ucichły przerażające pioruny i deszcz złagodniał. Rynny już równomiernie odbierały wodę. Już nie dławiły się i nie dudniły, krzycząc swoim głosem. – nie nadążamy, brak nam tchu!!!!
Ostatnie błyski piorunów pojawiały się w szparach pomiędzy żaluzją a ramą okienną. Nie były już głośnie i przerażające.
Można było odetchnąć i uwolnić napięcie w ciele. Bo ciało od początku odległych piorunów do tych zbliżających się, było napięte jak struna w skrzypcach. Gdy świat za oknem powoli się uspokajał struna przechodziła do stanu jej nastrojenia.
Strach zelżał i nie musiałam już być w gotowości. Nie trzeba było siedzieć na brzegu łóżka w oczekiwaniu na najgorsze.
4:10am – mogłam się położyć i przykryć kołdrą. Tylko sen nie przychodził.
Padający deszcz tańczył przy powiewie wiatru. Odgłosy z za okna dostawały się do sypialni.
Patrzyłam w ekran telefonu klikając w literki, czekając na całkowity spokój za oknem.
Momentami było strasznie.
Byłam sama, bez słowa.
– wszystko dobrze, zaraz minie.
Kiedyś piorun wpadł do mego domu rodzinnego. Widziałam – spalił liczniki elektryczne wracając do nich. To się działo na moich oczach.
Strach został do dziś.
Natura jest piękna, a czasami pięknie przerażająca.
Otarłam spływającą łzę co nie oznacza, że płaczę.
Leave a comment