Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!
Nikt, dosłownie, nikt nie umie żyć. Nie ma takiej książki aby nauczyła nas życia. Nawet jeśli byłaby możliwość ponownego urodzenia, wciąż popełnialibyśmy błędy i wciąż mielibyśmy nadzieję na lepsze jutro. Szczęścia na następne chwile jakie mamy do przeżycia.
Nockę przespałam, można powiedzieć, całą. Z jednym przerywnikiem, przebudziłam się, ale nie sięgnęlam po tel żeby sprawdzić godzinę. Miałam nastawione budzenie, więc jeśli to nie alarm na budzenie, to nie było potrzeby sprawdzać czasu. Usnęłam dość szybko. Gdy zadzwonił alarm, mam ustawione swoje melodie lub piosenki, przebudziłam się delikatnie. Wyłączyłam alarm po to aby. usłyszeć za 15minut następny alarm z inną melodię.
Do pracy rodacy. Zapowiadany deszcz padał z czego się cieszyłam, bo ziemia potrzebuje wody.
Będę miała 2 dni wolne, jutro i pojutrze. Nikt mi nic nie powinien zmienić.
Po pracy zajechałam po jedzonko. Postanowiła zadowolić swoje dzieci. Oboje są dziś w moim domku.
Uszczęśliwiłam swoje dzieci i moje serduszko się cieszy.
Jedno podnosiło cięzarki i robiło pompki, drugie meeting gonił meeting. Na piętrze MM mitingował się również.
Młody opowiadał o dziewczynach, jak to dziwczyny jego podrywają. Było dużo śmiechu, córcia dawała jemu instrukcje, oraz powiedziała …. jesteś jak cukiereczek….🤣 Przystojny, zadbany, oczytany, ma swój wyjątkowy gust dot. ubiorów. Zresztą zawsze taki był.
Córcia pracuje i w tej chwili uczy się obsługi rządu. Nie jest łatwo ale idzie do przodu. A „cukiereczek” zawodowo też nieźle
Żartowaliśmy i porozmawialiśmy ciutkę na serio. Zanim MM zakończył pracę i zszedł na parter moich dzieci już nie było.
Dostałam moc przytulasków.
Z uśmiechem na ustach poczłapałam do sypialni. To był uroczy wieczór.
Na noc będę zmuszona przyjąć tabletkę na sen. Nie chcę po raz trzeci wstawać około 4am.
Gdy już wszystkie wiadomości z kraju i ze świata przeleciałam, to pograłam w gry. Wiem doskonale, że pożerają czas, ale…..odstresowują. Tak działają w moim przypadku. Głowa jest zajęta tylko i wyłącznie graniem, bezmyślnym graniem.
Niestety ale popracowałam i nawet nie troszkę przy dekoracjach w domku. Nie skończyłam ozdabiania na zewnątrz i wewnątrz. Choinka prawie na ukończeniu. Pozostało zawiesić sznury „perełek”. Dziś nie padało ale jutro zapowiadają deszcze. Chociaż jutrzejsza pogoda nie za bardzo mnie intersuje. Miałam jutro mieć wolne ale w ostatniej chwili zmieniono mi ustalony dzień z poniedziałku na wtorek. Nawet dobrze że jadę do pracy, odpocznę od dekorowania.
Córcia już swoją 3 metrową choinkę udekorowała. Tylko prezentów brakuje pod choinką.
Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie jestem zmęczona. Nie często mi się to zdarza, a wiec jestem zmęczona. Żle na mnie wpływa to wczesne budzenie się, Jak dotychcsz tabletki nasennej jeszcze nie przyjmowałam. Tej nocy nie mogę przyjąć, mogę nie wstać do pracy a to już byłoby bardzo nieładnie.
Ponownie, obudziłam się 4:47am. Podobno organizm nie potrzebuje więcej snu. Jeśli tak, to dlaczego buzia otwiera się do ziewania, w ciągu dnia nie jeden raz a wielokrotnie? Jedno drugiemu przeczy, Ale co ja wiem, naukowo stwierdzono.
Będę dziś ziewać, aby tylko szczęka z zawiasów nie spadła. Miałam takie zdarzenie i wcale nie podczas ziewania. To była nad wyraz komediowa historia. 🤣
Już ziewam ale spać już nie będę.
Jedyne co mogę zrobić, to zaplanować dzisiejszy dzień.
Ozdobić dom na zewnątrz
Kupić choinkę
Przynieść pudła z ozdobami wewnątrz
Nie planować ukończenia prac ozdobniczych w jednym dniu
Wymyć okna, w kuchni i jadalni kuchennej.
Pojechać po zakupy do budowlanego.
Trochę za dużo jak na jeden dzień. Będe próbować wykonać plan przynamniej w 50%.
Ze względu na pogodę, kolejność planu ulegnie zmianie.
Ociepli się dopiero o 1pm.
Ale pudła z ozdobami na zewnątrz mogę wynieść/wyciągnąć z rana, no nie teraz, jeszcze ciemno 5:57am.
Nie wiem też, jakie plany na dzisiejszy dzień ma MM.
Valerianki nie potrzebowałam, nie prosilam o pomoc to i zgrzytów nie było. Tak jak kiedyś napisałam, ja – mój maż. MM – ja, razem pracować nie możemy.
Staramy się na ile to możliwe unikać prac nawet w pobliżu.
MM w zasadzie nigdy fizycznie nie pracował, ale ma swoje koncepcje i 99,9% wzięte z ksieżyca. Po nieudanej próbie tzw. zepsuciu czegoś podczas naprawy nawet nie potrafi się przyznać do pomyłki/ zapsucia/schrzanienia. Chciałby być moim kierownikiem ale nie tędy droga.
Ja jestem dla siebie: wodą, sterem, żaglem i słoneczkiem świecącym na niebie.
Więc, ja taka, madra, wspaniała, zdolna, silna i prawie niezastąpiona, przytargałam sama pudła z piwnicy na parter oraz powynosiłam pudła z ozdobami na zewnątrz.
Zrobiłam cappuccino i wypiliśmy we własnym towarzystwie, rozmawiajac o swiątecznych prezentach.
Czego nie robi się dla spokoju? A że pot po plecach ciekł to dodatek dla orzeźwienia.
Pojechaliśmy po choinkę. Ceny? No niestety w tym roku, mimo wysokich cen nie było ładnych choinek. Ta która mi się podobała, przy dotyku gubiła igły $350.
Były i za 600$. Wysokie, ale nic co można postawić jako świąteczne drzewko. Moim zdaniem nie na sprzedaż, chyba że na ognisko. Skąd te ceny? To nie chleb, że potrzebuje gazu lub elektryczności do wypieku. Cena benzyny spadła, więc dowóz choinek powinien być na zeszłorocznym poziomie. Chyba, że szkółkę leśną podlewają wodą destylowaną.
Wygląda na zdjęciu uroczo ale co do czego, nie było z czego wybierać. Przypominało mi to chorobę Heinego-Medina.
Ostatecznie wybrałam drzewko za 250$. Córcia kupiła za 210$ wysokość ponad 3m. No cóż, bliżej miasta to się płaci drożej.
Plan wykonany mniej niż 50%. Na choince zainstalowałam lampki i na tym zakończyłam sobotnie prace.
U mnie ciemności. Egipskie ciemności. Czasami na Ringu zapalam dodatkowe światło. Nasza prywatna lampa świeci ale chyba trzeba wkręcić inną żarówkę. Oświetlenie nad frontowymi drzwiami jest dobre ale za duża przestrzeń aby wszystko oświecić.
Światełka świąteczne powinnam zacząć wieszać jutro. Od niedzieli do środy deszcz.
To jest dom mojej córci. Ozdobiony delikatnie lecz ładnie. A może to moje oko matki tak widzi.
Normalnie zawstydziła mnie. Zajeta innymi sprawami nie mialam czasu. W tym roku oświetlę swój dom bez szaleństwa. Nie dokupowałam ozdób w tym roku. Do kosza wyrzuciłam te światełka któryk nie mogłam rozplątać lub się niepalące. Nie będę tracić czasu na szukanie przpalonej żaróweczki, bez znaczenia od której strony zaczynam poszukiwania, zawsze jest na końcu sznura.
Wieszać ozdoby jest łatwiej niż zdejmować. Zeszłoroczne MM zdejmował. Pierwszy raz to robił, zobaczymy jak posortował. Jeśli źle to będę psioczyć. Myślę że powinnam przyjąć Valeriankę.
Jutro będzie +12C ostatni dzwonek na udekorowanie domu z zewnątrz.
Nie rozumiem swojego mózgu. Mam jednodniowe wakacje. No i co? 4:41 oczywiście poranek. Zamiast spać do 9am, to ja sprawdzam internet. Podobno sprawdzone przez naukowców, że światło z komórki działa pobudzająco. Zrobiłam z siebie królika doświadczalnego. Wynik? POBUDZA!!!
Idę zaparzyć kawę.
W kuchni byłam sama, przed 5am MM miał meeting z Londynem.
Temperatura o poranku +8C. Miła niespodzianka. W oddali już słychać wóz policyjny na sygnale.
Organizuję sprzęt i narzędzia służące do remontu. Przemieszczają się wraz ze mną. Idąc kładę gdzie popadnie, później kłopot ze znalezieniem. Porządek będzie, może na godzinę, ale fajnie jest popatrzeć jak są w jednym miejscu. Mało tego, teraz są i na poddaszu. Istna tragedia ze mnie.
Zamiast zająć się elekryką, zrobiłam ciasto na chałkę. Już rośnie.
Chałka upieczona, delikatna i ciasto się rozwarstwia tak jak powinno. Sklepowe niech się schowają, mówię o polskich. Amerykańskie, w smaku są inne i ciasto jest ciężkie.
Dziś będę za chwilkę piekła chlebek na śmietanie. Bardzo go lubię. Do niedzieli nam wystarczy.
Oprócz pieczenia przygotowywałam również świąteczne nakrycie stołu w jadalni gościnnej. Niestety ale nie dokończyłam. Postanowiłam zmianę obrusu. A ten co mi się spodobał, dostarczony będzie w następnym tygodniu. Ale poskładałam do plastikowego ozdoby z inyka, to udało mi się dokończyć.
Prezenty już prawie wszystkie zamówione. Choinkę czas kupować.
Nie były wakacjami dni spędzone w domu ale teraz muszę odebrać zasłużone wakacje. Jeśli nie zrobię tego to przepadną. Od poniedziałku będę brać po jednym lub kilka dni. Dziś muszę potwierdzić zaplanowane.
Wymęczona wróciłam do domu. I jak męczęnica trwalam do nocy. Nie miałam chęci na rozmwy z MM. On nie pocieszony, a ja jak wiedźma. Strzelałam iskrami i ogniami. Ot nie miałam nastroju, ale czy muszę być zawsze w skowronkach. Skowronki odleciały do ciepłych krajów. Będę teraz królową lodu. Temperatury w nocy na minus ale śniegu i lodu nie ma. Będę biedną królową lodu bez lodu.
Jest nadzieja, że jutro będzie lepiej.
Miałam dziś szczęśliwy dzień, taki że zabrakło tchu i słów. Faktycznie tak było. Cieszyłam się, ale to wszystko zakłócone zostało jednym wyrazem twarzy, a że jestem z tych nad wyraz delikatnych, moja szczęśliwość zamieniła się w bryłę lodu.
Z prac remontowych to jedynie przebrałam się w mundurek, wykreciłam śruby już z drugiej płyty podłogowej na strychu. Znalazłam niebieską elektryczną puszkę rozdzielczą zamontowaną do belki sufitowo-podłogowej…. i na tym koniec.
Z prac domowych, upieklam Franch Bread a dokładnie, Pain de Maison Sur Poolish na patê fermentée.
Taki ala zawas z suchych drożdży, mąki i wody, zabąblował po 6h i tak miało być. Następnie dodałam pozostałe składniki.
Dobra wiadomość: nie muszę schodzić na sam dół, widzę na kamerze, że łapka/pułapka wciąż jest pusta.
Wniosek z tego płynie taki. Nie pozwoliłam myszkom na zadomowienie się, znalazły w innym domu lub budynku gospodarczym kącik na zbudowanie gniazda i przeczekanie zimy. One wcześniej wiedziały, że idą minusowe temperatury i zapewne spieszył się bardzo. Nie dałam im pozwolenia, mało tego nastawiłam całodobowy pogląd. Kto by się na takie warunki zgodził? Chodzić i niepokoić to jeszcze do przeżycia ale kamera, żadnej intymności.
Tak, mam o poranku -1C. Zimno!!!
Dziś i jutro jestem w domu. Na ile będę mogła, będę pracować przy elektryce. Zamierzam zainstalowanie puszek sufitowych i położenie kabla elektrycznego.
No tak, aby coś naprawić trzeba coś zdemolować. Niestety pierwszej puszki nie udało się zainsalować od strony sufitu. Musiałam na strychu zdjąć jedną płytę podłogową. No i pojawiły się problemy. Płyta nie była przybita gwoździami lecz przyśubowana śrubami. Bardzo dużo czasu straciłam na poszukiwaniu wiertarko-wkrętarki. Śrub montażowych nie da się wykręcoć zwykłym śrubokrętem.
Zanim znalazłam wiertarkę, zrobiłam przerywnik. Ostatni raz używał MM, więc głupotą byłoby pytanie jego….gdzie położyłeś…..odowiedź byłaby następująca….ja zawsze odkładam na miejsce. Czy dobrym miejscem jest bieliźniarka? Ostatnio pracował przy drzwiach do bieliźniarki. Nie, nie skończył bo nie zaczął. Postanowił, że kupi nowe drzwi. A mi to wszystko jedno, mają być i koniec. Mnie o pomoc nie prosi, to się nie wychylam.
Ostatecznie znalazłam wiertarkę i przy pomocy MM, który trzymał tekturę od dołu przy suficie zainstalowałam puszkę elektryczną. Tekturę trzymał po to, aby puszka trzymała poziom i nie wystawała za brzegi sufitu.
A wyszło dobrze. Teraz należy to wyrównać, zaszpachlować i pomalować, nawet pomimo, że oświetlenie wszystko zakryje. Oczy moje widzieć nie będą ale sama świadomość, że niechlujnie zrobiłam i zakryłam, nie dałaby mi spokoju.
Następne zadanie nie było związane z remontem. Wymiana jednego oświetlenia na poddaszu. Przy instalacji tego oświetlenia straciłam około godziny. MM powtarzał, że on to zrobi, ale nie rwał się jakoś to tej tobity. W tym przypadku zaproponowałam MMowi, że ja to zrobię. To była wymiana nowego oświetlenia do starej elektrycznej puszki.
Dstęp do miejsca gdzie należało wymienić jest dość skomplikowany. Wymęczyłam się i kilka razy użyłam niecenzuralnego słowa. Pracownicy budowalani ciągle używają wulgaryzmów czemu ja nie mogę. Nie, nie pomogło w pracy ale na nerwy było kojące. Wymordowałam się z wymianą ale zrobiłam solidnie.
Następna puszka a w zasadzie tylko krążek czekał na zainstanowanie. Przy tym też się umordowałam. Musiałam wyciąć większą dziurę w suficie bo kanciak w miejscu centralnym był bardzo zużyty i nie miałam zdrowego i dobrego miejsca na wkręcenie śrub.
Do zamontowanego nowego krążka, przykręciłam już część od oświetlenia. No i oczywiście zabezpieczyć dziury itd……
Niestety ale nie położyłam nowego przewodu elektrycznego. Nie chciałam się zamęczać. Ale….odkurzyłam całe piętro.
Jutro jeszcze jeden dzień w domu.
Jeśli zakończę prace nad oświetleniem to będzie mi łatwiej. Nie będzie kurzu i bałaganu. Szafki jeszcze czekają na zdjęcie. Drzwi od prysznica również bo uszczelkę w drzwiach należy wymienić.
I najważniejsze fuge bordową (odcień ciutkę inny) znalazłam. To najlepsza wiadomiść. Druga fajna, że nareszcie będę mogła spryskiwać się woda po kąpieli w wannie.
Lustra też wymieniam i wiem jakie będą, może zmienię zdanie ale wątpię.
Aaaaaa… sedes. Myślałam o podświetlanym, ogrzewanym i z bidetem. Dla mnie nie ma problemu elektrykę doprowadzić. Wody ciepłej już nie dopowadzę bo tutaj rury aluminiowe i na spaw. Ale czy na pewno chce te wszystkie bajery? Nigdy nie przesiaduję w toalecie z książką na kolanach. Ta część łazienki nie jest czytelnią.
Mam nad czym myśleć, mam dużo jeszcze do zrobienia.
tym razem na suchych drożdżach i mąki chlebowej. Jego nazwa brzmi Chleb Pireneje. Przepis z amerykańskiej książki kucharskiej. Bread cookbook.
Chlebek na zakwasie, który piekłam tydzień temu jest już na ukończeniu.
Dzisiejszego chlebka nie wystarczy na cały tydzień. Myślę, że we wtorek upiekę bagietki. Dawno je piekłam. No i MM przed chwileczką spytał o chałkę i chlebek turecki.
Czemu nie? Nic i nikt mi rąk nie związał jeszcze. Oczywiście słyszę…usiądź, odpocznij, nie biegaj, nie pracuj….tyle co mój organizm potrzebuje: odpoczywam i siedzę, nie biegam już, po 25k kroków. Nie liczę i nie sprawdzam ile razy biegam po schodach na piętro-parter-piwnica-poddasze.
Szykuję już ozdoby choinkowe. Czemu nie? W sobotę będziemy kupować choinkę. Do tego czasu powinnam przystroić mój domek.
Prezentów jeszcze nie kupiłam. Córcia zamówiła maszynę do szycia. Syn – ma kilka pomysłów. MMa … mamwszystko, nicminietrzeba… nie wiem czy coś takiego znajdę. Iv czeka na jakiś pomysł. JA – maszynę do szycia taką lepszą, bo stareńką już wyrzuciłam, iphone, zegarek, ze słuchawek rezygnowałam, głowa za uszami boli. No i chciałabym aby Mikołaj podarował mi więcej wolnego czasu, który wykorzystam na prace remontowe. 😆
Jak to będzie zobaczymy.
Sylwester zarezerwowany i opłacony. 💃🏻💃🏻💃🏻💃🏻💃🏻💃🏻💃🏻Będę tańczyć.
Żadna myszka nie odwiedziła mnie w nocy. Kamera pracuje, pułapka/łapka nie schwytała nieproszonego gościa.
MM ma zadanie wybrać najlepsze z wielu oferowanych w internternecie, urządzenie ultradzwiekowe dla naszego domu. No i po konsultacji ze mną zamówić. Nie musi konsultować, zatwierdzę w ciemno. W tej kwestii zdaję się całkowicie na niego.
Po prostu nie mam czasu ani ochoty przechodzić przez masę instrukcji obsługi małego urządzenia odstraszającego małe myszki jak przez instrukcję nawigacji statku kosmicznego.
Oj wiem, że dziś niedziela ale kilka dni wyskoczyło mi z kalendarza remontowego, więc trzeba jakoś to nadrobić.
Na pewno nie będę pracować na pełnych obrotach, ale lepsze to niż siedzenie przy jakiejś telenoweli. Mogę swoją napisać, a byłoby co czytać lub oglądać. 😆
Nałożyłam swój już zużyty roboczy mundurek. Po drugiej kawie MM zaproponowa wyjazd do sklepu budowlanego po spray odstraszający myszy. Ultradzwięków nie kupiliśmy bo za słabe reviews, w zasadzie na minus. Kupiliśmy listwy, gwoździe do pistoletu sprężarkowego i wiele innych potrzebnych do remontu rzeczy.
Ale najważniejszy zakup jest na zdjęciu. 🤣🎅🎅🎅🎅
Przedstawiam mego nowego narzeczonego. 😃
Jest bardzo urodziwy, milczący i szalenie przyjacielski. Z tańcami będzie trochę klopotu bo wszędzie targa ze sobą zielony worek. No cóż. Jak najdze mnie ochota to dla niego będę tańczyć, bo jak szaleć to szaleć.
Z prac remontowych nic nie wyszło bo musiało tak być. Czasami podejmuje dobre decyzje. 😀
Nie tak dawno czytałam o tragedii jaka wydarzyła sie na polskiej wsi. Zdarzenia były dwa i oddalone od siebie znaczną odległością. Gospodarstwo rolne zostało zaatkowane przez gryzonie, myszy. W domu zamieszkiwali rodzice ich syn z żoną i dziećmi. Starszy pan kupił przez internet trucizne i obłożył nią dom od wewnątrz. Dzieci a jego wnuków nie udało sie uratować, ich rodzice byłi w ciężkim stanie i to co pamiętam starszy pan również umarł. Później media już nie pisały o stanie zdrownia poszkodowanych. Za kilka dni była również podobna sytuacja. Dzieci bawiące sie na podwórku, straciły przytomność. Zatruły się oparami od trutki na mszy. Trutka została rozmieszczona wokół domu. Nie pamiętam czy była wzmianka o stanie zdrowia tych dzieci.
Nie kładę żadnej trutki i jestem nawet przeciwna położenia naftaliny do wystraszenia myszy. MM proponuje a ja jestem przeciwna każdej trutce na gryzonie. Na odstraszenie można zastosować amoniak (podobno). Nie jestem pewna czy zapach nie jest szkodliwy dla ludzi. Poinformowałam MMa, że jestem przeciwna.
Od chwili wprowadzenia się do tego domu, minęło 13 lat. Nie mieliśmy problemu związanego z myszami. Aż tu nagle, cztery trupy z dzisiejszym a jedna mysz połamała pułapkę na myszy i oczywiście zwiała.
Jedna zrobiła tak rumor na strychu, że nie wiedziałam co i gdzie się dzieje. Takie odgłosy dochodziły, że przypominało mi demolowanie mebli. Pułapka była przymocowana drutem. Biegałam od piwnicy aż po strych aby zlokalizować ten hałas.
Jeszcze się wierciła. Zeszłam na piętro, nie chciałam patrzeć. Zanim MM doszedł już oddała ostatnie tchnienie.
Dzisiejsza była w części kraulowej. Znów musiałam „pływać’ mimo, że nie umiem to tym razem ruchy kraula wychodziły mi wyśmienicie. Po oczyszczeniu miejsca, postawiłam pułapke oraz nieopodal kamerę. Nie nastawiam w kamerze czułości na ruch, bo jeśli coś sie poruszy to zbudzi mnie w środku nocy.
Licząc 5 myszy w tym uciekinierkę to jest już dużo. Nie rozumiem 2 myszy w części kraulowej. Jeśli weszły, to dlaczego nie wyszły. Pułapkę zastawiłam dopiero dzisiaj. Ta część nie jest zamknięta jest otwór przez który ja moge się wczołgać to one tym bardziej się prześlizgnąć. Może kamera da mi odpowiedź na to pytanie.
Na wiosnę będę musiała zrobić porządek w części kraulowej. Pozalewać betonem wszelkie otwory i otworki. Sprawdzić wietrzniki które są niezbędne oraz wymienić tą zwykłą folię na profesjonalną służącą tylko i wyłącznie do takich pomieszczeń, a nasz dom nie jest żadnym ewenementem. Sprawdzić przewody jakie są tam położone i niepotrzebne usunąć. Nie są to przewody typowo elektryczne bardziej telekomunikacyjne oraz do domofonu, głośników muzycznych które usunęłam z całego domu. Sprawdzaliśmy wcześniej, nie działały, a i model starodawny, były bezużyteczne.
Czeka mnie bardzo dużo pracy. Mam nadzieję na dobry zarobek u MMa. Wycena takiego projektu przekracza 10k$. No to wiem co będzie po zakończeniu projektu, wypijemy na decku cappuccino. Które sama zaparzę.
Oj tam, oj tam, jeszcze nie zaczęłam a już marudzę. Jeszcze jednego nie skończyłam a już liczę kasę z niezaczętego projektu.
Nie jest tak tragicznie. Puszki sufitowe elektryczne już kupione, przewód elektryczny do dodatkowego gniazdka na przełącznik również. Inne niezbędne materiały elektryczne i nie tylko, leżą i czekają na rozpoczęcie prac. Listwy sufitowe obejrzane w sklepie i zatwierdzone, że takie mają być a nie inne. Listwy ułatwią mi zadanie. Nie będę instalować taśmy i nie będzie szpachlowania, a po wyschnięciu szlifowania. Teraz jestem na etapie poszukiwań fugi bordowej ostatecznie czarnej, może ciemnej brązowej. Nie jestem zdecydowana, ponieważ bordowy ma oddcienie, a ja potrzebuje konkretnego koloru. Czarny jest czarny, również czarny jaśnieszy lub nie, ale szybciej go kupić niż bordowy.
Sobota była dniem walki z myszami. No cóż nie wszystko co małe i ładnie wygląda jest przyjazne.
Zawsze tak jest jak święta to zrywam się skoro świt, żeby zdążyć ze wszystkim. Wydawałoby się, że nas tylko w ilości trzy osoby ale trzeba jednak przygotować względnie dokończyć gotowanie. Przy pustym stole jakoś dziwnie byłoby siedzieć. Loście kapusty wczoraj ugotowałam na parze. Ale mięsko należało zmielić, ponieważ wczoraj jedynie pokroiłam w kosteczkę i przyprawiłam. Postawiłam ryż w ryżownicy do gotowania. W ubiegłym roku zapomniałam i gołąbki były jedynie OK. Zanim się w kuchni na dobre rozkręciłam przyjechała córcia Iv. Zajechali w drodze do Iva mamy, po chlebek dla przyszłej teściowej mojej córci. Córcia przywiozła ciasto z malinami. Od razu spróbowałam, było na prawdę pyszne. To była chwilka z córcią, pojechali w dalszą drogę.
Z mięska na gołąbki upiekłam kilka kotletów, do sprawdzenia, spróbowania czy dobrze mięsko jest przyprawione. MM w tym czasie grillował indyka, szynkę wstawił do piekarnika. Gotowanie i szykowanie zeszło nam do godziny 4pm. Syn mój przyszedł kilka minut po 4pm i rozpoczęliśmy ucztę. MM jak zawsze opowiadał nam historię dzielenia się jedzonkiem. W następnej słodkiej części ucztowania, mężczyźni rozmawiali na wiele tematów, zahaczając troszkę o politykę. Nikt nikogo nie chciał do niczego przekonać. To była prawdziwa wymiana poglądów.
Dzień Dziękczynienia upłynął w przyjemnej atmosferze oraz w przyjemnych zapachu dań, słodkiego ciasta oraz cappuccino.
Na piątek zaplanowałam leniuchowanie. Tego będę się trzymać.
W domku byłam już o 5pm. Chwilka odpoczynku i zakasałam rękawy, aby ze wszystkim zdążyć na Thanksgiving.Rozpoczęłam działania kuchenne. W pierwszej kolejność ruszyłam do ciasta chlebowego które rosło przez 10 godzin. Ciasto przełożyłam do foremki i pozostawiłam do dalszego wyrastania na około 2 godziny. W tym czasie wyjęłam świeże mięsko z kosteczką, którą trzeba było wykroić na zupkę ogórkową. Garnek z wodą już bulgotał. W niedzielę kupiłam dużo marchwi, buraków i pietruszki w Farmers Market. Poszatkowane warzywa popakowałam w woreczki foliowe i przeniosłam do zamrażalnika. te warzywa w robocie i mrożę. Zawsze mam gotowe warzywa na szybkie gotowanie zupy. Buraczki użyję do barszczu czerwonego i do tuszonych buraków, na Święta Bożego Narodzenia. Warzywa do sałatki jarzynowej pokrojłam w krajalnicy. U mnie sałatka jarzynowa nazywa się sałatka z majonezem, ponieważ tylko taką nazwę MM pamięta. Zanim zakończyłam prace nad mięskiem małam już wyparzone liście kapusty na głąbki. Kiedy zupa ogorkowa bulgotała, upiekł się chlebuś.
Szynka i indyk jest zajęciem MM więc, nawet nie ruszałam.
Zwykle dania na stół świąteczny na Thanksgiving MM szykuje, ale w tym roku (podobnie jak poprzedni) gotowałam gołąbki i chyba już mi tak zostanie.
Ugotowałam jeszcze jajka bo syn nie wyobraża świąt bez jajek.
Po posprzątaniu kuchni, bo nie wyobrażam sobie zostawienie kuchni jako pobojowisko, przeniosłam się z lampką wina. Strzałki zegara pokazywały prawie północ, poczłapałam do sypialni.
Już od kilku dni wiedziałam, że córcia z Iv, jadą do jego mamy, która mieszka w NC. Wygląda na to, że następne święta Dziękczynienia będą spędzać z jego mamą, a Boże Narodzenie ze mną. Nie jestem przeciwna takiemu podziałowi, nie jestem przeciwna gdy któregoś roku zapowiedzą wyjazd na wczasy w Święta Bożego Narodzenia. Życie jest takie krótkie, nie potrzebne mi są jakieś niedomówienia, przymuszania lub obrażania. Córcię, można powiedzieć mam na co dzień, młodzi powinni żyć swoim życiem, nie zapominając o rodzicach.
Starsza córka MMa zapowiedziała, że nie pojawi się, indycze święto będzie obchodzić ze znajomymi. Jak zadecydowała to tak i będzie, nie pierwszy raz i nie ostatni. Młodsza również zapowiedziała, że naszego miasta nienawidzi i nie przyjedzie. Ale gdyby zasponsorował bilet lotniczy i dwie skrzynki wina to by na własnych skrzydłach przyfrunęła. Ale jestem wredna. Co ma miasto wspólnego z własnym ojcem, tylko jej jest to wiadome. Oczywiście MM był niepocieszony ale co ja mogę? To są relacje córek z ojcem. Kiedy daje kasę one są, jeśli nie daje to ich nie ma. Nie mogę nic na to poradzić, oprócz tego…chcesz je widzieć to płać….. więc nie płaci. Przykre, ale prawdziwe.
Po pracy zajechałam do banku. Obsługiwała tylko jedna kasjerka i na nieszczęście ta której nie lubię, powodem mojej awersji jest jej powolność, ślamazarność. Rozumiem chce być dokładna, ale ona pracuje na tym stanowisku ponad 5 lat. Na tym stanowisku to tylko wpłaty, wypłaty, transfery. Po za okienkiem już w gabinetach załatwia się inne finansowe operacje włącznie z otwieraniem i zamykaniem konta bankowego. Tak ogólnie opisałam. Pracy doktorskiej pisać nie bedę i badań z tym związanych przeprowadzać też nie. Przed okienkiem stał jeden klient, ja byłam druga. Pani kasjerka sprawdzała wbijane dane powolutku, kilkakrotnie poprawiając okulary na swoim nosie. Zależało mi na przeprowadzeniu operacji finansowej w tym dniu a nie innym. W pobliżu mego domu zamknięto dwa oddziały banku, jestem zmuszona korzystać z banku nieopodal biura. W tym banku są 4 okienka do obsługi klientów wewnątrz budynku a jedno okienko dla samochodów. Niestety było czynne tylko i wyłącznie jedno w środku budynku.
Znam tę panią z widzenia bo bardzo często mnie obsługuje, ale bardzo lubię inną fajną kobietkę, zawsze zamieniamy kilka zdać. Z tą starszą panią nie ma mowy o nawet grzecznościowej rozmowie, służbowo i to wszystko.
Facet odszedł od okienka, wypłacił skronmą kwote bo maszyna licząca banknoty zrobiła szurr i po wszystkim. Nie słyszałam aby wydrukowali banknot o nominale milionowym. Może to było 700$, załatwianie klienta trwało ponad 30 minut. Pani zrobiła jeszcze kilku minutowa przerwę. Zdziwiona byłam, bo stresować się nie było czym, żeby odchodzić od stanowiska pracy Podeszłam wreszcie do okienka, uprzejmie się przewitałam i jak zwykle jak się masz. Zachowywała sie jakby pierwszy raz widzi moje konto bankowe na swoim komputerze. Gapi sie i gapi jakbym była milionerką,
No nie wygrałam w totka, bo nie gram. A jak grałam to też nie wygrałam. Smutne.
Nie spieszno mi było, więc uzbroiłam się w cierpliwość. Co innego mogłam zrobić.
Po powrocie do domu, zaplanowałam że biorę wolne od remontu. Co można zrobić w przeciągu nie całych 2 godzin. Przebrać się w ciuchy robocze, przystawić drabinę pogapić się w dziurę w suficie i …..na tym koniec.
To, że na 8am mam zawieźć pieska do salonu piękności to od tygodnia wiem. Zazwyczaj MM tym się zajmuje. Dziś od rana ma meetings, obowiązek o zadbanie o pieska spadł dziś na mnie, nie tylko zawieźć ale i odebrać trzeba pieska. No cóż posiedzi już upiękniony piesek w klatce.
Niespodzianką była paczka, która dostarczona była po 10pm wczorajszej nocki pod frontowe drzwi. Całkowicie zapomniam o zamówieniu.
MM otworzył paczkę, a tam oświetlenie do kabiny prysznicowej. Wodo i paro odporne z zamontowanym spikierem bluetooth. Bardzo mi ułatwi życie ten nowy nabytek. Teraz to i tańczyć będę mogła pod prysznicem. Och jakbym tego nie robiła. 😆
Cdn…. lecę oddać pieska do strzyżenia i do pracy🚘
Nawet czasu już nie ma na pisanie. 7:30 pm przestąpiłam próg domku. MM przygotował kolację ale dla mnie nie do jedzenia a pod prysznic i spać.
Bardzk dużo domów mają już świąteczne oświetlena. Plac przy kościele w tym roku był pusty, nikt nie wydzierżawił na sprzedaż dyń. Od zawsze sprzedawano dynie a po dyniach świąteczne choinki.
Na placu już od soboty sprzedają choinki. Kupię po indyku i światełka będę zawieszać na zewnątrz również po indyku.
W tym roku nie będę szaleć z ozdobami na zewnątrz bo przy moim remoncie to brakuje mi czasu wszystko obrobić.
Wszystkie mąki już zużyłam. Zakwas dokarmiałam wszelkimi resztkami mąk, nie chciało mi się po pracy jechać do międzynarodowego marketu. Można kupić tam artykuły spożywcze i chemię domową, ryby świeże i mrożone, owoce morza, wędliny i mięsko. Wszelki nabiał, torty i inne słodycze, przetwory i przyprawy oraz napoje włącznie z winami i koniakami.
Najbardziej zależało mi na kupnie mąki. Niestety ale zużyłam do ostatniego pyłku i nastały dni posuchy.
Nakupiłam nie tylko mąki ale trochę warzyw, owoców, słodyczy ( ptasie mleczko), mięsko i wędliny. Mam w pobliżu masarnię ale jeszcze tam nie byłam, powinnam odwiedzić to miejsce. Przynajmniej zajrzeć. Boże Narodzenie się zbliża i czemu nie wykorzystać takiej okazji. Oczywiście jestem mięsożerna i rybożerna. Z mięs preferuje królika, kurczaka, jagnięcinę i wieprzowinę. Wołowina dla mnie nie istnieje podobnie wszelkie podroby. Z ryb chyba wszystkie, lecz owoce morza zależy od podania/przyprawienia, ale małży już w życiu nie tknę. Nie przełknęłam, jeden raz i o jeden raz za dużo.
Jadłam żabę ale powiem, że szkoda zabijać takie piękne stworzonka dla posmakowania a właściwie polizania udka żabiego.
Menu na Święta Bożenarodzeniowe jeszcze nie rozpoczęte ale …. zawsze jest to samo bo sprawdzone. Jeden raz zrobiłam krokiety których nikt nawet patykiem nie ruszył a pracować aby je wytworzyć, trzeba było.
A więc jest żelazne menu i nie podlega już żadnym zmianom.
Ciemno na podwórku, oj ciemno i zimno. 9C to nie 19C. Dobrze, że padać nie będzie. Nie lubię jeździć w nocy, jakby nie było, ale jeszcze nie jest świt. Samochód jedzie przy, za i przed samochodem oślepjając się wzajemnie. Zmiana pasów jest w takich warunkach utrudniona, zaznaczając, że wszyscy jadą 100/115 km/h, wszyscy jedziemy w stronę Downtown.
Sprawnie włączyłam się do ruchu.
Zawsze pamiętam i będę pamiętać tragiczne zdarzenie opisywane oraz relacjonowane w radio i tv, jakie miało miejsce w polskim mieście. Nie było wtedy jeszcze internetu.
Żona poprosiła męża aby podszedł, podjechał do sklepu osiedlowego, nie pamiętam czy coś piekła, może coś gotowała. Zabrakło czegoś. Mąż wyszedł z mieszkania.
Usłyszała łomot. Pomyślała że coś się gdzieś stało.
Mąż już powinien wrócić bo to było niedaleko. Usłyszała syreny przez uchylone okno. Wtedy zrozumiała, że to jej mąż, po niego przyjechali. Wybiegła przed blok i uliczką osiedlową do wyjazdu na główną drogę. Karetka odjechała, tylko roztrzaskany samochód i policja zostala. Niestety mąż zmarł.
Więc, kiedy wyjeżdzam ze swojej ulicy, stoję trochę dłużej bo muszę być pewna czy z za górki nie pojawi się jakiś szaleniec.
Dosłownie po 6 minutach zaczęło się rozjaśniać, a dwa mijane wieżowce, w tej szarówce prezentowały się odświętnie. Jak co roku udekorowane są światełkami.
Dojechałam do dzielnicy „szklanych domów” Buckhead. W większości to apartamentowce i biurowce. Bardzo lubię na nie patrzeć. Jest w nich coś majestatycznego. Pną się do nieba, przy mglistej pogodzie, ostatnie piętra są niewidoczne co nadaje tajemniczego uroku. Lubię przejeżdać pod mostem na którym pobudowane są wieżowce.
Aby dojechać do Downtown muszę przejechać przez Midtown, w godzinach szczytu to jest jak zwykle karkołomne. Muszę zaznaczyć, że tutaj gdzie mieszkam jest inna kultura jazdy. Nie można porównywać do NYC gdzie każdy naciska na klakson, trzeba czy też nie. Klakson używany jest sporadycznie, nawet jeśli ktoś zagapił się i opóźnił się na zielonym świetle, czekamy, po prostu czekamy. Włączasz kierunkowskaz na zmianę pasa, za chwilę zmienisz. Kierowcy zrobią przestrzeń. Jeśli jest powójny żółty pas, to się jego nie przekracza i jedziemy jak gęsi, jeden za drugim.
Jeśli jest skrzyżowanie STOP dla każdej z czterech dróg. Zasada: kto pierwszy podjechał do skrzyżowania ten pierwszy odjeżdża z skrzyżowania. Jesli dwa samochody lub wszystkie cztery z każdej strony podjechaly jednocześnie. Zasada prawej ręki, ewentualnie grzecznościowo ktoś ciebie przepuszcza machając dłonią lub my przepuszczamy.
Oczywiście, że są wypadki, stłuczki, kraksy. W większości wypadków to nadmierna prędkość, alkohol, inne używki, rozmowy tel względnie textowanie itp.
Kierowcy w moim stanie nie umieją jeździć w deszczu, jeśli śnieg spadnie (ostatni 2017) to jest kataklizm, zostajemy w domu.
Pomijając, że kierowcy nie potrafią jeździć po sniegu, to jest duże zagrożenie lamaniem się gałęzi i całych drzew. Opady śniegu obciążają drzewa, które padając blokują ulice i w wielu przypadkach zrywaj trakcje elektryczne.
Zanim dojechałam do pracy, było jasno.
Po pracy porządkowałam łazienkę. Wynosiłam do garażu, szpachlówki, farby, pędzle, wałki, szlifierki i inne materiały i narzędzie budowlane.
Przyszedł czas na łazienkę.
Puszki elektrycznej dziś nie kupiłam, przed rozpoczęciem kładzenia na podłogę foli i korka, na pewno, oświetlenie zainstaluję.
Tydzień miną jak z bicza trzasnął. Od poniedziałku do piątku. Praca i jeszcze raz praca.
Spodziewałam się, że w poniedziałek na drogach będzie luźniej ale niestety, luźniej nie było. W niektórych county kursowały szkolne autobusy. W moim county szkoły były zamknięte.
W powrotnej drodze z pracy do domu, również było tłoczno. Nie lubię Tesli na swojej drodze. Nie wiem czy to kierowcy oszczędni, czy samochody takie toporne. Poruszają się jak traktory. Pozostali użytkownicy autostrad zmuszeni są je wyprzedzać. Moim zdaniem, jeśli są tak powolni to powinni jechać prawym pasem względnie okrężnymi drogami.
Po pracy pomalowałam po raz pierwszy ściany kolorem neutralnym, a więc catton grey. W zależnści od producenta kolor może mieć lekko inny odcień, zresztą z pozostałymi kolorami również. Nie miałam kłopotu z doborem koloru, pozostały mi prawie 2 galony tej farby z poprzedniego malowania. Szkoda nie wykorzystać. Myślę, że wykorzystam ten kolorek do pomalowania małego pokoju „napięć”. Łazienkę pomaluję już innym kolorem, którego jeszcze nie wybrałam.
Wtorek po pracy przeznaczyłam na odpoczynek.
Natomiast w środę mieliśmy w pracy maciutką uroczystoś z okazji ślubu (w czwartek)naszego kolegi. Fajny facet i dostał od nas bardzo dużo przytulasów. Od czwartku jest na urlopie i opala się na Hawajach.
Nie wiem co się stało ale po pracy normalnie padłam na kanapę. Zziębnięta opatuliłam się kocami ale niestety nic mnie nie rozgrzało, więc pobiegłam do łóżeczka dość wcześnie.
Czwartek i piątek, w pracy było urwanie głowy. Ale głowy nie urwało bo w piąteczek zadzwoniłam do MM żeby się szykował bo jedziemy na piwko i pizze do Fellini’s. Wiadomo piątek wieczór, kolejka za wolnym miejscem przy stoliku. Swoje odstaliśmy ale warto było, z głośników leciała muzyka lat 80-90tych. Sałatka jak zwykle wyśmiemita, moje piwo na które wszyscy narzekaja a ja je piję Budweizer. Niestety ale w moim stanie nie ma Żubra, ale jest w Toronto i NYC. Nie, nie zamamwiam, nie ma takiej potrzeby, jest tak wiele gatunków piwa z różnych krajów, że warto je spróbować.
Sobota pracowita. Pomalowałam ściany w closet/szafa po raz drugi i ostatni. Nie udało mi się więcej prac remontowych podgonić. Upiekłam chlebek na zakwasie, palce lizać. Zakwas karmię, bo już MM zamówił chlebek na sobotkę. Własny chlebek jest najlepszy, nawet nie ma porównania z Panera czy innych sklepopiekarni.
Dziś miałam pracowitą niedzielę.
Przyszykowałam oświetlenie do zawieszania przy suficie. Niespodziewałam się, że będą jakiekolwiek niespodzianki, trudności kłopoty. Pierwsza część oświetlenia w dłoni, przewody połączyłam, śruby kręcę, kręcę i kręcę ale nie tylko się kręcą ale po prostu wchodzą w miejsca na śruby jak w powietrze. Przewody elektryczne rozkręciłam. Patrzę na otwory na śruby, wszystko jest w najlepszym porządku. Doszłam do wniosku, że śruby mam innych rozmiarów niż powinnam mieć.
Dziwiłam się bardzo, śruby dostałam w zestawie z oświetleniem. Puszka rozdzielcza sufitowa typowa, żadnych wymyślnych rozmiarów. Przyniosłam z garażu większe śruby, wchodzę po raz kolejny na drabinę i znów próbuję. Śruby za duże, wracam do oryginalnych ale tym razem okręcam śruby cieniutką taśmą stosowaną do łączenia rur przy zlewach, prysznicach.
Wsadzam śrubę w otwór lecz wchodzi w powietrze, dokładam taśmę izolacyjną jeden tylko obrót. Wchodzi śruba w powietrze. Już wiedziałam, że puszka rozdzielcza jest zepsuta, a mi sie tak jej nie chciało wymieniać, tak bardzo jak bardzo jeszcze nie było. Pięknie uszczelniłam wokół puszki, a teraz… zrywać wszystko. Nie wiedziałam jak puszka została tam w środku przymocowana, nie wiedziałam czego można się spodziewać, Jeszcze kombinowałam, że…. dotknęłam puszki, a ona w miejscu dotknięcia jak popiół, posypała się, nie nie cała, tylko część. Przy powtórnym dotknięciu trochę się pokruszyło. Niestety ale nie rozpadła się na tyle aby nie trzeba było użyć młotka i dźwigni, bo metalowym paskiem była przymocowana do belki sufitowej. Puszki rozdzielczej nie mam, mam ale metalową, a takiej zainstalować nie mogę. W tygodniu podjadę po zakup puszki do budowlańca. Trochę się napracowałam. Zalałam też cementem nierówność przy ścianie.
Jutro do pracy ale tylko na 5-6 godzinek. No tak, nie jeden raz mówiłam krótko będzie, a wyszło jak wyszło.
Brzydka pogoda, no może nie taka brzydka tylko mokra, bo nie deszczowa, tylko kapuśniaczek. Pomimo tego, otworzyłam szeroko okno w jadalni kuchennej. Oddychałam świeżym czystym powietrzem. MM musiał naciągnąć na siebie kurtkę. Ja siedziałam w cieplej podomce przy stole siorbiąc kawcie, która w szybkim tempie traciła swoją temperaturę. Wdychałam powietrze swoimi płucami, ciesząc się jego zapachem i chłodem.
Kawcie podgrzałam w mikrofali i wciąż trzymałam otwarte okno. Patrzyłam ma mój back yard obsypany mokrymi żółtymi i brązowymi liśćmi. Doszło wreszcie do mnie, że to już jesień. Znów następny rok mi ucieka a ja, żyjąc w pośpiechu nie mam czasu zauważyć i poczuć zmian pór roku.
A może ja mam tam gdzieś zapisanie, że swoje życie mam właśnie przeżyć w ten sposób, który dla mnie będzie mniej bolesny. Przeżyłam bardzo wiele bólu fizycznego i tego psychicznego. Ten fizyczny jest nieunikniony, psychiczny też raczej mnie nigy nie opuści. Jestem HSP i nie ma sposobu tego zmienić. Kontrolować można, ale to jest bardzo bardzo trudne, próbuję każdego dnia, każdej sekundy. Czy mam jakieś sukcesy? Więcej porażek kontolowania siebie niż sukcesów.
Własnej natury nie da się zmienić, to nie jest tak że wymiesz DNA poprzemieniasz, włożysz już naprawione i po kłopocie.
Od kilku tygodni mimo, że nie padało, w moim regione od tygodni susza. W moim domu jakaś dziwna wilgoć, dziwny zapach za mną „chodził”. Nigdy nie mieliśmy wilgoci. Dom na wzniesieniu wśród drzew, nigdy nas woda nie zalewała, a w domu wilgotno. Córcia będąc u mnie dwa tygodnie temu stwierdziła ….dziwny zapach… Dziwny ale skąd już wszystko przejrzałam od piwnicy po strych.
…szukaj mamusia…powiedziała.
MM nie ma węchu jak ja i nic nie wywącha. Od połowy tego tygodnia zapach był silniejszy. Zeszłam do piwnicy. Wszystko dobrze, żadnych przecieków. Podłogi nie pływały w wodzie a wykładzina nigdzie nie była mokra. Coś mnie zaniepokoiło przy wannie, zapach, jakiś zaciek. Coś czego przedtem nie widziałam. Jakoś tak ten zaciek na ścianie mnie bardziej przyciągnął. Dotknęłam ściany i…. pokruszyła się farba, a jak palca wsadziłam to i przez ścianę przeszedł.
MM zapytał co robię na dole. Niepotrzebnie go przyprowadziłam, bo z moim MM to lepiej nic nie zgubić i nie znaleźć. Ja już byłam w połowie zdejmowania płytek ceramicznych z podłogi. Jak zobaczył to … zamiast zastanawiać się jak przciek znaleźć to gadał, że lepiej w apartamencie wynajmowanym mieszkać. Nasłuchałam się już jego opowieści o namiocie w którym mógłby mieszkać. Ale i namiot trzeba konserwować. Nie konserwował to skleił się tak, że do śmieci wywaliłam.
Kazałam …jeśli nie pomagasz a przeszkadzasz to idź mi skąd, dam sama radę, nie potrzebuję ciebie.
Poszedł, a ja odinstalowałam sedes. Odstawiłam na bok, ale to nie był sedes. Zainstalowałam sedes. Co się dzieje i skąd jest przeciek nie mogłam zrozumieć. Znalazłam …. za kranem w ścianie był przeciek. Dlaczego wody nie było widać na podłodze?
Na posadzce betonowej była i jest specjalna folia, na niej legary podłogowe a na tym płyty paździerzowe, a na tym płytki ceramiczne podłogowe. Woda zbierała się pod podłogą z kafelkami. Połowę podłogi w łazience musiałam zerwać.
Piatek zbliżał sie ku końcowi i roboty remontowo – sprzątające były też na ukończeniu.
Płyty paździerzowe wraz z legarami również zostały wyrzucone. Na razie wszystko schnie. Co dalej? Czeka mnie praca nie z tej ziemi.
Po wyrzuceniu części mokrej i spruchniałej powietrze sie bardzo szybko zmieniło.
Tylko w sobotę rano gdy zeszłam do piwnicy, poczułam zapach zdechłego zwierzęcia. Zaczęłam tłumaczyć sobie, że sie nakręcam i żebym przestała wogóle o tym myśleć. Niedługo wytrzymałam bez myślenia, kiedy ogromna mucha omal mnie nie zabiła, wiedziałam, że w tym domu źle się dzieje. Tylko w której części. Chodziłam i wąchałam. Następna mucha omal oczu mi nie wybiła.
Coś dzieje się złego, myśłałam. Wchodziłam do łazienki i wąchałam. Nic, Tv room – nc. Sypialnia – coś czułam. Siłownia więcej złego zapachu. Magazynowa część – trudno mi było określić bo już byłam nakręcona. Mamy jeszcze jedną część tzw kraul. Oznacza to, że nie ma możliwości stania czy kucania, Można tylko poruszać się na leżąco kraulem,
Taka część podpiwniczenia jest w moim domu pod jadalnią kuchenną i pralnią. Prowadzi do niej otwór który nigdy nie jest i nie był zamknięty czy też zabity jakąś płytą. Musi być przewiew powietrza.
Aby dostać się do tego otworu który jest pod sufitem, musiałam najpierw poodsuwać pudełka i nawet nie moje bo pudełka są młodszej córki MM. Zeby to pudełka gradobicie łącznie z jakimś starym konikiem na biegunach. Mebelki dla latek i różności. Kiedy już to zrobiłam postawiłam drabinę i zawołałam MMa. Niech powącha a nie tylko narzeka. Bo ja już wiedziałam tam w temtej części coś umarło/zdechło i pytanie kto tam wlezie i oczyści.
MM zawsze myśli, że jest lekki jak pióreczko modliłam się żeby nic się nie zawaliło pod jego ciężarem. No cóż wsadził tylko głowę. Szybko ją wyjął, twierdząc, że śmierdzi i to bardzo. Poszedł do komputera szukać firmy która nam to wyczyści. A zapach już był w jadalni kuchennej, i wogóle to nie pachniało. Niestety nie znalazł bo mamy długi weekend.
Zdecydowałam, że ja tam wlazę, ale jak to zrobię to ja nie wiedziałam. Byłam w strachu bo nie wiedziałam co mogę tam zastać. Najpierw ubrałam się w ubranie takie które jakby co, to od razu trzeba byłoby wyrzucić. Dwie pary rękawic i 3 maseczki na twarz. Czapka na uszy nasadzona. Wcisnęłam się przez ten otwór tylko do połowy Leżąc na brzuchu, szukałam teleskopowym kijciem, ale po prawej stronie nic nie było. Wycofałam się z pozycji leżącej musiałam sięgnąć drabiny nogami w czym pomagał MM. Po odpoczynku, zmieniłam maski na twarzy i …wślizgnęłam się przez otwór do końca. Leżąc na brzuchu prześwietlałam swoimi oczkami sytuację, o przewróceniu się na bok nie nyło nawet żadnych myśli. Mogłabym sie zaklinować, nikt by mi nie pomógł. Poeołutki kraulem przesuwałam się do przodu. Temperatura panowała tam, mogę powiedzieć komfortowa. Podłoże przykryte specjalną foliją ale przy brzegach poodkrywane, coś robiło sobie gniazdo. Przesunęłam się kraulem dalej i jeszcze dalej, aż do kratki wentylacyjnej. Kratka od zewnątrz była w stanie nienaruszonym, podobnie od wewnątrz w bardzo dobrym stanie. Już chciałam się wycofywać bo było mi bardzo niewygodnie w pozycji całkowicue leżącej na brzuchu. Ale gdy podniosłam głowę i przestawiłam oświetlenie zauważyłam zerwaną folię oraz dużo waty izolacyjnej oraz jakby skorupki żołędzi. Mając trzy maski na twarzy nie czułam żadnego zapachu. Podsunęłam się bliżej i zaczęłam zabierać do reklamówki części gniazda, które było dziwnie mokre i wtedy odsłoniło mi się ciałko myszy z dużym brzuszkiem. W ciąży raczej nie była, możliwe, że to gazy się już zebrały. Mysz była częściowo mokra. Musiałam się wycofać do otworu podałam dwa sklepowe worki foliowe. Poprosiła MM o jeden więcej. Posprzątałam na ile miałam jeszcze siły srzątać w pozycji leżącej z podniesioną głową do góry.
Mąż pomógł mi się wycofać przez otwór a lekko nie było, poszedł wyrzucić „znalezisko” a ja szybko do przebierania sie i pod prysznic.
Zaooszczędziliśmy dzięki mnie około 1tys$. Nie wiem kto by sie tam przecisnął, nie wiem kto takie coś pobudował.
Mieszkamy w tym domu ponad 14 lat. Nie mieliśmy myszy. Ale wieworkę w kominie w dniu kiedy przyjechaliśmy oglądać dom. Wypadła z komina już zasuszona. Kiedyś znów wlazła przez komin i dostała się do mieszkania i chcąc wyjść przegryzała okno. Trzeci raz tez wlazła przez komin ale wygoniliśmy i zainstalowaliśmu specjalny ochraniacz na komin.
Ale żeby mysz? I w takim miejscu, że nawet nie mamy pomysłu na to skąd i jak się u nas wzięła.
Po doprowadzenia się do stanu wyjściowego. Pojechaliśmy do naszej osiedlowej restauracji rozpuszczać zaoszczędzone dolarki.
Dziś niedzielka i dotarła paczka z osuszaczem powietrza.
Niestety ale dostarczono nam uszkodzoną.
MM zmaówił już następną, a ta jutro zostanie odesłana do amazon.
Szkoda bo mślałam, że już dziś włączę.
Żadnych już złych zapachów nie ma bo w otwór do części kraulowej wstawiłam wiatrak który na okrągło pracuje.
Donald Trump has been elected the 47th president of the United States, an extraordinary comeback for a former president who refused to accept defeat four years ago, sparked a violent insurrection at the U.S. Capitol, was convicted of felony charges and survived two assassination attempts.
Przebudziłam się dość wcześnie, a nie musiałam. Jednak ciekawość to pierwszy krok do najnowszych wiadomości. Oczywiście po ułamku sekundy nie są one już najnowsze.
Mój stan należał do tych niezdecydowanych ( chorągiewka na wietrze). Zawiało na czerwono. Aż ze zdziwienia zmarszczyłam czoło.
Co nam teraz przyniesie jutro, a może przywieje wiatr?
Nie ma mądrego aby potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Szczerze mówiąc zapomniałam o maratonach, biegach i spacerach. Z siłowni też zrezygnowałam. I tak od 2020 roku, a więc już 4 lata, moje sportowe zmagania poszły w kąt.
Wczoraj trafiłam na bloga Aleksandra-biegacza. Bierze udzialy w maratonach.
No i …. poprosiłam MM aby zgłosił moje uczestnictwo w 10k 4 lipca 2025. Mam czas na przygotowanie. No nie chce doczłapać się ostatnia na metę. MM jest gotowy trwać przy mnie, syn również. Tylko gdzie my a gdzie mój syn.
Ja jak zwykle będę szła, biegła, tańczyła i śpiewała trzymając chorągiewki w dłoni. Dla mnie to będzie fantastyczna zabawa. Covid minął i czas wrócić na „scenę”.
Brak mi tej niesamowitej atmosfery zjednoczenia. Bycia razem z ludźmi nie zdobywającymi pierwsze miejsca ale upamietniającymi Dzień 4 Lipca.
Pierwsze miejsca jak co roku zarezerwowane są dla Kenejczyków. Nie mam nic przeciw nim, są szybcy jak wiatr a ich nogi sięgają nieba.
Oni zawsze biegną pierwsi, następni są niepełnosprawni na wózkach i protezach. Po nich biegną sportowcy zrzeszeni w klubach. Po nich nie zrzeszona młodzież, starsi i jeszcze starsi. Biegną/idą nawet dziadkowie po 80tce.
Zazwyczaj w naszym maratonie bierze udział 50 000 uczestników z 32 krajów. W 2019 roku było najwięcej, ponad 60 000 i ja tam byłam.
Po przebudzeniu zerknęłam na okno za żaluzją było już widno. Pomyślałam, że to już okolo 8 am i czas zejść do kuchni na kawcie.
Czekała mnie niedpodzianka, czas został cofnięty o godzinę.
Kukułkę manualnie przestawiłam.
Nieoczekiwanie dla mnie, zdecydowałam przynieść ze strychu ozdoby na Thanksgiving. Myślę że już czas.
Jeśli nie dziś to kiedy? Lepsze to niż chodzenie po sypialni, łazience i closet i „podziwiać” rozpoczęte prace remontowe. Nie będę planować przecież następnych prac, jeśli tego nie dokończyłam. Ja jeszcze mam bardzo dużo czasu.
Mój Tatuś w wieku 75 lat kupił działkę i rozpoczął budowę domu letniskowego. 90% prac budowlanych wykonywał samodzielnie. Letniskowe domy były w okolicy ale Tatuś pobudował dom dwu kondygnacyjny z podpiwniczeniem mieszkalnym(-kondygnacja). Garaż pod częścią domu. Dom był bardzo przestrzenny na wzór amerykański. Ogrzewany był centralnym ogrzewaniem. Z nie wielką działką. Las cztery kroki, mniej niż pół kilometra od domu przepłwa rzeka.
Muszę być w dobrej kondycji fizycznej ponieważ planuję kupić kawałek ziemi w moje 75 i rozpocząć budowę, może nie domu a raczej domku. Jeśli mi to się nie uda, trudno. Ale można pomarzyć. Jak zwykle u mnie, nie o sukni balowej a o pracy fizycznej są plany.
W planów dekoracji domku na indycze święto nic nie wyszło, jeszcze zdążę.
Więkoszć niedzielnego czasu spędziłam na rozmowach tel. z synem i córcią, z MM przegadaliśmy nonstop ponad godzinę.
Oczywiście, że na festynie odstresowałam się, pomogli mi w tym uczestnicy festynu. Nie sposób było myśleć o problemach i nie było czasu na nudę. Z kimś się zagadało a innym potańcowało😃.
Stres i tak musiał znaleźć ujście.
No i zaniemogłam, położyło mnie płasko w łóżku. Żadnych skrętów i podskoków. Na tydzień zapomniałam o remoncie a do pracy chodziłam tylko emergency. Google pomogło mi stanąć na nogi, oferując całą gamę ćwiczeń rehabilitacyjnych. Godzina każdego dnia poświęcona dla mego spracowanego ciała rewelacyjnie wpłynęła na poprawę moich mięśni i kosteczek. Zaczynało się niepozornie, pobolewał krzyż, plecy, udo, w okolicy biodra ale nie biodro. Bóle chodziły po moich plecach i kręgosłupie od kilku tygodni, ale nie na tyle, żeby udać się na wizytę lekarską. Nie potrafiłam sprecyzować gdzie boli najbardziej. Po festynie już wiedziałam. Lędźwie. Ta część mojego ciała nie była mi znana.
Czy ja też to posiadam? I gdzie to jest umiejscowione.
A że czlowiek całe życie się uczy, to rozpoczęłam „studiowanie”.
Przeciwbólowe środki i ćwiczenia, nie pomagały od razu, jak to czarodziejska różdżka czyniła. Nie wierzyłam w bajki i nie nauczyłam dzieci takiej wiary.
Ale już byłam w takim stanie, że położenie się na materac do ćwiczeń, było kłopotliwe. Jednak niemożliwe było wstanie z niego. Próbowałam na wszelkie sposoby, a pomysłów miałam tysiące. Ostatnim pomyslem było zawołanie MMa, do telefonu nie mogłam sięgnąć, pomimo że leżal na podłodze, nie daleko mnie, w zasięgu ręki ale człowieka zdrowego. Odrzuciłam jednak pomysł zawołania MMa. Po pierwsze MM przestraszył by się, byłby w kłopocie że nie potrafi pomóc. Nie jest łatwo pomóc kiedy sama nie wiedziałam jakiej pomocy potrzebowałam. Nikt oprócz mnie nie potrafiłby zrozumieć bólu jaki odczuwałam. Ostatecznie umiejscowiłam ból, całe plecy, dolna część kręgosłupa, lewa noga, jednym słowem wszystko i wszędzie. Nie, nie panikowałam. Potrzebowałam kijka, laski, drążka coś na czym mogłabym się podeprzeć.
Nic takiego nie było obok mnie. Leżałam i rozmyślałam. Nie ruszałam się, to nie bolało ale komfortowe też nie było. A przecież kilka dni temu z pozycji leżącej wstawałam bez podparcia rękoma. Kilka dni temu…..
Nagle pod łóżkiem zauważyłam kijek od wałka do malowania. Wiadomo remont. Leciutko i powoli dosięgłam kijek. Podparłam się na nim jak cierpiąca staruszka. Zgarbiona jeszcze ale wolniutko się wyprostowałam. Nic nie bolało. Poszłam do drzwi wyprostowana jak zwykle, zeszłam po schodach ale zbiegania nie próbowałam, bo gdyby zaczęło boleć to , właśnie zawsze mam czas sobie zaszkodzić.
Przy chodzeniu, bieganiu nawet schylaniu się brak bólu. Przy siadaniu minimalny ból. Wstać z krzesła to dopiero trzeba było pomyśleć jak to zrobić, a później wyprostować plecy to już sztuka nad sztuki.
Cwiczyłam od niedzieli, każdego dnia jedną godzinę. Tak jak kiedyś ściągnęłam appkę aby pomogła mi w mierzeniu czasu na rozciągnięcie, odpoczynek i ilość ćwiczeń. Nie potrzebowałam liczyć i pamietać. Zawsze zapominałam i zaczynałam liczenie od początku bo moje myśli jak jaskółki pod niebem szybują.
Dziś czułam się lepiej i już od tego tygodnia na ile czasu mi starczy, popłudniami wracam do remontu.
Dla relaksu upiekłam chlebek na zakwasie.
Miałam trochę problemu z zakwasem. Trzy razy wyrzucałam do zlewu. Zmieniałam mąkę. Przesiewałam i nie przesiewałam. Nie było sukcesu. Za czwartym razem nawet na słoik ciepłą skarpetkę naciągnęłam, opatuliłam i po czwartym razie dokarmiania zakwasu zostawiłam na 3 dni. Pokrywkę słoika zakręciłam. Doszłam do wniosku, że …. Przekarmiłam zakwas. 😃
Oczywiście to żart.
Dziś otwieram szafkę, wyjmuję słoik i zdejmuję skarpetkę……zaskoczenie. Wodą nie bodbiegł, kożucha zielonego nie ma, wygląda na zdrowy i świeży. Podrósl pięknie, a bąbelki to było cudo nad cudami. Przy odkręcaniu pokrywki słoika zakwas zrobił….pufffff. Zapach? Boski, taki jaki powinien być. Zakwasek młodziutki, więc zdecydowałam dodać trochę suchych drożdży.
Upiekłam chlebek.
“““““““
Dom pachniał chlebkiem.
Amerykańska mąka pozbawiona jest wszelkich minerałów i witamin. Trudno piasek zmusić do reakcji z wodą. Mąki jakiej używałam wcześniej, a było to przed covidem, niestety nie ma w sklepach, nie ma też na amazonie. Używałam tylko i wyłącznie do zakwasu. MM widząc moje zmagania kupił 1kg mąki za 23$. Zakwas sie nie udał ale będę dodawać do ciasta chlebowego. Bardzo, bardzo dużo zależy od mąki. Nie tylko zakwas ale i słodkie wypieki. Aby coś podrosło dodaję glutenu.
Posiadam amerykańską książkę kucharską pieczenia chleba i innego pieczywa. W każdym przepisie zalecane jest dodawanie glutenu.
Jeszcze przed covidem (namieszał bardzo) kupowałam na amazonie mąkę producenta Polskie Młyny. To była mąka!!!! Kupuję rosyjską mąkę – ostatnio z robaczkami, bośniacka mąka – z dodatkami robaczkami. ☹️