Miałam w planerze odwiedzenie domu mojej córci, tak też się stało.
Wjeżdzając w dzielnicę widzi się ogólne zadbanie i organizację.
Otworzyłam drzwi wejciowe i od progu zaczęłam nawoływać kotki. Locki i Pablo, nie przyszły, usiadłam wygodnie na ogromniastej kanapie i rozpoczęłam „wakacje”. Nikt nie pyta co jadłam i co będę jeść. Gdy o tym pomyślałam, spojrzałam na stolik a tam….. krówki. Krówki na wyciągnięcie ręki. Wafelki na wyciągnięcie drugiej ręki. W pozycji pół leżącej delektowałam się słodyczami i podwyższałam sobie poziom cukru.
Moje wyniki są w normie więc nie muszę się wystrzegać.
Żaden kotek nie zszedł na parter.
Poszłam na piętro, znalazłam kotki pod łóżkiem.
Nie przyjęły zaproszenia do zabawy.
Nie przyszły gdy wymieniałam wodę i dosypywałam jedzonko.
Zniechęcona wyszłam na zewnątrz, sprawdzić stan rabatek.
U mnie deszczyk padał każdego dnia u córci nawet kropla nie spadła.
Podlałam rabatki, i o dziwo żadneo komara nie widziałam.
Wróciłam do mieszkania na pinowny relax. Nic nie goni, nic nie pędzi, milusio spędzić nawet godzinkę w takim błogim stanie.
Miałam krótki ale wspaniały odpoczynek.
Powinnam jechać do domu.
Mam trochę jeszcze uropu, do końca roku muszę wykorzystać.
Kto wie……

Leave a reply to Lucia Cancel reply