich tyłki – znikam z pokoju bo mnie taki widok przeraża, MM nie powinien pytać dlaczego opuszczam salon.
Sprawdziło się!!!!!
Nie było żadnej nerwówki, a jeśli nawet zaczynał, to _ I love you too_ i znikałam aby nie dać możliwości kontynuowania złego chumoru.
MM jest na interview, w Ohio. Wczoraj miał wstęp do rozmów, dziś bardziej konkretnie. Ma kilka propozycji odnośnie pracy,  w tym w Panama City, Panama. Osobiście wolałabym, aby był na miejscu, swoje już objeździł, zaliczył Afykę, Chiny, Meksyk, Amerykę Połudnową i większość Europy. Wystarczy, teraz niech będzie tutaj, na rzut beretem.
Wracając do bezplanowanego życia. Wymyłam suszarkę i pralkę. Pralkę włączyłam na automatyczne czyszczenie, przed tym wymyłam ręcznie. Poukładałam w szafkach w pralni. Jeszcze wszystko do końca nie mam zorganizowanego, szafki w pralni,  również zostały wymienione,  więc wiele rzeczy nie wróciło na swoje miejsce, magazynuję je jeszcze w piwnicy. A może są nie potrzebne? Jeśli jakiejś rzeczy nie używasz przez kilka lat,  oznacza, że powinna trafić do kosza na śmieci – podobno tak należy zrobić. Jeśli po tym wywaleniu do śmieci okaże się, że jest potrzebna? Mam miejsce do magazynowania, będę trzymać. Kilka lat i rok dłużej.
Moje znajome:
Sandra nie odpisała – na wyjeździe z występami, chora lub zapomniała.
Jolanda – oddzwoniła – chora, po ataku serca podejrzewają bronchit. Zaatakowała ją również grypa. W domu, jeśli chodzi, używa maski.
Ellen – wciąż sie pakuje. Jak widać mniej sprawnie niż to sobie wyobrażała.
MM leci w domu będzie za 2 godziny. Czekając na niego, bawię się na komputerze.
_________________

Bezplanowo

Czy jestem chaotyczna jeśli nie planuję, każdego dnia? Tak nie uważam. Nie planuję, ponieważ wstając rano wiem, czym w danym dniu się zajmę. Nie zapisuję w kalendarzu każdej czynności, do wykonania, dla mnie mija się to z celem. Bo celem jest przeżycie każdego dnia, jak najbardziej sensownie . Co by było gdybym wczoraj rozplanowała co do minuty swój dzisiejszy dzień? Strzelić tylko w łeb! Bo cały dzień stanął do góry nogami. Miałam mieć wolne, ale musiałam jechać do pracy. Musiałam być w pracy o 6:30am. O 9am byłam już w domku, trzeba było dwieźć MM do Marty (metro). No i bezplanowo, wzięłam się za mycie samochodu, później ogarnęłam garaż, a potem zbierałam ozdoby świąteczne. Ozdoby poustawiałam przed bramą i tak je zostawiłam. Nie miałam ochoty tego sprzątać. Gdybym miała zaplanowane sprzątanie to bym musiała. W tym przypadku, posprzątam jutro.

Jednak dobrze żyć bezplanowo. Nie chcę nie robię. Oj, tak do końca nie jest prawdą z tym nic nie robieniem. Zawsze mam co robić.

Wiosna idzie!

Do odważnych świat należy😜

Wczrajszego popołudnia MCD była na lodowisku. Zachwalała tak bardzo, że z MM i my postanowiliśmy pojechać i sprawdzić swoje umiejętności. MCD upadła jeden raz, Ivan wysłał video jak dawała radę z jazdą na lodzie i szło jej nie najgorzej. Wczorajszego wieczorku jeszcze omówiliśmy sytację Dany, powspominaliśmy i tak minął nam czas prawie do północy. Miło było pogawędzić z MM. Przyznał, że prawdopodobne, facet z którym Dana ma się spotkać szuka kobiety, ale najszybciej ciepłego kąta.

Nie często mi się zdarza spać do 10am. Może bym dłużej spała lecz Dana dobijała się na skype. Dałam kilka rad. Pierwsza: ona ma nie kontrolowane odruchy dłubania w nosie, żeby tylko dotykała tego nosa, to jeszcze by uszło ale wsadza palucha głęboko w nochala. Najpierw delikatnie a później już bez ogródek powiedziałam jak to wygląda. Oczywiście, była zdumiona, że to robi, że wogóle coś takiego robi. Obrzydliwe. Trzymać ręce przy sobie i każdy ruch kontrolować. Druga: przestać powtarzać co kilka wyrazów … no wiesz jak to jest… osobiście nie wiem jak to jest, bo każdy ma inne uczucia i odczucia.

Ostatecznie nałożyła zielonoszarą bluzkę z długim rękawem i do tego czarne spodnie. Źle nie wyglądała. Ona na randkę a ja na lodowisko.

Nałożyłam figurówki, po korytarzu szłam zgrabnie bez żadnych potknięć. Świadczyło to o dobrej równowadze. Pocieszające. Równowaga gdzieś mi zniknęła gdy postawiłam jedną a później drugą nogę na lodzie. Chwyciłam się murku, a właściwie parapeciku. No cóż, nie ja jedyna chodziłam i ślizgałam się przy tym murku. Poruszałam się powolutku, czasami puszczając ręce i próbując utrzymać się na lodzie. Gdyby nie strach przed upadkiem, może bym się szybciej i odważniej poruszała. Tak posuwając się przy murku doszłam do dziewczyn które kurczowo trzymały sie murka i nie mogły mnie przepuścić. Gdybym chciała przejść dalej musiałabym je okrążyć a tym samym puścić się nieszczęsnego murka. One były w tej samej sytuacji co ja. Śmiechu mnustwo, bo nikt nie chciał puścić murka. Zawróciłam. Z minuty na minutę szło mi lepiej i puszczałam ręce swobodniej. Ostatecznie dałam se z jazdą na łyżwach spokój. Upaść i połamać kości łatwo, poskładać je byłoby trudniej i boleśnie.

Moje pierwsze kroki na lodzie.

Nie udało mi się opanować jazdy na łyżwach, więc postanowiłam założyć rolki. Przecież to nie lód i 4 kółka. Musi być łatwiej, myślałam. Nie było łatwiej. Strach przed upadkiem i … rolki miałam na nogach po raz pierwszy w swoim życiu. Na łyżwach jeżdziłam, dawno dawno temu.

Ostatecznie, zdjęłam rolki i w rytm muzyki poskakałam do wyjścia.

Po doznanych wrażeniach, zatrzymaliśmy się na posiłek.

Zadzwoniła Dana. Facet ( w niewidoczym stopniu inwalida) szuka kobiety i miejsca do zamieszkania. Znów przedstawiała mi jakieś durnowate wizje. W tygodniu pojedzie z nim do jego znajomych na brydża. Tylko… dlaczego ona znów się chce pchać na jakiegoś brydża? I jechać 100km z facetem, którego nie zna i nie zna jego znajomych. Wytłumaczyłam: chcesz jedź ale za jakiś czas.

Faceta kobieta wywala z mieszkania, więc coś jest nie tak. Ma gdzieś na Kostaryce mieszkanie, więc jako inwalida ma dopływ gotówki niech jedzie na Kostarykę. Coś mi się to nie podoba- mówię. Dana zaczęła myśleć i przyznała racji.

Odwaga to wiedza o tym, czego się bać trzeba, a czego nie – Platon

Naiwność czy głupota?

Faceta z którym się Danuś ma jutro spotkać, na oczy nie widziała. Trzeba do reszty zgłupieć albo być desperatką, aby pozwolić nieznajomemu facetowi (polak) przyjechać pod swój dom. Wsiąść do jego samochodu i pozwolić się zawieźć na lunch. A jeśli się jej ten facet nie spodoba? to też wsiądzie do jego samochodu? A jeśli będzie ją później nachodzić? A jeśli się facet spodoba, ona wsiądzie do jego samochodu a on jej nie zawiezie do restauracji tylko wypchnie z rozpędzonego samochodu, za jej głupie gadulstwo?

A jeśli…..

Dlaczego kobiety nie myślą? Dlaczego chce zrobić na złość swemu zakochanemu w młódce mężowi? Co i komu chce udowodnić? Dobrze jeśli wszystko się dobrze zakończy, ale żeby podawać adres nieznajomemu to szczyt głupoty.

No cóż, nie moje życie. Nie mój mąż. Żeby tego było mało, to poleciała do wróżki, wydała 60$ (kanadyjskich dolców), licząc w tej chwili każdego centa, bo zakochany mąż wydaje na panienkę. No cóż wydała to wydała.

– ona jest w ciąży – powiedziała.

Przez myśl przelaciała mi dziewczyna jej młodszego syna. Danuś sprostowała moje myśli.

– dzwoniła do ciebie, mąż ci powiedział? – dopytuję się

– no co ty, wróżka mi powiedziała

Aby nie zrobić Dance przykrości, śmiech stłumiłam. Pisząc to. W tej chwili nie mogę powstrzymać śmiechu.

– muszę z nim porozmawiać, bo jego panienka jest w ciąży, on o tym nie wie, to jest moja rodzina- gadała bez sensu

– to co? Powież mu że wróżka ci powiedziała? – spytałam

Danka chyba straciła resztki rozsądku. Na siłę chce poznać faceta, lata na baseny, kółka brydża, wertuje anonse, odwiedza wróżku. Nie dociera do niej, że staje się śmieszna. Nie potrafię jej uspokoić przez skypa, czy potrafiłabym to zrobić będąc tam na miejscu? Wątpliwe. Ona wpada w jakąś paranoję.

Jak było fajnie z mężem to się nudziła zamiast swoje małżeństwo ożywić, teraz jest jak jest. Oh, wiem, czasami nie ma czego już ożywiać, rozpada się, wali i umiera.

Zobaczymy co jutrzejszy dzień przyniesie.

Pogody nie zmienimy, obrotu kuli ziemskiej nie wstrzymamy, reszta jest w naszych możliwościach.

Fryzjerka

Ostatni raz u fryzjera byłam we wrześniu, jeszcze w Polsce. Moje włosy szybko rosną, spinałam już w mysi ogonek. Nie mam tak wiele i tak grubych włosów jak chinki, wietnamki lub meksykanki. Moje włosy bez podkręcania się falują. Przy długich włosach jest ok, przy krótkich niezbędne prostowanie, przy tej czynności niejedokrotne przypalam. A po tym, włosy łamią się i wypadają. Oj jak będę łysa to będę, malować nie przestanę siwych naturalnych, jak to zwykle mówią siwe babcie, farba szkodzi włosom. Niech szkodzi, mi już nic nie zaszkodzi. Maluję od 18go roku życia. Były takie okresy, że tydzień byłam blondynką a następny szatynką, brynetką lub granatową.

Dzień wcześniej zamówiłam wizytę i wczoraj wieczorkiem, zostałam przecudnie obcięta. MM owi się podoba😁. Nie zawsze udaje się mojej fryzjerce, dobre scięcie. Czasami tak obetnie, że tylko płakać. Dawno temu położyła farbę na włosy, malując tak skutecznie pół czoła, że zcierałam około tygodnia. Po tym fakcie nie odwiedzałam jej około roku. Po tej przerwie, ona zmieniła zakład, a ja ochłonęłam. Na pytanie dlaczego nie przychodziła, zgodnie z prawdą powiedziałam o problemie jaki mi zafundowała. Fryzjerka szczególnie moja, musi mieć fotografię z fryzurą przed sobą. Wtedy, trafia w 9,999999. W 10 nie trafi, ponieważ jest to uzależnione, od owalu twarzy, gęstości włosów itd.

Dziś mnie telepie. Czyżby szło przeziębienie, grypa, jakaś inna choroba? Oczywiście, że jak słoneczko świeci to zdejmuję okrycie i wystawiam gołe ramiona. Może i gdzieś powiało. Popijam harbatkę owocową z miodem i rumem. Nie rozgrzewa niestety, może za mało rumu lub miodu.

Nie jest dobrze, wciąż zimno, kaszlę i co raz częściej sięgam po husteczki do nosa. Jeszcze jutro do pracy, następny tydzień wolny od pracy, mam jedynie spotkanie lanchowe z Sandrą, chyba ostanie spotkanie z Ellen przed jej ostatecznym wyjazdem z miasta, Jolanda się nie odzywa, więc też trzeba odwiedzić, możliwe że jest chora. Następny tydzień zapowiada się obiecująco. Oczywiście, jeśli grypa nie zatrzyma w łóżku.

Cebulki tulipanów czekają od jesieni na schowanie do ziemi. Jesień była za ciepła, teraz jest już czas, muszę wygospodarować kilka godzin ze swego napiętego spotkaniami grafiku.

Tak było w kwietniu 2017, jak będzie w tym roku?

Porada

Zadzwoniła Danuś. Oczywiście ma problemy z mężem. No cóż, zakochany ale nie w żonie. Zmienił upodobania na młodsze i z korzeniami włoskimi. Z jego korzonkiem jak Danuś zdradziła, jest nie najlepiej, w to nie będę wnikać. Młodsze? Bo on i od Dany jest 4-5 lat młodszy. Nie pamiętam, bo w czym niby to jej by pomogło. Nie odmłodzi się, lat nie cofnie, a gdyby nawet by się udało, to zakochany obiektu swego uwielbienia nie skieruje obecnie w stronę swojej ślubnej. Nie po to wzdycha i nie tylko, bo wakacje spędził ze swoją 35latką, żeby teraz drapać plecy swojej starej żonie. Na prośbę o podrapanie , usłyszała … podrap sobie sama… Ot i się doczekała. Niańczyła go, traktowała go jak trzecie swoje dziecko. A “dziecko” niewdzięczne, robi jej problemy. Rozszalała się i rozkrzyczała Danuś…pogonię, rozwiodę się, dom na kredycie sprzedam, wywalę z sypialni…pokrzyczala i na tym zakończyła. Poszła do adwokata – polskiego darmowego. Jaka zapłata taka i porada. Rozwiedzie się, to państwo da rozwiedzionej:  pieniądze, dom i słuchając co Danuś mi opowiada, oczami wyobraźni widzę Kanadę jak Danuśce jeszcze jedzenie wkłada do buźki a Danuś wybrzydza. Zapomniała moja Danuś jak jej państwo pomogło po przyjeżdzie, a jednak emigrowała do Kanady legalnie. Przez pół roku nie mieli na chleb, nie mieli pracy, tułali się z jednego domu polskiego do drugiego. Dostali komunalne mieszkanko z innymi emigrantami, po powrocie z urzędów zastali tylko ramy do łóżek, nic więcej. Przejedli pieniądze które z Polski przywieźli. I teraz niby Kanada ma jej dać wszystko. Jeśli da to dobrze ale… nie licz na cudze jak swojego nie masz. Nie dała Danuś nic sobie wytłumaczyć. Poleciała do koleżanki, która ją skutecznie sprowadziła z obłoków na ziemię i postawiła obok zakochanego w młódce męża. Nie podskakuj, masz faceta zakochany to zakochany, tankuje samochód, spłaca kredyt, naprawy w domu dokonuje, coś tam gotuje, więc cicho siedź bo możesz mieć po rozwodzie tylko gorzej- powiedziała. Więc Danuśka, poluzowała, ucichła, nie podskakuje, tylko… zaczęła szukać w odwet na mężu, faceta. Pyta czy ja mam jakiegoś dla niej. Gdzie ja a gdzie ona, odległość. Całkowicie odbiło babie i tak też jej mówię. Przyjadę do ciebie – krzyczy – chcę podładować akumulatory. ….Oooo nie, ty chcesz mnie babo zamordować, masz siedzieć tam gdzie siedzisz – usłyszała w odpowiedzi. Niepocieszona umilkła. Rozumiem, chce coś zmienić, komuś coś udowodnić, ale tak się nie da, za szybko, za natarczywie. Dziś dzwoni i prosi o radę, a właściwie o naukę. Bo jak to ja robię, że faceci  za mną sikają – tak powiedziała. Zaszokowała mnie to mówiąc. Nie widziałam sikającego faceta, chyba gdzieś tam pod drzewem lub murem, obszymurka, było to w Polsce bo tutaj nie mam takiej możliwości. Wszędzie samochodem, pod sklepem alkoholowym nigdy nie ma żadnej opierającej się o mur lub drzwi osoby.

Naucz mnie proszę bo szykuje mi się randka – prosi. Ty jesteś taka inna, ja tak chcę, ja chcę być taka. Po tych słowach zaczęłam zastanawiać się, jaka to ja jestem. Normalna, wesoła, szczęśliwa, uśmiechnięta, o poranku widząc siebie w lusterku uśmiecham się i życzę miłego dnia puszczając do siebie oczko, cierpliwa, wyrozumiała, delikatna, twardzielka, szczera, uczynna, pracowita, miła, sympatyczna, potrafiąca zamknąć buzię w pół zdania. No nie, same zalety. Po prostu nie mam i nigdy nie miałam kompleksów co nie znaczy, że rozpiera mnie pycha i zarozumialstwo. No i jak moją Danuś nauczyć tego wszystkiego. Mam jeszcze obejrzeć przez skypa jej garderobę i podpowiedzieć co ma na siebie włożyć. Od razu zapowiedziałam, że te klapkopapucie to ma wsadzić głęboko w szafie.

Niestety nie podejmuję się nauczenia jej bycia mną. Tego się nie da zrobić. Każdy ma swój charakter, usposobienie, zachowanie. Ma być sobą, koniec i kropka. Tylko nie może być nudna bo nikt nie wytrzyma na dłuższą metę, a jest, o tym ona wie, ja i jej zakochany mążniemąż.

Tak to teraz widzę: mąż szalejąc, zaraził żonę, czy to grypa czy katar ale to im przejdzie.

Przyłapana, na kolanach.

Drugi wolny dzień od pracy i drugi dzień sprzątania choinek i ozdób w domu. Na zewnątrz planuję zbierać ozdoby świąteczne w następnym tygodniu, zapowiadają już całkowite ocieplenie do 18C.

Dziś mieliśmy od -10C do -4C. Szkoły, poczty, panowie od śmieci, inne urzędy, nie pracują. Lód został przkryty śniegiem. Czekamy na ocieplenie.

Ozdabianie domu było długie, bo gdzie i co powiewiesić lub postawić, potrzebowało czasu. Zdejmowanie szło mi szybciej, układanie, a więc ogranizacja w pudłach szła i idzie mi trochę dłużej. Zresztą jak zawsze, przy tym zajęciu. Biegałam z piwnicy na piętro, z piętra do piwnicy, może do setki dociągnęłam. Fitbita mam ale … chyba wywaliłam do śmieci ładowarkę, drugi stareńki też nie ma ładowarki. Zegarek app, przy włączonej aplikacji aktywności fizycznej pożera baterię bardzo szybko, więc trudno powiedzieć ile pięter pokonałam. Wystarczająco dużo jeśli kolana zaczęły boleć. Schowałam się w łazience aby MM nie zauważył, bo to zaraz zacznie się martwić, kombinować co by tu zrobić, jak mi pomóc, proponować odpoczynek. Nie byłam zmęczona, jedynie kolana odmawiały posłuszeństwa, nawet przy szerokim rozstawianiu nóg wchodząc po schodach bolały, przy uciskaniu ich i schyleniu się prawie do ziemi też bolały, wchodzenie bokiem nie pomogło, na czworaka tylko nie próbowałam. 🙈Po cichutku zaczęłam nacierać kolana maścią. Nie zdążyłam schować maści i naciągnąć dresów, kiedy MM stanął w drzwiach łazienki. Ujrzałam strapioną minę. Na pytania, dlaczego nie mówię, odpowiedź była krótka, nikt mi nie pomoże, boli to boli, przestanie. Faktycznie, nawet jak coś mnie bardzo boli, odpowiadam, OK, good. Jak już ból jest nie do wytrzymania i żadne proszki przeciwbólowe nie pomagają, stwierdzam, że potrzebuję lekarza. MM podał mi swoją maść, nie skorzystałam, zanim moja maść pomaga na takie dolegliwości będę jej używać. Nigdy nie miałam problemu z kolanami ale po bieganiu po schodach i dźwiganiu pudeł, miały prawo się zbuntować. MM proponował pomoc niejednokrotnie, z tym że to jest uciążliwe. Pudło nie jest do końca załadowane lub przenoszę ozdoby z pudła do pudła. Musiałabym być pewna, że do pudła już nic nie dołożę, a pewności nie miałam.

Wieczorem zaprzestałam, zbierania ozdób, chwyciłam sekator i cięłam choinkę. Córcia przez telefon, stwierdziła. ‘ Robiłaś w domu to, co zwykle robisz na zewnątrz. A że na podwórzu zimno, urządziłaś prace ogrodowe w domu. I dobrze mamuś’. Dobrze, czy źle, nabałaganiłam okrutnie. Igiełki strzelały i sypały się po pokoju.

Po to mam odkurzacz,  aby jutro posprzątać.

Ważne chęci, lecz czyny ważniejsze

Jacy są znajomi z pracy, każdy dokładnie wie. Jednych lubimy innych unikamy. Bywa i tak, że przy okazji imien lub innych uroczystości, zostajemy w oddali, nie mamy ochoty składać życzeń. Nie zależy nam na ich zdrowiu lub chorobie, szczęściu lub nieszczęściu. Pozostajemy obojętni. Nie mamy ochoty na serwowane ciasta, kawy, herbaty. Nieszczere życzenia, udawane uśmiechy, uściski, osobiście mnie drażnią. Nie chcę sztuczności i tym samym, nie chcę tą sztucznością nikogo obdarowywać. To jest bardzo proste: lubię lub nie lubię, toleruję lub nie toleruję, kocham lub nie kocham, chcę kogoś odwiedzić lub nie chcę. W zakładach pracy jest jeszcze coś pomiędzy: wypada, muszę. Nawet jak nie mamy ochoty to musimy. Inaczej odbije się to na premii, nagrodzie.

Pracowe znajomości nie żyją po za pracą. Jeśli nawet, to z biegiem czasu nabierają innych znaczeń, umierają śmiercią naturalną. W Polsce nie miałam koleżanek z pracy, na gruncie prywatnym. To były znajomości w biurach. Z biegiem lat w wyniku zajmowanych stanowisk, nie wypadało “zaprzyjaźniać się” z innymi pracownikami. Szfostwo żyło swoim życiem, z tego “życia” również nikt nie pozostał wśród mego grona znajomych, a na pewno nie przyjaciół. Edukacyjni koledzy, przyjaciele, znajomi z biegiem czasu, też się wykruszyli, jak kruszy się suchy chleb. Ktoś został, tylko kilomerty dzielące nas nie ułatwiają utrzymanie kontaktów, mimo że działają komnikatory i społeczności internetowe. Zamieszkiwanie na innych kontynentach spowodowało zmianę poglądów i nie mówię tutaj o politycznych.

Pracuję obecnie wśród społeczności amerykańskiej, jedni przyjazdni, innym wszystko obojętne. Zrobione, odfajkowane, dziękuję, do widdzenia albo i nie do widzenia. Nigdy mi nie zależało na koleżeństwie i przyjaźniach. Jestem jaka jestem, a najlepiej czuję się w swojej rodzinie i ze sobą. Nie nudzę się we własnym towarzystwie, jest mi bardzo wygodnie i to towarzystwo sobie bardzo cenię. Jestem osobą otwartą na poznawanie wszystkiego nowego. Takim to sposobem zaprosiłam koleżankę z pracy wraz z mężem w odwiedziny do mojego domu. Kupiła dom nad oceanem i wyprowadza się wraz z całym dobytkiem, a jest to mąż i pies, do innego stanu i już nowego domu. Stwierdziłyśmy, że chcemy kontynuować naszą znajomość nawet na odległość. Początkowo nasze spotkanie ustaliłyśmy na czartek. Hrnold a mąż Ellen, nie był chętny na towarzyszenie w spotkaniu. Po wymianie smsów, okazało się, że czwartek nie bardzo jej pasuje. Zaczęłam podejrzewać, że po prostu rezygnuje, a nie chcąc mnie urazić, kombinuje. Nie zrażona, zaproponowałam piątek. Byłam w błędzie z tym kominowaniem. Termin jak najbardziej jej pasował i …Haroldowi też.

Przyjechali!!!!!! Ellen była ciekawa mojego domu i rozpoczęliśmy “wycieczkę” po “salonach”. Harold szybko nawiązał rozmowę z MM. Upiekłam chlebek turecki, który przypadł moim gościom do gustu a kawa, jak kawa. Spędziliśmy w swoim towarzystwie ponad 2 godziny, i powiem, nie nudziliśmy się. Zaklepaliśmy następny termin naszego spotkania, jeszcze przed ich całkowitym wyjazdem z miasta.

Lubiłam i lubię swoich nowych znajomych. Po ich wyjeździe zastanawiałam się….że też im się chciało do mnie przyjechać….

Musi w tym coś być, może nie w tym, tylko we mnie.

Zadowolona jestem bardzo ze spotkania, MM również.

Mam nadzieję, że ta znajomość utrzyma się na dłużej.

Prezent jaki otrzymałam od nowych znajomych. Może to nic, a dał mi wiele radości.

Trzeba umieć cieszyć się z niczego, tak niewiele osób opanowało tą sztukę.