Sobotni poranek tak cudowny, że nie da się siedzieć nawet przy kuchennym stole i spożywać śniadanko. Wyszłam na taras. Słoneczko i powietrze, to czego ludziom trzeba. A że jestem ludź, to i ja potrzebuję. Jedno spojrzenie na wzniesienie i … chwyciłam grabie i poszłam liście odgarniać. Liśćmi przykryte są kwiatuszki i za chwilę będą wychodzić z ziemi. Uwielbiam je, kolor lawendowo-fioletowy jak dzwoneczki ale nie dzwoneczki. Nigdy nie zastanawiałam się jaką mają nazwę. Lubie i pielęgnuję, a nazwa do niczego mi nie jest potrzebna.
Żonkile już łebki pokazują. A ja? a ja zajęta szpachlowaniem i szlifowaniem.
Muszę coś wymyślić, bo przecież tak nie można, przesiedzieć wiosnę w łazience. Może 3 godziny w łazience i 3 w ogrodzie? Ale czasu mi zabraknie bo jeszcze praca zawodowa. A gdzie posiaducha z lampką wina? A gdzie czas spędzony z MM? Na wypieki czasu nie będzie a przecież to też lubię. Nie mam pomysłu na wyciągnięcie czasu, na zrezygnowanie z jakiejś przyjemności kosztem nie dokończenia łazienki też mi nie pasuje.
Mam dylemat.
Zanim dylemat nie rozwiązany, przebieram się w odzież roboczą i idę do sedespokoju.
No pewnie, że biegałam na moje rabatki i do szpachlowania.
MM dmuchał liście aż zgłodniał. Pojechał do sklepu po chlebek ale za hotdogami kolejka była długa to zrezygnował. Podwójnie zgłodniał.
Zrobił mi niespodziankę.

No i jak nie zrobić obiadu w tempie expressowym.
A po obiedzie już z pełnym brzuchem nie chciało mi się wracać do szpachlowania.
Z lekkim zażenowaniem MM spytał o budyń. Więc lecę do lodówki a tam….. mleka brak. Nie musiałam mówić, gdyby było to bym ugotowała…już go nie było.
A więc, będzie budyń na deser.
Teraz lecę zdejmować ciuchy robocze. Z dalszej pracy szpachlowej, dziś nici.
Nieodgadnione są nasze nie tylko dni, ale i godziny.
Leave a reply to sagula Cancel reply