Nakładając bluzkę
nałożyłam ją tyłem na przód.
To znak, że coś znów się przekręci.
Tylko czekać. Długo nie czekałam. Ale to z innego życia.
Pomimo niedzieli będę szpachlować sedesroom. Niech będzie to i godzina spędzona na szpachlowaniu ale ta godzina przybliży mnie do zakończenia robót remontowych.
Wymyłam szpachlówki i rynienkę. Od tego jak są czyste zależy moja praca. Nie trzeba machać szpachelką kilka razy bo jakaś grudka lub paproch przeszkadza na uzyskanie idealnie płaskiej powierzchni, a tylko raz a ewentualnie dwa pociągnięcia.

Nie było tych pociągnięć dużo bo mi się szybko znudziło. Bo jak? niedziela, i co z tego że pochmurno, ale niedziela. Nic mnie jak na razie nie goni. To i zostawiłam tę pracę.
MM otwierał drzwi lodówki co jakiś czas, chyba miał nadzieję, że znajdzie pół świniaka upieczonego na ognisku. A tam nawet kurczaczka maciutkiego nie było.
Jak ta co czaruje, zaproponowałam makaron z gulaszem. No nie do wiary, mój amarykaniec, który jadł ryż (a chińczykiem nie jest), makaron (a włochem nie był i nie jest) tylko słodkiego ziemniaka w koszulce ze śmietaną, poprosił o ziemniaki. No patrzcie go po ponad 20-tu latach zmnienił upodobania/preferencje kulinarno/jedzeniowe😀.
Zrobiłam ziemniaki puree z dodatkiem żółtego meksykańskiego sera.
A po ….. godzinie zrobiłam biszkop.
Krem budyniowy. Mleko jeszcze zostało z wczoraj.
Przełożyłam kremem i marmoladą.
I co jeszcze można chcieć?
Gwiazdki z nieba?
A co ja bym z nią robiła?
Przy mnie straciła by swój urok, w tym domu gwiada jest tylko jedna.
JA!!!!😆😆😆😆
Leave a comment