i nie będzie to opowieść o bursztynie lecz o piesku.
Ogłoszenia internetowe o sprzedaży lub oddaniu pieska, przeglądałam dość często ale moje godziny pracy oraz sprzeciw MM nie pozwalały mi na posiadanie czworonoga. W 2010 roku przeprowadziliśmy się do domu, który MM wynajął. Po przeprowadzce zmieniłam pracę i zdecydowałam… chcę pieska… MM w dalszym ciągu pracował na wyjazdach, więc nie brałby udziału w wychowywaniu.
Zdecydowałam się na adopcję pieska ze schroniska. Niestety do adopcji nie doszło, po kilku tel rozmowach, pracownik schroniska (pani z łamaną polszczyzną o polskich korzeniach) stwierdziła, że mój angielski nie jest wystarczający aby powierzyć mi pieska. MM był zbulwersowany, w tamtym momencie szykowałam się do testu na obywatelstwo i moj angielski był wystarczający i wyczerpujący do opieki nad starszymi osobami i małymi dziećmi. No cóż, nad psami opieki pełnić nie mogłam. Syn był również bardzo zdziwiony.
W mojej głowie krążyło pytanie….czyżby zadziałały, polskie korzenie…?
Dałam spokój z adopcją. Nie potrzebowałam już komisji, sprawdzającej moje warunki mieszkaniowe, w których mieszkałby piesek. A może tej z polskimi korzeniami, mieliśmy za duży metraż i piesek by w domu zaginął. Nie dowiedziałam się.
Powróciłam do internetowych ogłoszeń. Po wielu dniach przedzierania się przez gąszcz internetu, ZNALAZŁAM!!!
Pindcher Miniature (mieszaniec z czymś tam). Zakochałam się w piesku ze zdjęcia.
2,5 godziny jazdy na jakieś zadupie, nie obrażając przedmieść i wsi. Czasami nie można nawet porównać polskiej wsi do amerykańskich wieśniaków. Polak wygrywa w przedbiegach.
Trafiliśmy na farmę hodowli Chihuahua.
„Mój” piesek został wyjęty/wypuszczony z klatki i….tylko zawirowania powietrza po nim zostały. Skakał po wszystkim, był szybszy od błyskawicy.
Nie mogłam tego pieska wziąć do domu, nie potrzebowałam pędziwiatru. Potrzebowałam pieska, któremu dałabym swoją miłość i troskę. Zrezygnowana kierowałam się do wyjścia.
Przy wyjściu z pomieszczenia, na skrawku wymęczonego dywanu leżał MM. Bawił się to za dużo powiedziane, głaskał, zaczepiał czarnego pieska. Gdy bliżej podeszłam usłyszałam jak coś do pieska mówił lecz w tym hałasie jakim było ujadanie, wycie i szczekanie ponad 100tki psów, nie sposób było zrozumieć wypowiadane przez MM słowa.
Podchodząc bliżej, wiedziałam, że tego trzęsącego się czarnuszka nie kupię sobie lecz MMowi. Był zaskoczony z mojej decyzji.
Przy zakupie dowiedzieliśmy się, że piesek był zakwalifikowany do uśpienia ze względu na chore oczy i inne choroby. Mimo wszystko zabraliśmy kruszynkę z tego miejsca. Podczas jazdy trzęsła się i wymiotowala. zamiast do domu, pijechaliśmy do weterynarza. Przy wypełnianiu pierwszej pieska dokumentacji zapytano mnie jak go nazwę.
Bez zastanowienia odpiwiedziałam….
AMBER
Cdn…
Moja AMBER nieżyje ☹️🥲🥲
Leave a comment