Mięsko na gołąbki

Ciężki dzień miałam dzisiaj. Zresztą jak zawsze. Trawka zieloniutka, podlewam, dokarmiam. Krzewy i letnie kwiaty rosną. Drzewa niepotrzebne wycięłam, oczywiście piłą elektryczną.

Czas na nowy projekt. Ciśnieniowe mycie wjazdu, chodników, murków, tarasu i patio. To są moje brudne nóżki 😁😁😁😁Zaczęłam wcześnie rano, skończyłam przed lądowaniem MM. Zostało dość dużo pracy na jutro.

Niezmordowana, nie chciałam zepsuć mięska na gołąbki.

Kapustkę przygotowałam i czas na mięsko. Otwieram mięsko z indyka, pachnie dobrze. Otwieram wołowe…zapachniało mi inaczej, na pewno nie świeżością. Dodałam jajeczka itd…wrzucam do maszyny bo nie będę przecież spracowanymi rączkami mieszać.

Jeszcze przekonuje siebie, że jest dobrze, że znów wymyślam. Moj nosek jest tak bardzo delikatny, że wywącha to czego nikt inny nie wywącha. Mam to po Tacie. Nie zdecydowałam się użyć tego mięska do gołąbków.

Odebrałam MM z metra i zajechaliśmy po inne mięsko. Moje trafiło do kosza. Zdejmuję folię z tacki i wącham, zapaszek nie dobry, oj nie dobry, zagłębiam paluszki w mięsku wołowym, a tam pod warstwą czerwonego mięska, zielono-granatowo.

Pojechaliśmy do sklepu aby wymienić mięsko. Tym razem jeszcze w sklepie zdjęłam folię z tacki i w zabezpieczonych w worek foliowy paluszkach, rozgrzebałam mięsko. Tym razem wzięłam wieprzowe. Miesko dobre, w domku pachnie gołąbkami.

Jeszcze 20 minut i gołąbeczki będą gotowe.

Dodałam mięsko z indyka i wieprzowe. Lubię takie mieszanki.

Smacznego

Przy sobocie po robocie oraz zrozumienie starości

Co to oznaczało, nie wiem i tak na prawdę, nigdy mnie nie intetesowało i nie interesuje. Pół dnia przegadałam na skype z jedną siostra, później z drugą, która jest teraz w Polsce. Z mamusią już nie rozmawiałam. Zmęczona była bardzo po wizycie starszej. Nowościo-wiadomości dowiem się jutro. Moja mamusia jest stareńka we wrześniu skończy 89 lat. Mimo wieku i chorób jakie przeszła, trzyma się dobrze. Z laską dojdzie do sklepu osiedlowego i wróci z zakupami. Zrobi sobie śniadanie i obiad. Nie musi, bo siostra mieszka w tym samym domu (to jest dom dwurodzinny) mają jeden korytarz ale osobne wejścia do ich mieszkań. Młodsza mieszka właściwie całe życie, właściwie…bo dom się zmienił. Powiększył, poszerzył i dobudowany został strych. Więc, młodsza siostra jest tam od zawsze. Po śmierci tatusia i wcześniej było różnie, ale ludzie zaczynają rozumieć i dobrze że zmieniają się na lepsze. Siostra opiekuje się mamusią, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna. Moja opieka jest sprowadzona do opłaty zużytego przez mamę gazu, wysłanie paczki, rozmów.

Przyjechała starsza, ze swoimi problemami. Mamusia jest już zmęczona słuchaniem o problemach, kłopotach, tym bardziej, że starsza nie mieszka w Polsce. Mamusię ineresuje, jeśli jeszcze w tym wieku cokolwiek interesuje poza własnym zdrowiem, rodzina która jest obok, to znaczy, na skinienie ręki lub zamamrotanie pod nosem.

Zmieniłam nastawienie do starzenia się mamusi. Jakiś czas temu, byłam poddenerwowana jej spospbem postępowania, mówienia, plotkowania, zapominania, oskarżania, buntowania się. Zrozumiałam, że to jest pierwsza osoba z którą my córki mamy kontakt, która starzeje się przy nas. Tatuś szybko odszedł, a jak się starzał to starzał się przy mamusi. To ona nim się opiekowała i to ona w tej ostatniej minucie wróciła ze sklepu i potrzymała tatusia za rękę kiedy umierał. To ona moja mamusia, najbardziej cierpiała. I to nazywa się miłość. A ja jej zarzucałam jeszcze nie tak dawno, że tatusia nie kochała. Potrzebowałam czasu aby to wszystko zrozumieć.

Skype nie zastąpi osobistego kontaktu, lecz jest tak i tak zostanie.

Po południu, skosiłam trawę na front yardzie, już po raz 3. Trawka pięknie się zieleni i rośnie. W niektórych miejscach (nazywam placki) trawka bardzo wolno rośnie lub jej nie ma. Muszę dosiać trawkę w tych miejscach, czekam na chłodniejsze dni i trochę więcej deszczu.

W ten weekend jestem sama, MM pracuje na wyjeździe, smotnie mi troszeczkę.

Wspaniała pogoda, siedzę na decku. Godzina 8:30pm, wciąż widniutko i cieplutko.

Uszczęśliwienie

Obudziłam się wcześnie, bo to chwilę po 7am będzie jeździć śmieciara. Muszę dopilnować jak będą podjeżdżać pod mój podjazd, poprosić aby zabrali zwiazane gałęzie. Nie muszą zabierać, to inna ekipa jeździ, ale jak poproszę i dam 30$ to i ta od śmieci zabierze. Ekipa od “zielonych” jeździ raz na miesiąc albo i rzadziej, trzeba zadzwonić to pierwsze, drugie kupić worki – papierowe.

Jednym słowem czekam na śmieciarę. Uchyliłam okno i nasłuchuję leżąc w łóżku. Pewnie że usłyszę, przecież robią taki łomot, że głuchy usłyszy.

Dziś będzie ładna pogoda☀️☀️🌤🌤⛅️⛅️⛅️☀️

Już zabrali związane 3 spore pęczki gałęzi. Wpuścili te pęczki do maszyny, a ona wciągnęła szatkując. Zadowoleni z napiwku, a ja jestem również zadowolona. Uszczęśliwiłam ludzi już na początku ich pracy. Mam nadzieję, że będą mieli miły dzień, czego im życzyłam. 😁☀️

Dla mnie również rozpoczyna się nowy, piękny, słoneczny DZIEŃ.


Trzymałam nasionka kwiatków ponad 3 lata. Szkoda mi było wyrzucać. Z torebeczek wsypałam do jednego pojemniczka, pomieszałam i … posiałam. Nie ważne czy wzejdą, czy nie. Znalazłam też nasionka sałaty, bazylii, koperku i buraków… wymieszałam wszystko razem i posiałam tak jak się kiedyś siało żyto ( widziałam na filmie Nad Niemnem). Urośnie dobrze, nie urośnie, mała strata i tak nasionka miały trafić do pojemnika na śmieci.

Trawę siałam podobnie i mam zielono. Kilka lat temu pieściłam się z sianiem i to co wzeszło, od razu zginęło.

Zrobiłam opryski nowej trawki od wszelkiego robactwa.

Przyszedł czas na obiad.

Będą placki ziemniaczane!!!

Szybciutko się robi. Obieranie migiem, tarkowanie migiem, smażenie od razu na dwóch patelniach. 40 minut placki gotowe i kuchnia posprzątana. W sumie 4 patelnie placków.

Do tego mleczko.

Dziwne zdarzenie się przytrafiło.

Popijałam placki mlekem bez laktozy. Poczułam słodki smak mleka co mi zupełnie nie pasowało do placów.

Czasami jem placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem, ale nie spodziewałam się słodkiego mleka. Zmusiłam się i wypilam połowę szlanki, nad połową zaczęłam się zastanawiać: wylać do zlewu czy udawać przed sobą, że jest wszystko w porządku. W tym momencie poryszyłam się na krzesełku i niechcący trąciłam szklankę z mlekiem. Mleko rozlało się na stole.

Szklanka cała.

Nalałam do szklanki normalnego mleka.

Dość dziwne zdarzenie.


Wiem, wiem nie wszyscy lubią, powiedzmy, “rytmiczną” muzykę. Uwielbiam skakać, tańczyć, wyginać się w podskokach.

No i mam na piątek zaklepane tańce w klubie nocnym.

MMowi zapowiedziałam… jeśli będzie zmęczony, a będzie, to niech siedzi obserwuje mnie, podziwia i patrzy, patrzy, patrzy, aż krzyknę … go home!!!!

Zatwierdził!!!!!😁😁😁😁

A teraz lecę w podskokach przy dźwiękach muzyki “powiedzmy rytmicznej” kręcić się na yardzie.

W przerwach pracy, skakałam, tańczyłam, wyginałam się, nooooo muszę być w formie.

Tel od MM…czy na pewno w piątek? Może w sobotę? ….spytał

…nie!!! Jeden dzień dłużej mam czekać! Piątek!!!!!…

Po drugiej stronie tel MM nie mógł powstrzymać śmiechu. No patrzcie jaki żartowniś.


Ludzie patrzcie

Tyle kroków dziś na produkowałam a to nie koniec dnia🤓. Pracowałam dziś sumiennie na yardzie. Trawka rośnie i rolnikowi też. A że “rolniczka ” ze mnie to mi nic oprócz kwiatków, krzewów, trawy i innych zielonych ( nie mylić z $) nie urośnie. Na dreptałam się, teraz dla rozgrzewki popijam drugie piwo. Och, Żuber to piwo i gorycz i smak nie z tej ziemi. To tutaj to piwo jest OK, tylko procentów niewiele.

To nie jest reklama piwa.

Pokazuję co piję.

Jeju jakaż ja jestem z siebie dumna.

Nie dlatego, że piję!!! Z mojej pracy!!!!

Co dzisiejszy dzień przyniesie

No cóż, obudziłam się 2:28am i już nie usnęłam. Wierciłam się w łózku jakby było w nim z 1tys robali które mnie pdgryzały. Mam łóżko wygodne, duże i cieplutkie. Z ogrzaniem go przychodzi z pomocą elektryczny puszysty, mięciutki kocyk.

Spłodziłam posta o ciałku, któremu tłuszczyk nadaje delikatności i puszystości😜.

Poranny pyrsznic, orzeźwił, postawił na nogi, krew szybciej zaczęła krążyć.

Przepiękny wschód słońca i zimowe powietrze -3C. Czekam z utęsknieniem na wiosnę, jest “za progiem”. WIDZIAŁAM!!

Marnie jeszcze wygląda bo dopiero zaczyna się wspinać po ciepłych promykach słońca. Z czasem nabierze wiekszej wprawy. Będzie ładnie, będzie pięknie😀😀😀😀.

Śniadanko: kawa z dodatkami mleczno-kawowymi. Yogurt kawowy 150cal.

Nie mogę zrozumieć, jak mogłam polubić kawę z mlekiem i kremami, kiedy w Polsce wypijałam hektolitry czarnej kawy z fusami, bez cukru, bez mleczka. Potrafiłam do fusów z poprzedniego dnia dolać gorącej wody i fusy schrupać. Teraz takiej czynności nie uczynię, co w tych fusach widziałam. Kawę piłam od rana z wieczorem włącznie. Nie miałam problemów z uśnięciem.

Teraz…fusów nie jem, kawę czarną piję sporadycznie i jak przed laty bez cukru i mleczka, z tym że musi być zagotowana w specjalnym imbryczku. Nie mam tu na myśli zaparzaczy. Na śniadanie zawsze robię kawę rozpuszczalną z dodatkami. Jednym słowem nie tylko smak się zmienił ale i upodobania.

Na drugie śniadanie, 3 banany i takim sposobem zaopatrzyłam organizm w 482cal. Zciągnęłam app do podliczania calorii, kiedyś mi pomogła taka kontrola, mam nadzieję, tym razem również. Po bananach nie czułam głodu. Ale żołądek, zaczyna, nawet nie boleć ale ćmić. Zaparzyłam siemie lniane. Popiję jakiś czas. Może od rozpuszczalnej kawy, bo takie uczucie w żołąku nie jest po raz pierwszy. Czyżbym miała przestawić się na poranne herbatki owocowe?

Zrobiłam obiad i zaprosiłam MM do ładnie zastawionego stołu😄.

Ostatecznie wrzuciłam w siebie 1100cal. Jak na pierwszy dzień jest super i oby tak dalej.

Fryzjerka

Ostatni raz u fryzjera byłam we wrześniu, jeszcze w Polsce. Moje włosy szybko rosną, spinałam już w mysi ogonek. Nie mam tak wiele i tak grubych włosów jak chinki, wietnamki lub meksykanki. Moje włosy bez podkręcania się falują. Przy długich włosach jest ok, przy krótkich niezbędne prostowanie, przy tej czynności niejedokrotne przypalam. A po tym, włosy łamią się i wypadają. Oj jak będę łysa to będę, malować nie przestanę siwych naturalnych, jak to zwykle mówią siwe babcie, farba szkodzi włosom. Niech szkodzi, mi już nic nie zaszkodzi. Maluję od 18go roku życia. Były takie okresy, że tydzień byłam blondynką a następny szatynką, brynetką lub granatową.

Dzień wcześniej zamówiłam wizytę i wczoraj wieczorkiem, zostałam przecudnie obcięta. MM owi się podoba😁. Nie zawsze udaje się mojej fryzjerce, dobre scięcie. Czasami tak obetnie, że tylko płakać. Dawno temu położyła farbę na włosy, malując tak skutecznie pół czoła, że zcierałam około tygodnia. Po tym fakcie nie odwiedzałam jej około roku. Po tej przerwie, ona zmieniła zakład, a ja ochłonęłam. Na pytanie dlaczego nie przychodziła, zgodnie z prawdą powiedziałam o problemie jaki mi zafundowała. Fryzjerka szczególnie moja, musi mieć fotografię z fryzurą przed sobą. Wtedy, trafia w 9,999999. W 10 nie trafi, ponieważ jest to uzależnione, od owalu twarzy, gęstości włosów itd.

Dziś mnie telepie. Czyżby szło przeziębienie, grypa, jakaś inna choroba? Oczywiście, że jak słoneczko świeci to zdejmuję okrycie i wystawiam gołe ramiona. Może i gdzieś powiało. Popijam harbatkę owocową z miodem i rumem. Nie rozgrzewa niestety, może za mało rumu lub miodu.

Nie jest dobrze, wciąż zimno, kaszlę i co raz częściej sięgam po husteczki do nosa. Jeszcze jutro do pracy, następny tydzień wolny od pracy, mam jedynie spotkanie lanchowe z Sandrą, chyba ostanie spotkanie z Ellen przed jej ostatecznym wyjazdem z miasta, Jolanda się nie odzywa, więc też trzeba odwiedzić, możliwe że jest chora. Następny tydzień zapowiada się obiecująco. Oczywiście, jeśli grypa nie zatrzyma w łóżku.

Cebulki tulipanów czekają od jesieni na schowanie do ziemi. Jesień była za ciepła, teraz jest już czas, muszę wygospodarować kilka godzin ze swego napiętego spotkaniami grafiku.

Tak było w kwietniu 2017, jak będzie w tym roku?

Nieskończoność 

Spałam do 6:23, super. Wiem, że wczoraj byłam bardzo zmęczona. Dziś po pracy mam mniej roboty ze ścieżką. Muszę zajechać do sklepu po zakupy warzyw na sałatki. Córcia, Ivan i Sandra jedzą minimalne ilości mięsa. Tak, Sandra potwierdziła swoją obecność w sobotę. Cieszę się, że będzie. 

Co oznacza pocałunek, taniec i wielka radość we śnie, z osobą która dawno temu zmarła?

Myślałam, że nie wyjdę dziś na yard. Zmęczona pracą, upał, każdego dnia po pracy haruję jak kilka wołów. Podczas rozmowy z MM stanowczo stwierdziłam, odpoczywam. 

Marzenie, to było marzenie. Nie wiem kiedy, na prawdę nie wiem kiedy wyszłam na ten żar i zaczęłam harować. Rizsypywałam i układałam kamienie duże, średnie i małe pod płotem i krzakami. Spieszyłam się aby skończyć zanim MM przyjedzie. Dziś ma wziąć taxi a ja lampkę wina, takie były ustalenia. Wszystko się zgadza, kampka wina już jest, ale jestem niemożebnie zmęczona. Oczywiście, że się przyznam do harówki. MM będzie niezadowolony. 

Odpocznę w Polsce. Będę spała całymi dniami, czytała, odwiedzała mamusię i jadła w knajpach. To mój cały plan na Polskę. Nie mam ochoty (jak na razie) z kimkolwiek się spotykać. Nie mam ochoty odpowiadać na pytania, jak mi tutaj się żyje itp. 

Myć okien nie będę, ogrodu sprzątać też nie będę, zmienię pościel i pościeram kurze ale w sypialni, kuchni i pokoju który będę używać, reszta niech sobie bedzie zakurzona. Nie wiem kiedy wrócę. 

Wszystko i wszyscy przez ten czas się zmienili. Łąki za naszymi domami już niema. Dobrze że mój dom jest przy następnej ulicy a nie przyległej do łaki, będą coś budować. Kiedyś moja ulica była ruchliwa, przez łąkę przechodzili i przejeżdzali mieszkańcy z dalszej dzielnicy.  Kiedy pobudowali arterię i postawili pprzy tamtej dzielnicy ogrodzenia dźwiękoszczelne, skończyła się “wędrówka ludów”. Nie ma łaki i drzw na które moje dzieci się wspinały. Syn budował domek na drzewie z kolegami a córcia zmiażdżyła palec. 

Wszyscy postarzeli, niektórzy poumierali trochę za wcześnie, młodsi powyjeżdżali i prawdę mówiąc nawet nie ma komu dzień dobry powiedzieć. 

Życie jest nieskończone, mając swój koniec. 

Zmęczona ale zadowolona

Dzień zaczął się niespodzianką. W pracy miałabym być wcześnie bo o 6:30am. Szybciutko zapakowałam kanapkę, kawę i do samochodu. Poniewierałam się w łóżku za długo, więc później wszystko w biegu. Wyjeżdżam samochodem, światła we wnątrz samochodu nie gasną. Zjeżdżam w dół do ulicy i wracam. Światła palą się, co mnie zaniepokoiło. Do pracy pojechać nie mogę, jeśli samochód zostawię z włączonymi światłami, po 7 godzinach akumurator może być do wymiany. A wogóle to jest jak w loterii, mogę samochodu wogóle nie uruchomić. Zamiast do pracy, pojechałam na stację obsługi, wcześniej wysłałam semesa do pracy, że dziś mnie nie będzie, jutro zrobię to co dziś miałam do wykonania. Na stacji obsługi byłam 20 minut przed 7Am. Do otwarcia było jeszcze 20 minut ale pracownik, otworzył drzwi i mnie przyjął. Po nie spełna godzinie otrzymałam samochód naprawiony.

Kierunek dom. Teraz śniadanko, przebrać się i na “pole”. Nie planowane zajęcia, trudno się zmobilizować. Miało być inaczej a jest tak, jak jest. Materiały budowlane i ogrodowe oraz kwiatki, zakupione, leżą obok garażu, tylko pracować.
W bluzce której obcięłam krótkie rękawki, teraz na całości powycinałam dziurki, mniejsze, większe bezkształtne i ogrąglutkie. Mam przewiew.
Udało się wykopać dołek prawie na środeczku części zasłoniętej korą, nie jest głęboki ale szeroki. Posadziłam hibiskusa, jeżówkę białą (echinacea pallida)wsadziłam nie w odpowiednim miejscu bo…nie wiedziałam że rośnie wysoko. Przesadzę w następnym roku. Drobniutkim i niziutkim chryzantemom znalazłam miejsce na rabatce, zaczynają kwitnąć. Z kwiatami prace zakończone, czas na patio.
Mówiąc prawdę, się nie chce.
Za długo ta robota mi się ciągnie. Nikt nie dokończy oprócz mnie i jak trzeba robić to trzeba,  nie ma zmiłuj się.

Nie tak dawno zerknęłam na godzinę, była 1:46pm, nie wiem jak zleciało, wiem że za szybko bo 3:47pm

Patio jest prawie zrobione. Zmęczona jestem pracą, gorącem i poganianiem siebie. 

Chcę już skończyć, usiąść i po prostu nic, zupełnie nic nie robić. W takim stanie będę gotowa, do wymyślenia następnego projektu. Ale jeszcze nie koniec roboty, za kilka dni. Prawdę mówiąc, nie muszę wymyślać, mam kilka projektów w głowie. MM jest pełen strachu😁. 

Hura, hura, hura….!!!!!!!! Skończyłam patio, skończyłam!!!!!!wymeczyłam się bardziej psychicznie niż fizycznie. Teraz z drugiej strony rozgałęzienie ścieżki dokończyć, około 4 m. Będzie łatwiej, teren równy i ścieżka jest w linij prostej, żadnych załamań i okrągłości. Położyłam już płyty, tak żeby zobaczyć jak to bedzie wyglądać. Kilka godzin mi zejdzie, ale to już końcówka. Później dokończyć ścieżkę poniżej moich schodków. Dokończyć, tzn. Muszę przyciąć krawężnik ale….muszę wskoczyć do sklepu po odpowiedni krążek do cięcia płyt kamiennych, ten który używałam jest tępy i już nie mogę nic, dosłownie nic przyciąć. Przy okazji kupię do cięcia drewienek, przyda się. Kto wie może pobuduję altankę. Zobaczymy.

Cieszę się jak mały dzidziuś z nowej zabawki, UKOŃCZYŁAM patio!!!!‼️‼️‼️‼️‼️‼️Nareszcie z głowy!!!!‼️‼️‼️‼️‼️❗️❗️❗️

Najgorzej, że jutro do pracy😪😪😪😪😪

Okrojone party

Bez większych emocji wyszłam z łóżka. Wizyta u lekarza, rozbiła mój dzień. Z rana troszkę popracuję,  po południu już chyba nic nie zrobię – tak myślałam. Leniwie zeszłam na dół, nakarmiłam pieski, zadzwoniłam do lekarza upewnić się co do godziny wizyty, gdzieś mi się zapodział bilecik z terminem wizyty. 

Termin wizyty jest za tydzień!! 

Ucieszona pojechałam do sklepu po zakupy pieczywa na śniadanie. Nie piekę, nie mam czasu, umorsana nie będę doglądać ciasta i w butach nie będę chodzić po mieszkaniu. Zanim usiadłam do śniadanka, jeszcze raz zadzwoniłam do przychodni, przełożyłam wizytę na 25-go. Przecież 19go mamy party i nie mogę sobie pozwolić na lekarza w  przed dzień uroczystości. Wizyta kekarska zajmuje mi prawie pół dnia – daleko i korki. 

Przełożyłam i się cieszę. Za chwilę wychodzę na yard, pogoda – słoneczko raz świeci innym razem chowa się za chmurami, po południu zapowiadają opady deszczu. Jak ja nie lubię w deszcz pracować‼️ wszystko ze mnie zcieka. Można mnie wykręcić jak stary mokry ręcznik.  No cóż, party przełożyć się nie da, a nawet i dobrze, wreszcie skończę mój back yard. Szkoda, że nie mogę ułożyć trawy, na skałach nie urośnie, byłoby zieloniutko. A tak, układam tkaninę na to siatkę i korę. Nie jest źle, ale ja lubię kolor zielony. 

Sadzę wciąż małpią trawę gdzie mogę wykopać jakiś dołek. Małpia jak to małpia, leżała na słońcu na betonie około miesiąca, nie zdechła. Może między skałami uda się jej ukorzenić. 

Zrobiłam krótką przerwę. Ubranie wrzuciłam do pralki, zmieniłam na suche i czyste. Uciążliwe jest ciągłe zmienianie, nie lubię klejącego się do ciała.

Mam 4-5 godzin bez deszczu, później ma padać, choć już sie zachmurzyło i kropi. 

Znów króciutka przerwa, tym razem na piwko, zanim pojadę po MM to procenty wyparują. 

Patrzę na back yard i oczy się cieszą. Nareszcie jakiś wygląd, jeszcze nie ostateczny, ale widać jakieś uporządkowanie, ład, organizację. 

Ciekawa jestem co MM powie🙏🏻. Do tej pory był pozytywnie nastawiony do mojego projektu, po 5 dniach nabrało wszystko “rumieńców” za sprawą czerwonej kory.🙃

Sprawdziłam cenę brązowej kory i resztę przysypię brązem. Tańsza a i inny kolor potrzebny. 

Po piwku zrobiło się przyjemniutko i leciutko więc wracam do robotki. MM wzosi się w chmurki mam około 3 godzinek na prace. 

Układam płyty na patio, jest łatwiej, nie przemieszczam się i mogę uruchomić wiatrak. Przycinarka omal mi się nie przepaliła, muszę czasami przyciąć a szczególnie przy zakończeniach gdzie kładę metalową blokadę, którą też trzeba przyciąć. 

MM pochwalił, jest zachwycony i zdziwiony ogromem pracy jaką wykonałam. Kora brązowa jest tańsza ale i gorsza, stwierdził. Jutro zobaczymy w sklepie. 

Jestem już zmęczona i na dziś będę prace “polowe” kończyć. 

No i czego się dowiedziałam? Trzy pary które miały przybyć na party, z różnych powodów nie będą mogły przybyć. Złapałam za telefon, zadzwoniłam do Ellen i Sandry. Nie odebrały. Ellen oddzwoniła po kilku minutach. Nie przyjdzie jest w swoim nowym domu w SC, muszą dopilnować wymiany dachu. Rozumiem. Sandra nie odzwoniła, może źle się czuje, rozumiem. Starsza córka MM wyjeżdża na FL. 

Niezawodne są moje dzieci. 

Będę kończyć back yard w takim tempie, jakim zaplanowałam. W tym temacie nic się nie zmieniło. 

A że mi przykro, tego już nic nie zmieni. 

Sen to zdrowie, a praca wzbogaca😁😁😁💵💵💵💵

Pracowałam w mrzawkę, deszcz, słoneczko.  Po południu około 3 pm rozpadało się na dobre, skryłam się w domku, po prysznicu wskoczyłam do łóżeczka. No i usnęłam, zmęczona i wymoczona. 

Nie miałam ochoty wracać na swoje “pole”. Słoneczko wabiło przez szparki między żaluzjami a oknem, że znów przebrałam się  w robocze ciuchy. Leniwie zaczynałam swoje niedokończone wciąż projekty. Zaczęłam od wykopywania małpiej trawy. Rozrosła się bardzo, nie nadawała już uroku. Powolutku wciągnęłam się do roboty, skończyłam po 8pm. Ciemno się zrobiło, praca przy lampie to żadna praca. 

Prawie 2 godzinne spanie w ciągu dnia, dodało energii do pracy lecz źle działa na sen  w nocy. 

Nie mogę usnąć. 

Paluszek, opuszek

Nie samą pracą człowiek żyje przecież, tym bardziej, że zmiażdżyłam sobie małego palca u prawej ręki. No stało się, dobrze, że nie stopy lub nogi. Płyty kamienne są bardzo ciężkie, a musiałam je podnosić, przkręcać czy przesuwać. Nie płakałam z bólu, bo co to by dało. Wsadziłam palca do ust i trochę ulżyło. Wciąż spuchnięty i czerwony. Staram się przy innych wykonywanych czynnościach odchylać go, boli. Z miesiąc i przestanie. Czasami jak opuszkiem palca w coś dotknę to z bólu aż pisnę. Dobrze, że już jestem na ukończeniu mojej dróżki.
Jeszcze kilka dni i będzie ukończone. To tyle o moich pracach “polowych”.
W tą sobotkę MM wrócił z Meksyku. Zawsze przesiadał się w Cancun, z uwagi na niebezpieczne porachunki mafijne w tym mieście, tym razem przesiadkę miał w Mexico City. Oczywiście, że się martwiłam. Meksyk nie jest krajem bezpiecznym. Ludzie wciąż wybierają ten kraj na wakacyjny odpoczynek, uroczystości weselne itp.. Osobiście wolę inne regiony. Już właśnie wykupiliśmy 7 dniowy pobyt na Arubie, wprawdzie na wiosnę, ale już żyję wyjazdem. Nie długo, bo za miesiąc, czeka mnie wyjazd do Polski, myślę, że odpocznę. Nie planuję, żadnych remontów i porządków w ogrodzie. Jeśli coś, to poproszę brata stryjecznego. On dogląda ogrodu pod moją nieobecność,więc i w razie potrzeby, pomoże kiedy będę na miejscu.
Przez weekend odpoczywałam, jeśli odpoczywam cała rodzina wie, że muszę być baaaardzo zmęczona lub chora, innej możliwości nie ma. Tak, nie ukrywam byłam bardzo zmęczona. Tydzień miałam pracowity, a jeszcze w piątek wysprzątałam cały dom. A jest co robić. To nie tak, że jest bałagan lub brud. Mając dwa pieski, zawsze jest odkurzanie, pranie poduch, zbieranie zabawek i ewentualnie jakiś gałązek, szyszek, kamyczków. Paprochy przyczepjają się do sierści nóg piesków i mam ich czasami wiele.

Takie to są uroki posiadania piesków.

Ten tydzień będzie spokojniejszy. 2 sierpnia mam wolne – moje urodziny. Wybieram się z moimi dziećmi na wystawną kolację. Party robię 19 sierpnia. Do tego dnia moj back yard ma być gotowy i zapięty na ostatni guzik. Jeszcze menu nie zostało opracowane, ale to najmniejszy kłopot. Zamówione zostały gołąbki, chlebek. Tort upiecze żona przyjaciela MM. Nie lubię jej wypieków, mimo że jej torty są przepięknie udekorowane (prowadzi firmę) lecz nie zjadliwe, za dużo cukru.
Wiem, że upiekę swój tort owocowy. Dawno dawno temu, zamieszczałam przepis wraz ze zdjęciami na starym blogu. Palce lizać.
MM dziś znów wyjeżdza, do czwartkowego wieczora będę sama.

Dróżka

Nawilżacz z zapachem lawendowym cichutko szumi i zmienia kolory lampek, zielony, czerwony, fioletowy, niebieski. Możliwe, że lawendowe powietrze działa kojąco, przebudziłam się dzisiaj kilka minut po 9am. Ranek minął bez żadnych rewelacji. Leniwie i wolniutko, śniadanko, później zrobiłam ciasto chlebowe na zakwasie. Podchodziło 5 godzin, smak chleba niesamowity. 

Wyszłam na zewnątrz, powyrywałam zielsko które obficie rośnie dzięki codziennym opadom deszczu. Ostatecznie rozpoczęłam budowę dróżki z lewej strony. Trzeba było wyrównać skarpę nawożąc ziemi i kamieni. Położyłam też metalową i plastikową siatkę przed osypywaniem się i spływaniem nawiezionej ziemi. Z lewej stony buduję dróżkę o 10cm węższą niż z prawej. Spad ziemi jest bardzo duży i trudno jest z wyrównaniem jej do zerowego poziomu. Pioruny i deszcz przerwał moją pracę. Może i dobrze bo byłam już zmęczona, nie tak pracą jak gorącem. 

Kiedy burza ucichła, wyszłam sprawdzić czy nawieziona ziemia na skarpie się nie osunęła. To nie jest moje pierwsze wyrównywanie terenu, więc nie martwiłam sie, ale sprawdzić trzeba. Wszystko w najlepszym porządku. 

MM rozniósł po frontowym yardzie worki z korą. Był bardzo pomocny, radziłam się również odnośnie mojej dróżki. 

Dwie głowy to nie jedna👵🏻👴🏻.

Buraczki

Wczoraj miałam w pracy lekki dzień, zajechałam po spożywcze zakupy i do domku. Z uwagi na dziwne odczucia w nodze (od kilku dni) nie pracowałam na yardzie. Odpoczywałam. Można sobie zaszkodzić i rekowalenscencja może być dlugga. Zajęłam się umawianiem do lekarzy. Zadzwoniłam do swojej doktorki,  asystentka poinformowała, że choresterol trochę podwyższony i tabletki czekają na mnie w aptece. Reszta wyników jest bardzo dobra. Jestem zdrowa. Następny, był lekarz specjalista od kręgosłupa, zdecydowałam się na wizytę, prawa stopa od jakiegoś czasu mi drętwieje. Zaczęłam ponownie przyjmować tabletki. Nie chcę takiego bólu jaki miałam rok temu. Nieba można było liznąć. Rehabilitację jak najbardziej robię, możliwe nawet wiem, że na pewno, praca przy ścieżce mi szkodzi. Czasami dźwigam kamienne płyty, no trzeba przekręcić, podsunąć, odsunąć, innym bokiem ułożyć itd. Lekarz okulista, zapisana jestem na piątek, wiem że zrobię dwie pary okular a trzecie będą lecznicze słoneczne. U okulisty byłam 3 lata temu, możliwe że teraz mają większy wybór oprawek. Ostatnia lekarka to ginekolog, potrzebuję tabletek zapobiegających ostoporozie i skierowanie na prześwietlenie. Rok temu wszystko było dobrze z tym, że tabletki się skończyły i wizytę u ginekolog, jak 90% kobiet odciągałam. Najdłużej rozmawiałam z asystentką specjalisty od kregosłupa, szukałyśmy okienka na przyjęcie mnie jeszcze w tym tygodniu, żebym nie pracowała to znalazłoby się i w tym tygodniu. Wizytę mam w następny piątek. Nie jest źle, tabletki mam, ćwiczę, nic strasznego nie jest jeszcze odczuwalne, mogę poczekać. Nie potrafię siedzieć i się nudzić, aparat do ręki, statyw i pstrykałam. Mówiąc prawdę to były moje pierwsze zdjęcia robione ptakom. MM przyjedzie, sprawdzi czy ma telekonwenter, taki jaki ja potrzebuję, nie chcę robić jemu bałaganu w sprzęcie fotograficznym. Zdjęcia wrzuciłam do PC Adobe, troszkę rozświetliłam, ciutkę szumów zabrałam. ISO automatycznie leciało mi do 1600, więc i szumów więcej. Pierwsze zdjęcia ptaszków, które są w ciągłym ruchu, może być. Następnym razem zdam się na ręczne ustawienia. 

Wczoraj było spryskiwanie front i back yardu od komarów i muszek. Zrobilam też dobry uczynek, 10$ napiwku, sprawiło zaskoczenie i zadowolenia u młodego mężczyzny. Dzięki niemu jestem wolna od nieprzyjemnych owadów jakimi są komary, które mnie kochają, mogę cieszyć się śniadankiem i kolacją na decku. 
Śniadanko na decku, w oddali burczenie kosiarki i gaworzenie dzieciaczka, świergot ptaków, pochrapywanie Amber. 

Co w planach? Dalszy ciąg prac przy ścieżce. Pogoda wspaniała, nie wolno zmarnować. Tak, tak, pamiętać o kręgosłupie. Żadne pasy mi nie pomogą, to jest opinia specjalisty. Nad dróżką pracuję powoli z wieloma przerwami na wodę, piwko i coś do przegryzienia. Układanie dróżki dochodzi do końca ułożonych metalowych krawężnków. Co dalej? Muszę kupić krawężniki bo brakuje, piasek do poziomowania płyt, malutkie kamyczki, kamyki większe i cement. No z tym cemnetem to nie jestem do końca pewna. Pod płyty ułożyłam ogrodniczy materiał, przepuszczający wodę a nie przepuszczający chwasty. Jeśli kamyczki zacementuję, woda deszczowa zamiast wsiąkać w ziemię, będzie mi spływać jak szalona, a tego nie chcę. Muszę się na poważne zastanowić. Jestem już bardzo bliziutko miejsca na patio. Przedłużę moją dróżkę do wyjścia na back yard z lewej strony. Mam tam duży spadek. Zrobię kilka stopni z wielgachnych kamieni. Do tej pory nie miałam pomysłu, teraz moja dróżka zakończy się półkolem i połączy się z wejściem i wyjściem na back yard z drugiej strony. Będzie ładnie.

Teraz za dużo słońca, więc schowałam się w domku.

Budowanie patia zostanie wstrzymane, muszę dokończyć ścieżki i jeśli zostanie kamiennych płyt, patio będzie, jeśli nie, to posadzę tuję. Czy się przyjmie? Myślę, że tak, słońce jest o zachodzie i jest zasypany niewykorzystany dołek. Pracowałam z rozumem jak to się mówi, odpoczywałam często, piłam bardzo dużo wody. 

Ubrałam się bardzo ładnie, chociaż mogłam jechać, jak robol do apteki nikt i tak by nie zwrócił uwagi. Odebrałam tabletki. Obeszłam swoje “pole’ jeszcze raz. Pocieszyłam oczy.

Zabrałam się za gotowanie barszczu czerwonego. Buraczki córcia kupiła w ubiegłym tygodniu. Najpierw wywar z mięska, zapach …. ludzie chyba takiego zapachu nigdy nie czułam, a może….jestem po prostu głodna. Zdaje mi się, że to drugie. Buraczki potarkowałam w maszynie, szybciej, no że później trochę więcej zmywania, ale jednak łatwiej. Wstawiłam też ciasto na kajzerki do maszyny.

Jednym słowem praca pali się w rękach. 

Ciasto podchodzi w maszynie, buraczki się w garze gotują, siedzę przed tv, delektując się Martini Bianco. Nie mogę się doczytać, coś z firmą Martini się zmieniło, na etykiecie jest oprócz Martini ….Rossi. Bianco smakuje tak samo, nie wiem jak Rosso, nie mam odwagi próbować, po pierwsze butla litrowa, jak nie będzie to co piję od 18 roku mojego życia, to chyba się rozpłaczę. Więc, delektuję się Bianko, delikatnniejsze niż Rosso. Rosso jest bardziej ziołowe, ale takie lubię. Córcia kupiła w swoim sklepie Martini&Rossi Rosso. Inna butelka inny smak. Ja kupiłam Martini Rosso, na dole etykiety jest Martini& Rossi. Właśnie tej butelki nie otwieram. Ktoś powie, jaka jest różnica, a jest. Wypij piwo Żuber i jakieś karmelowe. Piwo jak piwo, % niby te same lecz smak, smak jest inny. Osobiście uwielbiam Żubra. 

Jutro mam bardzo trudny dzień w pracy, a ja muszę jeszcze czekac 40 minut, kajzerki rosną.

Znów ktoś strzela 10:12pm. Nie dobrze. Zresztą, czego się można spodziewać, każdy w domu ma broń. 



Buraczkowy zapach…. co za zapach….mięsko wyjęłam przed wrzuceniem potarkowanych buraczków, smak? Mało powiedzieć smaczne, chociaż prawie nigdy nie póbuję potraw podczas gotowania, dziś uczyniłam. Dosoliłam i dodałam ciutkę pieprzu oraz soli cebulowej. Nie muszę próbować po raz drugi. 

Musi, no musi być bardzo smaczne. 

Kajzerki? Jak zawsze polskie w smaku.

Dzień lenia

Nie mogę siebie nazwać leniem, nigdy nie byłam i trudno nim być, kiedy w głowie 1001 projektów do zakończenia, rozpoczęcia. Dziś mam wolny dzień, wymuszony przez pogodę, dzień nicnierobienia. Cieplutko, nieprzyjemnie wilgotno i mokro, pochmurnie, momentami deszcz pada i nie pada. Między opadami wychodzę, jak rolnik na polu robi obchód, ja wychodzę na dróżkę na back yardzie, oglądam, zastanawiam się, kalkuluję i oczywiście cieszę. Poziom zachowany, woda spływa, nic nie popłynęło wraz z deszczem ( a wczoraj była znów ulewa), widzę oczami wyobraźni kńcowy efekt. 

Przy betonowej ławeczce na małym patio, ustawię ażurowy parawan, odgradzając tym sposobem zieloną i skalistą część ogrodu. Zieleń?  Zostawiłam ivy, niech rośnie, trzeba kontrolować jej rozrost. Ivy pokryło też ogromną naturalną skałę. W tej części ogrodu nie planuję żadnych zmian. Probowałam zmieniać, nie udało się, same skały. Dobrze że ivy rośnie i dwa krzaki. Probowałam zasadzić tuje, nie udało się, korzenie nie znalazły miejsca do rozrostu. Uschły, niestety. To co jest, musi pozostać, jedynie trzeba nadać jakiś kształt. 

Figusa z donicy posadzę na miejsce…. w początkowej fazie była paproć australijska (szlag trafił) później tuja (podzieliła los paproci). Nie musi owocować, niech tylko coś. 3 lata temu wykopałam więcej niż metrowej głębokości dół, więc …. muszę go wykorzystać. Jeśli zdechnie figus, posadzę brzozę, która nie potrzebuje specjalnych warunków glebowych. 

11am wciąż w łóżku a myślami na podwórku. MM śmieje się …. co ja będę robić jak ten projekt skończę ….. a koniec jest bliżej niż dalej. W moim lesie znajdę coś do roboty. Aby zdrowie dopisało. 

Jeśli o zdrowiu, idę na rehabilitację. 

Roboczo

MM powinien tutaj być wczoraj, wraca dzisiaj. Niby rozumiem jego pracę, ale wczorajszego wieczoru z tego faktu, że będzie w domu dzień później, nie byłam zadowolona. Za dużo samotnych poranków, dni, wieczorów. Martwię się, ciężko pracuje, nie ma chęci na jakąkolwiek gimnastykę. Rozumiem, tylko może mieć problemy z sercem. Siedząca i stresująca praca po 12 godzin dziennie, może doprowadzić do choroby. 

MM obiecywał, że mi jutro pomoże przy korze. Dziś deszczyk siąpi i bardzo dobrze. Przymusowy odpoczynek. Potrzebny i wskazany. 

Jednak wyszłam na podwórze 24C i przy częściowym zachmurzeniu nie jest gorąco. Po południu będzie 26C. Wietrzyk o zapachu oceanu chłodzi, można pracować i odpoczywać. 

Dywanik z decku mokry, rozwiesiłam na balustradzie. 

Do południa oprócz kawy nic nie miałam w ustach. Układałam chodnik, kiedy żołądek przypomniał się o siebie. Wczorajszy kurczak  i resztki z obiadu szybciutko podgrzałam szybciutko w mikrofali. Szkoda tak pięknej pogody, no i układanie idzie mi dość sprytnie.

MM nie odpowiedział na porannego smsa, dochodzi pora obiadowa, może zadzwoni. Widzę go, jest w biurze. Wczorajszego wieczoru rozmawialiśmy, jeszcze jak długo pracuje nie miał tak upierdliwego, trudnego, problematycznego klienta (przedsiębiorstwa-fabryki). Pracował prawie na całym świecie i nie zdołał przypomnieć, aby było tak źle. Miał wysłać emaila do rekrutora aby zaczął poszukiwać coś normalnego, może być dalej od domu, może być na miejscu ale normalnie. 

A co ja na to? MM pracować musi, w domu zwariuje. Nie lubi “prac polowych” i nie będzie się tym zajmować. Komputer i fotografia, to są jego zajęcia, praca, hobby. Wiem, że potrzebuje przynajmniej tygodniowego odpoczynku. 

MM zadzwonił, napisał, jestem spokojna. Wiem, że MM będzie jeszcze kilka tygodni ciężko pracować przed komputerem, moim zadaniem natomiast, będzie…odrywać od pracy. Napimpować koła w tacze, poroznosić korę po yardzie, pozanosić abym nie musiała sama ciągać i dźwigać płyty kamienne, podjechać do sklepu po małe kamyczki i żwirek, chyba wystarczy na jutro prac fizycznych. MM nie lubi ale…. będzie musiał.

4pm słońce już nie chowa się za chmurami☀️☀️☀️☀️28C. Gorąco, pracuję w cieniu, często chowam się w domku. 

Zanim MMa odebrałam, posprzątałam narzędzia, prysznic i… zaraz był w domku. Na kolację pojechaliśmy Buffalo Wild Wings. Zozmawialiśmy o MM i mojej pracy, naszych urodzinach, moim wyjeździe do Polski. Niby termin wyjazdu daleki, ale się bardzo szybko zbliża. 

Jutro MM mi pomoże!!!! Jestem zadowolona.

Nie jestem już sama!!!!!

Wczesnym rankiem 

Obudził mnie alarm z iphona, zadzwonił pierwszy raz, później drugi. Wiedziałam, że czas wstawać, zaraz przywiozą korę. MM zadzwonił chwilę później…jadą, zaraz będą, nie wychodź naga🤣😂zażartował…

Wyładowali, pojechali. Po 7am śmieciary zaczęły hałasować. Pierwsza zabiera recycling, druga ogólne. 

Śniadanko na decku i podziwianie, wschodu słońca. Będzie gorąco. 

W inernecie … w Londynie pożar. Wieżowiec palił się jakby zbudowany był z tektury – dziwne. Nie ważne jakiej narodowości ludzie w apartamentowcu mieszkali, ogromna tragedia. 

Wczoraj poprawiłam ścieżkę. Nie podobało mi się ułożenie kilku płyt. Prawie od nowa musiałam ułożyć, teraz jest ładnie. Dziś ciąg dalszy ścieżki. Nie rozumiem tylko dlaczego pośladki bolą od tej pracy. 

Dochodzi 8am, czas nałożyć ciuchy robocze i …do roboty. Moja mama powiedziała….ty tylko pracujesz i pracujesz… Pracuję zanim mogę, mam projekt do wykonania, trzeba zakończyć. Siedzieć i nic nie robić będę jak, nie będę mogła pracować. Takie dni miałam rok temu. 
Jestem na rozwidleniu ścieżki, mam trudności z układaniem płyt. Później będzie łatwiej. Płyty woziłam wózkiem, wzięłam taczkę, ale jedno koło w taczce trzeba napompować. Nie potrafię obsługiwać sprężarki i nie chcę się uczyć. Mam obawy, że mogę wylecieć w powietrze. Muszę dać jakoś radę do piątku. MM napompuje. 

Kolana podrapane, nogi poobijane, paznokcie mimo że w rękawicach pozdzierane, piasek w ustach, nosie, oczach, butach, rękawicach, włosach. Zęby trzeszczą, najgorzej jak trafi się mikroskopijny kamyczek między zęby, nie da się tego uczucia opisać, bo że skrzypi to mało. Pot ciurkiem cieknie, wycieram się ręcznikiem a w nim worek piasku. A mówiłam, że jak wyjdę na prostą to będzie łatwiej. Moja prosta to jest kręcona wstążka. 

Przed 5pm schowałam się w domu. Mogłabym pracować, ale było niebezpiecznie gorąco. Chorób mi nie trzeba. Nie mogę powielać błędów mojego Tatusia. Był bardzo uparty, pracował ponad swoje siły, mimo gorąca i wieku.

           Jeśli chcę być zdrowa, muszę pracować z rozsądkiem. 

Odkurzacz słabiutko ciągnie, w całym domu piasku jak w piaskownicy. Trzeba pojechać po filter i kupić coś na kolację. Lodówka świeci pustkami. 

Kupiłam filtr i worki do odkurzacza, zajechałam też na obiado-kolację. Nie będę nic gotować i przyrządzać sobie, nie mam chęci. Słońce już skryło się za chmurami, wyszłam na zewnątrz ze swoim zamówieniem. Zjadłam zupkę, porcja maleńka ale już sałatkę zabrałam ze sobą. Oczami to bym zjadła, żołądek pełny. W domku zjem, popijając winkiem. 

Piękna pogoda, że nie chce się wsiadać do nagrzanego samochodu. Szkoda tylko, że siedzę tak samotnie. 

8pm błyskało, grzmiało i lało. Wszystkie urządzenia elektryczne jakie można było wyłączyć, wyłączyłam. Latarkę postawiłam obok i dziwne, nie niepokoiłam się grzmotami w przeciwieństwie do piesków. Stały jak na baczność, spoglądały w stronę drzwi, okien, na mnie. Siedziałam spokojnie popijając czerwone winko. 

Dróżka zdała egzamin!!!!! Nic nie popłynęło, nie rozpłynęło. Wzniesienie na karmnik również, wciąż na tym samym miejscu. 

Czas na odpoczynek. Jutro jadę do pracy. 

Nie trafione prognozy

Silny wiatr wygonił mnie z ogrodu. Nie chcę dostać spadającą gałęzią w głowę. Gdybym upadła i straciła przytomność, to nie odzyskawszy, leżałabym do wieczora. Może MMa coś by tknęło i zadzwonił do dzieci, jeśli nic by nie tknęło, leżałabym do jutra. Może by ktoś mnie uratował i odratował, jeśli nie to byłabym nawet dobrą kolacją dla oposa, wiewiórek, robaczków, muszek i skunksa

Szybciutko pozbierałam narzędzia i skryłam się w domku. Czekałam na zapowiadany deszcz, ulewę, wichurę, powódź, urwanie się chmury, błyskawice i grzmoty. Słoneczko się skryło za chmurami, nałożyłam dwie pary okular na nos aby ujrzeć zapowiadane krople deszczu. Może okulary za słabe, a ja całkiem ślepa, bo ni jak kropli deszczu nie dojrzałam. Pociemniało, drzewa przestały się kołysać, deszczu wciąż brak.

Nie chciało się mi wychodzić do prac polowych, po wziętym prysznicu. Czysta i pachnąca zostałam w mieszkaniu, co chwilę zerkając przez okno, może już pada, może teraz, może już.

Małpia trawa potrzebuje wody z nieba, moja skarpa egzaminu deszczowego.

Czekam.


Samotność w wielkim domu

Nie często zdarza się, że MM pracuje przed kompem cały, ale to caluśki weekend. Ten weekend pracował, jeśli wyjeżdżaliśmy na kolację, myślami był gdzieś tam przed kompem ze swoimi softwarowymi problemami. Nie było go przy mnie ze mną i nie było obok. Pracowałam na yardzie, zabijając samotność, zabijałam i siebie. Pracowałam ciężko i długo. W sobotkę zamówił mi pizze, zjadłam obok MM. Nie lubię, no nie lubię takich weekendów. Razem a osobno. Prawdą jest, że moje prace na yardzie ruszyły do przodu. Materiał przyjechał, zamówiliśmy korę, przywiozą w sumie 100 worków we czwartek. Posadziłam małpią trawę po całej prawej stronie dróżki, po lewej tylko do szczytu górki. Została cała ”wstążka” do obsadzenia. Jeśli nie będzie padać, zrobię to jutro. Kamienie są, czas też na układanie płyt kamiennych na mojej dróżce i jednocześnie, układanie krawężnków. Spieszę się, chciałabym skończyć przed moimi i MM urodzinami. Wprawdzie na weekend urodzinowy wyjeżdżamy ale chciałabym, popatrzeć na swoje prace i piękny ich widok. Nabiera już w tej chwili uroku, co mnie bardzo cieszy, na duszy i widokowo. 

Wyjazdy na  obiady i kolacje, nie dbanie o to co się jadło spowodowało, że mam wyrzuty sumienia. Nie znaczy, że utyłam, waga jest dobra, rozmiar po schudnięciu ten sam, nic nie uciska nic się nie przelewa, chociaż chciałabym zminiejszyć swoje kochane ciałko o jeszcze  jeden rozmiar. Zawsze jest ciężko zacząć moją dietę, jak już rozpocznę, jest łatwo. Jakaś blokada? Myślę, że tak, dieta jest bardzo ale to bardzo trudna do stosowania. Wszyscy którzy ją znają, potwierdzają. MM i dzieci stwierdziły, tą dietę tylko ja mogę stosować. Kiedyś jak syn mieszkał ze mną, stosował jakiś czas, lecz młody człowiek powinien odżywiać się zdrowo i da sobie radę z nadwagą jeśli wystąpi. 

Wyskoczyłam do CVSa po Zzzz na dobre spanko. Potrzebuję spokojnego i długiego snu. 

Pracowicie

Drugi dzień pracuje na yardzie. Niektóre projekty zakończyłam, inne rozpoczęłam i z uwagi na brak kory, prace wstrzymane. Back yard wciąż w robocie. Widzę postępy, nawet dobrze zaczyna to wyglądać. Od poniedziałku znów będzie lać, prawie przez cały tydzień. Muszę zrobić jak najwięcej i zabezpieczyć aby skarpa mi się nie osuwała. Podczas deszczu zawsze mi spływa dużo ziemi. Dziś zabepieczę specjalnym materiałem ogrodniczym. Planuję jutro pracować, poniedziałek i do czwartku mam wolne, więc odpocznę, poczas deszczu nie będę wykonywać przecież żadnych prac na zewnątrz. Zbudowałam rabatkę dla MM. Zadowolony. Teraz tylko uzupełnić ziemią, posadzić i posiać kwiatki. Kwiatki wabiące motylki, dragony i inne piękne owady. Jakby dragon wiedział, że robię rabatkę, przyleciał i bardzo długo krążył wokół mnie.

Jestem już zmęczona, pracuję od 10am juz 8 godzin ciężkiej roboty. Jeszcze z godzinkę lub półtorej i muszę rzucić, jutro też będzie dzień.

Pracy nie przerobię.

piątek 

Przespałam 12 godzin. Widocznie organizm potrzebował tylu godzin snu. Czuję się dobrze, do pracy jechać się nie chce, ale trzeba. Dziś będzie piękny dzień, słońce od wschodniej strony wpada do przez okno od  sypialni. Czas na poranną toaletę i kawę.

Musiałam wczoraj być naprawdę zmęczona. Słuchawkę zostawiłam na stoliku na decku, buty również. Kanapy i stolika nie przykryłam pokrowcami. Było gorzej niż myślałam, bo faktu siedzenia na decku dziś nie pamiętam. 😧

Czekam na kanapkę, MM pojechał kupić, czekam również na wodę aby kawę zaparzyć. No i …. do pracy w piątek rodacy.

Córcia już wróciła z wyjazdu w Sawannah. Zadowolona i wypoczęta. Zajechali również na Tybee Island. Dobrze że zrobili sobie odskocznię od codzienności, od wtorku letnia szkoła moje dzieci czeka.

1:45pm

Od godziny jestem w domku. Pogoda przepiękna, odpoczywam na decku. Staram się przypomnieć moment zostawienia obuwia i słuchawki na noc na zewnątrz – dziura. No cóż, nie powinnam się przemęczać.

Przesadzałam dziś małpią trawę na frontową rabatkę. Posadziłam bukszpan – w końcu – jeszcze jeden krzaczek został do posadzenia. Nie muszę się martwić bo miejsca mam bardzo dużo.

Przesadziłam też kalję do wielgachnej donicy. Mam kalję żółtą, białą, fioletową i ….dokupiłam herbacianą z czerwonymi brzegami. Cudo.

Teraz boli mi paluszek😢😢😢

Środowe plany

Zamiast spać do południa, przebudziłam się po 5am. Próbowałam zasnąć, podrzemać chociaż, nic nie wyszło. Kawcia, kanapeczka, jedzonko pieskom. Wyszłam na zewnątrz, za wcześnie na prace i hałasowanie, odczekałam do 9am. Zaszalałam, normalnie zaszalałam, jeszcze godzinka no dwie i metale byłyby zrobione. Krawężniki metalowe oczywiście. Musiałam przewalać olbrzymie i ciężkie, bardzooo ciężkie płyty kamienne. Nie, nie podnosiłam, wszystko sposobem, tego nauczył mnie Tatuś. MM niedowierza, że sama, do położenia potrzeba było 3 facetów, ale oni wszystko brali na siłę, trzeba trochę ruszyć głową i użyć mózgu. No nie każdy miał takiego Tatusia jak ja. Swoje dzieci również uczyłam, pracować z głową.

Teraz lampka Port California i głośna muzyka. Pogoda piękkknnnaaa, tylko na decku.

Nie lubię kiedy czarny sąsiad jest w domu. Nie bywa czesto ale wydaje mi się że mnie obserwuje. Kiedy pieski podniosły alarm po 10:30 zdenerwowalam sie i zadzwoniłam do MM. Wiem że późno ale bałam się i nie wiem ale czegoś się obawiam. Zabiorę pieski do sypialni na dzisiejszą noc.

Już leżę w łóżku. Zima wciąż gdzieś biega.

Umęczona

Leniwe wstawanie, przeciąganie się, niechęć do pracy. Ostatecznie mobilizacja i wyjście na “pole”. Obeszłam włości, nie wiadomo w co ręce włożyć. Po sobotnim obcinaniu gałęzi przez specjalistyczną firmę, na ziemi pozostało wiele małych gałązek. Nie było porządku przed ale po, powstał większy bałagan. W końcu wyciągnęłam kosiarkę. Zcięłam trawę na dwóch trawnikach, na zboczach nie kosiłam lecz jeździłam rozdrabniając wielkie liście magnolii. Kosiłam pozostałe liście po żonkilach, mizerne wschodzące inne kwiatki, nazwy nie pamiętach a które uroku żadnego nie dawały. Zbocze wysokie i wciągając kosiarkę strasznie, ale to strasznie się umordowałam. Po zakończeniu prac na lewj stronie, stojąc przodem do domu od ulicy, stwierdziłam,  że trzeba coś zrobić z prawą stroną “pola”. W tym lesie po prawej stronie to dopiero robota.

Naturalne “piękno” przyrody! No cóż można zrobić w lesie? Zaczęłam z brzegu na wprost garażu. Popieliłam troszeczkę, między małpią trawą rosły chwasty. Czym dalej w las tym więcej drzew. Popiłowałam konary i paletę, składowisko i obietnica MM. Popiłuję…słyszałam od kilku miesięcy. Nie popiłował, niby kiedy? Wygięłam całkowicie jedną piłkę na konarze, drugą tylko troszkę, piłowałam elektryczną piłą. Drewno popakowałam do pojemnika na śmieci oraz wielkiego czarnego plastikowego wora. Pojemniki na śmieci są bardzo duże i na kółkach.

Weszłam dalej w las i zaczęłam dmuchać liście. Z liści zrobiłam kopczyk na długość działki. Liście z wierzchu suche, pod spodem mokre. Myślałam, że nie skończę tej pracy. Chwilam chciałam to wszystko rzucić. Po godzinie 7pm skończyłam. Rozłożyłam krzesło sportowe w garażu, wyjęłam z lodówki piwo i z jedną przerwą w piciu, całą zawartość butelki wlałam w siebie. Poczułam się jak, prawdziwy robol. Taki brudny, spocony, zmęczony.

Po prysznicu wypiłam jeszcze dwa piwa i dużoooo wody. Uczucie satysfakcji to jedno a drugie, gotówkę jaką miałam przeznaczyć na firmę ogrodową, zatrzymałam w swojej kieszeni.  Fakt gdyby ktoś chciał zarobić, ale nikt nie chce pracować, brać kasę jak najbardziej, chętnych szukać nie trzeba by było.

Przysłowie: kasa wzbogaca, sprawdziła się, w tym przypadku😀

Pamięć

Leżąc w łóżeczku jak zwykle poczytałam news z kraju i ze świata lub odwrotnie świata i z kraju. Lokalnie: pochmurnie ale cieplutko, niektóre ulice zamknięte i omijać, powalone drzewa zablokowały przejazd, główna autostrada łącząca NY z Florydą wciąż w naprawie po spaleniu i zawaleniu się, możliwe że pod koniec maja oddana zostanie do użytku.

Cynamon czyni cuda!!! No to jeszcze w pidżamie pobiegłam pisypać kwiatki i krzaczki. Sypie na ziemię i kwiatuszki. Po skończeniu zorientowałam się, że ten zapach mnie nie drażni i nie jestem nerwowa, a powinnam. Czytam, napisy na buteleczce duże, okular nie potrzebuję jeszcze taka ślepa to nie jestem. Cloves, no oczywiście goździki. Wzięłam cynamon do ręki i poszłam na swoje”pole” ponownie. Posypując, tym razem odwracałam głowę.

Teraz mam mieszankę na krzakach i kwiatach, goździkowo-cynamonową. Może zapach cynamonu odstraszy wiewióry?  Byłoby dobrze. Może zapach goździków je przywoła, byłoby nie dobrze!

Więcej czasu, wolny cały tydzień, mam czas na zaparzenie kawy w rondelku. Co za zapach ahhhh, co za smak ahhhh. Nie zawsze jest czas delektować się, jeśli trzeba do pracy. Do pracy! Praca nie tylko daje pieniążki, wyjście z domu, styczność z ludźmi, wymiana zdań na tematy nawet te nieważne jest ważne.

Byłam z MM w biurze projektowym kuchnie. Całkiem inne spojrzenie, tym razem zajmuje się nami młoda kobietka. Potrafi podpowiedzieć i poradzić, co bardzie funkcjonalne. Oczywiście wiem co mi jest potrzebne i to również zmieniamy w komp, ale są kwestie całkowicie mi w tej chwili obojętne, więc ona służy pomocą i podpowiada najlepsze rozwiązanie. Poprzednio w HomeDepot – facet, bez żadnych podpowiedzi, co chcę i jak chcę to zmieniał lub nie, jemu było obojętne nie jego kuchnia i ja z nią będę się turlać, chodziło jedynie o zainkasowanie kasy, a cena z kosmosu, jedynie szafki bez kosmetyki (malowania, układania kafelek, zmiany instalacji gazowej, wodociągowej i elktrycznej.) W tym office mamy dokładnie wyliczone ze wszystkim – gotowym do przyjęcia wszelkich robót, połowa ceny. Zdecydwaliśmy się. MM umawia się na termin robót, kiedy to będę nieobecna w domu, wrzesień. To mi odpowiada. Wyjeżdzam stara kuchnia, wracam tatammmmm, nowa kuchnia. 😀😀😀. Jeszcze odbędną się spotkania i uzgadniania, lecz na ten moment, wiemy na czym stoimy. Nie musimy brać innej ekipy do malowania, kafelek (a tak swoje obecne kafelki lubię, trzeba poszukać w internecie, może ktoś takie ma) itd. Jesteśmy zadowolenia z obługi i ceny. Jeśli coś wybierzemy droższego ( the lux) to i cena podskoczy, zdajemy sprawę, rozumiemy.

Dziś mam Mother’s Day – ogólnie

Obchodzimy w niedzielę, ja dzisiaj. Idę robić się na “bustwo”😀😀😀😩

Chciałam zrobić zdjęcie przed wyjściem ale…tylko zmarszczki najlepiej się uwidaczniają na zdjęciu reszta urody blaknie przy nich. Ech😢😢😢😢 No takie to są urody ludzi + ileś tam. Kiedyś myślałam, że mam zmarszczki, teraz to na pewno mam, nie muszę ich szukać z lusterkiem powiększającym, jak to dawno temu było. Mam to mam.

Nałożyłam sukienkę , która dość długo wisiała i czekała na okazję, mam takich rzeczy z metkami jeszcze dość sporo😀. Jak na mamuśkę dorosłych dzieci,  wyglądałam nie dość ale naprawdę superowsko. Byłam już po dwóch alkoholowych drinkach. Wciąż przestrzegam diety, może nie tak restrykcyjnie jak na początku stosowania diety. Dwa drinki zadziałały, chociaż nie potrzebuję wspomagacza aby być szczęśliwą, moja buzia zawsze się śmieje. Podchodzi do mego stolika kobieta, podchodzi do mnie, wiem że nie jest kelnerką bo mamy kelnera, wstaję i mówię do niej …. znam ciebie, ja ciebie znam… ona na to …jestem twoim lekarzem… o mój Boże …odpowiadam i biorę ją w objęcia. Całuję ją w policzek, ona składa mi życzenia z okazji dnia matki. Odwzajemniam życzenia. Ona była szczęśliwa ja również. Odeszła. Moje dzieci i mąż patrzą na mnie w oczekiwaniu wyjaśnienia, kim była kobieta. Moja ginekolog. MM skwitował – dobrych i szczęśliwych ludzi wszyscy pamiętają. Odchodząc podeszłam do jej stolika życząc miłego dnia. To była naprawdę niespodziewana niespodzianka, no bo jakie mogą być niespodzianki?  Czy w Polsce jest możliwym, aby lekarz podszedł do pacjenta i składał jemu życzenia? Szybciej śmierci można się spodziewać.

Byłam nauczycielem akademickim, nigdy się nie stawiałam. Dwóm studentkom załatwiłam pracę. Na ulicy i w sklepie podchodzili studenci do mnie z … dzień dobry  pani profesor, czy pani mnie pamięta?… niestety nie pamiętałam, żeby to była jedna klasa to możliwym, że 30 osób bym zapamiętała lecz więcej, z młodszych i starszych roczników, niestety, odpowiadałam…oczywiście, że pamiętam, co u ciebie, jak dajesz sobie radę…. Wiem, wiem, że to nie fair, lecz co można uczynić aby człowieka nie urazić, tym bardziej że darzy ciebie jakimś uczuciem, pamięta i chce być pamiętanym. Trudna sytuacja. Teraz po latach twarze moich studentów całkowicie się zatarły, z iminia niektórych pamiętam, z nazwiska jednego szczególnie. Nie da się zapomnieć, kiedy ci na wykładach zjada kanapkę wraz z folią w którą mama zawinęła, trzeba było wzywać pogotowie ratunkowe.

Dzisiejsza sytuacja dała mi  bardzo dużo do myślenia. Ludzie mnie pamiętają bo chcą pamiętać, a to bardzo miłe. Dzieki im za to i wielkie ukłony w ich stronę.

Kanapowiec

Tak jak zaplanowałam. Po pracy wpadłam jeszcze na yard. Obejrzałam sobotnie i wczorajsze nasadzenia. Lilia różowa paaachnie przecudnie. Wiewiórka zrobiła trochę dołów. Ogólnie wszystko się pięknie zieleni i kwitnie. Posdziłam dwa krzewy i trzy zostały na jutro. Dwa bukszpany pójdą na front przed murek. Krzew o ciemno bordowych listeczkach posadzę pomiędzy dwa inne po drugiej stronie front yardu.

Poprawiałam krawężnik. Niedokończona dróżka to i krawężnik mi się zepsuł. Montuję metalowe długie listwy aby kamienne krawężniki miały stabilne oparcie, plastikowe są za delikatne. Wyliczyłam że potrzebuję 25 szt aby wszystko dokończyć i 50 specjalnych mocowań do listw. Przy okazji dokupię jutro kwiatuszków🙃.

Wymęczona położyłam się na kanapie przed tv. Program o łączeniu rodzin mnie wciągnął, przy jednej historii uroniłam łzę a inna mnie uśpiła. Po przebudzeniu nie chciało mi się przenosić do sypialni lecz wizja “połamany kości” jutro z rana, szybko postawiła mnie na nogi.

Czas spać,  jutro pracowity dzień.

Niedzielne bułeczki

 Przed południem pojechaliśmy po kilka krzewów i kwiatów – zabrakło.
Kupiłam cudnie pachnącą i wyglądająco różową lilję.
W dużej donicy mam białe. Jeszcze nie kwitną, za miesiąc, będzie i zapach i kwiecie. Mimo niedzielki, wszystkie kwiatki posadziłam do gruntu. Różowiutka lilia będzie rosła w donicy.
Obrysowałam również miejsce na drugi krawężnik mojej dróżki.
Jutro po pracy czeka mnie robota. Wiem, że nie wolno mi podnosić ciężkich jamieni, nie będę podnosić. Nie chcę nadwyrężyć kręgosłupa. Jeśli czuję się dobrze, nie wolno mi tego zepsuć.
Bułeczki upiekłam, zawiozę jutro synowi, kilka zostawię sobie.

Ogrodnictwo

k.kwiat13ak.kwiat12ak.kwiat11a

Umówiona firma ogrodowa nie przyjechała. Mieliśmy uzgodnić warunki pracy i płacy. Czy to pierwsza firma chce się nachapać i się nie narobić? Nie. Facet od dokończenia mojej dróżki oraz krawężnika tylko z jednej strony, rozsypania kory i ułożenia i rozsypania kamieni, zaśpiewał 4tys$. Chory. Kilka dni pracy, moje materiały i w większości moje narzędzia, on chce za samą robociznę 4tysie. To praca dla 3 facetów na 3 dni. Dzień liczę 6-7godzin. 7hx3dni=21h x3os= 33h

4000:33h = 121,21$/h

Nieźle sobie wykombinował.

Jestem kobietką i krawężnik ułożyłam w ciągu jednego dnia, w przerwach piekłam kajzerki. Facet ma więcej siły i jeśli tym się na co dzień zajmuje nie potrzebuje myśleć jak, gdzie i co.

Będę kończyć sama backyard.

Ci co dziś mieli przyjechać mieli być od front yardu. Wychodzi na to, że i na froncie sama będę musiała posprzątać, do cięższych prac weźmiemy robotników ze stójki. 2 facetów na kilka godzin 20$/h. Zawsze to taniej.

Dziś kupiłam kwiatuszków i krzewów. W miejsce wymarzłych krzewów już posadziłam nowe.

Pozbierałam gałązki z jednej strony front yardu. Podmuchałam po wichurze i nadałam trochę wyglądu ale tylko z jednej strony. Za duża działka, żeby zrobić w ciągu kilku godzin. Oczywiście robiłam przerwy na kawkę.

Ostatecznie, wymordowałam się. Po prysznicu MM bardzo nieśmiało zaproponował zamówienie pizzy. Po zastanowieniu przystałam na propozycję. Miałam ochotę na piwo, ale tak na sucho pić nie bardzo wypadało. To była wspaniała decyzja. Wypiłam dwa piwa i zjadłam calutką małą pizzę. Smakowała wyśmienicie, dodatkowo zamówiłam ananas. Super, super i jeszcze raz super.

Decyzje

Przepiękny dziś dzień. Słoneczko świeci lecz nie parzy. Od rana zajęłam się sobą, włoski ułożyłam, makijaż i paznokcie pomalowałam. Patrząc w lustro nie chcę się wstydzić swego wyglądu. Nic nie planowałam, wyjścia, wyjazdu, nawet prac ogrodowych. Chcę ładnie wyglądać dla siebie, cieszyć się swoim widokiem zanim jeszcze mogę.

Przez okno spojrzałam na front yard i zdecydowałam zadzwonić do firmy ogrodowej. Skosić i dopatrzyć trawników, korę i igły rozsypać, podciąć krzewy, posprzątać i zrobić ogólny porządek.  Czekam na szacunkową wycenę.

Mam dość, mam dość zajmowania się ciężkimi pracami i jeśli chcę pożyć dłużej i bez cierpienia, tym bardziej nie powinnam tego robić. Do mnie mają należeć kwiatki, przesadzanie, sadzenie i podlewanie.

Back yard… to zaraz obrośnie w historię. MM poszukuje firmy która dokończy moje dzieło. Na razie to tylko obiecanki lecz żadnej wyceny nikt nam nie przedstawił. Pozostało niewiele do zrobienia, ja tego robić już nie mam zamiaru. Uzbroiłam się w cierpliwość i czekam.

Zadzwoniła córcia z zapytaniem, czy możemy podjechać do Costko (potrzebna karta wejściowa). Z i Ivanem zrobili większe zakupy. Wróciłam do domku.

Firma była pod moją nieobecność, podobno oszacowała to i owo. Umówiłyśmy się na sobotę rano. Niestety nie przyjechała. Za dużo pracy, lenie i to wszystko.

Pole  nasze, wasze i niczyje

Nie ma co ukrywać, z MM śpimy oddzielnie. Jego chrapanie jest za głośne aby zastawić otwarte drzwi do jego sypialni, nie mówię o spaniu w jednym łóżku. Wiele razy przenosiłam się w ciągu nocy do sypialni na wprost lub na dół do gościnnej. Mam tak, że nie zasnę na nowym miejscu. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, mam ogromne kłopoty z zaśnięciem. W domu w Polsce wałkuję książki do 3 na ranem. Wiele razy wyłączam lampkę myśląc, że jest pora na Morfeusza, tylko że on gdzieś odchodzi w ciemnościach, zapalam lampkę powracam do lektury.

Słyszałam jak MM zszedł na parter i za chwilę słyszę tup, tup takie drobniutkie. W sypialni ciemno ale wiem że to Zima przyszła mnie odwiedzić. Zatrzymała się na holu bo tup tup ustało. Powolutku zbilżyła się do łóżka, nie widzę lecz słyszę. Odezwałam się do niej, oparła przednie łapki o mój materac, pogłaskałam i kazałam zejść do kuchni. Pobiegła. Usnęłam ponownie.

Podmuchałam paprochy i przygotowałam kącik na śniadanie. Kawcia i becon z MM przy akompaniamencie świergotu ptaszków. Niekończący się repertuar, niezmordowane struny głosowe.

Dziś wykopię wyschłe i wymarzłe krzewy. Muszę się sprężać od poniedziałku do pracy. Nie narzekam, zawsze cieszę się na powrót do pracy. Coś się dzieje no i przypływ gotówki. Bez pieniędzy jest ubogo, chociaż w zasadzie to ja nic nie potrzebuję. Jedyne to jakiś prezent siostrze na jej 60te urodziny. Myślę o bransolecie z diamentami, jeszcze nie sprawdzałam w jakich cenach. Możliwe że nastąpi zmiana prezentu. Mamusia dostanie kwiaty cięte na 88 urodziny.

Skrzynkę na listy z obu stron przyozdobiłam większymi odblaskowymi numerkami domu. Na razie będą świecić, z biegiem czasu literki czarne na białym tle blakną i nie świecą już tak intensywnie jak nowiuśkie.

Przyjechała pani z firmy szafek kuchennych. Wymierzyła, naniosła szkice w swoich papierach, pogadała, dała wizytówkę, uścisnęła rękę i pojechała. Zaproponowala zostawić moją witrynę włocławkową w takim stanie jak jest, rzekomo to jest już antyk. Nie są spotykane a to się ceni. OK. Zostawię. Nie znam się na amerykańskich antykach, zaufam fachowcom.

Poprzednia firma z HumeDepot zaśpiewała za zrobienie kuchni 50 na wstępie ze wszystkim byłoby tak do 80k. Za taką kwotę można kupić domek z piękną kuchnią, w gorszej dzielnicy bo z multikulti, ale zawsze alternatywa.

Przyjęłam Zyrtec, tabletki antyalergiczne, leci z nosa, kaszlę i kicham. Wiadomo chemia, bez niej jednak nie da się normalnie funkcjonować na podwórzu. Komarów nie ma, muszki latają też sporadycznie, chemia je wytruła. Wszędzie chemia, jedzenie, powietrze, ziemia, woda i żeby było do rymu, pogoda też.

Dwa uschnięte lub zmarznięte krzewy puściły zawiązki listeczków, tylko na jednej gałązce co oznacza że część korzeni jest jeszcze do uratowania. Obcięłam gałązki suche krócej i włożyłam do wiaderka z wodą, zamiast do pojemnika na śmieci. Krzew był śliczny. Może da się uratować, muszę zastanowić się gdzie posadzić i pamiętać aby na zimę okryć. Jaka u nas zima, śmiech😀😀😀😀🙃, widocznie i taka zima im nie odpowiada.

Wykopując suche tuje i krzewy, odkryłam, że one wyschły z jakiejś innej przyczyny niż pogodowych. Ukorzenione bardzo dobrze, trudno było ke wykopać, nasłonecznienie odpowiednie, nie za dużo i nie za mało słońca. Nawadniałam wystarczająco, muszę poszukać przyczyny.

Ogrodnik to jest taka osoba, która poszukuje przyczyn, obumarcia, wyschnięcia, zalania, nieurodzaju, nadurodzaju, kwitnienia za cześnie, za późno itp

Cierpliwością i pracą ludzie się bogacą

Jest popołudnie, zapracowana zapomniałam o śniadaniu i obiedzie. Jedna kawa to za mało i trudno liczyć jako posiłek. Nie mam pomysłu na obiad, jak często można jeść jajka, bekon, ryby, shrimpy, i wszystko akwariowe obrzydło. Coś bym zjadła ale co? Następna kawa i …. cottage cheese wymieszałam z winogronem i odrobiną miodu. MMowi wyjęłam jednak udko kurczacze. Napracowałam się i nie będę miała siły robić sałatki, na kolację zjem kilka pomidorów albo żółtą papryczkę.

Cieplutki wiosenny deszczyk mnie wygonił i zanim wszystkie narzędzia pozbierałam, wiaderka i worki plastikowe z zielskiem uporządkowalam, przykryłam meble ogrodowe, złożylam parasolkę, zmoknięta ociekająca kroplami deszczuzauważyłam, że deszczyk ustał. Już nie wróciłam na swoje “pole”. Na dziś wystarczy prac polowych, mimo że słoneczko cudnie świeci i nie jest upalnie. Jutro też będzie dzień, pojutrze również.

Zeszłam na dół na gimnastykę terapeutyczną. 1,5 godziny ćwiczyłam swoje  ciało i kości.

No i jak nie wyjść na podwórze, kiedy słoneczko cudne. Wyrywałam zielsko, zbierałam gałązki, śpiewałam, tańczyłam nawet na kuckach. Ot i taim momencie rozkosznym moja córcia zadzwoniła. Rozmawiając przez tel jedną ręką zbierałam resztę gałązek.

Odwiedziła w szpitalu swoją bossową. Kobieta upadła i złamała biodro. Też tak robię jak ona robiła. Kładę gałąź z jednej strony ma być wyżej i z całej siły stukam stopą  w gałąź, czasami od takiego stuknięcia cała noga boli. Kobieta niestety się przewróciła. Nie będę tak już robić, to niebezpieczne. Córcia w szpitali spędziła ponad 2 godziny, bossowa uczyła ją niektórych spraw księgowo-kadrowych. Córcia była bardzo cierpliwa, wysłuchała całą historię zdarzenia, zabiegu i rehabilitacji jaka nastąpi. To to chyba ma po mnie 😀😀😀.

Moje ”pole” jest ładnie posprzątane. Jestem zachwycona.
Cierpliwość  jest towarzyszką mądrości.

Ósmy dzień diety

Śniadanie:

Jeśli można brać po uwagę zjedzone dwie łyżeczki sałatki z tuńczyka – to zjadłam śniadanie.

Nie miałam chęci na jedzenie. Krewetki bym zjadła ale były zamrożone. Do pracy, pojechałam prawdę mówiąc bez śniadania.

Lunch: godzina 2pm wciąż nie jestem głodna. Zrobiłam sałatkę z trzech pomidorów i kawałeczka białej cebuli. Przyprawy: pieprz, sól i olej orzechowy.

A że trzeba coś jeść, zjadłam wszystko.

Trochę popracowałam na podwórku. Posadziłam kupione kwiatki i od razu mi buzia się uśmiechnęła.

Kolacja: porcja krewetek na masełku i dwie garści mini marcheweczek.

 

Dzień drugi diety

Po wczorajszej pracy na podwórzu, dotleniona spałam dość długo. Bez pośpiechu zeszłam do piesków na dół. Czekały przy bramce witając popiskiwaniem. Nakarmiwszy pieski, rozpoczęłam przyszykowywanie śniadania.

Dziś dzień warzywny.

Zrobiłam sałatkę z :

listków szpinaku, czerwonej papryki, ogórka, sałaty, pomidorka. Dodałam łyżeczkę majonezu light, oraz jogurt plain.

Na deser 7 truskawek.

Lunch:

przygotowałam talerzyk truskawek. W smaku nie przypominały truskawek z zapachu też i po zjedzeniu kilku wywaliłam do kosza. Nie ma sensu jeść coś, co z wyglądu jest owocem a w smaku dosłownie niczym.

A więc, na obiad były marcheweczki i pół czerwonej papryki.

Z uwagi na palące słońce, uniemożliwiające prace na yardzie, zrobiłam sobie godzinną sesję rehabilitacji.

3:15 pm ….byłam  głodna!!!!!!!!! Nie na tyle, żeby zjeść surowego ziemniaka, chodził  za mną kawałek szynki, ciastko albo snickersa, który leży mi dosłownie na oczach.
Snickers musi leżeć, ma przypominać o moich fałdkach, które mam dzięki wszelkim słodkościom.

Wróciłam z yardu, spojrzałam na snickersa i chciałam po niego sięgnąć, w ułamku sekundy mózg zadziałał….JESTEM NA DIECIE!!!!!…

Kolacja 5pm sałatka warzywna: pomidor żóly i czerwony, żółta papryka, cukinia, ogórek szklarniowy, majonez light i plain jogurt.

Smakowało wyśmienicie, dodałam sól cebulową.

Po “kolacji” wyszłam jeszcze popracować na yard. Słoneczko było z drugiej strony domu i nie grzało mocno, w miejscu gdzie wciągałam liście do maszyny.
Jutro trash day, zwiozłam 4 wielkie ciężkie wory z rozdrobnionymi liśćmi na dół, na ulicę, pozostałe pojemniki również. Poczułam się baaaardzo zmęczona.

Po 8pm usiadłam przed tv z lampką wina. Nie miałam ochoty na marchewki, pomidory czy paprykę. Bardzo często po ciężkiej pracy na yardzie, mam ochotę na lampkę wina lub drinka. Dziś miałam bardzo pracowity dzień  i …. szczególnie dietetyczny.
Potrzebuję chwili relaxu.

Jutro trzeci dzień diety. Trudny dzień, bo trzeci jest zawsze tragiczny. Wiem, że dam radę.

Między jednym odcinkiem “House” a drugim, obejrzałam reklamę grubasów, którzy zrzucili, tonę kg? Nigdy tak nie wyglądałam i wyglądać nie będę. Zaczęłam się zastanawiać nad sensem mojej diety.

Czy muszę i czy chcę.?

Już się nie zastanawiam, za oknem wichura, zastanawiam się które drzewo z 30-tu,  nie wytrzyma. Zwali się na dom, czy obok? Wiać będzie do 11pm, a więc  dwie godziny. Wichura wyzwala we mnie strach i obawę. Nasłuchiwałam syren alarmowych, były tylko pożarowe i policyjne samochody. Dla poprawienia samopoczucia pozwoliłam pieskom wskoczyć na kanapę. Jakby to coś pomogło😩

Poczułam się pewniej , po prostu nie byłam sama, one też były bliżej swojej pani.

Do szczęścia nie trzeba wiele, ciepła strawa i łoże…. mówie o psach.

Pierwszy dzień diety

Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.

Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.

Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.

Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.

Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.

Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.

Druga zasada, pić wodę.

Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.

Dlaczego tak się katuję?

144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie nie jestem beczułką, którą można toczyć,  ale nie długo mogę być.

Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.

Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.

Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.

Wiosenne kwiatki

Zasnęłam dopiero po północy, po wypiciu syropu nasennego Zzzz. Nad ranem się rozpadało, dobrze, deszczyk jest potrzebny kiedy jest cieplutko.

W tygodniu był przymrozek i wszystkie krzaki azalii mają zmarznięte oklapłe kwiatuszki. Przykro patrzeć. Mrozek nie zaszkodził natomiast tulipanom. Listeczki dopiero wychodzą z ziemi. W tym roku chyba nie zakwitną. Cebulki były maciutkie i marniutkie. Może jakiś pojedyńczy kwiatek? Uwielbiam tulipany.

Wiewióry wyjadły i wygrzebały. To co wschodzi, posadziłam może miesiąc temu, nie miałam ochoty karmić szkodników. Zabezpieczyłam plastikową siatką, ale one podchodzą bardzo blisko domu. Dziś wybiegłam z domu kiedy zobaczyłam wiewiórę rozgrzebującą ziemię w donicy. Znalazła wolne miejsce nie zabezpieczone siatką. Przstraszyła się? Podniosła głowę spojrzała na mnie i czekała, nie wiem na co, ale ruszyła do ucieczki, kiedy byłam naprawdę blisko. Mam wrażenie, że niedługo to ludzi zaatakują. Kupiłam jeszcze dwie rolki siatki. Muszę dokładniej uszczelnić.

Krzaczki niezapominajek rozrosły się i mam nadzieję na kwiatki w tym roku. W ubiegłym roku nie zakwitły.

Śnieżyca wiossenna od kilku lat wypuszczała tylko listeczki, w ubiegłym roku było kilka łodyg z kwiatkiem, ten rok był urodzajny. Krzaczki ciemiernika mi się rozrosły, mam w trzech kolorach, zielone, białe i prawie czarne. Cieszą moje oczy.

Nie wschodzi paprotka leśna, w donicy i na gruncie. Może za wcześnie lub było za zimno. Ogólnie nie lubię paprotek, nigdy nie trzymałam w domu, w ogrodzie jak najbardziej, to są inne gatunki i ogrodowi nadają specyficznego leśnego nastroju.
To co mi wymarzło lub szkodniki wyjadły, trudno. W tym roku, kupię znów sadzonki lub cebulki jesienią i będę walczyć o moje rabatki.

 

 

Pozostałe kwiatuszki z mojego ogródka.