Po pracowitej nocy, obudziłam sie około południa. Pocieszałam siebie, że mam przcież, cały tydzień wolny i mogę z nim robić co chcę. Późna pobudka, sprzyjać będzie diecie, nie będę patrzeć łakomym wzrokiem na lodówkę.
Na śniadanie dwa jajka rozbełtane na patelni. Czarna kawa – zagotowałam w imbryczku, bez cukru i słodkich kremików. Chociaż te słodkości dodaję jedynie do kawy rozluszczalnej. Ot i całe moje śniadanko.
Makowiec i ciasteczka trafiły do kosza na śmieci, a tak zachęcały, żeby wyciągnąć dłoń i ukroić kawałeczek, ciasteczka – normalne herbatniczki, uśmiechały się do mnie, nie zachęciły mnie, nie skusiłam się, dałam radę. Przejrzałam lodówkę, oprócz dietetycznego jadła miałam, truskawki – które są “nie zdrowe”. Zatrzymałam na jakiś czas. Szkoda było wyrzucać, bo świeżutkie i pięknie wyglądające.
Nastawiłam timera i ruszyłam na podbuj swego yardu. Dmuchałam i wciągałam liście do worów.
Po 4 godzinach obiad. Obiad???😮😧😮😧 Boczek smażony, odsączony z tłuszczu, bez
sałaty, chleba, ziemniaków. Zjadłam parę plastrów, nie dało się tego jeść.
Pierwsza i nie ostatnia zasada tej diety NIE OBJADAĆ SIĘ.
Druga zasada, pić wodę.
Po “obiedzie” wyszłam jeszcze na yard, powalczyć z liśćmi. Nastawiłam timer na 4 godziny.
Dlaczego tak się katuję?
144 lb / 63,31kg przy wzroście 158cm to trochę za dużo. Biustonosze wcinają mi się w fałdki tłuszczu, spodni krótkich nie założę, sadełko zwisa w talii. Chcę być lżejsza i zgrabniejsza. Nie, nie jestem beczułką, którą można toczyć, ale nie długo mogę być.
Na podwieczorek zjadłam resztę plasterków boczku. Popiłam wodą.
Z liśćmi nie powalczyłam, zepsuł się przewód elektryczny w mojej maszynie. Z braku zajęcia, odkurzyłam całe mieszkanie od piętra do piwnicy. Obowiązkowo moja fizykoterapia, którą ostatnio zaniedbałam i mam efekty. Coś mi gdzieś zaczyna boleć, a to nie dobrze, bo wracam do prochów.
Na kolację już nie czekałam, jestem zmęczona, a o 11pm jest za późno jeść cokolwiek.

Leave a reply to Justyna Baranowska Cancel reply