ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!

  • Brzydka pogoda, no może nie taka brzydka tylko mokra, bo nie deszczowa, tylko kapuśniaczek. Pomimo tego, otworzyłam szeroko okno w jadalni kuchennej. Oddychałam świeżym czystym powietrzem. MM musiał naciągnąć na siebie kurtkę. Ja siedziałam w cieplej podomce przy stole siorbiąc kawcie, która w szybkim tempie traciła swoją temperaturę. Wdychałam powietrze swoimi płucami, ciesząc się jego zapachem i chłodem.

    Kawcie podgrzałam w mikrofali i wciąż trzymałam otwarte okno. Patrzyłam ma mój back yard obsypany mokrymi żółtymi i brązowymi liśćmi. Doszło wreszcie do mnie, że to już jesień. Znów następny rok mi ucieka a ja, żyjąc w pośpiechu nie mam czasu zauważyć i poczuć zmian pór roku.

    A może ja mam tam gdzieś zapisanie, że swoje życie mam właśnie przeżyć w ten sposób, który dla mnie będzie mniej bolesny. Przeżyłam bardzo wiele bólu fizycznego i tego psychicznego. Ten fizyczny jest nieunikniony, psychiczny też raczej mnie nigy nie opuści. Jestem HSP i nie ma sposobu tego zmienić. Kontrolować można, ale to jest bardzo bardzo trudne, próbuję każdego dnia, każdej sekundy. Czy mam jakieś sukcesy? Więcej porażek kontolowania siebie niż sukcesów.

    Własnej natury nie da się zmienić, to nie jest tak że wymiesz DNA poprzemieniasz, włożysz już naprawione i po kłopocie.

    Od kilku tygodni mimo, że nie padało, w moim regione od tygodni susza. W moim domu jakaś dziwna wilgoć, dziwny zapach za mną „chodził”. Nigdy nie mieliśmy wilgoci. Dom na wzniesieniu wśród drzew, nigdy nas woda nie zalewała, a w domu wilgotno. Córcia będąc u mnie dwa tygodnie temu stwierdziła ….dziwny zapach… Dziwny ale skąd już wszystko przejrzałam od piwnicy po strych.

    …szukaj mamusia…powiedziała.

    MM nie ma węchu jak ja i nic nie wywącha. Od połowy tego tygodnia zapach był silniejszy. Zeszłam do piwnicy. Wszystko dobrze, żadnych przecieków. Podłogi nie pływały w wodzie a wykładzina nigdzie nie była mokra. Coś mnie zaniepokoiło przy wannie, zapach, jakiś zaciek. Coś czego przedtem nie widziałam. Jakoś tak ten zaciek na ścianie mnie bardziej przyciągnął. Dotknęłam ściany i…. pokruszyła się farba, a jak palca wsadziłam to i przez ścianę przeszedł.

    MM zapytał co robię na dole. Niepotrzebnie go przyprowadziłam, bo z moim MM to lepiej nic nie zgubić i nie znaleźć. Ja już byłam w połowie zdejmowania płytek ceramicznych z podłogi. Jak zobaczył to … zamiast zastanawiać się jak przciek znaleźć to gadał, że lepiej w apartamencie wynajmowanym mieszkać. Nasłuchałam się już jego opowieści o namiocie w którym mógłby mieszkać. Ale i namiot trzeba konserwować. Nie konserwował to skleił się tak, że do śmieci wywaliłam.

    Kazałam …jeśli nie pomagasz a przeszkadzasz to idź mi skąd, dam sama radę, nie potrzebuję ciebie.

    Poszedł, a ja odinstalowałam sedes. Odstawiłam na bok, ale to nie był sedes. Zainstalowałam sedes. Co się dzieje i skąd jest przeciek nie mogłam zrozumieć. Znalazłam …. za kranem w ścianie był przeciek. Dlaczego wody nie było widać na podłodze?

    Na posadzce betonowej była i jest specjalna folia, na niej legary podłogowe a na tym płyty paździerzowe, a na tym płytki ceramiczne podłogowe. Woda zbierała się pod podłogą z kafelkami. Połowę podłogi w łazience musiałam zerwać.

    Piatek zbliżał sie ku końcowi i roboty remontowo – sprzątające były też na ukończeniu.

    Płyty paździerzowe wraz z legarami również zostały wyrzucone. Na razie wszystko schnie. Co dalej? Czeka mnie praca nie z tej ziemi.

    Po wyrzuceniu części mokrej i spruchniałej powietrze sie bardzo szybko zmieniło.

    Tylko w sobotę rano gdy zeszłam do piwnicy, poczułam zapach zdechłego zwierzęcia. Zaczęłam tłumaczyć sobie, że sie nakręcam i żebym przestała wogóle o tym myśleć. Niedługo wytrzymałam bez myślenia, kiedy ogromna mucha omal mnie nie zabiła, wiedziałam, że w tym domu źle się dzieje. Tylko w której części. Chodziłam i wąchałam. Następna mucha omal oczu mi nie wybiła.

    Coś dzieje się złego, myśłałam. Wchodziłam do łazienki i wąchałam. Nic, Tv room – nc. Sypialnia – coś czułam. Siłownia więcej złego zapachu. Magazynowa część – trudno mi było określić bo już byłam nakręcona. Mamy jeszcze jedną część tzw kraul. Oznacza to, że nie ma możliwości stania czy kucania, Można tylko poruszać się na leżąco kraulem,

    Taka część podpiwniczenia jest w moim domu pod jadalnią kuchenną i pralnią. Prowadzi do niej otwór który nigdy nie jest i nie był zamknięty czy też zabity jakąś płytą. Musi być przewiew powietrza.

    Aby dostać się do tego otworu który jest pod sufitem, musiałam najpierw poodsuwać pudełka i nawet nie moje bo pudełka są młodszej córki MM. Zeby to pudełka gradobicie łącznie z jakimś starym konikiem na biegunach. Mebelki dla latek i różności. Kiedy już to zrobiłam postawiłam drabinę i zawołałam MMa. Niech powącha a nie tylko narzeka. Bo ja już wiedziałam tam w temtej części coś umarło/zdechło i pytanie kto tam wlezie i oczyści.

    MM zawsze myśli, że jest lekki jak pióreczko modliłam się żeby nic się nie zawaliło pod jego ciężarem. No cóż wsadził tylko głowę. Szybko ją wyjął, twierdząc, że śmierdzi i to bardzo. Poszedł do komputera szukać firmy która nam to wyczyści. A zapach już był w jadalni kuchennej, i wogóle to nie pachniało. Niestety nie znalazł bo mamy długi weekend.

    Zdecydowałam, że ja tam wlazę, ale jak to zrobię to ja nie wiedziałam. Byłam w strachu bo nie wiedziałam co mogę tam zastać. Najpierw ubrałam się w ubranie takie które jakby co, to od razu trzeba byłoby wyrzucić. Dwie pary rękawic i 3 maseczki na twarz. Czapka na uszy nasadzona. Wcisnęłam się przez ten otwór tylko do połowy Leżąc na brzuchu, szukałam teleskopowym kijciem, ale po prawej stronie nic nie było. Wycofałam się z pozycji leżącej musiałam sięgnąć drabiny nogami w czym pomagał MM. Po odpoczynku, zmieniłam maski na twarzy i …wślizgnęłam się przez otwór do końca. Leżąc na brzuchu prześwietlałam swoimi oczkami sytuację, o przewróceniu się na bok nie nyło nawet żadnych myśli. Mogłabym sie zaklinować, nikt by mi nie pomógł. Poeołutki kraulem przesuwałam się do przodu. Temperatura panowała tam, mogę powiedzieć komfortowa. Podłoże przykryte specjalną foliją ale przy brzegach poodkrywane, coś robiło sobie gniazdo. Przesunęłam się kraulem dalej i jeszcze dalej, aż do kratki wentylacyjnej. Kratka od zewnątrz była w stanie nienaruszonym, podobnie od wewnątrz w bardzo dobrym stanie. Już chciałam się wycofywać bo było mi bardzo niewygodnie w pozycji całkowicue leżącej na brzuchu. Ale gdy podniosłam głowę i przestawiłam oświetlenie zauważyłam zerwaną folię oraz dużo waty izolacyjnej oraz jakby skorupki żołędzi. Mając trzy maski na twarzy nie czułam żadnego zapachu. Podsunęłam się bliżej i zaczęłam zabierać do reklamówki części gniazda, które było dziwnie mokre i wtedy odsłoniło mi się ciałko myszy z dużym brzuszkiem. W ciąży raczej nie była, możliwe, że to gazy się już zebrały. Mysz była częściowo mokra. Musiałam się wycofać do otworu podałam dwa sklepowe worki foliowe. Poprosiła MM o jeden więcej. Posprzątałam na ile miałam jeszcze siły srzątać w pozycji leżącej z podniesioną głową do góry.

    Mąż pomógł mi się wycofać przez otwór a lekko nie było, poszedł wyrzucić „znalezisko” a ja szybko do przebierania sie i pod prysznic.

    Zaooszczędziliśmy dzięki mnie około 1tys$. Nie wiem kto by sie tam przecisnął, nie wiem kto takie coś pobudował.

    Mieszkamy w tym domu ponad 14 lat. Nie mieliśmy myszy. Ale wieworkę w kominie w dniu kiedy przyjechaliśmy oglądać dom. Wypadła z komina już zasuszona. Kiedyś znów wlazła przez komin i dostała się do mieszkania i chcąc wyjść przegryzała okno. Trzeci raz tez wlazła przez komin ale wygoniliśmy i zainstalowaliśmu specjalny ochraniacz na komin.

    Ale żeby mysz? I w takim miejscu, że nawet nie mamy pomysłu na to skąd i jak się u nas wzięła.

    Po doprowadzenia się do stanu wyjściowego. Pojechaliśmy do naszej osiedlowej restauracji rozpuszczać zaoszczędzone dolarki.

    Dziś niedzielka i dotarła paczka z osuszaczem powietrza.

    Niestety ale dostarczono nam uszkodzoną.

    MM zmaówił już następną, a ta jutro zostanie odesłana do amazon.

    Szkoda bo mślałam, że już dziś włączę.

    Żadnych już złych zapachów nie ma bo w otwór do części kraulowej wstawiłam wiatrak który na okrągło pracuje.

    Wilgoci też nie czuję ale….niech maszyna będzie.

    Dobrze mieć czuły nosek.🙂

  • Donald Trump has been elected the 47th president of the United States, an extraordinary comeback for a former president who refused to accept defeat four years ago, sparked a violent insurrection at the U.S. Capitol, was convicted of felony charges and survived two assassination attempts.


    Przebudziłam się dość wcześnie, a nie musiałam. Jednak ciekawość to pierwszy krok do najnowszych wiadomości. Oczywiście po ułamku sekundy nie są one już najnowsze.

    Mój stan należał do tych niezdecydowanych ( chorągiewka na wietrze). Zawiało na czerwono. Aż ze zdziwienia zmarszczyłam czoło.

    Co nam teraz przyniesie jutro, a może przywieje wiatr?

    Nie ma mądrego aby potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

    Miłego dnia wszystkim życzę.

  • Fajnie jest dobrze się czuć. 😃

    Niedzielka minęła szybciutko.

    Szczerze mówiąc zapomniałam o maratonach, biegach i spacerach. Z siłowni też zrezygnowałam. I tak od 2020 roku, a więc już 4 lata, moje sportowe zmagania poszły w kąt.

    Wczoraj trafiłam na bloga Aleksandra-biegacza. Bierze udzialy w maratonach.

    No i …. poprosiłam MM aby zgłosił moje uczestnictwo w 10k 4 lipca 2025. Mam czas na przygotowanie. No nie chce doczłapać się ostatnia na metę. MM jest gotowy trwać przy mnie, syn również. Tylko gdzie my a gdzie mój syn.

    Ja jak zwykle będę szła, biegła, tańczyła i śpiewała trzymając chorągiewki w dłoni. Dla mnie to będzie fantastyczna zabawa. Covid minął i czas wrócić na „scenę”.

    Brak mi tej niesamowitej atmosfery zjednoczenia. Bycia razem z ludźmi nie zdobywającymi pierwsze miejsca ale upamietniającymi Dzień 4 Lipca.

    Pierwsze miejsca jak co roku zarezerwowane są dla Kenejczyków. Nie mam nic przeciw nim, są szybcy jak wiatr a ich nogi sięgają nieba.

    Oni zawsze biegną pierwsi, następni są niepełnosprawni na wózkach i protezach. Po nich biegną sportowcy zrzeszeni w klubach. Po nich nie zrzeszona młodzież, starsi i jeszcze starsi. Biegną/idą nawet dziadkowie po 80tce.

    Zazwyczaj w naszym maratonie bierze udział 50 000 uczestników z 32 krajów. W 2019 roku było najwięcej, ponad 60 000 i ja tam byłam.

    To było coś, co chcę przeżyć ponownie.

  • Miałam dwa razy godzinę 8am.

    Po przebudzeniu zerknęłam na okno za żaluzją było już widno. Pomyślałam, że to już okolo 8 am i czas zejść do kuchni na kawcie.

    Czekała mnie niedpodzianka, czas został cofnięty o godzinę.

    Kukułkę manualnie przestawiłam.


    Nieoczekiwanie dla mnie, zdecydowałam przynieść ze strychu ozdoby na Thanksgiving. Myślę że już czas.

    Jeśli nie dziś to kiedy? Lepsze to niż chodzenie po sypialni, łazience i closet i „podziwiać” rozpoczęte prace remontowe. Nie będę planować przecież następnych prac, jeśli tego nie dokończyłam. Ja jeszcze mam bardzo dużo czasu.

    Mój Tatuś w wieku 75 lat kupił działkę i rozpoczął budowę domu letniskowego. 90% prac budowlanych wykonywał samodzielnie. Letniskowe domy były w okolicy ale Tatuś pobudował dom dwu kondygnacyjny z podpiwniczeniem mieszkalnym(-kondygnacja). Garaż pod częścią domu. Dom był bardzo przestrzenny na wzór amerykański. Ogrzewany był centralnym ogrzewaniem. Z nie wielką działką. Las cztery kroki, mniej niż pół kilometra od domu przepłwa rzeka.

    Muszę być w dobrej kondycji fizycznej ponieważ planuję kupić kawałek ziemi w moje 75 i rozpocząć budowę, może nie domu a raczej domku. Jeśli mi to się nie uda, trudno. Ale można pomarzyć. Jak zwykle u mnie, nie o sukni balowej a o pracy fizycznej są plany.

    W planów dekoracji domku na indycze święto nic nie wyszło, jeszcze zdążę.

    Więkoszć niedzielnego czasu spędziłam na rozmowach tel. z synem i córcią, z MM przegadaliśmy nonstop ponad godzinę.

    W moim życiowym tunelu zapalili światło. 😃

  • Spokój to lekarstwo na wszystko

    Oczywiście, że na festynie odstresowałam się, pomogli mi w tym uczestnicy festynu. Nie sposób było myśleć o problemach i nie było czasu na nudę. Z kimś się zagadało a innym potańcowało😃.

    Stres i tak musiał znaleźć ujście.

    No i zaniemogłam, położyło mnie płasko w łóżku. Żadnych skrętów i podskoków. Na tydzień zapomniałam o remoncie a do pracy chodziłam tylko emergency. Google pomogło mi stanąć na nogi, oferując całą gamę ćwiczeń rehabilitacyjnych. Godzina każdego dnia poświęcona dla mego spracowanego ciała rewelacyjnie wpłynęła na poprawę moich mięśni i kosteczek. Zaczynało się niepozornie, pobolewał krzyż, plecy, udo, w okolicy biodra ale nie biodro. Bóle chodziły po moich plecach i kręgosłupie od kilku tygodni, ale nie na tyle, żeby udać się na wizytę lekarską. Nie potrafiłam sprecyzować gdzie boli najbardziej. Po festynie już wiedziałam. Lędźwie. Ta część mojego ciała nie była mi znana.

    Czy ja też to posiadam? I gdzie to jest umiejscowione.

    A że czlowiek całe życie się uczy, to rozpoczęłam „studiowanie”.

    Przeciwbólowe środki i ćwiczenia, nie pomagały od razu, jak to czarodziejska różdżka czyniła. Nie wierzyłam w bajki i nie nauczyłam dzieci takiej wiary.

    Ale już byłam w takim stanie, że położenie się na materac do ćwiczeń, było kłopotliwe. Jednak niemożliwe było wstanie z niego. Próbowałam na wszelkie sposoby, a pomysłów miałam tysiące. Ostatnim pomyslem było zawołanie MMa, do telefonu nie mogłam sięgnąć, pomimo że leżal na podłodze, nie daleko mnie, w zasięgu ręki ale człowieka zdrowego. Odrzuciłam jednak pomysł zawołania MMa. Po pierwsze MM przestraszył by się, byłby w kłopocie że nie potrafi pomóc. Nie jest łatwo pomóc kiedy sama nie wiedziałam jakiej pomocy potrzebowałam. Nikt oprócz mnie nie potrafiłby zrozumieć bólu jaki odczuwałam. Ostatecznie umiejscowiłam ból, całe plecy, dolna część kręgosłupa, lewa noga, jednym słowem wszystko i wszędzie. Nie, nie panikowałam. Potrzebowałam kijka, laski, drążka coś na czym mogłabym się podeprzeć.

    Nic takiego nie było obok mnie. Leżałam i rozmyślałam. Nie ruszałam się, to nie bolało ale komfortowe też nie było. A przecież kilka dni temu z pozycji leżącej wstawałam bez podparcia rękoma. Kilka dni temu…..

    Nagle pod łóżkiem zauważyłam kijek od wałka do malowania. Wiadomo remont. Leciutko i powoli dosięgłam kijek. Podparłam się na nim jak cierpiąca staruszka. Zgarbiona jeszcze ale wolniutko się wyprostowałam. Nic nie bolało. Poszłam do drzwi wyprostowana jak zwykle, zeszłam po schodach ale zbiegania nie próbowałam, bo gdyby zaczęło boleć to , właśnie zawsze mam czas sobie zaszkodzić.

    Przy chodzeniu, bieganiu nawet schylaniu się brak bólu. Przy siadaniu minimalny ból. Wstać z krzesła to dopiero trzeba było pomyśleć jak to zrobić, a później wyprostować plecy to już sztuka nad sztuki.

    Cwiczyłam od niedzieli, każdego dnia jedną godzinę. Tak jak kiedyś ściągnęłam appkę aby pomogła mi w mierzeniu czasu na rozciągnięcie, odpoczynek i ilość ćwiczeń. Nie potrzebowałam liczyć i pamietać. Zawsze zapominałam i zaczynałam liczenie od początku bo moje myśli jak jaskółki pod niebem szybują.


    Dziś czułam się lepiej i już od tego tygodnia na ile czasu mi starczy, popłudniami wracam do remontu.

    Dla relaksu upiekłam chlebek na zakwasie.

    Miałam trochę problemu z zakwasem. Trzy razy wyrzucałam do zlewu. Zmieniałam mąkę. Przesiewałam i nie przesiewałam. Nie było sukcesu. Za czwartym razem nawet na słoik ciepłą skarpetkę naciągnęłam, opatuliłam i po czwartym razie dokarmiania zakwasu zostawiłam na 3 dni. Pokrywkę słoika zakręciłam. Doszłam do wniosku, że …. Przekarmiłam zakwas. 😃

    Oczywiście to żart.

    Dziś otwieram szafkę, wyjmuję słoik i zdejmuję skarpetkę……zaskoczenie. Wodą nie bodbiegł, kożucha zielonego nie ma, wygląda na zdrowy i świeży. Podrósl pięknie, a bąbelki to było cudo nad cudami. Przy odkręcaniu pokrywki słoika zakwas zrobił….pufffff. Zapach? Boski, taki jaki powinien być. Zakwasek młodziutki, więc zdecydowałam dodać trochę suchych drożdży.

    Upiekłam chlebek.

    “““““““

    Dom pachniał chlebkiem.


    Amerykańska mąka pozbawiona jest wszelkich minerałów i witamin. Trudno piasek zmusić do reakcji z wodą. Mąki jakiej używałam wcześniej, a było to przed covidem, niestety nie ma w sklepach, nie ma też na amazonie. Używałam tylko i wyłącznie do zakwasu. MM widząc moje zmagania kupił 1kg mąki za 23$. Zakwas sie nie udał ale będę dodawać do ciasta chlebowego. Bardzo, bardzo dużo zależy od mąki. Nie tylko zakwas ale i słodkie wypieki. Aby coś podrosło dodaję glutenu.

    Posiadam amerykańską książkę kucharską pieczenia chleba i innego pieczywa. W każdym przepisie zalecane jest dodawanie glutenu.

    Jeszcze przed covidem (namieszał bardzo) kupowałam na amazonie mąkę producenta Polskie Młyny. To była mąka!!!! Kupuję rosyjską mąkę – ostatnio z robaczkami, bośniacka mąka – z dodatkami robaczkami. ☹️

    Od razu zagrycha.😋😋😋😋😋

  • Po dniach totalnego zaniedbania, idzie lepsze. Dziś możemy pozwolić sobie na krótki wyjazd na Festyn Piwa. Dwa lata temu trafiłam tam z córcią, przypadkowo. Muzyka nas zwabiła, byłyśmy w tamtych okolicach w poszukiwaniu domu który ewentualnie mogłaby kupić. Dom był urządzony a właściwie tak umeblowany aby ukryć wszelkie mankamenty. Największym mankamentem było brak pokoi. Wąski korytarzyk a w nim kuchnia za firanką, kuchnia? Ona była jakby w przejściu do sypialni. Łazienka maciutka za kotarą. Jadalnia/salon już na zewnątrz na zadaszonym do połowy tarasie. Podłoga w tym pomieszczeniu bo nie domu „chodziła” jak na statku podczas sztormu. „Dom” wywarł na mnie ogromne wrażenie, pamiętam do dziś.

    A więc jadę z MM na festyn.

    Farba na włosach położona podobnie na paznokciach lakier. Koniec mojego szykowania. 😃

    cdn……


    Zajechaliśmy wcześniej bo lepiej posiedzieć na łonie natury niż w domu w oczekiwaniu na moment wyjazdu.

    Zanim zespół muzyczny nastroił instrumentu muzyczne my już byliśmy w połowie naszego dania. Gdy muzycy zaczęli grać polkę jedną za drugą to nie mogłam usiedzieć. Nie mam oporów, tremy i publiczność nie robi na mnie wrażenia. Chcę tańczę, skaczę i schodzę, tym razem z trawnika kiedy ja chcę.

    Rozruszałam towarzystwo a było wiecej młodych ludzi niż 2 lata temu.

    MM również był bardziej chętny do tańców niż zwykle.

    Wyskakałam i wybawiłam się. Było bardzo wesolo. Pobawiłam się w kółeczku z maluszkami, najmłodsze nie miało 2 latek. Tańczyłam z panią która miała Parkinsona. Tyle tego było że trudno wszystko opisać.

    Świetna zabawa i będzie niezapomniana.

    Po to właśnie pojechaliśmy tam aby dobrze się bawić i tak było.

  • Po pracy miałam kołowrotek

    Fajne zdjęciulo no i babcia w tym ubranku wygląda cudnie. Nakręciłam się po domu, nabiegałam się i zdecydowałam odetchnąć. Zadzwoniłam do fryzjerki.

    I już jestem w zakładzie. Włosowo- szumiąca suszarkami atmosfera. Zapach szamponów i farb do włosów. Coś innego niż od kilku tygodni w moim domu.

    Podcięłam troszkę, pomaluję już sama bo zadzwoniłam w ostatniej minucie i trudno było Anie wygospodarować czas na malowanie z pasemkami. Umówiłam się przed Thanksgiving, możliwe, że jeszcze raz przed Nowym Rokiem. Nie ma wątpliwości, że pojedziemy na sylwestra. Kiedyś covid nas wstrzymal, jednego razu grypa nas położyła, ale od ponad 20 lat tańczymy, bawimy się, bo jeśli nie teraz to kiedy.

    Lubię Sylwestra. Pamiętam sylwestry w Polsce. Obowiązkowo 1stycznia nawet w największy mróz i śnieg, spacer po Plantach. Urocze pozdrawianie się i ogólne życzenia. Nie wiem, czy to była taka tradycja w moim mieście, może jeszcze gdzieś tak było, ale były to czasy bez internetu. I informacje z Polski i świata zawsze z poślizgiem docierały, jak to zimą bywa. A bywało, że linije telefoniczne przciążone śniegiem po prostu sie rwały. Więc, wiadomości nie docierały dalej niż na obrzeża danego miasta. No i zobaczcie…ludzie żyli i mieli się dobrze. W stanie wojennym nawet zorganizowaliśmy z ex, sylwestra w naszym domu. Pamiętam Danuśka była ze swoim ex. Nie był to sylwek wystawny ale zabawa była. Tak jak widać i czuć, żyję sylwestrem, a dlaczego nie. Ile jeszcze sylwestrów nam zostało? Na pewno nie 50, 50 to 20latki mogą zaliczyć.

    Mówiłam, że nie wybiegam daleko w przyszłość, ale ja nie wybiegam, ja chcę krokiem tanecznym iść w tego sylwestra, który zakończy 2024 i zapozna mnie z 2025 rokiem.


    W pracy też miałam kołowrotek, ale i trochę urozmaicenia, już trochę korytarz ozdobiony.

    Podobno będzie więcej dekoracji.

    Jeśli to ludzi bawi, niech się cieszą, celebrują swoje święta, bo na zmartwienia, ciepienia i łzy zawsze będzie czas, czas który nie zapyta czy może nas skrzywdzić.

  • Wolno plynący poranny czas. Aby takich poranków było jak najwięcej.

    Dziś jadę do pracy, podobno na kilka godzin. Może po powrocie dokończę szlifowanie ścian w closet/szafa. Chciałabym, oj chciaaałaaabym……

    Nie, nie, żebym nagle zaczęła myśleć o …. zakończeniu remontu przed świętami.

    To już jest NIEWYKONALNE.

    „Przetrawiłam” ten poślizg i na rzęsach stawć nie będę.

    Życie jest nieprzewidywalne, znów będę zbierać okruchy dzisiejszego dnia aby zbudować z nich dobre (tylko) jutro.

    Nie wyskakuję daleko w przyszłość, musi ustabilizować się to, co w tej chwili mam.

    To nie jest nic nowego. To jest remisja o łagodniejszym lub silniejszym uderzeniu. Mimo to, do tego nie da się przyzwyczaić, z tym się walczy, na ile sił wystarczy. a jak nie wystarczy to musi wystarczyć. na następny dzień.


    cdn…..

    Nie był to długi pracowy dzień. O 2 pm byłam już w domku. Po drodze kupiłam kanapki Subway synowi dużą a MMowi mniejszą. Syn zamówił u mnie zakup kanapki, a MMowi zrobiłam miłą niespodziankę. Nic sobie nie kupowałam, nic z menu mnie nie zainteresowało tak abym miała ochotę to skonsumować.

    W domu zrobiłam sobie kanapkę ale…zjadłam połowę. Nie miałam apetytu.


    Będę piekła ciasto z jabłkami.🤣😋

    To jest kubeczek do oddzielana żółtek od białek, baaardzo przydatny.

    Z ciasta zostały okruchy, nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić.

    “Nie ma większego bólu niż nosić w sobie opowieść, której nie można opowiedzieć.” – Oscar Wilde

  • W zasadzie to trzeci tydzień jak jestem na uspokajających. Dziś przyjęlam tylko valeriankę. Dni uciekają i nie da się już przeżyć ich ponownie. Byłyło by fajnie przeżyć je szczęśliwiej.

    Gdy syn wrócił ze spotkania pracowego. Przy kuchennym stole spędziliśmy 2h na rozmowie o życiu, miłości w życiu partnerskim oraz seksie i zdrowiu. Pośmialiśmy się, powspominali i zahaczyliśmy o przyszłość która jes wielką niewiadomą. Można planować jesli zdrowie jest przynajmniej w normie. W jego przypadku trudno o jakiejkolwiek normie powiedzieć.

    Wszystkie dni tych trzech tygodni, przeleciały i ich nie pamiętam, poza lekarzami i opieką nad synem.

    Już dokładnie widzę, że nie skończę sypialni i łazienki przed świętami. Będę w takim rozpierdolniku kłaść się do łóżka i wstawać w trakcie świąt.

    Nawet nie wiem czy postawię choinkę w sypialni. Zastanawiam się nad jej urokiem w takich remontowych warunkach.

    Patrząc na to wszystko co u mnie się teraz dzieje to myślę o wzięciu jakiegoś znieczulacza bo bez niego ani rusz. Nie mówię o alko bo nie wolno. Trzeba być w gotowości, myślę o silniejszej tabletce niż valerianka. Te silniejsze są silne i przy moim stresie działają ze zdwojoną mocą. Sprawdzałam. Tabletek nie wolno dzielić i kruszyć. Mniejsza dawka działa jak perszing i …..może uzależniać. Jeśli może to …. uzależnia. Powstaje pytanie …po co takie coś jest przypisywane?

    Nasuwa się prosta odpowiedź…jeśli wyprodukowane – ma być sprzedane i nie ważne jakim i czyim kosztem.

    Wszystkim zdrówka życzę.

  • Nie jest spokojnie, a światło w tunelu ktoś wyłączył. Chodzę w ciemnościach i jak na razie nic nie widać.

    Światełka nie, ma a nadzieja może i jest ale zatopiona we mgle.

    Szukam tej drogi wyjścia, ewentualnie prześcia jej w poprzek.

    Ehhhh

    Zabawiłam się w piekarza.

    Zapachniało w kuchni jak w polskiej piekarni.

    Bułeczkę zjadłam popijając mlekiem. Nie, nie prosto od krowy. Chociaż rolnik przywoził na dzielnicę i mamusia kupowała. Wlewał do konewki. Raz jedyny spróbowałam i nigdy więcej. Nie piłam tylko spróbowałam. Przegotowane było ok, na świeże mleko miałam odruchy wymiotne.

    Godzina 9pm, jem drugą bułeczkę, no bo zabraklo mi chęci na formowanie kajzerek, i popijam chemicznym bardzo smacznym mlekiem.

    Chlebek, podobnie bułeczki (kajzerki) wyśmienite.

  • Polepszające się samopoczucie syna, skutkowało zakupem buritto na lunch i powinnam do domu dojechać na późny lunch a dojechałam na późną kolację. Wyjeżdzając z pracy, nic jeszcze nie sygnalizowało zakorkowania miasta w wielu punktach komunikacyjnych. Znajdowałam się w środku objazdowej autostrady. Nie zdawałam też sobie sprawy, że dostanie się na adutostradę dzielącą obwodówkę zajmie mi 3 godziny. Poruszając się tempem ciekawskiego i bardzo starego ślimaka musiałam patrzeć przed siebie bo już stłuczkę minęłam. Siedem pasów zakorkowanych i tyle posuwaliśmy się gdy samochod przed nami zmieniał pas lub ja zmieniałam myśląc, że będzie szybciej Nic szybciej nie było, ale ryzykownym było sprawdzać w tel co się dzieje i gdzie. Zadzwoniłam do córci. Informacji nie uzyskała od razu, pierwsz wersja pogrzeb.

    No dobrze pogrzeb ale dlaczego w takich godzinach. Gdy już dojechałam do swego zjazdu stanęłam jak wryta. Zjazd xablokowany przez samochody policyjne. Co robić i gdzie uciekać bo moja autorstrada właśnie w tym punkcie się zaczyna. Powolutki wróciłam w koreczek, nie chciałam jechać na south ale nikt mnie nie pytał. Jazda? Stanie w kierunku południowym nie było mi na rękę. Corcia zadzwoniła z informacją.

    Trampki pomarańczowe są przewożone z całą świtą i pompą. Podróż zapomponowanych odbywał się od lotniska na północ. Wszystko zamknięte co ma wjazdy na moją autostradę. Wcześnie były inne autostrady całkowicie zamknięte.

    Była godzina 5pm, a ja byłam zakorkowana w Downtown. Udało mi się włączyć mapę i….jak to kobieta zamiast posłuchać intuicji to , nie, google prawdę ci powie. Google powiedział skręć w lewo, no i ja jak ta owieczka skręciłam w lewo. Nie wiedziałam jeszcze, że kieruje mnie na Shoping Center. Parking był puściutko oprócz policyjnego samochodu i mojego, nikoguśko bo wszyscy w korku. Przez chwilę postałam i ruszyłam przed siebie przecinając korek, w poszukiwaniu innego korka którego kierunek miał być północny.

    Nie mogłam się nadziwić jak tak można było zakorkować miasto i jego przedmieścia. Staliśmy samochód przy samochodzie z przodu, tyłu i na siedmiu pasach. Wystarczyła jedna wybuchowa tesla i po nas. Pogotowie? Straż pożarna? Jak i gdzie? Bocznym pasem oczywiście ale jak pomóc komuś gdy ktoś byłby poszkodowany na środku autostrady.

    Jak można było zrobić samochodową paradę w godzinnach szczytu i zablokować wszystkie zjazdy na autostradę centaralną.

    Nie mieści się mi w głowie. To jest całkowote nie rozumienie sytuacji i całkowity brak wyobrażni. Totalna ignorancja. Brak szacunku dla wyborców. Ale widocznie wyborcy tacy sami jaki jest ich kandydat.

    Do domku dojechałam kilka skund przed 7pm.

    Syn z głodu nie umarł. Ja też nie. MM w godzinach południowych zrobił zakupy i kupił kolację.

    Aby takich niespodzianek już nie było.

    Podobno w następnym tygodniu przybędzie do naszego miasta kandyfatka na prezydenta. Ale… przybędzie w sobotę.

    Mój stan jest jedynym stanem niezdecydowanym co do wyborów. Nasze multikulti ma się dobrze: białych około 55%, czarnych 31% pozostałe % inne rasy. Był taki okres, że czarni mieli większą przewagę, Bez znaczenia aby człowiek był człowiekiem.

    Ogólnie nie lubie pomarańczy.

  • Pierwszy raz od tygodnia, syn przyszedł do kuchni. To coś znaczy i jeszcze nic. Za słabe serce na „wycieczki”.

    Dziś więcej byłam przy chorym synu, niż pracowałam przy remoncie. Od tygodnia ma ogromne problemy ze snem, wszystkie nasenne na receptę ostatniej nocy odstawił. Nie pomagały w zaśnięciu. Spał tylko od 2 do 3 godz. w ciągu 1 nocy.

    Jak dziś usnął w ciągu dnia na 2 godz. byłam szczęśliwa.

    Będzie jeszcze dobrze. Musi być.

  • W pracy rytm wkonywanych obowiązków nie należał do napiętych. Wszystko miało swój cel i czas.

    A w domu? Syn wolniutko powraca do zdrowia co nie oznacza, że jest dobrze.

    MM pracuje przed monitorami i zarabia.

    Córcia z Iv pracują, ale bez żadnych jak na razie wyjazdów. Iv obiął od 3-go października bardzo odpowiedzialne stanowisko. Musi skupić się na pracy. Córcia jest na nowym (wyższym) stanowisku od stycznia i czasami dzwoni do mnie po poradę.

    Starsza MMa chce abym jej zorganizowała ogródek (większą rabatkę) odmówiłam. Mój kręgosłup nie może już dzwigać. A mam strasznego lenia aby poćwiczyć. Mam też wymówkę, że po pracy i robocie nie jestem chętna na ćwiczenia. Zaczął pobolewać i …bez ćwiczeń ani rusz.

    Obiecuje sobie każdego dnia, że dziś poćwiczę, już nie jedno dziś minęło i nic dla swego kręgosłupa nie zrobiłam.

    Po mojej odmowie starsza MMa przysłala mi przez amazon, podgrzewacz na plecy i szyję. Miła niespodzianka.

    Jednym słowem trzeba jechać w sobotę. Zapowiedziałam, że żadnych prac wykonywać nie będę. Będę menagerem który panicznie boi się (nawet dorywczych) prac fizycznych. 😄

    Moje prace remontowe rozpocznę od poniedziałku. Zastój, blokada, niechęć, lenistwo. Po pracy mam tylko 1-2h na odpoczynek, brak czasu na przebranie się w mundurek roboczy.

    Z wyjazdu i pomocy starszej córce całkowicie zrezygnowałam i odmówiłam. Po pierwsze zapowiadali 10C o poranku a ona wymyślił prace „ogrodowe” rabatkowe od 9am.

    I powstał piątkowy wieczorny problem. MM rozbutczał się że nie pojadę. Ominęłam kontakt z MM i bezpośrednio napisałam smsa do starszej, wyjaśniająć w jednym krótkim zadaniu, sytuację klimatyczną i moją zdrowotną. Oferowałam pomoc przez FaceTime.

    Był jednorazowy kontakt na FaceTime i to nie o kwiatki chodziło a układanie cegieł na patio, które właśnie robiła.

    MM wrócił po południu zmęczony i wyglądający jak 10 nieszczęść.

    Nie mój cyrk, nie moje małpy. (cytuję MM)

    Nie potrafi odmówić to już nie mój problem.


    Niedziela

    MM zrobił grilla, kurczak był bardzo dobry. Hamburgerów ogólnie nie lubię, czekając na kurczaka. Spróbowałam, i śmiało mogę powiedzieć….. wciąż nie lubię.

    Niedziela? Jaka była?

    Jeśli choroba w rodzinie to i rodzina jest chora

  • Po dwóch bezsennych nocach, mam nadzieję, że syn nareszcie zaśnie. Jak będzie, zobaczymy bo dopiero mamy 6:25pm. Nasenne nawet na receptę nie zadziałały.

    Poranek: wypiłam kawę na tarasie i nie mogłam przypomnieć wczorajszego poranka. Po prostu uleciał w zapomnienie. Nie potrafię go przypomnieć. Podobnie dzisiejszy dzień mi uciekł. To był bardzo stresujący czas. Aby dzisiejszego poranka nie zapomnieć, zrobiłam kilka zdjęć jesiennych liści.

    Dzień minął nawet nie wiem kiedy. Dopier teraz mam czas wolny aby zrobić coś przy remoncie.

    Zdejmuję wykładzinę w łazience. Tak, była wykładzina w łazience i trudno mi również to zrozumieć. Taki dom kupiliśmy i do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nie było źle, przynajmniej ciepło w nogi. Teraz będziemy mieli zamiast kafelek, panele drewniane. Na nasze dalsze życie wystarczy.

    Szafki w łazience zostaną te same ale potraktuję szlifierką, wszystkie głupie ozdóbki już oderwałam i będzie po pomalowaniu nawet ok. Nie mam zamiaru wymieniać. Nie będę też wymieniać blatu w łazience bo jest z jednego litego kamienia.

    Przydałoby się wymienić kabinę prysznicową ale ….. może teraz, a może trzeba będzie poczekać z podłogą w łazience.

    Po zdjęciu wykładziny konieczna jest wymiana 2 płyt, obecne w kilku miejscach spruchniały. Jak w łazience to i w szafie trzeba jedną płytę derewnianą wymienić. Mówię drewniane ale one są paździerzowe, a więc sprasowane sklejone trociny.

    Zawołałam MMa pokazałam co do wymiany i w jakim stanie ….idę do komputerów zarabiać pieniądze….powiedział

    Teraz wstrzymuję się z remontem łazienki ale szafę mogę robić i na niej się skupię.

    Niestety, niespodziewane komplikacje remontowe.

  • Jest tylko 14C ale wyszłam z kawcią na taras. Mamy jesień to nie podlega dyskusji, a że idzie zima też nie podlega dyskusji. Za to powietrze rześkie, czyste i zdrowe. Ubrana oczywiście cieplej jestem, rękawiczek jeszcze nie trzeba zakładać, czapki też nie. Kaptur na głowę nasunęłam. Trzeba jeszcze korzystać z pogody bez deszczowej.

    Ale….na siłę nie lubie korzystać. Po 5 minutach przenieśliśmy się do domku. Jednak 14 to nie 24C.

    Nie do remontu dziś mi było. Wczorajszy wieczór nie zapowiadał niczego złego. Ale czy trzeba jakiejś zapowiedzi aby choroba weszła z nienacka. Ot i przyszła. Mam ją każdego dni, walczę ile mogę a jak nie mogę … to mogę. W zasadzie cały dzień byłam przy łóżku syna. Jakoś do około 5pm zwalczyliśmy najgorsze. Nie trzeba było wzywać karetki.

    Po 6pm mogliśmy z MM wyjechać do spożywczaka.


    Jaka moja noc będzie?

    Nie wiem.

    Kiedyś pisałam, łzy wypłakałam. Tylko serce boli.

    Od kilku nocy, Mamusia mi się sni, ale ja nie mam jak pojechać. Tylko Ona o tym nie wie. Wiem, że czeka na mnie.

    Bardzo mi smutno i ciężko.

    Dobranoc 🌜🌜🌜🌜🌜

  • Przed 9am słońce jeszcze niziutko. Oczywiście korzystamy z tarasu bo nawet o poranku jest jeszcze cieplutko 22C.

    Taka temperatura mogłaby być cały rok.

    Ale, prawie zawsze jest ale. Zanieczyszczenie powietrza było na tyle wysokie, że uruchomił się jeden z detektorów. MM otworzył okno w sypialni dosłownie na 20 minut. Chwycił mnie dziwny kaszel. Z tym szybko sobie poradziłam.

    Jednym słowem siedzieć w domu i nie wychodzić.


    Szykowałam closet/szafę do malowania. W dalszym ciągu szpachlowałam oraz silikonowałam szparki pomiędzy ścianą a ramą okienną i drzwiową.

    Nieużywane wentylacje w łazience, może nie naprawiłam ale udrożniłam ich wywiewy. No bo jak usłyszałam, że będzie dzwonić po fachowców to poszłam na poddasze i sprawdziłam co się dzieje, że jeden nie działa a drugiego nie używam. Nie kąpię się i nie biorę prysznica w gorącej wodzie, lustra u mnie nigdy nie zaparowane. Mam okno to uchylałam i uchylam.

    Ale jeśli robię remont to już trzeba wszystko sprawdzić i jeśli nie używane niech będzie prawne.

    Zdjęłam kratki na suficie, wyczyściłam z kurzu. Jedna wentylacja była odlączona od prądu. Poźniej jak wspominałam wywiewy udrożniłam i wszystko sprawne i działa.

    Zdjęłam kratkę od nawiewu chłodzenia i ogrzewania. Wyczyściłam, rurę w środku pomaluję na biało tak jak wszędzie to robiłam.

    Nie przepracowałam się ale te drobne naprawy był czasochłonne.

    Od czau do czasu spotykaliśmy się z MM na parterze na kawce.

    Pogaduszki nie były tarasie lecz przy kuchennym stole.

  • Tydzień szybciutko minął. Nie był produktywny, ponieważ remont leży i czeka. W zasadzie nie było jak wziąć się za niego. Po pracy wracałam dość późno, jedynie pozostawał czas na odpoczynek, wyskoczenie z MM do sklepu po produkty spożywcze, przy okazji kupiliśmy siatkę z aluminium na dziury w ścianach. Trochę rozmowy z MM, jedną stronę książki do przeczytania, zrobienie swojego prania i tyle miałam czasu wolnego.

    Wczoraj skończyłam pracę wcześniej z czego bardzo byłam zadowolona.

    Wyszliśmy z MM do osiedlowej restauracji. Po zmianie właściciela restauracji to był nasz trzeci wypad.

    Jedzonko wyśmienite, napoje i inne dodatki również. Porcje duże, nie dało się zjeść tego za pierwszym przysiadem, zabraliśmy do domku.


    Dziś sobotka w planie trochę zadań remontowych. Muszę podgonić robotę. Ale to muszę nic nie znaczy. Chciałabym ale jak wyjdzie nie wiadomo.

    1. Zawiesić półki w szafie biurowej MMa – to jest pierwsze zadanie do wykonania. Nie cierpiące zwłoki. /zrobione/
    2. Pomoc w organizacji biura MMa – wszelkie dokumenty i rzeczy biurowe, wciąż w pudełkach kartonowych. /MM pomocy nie potrzebował/
    3. Pryzkleić siadkę z aluminium na dziury. Dziur jest wiele. Te małe po gwoździach nie potrzebują siatki jedynie zagipsowania. Większych dziur mam bardzo dużo. Były ukryte za deskami + te które sama zrobiłam. /zrobione/
    4. Położyć taśmy na złączeniu sufit-ściana oraz ściana-ściana. W niektórych miejscach niestety ale odchodzi od ściany lub sufitu a tego nie da się zamalować, farba nie jest klejem ani gipsem. /zrobione/

    Po zagipsowaniu closet/szafę zostawiam do poniedziałku w spokoju, musi wyschnąć. W tym czasie będę zdejmować wykładzinę gdzie się da nie ruszając mojego łoża.


    Pogodę mamy bardzo przyjemną, Taka wczesna jesień.


  • Tak było rano przed moim wyjazdem do pracy.

    Bagiels miałam o poranku ale MM nie pojechał do sklepu budowlanego po siateczki na aluminium do zaklejenia dziur. Aby nie denerwował się, stwierdziłam, że możemy przecież pojechać razem po jego i mojej pracy.

    Po pracy już mi się nigdzie jechać nie chciało, MM też nie jeżdził do sklepu podczas przerwy obiadowej.

    Remont nie zając nie ucieknie. Po kolacji wtuliłam się w kanapę z książką i tak czytając ostatni nabytek, usłyszałam bicie zegara. Wybił 9pm. Jak fajnie jest poleniuchować.

  • nie taki on wolny, ale pospałam do 10 am. Kto późno się do łóżka kładzie, ten długo w łóżku pozostaje. Podgrzewam się już grzejniczkiem, chociaż on u mnie włączony jest przez okrągły rok. Lubię chłodzenie latem, ale cieplutko w sypialni musi być. Jedno drugiego nie wyklucza. Obecnie mamy pogodę bardzo milusią, okna w całym domu otwarte, pomimo alertu. Wczoraj paliła się fabryka produkująca chemikalia. Jakie nie wiem. Na internetowych zdjęciach było widać kłęby czarnego dymu. Podobno autostrada była zamknięta i z pobliskich dzielnic ludzie byli ewakuowani. Ode mnie to około 40 km, a mieliśmy alert aby być ostrożnym ponieważ był duży smog.

    Co prawda to prawda, otworzyłam okna bo musiałam, zaraz opiszę zdarzenie perfekcyjnej pani Krysi, detektory pożarowe od razu wyczuły. Nie wyły nie krzyczały /nawoływały do opuszczenia pomieszczeń lecz w odstępach około 40 sekundowych popiskiwały.

    Dlaczego otworzyłam okna. Jestem kobietą nad wyraz pracującą, zajętą, jeśli nie zajętą to jednak zajętą. MM, wspominałam, on musi zadbać o pożywienie moje i swoje. Moje to … aby serek warzywny lub łososiowy zawsze był, bagiels, czasami zupka włoska lub amerykańska brokułowa. Moja lista menu już zakończona. Gdyby MM nie zadbał o siebie to by na pewno z głodu umarł. Tydzień temu kupiliśmy piękne kawałeczki mięska wieprzowego/świniaczego. No tak mi się kolorek mięska spodobał (może pofarbowane ale to nie ważne). Koniecznie musiałam kupić całą dużą tackę. Nie będę się rozdrabniać na małych tackach. Miałam posolić popieprzyć i powinnam od razu za okno wypieprzyć, a nie trzymać cały tydzień w lodówce i każdego dnia myśleć…dziś coś z tym mięskiem zrobię. Następny dzień, dziś coś zrobię. MM wziął dwa kawałki , wcześniej pytając czy może, bo przecież w planach mam…coś z mięskiem zrobić. Na następny dzień MM również spytał czy mi nie zabraknie jeśli on znów dwa kawałki weźmie. Takim sposobem 4 kawałki zostały upieczone i zjedzone. Pozostały 4 kawałki a w niedzielę minął już tydzień od zakupu mięska. Dziś MM pyta, czy może wziąć, dlaczego nie ale …czy możesz powąchać…prosi. Zapach jak zapach ale… coś mi nie odpowiada…odpowiadam. Wrzuca na patelnie i smród nie do zniesienia. Usmażył ale jeszcze nie jadł, bo meetingi przecież. Pootwierałam wszystkie możliwe okna i drzwi wraz z garażowymi. Ten smród był nie do zniesienia. Przyniosłam wiatrak taki wielki z decku/tarasu żeby ten smród szybciej wymielił. MM w przerwie meetingów zszedł do kuchni …ale ja tego mięsa jeść chyba nie będę….powiedział…bo mogę zachorować…przytaknęłam, że nie wolno jeść. Wspólnie włożyliśmy dwa upieczone kawałki oraz dwa kawałki zamrożone, do worka foliowego, i ostatecznie do kosza na śmieci ale od razu na zewnątrz.

    Taka wspaniała ze mnie kucharka, mam dwie ręce i nie zawsze nadążę z zadaniami do wykonania. Ale to nie jest wytłumaczenie, przecież gdybym włożyła od razu do zamrażarki nie byłoby tego smrodu. Ale jak widać lubię odkładać …na jutro a jutro się przedłuża.. Dobrze, że białych robaczków nie było, muchy (teraz nie sezon na muchy, za zimno) nie latały i nie latają w kuchni.

    Godzina jest już późniejsza, pogoda wspaniała i okien jeszcze nie zamykam. Smrodek jest bardzo mało wyczuwalny.

    Jedno jest na plus, smrodek nie doszedł do mojej sypialni.

    Tym smrodliwym akcentem kończę, pozdrawiając wszystkich.


    Odnośnie remontu.

    Oderwałam listwy mocujące wykładzinę, oberwałam trochę wykładziny już w łazience. Stary klej szpachelka zdrapałam. Kilka dziur zakleiłam specjalną taśmą, oczywiście przedtem dziury oczyściłam a brzegi dziur oszlifowałam, Gdybym miała jej więcej to dziś bym zakończyła. MM z rana podjedzie do sklepu i kupi, po powrocie z pracy dokończę zaklejanie dziur. Na taśmę będę kładła szpachlę gipsową, później po jej wyschnięciu, szlifowanko. Możliwe, że pod koniec tygodnia pomaluję sufit.

    Jest progres i to najważniejsze.

  • Słodkie niedzielne popołudnie

    Wprawdzie, była niedziela ale ….. poświęciłam godzinkę na zdjęcie wykładziny w closet/szafie. Nie było to nic trudnego.

    Grudki brązowe które były pod wykładziną, podejrzewamy że to jest klej od pierwotnej wykładziny. Podobnie jak w każdym pokoju, zdejmowałam szpachelką. Plama przy ścianie to podejrzewamy, że to był stary zaciek. Trochę to się kruszy ale płyty zdejmować/wymieniać nie nie będę, zaleję zaprawą cementową. Jeszcze nie sprawdzałam poziomu podłogi, jak na razie wygląda na OK.

    W zasadzie niedziela była odpoczynkowo-relaksowa. Było jak zwykle cappuccino z ciastkiem, później zatrzymaliśmy się na lody i spacerek. Odwiedziliśmy nowe centrum restauracyjno-barowe. Bardzo przypadło nam do gustu. Zapewne tam wrócimy ale nie często, za tłoczno. Tak po prostu coś zjeść na pewno nie wypić lampkę wina. Przy barze nie było w ogóle ludzi. Widocznie za gwarno w części jadalnej aby relaksować się przy lampce wina albo koniaku.

    Dobrze wiedzieć, że w naszej okolicy powstało takie centrum.

  • wskazana ostrożność

    Nie wiem z jakiego powodu ale bardzo źle mi się spało. Temperatura w sypialni była odpowiednia, problemów większych nie posiadam aby je całą noc maglować w głowie. Kawy na noc nie piłam, pół lampki wina musującego. Ani w głowie ani w nogach. Jak już usnęłam przed 4 am to spałam dość długo. MM przed wyjazdem do starszej przywiózł mi świeże bagels.

    Za oknem buro i ponuro, nałożyłam moje robocze ubranie no i do roboty. Nie bardzo mi szła robota zrywania listew i desek. Wszędzie gwoździe i śruby. Śruby koniecznie trzeba było wykręcać bo wyrywać można byłoby, całą ścianę. Gwoździ których nie mogłam wyciągnąć z deski, musiałam “zabić” (tak kiedyś mówili na budowach, nie znam obecnego słownictwa). Nie zrobiłam profesjonalnie, ponieważ należałoby tak wygiąć gwoździa aby ostrze weszło w deskę.

    Wszystkie listwy i deski oderwałam lub odkręciłam od ściany.

    Po powrocie MMa od starszej pojechaliśmy kupić jeszcze jedną piłę. Czy wcześniej nie mogliśmy jej kupić?

    Chyba nie!

    MM ma za zadanie uciąć drzwi od dołu, ponieważ niektóre są za długie. Do takiego cięcia nie ma konkretnej piły, a czy tą obetnie, nie wiem, na pewno będzie potrzebował pomocy. Ta piła ze stołem jest bardzo dobra ale stół za mały aby położyć na nim drzwi. Więc, nie mam pojęcia jak MM to zrobi w pojedynkę. Na razie milczę, bo możliwe, że MM ma pomysł, a ja będę tą która się znów wymądrza. Gębusia na kłódkę a kluczyk połknąć,

    Zapomniałabym powiedzieć o nieprzyjemnym zdarzeniu. Odrywając najdłuższą deskę od ściany, miałam mały kłopot, potrzebowałam podparcia. Podparciem były te białe plastikowe półki. Skorzystałam jak najbardziej. Z lewej strony gwóźdź był długi i bardzo mocno trzymał się ściany. Było od ściany widocznych kilka innych gwoździ, które małym młotkiem na ile mogłam dosięgnąć, trochę zgięłam aby w przypadku przytrzymywania deski żaden gwóźdź mnie nie skaleczył. Przy takich pracach w pojedynkę niczego nie przewidzisz, mało tego, stojąc na drabinie. Powietrza chyba w takich przypadkach można się tylko trzymać ewentualnie łapać. Obawiałam się, że mimo podparcia może skierować się w stronę okna. Deski nie mogłam utrzymać, ale przyciskałam do ściany w pewnym momencie odwróciła się do mnie od strony gwoździ, a wszystkich nie przygięłam bo dostępu nie miałam. Właśnie z tej strony gwóźdź przejechał mi po brzuchu. Oczami wyobraźni widziałam jak kroi mnie na połowę. Gwóźdź bluzki mi nie porwał ale poczułam jego ostrze. Pozostało tylko zaczerwienienie.

    MMowi nie opowiadałam bo i po co. Lepiej jak nikt nie wie, to nie ma pouczania.

    Przecież nic się nie stało.

    Skończyłam zdejmowanie desek i listew i już więcej nigdzie nie mam takiego zajęcia. Oczywiście będą inne, ale raczej tylko malowanie na drabinie.

  • Całą noc bardzo lało, trochę wiało, bardziej niż zazwyczaj, nad ranem gałąź z hukiem spadła na dach i potoczyła się po nim. Okazało się, że nie gałąź ale gałązka. Odgłos był taki jakby całe drzewo spadło.

    Miałam do wyboru, jechać do pracy dziś lub w poniedziałek. Gdy otworzyłam garaż to wiało i lało ale nie zawróciłam do domu. Autostrady prawie puste, Nie rozpędziłam się za wiele, jedynie 100 km/h. Najgorzej było w “tunelach” dźwiękochłonnych. Po obu stronach wysokie płyty a nad głową niebo, no i wiatr hula. Droga prawie pusta ale i na pustej drodze można zaliczyć mur, więc kontrolowałam prędkość aby mnie nie poniosło. Rozsądek jeszcze mnie całkowicie nie opuścił.

    Helene wiała groźnie ale zanim do nas dotarła był leciutki wiatr. Po 3 pm gdy już wracałam do domku wyszło słoneczko i osuszyło drogi.

    Florida ucierpiała i to bardzo. W moim stanie takiej wichury i powodzi już nie było. Ale podtopienia były.

    Ucierpiała starsza córka MMa. Jeszcze nie dokończyła remonu po zalaniu sąsiadki, zalała ją ulewa.

    Przykre.

    Moja córcia odprowadziła wodę z rynien dalej od domu i jest sucha.

    Mój dom na a górzu to woda nie jest grożna, chyba taka co domy porywa. Czytam o polskiej powodzi i to jest prawdziwa tragedia.

    Współczuję ludziom doświadczającuch takiego kataklizmu.

  • Polscy mieszkający w Ameryce są w stanie ciągłego poszukiwania dobrego chleba. Amerykanie nie spżywają chleba w takich ilościach jak europejczycy. Nie są wymagajacy co do pieczywa, dlatego też pieczywo nie jest najlepszej jakości. Może inaczej, nie są wymagający, ponieważ nigdy nie jedli dobrego chleba, oprócz tostowego. Ciągnąc ten wątek….nie jedli ponieważ, nie są przyzwyczajeni.

    Można kupić chlebek w wielu punktach restauracyjno-barowych ale… czasami jest z poprzedniego dnia względnie komuś za dużo octu się dodało. Żydowski chleb chyba jest najlepszy lecz zawsze czerstwy. A może to tylko w Farmers Market. Jak widać trudno mi dogodzić

    Jako dziecko a później jako latorośl, nie lubiłam chleba. No chyba, że był z masłem i cukrem ewentualnie cukier skropiony wodą.

    Nawet nie pamiętam w jakim okresie swego życia zostałam zjadaczem chleba. Natomiast zabawę z wypiekiem chleba rozpoczęłam dopiero w Ameryce. Siostra w Polsce wypiekała chleb na świeżych drożdżach ale nigdy mi nie smakował. W piekarniach był tak ogromny wybór pieczywa, że nigdy nie pokusiłam się na jego pieczenie.

    Wczoraj kupiliśmy chlebek z powietrzem. Powietrza nie posmaruję masełkiem, troszkę się obraziłam na tego wypiekacza.

    Dziś po pracy rozpocznęłam proces tworzenia zakwasu. Nie jest to skomplikowane lecz niezbędna jest cierpliwość, opieka i względna terminowość.

    Aby nie być gołosłowną zamieszczam kilka zdjęć z moich wypieków chleba.

    Dzisiejsze próby z zakwasem wstawiłam do piekarnika a słoik obłożyłam ściereczką. Zakwas nie lubi przeciągów, stała temperatura jak najbardziej wskazana. Na kilka godzin włączyłam światełko w piekarniku aby jemu było przyjemnie ale nie cieplutko.

    Dlaczego próby? Z tej mąki której dziś użyłam, nigdy zakwasu nie robiłam.

    Zobaczymy jutro, będą bąbelki to ok jeśli nie to wiem z doświadczenia, dosypię mąki i doleję troszkę więcej wody. A wodę dodaję zwykłą kranówkę aby nie za zimnej.

    Dziś nie pracuję przy remoncie. Pogodę mamy parszywą. Idzie huragan Helena.

    Nawet nie wiemy, jaka z rana będzie sytuacja. Drogi będą przejezdne czy nie koniecznie. Wiem z komunikatów, że szkoły jutro zamknięte.

    Takiej ilości wody to ja oczekiwałam latem.

    Nie zawsze można mieć to czego się oczekuje.

  • Bliżej do weekendu. Chociaż u mnie to remont zaczął się pełną parą. Dziś do 5pm zrywałm deski i listwy ze ścian. Łatwo nie było i gdy MM poprosił abym z nim pojechał, rozejrzałam się po closet/szafie, zdecydowałam roboty zostawić.

    Deszcz lał, wycieraczki szalały na samochodowych szybach ale wciąż była słaba widoczność. Przed sklepem MM mnie wysadził abym nie zmokła za bardzo. Gumowce i kurtka przeciwdeszczowa z kapturem trochę pomogła.

    Po powrocie ani ja nie poszłam do remontu ani MM do komputera.

    A po kolacji to już zupełnie ogarnęło nas lenistwo. Wzięłam do ręki nowo kupioną książkę i tak słuchając deszczu który za oknem dudnił, pogrążyłam się w zawiłych historiach bohaterów powieści.

    Co mnie czeka jutro po pracy? Dalsze zrywanie desek, listew i możliwe, że wykładziny.

    Zrobiłam dwie dziury, to są takie ściany i nie ma czemu się dziwić. Domy z dykty i papieru. W moim przypadku nie ważne z czego te ściany, będę musiała to załatać.

    Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Niech nikogo nie zmyli cegła ona jest tylko na zewnątrz. Dla urody obkłada się dom połówkami cegły. Taka ściana z połówek cegły, często odpada od ściany ale kto się tym przejmuje, jeśli jest powszechne.

    Budują bloki mieszkalne nieopodal, może 3km w linii prostej. Bloki 4piętrowe (po polsku). Parter i sufit parteru, to posadzka i strop betoniwy. Piętra to listwy drewniane i płyty gipsowo-papierowe pomiędzy pokojami. Stropy pomiędzy piętrami to również deski i płyty paździerzowe względnie płyty drewniane z obrzynek drewna. Na to klejone są panele lub płytki ceramiczne. No i w efekcie mieszkanie jak z katalogu. Obudzimy się kiedy pan sąsiad nałoży lakierki a sąsiadka szpilki. Jeju nóż w kieszeni się otwierał.

    Pamiętam też jak mieszkaliśmy w apartamencie. Zbudziłam MMa, bo diabelsko chrapał. Ale to nie MM chrapał, to facet za ścianą urządził nam koncert. Zapukaliśmy.🤣

    A któraś włączała odkurzacz i szorowała mi nad głową tak z godzinę.

    Teraz mogę powspominać,

  • Kilka dni temu na przedramieniu MMa pojawiła się plama i co w tym najdziwniejsze, że wyglądała na uderzenie. MM nie przypominał o takim zdarzeniu, ręka nie bolała, miejsce jakoby uderzone, podczas dotyku nie było nad wyraz delikatne. Żadnego swędzenia, pieczenia czy bólu. Plama zaczęła błyszczeć i wyglądało na mokrą lecz było suche i patrząc na to miało się wrażenie wizualne, zasklepiania się. W sobotę zrobiła się większa czerwona otoczka, krąg, promień. Niedziela jeszcze większe, wysycha coś, co nigdy mokre nie było.

    A, że MM ma w sobie komórki rakowe, to jedyna myśl.

    Do lekarza mój mężu, niech ci rękę ucinają ale masz żyć….

    O 6:45am (poniedziałek) był już w gabinecie lekarskim.

    Pielęgniarka z polecenia doktora w inne jego skórne dolegliwości podała jednorazowe zastrzyki.

    To co na zdjęciu, jest ugryzieniem jakiegoś owada. Recepta na krem przesłana do farmacji.

    Wiadomość pocieszająca. Doktor obejrzał całe ciało, nie znalazł niepokojących zmian na skórze.


    Dziś (wtorek) będę mordować się z szafą/closet. Myślę że jestem na ukończeniu pakowania ubrań i wszystkiego co się tam znajduje, przechowuje.


    Pierwszym zajęciem i niecierpiącym zwłoki była wymiana gałki drzwiowej na klamkę w drzwiach do MMa biura. Gałki były i są bardzo niewygodne, a może to ja jestem przyzwyczajona tylko do klamek. Po zakupie domu wymieniłam gałki na klamki, tam gdzie najwięcej chodziłam i była potrzeba otwierania drzwi. Teraz zmieniam pozostałe.

    Wciąż morduję się opróżnianiem closet/szafa.

    Wyjątkowo byłam dziś leniwa.

    Zobaczymy jutro na co mnie będzie stać.