piątek 

Przespałam 12 godzin. Widocznie organizm potrzebował tylu godzin snu. Czuję się dobrze, do pracy jechać się nie chce, ale trzeba. Dziś będzie piękny dzień, słońce od wschodniej strony wpada do przez okno od  sypialni. Czas na poranną toaletę i kawę.

Musiałam wczoraj być naprawdę zmęczona. Słuchawkę zostawiłam na stoliku na decku, buty również. Kanapy i stolika nie przykryłam pokrowcami. Było gorzej niż myślałam, bo faktu siedzenia na decku dziś nie pamiętam. 😧

Czekam na kanapkę, MM pojechał kupić, czekam również na wodę aby kawę zaparzyć. No i …. do pracy w piątek rodacy.

Córcia już wróciła z wyjazdu w Sawannah. Zadowolona i wypoczęta. Zajechali również na Tybee Island. Dobrze że zrobili sobie odskocznię od codzienności, od wtorku letnia szkoła moje dzieci czeka.

1:45pm

Od godziny jestem w domku. Pogoda przepiękna, odpoczywam na decku. Staram się przypomnieć moment zostawienia obuwia i słuchawki na noc na zewnątrz – dziura. No cóż, nie powinnam się przemęczać.

Przesadzałam dziś małpią trawę na frontową rabatkę. Posadziłam bukszpan – w końcu – jeszcze jeden krzaczek został do posadzenia. Nie muszę się martwić bo miejsca mam bardzo dużo.

Przesadziłam też kalję do wielgachnej donicy. Mam kalję żółtą, białą, fioletową i ….dokupiłam herbacianą z czerwonymi brzegami. Cudo.

Teraz boli mi paluszek😢😢😢

Pachnie wilgocią

Od kilku dni lało, dziś usiadłam z kawusią na decku. Nareszcie, usiadłam i komary nie latają. Wilgoć sprzyja ich rozmnarzaniu lecz wczoraj firma dokonała oprysków, dokonuje oprysków co miesiąc. W tym miesiącu z tygodniowym opóźnieniem ze względu na deszcze.

Poranek piękny, powietrze rześkie, tylko zapach wilgoci unoszący się jeszcze w powietrzu jest nie miły. Pufy w mebkach ogrodowych nie mokre i nie suche, dywanik mokry, wycieraczki ociekające wodą. Na przekór wszystkiemu, siedzę na zewnątrz, słucham jazgotu ptaków, szumu samochodów w oddali, poszczekiwania psów u sąsiada i tej ciszy która nią nie jest.

Teraz mogę powiedzieć …. rodacy do pracy….

Nie mam zaplanowanych żadnych zadań do wykonania po powrocie z pracy. Będzie “na żywioł”.

7:18pm

“Na żywioł” było padnięcie na kanapę i drzemka. Jestem okrutnie zmęczona.

A miałam jutro mieć wolne. Nic z tego, do roboty muszę iść.

Już wzięłam syrop na spanko Zzzzz, wcześnie, potrzebuję snu i odpoczynku. MM wróci Uberem lub Taxi, przykro ale padłam.

Pamięć

Leżąc w łóżeczku jak zwykle poczytałam news z kraju i ze świata lub odwrotnie świata i z kraju. Lokalnie: pochmurnie ale cieplutko, niektóre ulice zamknięte i omijać, powalone drzewa zablokowały przejazd, główna autostrada łącząca NY z Florydą wciąż w naprawie po spaleniu i zawaleniu się, możliwe że pod koniec maja oddana zostanie do użytku.

Cynamon czyni cuda!!! No to jeszcze w pidżamie pobiegłam pisypać kwiatki i krzaczki. Sypie na ziemię i kwiatuszki. Po skończeniu zorientowałam się, że ten zapach mnie nie drażni i nie jestem nerwowa, a powinnam. Czytam, napisy na buteleczce duże, okular nie potrzebuję jeszcze taka ślepa to nie jestem. Cloves, no oczywiście goździki. Wzięłam cynamon do ręki i poszłam na swoje”pole” ponownie. Posypując, tym razem odwracałam głowę.

Teraz mam mieszankę na krzakach i kwiatach, goździkowo-cynamonową. Może zapach cynamonu odstraszy wiewióry?  Byłoby dobrze. Może zapach goździków je przywoła, byłoby nie dobrze!

Więcej czasu, wolny cały tydzień, mam czas na zaparzenie kawy w rondelku. Co za zapach ahhhh, co za smak ahhhh. Nie zawsze jest czas delektować się, jeśli trzeba do pracy. Do pracy! Praca nie tylko daje pieniążki, wyjście z domu, styczność z ludźmi, wymiana zdań na tematy nawet te nieważne jest ważne.

Byłam z MM w biurze projektowym kuchnie. Całkiem inne spojrzenie, tym razem zajmuje się nami młoda kobietka. Potrafi podpowiedzieć i poradzić, co bardzie funkcjonalne. Oczywiście wiem co mi jest potrzebne i to również zmieniamy w komp, ale są kwestie całkowicie mi w tej chwili obojętne, więc ona służy pomocą i podpowiada najlepsze rozwiązanie. Poprzednio w HomeDepot – facet, bez żadnych podpowiedzi, co chcę i jak chcę to zmieniał lub nie, jemu było obojętne nie jego kuchnia i ja z nią będę się turlać, chodziło jedynie o zainkasowanie kasy, a cena z kosmosu, jedynie szafki bez kosmetyki (malowania, układania kafelek, zmiany instalacji gazowej, wodociągowej i elktrycznej.) W tym office mamy dokładnie wyliczone ze wszystkim – gotowym do przyjęcia wszelkich robót, połowa ceny. Zdecydwaliśmy się. MM umawia się na termin robót, kiedy to będę nieobecna w domu, wrzesień. To mi odpowiada. Wyjeżdzam stara kuchnia, wracam tatammmmm, nowa kuchnia. 😀😀😀. Jeszcze odbędną się spotkania i uzgadniania, lecz na ten moment, wiemy na czym stoimy. Nie musimy brać innej ekipy do malowania, kafelek (a tak swoje obecne kafelki lubię, trzeba poszukać w internecie, może ktoś takie ma) itd. Jesteśmy zadowolenia z obługi i ceny. Jeśli coś wybierzemy droższego ( the lux) to i cena podskoczy, zdajemy sprawę, rozumiemy.

Dziś mam Mother’s Day – ogólnie

Obchodzimy w niedzielę, ja dzisiaj. Idę robić się na “bustwo”😀😀😀😩

Chciałam zrobić zdjęcie przed wyjściem ale…tylko zmarszczki najlepiej się uwidaczniają na zdjęciu reszta urody blaknie przy nich. Ech😢😢😢😢 No takie to są urody ludzi + ileś tam. Kiedyś myślałam, że mam zmarszczki, teraz to na pewno mam, nie muszę ich szukać z lusterkiem powiększającym, jak to dawno temu było. Mam to mam.

Nałożyłam sukienkę , która dość długo wisiała i czekała na okazję, mam takich rzeczy z metkami jeszcze dość sporo😀. Jak na mamuśkę dorosłych dzieci,  wyglądałam nie dość ale naprawdę superowsko. Byłam już po dwóch alkoholowych drinkach. Wciąż przestrzegam diety, może nie tak restrykcyjnie jak na początku stosowania diety. Dwa drinki zadziałały, chociaż nie potrzebuję wspomagacza aby być szczęśliwą, moja buzia zawsze się śmieje. Podchodzi do mego stolika kobieta, podchodzi do mnie, wiem że nie jest kelnerką bo mamy kelnera, wstaję i mówię do niej …. znam ciebie, ja ciebie znam… ona na to …jestem twoim lekarzem… o mój Boże …odpowiadam i biorę ją w objęcia. Całuję ją w policzek, ona składa mi życzenia z okazji dnia matki. Odwzajemniam życzenia. Ona była szczęśliwa ja również. Odeszła. Moje dzieci i mąż patrzą na mnie w oczekiwaniu wyjaśnienia, kim była kobieta. Moja ginekolog. MM skwitował – dobrych i szczęśliwych ludzi wszyscy pamiętają. Odchodząc podeszłam do jej stolika życząc miłego dnia. To była naprawdę niespodziewana niespodzianka, no bo jakie mogą być niespodzianki?  Czy w Polsce jest możliwym, aby lekarz podszedł do pacjenta i składał jemu życzenia? Szybciej śmierci można się spodziewać.

Byłam nauczycielem akademickim, nigdy się nie stawiałam. Dwóm studentkom załatwiłam pracę. Na ulicy i w sklepie podchodzili studenci do mnie z … dzień dobry  pani profesor, czy pani mnie pamięta?… niestety nie pamiętałam, żeby to była jedna klasa to możliwym, że 30 osób bym zapamiętała lecz więcej, z młodszych i starszych roczników, niestety, odpowiadałam…oczywiście, że pamiętam, co u ciebie, jak dajesz sobie radę…. Wiem, wiem, że to nie fair, lecz co można uczynić aby człowieka nie urazić, tym bardziej że darzy ciebie jakimś uczuciem, pamięta i chce być pamiętanym. Trudna sytuacja. Teraz po latach twarze moich studentów całkowicie się zatarły, z iminia niektórych pamiętam, z nazwiska jednego szczególnie. Nie da się zapomnieć, kiedy ci na wykładach zjada kanapkę wraz z folią w którą mama zawinęła, trzeba było wzywać pogotowie ratunkowe.

Dzisiejsza sytuacja dała mi  bardzo dużo do myślenia. Ludzie mnie pamiętają bo chcą pamiętać, a to bardzo miłe. Dzieki im za to i wielkie ukłony w ich stronę.

Dawno temu

To było bardzo, bardzo dawno. No oczywiście kiedyś miałam 21 lat. Moja koleżanka ze szkoły średniej wyszła za mąż bardzo wcześnie. W wieku 21 lat miała 2 dzieci i była wdową. Mąż jej upadł na chodniku, pomoc przyszła zbyt późno. W wieku 25 lat zmarł na zawał.

Nigdy nie jest za wcześnie na śmierć.

Nigdy też nie jest za późno.

Pogotowie ratunkowe

Wstałam jak to w wolny dzień, dość wcześnie. Łóżeczko zasłałam, włoski ułożyłam i zeszłam na parter do piesków, na śniadanko i kawcie. Pojechałam do sklepu. Kupiłam 25 metalowych krawężników i specjalnych metalowych blaszek mocujących oraz drobnych rzeczy. Kwiatków nie kupowałam bo za drogie i nie trzeba zajmować się sadzeniem kiedy mam poprawiać z jednej strony a z drugiej robić krawężnik.

Kiedy pracownik sklepu pakował metal do samochodu, zadzwonił syn. Bardzo źle się czuł, ból głowy, klatki piersiowej i pleców. Powiedziałam aby podszedł do departamentu apteki to zmierzą ciśnienie krwi. Miał 150/91 podali mu dwie tabletki do ssania.

Wróciłam do domu i powolutku szykowałam się do prac “polowych”. Syn zadzwonił z pytaniem o numer tel do lekarki rodzinnej. Jadąc do niej, zadzwonił, kazali jechać na pogotowie. Zajechał do mnie. Szybko przebrałam się, kiedy on leżał na kanapie.

Nie wiem skąd wzięłam siły, w sekundę wypakowałam ciężkie długie metale. Szybko dojechaliśmy na pogotowie. Wysadziłam jego przed drzwiami, pojechałam zaparkować. Nigdzie wolnego miejsca, parking objechałam dwa razy. Podjechałam do budki przy wyjeździe z parkingu. Poprosiłam o pomoc, …syn na emergancy potrzebuję zaparkować… za mną ustawił się już samochód do wyjazdu, też krążył w poszukiwaniu wolnego miejsca. Pracownik z budki wyszedł, kazał kierowcy z samochodu za mną wycofać. Kazał mi wycofać i tyłem zaparkować tam gdzie nie wolno parkować.

W tym czasie synowi zrobili ekg i inne badania. Za chwilę zrobili wywiad i zostaliśmy skierowani do pokoju lekarskiego. Sekunda i pielęgniarka była przy nas. Sprawdziła dane syna 9imię nazwisko dokładną datę urodzenia). Znów popodłączała kable na całą klatkę piersiową, plec, pobrała wiadro krwi zostawiła wenflon. Krew z niektórych ampułek nakrapiała na specjalną wkładkę, podobną do karty pamieci aparatu fotograficznego, wkładała przy nas do specjalnego maciutkiego urządzenia i odczytywała to komputerze, inne ampułki zabrała ze sobą. Po powrocie sprawdzała dane syna (robiła to każdorazowo kiedy opuszczała pokój i powracała) sprawdzała prawidłowość podłączeń do monitora który pipkał, pytała o samopoczucie, badała. Lekarz przyszedł w jakimś odstępie czasu, do 10 min. Badał, pytał i badał. Nic stwierdzić nie mógł bo czekał na wyniki. Stetoskopem nic nie wysłuchał. Pielęgniarka dała dwa zastrzyki dożylne. Czekaliśmy na wyniki. Później zabrali syna z pokoju na inne badania. Zostałam sama. Po głowie mi latało…stan przedzawałowy… nie nie dobrze, oj nie dobrze, chociaż lekarz ani pielęgniarka, nie wypowiadali się w tym kierunku. Po przywiezieniu syna z badań, syn usnął na tym niewygodnym/wygodnym łóżku  szpitalnym na kółkach. Powiem, że sprzęt medyczny w ameryce jest wysokiej klasy. Córcia kazała mi sprawdzać czy aby jej brat oddycha, był podłączony do głównego monitora i gdyby coś się stało, w ułamku sekundy byli by przy nim (pielegniarka wyjaśniła),  MM zmartwiony. Dziewczyna syna również. Co ja mogłam powiedzieć, widząc jego w takim stanie. Widziałam też jak szło na poprawę. W końcu przyszedł lekarz z dobrymi wiadomościami, nie ma stanu przedzawałowego i zawałowego, unikać stresu, zgłosić się do lekarza rodzinnego z wypisem, podjąć leczenie jeśli to bedzie niezbęde, na tą chwile 141/98 jest słabe ok. Stres odejdzie unormuje się ciśnienie krwi i uspokoi się ból w klatce piersiowej. Płuca, serce, nerki i większość organów jakie mogli sprawdzić jest w dobrej kondycji. Nie ma powodu do zmartwień. Spokojny rytm życia.

To ja jako mama wiem, mój syn zawsze był nadpobudliwy, jednocześnie był wybitny. W latach 80tych i tych późnych 80tych nie było możliwości badania nadpobudliwości, braku skupienia. Widziałam że jest coś nie tak, pracowałam nad synkiem, każdego dnia. Uspokajałam a klocki Lego były jego jedyną zabawą. Chciałam jego oddać do podstawówki wczesniej o rok, przeszedł wszystkie psychologiczne badania perfekcyjnie, zakwalifikował się bez mrugnięcia oka na rozpoczęcie roku szkolnego z uczniami o rok starszymi. Wstrzymałam się, moim zdaniem to nie był dobry pomysł, mimo że syn psychicznie był gotowy. Dziś on mi mówi, on sam mi mówi, że chyba maiał i ma ADHD, że czasami ma problem ze skupieniem się nad czymś, że i że… ale ja to wiedziałam i wiem, to dlatego podawałam mu waleriankę na noc bo tabletki jakie pediatra przypisywała były za silne. Pracowałam nad nim całe życie, przestałam kiedy się wyprowadził. On chce ciągle udowodnić sobie, że jest dobry w pracy na studiach i we wszystkim co robi. On jest dobry ja wiem, moja córcia też wie ale, on musi sobie udowadniać. Może i miał, czy też ma to diabelstwo pod sktótem ADHD ale w tamtych latach lekarze nie umieli tego sprecyzowć. Teraz? Teraz jest stres, a przecież zdał egzaminy końcowe na B+ mając stresującą pracę.

Wróciliśmy do mnie do domu. Odjechał. Byłam spokojna, dojedzie. Obiecał, że jak dojedzie do siebie wyśle smsa, nie wysłał. Zapewne poszedł spać, był wykończony całym dzisiejszym dniem.

On wie, że musi iść teraz do rodzinnego lekarza, po pomoc.

Jeju jak mi jest smutno, nie mogę synkowi pomóc, mimo że pomagam. Córcia się martwi, pyta czy dojechał do domu, tylko skąd ja mogę wiedzieć. Nie dzwonię, jeśli śpi to i tak nie odbierze, telefon ma wyłączony volume. Żyje bo policja u progu mego domu nie stoi.

Córcia mnie skrzyczała. Dlaczego nie zadzwoniłam na 911 a sama powiozłam jego na pogotowie. Ot durny zwyczaj, że to będzie szybciej. Nie było korków, miałam szczęście. Mieliśmy szczęście, że to nie zawał. Miałam szczęście, że pozwolono mi zaparkować na miejscu nieparkowym. Miałam szczęście, że synuś lepiej się czuje, bo nie dzwoni. Oby przespał noc w ciszy i spokoju.

A ja? Dla odstresowania nalałam coś alkoholowego do kieliszka. Bo mi płakać się chce.

To był bardzo stresujący dzień.

Póki żyjemy

Usnęłam po 2am, obudziłam się 9:20am – prawidłowo, 7 godzin snu, wystarczająco. Nie mogę zmarnować dzisiejszego dnia, muszę zrobić coś pożytecznego, dla siebie i domu. Pogoda słoneczna, słoneczko wpada przez okno i cieplutko, sprawdziłam na internecie. W pierwszej kolejności zrobię terapię bo zaniedbałam, takiego lenia dostałam. Oj nie dobrze.

A może tak długo siły regeneruję? Nie jestem już, młódka, mimo że tak wyglądam ( na 40ci parę). Ciało domaga się odpoczynku, spowolnienia.

Psince wpóściłam krople do uszka, jest na tyle dobrze, że nie mogłam rozpoznać które uszko chore. Muszę zrobić się na “bustwo” , położyłam na twarz i szyję, jeden i drugi kremik, poklepałam. Włoski ułożyłam, kolczyki założyłam, naciągnęłam sportowe odzienie i jestem gotowa na kawcię, ćwiczenia i prace na “polu”. Nastąpiła zmiana planów, przed kawcią podmuchałam paprochy, ćwiczenia będą przed pracami “polowymi” i przed ukropem lejącym się z nieba.

Zmierzyłam spodnie, te które były moją miarką, czuję się komfortowo!!!! Myślę, że dokończę te 11 dni i zastopuję. MM zadzwonił jak zawsze i….chyżby już nie jest na dziecie? Mam wyjąć udko z kurczaka z zamrażarki, oj oj, tego nie zrobię raczej sałatkę jakąś wykominuję. O godzinie 9pm jeść mięso jest nie zdrowo. A przecież rozmawiałam z nim, no rozmawiałam, musi zrzucić nie parę a kilkanaście kilo. Zapomniał. Nie szkodzi, ja dziś jemu wieczorkiem przypomnę, kiedy dam sałatkę do zjedzenia. Przyzwyczajenia amerykanów są nie zdrowe, restauracje oblegane od 7-10:30pm, jedzą kolację. Pytam, jaką kolację? 10:30pm to czas wyciszenia a starszym ludziom spania. Tak też uczą małe dzieci, które są z nimi w restauracjach, jedzenia do prawie do północy. Więc MM żreć nie będzie, chrupać marcheweczki, pomidorki i inne ważywka przez ten weekend będzie i wcale nie dlatego, że ja jdestem na diecie, dlatego, że za chwilę będę miała 2xMM.

Zrobiłam porządek na rabatce, wycięłam wszystkie liście tulipanów, w tym roku cebulki zostawiam w ziemi, jesienią dosadzę więcej.  Zbieram suche gałęzie i wyrywam zielsko, rozpleniło się chyba wszędzie, podlewam, przesadzam. Gorczyca polska rośnie i niedługo będzie kwitła. Niezapominajki jedne kwitną inne za kilka dni zakwitną. Kupionym liliom trzeba znaleźć miejsce na mojej rabatce, od soboty cierpią w plastikowej doniczce. W innych donicach widać wschodzące piwonie. Ptaszki świergocą w oddali szum samochodów, pieski burczą, obwąchują i biegają od jednej strony płotu do drugiej. Gdzieś w oddali słychać przesuwaną drabinę, to u sąsiada na przeciw, firma reperuje dach.

Synuś na mój sms odpowiedział natychmiastowo i z zapytaniem o moje samopoczucie. Czuję się wyśmienicie, pracowicie, radośnie i szczęśliwie. Szkoda że jak człowiek umrze, nie usłyszy świergotu ptaków, nie zobaczy kolorów kwiatów i słoneczka, bojeśli jak nie wypalą oczu i uszu to robaki to wszystko wyjedzą. Brrr

Jednym słowem: cieszyć się wszystkim póki żyjemy.

ZIMOWO i filmowo

Od 2 dni zauważyłam, że Zimie coś dolega. Nie byłam pewna co, więc obserwowałam. I kiedy zaczęła potrząsać głową, zajrzałam jej w uszka. Jedno uszko miało infekcję. Zadzwoniłam do przychodni weterynaryjnej lecz na popołudnie w poniedziałek nie było wolnego miejsca. Wizyta we wtorek w godzinach rannych, odpowiadała. Zapakowawałam  Zimę do samochodu i w drogę, 3 minutki jazdy to nie żadna wyprawa. Wizyta zajęła nam 2,5 godziny, łącznie z czekaniem. Gdy Zimę zabrano na czyszczenie uszka, pojechałam do sklepu po owocowe zakupy.

Dostaliśmy krople, 2 x po 7-10 kropli do chorego uszka. Prawie cały wtorkowy dzień przespała.

A z uszka wychodził bardzo nieprzyjemny zapach.

Psinka dziś czuje się lepiej, wciąż śpi ale po obudzeniu ma więcej energii w porównaniu do poprzednich dni.

Będzie dobrze.


Wczorajszy dzień poświęciłam na odpoczynek i relaks. Oglądałam filmy na youtube – rosyjskie melodramaty😀.

W niedzielę wieczorem siadł na piętrze  air conditioner, przyjechała firma, naprawili. Gdy usłyszał głos z filmu, ze zdziwiem spytał w jakim języku leci film i ze zdziwieniem stwierdził, że znam rosyjski.

Rosyjski znam jak polski, rozumiem czeski, słowacki i białoruski lecz nie potrafię mówić. Szkoda. Szlifuję angielski i chciałabym nauczyć się ( całkowicie zapomniałam ) fracuskiego.

 

 

Drugi etap diety

 

Miałam 3 dni “żarcia”. Nie to nie było, żadne żarcie, miałam ochotę na placki i inne specjały kulinarne lecz jak przyszło co do czego, to jadłam małe porcje.

Kawa lub herbata z cukrem lub słodzikiem jest za słodka.  Wszystko wydaje mi się za słone. Żoładek się skurczył, smak się zmienił. Oczami zjadłabym dużo, w rzeczywistości dużo, dużo mniej.

 

Od wczoraj, drugi etap.

Dziś owocowy dzień, zaczęłam śniadanie od jabłka. Później zobaczę na co będę miała ochotę.

 

 

11 dzień diety

Do godziny 2pm nic nie jadłam. W pierwszej kolejności musiałam podjechać do sklepu zrobić zakupy choremu synowi. Później całą torbę zapakować. Aby zupa mi się nie zepsuła w samochodzie, wstawiłam pojemniki z zupą do torby lodówka. Niestety ale nie miałam zamrożonych specjalnych kostek do tej torby, jedyne co mi wpadło do głowy to….włożyłam zamrożoną kaczkę. Tym spodobem zupa miała odpowiednią temperaturę a kaczka w połowie się rozmroziła. 

2w1

Po pracy podrzuciłam synowi jedzenie, nie wchodząc daleko do mieszkania i szybko w drogę powrotną aby zdążyć przed korkami. 

Dziś jestem bardzo zmęczona. Praca to jeden, drugie nie jadłam śniadania. 

Lanch: cattage cheese fat free 340g z 2 łyżkami miodu.

Kolacja: zostały z ciasta 2 białka więc dodałam do pieczonej papryki, pora i cebuli. Pychotka😀

Upiekłam dziś bułeczki maślane posypane sezamem i makiem. 

Próba bułeczek będzie jutro. 

Dziesiąty dzień diety

Wczoraj pomarzyłam, dziś wróciłam na ziemię.

Zupa ogórkowa stoi w lodówce i czeka.  Zawiozłam garnuszek mojej córci.

Śniadanie: dwa jabłuszka. Nie miałam czasu na śniadanie, więc dobrze, że zjadłam dwa jabłuszka.

Obiad: porcja krewetek na masełku. Mam ich dość!!!!!

Kolacja: marcheweczki

To całe moje dzisiejsze menu. Miałam ochotę na batona proteinowego, ale czy zjadłabym całego, to nie jest pewne. Nic mi się już nie chce jeść. Mogę jajka przecież, na samą myśl o nich, robi sie nie dobrze. Ryby nie mam ochoty smażyć, sałatki wychodza bokiem, podobnie z boczkiem. Jutro sie przemęczę, ale widzę, że na nastepne 11 dni,  muszę wyciągnąć moją wydrukowaną dietę na papierze, bo na razie to stosowałam “dietę” z pamięci.

Samopoczucie? Nie czuję głodu i mogłabym już, nie jeść. Jem marcheweczki bo coś trzeba, najlepsze…one są słodkie!!!! 😄

Trudno, żeby przy takim jedzeniu sadła nie ubyło.

 

/nie mam zielonego pojęcia co zrobić jutro na śniadanie/

Today the juice day

Od rana piłam soki, świeżo wyciskane z owoców i warzyw. 

Rzodkiew, por, kalarepa, jabłko, marchweka. 

Nie których nie dało się pić bez dodatku soku z cytryny. 

Zjadłam też jedno wielgachne jabłko i kilka malutkich marcheweczek.

That it!!!

Samopoczucie? Dobre
W popołudnie – bawiłam  się w ogrodnika.

Jednak lubię siebie torturować, gotuję zupę ogórkową, nie tylko na rozdanie dzieciom. Zostawie sobię garnuszek (gotuję w wielkim garze) na piątek. Już czuję smak, zapach? rozchodzi się po mieszkaniu. Może samym zapachem dziś się najem. 

Tak, jestem dziś głodna. 

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Siódmy dzień diety

Śniadanie: 

8 plastrów smażonego bekonu, kawa z mlekiem z dodatkiem jednej paczuszki słodzika. 

Nie mam ochoty na jedzenie. Czuję się dobrze. Może trochę lżejsza? Fałdki tłuszczu jak były, tak i są, nie ma czego oczekiwać po 5 dniach diety. Chociaż …oj chciałoby się zauważyć zmianę. Nie, nie zniechęca do stosowania diety. 

Po tym tygodniu, coś drgnie. 

Śpię dobrze, nie zauważyłam większych zmian. 

Lunch: wyszliśmy z MM do baru. Zamówiłam sałatkę bez kurczaka. Warzywa z suszonym jabłkiem, pokruszonymi orzechami włoskimi i troszkę fety.  Dodatkiem do sałatki był kawałek bagietki i jabłko. Z jabłka zrobię sok z dodatkim marchewki. Bagietkę zużyję na kanapki synowi. 

Uważałam, że na takie danie mogę sobie pozwolić. 

MM szykuje się do wyjazdu😢
Kolacja: shrimp w maśle i dwa jajka na twardo.

Plus dwie lampki Martini Rossi Bianko podczas oglądania filmu “Anything for love”.

Dzień piąty diety

Czuję się fizycznie bardzo dobrze, nic mi nie dolega. Wczoraj za dużo wypiłam wody, więc miałam “niespokojną noc”. Wędrówki do łazienki odrobiłam, dłuższym spankiem. Ujemnym skutkiem diety jest marznięcie. Byłam zmarzlakiem, ale żeby kocyk elektryczny nastawiać wczesnym latem z 20 na 9 pozycję, to trochę niepokojące. Mimo, że w domu pamująca temperatura lekko przekracza 22°C, nałożyłam pod ciepłe długie spodnie rajtuzy, pod ciepły golf włożyłam, koszulkę bez rękaw i koszulkę jedwabną z długim rękawem, ciepłe skaprety i ciepłe długie papcie. Ręce mam lodowate. Dietę oczywiście, wciąż stosuję.

Śniadanie: trzy jajka na twardo z odrobiną majonezu. Czarna kawa.

Tak to było wszystko, co zjadłam na śniadanie. Nastawiłam timer na 4 godziny.

 

Przymierzyłam sztruksowe długie spodnie, kolor trudno określić, ciemny róż z dodatkiem truskawki? No coś takiego. Jeszcze nie mogę nakładać, niestety. Wciągnąć, wciągnęłam, zapiąć zamek też mogę, lecz wygląda to wciąż tragicznie. Inne spodnie o kolorze lekkiego różu, wciągnęłam lecz do zapięcia zamka brakuje mi ze 4-3 cm. DUŻO!!!!!
Może w następnym tygodniu w tych pierwszych spodniach będę wyglądać przyzwoicie, nie sądzę abym zapieła te drugie.
Jednym słowem tragedia. Całą zimę nakładałam spodnie sztruksowe w kolorze śliwkowo-pururowym, pasowały bo zawsze były większe, po praniu miałam troszkę problemów.
Sukienkę na córci urodziny (styczeń 2017) nałożyłam bez problemowo, brzuszek gdzieś tam mi się ukrył, fałdeczki dodawały uroku, można powiedzieć było ok. Przez 2 miesiące przybyło jeszcze więcej ciałka. Ot i klops.

Lunch: przyszykowałam dwa kawałeczki wieprzowinki. Po ugotowaniu, zjadłam jeden, drugim podzieliłam się z MM.
Nie sposób było to jeść. Przyprawy w jakich ugotowałam to mięsko, dodawały smaku lecz samo mięso,  przypominało trawę, jeszcze raz trawę. A że na nic innego ochoty nie miałam, zjadłam. Nastawiłam timer na 4 godziny. Nie, nie czekam z niecierpliwością kiedy one upłyną, ponieważ regularne posiłki zaspakają uczucie głodu na 4 godziny, chociaż już go nie mam. Baton snickers, również nie robi na mnie wrażenia, odsunęłam jedynie dalej, nie ma potrzeby patrzeć, już nie kusi.

Poćwiczyłam dziś godzinkę, czym zmobilizowałam MM. Pobiegał na bieżni i pojeździł na rowerku. Cieszę się, siedząca praca przed komputerem nie tylko jest męcząca ale i nie zdrowa. 

Kolacja:

Trochę nie typowa. Wyskoczyliśmy z moją córcią i jej chłopakiem do meksykańskiej restauracji. Dwa wypite piwa i cocktail shrimp. Shrimpy były smaczne ale za dużo. No cóż, i tak powstrzymałam się od jedzenia przystawek. Piwo? Oh wiem, dużo, bardzo dużo kalorii. Jutro pobiegam albo poćwiczę.

Menager podszedł do stolika i spytał, czy dziś zatańczę. O Matkk Boska, to obsługa pamięta!!! Kilka tygidni temu,  nie był to mój pierwszy występ solo w tej restauracji. W piątki gra orkiestra, samba, rumba, tango i inne kawałki, a ja usiedzieć nie mogę. Moi biesiadnicy, nigdy nie chcą tańczyć, to sama przebieram nogami, wiruję i wiruję. Dziś darowałam sobie występ taneczny. 

Samopoczucie? Głowa kłuje, ciśnienie krwi jak u noworodka, nie czuję się przejedzona i nie mam wyrzutów sumienia.
Mężuś spytał niepewnie, … może jutro na śniadanie donuts (amerykańskie pączki)…

Nie ma mowyyyyy‼️‼️‼️‼️😩😩😩😩

MM jest dumny ze mnie. 🏆🥉🥈🥇🎖🏅😀

 

 

 

 

 

Trzeci dzień diety

Spałam do późna, śniadanie łączyło się z obiadem. Nie miałam apetytu, nie chciało mi się wstawać z łóżka. Cieplutko (podgrzewam się kocykiem elektrycznym..tak , tak, wciąż) i przyjemnie. Żeby nie dieta to została  bym w łóżku na cały dzień. Chora nie byłam, ale …nie czułam się entyzjastycznie. Po przejściu kilku kroków, poczułam jakby osłabienie, trudno powiedzieć, w każdym razie odczucie nie było normalne. Z lodówki wyjęłam warzywa, bo na nic innego nie miałam ochoty. Zrobiłam sałatkę warzywną, podobną do wczorajszej. Wczoraj zjadłam całą salaterkę sałatki, dziś wcisnęłam jedynie połowę. Po około 2 godzinach od śniadanio-obiadu, poczułam że chce mi się coś pochrupać.  Jabłko które było tylko z wyglądu, trochę poobgryzałam i kilka marcheweczek ca…łkowicie zaspokoiły moje uczucie….nie powiem, że głodu…pochrupania.

MM zadzwonił międzyczasie z pytaniem, czy jem jakieś mięsiwo. No nie, nie jem. więc na późniejszy obiad zjadłam wędzonego łososia w klonowym miodzie. Nasyciłam się tym łososiem, że mogłabym nie jesć i kolacji.

____________

Na kolację przewiduję zjeść resztę sałatki ze śniadania, jeśli jeszcze jest zjadliwa. Stoi w lodówce.

Ogólnie czuję się lżejsza. Poudów ubyło. Witaminki i wodę piję.

Myślałam, że dzisiejszy dzień będzie trudny, jak zwykle gdy stosuję tą dietę. Tym razem wczorajszy był gorszy od dzisiejszego dnia.

Dzień drugi diety

Po wczorajszej pracy na podwórzu, dotleniona spałam dość długo. Bez pośpiechu zeszłam do piesków na dół. Czekały przy bramce witając popiskiwaniem. Nakarmiwszy pieski, rozpoczęłam przyszykowywanie śniadania.

Dziś dzień warzywny.

Zrobiłam sałatkę z :

listków szpinaku, czerwonej papryki, ogórka, sałaty, pomidorka. Dodałam łyżeczkę majonezu light, oraz jogurt plain.

Na deser 7 truskawek.

Lunch:

przygotowałam talerzyk truskawek. W smaku nie przypominały truskawek z zapachu też i po zjedzeniu kilku wywaliłam do kosza. Nie ma sensu jeść coś, co z wyglądu jest owocem a w smaku dosłownie niczym.

A więc, na obiad były marcheweczki i pół czerwonej papryki.

Z uwagi na palące słońce, uniemożliwiające prace na yardzie, zrobiłam sobie godzinną sesję rehabilitacji.

3:15 pm ….byłam  głodna!!!!!!!!! Nie na tyle, żeby zjeść surowego ziemniaka, chodził  za mną kawałek szynki, ciastko albo snickersa, który leży mi dosłownie na oczach.
Snickers musi leżeć, ma przypominać o moich fałdkach, które mam dzięki wszelkim słodkościom.

Wróciłam z yardu, spojrzałam na snickersa i chciałam po niego sięgnąć, w ułamku sekundy mózg zadziałał….JESTEM NA DIECIE!!!!!…

Kolacja 5pm sałatka warzywna: pomidor żóly i czerwony, żółta papryka, cukinia, ogórek szklarniowy, majonez light i plain jogurt.

Smakowało wyśmienicie, dodałam sól cebulową.

Po “kolacji” wyszłam jeszcze popracować na yard. Słoneczko było z drugiej strony domu i nie grzało mocno, w miejscu gdzie wciągałam liście do maszyny.
Jutro trash day, zwiozłam 4 wielkie ciężkie wory z rozdrobnionymi liśćmi na dół, na ulicę, pozostałe pojemniki również. Poczułam się baaaardzo zmęczona.

Po 8pm usiadłam przed tv z lampką wina. Nie miałam ochoty na marchewki, pomidory czy paprykę. Bardzo często po ciężkiej pracy na yardzie, mam ochotę na lampkę wina lub drinka. Dziś miałam bardzo pracowity dzień  i …. szczególnie dietetyczny.
Potrzebuję chwili relaxu.

Jutro trzeci dzień diety. Trudny dzień, bo trzeci jest zawsze tragiczny. Wiem, że dam radę.

Między jednym odcinkiem “House” a drugim, obejrzałam reklamę grubasów, którzy zrzucili, tonę kg? Nigdy tak nie wyglądałam i wyglądać nie będę. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojej diety.

Czy muszę i czy chcę.?

Już się nie zastanawiam, za oknem wichura, zastanawiam się które drzewo z 30-tu,  nie wytrzyma. Zwali się na dom, czy obok? Wiać będzie do 11pm, a więc  dwie godziny. Wichura wyzwala we mnie strach i obawę. Nasłuchiwałam syren alarmowych, były tylko pożarowe i policyjne samochody. Dla poprawienia samopoczucia pozwoliłam pieskom wskoczyć na kanapę. Jakby to coś pomogło😩

Poczułam się pewniej , po prostu nie byłam sama, one też były bliżej swojej pani.

Do szczęścia nie trzeba wiele, ciepła strawa i łoże…. mówie o psach.

Pierwszy dzień diety

Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.

Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.

Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.

Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.

Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.

Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.

Druga zasada, pić wodę.

Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.

Dlaczego tak się katuję?

144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie nie jestem beczułką, którą można toczyć,  ale nie długo mogę być.

Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.

Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.

Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.