Tak świątecznie i wspomnieniowo🐣🐥🐔

Sobotkę zrobiłam również wolną od ciśnieniowego mycia. Najpierw deszcz do południa a po nim szalone wiatry urywały gałęzie z maciutkimi listeczkami. Szkoda tych gałązek, ale zawsze powtarzam, Matka Natura wie co robi.

Dopiero późnym popołudniem, zdecydowałam poodkurzać parter i piętro, a drewniane podłogi pomopować, no i oczywiście pomyć łazienki, sprzątanko zakończyłam po 9pm, po czym zmierzyłam ciśnienie, a że było ciśnienie możliwe, urządziłam ”popijawę”. MM już zniknął po kołderką i nic mi nie zostało jak balować w samotności. Wyszłam na deck z kieliszeczkiem wina, uruchomiłam muzykę taneczną i zaczęłam pląsać i śpiewać. Z tym kieliszkiem tańczyłam do północy, pogoda w nocy była bardzo ale to bardzo przyjemna, wykorzystałam do swoich oberków, walców i krakowiaków. 😀 Po północy poczłapałam i ja do łóżka. Nawet nie pmiętam kiedy usnęłam. Nie ma co się dziwić, że szybko usnęłam, okno w sypialini było otwarte całe popołudnie i spałam również przy otwartym.

Tak jak kiedyś pisałam wyjechałam do Ameryki kiedy moje dzieci miały 14 i 12 lat. To czego zdołałam je nauczyć do tego wieku, to pozostało, po moim wyjeździe były zdane właściwie tylko na siebie. Wielkanoc była w moim domu bardzo ważnym świętem. Szykowałm się do niego około 2 tygodni. Każdy zakamarek w domu miał być wyczyszczony, okna, zasłony i firanki pomyte. Okien miałam do wymycia 4 dużych 3 skrzydłowych, 2 szt 2 skrzydłowych i 7 jednoskrzdłowych oraz 2 szt drzwi balkonowych. Oczywiście moje dzieci zawsze mi pomagały. Córcia przy pracach sprzątających, syn przy gotowaniu i pieczeniu. Pościel nakrochmalona i wymaglowana. Ogród jeśli trzeba wygrabiony a schody frontowe z płyt kamiennych wymyte. Wszystko musiało być u mnie gotowe do Wielkiej Soboty. Sobota była na przygotowanie święconki, ubrania się i wyjście do kościoła. Mimo że mieliśmy kościółek w dzielnicy z przyzwyczajenia zawsze jechaliśmy do centrum. W zależności od wieku dzieci, szliśmy na mszę lub też jedynie na święcenie pożywienia. Miałam zwyczaj jechania ze święconką do rodziców i dzielenia się z nimi jajkiem, pomimo że w niedzielę zawsze jechaliśmy na śniadanie.

Popołudnie było już nasze, zastawialiśmy stół jadłem i nie sprzątaliśmy do wieczora. Śmingus dyngus to była frajda dla dzieci i drzwi w domu się nie zmykały. Dzieci w woreczki foliowe nabierały wody i zrzucały z balkonu na ulicę. Jak były mniejsze to miały jedynie jajka psikawki lub pistolety mciutkie na wodę. Dzieci miały ogromną frajdę nawet kiedy były przemoczone, syn czasmi marudził, że jest mokry i brzydko wygląda, o taki piękniuś był z niego i taki pozostał.

Wielkanoc była i jest dla mnie szczególnym świętem ale okien myć nie będę, mimo że są bardzo wygodne w myciu. W sypialni mam nowiuśkie zasłony wraz z tiulowymi firankmi, więc mycia nie potrzebują. W reszcie domu styl typowo amerykański tylko żaluzje harminijkowe lub drewniane otwierane w stylu drzwiowym. Nie mam zasłon ani firanek. Trudno mi było się przyzwyczaić ale może być.

Zbierając ozdoby christmasowe na ich miejsce ustawiłam wielkanocne, więc jakiś czas leżą na ławach bieżniki i serwery wielkanocne na stole w jadalni. Można powiedzieć to już mam z głowy. Menu jeszcze nie mam ale jak wpadnę do Farmers Market lub Whole Food, będę wiedziała co chcę i co mi będzie potrzebne.

MM już kupił świąteczne białe lilje doniczkowe, są śliczne. Tylko jeszcze to i owo upitrasić i upiec, pozostnie oczekiwanie na Wielkanoc.

końskie zaloty nr 2

Wprawdzie to nie były końskie zaloty. Podczas pierwszej rozmowy o pracę spotkałam sekretarkę, która była bardzo wylewna i nie omieszkała mnie poinformować o tym, że śpi z właścicielem firmy. Czy to jej spanie z właścicielem firmy, miałam traktować jako spanie po bożemu, jedno na jednym brzegu, drugie na drugim brzegu ewentualnie on na jednym łóżku ona na drugim łóżku, ewentualnie po raz kolejny, on w jednym pokoju na jednym łóżku, ona w drugim pokoju na drugim łóżku, trudno mi było to ocenić ale za dużo tam było szczegółów i w to nie wchodziłam zostałam poinformowana i ok przyjęłam do wiadomości i można powiedzieć i wiadomości wywaliłam z mojej głowy. Poczułam, że stałam się dla niej zagrożeniem, ona młodziutka ledwo skończyła średnią szkołę. Facet miał być po czterdziesce, i to dziewczę wyjeżdżało z nim tak jak powiedziała mi na konferencję, wyjazdy służbowe i inne wypady. Czym młode dziewcze kierowało się obarczając mnie swoją histeryczną historią romansową, nie wiedziałam i nie wiem. Ooo rzekomo mieli się pobrać.

Weszłam do gabinety właściciela firmy. Facet przystojny, urodziwy, dobrze ubrany, znający swoją wartość i wiedzący o swoich atutach w stosunku do płci przeciwnej. Kulturalny i szarmancki, delikatny i zdecydowany. Patrzący w oczy i oczekujący uległości i niepewności u romówcy. Po rękach nie całuje ale dłoń dłużej niż etykieta nakazuje, przytrzymuje.

Przed podjęciem decyzji o spotakniu z p. C. zrobiłam rozeznanie czego mogę się spodziewać i co ukrywa. To pierwsze wiedziałam lecz co ukrywa….nikt nie wiedział. A powiązania miał z UM. Co ukrywał nikt nie wiedział i nie powiedział. W późniejszym okresie dowiedziałam się i trzeba było szybko z tamtąd po niebezpiecznym incydencie uciekać. Ale o tym później.

Firma działała prężnie i wciąż w trakcie rozwoju. Posiadała swoje oddziały w dwóch województwach, więc musiałam to wszystko ogarnąć. Zadał mi kilka pytań z zagadnień typowo finansowych. Przyjęłam propozycję objęcia stanowiska dyrektora finansowego jak też wynagrodzenie było nad wyraz satysfakcjonujące. Po zaakceptowaniu warynków pracy i płacy, zjawiła się myśl…..czy on mnie kupił?…..Kupił, zniewolił, omamił?……czułam przez skórę, że coś się dzieje.

Pominę, wszelkie zaloty, dogadzanie, czekoladki, kawcie i sam na sam w gabinecie. Gdzie tylko było trzymanie mojej dłoni. Propozycje odebrania dzieci z przedszkola, zawiezienie dzieci do domu, bycie niańką dla moich dzieci kiedy ja sprawdzałam bilans. Nigdy przenigdy w pracy (zadnej) alkoholu nie piłam, na te wszystkie propozycjie słyszał odmowy. Pięknie opowiadał, że kocha dzieci, że będzie dobrym ojcem. Radził się, jaki samochód kupić. Po zakupie aby się z nim przejechać. Ale nigdy nie wypowiedział słowa…kocham cię…

Żyć bez Ciebie nie mogę…usłyszałam parę razy ale ignorowałam. Nie ukrywam, podobał mi się bardzo, ale nie mogłam pozwolić na romans to pierwsze, drugie: żaden mężczyna nie będzie dla moich dzieci ojcem, kiedy ich własny ojciec je zostawił.

Z czasem był bardziej natarczywy, zdenerwowany ale do niczego ze strony zawodowej nie mógł się przyczepić.

Pasujemy do siebie, stworzymy imperium, na mnie nie działało.

Jego imieniny. Żadnej odmowy nie przyjmuje. Muszę być, koniec i kropka. Wiedział. Alkoholu nie piję i u mnie też to był koniec i kropka. Rozumiał. Piłam wodę. W pewnym momencie na stole pojawił się sok pomarańczowy, a że stał trochę dalej ode mnie, poprosiłam o nalanie. C. mnie obsługiwał, C. we własnej osobie. Ponownie zaproponował, że pojedzie po moje dzieci a później zobaczymy. Co to znaczy on pojedzie po moje dzieci do przedszkola i co to ma znaczyć, później zobaczymy?

Sama jadę do przedszkola i później nic nie zobaczymy. Taka dziwna relacja z czasem pomiędzy nami powstała. Jak byłam wściekła bo nabałaganił z jakimiś zakupami a później ja niby miałam się martwić i ukryć przed kontrolą z US to był dla mnie panem. A ogólnie Zwracaliśmy się do siebie po imieniu. Na uroczystości imieninowej długo nie byłam, ponieważ dzieci mogły być w przedszkolu jedynie do 5pm. Wyszłam, pamiętam dokładnie, 4:15pm. Jeszcze przy moim samochodzie mi marudził, abym nie jechała, żebym została, że on to i tamto.

Moją drogę do przedszkola dokładnie pamiętam i dziś pamiętam jak sprawdzałam buciki u dzieci. I to wszystko co pamiętam.

CIEMNA DZIURA. NICOŚĆ.

Obudziłam się w domu na kanapie w kożuszku i botkach. Nademną był pochylony mój 3 letni synek i pytał….mamusia chcesz jajeczko…(miałam automat do gotowania jajek, bezpieczne urządzenie). Była godzina 21. Głowa nie bolała, zawrotów też żadnych nie było, jedynie pić mi się bardzo chciało.

Co to było? Dzwonię do Tatusia, opowiadam.

– Krysia, narkotyk, zwalniaj się – słyszę.

Jak dojechałam do domu. Jak zmknęłam garaż i dom, nie pamiętam. Szczęście, że nie spowodowałam wypadku, nikogo nie rozjechałam i cali i zdrowi dojechaliśmy do domu. Moim zdaniem, nie przewidział, że to co mi wsypał zadziała z opóźnieniem. Sukinsyn.

Wcześniej już dowiedziałam się, że jakiś czas był lekarzem. To mi wystarczyło i do układanki pasowało.

Na drugi dzień w pracy, C. wita mnie już w drzwiach pytając o moje samopoczucie. Przeszłam na granie na zwłokę. Moje wszystkie styki w głowie były na czerwonym światełku. W pracy nic nie jadłam i nie piłam. Był pierwszy raz i będzie następny.

Nie było tak łatwo zwolnić się przed końcem roku podatkowego. To nie profesjonalnie. Tym bardziej, jeden oddział został sprzedany. Kto zrobi dokumentację, bilanse, posprawdza rozliczenia. Przecież to nie sklep z używaną odzieżą.

Zostałam.

Oddział sprzedany potrzebował również pomocy. Jak dobrze pamiętam to był luty. Do kwietnia szykowałam dokumentację. Nie uprzedzając C. Złożyłam wypowiedzenie. Wszystko zawodowo było zapięte na ostatni guzik. C. rozszalał się. Podania nie chciał podpisać.

To był darmowy cyrk dla pracowników. Ale jeszczewtedy nie wiedziałam co dla mnie szykuje. Zaczął mnie śledzić.

Chował się za płotami, przyjeżdzał pod moją posesję i straszył mnie i moje dzieci. Bałam się wyjść z domu, przed wyjściem na ulicę rozglądaliśmy się na wszystkie strony. Dzwonił. Na domowy tel i komórkowy. Nie odbierałam. Nie chciałam jego słuchać i słyszeć.

Pamiętam taki jeden z wielu dni, kiedy stał w oddali i patrzył. Wysiadałam z samochodu. Słońce zachodziło a on stał w tych żółtych promieniach słońca. Zorientował się, że go widzę, odwrócił się i poszedł w stronę zchodzącego słońca. Jeszcze bardzo długo czułam jego obecność, ”oddech na szyi”, długo przed wyjściem rozglądałam się.

– mamusia, mamusia!!!!on tam jest!!!!krzyczały moje dzieciaczki. To była bardzo niebezpieczna sytuacja. Ja i moje dzieci byliśmy zagrożeni.

Wtedy zdecydowałam, że zawiadomie prokuraturę. Wysłałam do C. list z zawiadomiem/pismem o przestępstwie jakie miałam zamiar złożyć w prokuraturze.

Kiedy otrzymałam z poczty potwierdzenie, że list odebrał. Nastąpiła cisza. Po kilku tygodniach otrzymałam listem poleconym, świadectwo pracy.

Kiedy kilka lat (5-7) później będąc w Polsce, zbiegając po szerokich marmurowych schodach UM wpadłam prosto w ramiona C.

Sprzedał firmę, ożenił się, ma dziecko i wyglądał na szczęśliwego. Mieszka we Francji.

Cieszę się, że ułożył sobie życie.

końskie zaloty nr 1

To było w czasach kiedy z internetem łączyło się za pomocą modemu, a on wykonywał takie dziwaczne dżwięki. W czasie kiedy korzystało się z internetu,  nikt nie mógł skorzystać z telefonu. Zatrudniona byłam na stanowisku dyrektora finasowego dobrze prosperującej prywatnej firmy. Wykształcona i jeszcze młoda, zgrabna i powabna, kusiłam nie jednego faceta. Nie w głowie mi były jednak igraszki i figle, miałam na utrzymaniu dwoje dzieci, one były u mnie najważniejsze. Nie przewidywałam romansu oraz zamążpójścia. Jeden  ex był wystarczającą nauczką. Nie potrafili tego zrozumieć moi żonaci “zalotnicy”.  Krążyli jak osy wokól ula. Pierwszy dzień w pracy minął bardzo miło. Poznałam współpracowników, załogi mi nie przedstawiono bo i nie było ku temu powodów.

Obowiązki swoje traktowałam i wykonywałam z należytą powagą lecz nadszedł czas, że po 2 latach cierpień musiałam się zwolnić. Dziś nazywałoby się stalkingiem i molestowaniem, w tamtych czasach zalecaniem się. Pytanie – jak może zalecać się żonaty mężczyzna? Dbałam o swój wygląd, zewnętrzy i wewnetrzy. Chciałam żyć w zgodzie ze sobą, tą równowagę chciał i próbował zburzyć właściciel firmy.  Ponad rok odpierałam jego ataki łapania za pośladki i piersi, próby pocałunków w szyję, ponad rok gdy wchodził do mego pokoju, próbowałam  uciec i uciekałam ze swego gabinetu. Uciekałam również za swoje biurko, a ona ganiał mnie jak kot myszkę. Kategorycznie uprzedzałam właściciela, który zwracał się do mnie po imieniu bez mojego pozwolenia, że zawiadomię odpowiednie władze o jego zachowaniu. Śmiał się mi prosto w twarz, miał prawie wszystkich w urzędzie miejskim i nie tylko, w swojej dłoni. Nikt mi nie pomógł, nikt nie powiem powstrzymał, nie próbował powstrzymać tego chorego człowieka. Przecież słyszeli moje wołanie, jego krzyki… zostaniesz moja!!!!!

Walczyłam sama z chorym człowiekiem. Zwyciężyłam, przegrywając. Z chwilą znalezienia nowej pracy zwolniłam się. Nie mogłam odejść z dnia na dzień, miałam na utrzymaniu dzieci, a bez zabezpieczenia finansowego, życie nasze zostało by zrównane z zerem.  W dniu mego odejścia. Prezes … żałuję, bardzo żałuję ale rozumiem, dyrektor techniczny…nie dałaś się, szacunek, trzymaj się ale nie będzie tobie łatwo, dzwoń.  Pozostali…  pokiwali głowami. Właściciela w dniu mego odejścia nie było. Zrozumiałam, że każdy walczył o swój stołek i trzymał swój stołek. “Igraszki” właściciela firmy  traktowali jako rozrywkę, urozmaicenie do nudnej biurowej pracy.

Przecież nic mi się nie stało, dałam sobie radę, a Stasio przecież 
przystojny facet i ....nie rozumieli dlaczego go nie chciałam.

Banda psycholi, którzy nie rozumieli co to jest GODNOŚĆ. 

Poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie.

Wiele lat upłynęło od tamtego zdarzenia, a wciąż jego wspomnienie wyzwala we mnie emocje.

Choineczka w kącie stała🎄🎄🎄🎄🌲

Wiele ludzi nie lubi świąt, gorączki przedświątecznej, gotowania, smażenia a później, siedzenia (jak za karę) przy świątecznym stole. Nie lubią rodzinnych spotkań, a najbardziej nienawidzą tych godzin spędzonych przy stole, przy którym siedzą ci, znienawidzeni bliscy lub dalecy krewni.

Wiele ludzi nie ubiera choinki, nie ozdabia mieszkanka i aby tego wszystkiego nie widzieć, opuszczają miejsce zamieszkania. Zimowe kurorty oblężone, ale i tam stoi wielgachna choinka w holu i płynie z głośników świąteczna muzyka. Trudno uniknąć świątecznego nastroju, to przecież ogromny zastrzyk ekonomiczny dla handlu.

Od dziecka uwielbiałam wszelkie święta. Lubiłam się nimi cieszyć przed, w trakcie ich trwania i po. Nic nie było w stanie zakłócić mego stanu upojenia nadchodzącymi świętami.

Tatuś zawsze przywoził od leśniczego świeżutką choinkę, pod sam sufit. Trzeba zaznaczyć, że za samowolne wycięcie choinki z lasu były nakładane wysokie kary. Najczęściej takich „bohaterów” łapano na bazarach. Milicja (nie było jeszcze policji) łapała też przy drogach prowadzących do miast. Nie trudno było też złapać złodziejaszka choinek idąc po śladach w śniegu. Nie ma papierka od leśniczego to będzie papierek od stróża prawa.

Pamiętam klipsy ze świecami. Tatuś zapalał świece tylko na chwilę aby ognia nie zapruszyć. Dom był murowany ale podłogi i meble już nie. Więc, świeczki paliły się w obecności tatusia.

Miałam zaledwie 9 lat kiedy po raz pierwszy wybrałam się po choinkę na targ. Starsza miała już 11 i całe swoje życie grała damę. Ona brudzić fizyczną pracą rąk nie chciała, święta to dla plebsu radość, ma inne zajęcia. Młodsza miała tylko 4 latka i jak zawsze żyła w swoim świecie. Tatuś wyjechał w delegację, mamusia więcej dni chorowała, niż była zdrowa. Święta, a właściwie zakup choinki był na mojej głowie. Nie zdawałam sobie sprawy ile może ważyć taka choinka. W latach mego dzieciństwa zimy były srogie i każdego dnia padał śnieg. Nie ubezpieczyłam się w sanki lub sznurek do związania, w kieszeni miałam tylko pieniądze. Jak dziś pamiętam, byłam pewna, że dam radę przynieść ja na plecach, przyciągnąć do domu po śniegu…przecież jestem silna i dam radę – to było w myślach i pojmowaniu świata młodziutkiego człowieczka.

Wyruszyłam o poranku. Ubrana w kożuch, czapkę wełnianą i takież rękawice. Kamasze skórzane na nogach, wełniane skarpety i ciepłe grube pończochy na żabki i galoty. Pończochy w noszeniu były strasznie nie wygodne. Z uwagi na jeszcze nie wkształcone biodra u dziewczynek i nastolatek, pas się obsuwał wraz z pończochami i co jakiś czas trzeba było go podciągać. W pończochach na kolanach robiły się nie estetyczne wypukłości. Wszyscy tak mieli, więc chyba oprócz mnie nikt na to uwagi nie zwracał.

W noc napadało śniegu. Na ulicy już śnieg był ubity przez płozy sań lub wozy z węglem, ziemniakami lub mlekiem oraz ludzi udających się do pracy(w tamtym okresie tylko niedziele były wolne). Mleko było rozwożone przez rolników z pobliskich wsi.

Wybrałam drogę na skróty, miała być krótsza o pół kilometra. Ale …. nie wzięłam poprawki, że w niedziele nie jeździ pociąg towarowy pomiędzy składem węgla a miejską elektrownią. Tory zasypane śniegiem, do połowy łydki. Byłam pierwszym pieszym który torował drogę w śniegu na torach kolejowych. Gdy zanurzałam nogę w śniegu, było ok ale gdy wyjmowałam to tak jakbym chochlą nabierała zupy z garnka. Śnieg dostawał się do kamaszy. Robiło mi się w kamaszach … hlup, hlup. W początkowej fazie zimno było w nogi, a później już normalnie, nawet ciepło. Buty, skarpety i pończochy przemokły i zaczęły mi ciążyć jak ołów. Z nosa kapało, usta wiatr mroźny wysuszał i w pewnym momencie zachciało się pić. Jedząc śnieg prawie doczołgałam się do drogi i zabudowań, co wcale nie ułatwiło mi stawiania kroków na ubitym śniegu na drodze. Pokonałam 3,5 km.

Oglądałam choinki do sprzedaży. Teraz już wiedziałam, że będzie mi ciężko iść z choinką pod pachą lub na plecach, czy też ciągnąc za sobą. Wiedziałam, że będzie ciężko, pomimo tego, wybrałam o wiele za dużą choinkę. Rolnicy pytali, czy dam rade, czy jestem sama, ale sznurek którym związali był nie wystarczający, żeby zabezpieczyć choinkę. Kupujący przychodzili z workami od ziemniaków, swoimi sznurkami a ja z “gołymi rękoma”.

Do torów nosłam choinkę za sznurki jak się nosi walizkę. Sznurki wrzynały mi się w malutkie dłonie, a gałęzie które nie były obwiązane kłuły paluszki.

Wracając na tory kolejowe miałam nadzieję, że już ktoś chodził po nich i śnieg będzie choć troszkę ubity. Zawiodłam się. Na śniegu były tylko i wyłącznie moje ślady. Starałam się trafić mokrym kamaszkiem w dziurkę w śniegu który pozostał z moich wcześniejszych kroków. Choinka mierzyła z 160cm. Człapiąc z soplami pod nosem, ustami spieczonymi, rękawicami spoconym i zamarzniętymi na dłoniach, z nogami z ołowiu, zmęczona ciągnęłam za sobą choinkę. Innym razem starałam się uchwycić ją pod bok, rozłożyste głęzie uciekały. Gruby pieniek nie pozwalał na zaciśnięcie na nim piąstki. Chwytałam za gałęzie, które wyślizgiwały się z uwagi na zlodowaciałe rękawice.

Niemiłosiernie wymordowana po przebyciu 3,5km drogi powrotnej, dotarłam do domu. Wciągnęłam jeszcze choinkę do korytarza i usiadłam na podłodze. Szczęśliwa i dumna. Dokonałam niemożliwego.

Kiedy już przebrałam się w suche ubranko, patrzyłam na krzątającą się mamusię i siostry. Chciałam powiedzieć, żeby nie ruszały mojej choinki, że ubiorę ją sama bo jest moja. Sił mi zabrakło. Usnęłam.

Mój Tatuś był ze mnie dumny. Od tamtego razu jeśli tatuś nie mógł przywieźć choinki, brałam sanki, sznurek i worek na ziemniaki. Nie był straszny mróz i zawieja śnieżna.

I tak mi zostało, na wszystkie późniejsze lata, obecne i następne. Nie ważne co się dzieje, na Bożenarodzenie ma być choinka, może być maciutka, sztuczna lub świeża, ale ma być.

Myślę o sylwestrze…

Moja fryzjerka była tak obłożona pracą, że ledwo miesiąc temu, udało mi się zamówić wizytę na dzisiaj. W salonie parę kobietek, wszystkie na przedłużenie włosków. Nie mam co przedłużać ale tupecik zamówię w amazonie, a Nicola nauczy mnie zakładać. Włosków co raz mniej co jest związane z moją dietą.

Powrócę do zakładu 19 grudnia na sprawdzenie, ewentualne poprawki przed Bożym Narodzeniem, no i sylwestrem. Niestety ale Nicola jedzie do rodziców męża i swoich do NJ, co mnie bardzo smuci. Od kilku już lat korzystam z jej usług. Nie jest tanio (270$) ale jestem zadowolona.

Miejsce w hotelu i miejsce na balu jest już zarezerwowane, muszę być piękna, bezbólowa i bezstresowa. Wygląd i uśmiech na twarzy na balu jest wskazany. Ośrodek wczasowy z hotelem i domami wypoczynkowymi umiejscowiony jest nad brzegiem jeziora. Można delektować się widokami oraz odpocząć na zewnątrz przy kominku, jest duży i kilka mniejszych kominków okalających basen. Nie pamiętam w którym roku, jeden śmiałek przepłynął całą długość basenu a było zimno i wietrznie.

Zamierzam poskakać na sylwestra, nawet jeśli zespół muzyczny grać będzie jazz lub bluess. Kilka lat temu jeszcze przed coviem, byliśmy w innym ośrodku z winiarnią i polami winnymi. Przez kilka lat było bardzo przyjemnie i zespół muzyczny grał do tańca. Ostatni raz grali blussa, tylko jedna para próbowała zatańcyć, ale to był bardzo katorżniczy bluss. Zeszli z parkietu. Niedoczekałam się nowego roku i nie tylka ja z mężem, byli też inni, że po posiłku udaliśmy się do swoich pokoi hotelowych.

Zmieniliśmy ośrodek. Przed covidem przez 4 lata grał jeden zespół i grali wspaniale. Można powiedzieć sami swoi bo i barmani jakby nasi przyjaciele. Pamiętali, że tańczę solo i piję tylko Martini Rosso. W tego sylwestra zagra inny zespół. Ale….pokonam tego blussa, nie pójdę do pokoju hotelowego w pierzyny.

W roku 2021-2022, w dniu sylwestowym nie czuliśmy się dobrze, a i covid wciąż był obecny, więc zrezygnowaliśmy. Kreację mam, nie używana, z metką. Nie będę musiała latać po sklepach.

Chyba że zmienię zdanie, bo kobieta zmienną jest.


Dawno dawno temu, kiedy białe niedźwiedzie po moim mieście chodziły, prawie każdego roku gdzieś się bawiłam. Po sylwestrze i powrocie do pracy, pytałam moje koleżanki…

– czy masz już kreację na sylwestra i gdzie będziesz tańczyć…

– Krysia daj spokój, dopiero nowy rok się zaczął – odpowiadały śmiejąc się

– czas tak szybko minie że nie zauważysz i zostaniesz z niczym, zacznij się szykować do balu….😁

Było wesoło, a czas szybko zleciał i …..

-Krysia miałaś rację – słyszałam 353 dni później.

Czas nie stoi w miejscu.

Czas jest w ciągłej trudnej pracy, zmieniając wszysko wokół.

Słowik

MM juz od poniedziałku w Meksyku/w pracy. Nie czuję za bardzo różnicy, ponieważ każdego dnia i ja muszę jechać do pracy. Jutro mam wolne ale za to w piątek skończymy kolo północy. Nie lubię prowadzić samochodu po zmroku, ale jak mus to mus. MM wraca w piątek, spotkamy się w sobotę. Po tygodniu pracy w domu wraca na tydzień do Meksyku.

Nie, nie byłam w Meksyku, nie ciągnie mnie w niebezpieczne strony. Miasto w którym pracuje, podobno jest spokojne/bezpieczne a region jest bardziej offisowy niż mieszkalny. Na choryzoncie pojawia się wyjazd do Chin ale i tam nie zamierzam się pojawiać. Chciałabym zwiedzić Chicago. Jeszcze tam nie byłam. Nie ciągnie mnie do rodaków, w moim mieście jest też już ich duże grono. Chciałabym zwiedzić Chicago i tyle. A polacy są wszędzie, doświadczyłam wszystkiego co najgorsze od nich, więc nie tyle że jestem ostrożna, unikam. Słysząc ojczysty język, odchodzę. Nie potrzebuję nowych znajomości, mam pracę i rodzinę, to mi w zupełności wystarczy.

Tulipany powolutku przekwitają. Na ich miejsce posadzę naparstnice. Nie tylko ja uwielbiam te kwiaty, bąki, pszczoły i osy również. Nie pamiętam w którym roku ale przylatywały też kolibry. Moze w tym roku również mnie odwiedzą.

Tylko jeden raz w tym roku i odkąd tu jestem słyszałam śpiew słowika. Kazdego poranka i o zmierzchu nasłuchuję, niestety ale już nie śpiewa.

Przypominał/przypomina mi dom mojego tatusia na działce. Dwa kroki do pięknego lasu, gdzie zbierałam grzyby. Opieńki każdego roku obrodziły. Najsmaczniejsze były solone a później smażone. Samotnie wypuszczałam się w głąb lasu, słuchałam, szumu wiatru i drzew, przeważnie traciłam orintację. Kiedyś doszłam na cmentarz, na którym odnalazłam grób mojego brata stryjecznego. Jaka byłam w tamtym czasie zła na całą rodzinę, że te 10 minut nie poczekali na mnie i odjechali na cmentarz. Władek był najwspanialszym człowiekiem jakiego znałam. Był zapalonym inżynierem maszyn i urządzeń przemysłowych. Zawsze mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, zawsze był temat do rozmów. Był o kilka lat starszy ale ani mnie, ani jemu to nie przeszkadzało. Zmarł wcześnie. Byłam wtedy w innym mieście o śmierci i pogrzebie dowiedziałam się w dniu pogrzebu. Nie zdążyłam. Tak widocznie mialo być. Zachowałam jego w swej pamięci. Zachowałam w pamięci też jego młodszego brata Olka. Również wspaniały człowiek wykładowca na Politechnice Warszawskiej. Pamiętam jego żarty i jego wesołe usposobienie, to był cały Olek. Zmarł przedwcześnie.

Trafiłam na powrotną ścieżkę w lesie. Nie zabłądziłam.

Teraz nasłuchuję, słowik odleciał. Została tęsknota za tym co minęło a już nigdy, przenigdy nie wróci.

Pierwszy wieczór 2022 roku.

Spokój wewnętrzy i zewnętrzny.

MM siedzi w fotelu na przeciw mojego. Ogląda coś tam na komórce. Wyjątkowo łagodny i ugodowy.

Niestety, ale testów na covida nie zrobisz bez appointmenu, a wolnych terminów nie ma. Najbliższy wolny na 7 stycznia. Oczywiście można wybrać opcję płatną 199$. Można kupić test w pudełku za 99$ są i takie ponad 200$. Ktoś kasę musi przecież kosić. Ale dlaczego ludzie mają kupować? Wirus jest światowy, jeśli decydenci chcą zdrowych niewolników, powinni wyleczyć. Szczepionka nie jest lekarstwem na wirusa. Moim zdaniem jest odroczeniem choroby na czas późniejszy, z lżejszym jej przebiegiem. Więc, jak te ćmy z podpalonym jednym skrzydełkiem walamy się na łóżkach, krążymy po domu w poszukiwaniu żarełka w lodówce, popijamy sody ktorych żołądki nie lubią i ponownie w pierzyny.

Ćma matka zdecydowała, że usmaży naleśniki. Nakarmiła wszystkich puszystmi naleśnikami z serowym i dżemowym nadzieniem. Na wierzch dodała kremu i posypała borówkami. Matka ćma wylizała swoje skrzydełka, otrzepała i poczuła przypływ energii. Wymyła płytkę gazową, blaty w kuchni i już, już miała ochotę na wymapowanie podłogi, wytrzepanie chodniczków, podmuchanie liści z decku. Przystopowała, usiadła na krzesełku w jadalni kuchennej, pomyślała. … mogę to wszystko zrobić ale….święto!!!January 1st!!!relax!!!!

Ćma matka włączyła muzykę i usiadła wygodnie w fotelu. Latała w swoich wspomnieniach.

No…..jestem kobieta samodzielna, wyzwolona. Taka byłam od urodzenia, taka moja natura. Nie było moim marzeniem wyść za mąż, mieć rodzinę, dzieci. Miałam inny pomysł na swoje życie. W pewnym okresie życia odkryłam, że nauka jest dla mnie wszystkim, praca jaka by ona była, moim powołaniem. Koleżanki z ulicy powychodziły szybko za mąż, bawiłam się na ich ślubach. Koleżanki ze szkoły szybko porodziły dzieci. Niczego i nigdy nikomu nie zazdrościłam.

A ja? Wiele oświadczyn odrzuciłam a były to dobre partie. …zgłupiałaś on ciebie kocha… słyszałam. Każde odrzucenie było przemyślane. To nie był mój świat. Nie pasowałam do tego świata. Żeby nie ogromna miłość do rodziców, nie byłoby mnie już dawno na tym świecie.

Rozważałam wstąpienie do klasztoru po zdaniu mtury.

Nie miałam pustego życia. Miałam bardzo ciekawe dzieciństwo, szkolne lata również. Potrafiłam zająć się sobą i nigdy się nie nudziłam.

W wieku 15 lat poznałam młodego człowieka. Od tamtego momentu byliśmy nierozłączni. Jeśli rozłączni to nie z naszej winy. Mieszkaliśmy po przeciwnych stronach miasta. On w dzielnicy blokowisk nowo pobudowanych, ja w dzielnicy domów jednorodzinnych. Komunikacja miejska nie była rozwinięta na takim poziomie jak obecnie. Spotykaliśmy się w niedzielę i to nie każdą. Moi rodzice nie pilnowali mnie jak starszej czy młodszej siostry. Mnie nie trzeba było pilnować, sama siebie pilnowałam. Wiedziałam co wypada a co nie, wiedziałam jak się zachować. Po skończeniu 18 moje kochanie poszedł do wojska.

Kochałam młodego człowieka całym sercem z wzajemnością, czekałam, aż wyjdzie z wojska. Byliśmy jak dwie połówki, papużki nierozłczki zawsze razem i wszędzie. Gdy pracował na drugiej zmianie czekałam pod bramą.

….Krysieńku!!!! wsiadaj pojeździmy po mieście…wolał. Skuterkiem robiliśmy kilka okrążeń po mieście. Tak tak, wiatr we włosach a miałam długie.

Na maturze to on czekał pod drzwiami auli. To on nauczyl mnie prowadzić samochód i dzięki niemu zdałam egzamin na prawo jazdy. Budowę silnika samochodowego, gaźnika i wymianę oleju w samochodzie on mnie uczył pokazowo.

Ale…bałam się dnia kiedy się oświadczy. W tym dniu zerwałam z nim na zawsze. Ale to nie było zerwanie w zgodzie z sercem. Skrzywdziłam nas oboje. Nigdy, o sobie nie zapomnieliśmy. Aby po wielu latach się spotkać i przeżyć 5 cudownych lat. Znów przyszedł moment, że z nim zerwałam.

Kochając całym secem znów zerwałam. Nie potrafię wyjaśnić ani wytłumaczyć, dlaczego.

Przed drugim spotkaniem z Nim byłam w momencie rozwodu z mężem a On w momencie rozwodu ze swoją żoną. Nikogo nie krzywdziliśmy. Myślałam, że to będzie na zawsze. Po drugim jak pierwszym zerwaniu z nim bardzo przeżywałam lecz nie potrafiłam go przyjąć lub wrócić. Niby rozdział zamknięty ale wciąż niedomknięty. Nie pozwoliłam sobie na szczęście. A jeśli to nie miało być szczęście?

Czy żałowałam? NIE! Tak musiałam postąpić. Nie ma odpowiedzi na pytanie … dlaczego musiałaś?…

Musiałam i koniec.

Jeszcze raz. Nie żałuję. Ale…. Kochałam i kocham tak samo silnie jak ON mnie.

Nie szukałam i nie szukam żadnej winy. Po prostu się stało. A dziś taki relaksowy i nastrojowy dzień, że wspomniałam.


Moje życie, było i jest ciekawe, czasami przeplatane jakimś dramatem.

 


 

Pierwsze kroki w szkole

Starsza przetarła już “szlak” do szkoły, dwa lata wcześniej. Ona cicha i bojaźliwa nie mogła mnie niczego nauczyć, nic pokazać. Byłyśmy z różnych planet. Mój “szlak” do szkoły i w szkole musiałam sama rozpoznać.

Biała bluzeczka na guziczki, plisowana granatowa spódniczka, półkolanówki białe i do tego białe sandałki. Wszystko miałam nowe i nie otrzymane w “spadku” po starszej.

Do szkoły było bliziutko ale jak do niej dotarłyśmy było już dużo ludzi, stałam z mamusią na szarym końcu. Apel odbywał się na podwórzu. Niestety, wśród dorosłych, nic dojrzeć nie mogłam, jedynie coś słyszałm. Nie zainteresował mnie ten szkolny apel pierwszoklasistów. Wycofałam się, poszłam na zwiady, słoneczko pięknie świeciło i zachęcało do zwiedzania obszarów przy płocie szkolnym.

Grządki na których rosła marchewka, buraczki i inne warzywa. Z kwiatów pamiętam nasturcję i malwy. Był tam również żywopłot który posiadał białe kulki.

Nie znałam tego krzewy. Od zwiedzania oderwał mnie głos mamusi. Był czas na zwiedzanie szkoły. Sala gimnastyczna posiadała lśniący parkiet. Po oby stronach sali były bardzo duże okna. Na wprost ogromnych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych były drewniane gimnastyczne drabinki. Do sali wchodziło się po dwóch stopniach w dół.

Drzwi do klas były pomalowane na biało i były bardzo wysokie. Obejrzałam też swoją klasę.

Zdjęcie z i.pinimg.com

Ławki, kałamarze

Zdjęcie z alegro.pl

i dwie duże tablice na ścianie. Nie było to wszystko nowiuśkie jeśli chodzi o stan użytkowania ale coś nowego dla mnie.

Zawsze lubiłam nowości ale…szybko nudziło.

Powrotu do domu nie pamiętam. Możliwe że zaszłyśmy jeszcze do mojego stryja który mieszkał tuż za szkolnym płotem. Możliwe, że pobiegłam do domu aby jak najprędzej zdjąć to świąteczne ubranie i pobiec na łąki bawić się z innymi dziećmi.

Wszystko możliwe, że wszłam do ogrodu i zaczęłam pielić naszą marchewkę.

Na pewno nie czytałam elementarza, na pewno nie ćwiczyłam kaligrafii.

Rozpoczęłam edukację!

Wiele lat temu….

Każdy z nas ma sny. Jedni pamiętają inni nie. Pamiętam sen, który śniłam przez kilka nocy. (miałam 17-18 lat – to jeszcze dinozaury żyły😁) To był sen, który miał ciągłość następnej i następnej nocy….z tym że, po zasnięciu śnił mi się sen z poprzedniego dnia, ale w skrócie tak jakbym miała, przypomnieć co było poprzedniej nocy i już na spokojnie, śniłam ciąg dalszy. To było bardzo ekscytujące wrażenie. Nie pamiętam treści snu, pamiętam do dziś, kolory i budynki z czerwonej cegły.

Sny w większości są prorocze. W tej chwili czekam na jakieś wydarzenie, nic złego, raczej nieprzyjemne. Nie lubię swoich snów. Wolałabym abym ich nie pamiętała.

Sen o numerach lotka pamiętam, a było to tak…..pewnego poranka po przebudzeniu pamiętałam cyfrę, cyfrę wydrukowaną na papierze. W ciągu dnia zastanawiałam się…o co chodzi z tą cyfrą. Następny poranek, w pośpiechu pobiegłam po kartkę i długopis i szybko zapisałam następną cyfrę. Miałam 2 cyfry nie pasujące do niczego, nie miałam też żadnych skojarzeń. Następnego wieczoru, kartkę z długopisem polożyłam na nocnym stoliku aby nie zrywać się jakby się paliło. Zerwałam się a jakże, przyśniły się 3 cyfry na raz, lecz trzecią…..pamiętałam we śnie, po przebudzeniu się rozmyła. Śniąc o ostatnich trzech cyfrach, śniłam o zdarzeniach sugerujących wygraną. Czwarta noc i dwie cyfry z których jedna mi uleciała, się rozmyła. Jeszcze piątej nocy przyśniła się szósta cyfra, niestety po przebudzeniu uciekła. Nie mogłam już dłużej czekać, trzeba było zdawać lotka. Miałam 5 cyferek!!!!Wygrałam!!!! Nie był to milion, nawet nie 20tys. Ale kwota mnie zadowoliła. Roztrwoniłam wraz z dziećmi całą wygraną!!!! Dzieci były w wieku 6 i 4. Mieliśmy frajdę.

Następny sen. Pozwolono mi zobaczyć prawdziwe NIEBO, niebo gdzie znajdują się Duszyczki. Niezapomniane wrażenie i widok. Nie wolno mi dokładnie opisać ale jedno wam powiem…..szczęście i spokój Tam panuje.

Obecnie rozmawiam z mamusią o śmierci. Uspokajam mamusię, jak i wprowadzam ją na drogę, drogę którą sama będzie podążać. Boli mnie serduszko, nikt mamusi nie potrzyma za rękę, umrze w samotności, pomimo ludzi mieszkających obok. Przykro mi że, moje dwie siostry w pogoni za majątkiem gotowe własną matkę wygonić (nawet nie gotowe, wyganiały, nie obeszło się bez wizyty stróżów prawa) z jej własnego domu. Obecnie nie ma już takiej pogoni za majątkiem ale spokoju również brak. Mamusia słabnie i nie jestem pewna czy dożyje do grudnia. Będzie mi bardzo ciężko. Co ja mówię…będzie….jest mi bardzo ciężko. Dlatego poszukuję różnych artykułów, reportaży na temat śmierci, ponieważ, jeśli mam pomagać to pomagać umiejętnie, a nie pleść trzy po trzy. Po każdej rozmowie mam podwyższone ciśnienie i muszę przyjąć coś na uspokojenie. To nie są łatwe tematy i pytania…

Dziś wymyłam dwa duże okna i szybki w drzwiach wyjściowych na deck. Bym zapomniała, okno w pralni!!! Wymyłam również. Medal mi się należy, coś zaczęłam robić oprócz pieczenia chleba. Sklepowego chleba nie sposób jeść. W ubiegłym tygodniu zrobiłam przerwę od wypieków. MM przywióz chlebek z Whole Foods Market (sklep ze zdrową żywnością). Podejrzewam że, bocheneczek niechcący wpadł do beczki z octem. Kto taki chlebek piecze, nie wiem. Więc, przerw w wpieczeniu chlebka już nie będzie.

Powolutku dostosowuję się jak widać do siedzonka w domku😁.

Wspomnienia smaku i zachowań

 

Kilka ostatnich dni czułam się jakby ktoś powietrze ze mnie wypuścił lub spuścił, walec po mnie przejechał, stado koni mnie stratowało, przepuścił mnie przez magiel, krokodyl mnie przeżuł i wypluł. Tak się czułam i nic z tym nie mogłam poradzić. W południe nakładałam pidżamę i do łóżeczka wskakiwałam. MM w tym tygodniu pracował w domu, dziwił się i nie koniecznie. Podejrzewał przemęczenie.

A ja?

Może i przemęczenie ale, przez 3 noce budzić się około 2am to już było ponad moje siły. Przewracam się, walałam się w łóżku, oczy zamykałam i otwierałam, liczenie baranów i wspominanie upojnuch nocy, nic nie pomogło. Może właśnie wspominanie upojnych nocy nie pozwalało mi zasnąć do 5am.🤪 Kto wie? Bo zdarza mi się tak powspominać z kim i kiedy i jak…hahahahaha. Nie mówcie, że święci jesteście. Wśród żywych – świętych brak. Tylko są tacy co nie mogą lub nie mają z kim. Moja córcia nie raz prosiła…mamuś no spisz swoje wspomnienia, fajnie będzie poczytać… Chętnie bym i spisała ale…nie wszytko można powiedzieć, spisać, przekazać. Niech część zostanie tajemnicą. O nie, nie byłam rozwiązłą panną. Ale, miałam koleżankę co lubiła sex ponad dobre imię. Nie przeszkadzło mi to, zupełnie nie przeszkadzało. Tym bardziej jej to nie przeszkadzało. Gdzie ona to i owo robiła? Na klatce schodowej, w krzakach, pod drzewem, gdzie się dało i nie dało. Ale koleżanką była na prawdę super, do momentu aż…chciała złapać bogatego na dziecko. I tak została z tym dzieckiem sama, samiuteńka. Wróciła do domu z miejscowości uzdrowiskowej. Bogatego rodzice zabrali z sanatorium. W międyczasie upiekłam chlebek turecki oj oj paluszki lizać. Obiecałam MM, więc obiecane – dokonane. Całe ale to całe swoje życie odkąd pamiętam, obiecanego dotrzymywałam. Więc zrozumiałe byłam bardzo ostrożna w obiecankach. Obiecane – podane! MM zajada się chlebkiem w tej chwili. Pyszności, na prawdę pyszności! Z koleżanką drogi nam się rozeszły. Wyjechałam do Lublina zdawać na prawo a ona, kołysała swoją córkę. Z tego prawa wyszło mi lewo, bo nawet nie poszłam na egaminy wstępne na studia. Ale w akademiku mieszkałam w trakcie egzaminów. Poznałam Gienia i Miecia. Jeden jak i drugi mieli na mnie wielką chęć. Miecio to nawet zaprosił mnie do mieszkania w bloku i rozłożył wersalkę. Z tą rozłożoną wersalką zostawiłam go, zatrzasując za sobą drzwi. Gienio też miał nadzieję, zostaliśmy przyjaciółmi na dość długi okres. Ludzie szykowali się do rozpoczęcia roku akademickiego a ja pakowałam torby i walizy do powrotu do domu, jako marnotrawna córka. Rodziece przyjechali samochodem i zabrali mnie do domu. Pamiętam pierwszy poranek po przebudzeniu. Uczesałam się – zrobiłam sobie kucyki po obu stronach głowy i nic z tego nie robiłam, że cały rok akademicki przebąblowałam. Kiedy chciałam zdawać w czas i porę na uniwerek to, egzaminy zdałam, tylko zabrakło punktów za pochodzenie, miałam ogromny żal do rodziców, że nie są rolnikami zbierającymi płody rolne, robotnikami w hucie szkła, mebli lub w kamieniołomach. Świat, młody świat mi się zawalił. Idąc ulicą rzewnie płakałam, doszłam do domu, zmknęłam się w pokoju i nikomu nie pozwoliłam wchodzić. A przecież zabrakło mi tylko 2 punktów! I wtedy rozpoczęłam przygotowywanie się do egzaminów na studia w Lublinie na kierunek – prawo. I co z tego, że byłam przygotowana i byłam pewna, że egzaminy zdam. Po prostu, nie przystąpiłam do egzaminów, za to miałam prawdziwą zabawę.

Trzeci kawałek tureckiego chlebka pożeram. Normalna pychotka.

Wracając do mojej sex koleżanki. Kiedyś pojechałyśmy razem na Mazury a dokładnie Augustowa. Pole namiotowe, robiłyśmy namiot. Moja koleżanka nie wiem jakim sposobem ale przywołała już nie jednego chętnego na swe wdzięki. Tak jak ja przywołuję komary i inne owady, gady i wszystko co się rusza, oprócz facetów. Jeszcze nie zmrok a namiot na przeciw rusza się jakby huragan tam zawitał. I takim sposobem do mnie samotnej w namiocie zwitał, belg, francuz lub coś takiego gadającego po francusku. A że w tamtym okresie rozumiałam coś niecoś, co się do mnie mówi. Ale ten jegomość, nie powiem ale przystojny, młody i wyglądający na Apollo pokazuje mi prezerwatywę. Jeju jak ja się wściekłam, myślałam że go zmiotę z tej pięknej ziemi.

No nie dlatego, że gumkę pokazał, że śmiał myśleć, że zrobi ze mną barabara jak moja koleżanka w namiocie z naprzeciwka.

Nie jesteśmy żadnym odzwierciedleniem naszych znajomych!

Młodzieniec zachował się przyzwoicie i się ulotnił. Z rana zjedliśmy śniadanko przy wspólnym stoliku w jakieś knajpie i tyle go widziałam.

No i moja koleżanka tak wychowała swoją córcie i od tamtego “incydentu” nie koniecznie odechciało się jej ”amorów” . A że była pielęgniarką łapała ‘każdego chętnego doktorka. …To nie zobowiązujące…mówiła.

Żyłam już swoim i innym życiem niż moje koleżanki.

Moją sex koleżankę, spotkałam wiele lat później,  w szpitalu w którym leżał mój Tatuś. To była osoba całkowicie bezduszna, pozbawiona jakichkolwiek uczuć, po prostu głaz.

Czy pamiętacie chlebek turecki? W moim mieście można było kupić w Delikatesach.

Zanim dochodziłam do bramki ogrodzenia pochłaniałam ostatnią kruszynkę.

Dziś z MM zjedliśmy jeden chlebek,  a piekłam jak nigdy przedtem,  w foremce.

Taki sam smak,  a może i inny bo dodałam kilka kropli olejku toffi.

 

 

 

Mój przyjaciel deszcz

Jedynie poniedziałek był dniem pracy na yardzie, powiedzmy popołudnie. Od wtorku deszczyk kropił, co nie pozwalało mi na wyjście na ścieżkę.

Cichutko myślałam,….aby deszczyk padał jeszcze dłużej i dłużej. Zregeneruję się, odpocznę, poleniuchuję.

Moje zamówienie na deszcz zostało zrealizowane. Każdego dnia padało. Dziś piąteczek i PADA!!!!

Pada moje zamówienie wielkimi kroplami i … z szumem.

O to mi chodziło. Chodziło mi właśnie o to!!!!O deszcz, deszczyk, deszczunio.

Nie wyjdę na yard, nie wyjdę do kwiatków, ale odpocznę.

MM nie jest zadowolony, planował dalsze cyklinowanie tarasu. No cóż, deszczyk sprzyja w ten weekend tylko dla mnie.

Będę się nudzić, marudzić, siedzieć, leżeć…

Zasłużyłam na dłuższy odpoczynek. Odpoczynek wprawdzie wymuszony, ale …cieszę się.

 

Ma padać aż do czwarteczku. No i super !!!!

Robota nie zając nie ucieknie. Tak kiedyś mówiono. Jestem z tych starej daty, więc nie zapomniałam o dziwnych dla młodzieniaszków powiedzonkach.

A co, kto mi zabroni używać durnowatych powiedzonek.

Czy sie stoi czy się leży stówa się należy. Nie wiem kto to mówił ale chyba ci co rowy kopali.

Przecież i ja zaczynałam kiedyś od malarza wiejskiej świetlicy, w której po jej wymalowaniu nie potańczyłam. Później byłam na zastępstwie kierownika brygady remontowej. Oj pamiętam jak wszystkich fachofców z pod ciemnej gwiazdy wyciągałam z knajpy z piwem. Nie mogli się doczekać kiedy kierownik wróci do pracy. Dosłownie stałam na fachofcami z pod ciemnej gwiazdy i sprawdzałam każdy centymetr wykopanego dołu, położonej w tym dole instalacji wodociągowej. Odetchnęli kiedy odeszłam, a odeszłam wtedy już do kuratorium. A tu spotkałam mego nauczyciela wf-u. To u niego i pod jego okiem skakałam najwyżej, najdalej i biegałam najszybciej. Skoki żabką nie były dla mnie żadnym ciężarem.

To był skok z pozycji kucznej,  i jak najdalej. Brałam udział w zawodach spotowych, należałam do klubu sportowego.

A teraz skaczę jak koza w rytm muzyki. Dajcie mi tylko partnera do tańca. No niestety MM jest… nieczuły, lekko mówiąc na rytmy muzyki. A przecież uczył się gry na flecie.

 https://youtu.be/SJM0e1YcHIg

 Podziwiam ruchy w tańcu, muzykę, delikatność, erotyzm, uniesienie, duchowość, rytm i cud kroków tanecznych.

Wszystkie video pochodzi ze wschodu. Nie mam żadnych uprzedzeń do wschodu, nie mam żadnych uprzedzeń do zachodu, nie mam żadnych uprzedzeń do północy i południa. Kocham wszystko co jest piękne i wesołe. Uwielbiam taniec, ten erotyczny również, bo dlaczego nie. Tylko trzeba znać granice. Jeśli je sobie postawimy, jesteśmy bezpieczni.

Każdą granicę można przesunąć, ktoś powie. To zależy od nas samych. Niektórzy nie mają granic i moim zdaniem źle kończą.

Źle dziś nie skończę,nie ma obawy, ale poskakać muszę bo od poniedziałku tylko walałam się w łóżku. Muszę spalić energię.

A deszcz pada i pada i tak będzie padać.

Nie ma to jak zatańczyć w rytm “spadających kropel deszczu”. A więc będę tego wieczoru skakać i tańczyć.

 

 

 

Gdy kobieta tańczy, tworzy sztukę, a zarazem staje się bardziej zmysłowa.

 

 

 

 

 

Przerażona ale ocalała

Posted August 2, 2016

W oddali grzmiało kiedy kończyłam malować paznokcie. Nie czekałam aż wyschną, grzmoty szybko się zbliżały, to nie były pojedyńcze grzmoty, odgłosy zwiastowały coś groźnego. Kilka grzmotów na raz … nie liczyłam sekund. Pakowałam się. Zdjęcia rozłożone na biurku – od kilku dni skanowałam, szybko zsunęłam do walizki. Dokumenty te ważniejsze do drugiej walizy. Grzmoty co raz bliżej a ja jeszcze pakuję i biegając, mam już plan działania. Jak uderzy w dom, szybko wszystko do samochodu i wyjeżdzać w dół na ulicę. Walizy i torby ciężkie ale dam radę. Nie zapomnieć baniaka z benzyną wynieść z garażu i gaz zakręcić. Pieski wrzucić do samochodu, nie zapomnieć! Wyłączyć elektrykę. Znów walnęło trzykrotnie, tu nie daleko.  Torba z komputerami, aparatami itp . Wciąż biegam i pakuję.  O czym zapomniałam? Co jeszcze będzie potrzebne i co bardziej kosztowne, czego nie da się po stracie odtworzyć. Myślę szybko i szybciej pakuję. Myślę o MM – co zabrać, co zostawić.

Jestem nad wyraz skoncentrowana lecz przerażona odgłosami, zdaję sprawę z powagi sytuacji. Bo jeśli uderzy będę miała bardzo mało czasu, bo pali się bardzo szybko. Spojrzałam w biegu na pieski, leżą skulone w bezruchu  na swoich poduchach.

Grzmoty odchodzą, powoli ale odchodzą. Siadam na krzesełku.

Już spokojnie oddycham, patrzę na pomalowane paznokcie. Lakier zdrapany. Jutro pomaluję jeszcze raz.

Widziałam w życiu płonące domy. Pierszy był doszczętnie spalony. Dom drewnaiany na mojej starej dzielinicy (tam gdzie się urodziłam i wychowałam). Miałam około 7 lat, tatus biegł do pomocy w gaszeniu pożaru, a ja za nim. W oddali słyszałam glos mamusi abym w domu została. Nie zostałam. Pobiegłam. Zanim dobiegliśmy a nie było tak daleko, z domu zostały tylko zgliszcza. Dom drewniany i malutki to i szybko spłonął. Straszny widok. czułam wtedy ogromne przerażenie ismutek. Ludzie ocaleli ale zostali jak wybiegli z domku. Płakali. To było dla mnie ogromne przeżycie. Wciąż mam przed oczyma zgliszcza a nad nimi syczące płomienie.

Boję się grzmotów i błyskawic. Młodsza siostra miała z 4 latka to ja jeśli dobrze licząc 9. Nie pamiętam z jakiego powody byłam w domu z młodszą, gdzie była mamusia ze starszą nie wiem. Wiadomo, tatuś był w pracy. Na podwórzu szalała burza z piorunami i błyskawicami.  Jako starsza nie mogłam pokaza młodszej siostrze, że się boję. Wprawdzie nic nam nie groziło, dom murowany ale w tamtym czasie dach pokryty był czarną papą. A że byłam z tych córek co swemu tacie wciąż pomagała i krązyła wkoło niego, mogłam wiedzieć co może sie wydażyć w razie pioruna który ewentualnie uderzy w komin. Piorunochrony jeszcze nie były instalowane. Byłam z siostrą na piętrze i prosiłam o pomoc w pakowaniu pościeli, ubrań i co w razie straty/spalenia się domu,  może się przydać do dalszego życia. W tamtym okresie nie było tv ale mieliśmy duże radio.Bardzo często sąsiedzi przychodzili do nas i gromadzili się przy radiu, oczywiście byłu i rozmowy. Widocznie usłyszałam, co należy robić w razie pożaru. Poduszki pierzyny związywałam prześcieradłem i znosiłam na parter na korytarz. Obuwie i kalosze ustawiałam bliżej drzwi aby w razie czego można było wyrzycić na zewnątrz. Wydarzyło się to przy trzecim schodzeniu po schodach na parter, kiedy byłam na podeście a licznik elektryczny był na wysokości moich oczu piorun – ogień w postaci grybego postrzępionego sznurka wyskoczył z tego licznika zrobił kuko w odległości 1 1/2 metra i paląc korki elektryczne na czarny węgiel zniknął wewnątrz licznika. Stałam jak zamurowana. Większość pościeli była już niesiona z piętra (tam były nasze sypialnie). Po tym zdarzeniu nie myślałam o niczym, jedynie krzyknęłam do siostry żeby zeszła na dół i siedziałyśmy w pokoju na parterze,  oczekując mamusi.

Dwa razy palił się mój nowo pobudowany dom.

Teraz pada deszcz a ja nie mogę zasnąć.