Oczywiście, że na festynie odstresowałam się, pomogli mi w tym uczestnicy festynu. Nie sposób było myśleć o problemach i nie było czasu na nudę. Z kimś się zagadało a innym potańcowało😃.
Stres i tak musiał znaleźć ujście.
No i zaniemogłam, położyło mnie płasko w łóżku. Żadnych skrętów i podskoków. Na tydzień zapomniałam o remoncie a do pracy chodziłam tylko emergency. Google pomogło mi stanąć na nogi, oferując całą gamę ćwiczeń rehabilitacyjnych. Godzina każdego dnia poświęcona dla mego spracowanego ciała rewelacyjnie wpłynęła na poprawę moich mięśni i kosteczek. Zaczynało się niepozornie, pobolewał krzyż, plecy, udo, w okolicy biodra ale nie biodro. Bóle chodziły po moich plecach i kręgosłupie od kilku tygodni, ale nie na tyle, żeby udać się na wizytę lekarską. Nie potrafiłam sprecyzować gdzie boli najbardziej. Po festynie już wiedziałam. Lędźwie. Ta część mojego ciała nie była mi znana.
Czy ja też to posiadam? I gdzie to jest umiejscowione.
A że czlowiek całe życie się uczy, to rozpoczęłam „studiowanie”.
Przeciwbólowe środki i ćwiczenia, nie pomagały od razu, jak to czarodziejska różdżka czyniła. Nie wierzyłam w bajki i nie nauczyłam dzieci takiej wiary.
Ale już byłam w takim stanie, że położenie się na materac do ćwiczeń, było kłopotliwe. Jednak niemożliwe było wstanie z niego. Próbowałam na wszelkie sposoby, a pomysłów miałam tysiące. Ostatnim pomyslem było zawołanie MMa, do telefonu nie mogłam sięgnąć, pomimo że leżal na podłodze, nie daleko mnie, w zasięgu ręki ale człowieka zdrowego. Odrzuciłam jednak pomysł zawołania MMa. Po pierwsze MM przestraszył by się, byłby w kłopocie że nie potrafi pomóc. Nie jest łatwo pomóc kiedy sama nie wiedziałam jakiej pomocy potrzebowałam. Nikt oprócz mnie nie potrafiłby zrozumieć bólu jaki odczuwałam. Ostatecznie umiejscowiłam ból, całe plecy, dolna część kręgosłupa, lewa noga, jednym słowem wszystko i wszędzie. Nie, nie panikowałam. Potrzebowałam kijka, laski, drążka coś na czym mogłabym się podeprzeć.
Nic takiego nie było obok mnie. Leżałam i rozmyślałam. Nie ruszałam się, to nie bolało ale komfortowe też nie było. A przecież kilka dni temu z pozycji leżącej wstawałam bez podparcia rękoma. Kilka dni temu…..
Nagle pod łóżkiem zauważyłam kijek od wałka do malowania. Wiadomo remont. Leciutko i powoli dosięgłam kijek. Podparłam się na nim jak cierpiąca staruszka. Zgarbiona jeszcze ale wolniutko się wyprostowałam. Nic nie bolało. Poszłam do drzwi wyprostowana jak zwykle, zeszłam po schodach ale zbiegania nie próbowałam, bo gdyby zaczęło boleć to , właśnie zawsze mam czas sobie zaszkodzić.
Przy chodzeniu, bieganiu nawet schylaniu się brak bólu. Przy siadaniu minimalny ból. Wstać z krzesła to dopiero trzeba było pomyśleć jak to zrobić, a później wyprostować plecy to już sztuka nad sztuki.
Cwiczyłam od niedzieli, każdego dnia jedną godzinę. Tak jak kiedyś ściągnęłam appkę aby pomogła mi w mierzeniu czasu na rozciągnięcie, odpoczynek i ilość ćwiczeń. Nie potrzebowałam liczyć i pamietać. Zawsze zapominałam i zaczynałam liczenie od początku bo moje myśli jak jaskółki pod niebem szybują.
Dziś czułam się lepiej i już od tego tygodnia na ile czasu mi starczy, popłudniami wracam do remontu.
Dla relaksu upiekłam chlebek na zakwasie.
Miałam trochę problemu z zakwasem. Trzy razy wyrzucałam do zlewu. Zmieniałam mąkę. Przesiewałam i nie przesiewałam. Nie było sukcesu. Za czwartym razem nawet na słoik ciepłą skarpetkę naciągnęłam, opatuliłam i po czwartym razie dokarmiania zakwasu zostawiłam na 3 dni. Pokrywkę słoika zakręciłam. Doszłam do wniosku, że …. Przekarmiłam zakwas. 😃
Oczywiście to żart.
Dziś otwieram szafkę, wyjmuję słoik i zdejmuję skarpetkę……zaskoczenie. Wodą nie bodbiegł, kożucha zielonego nie ma, wygląda na zdrowy i świeży. Podrósl pięknie, a bąbelki to było cudo nad cudami. Przy odkręcaniu pokrywki słoika zakwas zrobił….pufffff. Zapach? Boski, taki jaki powinien być. Zakwasek młodziutki, więc zdecydowałam dodać trochę suchych drożdży.
Upiekłam chlebek.

“““““““
Dom pachniał chlebkiem.
Amerykańska mąka pozbawiona jest wszelkich minerałów i witamin. Trudno piasek zmusić do reakcji z wodą. Mąki jakiej używałam wcześniej, a było to przed covidem, niestety nie ma w sklepach, nie ma też na amazonie. Używałam tylko i wyłącznie do zakwasu. MM widząc moje zmagania kupił 1kg mąki za 23$. Zakwas sie nie udał ale będę dodawać do ciasta chlebowego. Bardzo, bardzo dużo zależy od mąki. Nie tylko zakwas ale i słodkie wypieki. Aby coś podrosło dodaję glutenu.
Posiadam amerykańską książkę kucharską pieczenia chleba i innego pieczywa. W każdym przepisie zalecane jest dodawanie glutenu.
Jeszcze przed covidem (namieszał bardzo) kupowałam na amazonie mąkę producenta Polskie Młyny. To była mąka!!!! Kupuję rosyjską mąkę – ostatnio z robaczkami, bośniacka mąka – z dodatkami robaczkami. ☹️
Od razu zagrycha.😋😋😋😋😋

Leave a comment