Od dziś do środy włącznie jestem w domu. Nie, to nie jest zaległy urlop. Covid wrócił, chociaż on nigdy nie odpuścił i na zawsze z nami zostanie. Podobnie jak grypa. Covid jest bardziej „rozdmuchany” więc częściej o nim słyszymy. Grypa zpowszedniała, nikt nie wspomina, że też powikłania mogą być śmiertelne.
Wyszłam z kawcią na deck. Zauważyłam a raczej usłyszałam po raz pierwszy. takie nasilenie burczenia samolotów. Samoloty rejsowe były gdzieś wysoko ponad churami a te prywatne nigdy nie miały tutaj korytarza powietrznego. Nie miały to nie znaczy, że nie będą miały.
Po godzinie wszystko ucichło.
Opróżniałam garderobę. Swoje sukienki do plastikowego worka z wysysaniem powietrza. Ten wór musial mi MM pomóc wciągnąć na strych. Mniejsze worki na ziplocki, z ubraniami nie były ciężkie sama dałam radę. Jutro pościel wróci na swoje miejsce do bieliźniarki. Wszelkie obuwie – własnie nie wiem gdzie upchnę. Komoda a w niej szuflady. Zawartość szuflad mogłabym w pudła włożyć i na strych ale potrzebne mi to na co dzień.
Tak powolutku opróżniam, garderobę, łazienkę i sypialnię. Szuflady muszą być we wszystkich szafkach puste, łatwiej przenosić i przeciągać.
Robi się pustawo.
W poniedziałek planuję zdejmowanie wykładziny. Łóżko zostaje na swoim miejscu. Do ostatniej minuty, minuta „zero” będzie koło czwartku możliwe że zahaczy o następny poniedziałek a to będzie już październik.
Co wyjdzie zobaczymy. Żeby to było samo układanie podłogi to nie byłoby problemu. Syfity i ściany do malowania. Zanim malowanie, czeka mnie szpachlowanie ubytków i łatanie miejsc po puszkach domofonów i głośników.
Znów trochę roboty mnie czeka.
Leave a comment