w poszukiwaniu lata

Ostatnio mam więcej dni wolnych od pracy zawodowe. Nie to, że ktoś mnie zwalnia lub sama się zwalniam, uciekam, rezygnuję. Jeszcze nie czas i nie pora. A jeśli przyjdzie ten czas i pora to chyba będę do domu wracać zalana łzami. Oczywiście, że nastąpi, na razie nie muszę o tym myśleć, bo to jeszcze kilka lat.

Wstałam późno i …postanowiłam ogarnąć garaż. Nagromadziło się w tym garażu  wszystkiego. Najwięcej narzędzi i sprzętu ogrodniczego oraz przedłużaczy. Przeważnie po skończeniu pracy na yardzie, wrzucam gdzie popadło moje narzędzia i zmęczona, ciągnę nogi za sobą udając się do domku. Obecnie, tak nie robię. Prace zakańczam wcześniej, niż mnie dopada zmęczenie i mam czas na odpoczynek i cieszenie się pięknem jakie mnie otacza.

Dziś wzięłam aparat i zaczęłam szukać oznaków lata. Wiosna była w tym roku krótka. Ulewne deszcze połamały i potopiły wiosenne kwiaty. Nie zdążyłam nacieszyć oczy. Nie siedziałam też na tarasie zbyt często. Dziś dzień był słoneczny i cieplutki. Po pracy w garażu, wyszłam z aparatem w poszukiwaniu lata. Wiosny nie było więc może lato już stoi na progu a ja zajęta pracamu “polowymi” i garażowymi, nie zauważę jak minie mi koło nosa.

Biegałam po “polu” i szukałam tego lata, co mi koło nosa ma przelecieć. Niewiele go znalazłam ale…sklep mi ogrodniczy jutro pomoże.

Muszę jakieś kwiaty zakupić. Kalie dopiero wschodzą, zanim kwiat się pokaże to i lato minie. A ja chcę już i teraz. Mało miałam wiosny, więc latem chcę się nacieszyć.

Nie lubie planować (już o tym pisałam) ale…wyjazd do Polski muszę zaplanować i bilet lotniczy kupić. Wpław nie popłynę, nawet gdybym umiała pływać. Za dużo plastiku w oceanie. Szkodliwy.

Wcześniej myślałam, że zostanę na Wszystkich Świętych ale…niestety, niemożliwe. Nie zostanę też na miesiąc czy dłużej, tylko zaledwie 3 tyg. Dobre i to. Jak pomyślę, że trzeba będzie napuszczać wodę do grzejników, uruchamiać piec a oprócz tego wszystkie rury poskręcać to ciarki przechodza po plecach. W dzień odjazdu, wodę spuszczać, rury przedmuchiwać, rozkręcać, to mi się i odechciewa tam jechać.

Któregoś roku myslałam…pojadę zakotwicze się w hotelu i nie będzie tych wszystkich problemów. Hotel to jest hotel, jesienią mogą jeszcze na full nie ogrzewać a ja lubię ciepełko, z katarem i czerwonym nosem nie będę ani podróżować ani pokazywać się MM i dzieciom.

Dlaczego myślę o wyjeździe późną jesienią? A nie chcę spotykać mojej starszej. Mam nadzieję, że wróci do NY na jesień. Nie chcę dyskusji na temat komu zrobiłam darowiznę, a dlaczego nie jej? No bo po co jej jakieś majątki? Zrobiłam darowiznę na rzecz młodszej. Nie potrzebuję majątków ( po Tatusiu). Mieszkam tu gdzie mieszkam i wystarczy mi w zupełności mój dom a nie jeszcze coś dodatkowego. Zechce młodsza sprzedać niech sprzedaje już od prawie roku to jej i tylko jej. Nie mam nic do tego co zrobi z majątkiem, który odemnie otrzymała w darowiźnie. To nie jest już moje. Moje dzieci nie były przeciw, bo to był wyłącznie mój majątek. Och …jaki to majątek, jakiś udział w działce i domu w miejscowości letniskowej. Bez przesady… to nie są żadne miliony. A nawet gdyby były, to co ugryzę te mury? Nie mam tak długich zębów aby sięgnąć przez ocean. 🙂

Więc, jadę, OK planuję jechać w październiku a jeśli biletu nie będzie to …nie mam terminu. Muszę jechać nawet z 3-4 przesiadkami. 3-4 przesiadki to będzie 36 godzin podróży. Czy dam radę? Nie wiem.

Kilka lat temu leciałam z MSJ z 2 przesiadkami 34 godziny w podróży. Powiedziałam wtedy sobie, że nigdy takiego czegoś drugi raz nie zrobię.

NIGDY NIE MÓW NIGDY!!!!!

U mnie godzinia 8:30pm a widniutko jeszcze.

Słoneczko widoczne jest jeszcze za drzewami ale już co raz niżej i niżej.

Co jutrzejszy dzień przyniesie?

Pojechać do banku

Dokończyć sprzątanie garażu.

Zagrabić lub podmuchać opadłe liście z rodendrona.

Pozbierać z “pola” opadłe gałązki z drzew podczas ulewy.

Jeśli się da to ogarnąć moje biurko.

Nie jestem pewna czy wykonam wszystko co powyżej jest napisane.

NIE LUBIĘ PLANOWAĆ!!!!!

Więc i pewności nie mam. Może do banku nie pojadę a załatwię to w środę, bo do pracy jadę w środę i nie tylko, więc po co mam się mizdrzyć przed lustrem. Nie mam pewności co do …ogarnięcia biurka. “organizacja” mego biurka mi odpowiada, no co z tego że jest wszystko … video kamera, książka “Daring to drive” Iphone, kalendarz i dużo notesów, żółtych karteczek a mniędzy nimi okulary i pomadka do ust. Dużo rozrzuconych kart pamięci, kilka zewnętrzych dysków. Aparat fotograficzny i dwa laptopy oraz dodatkowy monitor do laptopa. Lampka LG, tabletki przeciwbólowe flamastry, długopisy i ołówki. Dwie portmonetki i portfel. Pojemnik na pen driver a ich jest nie kilka.

Dziś oprócz tego bałaganu stoi jeszcze lampka wina. Bez przesady wino ma tylko 6% zawartości alkoholu. Piwo w Polsce ma więcej. Żeby te 6% połknąć to trzeba wypić całą butlę.

Nie dziś i nie teraz.

____________________________________________________________________________

MM zmęczony bo zameldował się w hotelu dopiero o 2 am. Rozmawiałam z nim aby zmienił godziny wylotu na wcześniejsze. Nie potrzeba tak się męczyć. W niedzielę (wylatuje) nigdy nie mamy nic zaplanowanego…..kina, wyjazdu, gości…

Jedynie śniadanko w restauracji lub w domku, później pakowanko i w zasadzie czekanie na ubera lub taxi.

Powiedział, że pomyśli.

NIE MA ROZPUSTY GORSZEJ NIŻ MYŚLENIE. 

- Wiesława Szymborska

 

 

 

 

Głowa pełna pomysłów

Zasłużony wypoczynek. Nie planuję wyjazdu, wyjścia, wypadu. Posiedzę na kanapie, pod rozłożystym klonem chińskim, w towarzystwie śpiewających ptaków i gaworzących wiewiórek.

Ok- wyjedziemy, do sklepu budowlano-ogrodnicze, ale to przyjemność. Trzeba zarezerwować maszynę do cyklinowania tarasu. Maszyna wygląda tak jak w Polsce z tym, że nakłada się grubo ziarnisty papier ścierny. Musimy zedrzeć starą powierznię na tarasie. Położona była przez prawdziwego fachowca, po roku zaczęło się łuszczyć. Ratowaliśmy jak się dało, łatając i ….w tym roku trzeba położyć od nowa.

Cyklinowanie oddam MM. Nakładaniem specjalnej warstwy na taras, (bo to nie będzie malowanie), sama się zajmę.

Spaloną maszynę do mycia pod ciśnieniem, trzeba zawieźć do naprawy. Moja nowa elektryczna jest wyjątkowo za słaba do mycia betonowych podjazdów i parkingów.

Myjąc schody z bel drewnianych zauważyłam, że dwie bele są jedzone od środka przez jakieś robactwo.

Trzecia belka jedzona od zewnątrz.

Trzeba cement kupić, pasek i naprawić zapadające się płytki przy murku.

Robiąc zdjęcie zauważyłam, że to nie płytki, a cała spora część betonu się podnosi. Mała moc maszyny nie wymyła żółtych plam po liściach, widoczne na zdjęciach.

Co mam zrobić z płytą i jak ją zabezpieczyć przed dalszym jej podnoszeniem, pomysłu brak.

Jeśli podniosę płytki i wyrównam je do poziomu betonu, to woda deszczowa się zatrzyma. Nie popłynie pod górę. W tym miejscu jest parking i nie ma wielkiego ruchu. Parking zrobiony był 5 lat temu przez profesjonalną firmę. Moje uwagi odnośnie parkingu i murków nie były uwzględnione. MM poparł “fachowców”. Murki tracą linię a parking jak na obrazku. Prosiłam położyć zbrojenie na podjeździe (mieszkamy na dużym wzniesieniu) murki oporowe zmurować, a nie kloc na kloc położyć. Położyć na wylewkę! Mowa moja była do słupa. Tak jak fachowcy zrobili można robić na równym terenie.?

MM ….wytrzyma 10-15 lat…..Nie wytrzymał 2lat. Teraz 5 i się wszystko sypać zaczyna.

Po roku od robót, MM przyznał mi rację ale… termin gwarancji upłynął. Do sądu? MM nie jest z tych osób, żeby się po sądach włóczył.

Mam też aligatorowe pęknięcie na podjeździe. Z tym większego problemu nie będzie. Wiem jak to załatać.

Och, to tyle i aż tyle.

Tym między innymi zajmuje się po pracy zawodowej.

Nie poodpoczywałam.

Deszcz wygonił mnie z tarasu, a po zakupach, byłam tak zmęczona, że zrezygnowałam z lunchu.


MM poszuka jakiejś firmy która rozwiąże moje problemy budowlane 🤪🤪🤪🤪.

Czy fachowcy dodadzą mi nowych problemów, czy rozwiążą moje problemy?

Fizycznie

Mogę śmiało zatrudnić się do mycia tarasów, chodników i podjazdów. Chodnik z płyt kamiennych, który sama zrobiłam, zostawiłam do mycia chyba na sobotę. Dziś myję murki i podjazd. Elektryczna maszyna ma za mało mocy abym mogła użyć specjalnej szczotki. Męczę się z pistoletem do mycia. Murki i mniejsze powierzchnie to ok ale podjazd jest na wzniesieniu.

Parking też na dziś zostawiłam. Tam słońce w pełni, za bardzo piecze. Pracuję w cieniu.

Nie mam dziś rewelacyjnego humoru. Wczorajsze siedzi w głowie.

Już nie analizuję, jest mi tylko smutnawo.

We wczorajszym poście wyłączyłam komentowanie. Trudno jest zająć stanowisko jeśli napisane zdawkowo.

Było mi po prostu źle i przykro.

Podobno praca fizyczna rozjaśnia umysł. Podobno.

Praca fizyczna męczy i nic nie rozjaśnia. Może tak jest tylko w moim przypadku.

Psiarnia

Lubię Ononato jest pies starszej córki MM. Moje psinki to są przy tym psie jak miniaturki. Córka MM znalazła pracę w innym stanie, przy granicy z Kanadą i w najbliższych tygodniach wyjeżdża. Psinę zostawiła u nas na kilka dni, dziś zabiera. Wyjeżdża oczywiście, z Ononem.

Piesek ułożony, posłuszny tylko jedno ale…..sierściuch.

No nie lubię jeść sierści,  co chwilę nie będę odkurzać lub latać ze ściereczką i zcierać  mebli. Onon baaardzo często otrząsa się, fajnie i pociesznie to wygląda ale….ile sierści on z siebie strzepuje to ja chyba tylko wiem i widzę. Jeśli na stole kuchennym jest sierść to znaczy, że na niższym pułapie jest jej o wiele więcej.

Nie, jeszcze nie jestem uczulona na sierść, na pyłki kwiatowe jak najbardziej co objawia się również zawrotami głowy. Ostatnio wychodziłam w maseczce.

Więc…dziś czeka mnie sprzątanie, odkurzanie i trzepanie i to całego domu. I po co ja mówiłam, że nie jestem uczulona?

Tylko zaczęłam okurzać…kichanie, płakanie i kaszlanie. Normalnie nie mogłam tego powstrzymać. Przyjęłam tabletkę, z tym, że żadne lekarstwo nie działa natychmiast.

Odkurzanie piętra dokończyłam w maseczce. Było o niebo lepiej. Nie lubię maseczek bo pod maseczką twarz się strasznie poci.

Ale coś za coś.

Co u mnie?

Czekamy na uroczystość graduacji mojej córci na uniwersytecie. Już prezent mamy w postaci aparatu fotograficznego. Córcia skończyła 2 letnią szkołe fotograficzną w Polsce, socjologię i zaliczyła rok farmacji. Poszła w moje ślady (fotografia) i tymi śladami podążała. Odbiegły wprawdzie od fotografii nie co w bok, ale to co się lubi, to zostaje na zawsze w sercu. Kupiliśmy z MM bardzo dobry podręczny aparat fotograficzny FujiFilmX100F, futerał skórzany płynie lub czy też przyleci z Honkongu. Miała do wyboru NikonD750 lub Fuji. Wybrała ten drugi. Nie dziwię się. Podobnie jak moje Sony RX100VI jest podręczny, można schować do torebki.

NikonD750 wraz z obiektywem ma swoją wagę, a dodać do tego statyw to i rąk zabraknie, żeby robić zdjęcia. Zdjęcia zamieszczone w poście https://wp.me/p58SQS-Tr wykonane były D750. Pamiętam kiedy zaczynałam pstrykać zdjęcia z Tatusia szpulkowego aparatu. Jest tam w Polsce, na strychu, później miałam masę szpulkowych. Sama klisze wywoływałam, zdjęcia powiększałam. Wiedziałam w jakich ilościach wymieszać odczynniki. Siedziałam w ciemni godzinami. To był och i ach. Później zaczęłam zabawę z kolorem, niestety na początku odczynniki nie były dopasowane do kolorów. Za dużo czerwieni, za dużo żółci, wszyscy pruszali się jakby mieli opaski na oczach. Odczynniki też nie dawały takiego efektu jakiego fotograf się spodziewał. To była totalna porażka kolorów. Nie pamiętam w którym to roku wszystko stało się jasne, ile czego dodać, ale ja już nie miałam czasu. Moje zdjęcia już nie trafiły na wystawę, a miały trafić…trafiło mnie co innego, wyszłam za mąż. Ex był politykiem od urodzenia i nie po drodze nam było.

Ot i moja zabawa z fotografią gasła. Ale to co jest w sercu, tam i pozostanie. Oczywiście oglądam wiele zdjęć na internecie, nie wiele mnie interesuje, nie wielu zdjęciom poświęcam uwagę. To jest takie pstrykanie, technika fotografii poszła w kąt. Nikt nie jest zainteresowany teraz techniką, a wszelkie konkursy skupione są na emigrantach. Oczywiście, że śledzę i co widzę…wygrywa ten co pstryknie zdjęcie wspinającego się emigranta po plandece samochodu, chcącego dojechać do Wielkiej Brytanii. Normalne?

Ja tak nie uważam. To pierwsze. Drugie… zdjęcie które zrobisz w chwili wysłania na konkurs nie jest twoje. Podpisujesz glejt i zrzekasz się wszelkich praw. W tej chwili mówię o prestiżowych konkursach, a nie o wojewódzkich. Dlaczego miałabym zrzekać się praw do mojego zdjęcia?

Wolę mieć je w swoich katalogach i niech nikt ich nie ogląda, niż ktoś inny podpisze się pod moim zdjęciem. Nie mówię, że jestem jakimś wybitnym fotografem, bo każdy może nim zostać, teraz dzieci maja komórki i pstrykają, ale nie każdy ma tzw. OKO. Jeśli pisze komentarz pod jakimś zdjęciem (tak tak, to do Ciebie), że to jest rewelacyjne zdjęcie, to tak musi być.

😄

Wiem, dobrze wiem, że mój czas się skończył. Teraz nie jest ważne jak robisz zdjęcie, ważne aby to było na topie. Głodne dziecko (nie ważne że cierpi w trakcie pstrykania zdjęcia), emigrant, zabity, padła owca koń czy świnia, nie ma czasu na żale…. A fotografia miała nam pokazać nie tylko samo zabijanie, wspinanie się po skałach, topienie się w przerębli, itp….miała pokazać nasze uczucia z tym wszystkim związane oraz uchwycony klimat. Klimat zdjęcia jest najważniejszy w fotografii. Fotografia zeszła do reportażu i nad tym bardzo boleję.

Rozpisałam się za bardzo… a miało być o prezencie dla córci z okazji graduacji.

MM już ma zaklepane, wraca z pracy wcześniej tj. przylatuje dzień wcześniej. Po graduacji w uniwersytecie wybieramy się do …restauracji a tam … hulanki i swawole. Ot i nie prawda. Amerykanie nie lubią dancingów. Siedzą przy barach z lampką, kieliszkiem i gawędzą. Piepszą jednym słowem, bzdury. W moim mieście są tylko dwie restauracje z dancingiem i to nie w każdy weekend. A miasto liczy około 6 mln ludności (z przyległymi miasteczkami. Barów jest…całe mnóstwo. Dyskoteki oczywiście są, ale i tak oblegane są tylko i wyłącznie bary. Zaliczyłam bary nocne, dancingi, dyskoteki…wiele widziałam i nie raz przed poznaniem MM byłam wydawana za mąż.

Wiecie co? chyba ten mój MM był mi pisany. Chociaż pierwszych oświadczyn nie przyjęłam, a przy drugich powiedziałam…ja ciebie nie kocham… to on ten obecny MM był bardzo szczęśliwy, bo przyjęłam zręczyny. Żeby nie mój Tatuś to nigdy bym nie wyszła za żadne za mąż. Bo jak MM oświadczył mi się po raz drugi, zadzwoniłam do Tatusia… Tatuś co ja mam robić, on chyba mnie naprawdę kocha a ja nie potrzebuję jego, do czego on mi potrzebny. Ja chcę wrócić do domu( ryczałam w niebogłosy w łazience MM) ja chce do dzieci.

😢

….Tatuś powiedział… w twojej szkole na Twoje miejsce przyjęli już innego pracownika, kto inny wykłada, Twoje stanowisko jest zajęte, to że masz licencje i wszelkie papiery to jest nic, w tym czasie weszły nowe przepisy, nowe firmy powstały inni zajęli twoje miejsce. Że ktoś ci obiecywał, to już na pewno i o tym zapomniał. … Tatuś nie powiedział konkretnie co mam robić z tymi oświadczynami…. zastanów się i pomyśl…Dodał… on potrzebuje twojej pomocy jest teraz twoja kolej aby pomóc człowiekowi… tak jak kiedyś pisałam. MM był dłużny 250 000$ dla amerykańkiego urzędu skarbowego. Po prostu nie rozliczał sie z Afryki i Londynu gdzie kiedyś pracował, pieniądze roztrwonił na swoje córki i exżonę która faktycznie była w tamtym czasie była ex., czego nie ukrywał.

I tak zostałam żoną amerykańca z długami. 

Ostatecznie Urząd skarbowy darował nam 90 000$ i to był szalony dzień. Pismo darujące nam 90 000$ zachowałam na pamiątkę. Tych obieranych ziemniaków i mleka popijanego nie zachowałam. Ile musiałam wycierpieć to jest tylko moje. MM nie przyzwyczajony do oszczędzania robił co raz awantury, że pracuje i nie może na nic pozwolić .

Kurcze, a na co można było sobie pozwolić mając 1/4 miliona długu?

Tak tak, przeszliśmy przez wiele, bo kiedy syn przyjechał a był sponsorowany przez MM to mego syna od pierwszego dnia, nie zaakceptował. Ale to inna bajka, to ja już wtedy cierpiałam i broniłam swego syna. A nie było to wcale łatwe.

Niech nikt nie myśli, że życie z amerykaninem to jest miód i czekolada.

Czasami, czasami wręczane kwiaty parzyły jak pokrzywa.

Wiele jest za mną i wiele przede mną.

Nie wiem tylko jaki aparat wziąć na córci graduację. Jaki będzie wygodniejszy do robienia zdjęc w czasie graduacyjnej uroczystości. Uroczystość z graduacji będzie również transmitowana w internecie.

Synuś planuje graduację na uniwersytecie za 2 lata, chce przyspieszyć ale… nie da się, ma odpowiedzialną pracę. Jeden przedmiot na semestr, tyle może wziąć i zrobić. Aby zrozumieć system nauki i studiów w ameryce trzeba tutaj być i żyć.

Nie ma niczego takiego jak wieczorowe, czy studia zaoczne. Studia korepondencyjne a właściwie internetowe istnieją ale, nie sa mile widziane przez pracodawców. Nie ma czegoś takiego, że plan zajęć narzucony jest odgórnie. Tutaj student wybiera ile chce przedmiotów studiować w danym semestrze. Jest tabela w jakich godzinach i w jakich dniach może sobie ten przemiot studiować. Jeśli rano, to wybiera student poranne zajęcia, jeśli wieczorem to nie ma sprawy. Moja córcia w tej chwili kończy zajęcia o 10 pm.

Plan zajęć na uniwersytecie jest tak ustawiony tak, aby pasował dla wszytkich chcących studiować.

Zakłady pracy również kładą nacisk na edukację, w większości przypadków nie utrudniają swoim pracownikom dalszego kształcenia się.

Zaczęłam od prezentu a … odbiegam od tematu…. No nic, widocznie to jest mój dzięń, bo nie zawsze jestem taka gadatliwa.

Mój synuś uczy się w tej chwili jak szalony, a że czytelnia uniwersytecka czynna do 2 am , przesiaduje tam do zamknięcia. W czytelni można zarezwerwować sobie oddzielny pokój nauki i być tylko samemu lub z grupą. Dziś będzie w czytelni do 10pm, ale w niedzielę planuje być do zamknięcia tj 2am, w poniedziałek ma semestralny egzamin i chce zaliczyć na A – na B zaliczyłby bez dodatkowej nauki. A – jest najwyższą oceną w Ameryce. F oznacza – nie zaliczone. W Ameryce nie ma 6,5,4,…1 jest A,B…F.

W szkole średniej jest troszkę inaczej bardziej opisowo i oceny procentowe. W collage jest podobnie jak na uniwerystecie. Mój syn zaczął edukację w ameryce od szkoły średniej. Córcia od collage z tym, że jej zaliczone zostały przedmioty ze studiów w Polsce. Kiedy była w Polsce, kazałam jej się uczyć i uczyć i uczyć, zamiast siedzieć i czekać kiedy to przyjedzie do mnie, niestety jej sponsorswo trochę trwało.

A że była wzorowym uczniem i studentem w Polsce zaowocowało to i w Ameryce. W ameryce jest również wzorowym studentem. Oczywiście trudno uwierzyć…ale tak jest.

Kiedy przyjechała do Ametyki, myślała że przyjeżdża na wakacje. Niby jak miałabym jej powiedzieć, że jej nie wypuszczę? Serce omal mi nie pękło, kiedy słyszałam jak płakała, że nie pozwoliłam jej wracać do Polski. Każdy ma inne dziecko, każdy ma inną sytuację, każdy ma inną kulturę, a ja musiałam tak zrobić. Teraz…córcia jest szczęśliwa. Wiedziałam co robię, wiedziałam co mogę dać swoim dzieciom, i o nie walczę każdego dania.

Bo moje dzieci są na pierwszym miejscu.

MM jest na pierwszym miejscu również.

To są równoległe pierwsze miejsca.

Tak, tak… tylko gdzie jestem JA ?

To odpowiem..

Szęczście moich najbliższych jest moim szczęściem!!!!

Z każdej radości moich dzieci czerpię, radość i energię do dalszego życia.

Każda radość mojego MM dodaje mi siły do dalszej walki o następny dzień.

 

Fryzjer

Dziś dorwałam swoją fryzjerkę. No jestem na fotelu. Zobaczymy co wyjdzie. Mam nadzeję na udaną fryzurę.

Bardzo dużo zakładów odwiedziłam. Tańsze, drogie i najdroższe, zawsze wracam do  “mojej”. Jak mi coś nie pasuję, mówię szczerze że spaprała i idę w poszukiwania. Chodzę tak do roku, aż mi jakaś nowa włosy spapra i wracam do tej starej.

Wiem, że mają ze mną ciężko, ale za to ciężko płacę dobrze i nie żałuję. Ale fryzura musi być jak na zdjęciu, jakie podsuwam pod nos. Nie wszystkie potrafią, “mojej”  fryzjerce również czasami się nie udaje.

Kolory pademek dobierałyśmy dość długo. Scięcie takie same jak ostatnio, ale –  zdjęcie pokazałam.

Wyszłam zadowolona.

Niedziela po południu….

Już pisałam. Nie lubię zostawać w niedzielę sama. MM wyjeżdża po południu i w domu robi się cicho, pusto i smutno.  

Na pożegnanie, przytuliłam sie do MM i teraz pachnę jego wodą kolońską. 

Pieski krążą gdzieś po domu , względnie leżą na swoich posłaniach. Im również jest smutnawo.

Zimą jest mi łatwiej jak MM wyjeżdża. Dni krótsze to można w łóżku książkę poczytać. Teraz dzień dłuższy i nie wypada w dzień walać się w łóżku. Rozumiem, choroba, złe samopoczucie.

Czuję się świetnie.

Kiedyś, jak przez kilka miesięcy pracował w Chinach, nie było mi smutno. Dzieci moje z nami mieszkały, miałam wesoło. Miałam komu coś polskiego ugotować, upiec, usmażyć. Robiłam to z ogromną przyjemnością. Teraz mniej pieczenia. Kto to zje? Córcia lub syn jak zamówią jakieś ciasto, bułeczki lub jakieś danie, to ja jak robocik latam po kuchni i szykuję.

Co ważne, że po pracy nie jestem zmęczona, po robocie na yardzie też nie.

Teraz nikt nie zamawia, uczą się do egzaminów semestralnych.

Dobrze, że mam swoją pracę i kwiatki.

Tulipany, wciąż kwitną. Jednym płatki kwiatów opadają a inne rozwijają. Po całonocnej ulewie i wciągu dnia, jeszcze się pięknie trzymają i cudnie wyglądają.

Irys już całkowicie przekwitł i zmarniał. Wyglądał cudownie.

Nie pamiętam nawet kiedy cebulkę wsadziłam do gruntu. Może rok lub 2 lata temu. Zresztą nie ważne kiedy. Rozkwitł i jako jedyny na działce, reprezentował się okazale. Początkowo nie mogłam odgadnąć co za kwiat, MM mi podpowiedział. Jak widać mam znawcę kwiatów w domu. MM lubi kwiaty, oczywiście patrzeć na nie, prac “polowych” nienawidzi. Chociaż, częściej wychodzi do pomocy. Przyciągnie kosiarkę, którą zostawię przy ulicy, dmuchawę też. Zwinie przedłużacze. Bęzynę do maszyny ciśnieniowej kupi. Na zakupy do sklepu ogrodniczego pojedzie i nie narzeka, że łażę po sklepie ponad godzinę i wychodzę z…niczym. 

No, trochę marudzę dzisiaj, bo to pierwsze popołudnie i niedziela. Miałam przyjaciółkę Śp. Sandrę. Mogłam z nią pogadać. Dawno temu pomagała mi w angielskim, do dziś nie umiem wymówić po angielsku , wiewiórka. Zawsze zwracała się do mnie Krysza. Podobnie jak ja z wiwiewiórką, ona miała problem z wypowiedzeniem mego imienia. Nauczyłam ją … dobrze, dziękuję, kocham cię… Niestety,  Sandry nie ma i nie ma spotkań w kawiarniach. Dana mieszka w Kanadzie ale…mimo, że znamy się …chyba ze 40 lat…pogadać możemy, z tym że nie lubię kłamstwa. Lepiej milczeć niż kłamać – to moje zdanie. Podpadła mi. Rozmawiamy raz w miesiącu, na skype bez włączonego video. Dana nie ma ochoty pokazywać swego face. Nie to nie. Z polakami tak jak kiedyś pisałam, nie utrzymuję żadnych kontaktów. Złe doświadczenia i przeżycia zmusiły mnie do spalenia wszelkich mostów. A pomostów nie buduję. 

No wiem, wiem…jestem dziś samotna. 

Ale….jutro będzie nowy dzień. 

 

Gdzie te czasy, gdzie ten świat
Z naszych młodych pięknych lat
Wszystko było takie proste
Miłość pierwsza tak na wiosnę
I szalone letnie noce
Kiedy ogniska blask migoce
Dźwięk gitary, głosy nasze
Nikt nie pytał się o kasę
Autostopem w świat się gnało
Pod namiotem smacznie spało
I na winko składka zawsze
Nikt tych wspomnień nam nie zatrze…

(napisała: ulinka, 2011-01-23 )niedziela 

 

 

Zabolało

Dziś po pracy nie polecę na skrzydłach do domu, bo MM czeka. No nie czeka, pracuje przy komp, podświadomie czeka.

Od wczoraj coś między nami iskrzy. Mamy newralgiczny temat…moje dzieci… Konkretnie to oznacza tylko moje, nie jego dzieci. Od momentu przyjazdu do stanów mego syna, jest tylko krytyka, czepianie się, wywracanie oczu pod czaszkę.

Jestem w tej chwili surowa w ocenie, tak czuję i to są moje odczucia.

Żenił się: wiedział o dzieciach. Sponsorował, więc?

Nic nie ukrywałam.

Pierwsze oświadczyny odrzuciłam. Nie było moim marzeniem, wychodzenie zamąż. Nie ważne chińczyk, niemiec czy amerykanin.

Nie chciałam. Byłam ja i moje dzieci. Było mi dobrze. Gdzieś tam…w świecie krążył mój ex.

Nie oczekiwałam drugich oświadczyn.

Przyleciał syn….

Gdyby nie był taki grzeczny to bym go wypier…ł. Brzmi to w moich uszach i będzie brzmiało, zanim starość rozum odbierze.

Syn usłyszał te słowa, w progu swojego pokoju. Kilka dni wcześniej skończył 18lat. Był w cudzym kraju, bez kolegów i swojej matki nie widział w sumie 5lat. Dla mojego dziecka byłam obcą kobietą. Byliśmy na początkowym etapie poznawania.

Spytaliśmy z synem… jak się powinien mój syn do Ciebie zwracać… może tato?…

W nerwach mój MM wykrzyczał w moją stronę ….jaki ja jestem dla niego ojciec?!!!!!!…

Szukałam jakiejś nici porozumienia MM i mój syn. Coś co ich zbliży. Właściwie MM miało zbliżyć do mego syna. Mój syn był otwarty na wszelkie porozumienia.

Próby się nie powiodły.

MM nie pozwolił mi zbliżyć się do swoich córek.

MM “pobudował” mur.

Ja “pobudowałam swój”.

To twoje dzieci, to moje dzieci, a tutaj jesteśmy my.

Nauczyłam się tak żyć.

Tylko, i teraz łza się w oku kręci, chciałabym porozmawiać i pocieszyć się z sukcesów moich dzieci, posmucić się z ich porażek, bo i tak bywa.

Jestem sama!!!! Sama się cieszę, sama się smucę, sama niepokoję.

Zrobił głupio bo jego córki miały by, tak jak my, ty mamuś, jak kochasz to kochasz całym sercem…po przylocie i obserwacji sytuacji, moja córcia stwierdziła.

Jeśli MM opowiada o swoich córkach, nie oceniam, nie krytykuję. Namawiam do pomocy kiedy on jest przeciwny, a one tej pomocy potrzebują.

Ja takiego zrozumienia nie otrzymuję od MM, więc milczę.

Czasami MM coś zauważy i leci krytyka.

Jestem zmęczona 12 letnią krytyką moich dzieci.

Nie miałabym nic przeciwko gdyby… jego dziewczyny były wzorem dla moich dzieci. Ale palenie marychy i jedzenie ciasteczek przy ojcu, to uważam, że nie tędy droga.

Bicie się matki z dziećmi – to porażka dla matki. No cóż, exowej MM od nadmiaru kasy, mózg zamienił się zgniłe siado.

Niedokończona szkoła u jednej córki. Skończona u drugiej lecz … kierowca w Uberze to nie jest marzeniem moich dzieci. Moje dzieci mają ukończone collage, studiują na stanowym uniwersytecie. Mają inne priorytety.

Między moją córcią a MM najstarszą jest 5 lat różnicy.

Tak, jestem zła i wściekła. Nic mnie nie ciągnie do domu.

Siedzę w pracy i się nie spieszę. Nie chcę, rozmawiać o pogodzie i udawać, że nie ma problemu.

Problem był i jest, można było go ominąć. MMa swędziała buzia, od piątku pracuje w domu o te kilka dni za długo.

Nie ma łatwego charakteru. Pracowałam nad nim ale już passuję. Nie chcę już nad MM pracować. Niech sam zastanawia się co mówi i jak się zachowuje.

Spójrz w okno, tutaj jest ameryka, tu rozmawia się po angielsku – nie raz i nie dwa, słyszałam.

Nie trzeba było żenić sie z polką, z amerykanką powinieneś – odpowiadałam.

Po polsku będę rozmawiać z dziećmi i wcale nie na przekór, jest wygodniej i nie chcę aby MM rozumiał.

Nikt MM nie obgaduje bo, sprawy małżeńskie są sprawami małżeńskimi i nie podlegają dyskusji w relacji matka-dzieci.

Nie spieszno mi do domu i tak myślę, pojadę po zakupy. Poszukam bieżnika na komodę do sypialni. Może znajdę ładną lampę stojącą.

Oczywiście MM będzie się niepokoić. Dobrze mu to zrobi. Jeśli bym pierwsza umarła, to pies z kulawą nogą go nie odwiedzi. Może moje dzieci. Dobrze wie, że jego dziewczyny są tylko wtedy, kiedy chcą kasy.

Pewnego roku dostały kasę przed MM urodzinami. Na urodzinach się nie pojawiły. Ja z moimi dziećmi stawaliśmy na głowie aby jego rozweselić.

Czy to jedno takie zdarzenie? NIE.

Kocham swego męża. On też mnie kocha. Dogadujemy się. Czasami jest tak jak opisałam.

Jesteśmy z różnych krajów, środowisk, rodzin. Najgłówniejsze! On facet a ja kobieta.

I jak to wszystko pogodzić, aby lis był syty i kura cała.

Szkoda czasu na rozgrzebywanie. Kwoką nie jestem, złotego jajka nie zniosę i złotego ziarenka nie znajdę.

Muszę opracować plan.

W pracy długo siedzieć przecież nie mogę.

Nie jestem z tych kobiet co łazi po sklepach bez celu.

Kupię bieżnik – załóżmy. Zajadę na kawę i co dalej.

Będzie około 5pm.

Tak czy siak, przyjdzie czas powrotu do domu.

Mówią: nie ma chatki aby nie było zwadki.

Gorzej jest, jak ze zwadki robi się wojna i za sztachety chwytają.

A mój płot jest ze sztachet!!!!!😁

Zakręciłam się

Poniedziałek

W nocy z niedzieli na poniedziałek spałam bardzo źle. A gdy nad ranem przed 4am coś gdzieś w domu gruchnęło, nie wstałam sprawdzić. Pieski nie zaszczekały, więc nie zerwałam się na równe nogi. Zastanawiałam się co i gdzie ….może pieskom spadła duuuża psia kość ze schodów, może… i już mi pomysłów zabrakło. Zasypiałam – budziłam się i zasypiałam. Gdy wstałam miałam lekki ból w szyji. W pracy podczas skrętu głowy w prawo, minimalny ból. Nie taki aby zaprzątać sobie tym głowę.

Po powrocie z pracy, sprawdziłam gdzie i co spadło. Lusterko powiększające przmocowane przyzsawką do lustra spadło. Spadło, leżało na podłodze w łazience. Całe.

Wtorek

Noc minęła niespokojnie. Ból szyji się nasilił. Przy każdym przewróceniu na bok, budziłam się i kombinowałam jakby to zmienić pozycję ciała. Tak, tak… nie zmieniłam, tylko wyprostowałam.

Prowadząc samochód, nie mogłam skręcić głowy w prawą stronę i sprawdzić czy aby nikt nie nadjeżdża, wykonując manerw samochodem w lewą stronę. Na wyczucie, zgadywanka, ruletka. Do domu wróciłam szczęśliwie. Po południu popracowałam jeszcze w ogródku i posmarowałam szyję maścią.

Na noc również posmarowałam.

Środa

A w nocy…a w nocy… żeby zmienić pozycję ciała, bo przecież człowiek wierci się podczas snu, musiałam schwycić głowę przy szyji obiema dłońmi i…dopiero zrobić coś ze swoim ciałem. I…. eureka… przecież mogę pójść do lekarza …!!!!!! Spałam i drzemałam. Bólu nie było jak nie ruszałam głową. To mnie pocieszało. Nad ranem bo 5am już nie mogłam usnąć.

Mam teraz piękny cieplutki poranek. W leciutkiej pidżamce siedzę w swoim kąciku na decku. Popijam małą czarną. Szyja mniej boli. Wiem, że do lekarki nie pojadę. Muszę posadzić kupione wczoraj kwiatki i 3 tuje.

Mężczyzna jest głową rodziny, kobieta szyją.

Za dużo się wymądrzałam teraz mam nauczkę.

A tak na poważnie, nie wiem co i kiedy mnie złapało.

Przeziębienie 😷😷😷😷

 angeng.

Nie moje przeziębienie, MMa. W czwartek wieczorem wrócił już prychający. Jestem bardzo wrażliwa na wszelkie przeziębienia i idą do mnie jak muchy na lep. MM łapie bakterie sporadycznie i leczy się jeśli to wogóle robi, swoimi sposobami, a więc nic nie robi. Po jego wyzdrowieniu ja zalegam na tydzień w łóżku i nie obywa się bez antybiotyku. No cóż, trudno nie zachorować kiedy MM kicha, prycha i kaszle na cały dom, nie chroniąc swego nosa i ust przed rozsiewaniem zarazków. Moja mowa jest do słupa a wiadomo, słup jak ….

Tym razem unikam spotkań MM w jednym miejscu, mimo wilgotności na zewnątrz otwieram okna. Wietrze domek.

Ostatecznie, namówiłam MMa na wizytę u lekarza bo wystąpiła gorączka. Do pomiaru temperatury nie potrzeba mi termometra, wystarczy mi przyłożenie dłoni do czoła lub ciała chorego. Przy śniadaniu MM upierał się, że nic mu nie jest. Po moim “zmierzeniu” temperatury nie chciałam słuchać … że po południu pojedziemy do lekarza..

– po śniadaniu jedziemy do lekarza, nie ma dyskusji…powiedziałam


Więc, jesteśmy w gabinecie lekarskim.

Czekam w poczekalni bo miedzyczasie, wyskoczyłam do banku i szybki zakup fajnego żakiecika😁. Zanim jestem zdrowa to umilę sobie życie i bycie, na tym słonecznym globie.

 

Podobno powinnam lubić tylko kolor niebieski i żółty, bo tak wychodzi z jakiejś numerologii. Lubię wszystkie kolory, z czarnym jedynie jestem w niezgodzie. Mój żakiecik jest zielonoutki. Oprócz kurtki wezmę do Polski żakiecik, bo jesień podobno ma być ciepła.


MMa wprowadziła do poczekalni pielęgniarka. MM otrzymał zastrzyk w pośladek i co najmniej 5 minut nie powinien chodzić. Orzeczenie lekarskie – bronchit, po polsku – ostre zapalenie oskrzeli. Nie dobrze, bo to już blisko płuc.

MM teraz jest jedną  wielką bakterią. Spać oddzielnie, chociaż od jakiegoś czasu to robimy bo chrapie jak 100 słoni. Nie wolno mnie dotykać (to są już moje wymysły) o trzymaniu za rękę wogóle nie ma mowy. Szkoda mi MM bo kaszel go bardzo męczy. A jutro musi znów lecieć do pracy.

Tak jak mi powiedział, załapał choróbsko w samolocie. Jakiś diozaur siedzący przed nim wogóle kaszlu nie mógł opanować. MM lata ponad 30 lat od ukonczenia studiów (nie liczę prac stacionarnych). Na te wszystkie lata choruje średnio raz na 1,5 roku. Wskazuje to na bardzo odporny organizm.

Zawsze gdy ktoś z rodziny chorował, mamusia gotowała rosół z kurczaka. Taki zwyczaj i ja stosuję. Więc, dziś będzie rosołek.

Rosołek się gotuje, a ja klikam z nadzieją, że bakteria z MMa nie przeskoczy na mnie.

Czasami / czegoś mi brak/ kogoś widzieć żądam …..

Tak po prostu chcę z kimś porozmawiać. Nie mówię o całkowitym otwarciu, to jest nie możliwe. To nie leży w mojej naturze, ale tak po ludzku, pogadać. Nawet o dupie maryni, a tu… ściana jedna, druga….piętnasta. Wtedy czuję samotność, aż wyć się chce. Wyć nie wolno, sąsiedzi wezwą policję. Może nie od razu, ale za zakłócanie porządku, to tak. Więc wyć nie będę. Płakać też nie. Nie upiję się, bo nie lubię mieć kaca. Na yard nie wyjdę bo mokro i słońce zachodzi.

Ale jest mi smutno, samotnie, byle jak.

Ja wiem, nie mogę żyć bez pracy, to jest moje lekarstwo, miłość, wybawienie, namiętność i Moje Życie. Ona mnie kiedyś zabije.

Nie mam, a raczej nie miałam wielu przyjaciół. Sandra – poważnie chora, Jolanda – chora poważnie, Ellen – wyjechała na zawsze. To były moje amerykańskie przyjaźnie. Dana (polka) mieszka w Kanadzie i to ja jestem dla niej przyjaciółką, dziwne bo nie działa to w obie strony. Z polakami w moim mieście, nie utrzymuję ŻADNYCH kontaktów. Mimo że w moim rejonie jest ich niewielu, mosty zerwane i spalone, krzyżyk im na drogę.

Czasami, mówię CZASAMI doskwiera mi samotność. Bo jakże by miało być inaczej. Przez większość tygodnia jestem: ja i psy. No weź pogadaj z psami. Czy ci smutno czy samotnie one ciągle machają ogonami. Patrzą w oczy jak żryć chcą lub głaskania, przytulania. A kto mnie przytuli?

Pies?

Mogę psa przytulić jak jest czysty, pachnący. Śmierdzącego nie chcę przytulać, mój nosek jest baaaardzoooo delikatny.

Co tam pies.

MM wróci w czwartek. Piątek ślęczy przed komputerem-taka praca. Sobota jest nasza. Niedziela? Śniadanko i zaraz pakowanko. Koniec balu panno lalu. Tyle było mego co zdążyłam złapać w locie….

To jest dzisiaj, trochę pomarudzę bo i to też potrafię, nie tylko gotowanie, chodników układanie, trawy sianie, kopanie ….

Niechby moja córcia to przeczytała

…. mamuśka a ty co!!!?????

No właśnie nie wiem.

Siedzę na schodach prowadzących na piętro i klikam w iphonie. Patrzę przez okno na soczystą zieleń drzew, krzaków a pieski patrzą na moje niecodzienne zachowanie.

Jutro biorę się do roboty, nie będzie śladu po marudzeniu.


Pod wpływem emocji człowiek pisze, później zastanawia się …czy wogóle mnie to dotyczy, nie jestem taki/taka.

Jestem i byłam silną. Bo które dziewcze po powrocie ze szkoły a to było Technikum Włókienienniczym, oświadczyło po pobieraniu 5-cio miesięcznej edukacji w tej że szkole

….nigdy tam nie wrócę… na krzyki swego taty odpowiedziała … jak chcesz to sam tam idź, ja szpulką nie zostanę….

Która dzewczyna w wieku 18 lat bierze plecak i oświadcza … jadę zwiedzać Polskę auto-stopem …

Zwiedziłam!!!!

Która dojrzała kobieta, bez znajomości języka wybierze się w podróż za ocean, a oficerowi emigracyjnemu w Chicago powie po polsku …czy mógłby pan mówić po polsku bo ja pana nie rozumiem….

Na to on krzyknął .. GO…

a dla mnie to “go” nic nie oznaczało.

Która to kobieta tęskni do swoich nieletnich dzieci, które zostawiła na pastwę losu i nie widzi ich przez 4 lata.

Trzeba mieć nerwy ze stali żeby nocować w lesie w samej pidżamie, a mrówki i robactwo po tobie chodzą.

Trzeba być silną kiedy wyrzuca ciebie polska prostytuta u której wynajmujesz jedynie kanapę, ona orzyjmuje gościa, a tobie … tylko na noc do spania jest ławka w parku.

Trzeba to przeżyć żeby zrozumieć, kiedy masz chleb spleśniały do jedzenia. Masz wybór – jesz albo zdychasz.

W sklepie zabrakło 7 centów na najtańsze parówki, netto 99 centów. Nie wiedziałam, że tax doliczają przy kasie. Znów głodówka.

Przetrwałam, przeżyłam, dzieci moje są tutaj, ze mną.

A one miały 5 zł na tydzień. Buty podarte w których chodziły, chyba przez ten cały trudny okres od lata do zimy i zimy do lata.

Czytałam reportaż o dziewczynie z której ktoś się naśmiewał, że nie miała ładnego ubrania. Kiedy byłam w ameryce moje dzieci nie miały ładnego ubrania. Nikt się nie śmiał. Moja córcia i synuś od kilku lat są w tych samych koszulkach na szkolnych zdjęciach.

W następnym roku skończą uniwersytety. Pracuję aby im pomóc. To nie jest łatwo, jeden przedmiot na uniwersytecie kosztuje od 1200-1700$. MM rownież nam pomaga. Nie jest tak, że płacisz to zaliczysz. Masz, zaznaczam MASZ umieć aby zaliczyć dany przedmiot.

Dopnę swego, dzieci zdobędą wykształcenie. Kariera zawodowa zależeć będzie już od nich. Chociaż już teraz pracują i zdobywają doświadczenie.

Powinnam się cieszyć ale… coś mnie gnębi i jest mi smutno.

Może pogoda, samotność.

A może i jedno i drugie.


Idę spać. Jutro będzie piękny słoneczny dzień, także w serduszku.

Mam się nie martwić

A tak o sobie mówię… dokładna, estetyczna omal perfekcyjna itd… to wszystko rozleciało sie w pioruny. Jeśli ja, taka dokładna,  przegapiłam takie niechlujstwo, tak,  bo inaczej nie sposób tego napisać, powiedzieć, wykrzyczeć. Toż sprawdzałam, przed odebraniem kuchni, wszystko,  prawie przez szkło powiększające. A może można,  mi tak oczy zamydlić, że i kota w worku kupię? Tylko nikt nie mydlił i kota w worku nie trzymał. Miałam kilka dni na sprawdzenie, wypisanie na kartce, zaznaczenie usterek na szafkach niebieską taśmą. Może zaznaczyłam a robotnicy mi zerwali?  Nie wiem, już ręki nie dam uciąć, szybciej tę nogę obgryzioną przez kleszcza. No i…. drzwiczki od szafki są innego koloru, ale żeby tego było mało to mają inny wzór. Odkryłam to wczoraj!!!!!!!! Teraz z każdym wejściem do kuchni widzę te drzwiczki, śmieję się z siebie. Ponad 4 miesiące minęły i nikt nie zauważył. Zaczęłam podejrzewać, że panowie-fachowcy, przyjechali pod naszą nieobecność i wymienili, podmienili, zabrali mi dobre. Bezsens ale… dostali kody do drzwi, a my nie zmieniliśmy do tej pory.

Wszystkie moje podejrzenia spaliły na panewce, kiedy obejrzałam zdjęcia robione w okresie świątecznym. 

Gołym okiem widać, nie trzeba okular. Nie wiem, co zmieniło się w moim wzroku (och odmłodniałam) że zauważyłam różnicę bez okular. Ale… dlaczego tak późno? Nie ma problemu, mamy gwarancję bodajże na 7 lat, a może i dłużej, ale nie chcę znowu całej brygady w moim domu, łażenia, zaglądania, achania, że się nie da tego zrobić, a ja znów powiem, że się wszystko da zrobić jak się fachowcowi chce.

Wczorajszy dzień miałam zajęty lekarzem i co chwilę oglądaniem bąbla, więc MMowi nic nie mówiłam. Postanowiłam powiedzieć i pokazać jak już wróci, w piąteczek. Postanowienie, postanowieniem, noga ma się lepiej, bągelek znika a wraz z nim czerwona plamka, mniej swędzi, więc jak tu żyć bez żadnych zawirowań, trzęsienia ziemi, problemów.. MM na linij, no i wypaplałam.

Mam się nie matwić, bo on znalazł inną usterkę, jakaś półka się wygina, pokaże mi w piąteczek.

No to się nie martwię.