siedzenia w domu. Pierwszy tydzień chora, leżąca i kichająca.
Oszukała mnie pogoda. Ciepło i słonecznie było bardzo, no i wystawiłam swoje kości na te promienie. Zdradliwa okazała się ta miłość do słońca. Jeśli naprawdę kochasz, to ufasz a nie podejrzewasz, podglądasz, śledzisz, sprawdzasz. Jakie to proste….ufać. Zaufałam wiosennemu wiaterkowi i słoneczku złociutkiemu.. No cóż, wiaterek zawiódł. Słoneczko jakby nie zawiodło ale zwabiło. Więc, mam dwóch winnych. Leżałam i zdychałam. Co 5 minut temeratura skakała w górę i w dół. Kiedy była na górze, stopy w pocie pływały. Temperatura na górze, włosy unosiły się na powierzni potu. Po tygodniu zmagań zdecydowałam odwiedzić lekarza, a że już wszystko było na zwolnionych obrotach, to umówiona zostałam na…za dwa dni. “Za dwa dni” się nie odbyło, po mojej wizycie, przychodnia została zamknięta i jeśli pilne…dzwonić 911. Zostałam z niczym i w tej chwili powinnam się cieszyć, że z niczym, bo przecież mogłabym zostać z wiruskiem.
Ten tydzień wolniutko wracam do zdrowia i bez pośpiechu. Kwarantanna na całego.
Leave a comment