Dzień piąty diety

Czuję się fizycznie bardzo dobrze, nic mi nie dolega. Wczoraj za dużo wypiłam wody, więc miałam “niespokojną noc”. Wędrówki do łazienki odrobiłam, dłuższym spankiem. Ujemnym skutkiem diety jest marznięcie. Byłam zmarzlakiem, ale żeby kocyk elektryczny nastawiać wczesnym latem z 20 na 9 pozycję, to trochę niepokojące. Mimo, że w domu pamująca temperatura lekko przekracza 22°C, nałożyłam pod ciepłe długie spodnie rajtuzy, pod ciepły golf włożyłam, koszulkę bez rękaw i koszulkę jedwabną z długim rękawem, ciepłe skaprety i ciepłe długie papcie. Ręce mam lodowate. Dietę oczywiście, wciąż stosuję.

Śniadanie: trzy jajka na twardo z odrobiną majonezu. Czarna kawa.

Tak to było wszystko, co zjadłam na śniadanie. Nastawiłam timer na 4 godziny.

 

Przymierzyłam sztruksowe długie spodnie, kolor trudno określić, ciemny róż z dodatkiem truskawki? No coś takiego. Jeszcze nie mogę nakładać, niestety. Wciągnąć, wciągnęłam, zapiąć zamek też mogę, lecz wygląda to wciąż tragicznie. Inne spodnie o kolorze lekkiego różu, wciągnęłam lecz do zapięcia zamka brakuje mi ze 4-3 cm. DUŻO!!!!!
Może w następnym tygodniu w tych pierwszych spodniach będę wyglądać przyzwoicie, nie sądzę abym zapieła te drugie.
Jednym słowem tragedia. Całą zimę nakładałam spodnie sztruksowe w kolorze śliwkowo-pururowym, pasowały bo zawsze były większe, po praniu miałam troszkę problemów.
Sukienkę na córci urodziny (styczeń 2017) nałożyłam bez problemowo, brzuszek gdzieś tam mi się ukrył, fałdeczki dodawały uroku, można powiedzieć było ok. Przez 2 miesiące przybyło jeszcze więcej ciałka. Ot i klops.

Lunch: przyszykowałam dwa kawałeczki wieprzowinki. Po ugotowaniu, zjadłam jeden, drugim podzieliłam się z MM.
Nie sposób było to jeść. Przyprawy w jakich ugotowałam to mięsko, dodawały smaku lecz samo mięso,  przypominało trawę, jeszcze raz trawę. A że na nic innego ochoty nie miałam, zjadłam. Nastawiłam timer na 4 godziny. Nie, nie czekam z niecierpliwością kiedy one upłyną, ponieważ regularne posiłki zaspakają uczucie głodu na 4 godziny, chociaż już go nie mam. Baton snickers, również nie robi na mnie wrażenia, odsunęłam jedynie dalej, nie ma potrzeby patrzeć, już nie kusi.

Poćwiczyłam dziś godzinkę, czym zmobilizowałam MM. Pobiegał na bieżni i pojeździł na rowerku. Cieszę się, siedząca praca przed komputerem nie tylko jest męcząca ale i nie zdrowa. 

Kolacja:

Trochę nie typowa. Wyskoczyliśmy z moją córcią i jej chłopakiem do meksykańskiej restauracji. Dwa wypite piwa i cocktail shrimp. Shrimpy były smaczne ale za dużo. No cóż, i tak powstrzymałam się od jedzenia przystawek. Piwo? Oh wiem, dużo, bardzo dużo kalorii. Jutro pobiegam albo poćwiczę.

Menager podszedł do stolika i spytał, czy dziś zatańczę. O Matkk Boska, to obsługa pamięta!!! Kilka tygidni temu,  nie był to mój pierwszy występ solo w tej restauracji. W piątki gra orkiestra, samba, rumba, tango i inne kawałki, a ja usiedzieć nie mogę. Moi biesiadnicy, nigdy nie chcą tańczyć, to sama przebieram nogami, wiruję i wiruję. Dziś darowałam sobie występ taneczny. 

Samopoczucie? Głowa kłuje, ciśnienie krwi jak u noworodka, nie czuję się przejedzona i nie mam wyrzutów sumienia.
Mężuś spytał niepewnie, … może jutro na śniadanie donuts (amerykańskie pączki)…

Nie ma mowyyyyy‼️‼️‼️‼️😩😩😩😩

MM jest dumny ze mnie. 🏆🥉🥈🥇🎖🏅😀

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s