Poniedziałek 11/13/17

Dziś miałam trudny dzień w pracy. Wyjechałam przed 6am do domu wróciłam po 3pm. Pocieszające że jutro wolny dzień.

Ponad miesiąc temu na córci przód samochodu na parkingu najechał inny samochód. Młody człowiek zamiast włączyć automatyczną skrzynię na D włączył na R. Nie duże uszkodzenie ale dlaczego miałaby pokrywać koszty naprawy z własnej kieszeni. Nareszcie ubezpieczenie wczoraj się odezwało. Córcia przesłała im wszystkie zdjęcia jakie miała z tego zdarzenia i teraz czeka.

Rozpoczęłam ozdabianie yardu. Mam mnóstwo pomysłów na zrobienie ozdób.

Zmęczona z zapchanym brzuchem od słodyczy smacznie i szybko usnęłam.

Przyjazd

Od trzech dni jestem po tej drugiej stronie. Odebrała starsza siostra. Pojechałyśmy od razu do mamusi. Mamusia nie zmieniła się, wagi, zmarszczek nie przybyło. Tak jakby wszystko stanęło w miejscu od 2 lat. Nie pochyliła się bardziej, jedynie chodzi bardzo wolniutko, zrobiła wielkie głupstwo,  prawie dwa tygodnie przed moim przyjazdem. Mamusia ma straszną ostoporozę (lekarze zaniedbali), nie wolno jej dźwigać i obracać się w pośpiechu. wszystkie czynności musi wykonywać w spowolnionym tempie, nie rozumie tylko zdrowy człowiek, jak takie zycie jest utrudnione. Mamusia chciała podnieść doniczkę, dość dużą, przeładowaną ziemią. Nic nie gruchnęło w kręgosłupie, przestawiło się, po nocy sie polepszyło więc, poczuła się na tyle dobrze, że w pośpiechu się schyliła, nie odchyliła się. Wezwana lekarz przypisała lekarstwa i zaleciła kilkudniowe leżenie. Poszło na poprawę i dobrze. Dziś kupiłam mamusi pas na kręgosłup. Mówi, że pas jej pomaga. Cieszę się, będę musiała sobie taki kupić, wprawdzie mam, ale ten jest szerszy i posiada więcej fiszfinek, mój tylko dwie. Kupię również pas na biodra, jak mi się nie spodoba to mamusi oddam. Wizyta u mamusi w pierwszy dzień mego przyjazdu była króciutka, oczekiwałam majstra, należało przyszykować dom do używalności. Podłączyć piec gazowy, odpowietrzyć grzejniki (tak, tak, grzeję, nie jestem przyzwyczajona do chłodów a tutaj zimno i deszczowo). Nocowałam w swoim domu.

Drugi dzień, dłuższa wizyta u mamusi i powrót do siostry domu aby jej dom przyszykować do zimy, wyjeżdża. Ten sam fachowiec jakby nie ten sam, nie pijany ale nie  kontaktowy. Nie słuchał nikogo robił swoje, rozkręcał krany spłuczki i jeśliby mógł powyrywałby rury ze ścian. Krzyczałam na niego i wyciągałam z łazienek, a on jak w transie. Nie rozumiał co się do niego mówiło. Chociaż wiele razy mówiłam do niego po angielsku, on patrzył na mnie wytrzeszczonymi oczami. Nabrudził, zostawił straszne pobojowisko, wszystko co możliwe porozkręcane, bić się przecież nie mogłam z idiotą…naćpanym facetem. No nie wiem, w jego wieku ćpać? Wszystko możliwe, teraz świat się zmienił. Za wykonane? nie dokręcone rury z których sączy się woda, przecieka również przy piecu, spłuczka nie dokręcona, pogubił uszczelki leży na desce sedesowej.  Jeszcze nie zapłaciłam. Umówiłam się na jutro, nie zapłacę umówionej kwoty. Naprawy usterek nie potrzebuję.

Po pomachaniu siostrze na pożegnanie, zdecydowałam się na długi bo 8 kilometrowy spacer. Pogoda była znośna, wiało, chłodno ale nie padało.

 

Dzisiejszy dzień,  zaczęłam od szukania innego fachowca. Zadzwoniłam do przedstawiciela w Polsce firmy produkującej piece gazowe jaki posiadam. Okazało się, że  w moim mieście “mój fachowiec” nie jest serwisantem (a przecież podawał się za takiego) i nie ma podpisanej umowy na takie usługi. W tej chwili to jest i tak nie ważne, ponieważ gwarancja wygasła 3 lata temu.  Otrzymałam numer telefonu do autoryzowanego serwisanta. Rozmowa była jak najbardziej fachowa, przyszykuje mój dom do zimy na okres mojej nieobecności. Póżniej do sklepu, do mamusi i powrót do domu. Upiekłam kajzerki, postawiłam zakwas na chlebek, porozmawiałam ze starszą. Jest już na miejscu leciała piętrowym samolotem. Co jak co, latałam chyba wszystkim, teraz miałam łóżko z pościelą w samolocie, ale….piętrowym  nie latałam.  Miejsce miała na piętrze, rzekomo niezapomniane wrażenie. Cieszę się, że i jej trafiło się coś przyjemnego.

Pokazałam moje kazjerki na skype, rozochociła się, kupi maszynę do pieczenie, dam jej wszystkie wypóbowane przepisy. Będzie piekła. Cieszę się, że zmieniła zdanie i jest bardziej pozytywnie nastawiona. Dobrze.

Jestem sama w wielkim domu. Różnica czasu 6 godzin. Dzieci czasami zapominają i dzwonią o dziwnych porach. Kładę się o 3 am wstaję między 9 a 11 am. Zanim sie przestawię, trzeba będzie wyjeżdżać. Córcia i MM czasami podglądają moją lokalizację. MM teraz jest w biurze, czekam do 1am. Będziemy mogli spolojnie porozmawiać, w czasie lunchu, szybciutko.

Siedzę przed laptopem, patrzę na ściany, słucham muzyki

Zastanwiam się, tutaj sama, tam sama, cztery ściany, muzyka, lapka wina. Mimo wszystko jestem szczęśliwa i radosna. Nie nudzę się ze sobą, zawsze mam co robić. Tak jak postanowiłam przed wyjazdem, ztarłam kurze tylko te niezbędne, podłogę w kuchni zmyłam, łazienkę tylko jedną wytarłam troszeczkę. Odpoczywam i relaksuję się. Pomagam mamie, nikt mnie nie wciągnie w żadne konfliktowe dyskusje. Jednym słowem robię to co powinnam, jest mi dobrze.

Człowiek powinien żyć w zgodzie ze sobą, reszta  spraw się ułoży.

 

 

 

 

Uśpienie, eutanazja

Meteorytów nie dojrzałam. Nie to miejsce i nie ten czas. W internecie piękne zdjęcia ludzie zamieszczają, u mnie żadnej spadającej gwiazy nie było. 

Zajrzałam na znajome blogi i ….uwierzyć nie mogłam jaki hejt zapełnił komentarze pod postem o uśpieniu pieska. 

Urodziłam się i wychowałam w mieście wojewódzkim. Na naszym podwórzu zawsze chodził piesek, kurki, indyczki w budynku gospodarczym była jedna świnka (pierwsza i ostatnia). Każde zwierzę miało swoje obowiązki. Pies strzec domostwa, kura znosić jajka, indyczka i świnka, rosnąć i się tuczyć. Zmiana przepisów wraz z innymi uwarunkowaniami, zmusiła do pozostawienia tylko pieska. Było ich w moim życiu kilka. Ostatni piesek przeżył około 20 lat. Oślepł, zęby powypadały, już o własnych siłach nie poruszał się,  lekarzy weterynarzy było jak na lekarstwo. Zajmowali się jedynie wiejskimi zwierzętami a najwięcej inseminacją. Psy miejskie cierpiały i zdychały w cierpnieniu. Blogerka zamieściła post, chce uśpić starego psa z którym ma ogromny problem (pies stary, chory, organizm nie kontroluje żadnego wydalania) mąż chory potrzebuje opieki, a ona też stara i nie ma chęci do życia. Wszystko ją przytłacza, brak radości i tak jak napisała … ma wszystkiego dość….Nawet pogoda deszczowa ją drażni, drażni robienie przetworów, drażni wszystko. 

Moim zdaniem ma, jak to się kiedyś mówiło, wielkiego doła, dziś mówi się depresję. Jak zwał, tak zwał, jest jej ciężko. Posypał się hejt i życzenia aby i blogerkę uśpiono itp. Jeszcze nikt nie opisał i nie pokazał swoich uczuć tak, aby były odebrane w sposób jaki czujemy. Każdy z nas odczuwa inaczej ból zęba, głowy, brzucha, utraty bliskiej osoby itp, każdy z nas odczuwa inaczej radość, nienawiść, złość itp. Inaczej rozumiemy słowo … rozumiem… bo teraz słowo rozumiem zastąpiono słowem empatia. 

Jeśli nie da rady opiekować się starym, chorym, cierpiącym, nie rokującym na wyzdrowienie pieskiem, weterynarz zadecyduje, podobno jest pod jego fachową opieką. 

Nie można powiedzieć, jeśli psa usypia to i męża może również. Jeśli ona obłożnie zachoruje, pies im szklanki wody nie poda bo sam potrzebuje opieki. Nie możemy porównywać zwierząt do człowieka. Zwierzę jest całkowicie zdane na ludzi, bez nich albo wymrze, albo zdziczeje. 

Najbardziej zaskakujące dla mnie jest to, że komentującymi są anonimowe osoby. Jeśli bronimy wspólnego dobra, imienia lub stajemy w obronie innych nie mogących się bronić, nie zakładamy maski a wprost przeciwnie pokazujemy swoją twarz.

Komentatorzy założyli maski. 

Zarzucają jej zgorzknienie, zajadłość, brak człowieczaństwa, pokazując w swoich komentarzach, właśnie swoje negatywne cechy. Żadna osoba nie probuje dyskutować, atakują a w tych atakach aż kapie od nienawiść do blogerki.

Jestem za uśpieniem psa, jeśli …. kwalifikuje się do uśpienia. 

Jestem za eutanazją, jeśli cierpienie jest  nie do zniesiena i medycyna nie jest w stanie pomóc choremu. Pod warunkiem, jeśli chory sam zgłosi chęć odejścia. 

Nie ludzkie? 

Skazywać cierpiącego na cierpienie, w imię cierpienia jest nieludzkie. Każdy człowiek odpowiada za swoje życie, pozwólmy każdemu z nas decydować o sobie. 

Życie nam dano – lecz nie na wieczność. 

Starość

– czy ty myślisz, że umrzesz bo tak Tobie się chce, że tak sobie to wymyśliłaś? Nie denerwuj mnie, bo umierasz od chwili moich urodzin i jeszcze żyjesz i mnie i moje siostry przeżyjesz. Chcesz zwrócić na siebie uwagę, ale żadna z nas nie rzuci swoich obowiązków i nie poświęci swojego życia dla Ciebie. Jesteś stara jak mówisz, nie chcesz żyć, to popełnij samobójstwo, tylko…skutecznie, tak aby nie skrzywdzić jedynie siebie. Nikt Ciebie nie rozumie? Nikomu nie opowiadasz o swoich chorobach? Ależ Ty ciągle o nich mówisz, nawet nie boli to mówisz, że boli. Kto jak nie ja biegłam 2 km do budki telefonicznej, zadzwonić po pogotowie kiedy Ty leżałaś bez znaku życia? Kto stał pod drzwiami pokoju obgryzając paznokcie i był w skrajnym załamaniu, kiedy Ciebie reanimowano? Nie rozumiem mówisz? Nie trzeba opowiadać o chorobach i cierpieniu, kiedy się mieszka w jednym domu i śpi za ścianą. Śpi? Jak zasnąć kiedy matka jęczy z bólu? Kiedy inne matki wychodzą latem na podwórze i ulicę, a moja matka leży chora w domu, szpitalu lub sanatorium. Nie rozumiem mówisz? Kiedy wracam ze szkoły głodna jak pies zimą, na obiady zapisać w szkole nie można było bo matka nie pracująca, w domu nie tylko obiadu nie ma ale po garnkach wiatr gwizdał.  Fajerki zimne bo od wielu dni nikt nie rozpalał pod nimi. Ty mówisz nie rozumiem? Kiedy za oddalającą się Belką, wyskakuje matka z kanapką i krzyczy…Belcia kocham ciebie… za mną nikt nie wyskakiwał i nigdy nikt nie powiedział, że mnie kocha. Nie rozumiem? Więcej rozumiem, niż potrafisz to sama zrozumieć. Twoja choroba była z nami i jest wciąż nie tylko z nami ale i w nas. Nawet jak ciebie nie boli, to mówisz, że boli. Tylko my nie jesteśmy Twoim mężem, my mamy swoje rodziny i swoje życie. 

Chcesz się położyć w łóżku i nie wstawać? Ależ kładź się, tylko nie oczekuj że któraś z nas będzie siedzieć przy Tobie. Złożymy się i zatrudnimy opiekę, niech siedzi, tylko kto wytrzyma z tobą? Powiedz kto? Kto będzie miał tyle współczucia jakie miał TATUŚ? Nie oczekuj od opiekunki współczucia. Dobrze leżeć bez świadomości, nie czujesz, nie słyszysz, nie rozumiesz. Gorzej ze świadomością, dupę będą wycierać za mało delikatnie, przewracać za bardzo agresywnie, karmić rozlewając. A co Ty sobie myślisz, że ktoś Ci serce swoje odda, ktoś obcy? Zacznij myśleć jak zabezpieczyć się, na jutro. Wstać bez bólu, jeśli oczywiście wystąpi. 

– Zawsze jest.

To podjedź do lekarza, starsza córka jest, niech Ciebie zawiezie do lekarza, niech odciąży młodszą, a nie zajęta swoimi sprawami, wciąż tylko ona i ona. Czas tej starej siostrze już dorosnąć. 

– bo wiesz ona powiedziała……

Przestań nadawać na swoją najmłodszą córkę, nie chcę już tego słuchać. Mieszkasz tam i jesteś uzależniona od niej. Ona jest każdego dnia, w każdej minucie Ci pomoże, ja nie przyjadę na każde Twoje zawołanie, starsza też nie. Zresztą starsza, ma to gdzieś, wiedziałaś, że jak przyjedzie to będą tylko plotki i  tak było, zamiast uciszyć to pozwoliłaś, a może i sama dolewałaś oliwy do ognia, więc powstała afera. 

Powiedziałam, przestać gadać źle na swoje córki, niczego dobrego z tego nie będzie.

– chcę umrzeć.

To umieraj, jak chcesz to w końcu to zrób, tylko nikt na zawołanie nie umiera. Może jeszcze przeżyjesz swoje córki, co wtedy? Narzekasz i narzekasz ale co z tego wynika? Zacznij opiekować się sobą, bo nam opiekować się tobą jest trudno. Nie chcesz przyjmować tabletek, to nie przyjmuj ale i nie mów, że coś boli. Idziesz do lekarza, chrzanisz głupoty to ci przypisuje tabletki, teraz mówisz, że ich nie potrzebujesz. Zdecyduj się w końcu. 

– ja wszystkim przeszkadzam. 

No takim postępowaniem, to i przeszkadzasz. 

###########################

Nie, nie będę jak moja mama, nie jestem. Kiedy byłam małą dziewczynką, przyrzekłam sobie, że jeśli będę miała dzieci  ……  będę je przytulać, całować, mówić że je kocham, doradzać i będę najcudowniejszą mamą na świecie, takiej jakiej sama nie miałam.  MAM NADZIEJĘ ŻE JESTEM 😀😀😀

 Widziałam niedociągnięcia i pomyłki mojej mamy, może robię inne ale ….. wiem, że nie chcę być taka jak moja mama w tej chwili. 

NIE WOLNO, NIE WOLNIE i jeszcze raz NIE WOLNO!!!!!!!!!!!

Plotkować przy dziecku na drugie dziecko!!!!

Złe zdarzenia swoich dzieci zachować tylko i wyłącznie dla siebie.
STAROŚĆ NIE JEST FAJNA, ALE TRZEBA W TEJ STAROŚCI ZACHOWAĆ TWARZ. 

Okulary

Trzeba przeżyć aby zrozumieć. Młodemu człowiekowi (zdrowemu na ciele i umyśle) niezrozumiałe jest aby połamane okulary sklejać. Tatuś sklejał klejem, taśmą, nad płomieniem,  łączyłą drucikami, nićmi, nie pamiętam czym jeszcze. Można przecież iść do okulisty, okulary będą nowe i oprawki nie z kamieniołomów.

Kilka dni temu poczułam dziwny luz w moich okularach. Używam jedynie do czytania. Nie założyłam na nos, na ziemię spadły dwie części. Skleiłam, taśmą izolacyjną ale….rozpadło się, do okulisty pójdę, ociąganie nic nie da. Tylko….po badaniu przypisze mocniejsze szkła, a ja mocnieszych nie potrzebuję, przyzwyczaiłam się do oprawek, do nowych też się przyzwyczaję ale zanim…to się powkurzam. I to wcale nie jest takie proste, iść do lekarza, założyć nowe okulary i będzie wszystko od razu super. Teraz rozumiem…tylko czy trzeba było czekać tyle czasu?

Młody nigdy nie zrozumie starszych osób, ponieważ myśli, że zawsze będzie młody. Powiedzenie …rozumiem… jest jedynie jeszcze jednym z wielu wypowiadanych słów.

Pamięć

Leżąc w łóżeczku jak zwykle poczytałam news z kraju i ze świata lub odwrotnie świata i z kraju. Lokalnie: pochmurnie ale cieplutko, niektóre ulice zamknięte i omijać, powalone drzewa zablokowały przejazd, główna autostrada łącząca NY z Florydą wciąż w naprawie po spaleniu i zawaleniu się, możliwe że pod koniec maja oddana zostanie do użytku.

Cynamon czyni cuda!!! No to jeszcze w pidżamie pobiegłam pisypać kwiatki i krzaczki. Sypie na ziemię i kwiatuszki. Po skończeniu zorientowałam się, że ten zapach mnie nie drażni i nie jestem nerwowa, a powinnam. Czytam, napisy na buteleczce duże, okular nie potrzebuję jeszcze taka ślepa to nie jestem. Cloves, no oczywiście goździki. Wzięłam cynamon do ręki i poszłam na swoje”pole” ponownie. Posypując, tym razem odwracałam głowę.

Teraz mam mieszankę na krzakach i kwiatach, goździkowo-cynamonową. Może zapach cynamonu odstraszy wiewióry?  Byłoby dobrze. Może zapach goździków je przywoła, byłoby nie dobrze!

Więcej czasu, wolny cały tydzień, mam czas na zaparzenie kawy w rondelku. Co za zapach ahhhh, co za smak ahhhh. Nie zawsze jest czas delektować się, jeśli trzeba do pracy. Do pracy! Praca nie tylko daje pieniążki, wyjście z domu, styczność z ludźmi, wymiana zdań na tematy nawet te nieważne jest ważne.

Byłam z MM w biurze projektowym kuchnie. Całkiem inne spojrzenie, tym razem zajmuje się nami młoda kobietka. Potrafi podpowiedzieć i poradzić, co bardzie funkcjonalne. Oczywiście wiem co mi jest potrzebne i to również zmieniamy w komp, ale są kwestie całkowicie mi w tej chwili obojętne, więc ona służy pomocą i podpowiada najlepsze rozwiązanie. Poprzednio w HomeDepot – facet, bez żadnych podpowiedzi, co chcę i jak chcę to zmieniał lub nie, jemu było obojętne nie jego kuchnia i ja z nią będę się turlać, chodziło jedynie o zainkasowanie kasy, a cena z kosmosu, jedynie szafki bez kosmetyki (malowania, układania kafelek, zmiany instalacji gazowej, wodociągowej i elktrycznej.) W tym office mamy dokładnie wyliczone ze wszystkim – gotowym do przyjęcia wszelkich robót, połowa ceny. Zdecydwaliśmy się. MM umawia się na termin robót, kiedy to będę nieobecna w domu, wrzesień. To mi odpowiada. Wyjeżdzam stara kuchnia, wracam tatammmmm, nowa kuchnia. 😀😀😀. Jeszcze odbędną się spotkania i uzgadniania, lecz na ten moment, wiemy na czym stoimy. Nie musimy brać innej ekipy do malowania, kafelek (a tak swoje obecne kafelki lubię, trzeba poszukać w internecie, może ktoś takie ma) itd. Jesteśmy zadowolenia z obługi i ceny. Jeśli coś wybierzemy droższego ( the lux) to i cena podskoczy, zdajemy sprawę, rozumiemy.

Dziś mam Mother’s Day – ogólnie

Obchodzimy w niedzielę, ja dzisiaj. Idę robić się na “bustwo”😀😀😀😩

Chciałam zrobić zdjęcie przed wyjściem ale…tylko zmarszczki najlepiej się uwidaczniają na zdjęciu reszta urody blaknie przy nich. Ech😢😢😢😢 No takie to są urody ludzi + ileś tam. Kiedyś myślałam, że mam zmarszczki, teraz to na pewno mam, nie muszę ich szukać z lusterkiem powiększającym, jak to dawno temu było. Mam to mam.

Nałożyłam sukienkę , która dość długo wisiała i czekała na okazję, mam takich rzeczy z metkami jeszcze dość sporo😀. Jak na mamuśkę dorosłych dzieci,  wyglądałam nie dość ale naprawdę superowsko. Byłam już po dwóch alkoholowych drinkach. Wciąż przestrzegam diety, może nie tak restrykcyjnie jak na początku stosowania diety. Dwa drinki zadziałały, chociaż nie potrzebuję wspomagacza aby być szczęśliwą, moja buzia zawsze się śmieje. Podchodzi do mego stolika kobieta, podchodzi do mnie, wiem że nie jest kelnerką bo mamy kelnera, wstaję i mówię do niej …. znam ciebie, ja ciebie znam… ona na to …jestem twoim lekarzem… o mój Boże …odpowiadam i biorę ją w objęcia. Całuję ją w policzek, ona składa mi życzenia z okazji dnia matki. Odwzajemniam życzenia. Ona była szczęśliwa ja również. Odeszła. Moje dzieci i mąż patrzą na mnie w oczekiwaniu wyjaśnienia, kim była kobieta. Moja ginekolog. MM skwitował – dobrych i szczęśliwych ludzi wszyscy pamiętają. Odchodząc podeszłam do jej stolika życząc miłego dnia. To była naprawdę niespodziewana niespodzianka, no bo jakie mogą być niespodzianki?  Czy w Polsce jest możliwym, aby lekarz podszedł do pacjenta i składał jemu życzenia? Szybciej śmierci można się spodziewać.

Byłam nauczycielem akademickim, nigdy się nie stawiałam. Dwóm studentkom załatwiłam pracę. Na ulicy i w sklepie podchodzili studenci do mnie z … dzień dobry  pani profesor, czy pani mnie pamięta?… niestety nie pamiętałam, żeby to była jedna klasa to możliwym, że 30 osób bym zapamiętała lecz więcej, z młodszych i starszych roczników, niestety, odpowiadałam…oczywiście, że pamiętam, co u ciebie, jak dajesz sobie radę…. Wiem, wiem, że to nie fair, lecz co można uczynić aby człowieka nie urazić, tym bardziej że darzy ciebie jakimś uczuciem, pamięta i chce być pamiętanym. Trudna sytuacja. Teraz po latach twarze moich studentów całkowicie się zatarły, z iminia niektórych pamiętam, z nazwiska jednego szczególnie. Nie da się zapomnieć, kiedy ci na wykładach zjada kanapkę wraz z folią w którą mama zawinęła, trzeba było wzywać pogotowie ratunkowe.

Dzisiejsza sytuacja dała mi  bardzo dużo do myślenia. Ludzie mnie pamiętają bo chcą pamiętać, a to bardzo miłe. Dzieki im za to i wielkie ukłony w ich stronę.

Prezent

Najpierw przeszukałam internet. Teraz wiem, że do jubilerów już iść nie muszę. Prześliczne bransolety, które sama bym nałożyła oscylują w cenach 10k$-w zwyż. Na polskich stronach podobnie w zł. Tutaj nie chodzi o to mam czy nie mam takich pieniędzy. Nie kupię tak wartościowego prezentu. Po pierwsze, takie pieniądze otrzymane w gotówce byłyby przeznaczone na inny pilniejszy cel niż bransoleta, która by leżała w szufladzie. Za 1k& nie ma sensu wogóle kupować, brzydkie, tandetne, odpustowe, szuflady szkoda. Młodsza siostra kończy 60tkę, a więc prwien etap swego życia będzie miała za sobą, emerytura tuż, tuż, nawet nie będzie miała gdzie nałożyć bransolety za 500zł co mówić droższej. Inwestycja? Nie mnie inwestować w siostrę, ona na pewno już ma poczynione jakieś inwestycje finansowe.

Dobry pomysł miała moja córcia z prezentem, nie do zrealizowania.

Czekam na rozjaśnienie umysłu w sprawie prezentu. W najgorszym przypadku, kwiaty i koperta. Gotówka się przyda, wyjedzie na wczasy, opłaci pielęgniarkę po operacji, spłaci ratę kredytu lub … wyda na co będzie chciała.

Wiem, że opłacę cały rachunek w restauracji. MM zaproponował. Piękny gest z MM strony.

Kwestia prezentu wciąż otwarta.

Nasze decyzje

Schowałam elektryczny kocyk, flanelową pościel, myśląc o lecie. Lato mamy, na podwórzu już gorąco, w domu chłodzenie, moje odchudzone (nie tak znowu wiele) ciało nie produkuje ciepła, pod kołerką jak na Syberii. Muszę założyć flanelę i okrywać się dodatkowo elektryką. Dwie kołdry, skarpety i ciepła pidżama nie pomaga, niestety. Miałam dłuższe spanko w planach, wolny dzień, sptkanie z Sandrą dopiero 11:30, 20 minut na dojazd, 20 na ogarnięcie się, wystarczy, tak planowałam kładąc się wieczorem do łóżka. 6:45 rano muzyczka smsowa. Syn, córcia i MM mają inne melodie i piosenki. Wybita ze snu nie rozróżniałam, patrzę w ciemnościach na ekranik tel. Synuś pyta co u jego mamusi słychać. Popisaliśmy troszeczkę,  ponownie usnęłam.

Restauracja w stylu i tutaj musze rzec, nie znam się na stylach, wewnątrz stoliki, gdzieś tam w głębi ukryty stolik. Muzyka nastrojowa. No i wchodzi Sanda!!!!!! Ta sama jak kiedyś, nic się nie zmieniła, nawet wyładniała. Kilka lat temu zrobiła operację plastyczną. Podniosła powieki. Po zabiegu jedna powieka jej całkiem opadła, musiała poddać się poprawce. Wygładziła zmarszczki, podniosła piersi. Byłam tam, widziałam jej cierpienie, po zabiegu, zapach opatrunków był straszny. Drapałam jej plecy, pomagałam zmieniać opatrunki. Obecnie wygląda normalnie, noooo zmarszczeczki jakieś tam są, ale …. czego oczekiwać? Że zabieg będzie działał w nieskończoność.?  Wygląda fantastycznie i nie omieszkałam powiedzieć. Spotkanie odbyło się w radosnej atmosferze, bo właśnie takie jesteśmy, szczęśliwe, pomimo że nie zawsze idzie po naszej myśli, jesteśmy szczęśliwe. Zamówiłam kawę, zanim Sandra dojechała i później zupkę pomidorową. Kawa jak kawa, czarna mocna, zupa? Chyba gorszej nie jadłam. Jak wybrałam tak miałam. Nastrój miejsca niesamowity, więc tam wrócę, z menu wybiorę inne danie.  Opowiadała o występach w NY i Las Vegas, to było dla niej bardzo pozytywne przeżycie. Brała udział w minionym i tym roku w wielu występach taneczno-baletowych oraz konkursach. Miło było patrzeć na jej ekscytację podczas opowiadań o osiągnięciach. Podoba mi sie jej, moja filozofia jak to powiedziała. Czy to moja? nie wiem, kiedyś gdzieś czytałam i w większości stosuję.

Człowiek ma możliwość wyboru. Wybiera pomiędzy dobrem a złem, szczęściem i nieszczęściem. To czy będzie się dobrze mu działo i czy będzie szczęśliwym, zależy tylko i wyłącznie od niego. Ma też możliwość wyboru przejęcia złości i złych energii od innego człowieka. Przejąć lub zignorować. Przyjmie, jest w ciągnięty w walkę lub grę innej osoby, jeśli zignoruje może obserwować zrzymanie się osoby pozostawionej z jej złą energią.

Sandra wprost była zachwycona, moimi wywodami.

Nie ma ochoty czekać na następne spotkanie do sierpnia, ustaliłyśmy spotkania jeden raz w miesiącu. To mi odpowiada i się podoba.

 

Wracając zajechałam do sklepów oddać poprzednie zakupy. Spodenki które są za duże, wymieniłam na mniejsze, dokupiłam jeszcze białe. W domku zmierzyłam, wyglądam bardzo dobrze. Zwróciłam też koszyczek ceramiczny na ściereczki, który nie pasował kolorystycznie do reszty moich rzeczy. Kupiłam włoski gliniany garnuszek, nie przepadam za chińszczyzną. Zawsze sprawdzam kraj produkcji. W garnuszku można gotować potrawy w piekarniku. Super.

Poczułam się głodna, pomidorówki zjadłam kilka łyżek. Wczoraj wyjęłam kaczkę z zamrażarki. W środku kaczki była wątróbka, sece i szyja. W swoim życiu jadłam 2 razy wątróbkę, jeśli trącenie jej widelcem, można było nazwać jedzeniem. Zawsze zapach wątróbki mnie odtrącał. Serca nigdy nie próbowałam. Podroby nigdy nie były jedzone w mojej rodzinie. Smaku płuc nie znam i nie poznam, żołądki kurze jadłam raz może dwa razy. Cynaderki? Toż one przetwarzają mocz, jak to jeść. Ludzie uwielbiają a ja osobiście, nie mam ochoty poznawać ich smaku.

Kupiona flądra rozmrażała się a mnie żołądek ściskał. Patelnia, olej, maciutka kacza wątróbka i jeszcze mniejsze serducho. Podpiekłam. Talerz i…..zjadłam. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie dobre lub  nie nadaje się do jedzenia. Wciąż jestem na diecie,  maciutkie danie i wystarczyło zaspokoić na chwilę głód. Później usmażyłam cieniutkie filety z flądry. Zjadłam trzy kawałeczki, reszta trafiła do lodówki.

Córcia zadzwoniła z dobrą infirmacją, zaliczyła markieting na B, synuś otrzymał B również. Już ma wakacje, chociaż na lato wzięła jeden przedmiot. Synuś ma we wtorek ostatnie zaliczenie i również na lato bierze jeden przedmiot. Przegadałam a właściwie, powspominałyśmy dawne czasy, na tel z córcią 2 godzinki. Szybciutko odebrać MM z Marty.

Już nie jestem sama😀😀😀.

Przebudziłam się o 1:15am. Spać nie mogę, latam po internecie i czytam nowinki i bzdety. Już 3:18am a sen za morzami i górami. Z rana do pracy przecież. Co we mnie wstąpiło, że sen odszedł, nie wiem. Mam cieplutko bo włączyłam kocyk elektryczny, naciągnęłam flanelkę. Problemów zero. MM w domku to i bezpieczniej. Nie rozumiem. Dochodzi 4am muszę sprobować zasnąć.

Czytelnia i rozmyślania

Bez planów na dzień dzisiejszy zerwałam się przed 8am, musiałam zwieźć pojemniki na dół do ulicy. W pewnej chwili zrezygnowałam z wychodzenia i wróciłam do łóżka, bo śmieci i papierów nie wiele. Położyłam się. Wyrzucając sobie lenistwo i brak odpowiedzialności, ponownie się zwlokłam, w pidżamie i kapciach zwiozłam. Jak już się rozruszałam to powolutku doprowadziłam się do “użytku” łącznie z ułożeniem włosów. Zrobiona na “bustwo” (celowo przez u) przedmuchałam deck i patio z paprochów, które wciąż się sypią z drzew. Miałam nadzieję na kawę na zewnątrz. Pogoda szaro-bura nie zachęciała mnie do wypicia kawy pod parasolką.  Na dodatek zaczęło coś padać, nie deszcz i nie mrzawka, pomiędzy.

Zadzwoniłam do mamy na skype. Rozmowa o wszystkim i niczym a raczej bardziej o jej zdrowiu. Wszyscy wiemy jakie zdrowie, nie najlepsze bo i zależne od pogody. W Polsce pogoda pod psem z budą. U mnie chociaż 20 na + u mamy tylko 5. No nie dziwię się, że ciśnienie skacze,w kościach kręci, głowa boli, brak chęci. Wszyscy w rodzinie znamy jej choroby, jeśli lekarz nie pomaga to jej dzieci na pewno nie pomogą. Jedynie rozmową możemy wspomóc, ale czasami jest męczące. Dziś rozmowa przebiegała dobrze, nawet się śmiała. Nie często, oj nie często moja mamusia się śmiała i śmieje. A życie miała bardzo dobre i nie ma w tej chwili źle, żeby nie choroby wieku starczego, można by było powiedzieć, żyć nie umierać.

Wczoraj oglądałam rosyjskie filmy w oryginale, dziś czytałam książki po angielsku. Robiłam porządki w swoim office, robię je od jakiegoś czasu, postępy widoczne. Wpadła mi do ręki książka Nicholasa Sparks ” The last song ”. Mam chyba wszystkie jego wydania w oryginale. W tłumaczeniu polskim przeczytałam jednym tchem, zachciało mi się w oryginale. Znając fabułę otworzyłam na środku książki i ….zaczęłam czytać. Zaczytana zapomiałam o obiedzie. Po posiłku sprawdzilam co w internecie na znajomych mi blogach, zaczytałam się na jednym. Czytam od początku jego powstania. Zaciekawiła mnie osobowość tej blogerki jak i jej perypetie życiowe. Jest bardzo odważną i energiczną osobą, wcale nie młodą, duchem jak najbardziej. Wprawdzie młodszą odemnie o 9 lat, ale coś mamy wspólnego. ”Pióro” jej jest lekkie i chce się czytać, mimo że są to relacje z życia codziennego a nie lotu na księżyc. Lot na księżyc byłby nudną podróżą bo z okien statku kosmicznego nic po za ciemnością i przelatującymi astroidami,  dostrzec byłoby nie sposób, czy było na prawdę fascynujące? Życie niesie więcej niespodzianek, dobrych i złych.

Wpisów jest baaarrrdzo dużo, bloga prowadzi od 2012 roku, posty zamieszczane są można powiedzieć, każdego dnia, czasami dwa dziennie.

Dlaczego czytam? Pozwala mi spojrzeć na problemy innych osób z innej strony niż oni sami. Szukam innych, moich rozwiązań. Zastanawiam się i analizuję, nad zmianami jakie dokonują w swoim życiu. Nie krytykuję, nie wymądrzam się, każdy z nas ma swoje własne życie do przeżycia. Szukam wskazówek dla siebie, bo nikt nie wie co nas czeka, możliwe że będę potrzebować kiedyś porady, jak postąpić …. od każdego człowieka można się czegoś dowiedzieć i nauczyć, jedynie trzeba umieć i chcieć to zrobić. Trzeba umieć patrzeć i słuchać. Nie wolno być pewnym swoich mądrości, to co dla nas jest mądrością, inni mogą potraktować za bzdurę, nie umiejętność postrzegania innych rozwiązań, nieuctwo i brak wyobraźni.

 


 

Wciąż jestem na diecie i na kolację zrobiłam surówkę z pomidorków i cebuli. 
Córcia zaniepokojona nie znalezieniem mojej location na aplikacji, zadzwoniła z pytaniem gdzie jestem. Jestem w domu, czuję się wyśmienicie i nie wiem jak długo wytrzymam w nicnierobieniu. To jest fascynujące. Odkryłam, że stan nicnierobienia jest na prawdę wspaniały. Nic nie muszę!!! Śpię ile chcę, robię co konieczne, lub nie robię co konieczne, jak długo?  Do poniedziałku😩😩😩. 

Takie bezowocne życie wcale nie jest złe. Z rana wyleguję się, coś tam zjem, poczytam, pooglądam, poleżę na kanapie, ponudzę się i przed sobą pomarudzę. Najważniejsze, nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Backyard niedokończony i chwasty go zarastają, jedyne zielone co rośnie na tej glebie, wcale ale to wcale mnie nie wzrusza. Patrzę na to zielsko i jakbym nie widziała. Frontyard jest ok, też mój wzrok jakby to omijał. Co stało się z moimi planami? Gdzie są moje pragnienia porządku, piękna i kolorów na yardzie. Gdzie jestem ja? Dlaczego już mi to nie spędza snu z powiek? Dlaczego staję się obojętna? 

Jeszcze w ubiegłym roku przenosiłam głazy, budowałam skalniaki, sadziłam kwiatki i bratki, w tym roku oprócz rabatki, nie robię nic. Gałęzie suche walają się po działce a ja przestępuję, jakby to wszystko nie było moje. Nie mam chęci i zapału, ochoty.  Co zmieniło się moim myśleniu? 

Na co czekam?

Planowałam pomalować swój office a układanie dokumentów z kanapy i podłogi idzie mi opornie. Farba, taśma, pędzle, wałki czekają w pogotowiu, jedynie ja nie jestem gotowa. Zajmuję się leniuchowaniem. Jedyne co robię to trzymam porządek w domu, każdy okruszek jest sprzątnięty, plamka wytarta, kurze przetarte.

Nie rozumiem siebie. 

O co mi chodzi? Czy to jest reakcja na moje ogólne zmęczenie? 

Na pytanie co robię, odpowiadam NIC, nikt mi nie wierzy, bo to nie możliwe abym nic nie robiła. Na prawdę NIC nie robię. 

W poniedziałek do pracy, powiem, że dobrze, zaczynam nie lubić dni wolnych.