piątek 

Przespałam 12 godzin. Widocznie organizm potrzebował tylu godzin snu. Czuję się dobrze, do pracy jechać się nie chce, ale trzeba. Dziś będzie piękny dzień, słońce od wschodniej strony wpada do przez okno od  sypialni. Czas na poranną toaletę i kawę.

Musiałam wczoraj być naprawdę zmęczona. Słuchawkę zostawiłam na stoliku na decku, buty również. Kanapy i stolika nie przykryłam pokrowcami. Było gorzej niż myślałam, bo faktu siedzenia na decku dziś nie pamiętam. 😧

Czekam na kanapkę, MM pojechał kupić, czekam również na wodę aby kawę zaparzyć. No i …. do pracy w piątek rodacy.

Córcia już wróciła z wyjazdu w Sawannah. Zadowolona i wypoczęta. Zajechali również na Tybee Island. Dobrze że zrobili sobie odskocznię od codzienności, od wtorku letnia szkoła moje dzieci czeka.

1:45pm

Od godziny jestem w domku. Pogoda przepiękna, odpoczywam na decku. Staram się przypomnieć moment zostawienia obuwia i słuchawki na noc na zewnątrz – dziura. No cóż, nie powinnam się przemęczać.

Przesadzałam dziś małpią trawę na frontową rabatkę. Posadziłam bukszpan – w końcu – jeszcze jeden krzaczek został do posadzenia. Nie muszę się martwić bo miejsca mam bardzo dużo.

Przesadziłam też kalję do wielgachnej donicy. Mam kalję żółtą, białą, fioletową i ….dokupiłam herbacianą z czerwonymi brzegami. Cudo.

Teraz boli mi paluszek😢😢😢

Środowe plany

Zamiast spać do południa, przebudziłam się po 5am. Próbowałam zasnąć, podrzemać chociaż, nic nie wyszło. Kawcia, kanapeczka, jedzonko pieskom. Wyszłam na zewnątrz, za wcześnie na prace i hałasowanie, odczekałam do 9am. Zaszalałam, normalnie zaszalałam, jeszcze godzinka no dwie i metale byłyby zrobione. Krawężniki metalowe oczywiście. Musiałam przewalać olbrzymie i ciężkie, bardzooo ciężkie płyty kamienne. Nie, nie podnosiłam, wszystko sposobem, tego nauczył mnie Tatuś. MM niedowierza, że sama, do położenia potrzeba było 3 facetów, ale oni wszystko brali na siłę, trzeba trochę ruszyć głową i użyć mózgu. No nie każdy miał takiego Tatusia jak ja. Swoje dzieci również uczyłam, pracować z głową.

Teraz lampka Port California i głośna muzyka. Pogoda piękkknnnaaa, tylko na decku.

Nie lubię kiedy czarny sąsiad jest w domu. Nie bywa czesto ale wydaje mi się że mnie obserwuje. Kiedy pieski podniosły alarm po 10:30 zdenerwowalam sie i zadzwoniłam do MM. Wiem że późno ale bałam się i nie wiem ale czegoś się obawiam. Zabiorę pieski do sypialni na dzisiejszą noc.

Już leżę w łóżku. Zima wciąż gdzieś biega.

Umęczona

Leniwe wstawanie, przeciąganie się, niechęć do pracy. Ostatecznie mobilizacja i wyjście na “pole”. Obeszłam włości, nie wiadomo w co ręce włożyć. Po sobotnim obcinaniu gałęzi przez specjalistyczną firmę, na ziemi pozostało wiele małych gałązek. Nie było porządku przed ale po, powstał większy bałagan. W końcu wyciągnęłam kosiarkę. Zcięłam trawę na dwóch trawnikach, na zboczach nie kosiłam lecz jeździłam rozdrabniając wielkie liście magnolii. Kosiłam pozostałe liście po żonkilach, mizerne wschodzące inne kwiatki, nazwy nie pamiętach a które uroku żadnego nie dawały. Zbocze wysokie i wciągając kosiarkę strasznie, ale to strasznie się umordowałam. Po zakończeniu prac na lewj stronie, stojąc przodem do domu od ulicy, stwierdziłam,  że trzeba coś zrobić z prawą stroną “pola”. W tym lesie po prawej stronie to dopiero robota.

Naturalne “piękno” przyrody! No cóż można zrobić w lesie? Zaczęłam z brzegu na wprost garażu. Popieliłam troszeczkę, między małpią trawą rosły chwasty. Czym dalej w las tym więcej drzew. Popiłowałam konary i paletę, składowisko i obietnica MM. Popiłuję…słyszałam od kilku miesięcy. Nie popiłował, niby kiedy? Wygięłam całkowicie jedną piłkę na konarze, drugą tylko troszkę, piłowałam elektryczną piłą. Drewno popakowałam do pojemnika na śmieci oraz wielkiego czarnego plastikowego wora. Pojemniki na śmieci są bardzo duże i na kółkach.

Weszłam dalej w las i zaczęłam dmuchać liście. Z liści zrobiłam kopczyk na długość działki. Liście z wierzchu suche, pod spodem mokre. Myślałam, że nie skończę tej pracy. Chwilam chciałam to wszystko rzucić. Po godzinie 7pm skończyłam. Rozłożyłam krzesło sportowe w garażu, wyjęłam z lodówki piwo i z jedną przerwą w piciu, całą zawartość butelki wlałam w siebie. Poczułam się jak, prawdziwy robol. Taki brudny, spocony, zmęczony.

Po prysznicu wypiłam jeszcze dwa piwa i dużoooo wody. Uczucie satysfakcji to jedno a drugie, gotówkę jaką miałam przeznaczyć na firmę ogrodową, zatrzymałam w swojej kieszeni.  Fakt gdyby ktoś chciał zarobić, ale nikt nie chce pracować, brać kasę jak najbardziej, chętnych szukać nie trzeba by było.

Przysłowie: kasa wzbogaca, sprawdziła się, w tym przypadku😀

Pamięć

Leżąc w łóżeczku jak zwykle poczytałam news z kraju i ze świata lub odwrotnie świata i z kraju. Lokalnie: pochmurnie ale cieplutko, niektóre ulice zamknięte i omijać, powalone drzewa zablokowały przejazd, główna autostrada łącząca NY z Florydą wciąż w naprawie po spaleniu i zawaleniu się, możliwe że pod koniec maja oddana zostanie do użytku.

Cynamon czyni cuda!!! No to jeszcze w pidżamie pobiegłam pisypać kwiatki i krzaczki. Sypie na ziemię i kwiatuszki. Po skończeniu zorientowałam się, że ten zapach mnie nie drażni i nie jestem nerwowa, a powinnam. Czytam, napisy na buteleczce duże, okular nie potrzebuję jeszcze taka ślepa to nie jestem. Cloves, no oczywiście goździki. Wzięłam cynamon do ręki i poszłam na swoje”pole” ponownie. Posypując, tym razem odwracałam głowę.

Teraz mam mieszankę na krzakach i kwiatach, goździkowo-cynamonową. Może zapach cynamonu odstraszy wiewióry?  Byłoby dobrze. Może zapach goździków je przywoła, byłoby nie dobrze!

Więcej czasu, wolny cały tydzień, mam czas na zaparzenie kawy w rondelku. Co za zapach ahhhh, co za smak ahhhh. Nie zawsze jest czas delektować się, jeśli trzeba do pracy. Do pracy! Praca nie tylko daje pieniążki, wyjście z domu, styczność z ludźmi, wymiana zdań na tematy nawet te nieważne jest ważne.

Byłam z MM w biurze projektowym kuchnie. Całkiem inne spojrzenie, tym razem zajmuje się nami młoda kobietka. Potrafi podpowiedzieć i poradzić, co bardzie funkcjonalne. Oczywiście wiem co mi jest potrzebne i to również zmieniamy w komp, ale są kwestie całkowicie mi w tej chwili obojętne, więc ona służy pomocą i podpowiada najlepsze rozwiązanie. Poprzednio w HomeDepot – facet, bez żadnych podpowiedzi, co chcę i jak chcę to zmieniał lub nie, jemu było obojętne nie jego kuchnia i ja z nią będę się turlać, chodziło jedynie o zainkasowanie kasy, a cena z kosmosu, jedynie szafki bez kosmetyki (malowania, układania kafelek, zmiany instalacji gazowej, wodociągowej i elktrycznej.) W tym office mamy dokładnie wyliczone ze wszystkim – gotowym do przyjęcia wszelkich robót, połowa ceny. Zdecydwaliśmy się. MM umawia się na termin robót, kiedy to będę nieobecna w domu, wrzesień. To mi odpowiada. Wyjeżdzam stara kuchnia, wracam tatammmmm, nowa kuchnia. 😀😀😀. Jeszcze odbędną się spotkania i uzgadniania, lecz na ten moment, wiemy na czym stoimy. Nie musimy brać innej ekipy do malowania, kafelek (a tak swoje obecne kafelki lubię, trzeba poszukać w internecie, może ktoś takie ma) itd. Jesteśmy zadowolenia z obługi i ceny. Jeśli coś wybierzemy droższego ( the lux) to i cena podskoczy, zdajemy sprawę, rozumiemy.

Dziś mam Mother’s Day – ogólnie

Obchodzimy w niedzielę, ja dzisiaj. Idę robić się na “bustwo”😀😀😀😩

Chciałam zrobić zdjęcie przed wyjściem ale…tylko zmarszczki najlepiej się uwidaczniają na zdjęciu reszta urody blaknie przy nich. Ech😢😢😢😢 No takie to są urody ludzi + ileś tam. Kiedyś myślałam, że mam zmarszczki, teraz to na pewno mam, nie muszę ich szukać z lusterkiem powiększającym, jak to dawno temu było. Mam to mam.

Nałożyłam sukienkę , która dość długo wisiała i czekała na okazję, mam takich rzeczy z metkami jeszcze dość sporo😀. Jak na mamuśkę dorosłych dzieci,  wyglądałam nie dość ale naprawdę superowsko. Byłam już po dwóch alkoholowych drinkach. Wciąż przestrzegam diety, może nie tak restrykcyjnie jak na początku stosowania diety. Dwa drinki zadziałały, chociaż nie potrzebuję wspomagacza aby być szczęśliwą, moja buzia zawsze się śmieje. Podchodzi do mego stolika kobieta, podchodzi do mnie, wiem że nie jest kelnerką bo mamy kelnera, wstaję i mówię do niej …. znam ciebie, ja ciebie znam… ona na to …jestem twoim lekarzem… o mój Boże …odpowiadam i biorę ją w objęcia. Całuję ją w policzek, ona składa mi życzenia z okazji dnia matki. Odwzajemniam życzenia. Ona była szczęśliwa ja również. Odeszła. Moje dzieci i mąż patrzą na mnie w oczekiwaniu wyjaśnienia, kim była kobieta. Moja ginekolog. MM skwitował – dobrych i szczęśliwych ludzi wszyscy pamiętają. Odchodząc podeszłam do jej stolika życząc miłego dnia. To była naprawdę niespodziewana niespodzianka, no bo jakie mogą być niespodzianki?  Czy w Polsce jest możliwym, aby lekarz podszedł do pacjenta i składał jemu życzenia? Szybciej śmierci można się spodziewać.

Byłam nauczycielem akademickim, nigdy się nie stawiałam. Dwóm studentkom załatwiłam pracę. Na ulicy i w sklepie podchodzili studenci do mnie z … dzień dobry  pani profesor, czy pani mnie pamięta?… niestety nie pamiętałam, żeby to była jedna klasa to możliwym, że 30 osób bym zapamiętała lecz więcej, z młodszych i starszych roczników, niestety, odpowiadałam…oczywiście, że pamiętam, co u ciebie, jak dajesz sobie radę…. Wiem, wiem, że to nie fair, lecz co można uczynić aby człowieka nie urazić, tym bardziej że darzy ciebie jakimś uczuciem, pamięta i chce być pamiętanym. Trudna sytuacja. Teraz po latach twarze moich studentów całkowicie się zatarły, z iminia niektórych pamiętam, z nazwiska jednego szczególnie. Nie da się zapomnieć, kiedy ci na wykładach zjada kanapkę wraz z folią w którą mama zawinęła, trzeba było wzywać pogotowie ratunkowe.

Dzisiejsza sytuacja dała mi  bardzo dużo do myślenia. Ludzie mnie pamiętają bo chcą pamiętać, a to bardzo miłe. Dzieki im za to i wielkie ukłony w ich stronę.

Kanapowiec

Tak jak zaplanowałam. Po pracy wpadłam jeszcze na yard. Obejrzałam sobotnie i wczorajsze nasadzenia. Lilia różowa paaachnie przecudnie. Wiewiórka zrobiła trochę dołów. Ogólnie wszystko się pięknie zieleni i kwitnie. Posdziłam dwa krzewy i trzy zostały na jutro. Dwa bukszpany pójdą na front przed murek. Krzew o ciemno bordowych listeczkach posadzę pomiędzy dwa inne po drugiej stronie front yardu.

Poprawiałam krawężnik. Niedokończona dróżka to i krawężnik mi się zepsuł. Montuję metalowe długie listwy aby kamienne krawężniki miały stabilne oparcie, plastikowe są za delikatne. Wyliczyłam że potrzebuję 25 szt aby wszystko dokończyć i 50 specjalnych mocowań do listw. Przy okazji dokupię jutro kwiatuszków🙃.

Wymęczona położyłam się na kanapie przed tv. Program o łączeniu rodzin mnie wciągnął, przy jednej historii uroniłam łzę a inna mnie uśpiła. Po przebudzeniu nie chciało mi się przenosić do sypialni lecz wizja “połamany kości” jutro z rana, szybko postawiła mnie na nogi.

Czas spać,  jutro pracowity dzień.

Niedzielne bułeczki

 Przed południem pojechaliśmy po kilka krzewów i kwiatów – zabrakło.
Kupiłam cudnie pachnącą i wyglądająco różową lilję.
W dużej donicy mam białe. Jeszcze nie kwitną, za miesiąc, będzie i zapach i kwiecie. Mimo niedzielki, wszystkie kwiatki posadziłam do gruntu. Różowiutka lilia będzie rosła w donicy.
Obrysowałam również miejsce na drugi krawężnik mojej dróżki.
Jutro po pracy czeka mnie robota. Wiem, że nie wolno mi podnosić ciężkich jamieni, nie będę podnosić. Nie chcę nadwyrężyć kręgosłupa. Jeśli czuję się dobrze, nie wolno mi tego zepsuć.
Bułeczki upiekłam, zawiozę jutro synowi, kilka zostawię sobie.

Ogrodnictwo

k.kwiat13ak.kwiat12ak.kwiat11a

Umówiona firma ogrodowa nie przyjechała. Mieliśmy uzgodnić warunki pracy i płacy. Czy to pierwsza firma chce się nachapać i się nie narobić? Nie. Facet od dokończenia mojej dróżki oraz krawężnika tylko z jednej strony, rozsypania kory i ułożenia i rozsypania kamieni, zaśpiewał 4tys$. Chory. Kilka dni pracy, moje materiały i w większości moje narzędzia, on chce za samą robociznę 4tysie. To praca dla 3 facetów na 3 dni. Dzień liczę 6-7godzin. 7hx3dni=21h x3os= 33h

4000:33h = 121,21$/h

Nieźle sobie wykombinował.

Jestem kobietką i krawężnik ułożyłam w ciągu jednego dnia, w przerwach piekłam kajzerki. Facet ma więcej siły i jeśli tym się na co dzień zajmuje nie potrzebuje myśleć jak, gdzie i co.

Będę kończyć sama backyard.

Ci co dziś mieli przyjechać mieli być od front yardu. Wychodzi na to, że i na froncie sama będę musiała posprzątać, do cięższych prac weźmiemy robotników ze stójki. 2 facetów na kilka godzin 20$/h. Zawsze to taniej.

Dziś kupiłam kwiatuszków i krzewów. W miejsce wymarzłych krzewów już posadziłam nowe.

Pozbierałam gałązki z jednej strony front yardu. Podmuchałam po wichurze i nadałam trochę wyglądu ale tylko z jednej strony. Za duża działka, żeby zrobić w ciągu kilku godzin. Oczywiście robiłam przerwy na kawkę.

Ostatecznie, wymordowałam się. Po prysznicu MM bardzo nieśmiało zaproponował zamówienie pizzy. Po zastanowieniu przystałam na propozycję. Miałam ochotę na piwo, ale tak na sucho pić nie bardzo wypadało. To była wspaniała decyzja. Wypiłam dwa piwa i zjadłam calutką małą pizzę. Smakowała wyśmienicie, dodatkowo zamówiłam ananas. Super, super i jeszcze raz super.

Decyzje

Przepiękny dziś dzień. Słoneczko świeci lecz nie parzy. Od rana zajęłam się sobą, włoski ułożyłam, makijaż i paznokcie pomalowałam. Patrząc w lustro nie chcę się wstydzić swego wyglądu. Nic nie planowałam, wyjścia, wyjazdu, nawet prac ogrodowych. Chcę ładnie wyglądać dla siebie, cieszyć się swoim widokiem zanim jeszcze mogę.

Przez okno spojrzałam na front yard i zdecydowałam zadzwonić do firmy ogrodowej. Skosić i dopatrzyć trawników, korę i igły rozsypać, podciąć krzewy, posprzątać i zrobić ogólny porządek.  Czekam na szacunkową wycenę.

Mam dość, mam dość zajmowania się ciężkimi pracami i jeśli chcę pożyć dłużej i bez cierpienia, tym bardziej nie powinnam tego robić. Do mnie mają należeć kwiatki, przesadzanie, sadzenie i podlewanie.

Back yard… to zaraz obrośnie w historię. MM poszukuje firmy która dokończy moje dzieło. Na razie to tylko obiecanki lecz żadnej wyceny nikt nam nie przedstawił. Pozostało niewiele do zrobienia, ja tego robić już nie mam zamiaru. Uzbroiłam się w cierpliwość i czekam.

Zadzwoniła córcia z zapytaniem, czy możemy podjechać do Costko (potrzebna karta wejściowa). Z i Ivanem zrobili większe zakupy. Wróciłam do domku.

Firma była pod moją nieobecność, podobno oszacowała to i owo. Umówiłyśmy się na sobotę rano. Niestety nie przyjechała. Za dużo pracy, lenie i to wszystko.

Pole  nasze, wasze i niczyje

Nie ma co ukrywać, z MM śpimy oddzielnie. Jego chrapanie jest za głośne aby zastawić otwarte drzwi do jego sypialni, nie mówię o spaniu w jednym łóżku. Wiele razy przenosiłam się w ciągu nocy do sypialni na wprost lub na dół do gościnnej. Mam tak, że nie zasnę na nowym miejscu. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, mam ogromne kłopoty z zaśnięciem. W domu w Polsce wałkuję książki do 3 na ranem. Wiele razy wyłączam lampkę myśląc, że jest pora na Morfeusza, tylko że on gdzieś odchodzi w ciemnościach, zapalam lampkę powracam do lektury.

Słyszałam jak MM zszedł na parter i za chwilę słyszę tup, tup takie drobniutkie. W sypialni ciemno ale wiem że to Zima przyszła mnie odwiedzić. Zatrzymała się na holu bo tup tup ustało. Powolutku zbilżyła się do łóżka, nie widzę lecz słyszę. Odezwałam się do niej, oparła przednie łapki o mój materac, pogłaskałam i kazałam zejść do kuchni. Pobiegła. Usnęłam ponownie.

Podmuchałam paprochy i przygotowałam kącik na śniadanie. Kawcia i becon z MM przy akompaniamencie świergotu ptaszków. Niekończący się repertuar, niezmordowane struny głosowe.

Dziś wykopię wyschłe i wymarzłe krzewy. Muszę się sprężać od poniedziałku do pracy. Nie narzekam, zawsze cieszę się na powrót do pracy. Coś się dzieje no i przypływ gotówki. Bez pieniędzy jest ubogo, chociaż w zasadzie to ja nic nie potrzebuję. Jedyne to jakiś prezent siostrze na jej 60te urodziny. Myślę o bransolecie z diamentami, jeszcze nie sprawdzałam w jakich cenach. Możliwe że nastąpi zmiana prezentu. Mamusia dostanie kwiaty cięte na 88 urodziny.

Skrzynkę na listy z obu stron przyozdobiłam większymi odblaskowymi numerkami domu. Na razie będą świecić, z biegiem czasu literki czarne na białym tle blakną i nie świecą już tak intensywnie jak nowiuśkie.

Przyjechała pani z firmy szafek kuchennych. Wymierzyła, naniosła szkice w swoich papierach, pogadała, dała wizytówkę, uścisnęła rękę i pojechała. Zaproponowala zostawić moją witrynę włocławkową w takim stanie jak jest, rzekomo to jest już antyk. Nie są spotykane a to się ceni. OK. Zostawię. Nie znam się na amerykańskich antykach, zaufam fachowcom.

Poprzednia firma z HumeDepot zaśpiewała za zrobienie kuchni 50 na wstępie ze wszystkim byłoby tak do 80k. Za taką kwotę można kupić domek z piękną kuchnią, w gorszej dzielnicy bo z multikulti, ale zawsze alternatywa.

Przyjęłam Zyrtec, tabletki antyalergiczne, leci z nosa, kaszlę i kicham. Wiadomo chemia, bez niej jednak nie da się normalnie funkcjonować na podwórzu. Komarów nie ma, muszki latają też sporadycznie, chemia je wytruła. Wszędzie chemia, jedzenie, powietrze, ziemia, woda i żeby było do rymu, pogoda też.

Dwa uschnięte lub zmarznięte krzewy puściły zawiązki listeczków, tylko na jednej gałązce co oznacza że część korzeni jest jeszcze do uratowania. Obcięłam gałązki suche krócej i włożyłam do wiaderka z wodą, zamiast do pojemnika na śmieci. Krzew był śliczny. Może da się uratować, muszę zastanowić się gdzie posadzić i pamiętać aby na zimę okryć. Jaka u nas zima, śmiech😀😀😀😀🙃, widocznie i taka zima im nie odpowiada.

Wykopując suche tuje i krzewy, odkryłam, że one wyschły z jakiejś innej przyczyny niż pogodowych. Ukorzenione bardzo dobrze, trudno było ke wykopać, nasłonecznienie odpowiednie, nie za dużo i nie za mało słońca. Nawadniałam wystarczająco, muszę poszukać przyczyny.

Ogrodnik to jest taka osoba, która poszukuje przyczyn, obumarcia, wyschnięcia, zalania, nieurodzaju, nadurodzaju, kwitnienia za cześnie, za późno itp

Cierpliwością i pracą ludzie się bogacą

Jest popołudnie, zapracowana zapomniałam o śniadaniu i obiedzie. Jedna kawa to za mało i trudno liczyć jako posiłek. Nie mam pomysłu na obiad, jak często można jeść jajka, bekon, ryby, shrimpy, i wszystko akwariowe obrzydło. Coś bym zjadła ale co? Następna kawa i …. cottage cheese wymieszałam z winogronem i odrobiną miodu. MMowi wyjęłam jednak udko kurczacze. Napracowałam się i nie będę miała siły robić sałatki, na kolację zjem kilka pomidorów albo żółtą papryczkę.

Cieplutki wiosenny deszczyk mnie wygonił i zanim wszystkie narzędzia pozbierałam, wiaderka i worki plastikowe z zielskiem uporządkowalam, przykryłam meble ogrodowe, złożylam parasolkę, zmoknięta ociekająca kroplami deszczuzauważyłam, że deszczyk ustał. Już nie wróciłam na swoje “pole”. Na dziś wystarczy prac polowych, mimo że słoneczko cudnie świeci i nie jest upalnie. Jutro też będzie dzień, pojutrze również.

Zeszłam na dół na gimnastykę terapeutyczną. 1,5 godziny ćwiczyłam swoje  ciało i kości.

No i jak nie wyjść na podwórze, kiedy słoneczko cudne. Wyrywałam zielsko, zbierałam gałązki, śpiewałam, tańczyłam nawet na kuckach. Ot i taim momencie rozkosznym moja córcia zadzwoniła. Rozmawiając przez tel jedną ręką zbierałam resztę gałązek.

Odwiedziła w szpitalu swoją bossową. Kobieta upadła i złamała biodro. Też tak robię jak ona robiła. Kładę gałąź z jednej strony ma być wyżej i z całej siły stukam stopą  w gałąź, czasami od takiego stuknięcia cała noga boli. Kobieta niestety się przewróciła. Nie będę tak już robić, to niebezpieczne. Córcia w szpitali spędziła ponad 2 godziny, bossowa uczyła ją niektórych spraw księgowo-kadrowych. Córcia była bardzo cierpliwa, wysłuchała całą historię zdarzenia, zabiegu i rehabilitacji jaka nastąpi. To to chyba ma po mnie 😀😀😀.

Moje ”pole” jest ładnie posprzątane. Jestem zachwycona.
Cierpliwość  jest towarzyszką mądrości.

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Dzień drugi diety

Po wczorajszej pracy na podwórzu, dotleniona spałam dość długo. Bez pośpiechu zeszłam do piesków na dół. Czekały przy bramce witając popiskiwaniem. Nakarmiwszy pieski, rozpoczęłam przyszykowywanie śniadania.

Dziś dzień warzywny.

Zrobiłam sałatkę z :

listków szpinaku, czerwonej papryki, ogórka, sałaty, pomidorka. Dodałam łyżeczkę majonezu light, oraz jogurt plain.

Na deser 7 truskawek.

Lunch:

przygotowałam talerzyk truskawek. W smaku nie przypominały truskawek z zapachu też i po zjedzeniu kilku wywaliłam do kosza. Nie ma sensu jeść coś, co z wyglądu jest owocem a w smaku dosłownie niczym.

A więc, na obiad były marcheweczki i pół czerwonej papryki.

Z uwagi na palące słońce, uniemożliwiające prace na yardzie, zrobiłam sobie godzinną sesję rehabilitacji.

3:15 pm ….byłam  głodna!!!!!!!!! Nie na tyle, żeby zjeść surowego ziemniaka, chodził  za mną kawałek szynki, ciastko albo snickersa, który leży mi dosłownie na oczach.
Snickers musi leżeć, ma przypominać o moich fałdkach, które mam dzięki wszelkim słodkościom.

Wróciłam z yardu, spojrzałam na snickersa i chciałam po niego sięgnąć, w ułamku sekundy mózg zadziałał….JESTEM NA DIECIE!!!!!…

Kolacja 5pm sałatka warzywna: pomidor żóly i czerwony, żółta papryka, cukinia, ogórek szklarniowy, majonez light i plain jogurt.

Smakowało wyśmienicie, dodałam sól cebulową.

Po “kolacji” wyszłam jeszcze popracować na yard. Słoneczko było z drugiej strony domu i nie grzało mocno, w miejscu gdzie wciągałam liście do maszyny.
Jutro trash day, zwiozłam 4 wielkie ciężkie wory z rozdrobnionymi liśćmi na dół, na ulicę, pozostałe pojemniki również. Poczułam się baaaardzo zmęczona.

Po 8pm usiadłam przed tv z lampką wina. Nie miałam ochoty na marchewki, pomidory czy paprykę. Bardzo często po ciężkiej pracy na yardzie, mam ochotę na lampkę wina lub drinka. Dziś miałam bardzo pracowity dzień  i …. szczególnie dietetyczny.
Potrzebuję chwili relaxu.

Jutro trzeci dzień diety. Trudny dzień, bo trzeci jest zawsze tragiczny. Wiem, że dam radę.

Między jednym odcinkiem “House” a drugim, obejrzałam reklamę grubasów, którzy zrzucili, tonę kg? Nigdy tak nie wyglądałam i wyglądać nie będę. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojej diety.

Czy muszę i czy chcę.?

Już się nie zastanawiam, za oknem wichura, zastanawiam się które drzewo z 30-tu,  nie wytrzyma. Zwali się na dom, czy obok? Wiać będzie do 11pm, a więc  dwie godziny. Wichura wyzwala we mnie strach i obawę. Nasłuchiwałam syren alarmowych, były tylko pożarowe i policyjne samochody. Dla poprawienia samopoczucia pozwoliłam pieskom wskoczyć na kanapę. Jakby to coś pomogło😩

Poczułam się pewniej , po prostu nie byłam sama, one też były bliżej swojej pani.

Do szczęścia nie trzeba wiele, ciepła strawa i łoże…. mówie o psach.

Pierwszy dzień diety

Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.

Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.

Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.

Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.

Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.

Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.

Druga zasada, pić wodę.

Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.

Dlaczego tak się katuję?

144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie nie jestem beczułką, którą można toczyć,  ale nie długo mogę być.

Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.

Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.

Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.

Wiosenne kwiatki

Zasnęłam dopiero po północy, po wypiciu syropu nasennego Zzzz. Nad ranem się rozpadało, dobrze, deszczyk jest potrzebny kiedy jest cieplutko.

W tygodniu był przymrozek i wszystkie krzaki azalii mają zmarznięte oklapłe kwiatuszki. Przykro patrzeć. Mrozek nie zaszkodził natomiast tulipanom. Listeczki dopiero wychodzą z ziemi. W tym roku chyba nie zakwitną. Cebulki były maciutkie i marniutkie. Może jakiś pojedyńczy kwiatek? Uwielbiam tulipany.

Wiewióry wyjadły i wygrzebały. To co wschodzi, posadziłam może miesiąc temu, nie miałam ochoty karmić szkodników. Zabezpieczyłam plastikową siatką, ale one podchodzą bardzo blisko domu. Dziś wybiegłam z domu kiedy zobaczyłam wiewiórę rozgrzebującą ziemię w donicy. Znalazła wolne miejsce nie zabezpieczone siatką. Przstraszyła się? Podniosła głowę spojrzała na mnie i czekała, nie wiem na co, ale ruszyła do ucieczki, kiedy byłam naprawdę blisko. Mam wrażenie, że niedługo to ludzi zaatakują. Kupiłam jeszcze dwie rolki siatki. Muszę dokładniej uszczelnić.

Krzaczki niezapominajek rozrosły się i mam nadzieję na kwiatki w tym roku. W ubiegłym roku nie zakwitły.

Śnieżyca wiossenna od kilku lat wypuszczała tylko listeczki, w ubiegłym roku było kilka łodyg z kwiatkiem, ten rok był urodzajny. Krzaczki ciemiernika mi się rozrosły, mam w trzech kolorach, zielone, białe i prawie czarne. Cieszą moje oczy.

Nie wschodzi paprotka leśna, w donicy i na gruncie. Może za wcześnie lub było za zimno. Ogólnie nie lubię paprotek, nigdy nie trzymałam w domu, w ogrodzie jak najbardziej, to są inne gatunki i ogrodowi nadają specyficznego leśnego nastroju.
To co mi wymarzło lub szkodniki wyjadły, trudno. W tym roku, kupię znów sadzonki lub cebulki jesienią i będę walczyć o moje rabatki.

 

 

Pozostałe kwiatuszki z mojego ogródka.