ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!

  • następny durny tydzień.

    PONIDZIAŁEK

    Bo jak to przyjąć, potraktować? Wróciłam z pracy. Odpoczywam na swojej sofie i eureka.

    -jak dobrze, że jutro sobota – myśl szczęśliwa rozbłysła w moim mózgu. Pytam MM, jaki dziś dzień?

    – znów masz sobotę jutro? – pyta z niedowierzaniem

    – no tak, a tak się chwilę cieszyłam.

    – jaka szkoda, że dziś nie jest sobota – myślę.

    WTORKOWY poranek. Budzę się, jeszcze z zamkniętymi oczętami, cieszę się, że dziś sobota. Tylko sekunda radości, mózg wraca do rzeczywistości i podpowiada żebym wstawała bo dziś nie jest sobota.

    Wyłażę z cieplutkiej pościeli i ….i nie jest to sobota.

    Poleżałabym, pospała, poleniuchowała, pomarudziła i jeszcze dużo określeń na po… które pokazują mój stan istnienia i ducha na dzisiejszy dzień. Ale jutro nie będę musiała wcześnie wstawać, Do poniedziałku mam urlop. Nie, nie mam żadnych planów. Żyję na spontanie.


    A żeby było bardziej spontanicznie, miałam w pracy być tylko do 3 -3:30. A byłam do 5pm. Człowiek jak chce 2 dni urlopu to musi na nie zapracować, czy to jest taki tok myślenia? Może, ale nie mój. Na ten urlopik pracowałam cały rok.

    W domku byłam po 6pm. W międzyczasie rodzinka się martwiła. Na appce widzieli gdzie się znajduje, ale było trochę korków. Jak tak stałam w korku znów miałam wrażenie, że dziś jest piątek a jutro będzie sobota.

    Czy ze mną coś nie tak?

    A może to jakaś demencja do mnie puka?

    Podczas badań, lekarka nie stwierdziła, że moja głowa może robić psikusy.


    ŚRODA – budzę się i dokładnie wiem, że dziś mam wolny dzień bo jest SOBOTA. Zmuszam mozg do pracy i zaczynam rozumieć jaki jest dzisiaj dzień. Sytuacja co najmniej nie spotykana.

    Kiedyś oglądałam film o różnych przepowiedniach, ludzkich przewidywanich i odczuciach. Wiem, że to coś oznacza. Tylko nie wiem co. Czego mam się spodziewać. Dobrego czy złego? Co ma się wydażyć w sobotę? W którym tygodniu lub miesiącu? Zaczynam się na prawdę niepokoić.

    Z racji tego, że jutro na pewno CZWARTEK świąteczny, ogarnę troszkę domek. Ile posprzątam tyle posprzątam. Nikt nie oczekuje cudów, a i nikt na Thanksgiving nie zawita. Pozwoliłam córci jechać do rodziców jej chłopaka. Syn będzie pracować, starsza córka MM wskoczy do nas na poranną kawę, młodsza córka MM przyleci z LA na Bożenarodzenie, więc MM przyszykuje (jak zwykle na idyka on gotuje) kolację tylko nam, ja i on.


    Dziś będę piekła ciasto żurawinowe. Zrobię oczywiście, sałatkę jarzynową (MM nazywa ją, majo salad). To wszystko w czym mogę pomóc MMowi.


    Ciasto żurawinowe z pistacjami z internetowego przepisu, palce lizać. Sałatka majo również wspaniała.

    Nawet jeśli usiądziemy obydwoje jutro przy stole to myślę, że damy radę pokonać te wszystki smakołyki jakie pojawią się na stole świątecznym.

  • Od poniedziałku miałam wrażenie, że następny dzień to SOBOTA.

    Wtorek po pracy-jutro sobota – wołałam.

    Środa i tak do piątku – jutro sobota !!!!!

    To był dla mnie bardzo ciężki tydzień. Każdego dnia czekałam na zakończenie dnia. Każdego dnia problemy zdrwotne. Bez przeciwbólowych, nie przetrwałabym.

    Po powrocie z pracy, w ubraniu i obuwiu kładłam się na kanapie, owijałam się kocami i … zdychałam. No nie zdechłam, przetrwałam.

    A dziś Sobotka wyczekiwana – bez znieczuleń. Nawet ciasto biszkoptowe z jabłkami upiekłam. Stół na Thanksgivng przygotowałam.

    Dziś też zakończyłam ozdabianie domku na Boże Narodzenie. Na zewnątrz postaram się ozdobić frontowe drzwi, schody do nich prowadzące i kilka krzaczków. Jeśli się nie uda to tylko wianek świąteczny na drzwiach powieszę. Jeśli zdrowie dopisze to zrobię porządek z ozdobami, wyrzucając je do śmietnika.

    Niestety, ale moje życie uległo drastycznej zmianie. Czy mnie to martwi? Oczywiście, ale takie jest życie, nieprzewidywalne. Planowaliśmy i planujemy bal sylwestrowy, tylko…. czy nam się to uda, czy zamiast przygotowywać się do wyjazdu w dzień sylwestrowy nie będziemy przygotowywać się do łóżka.

    Oczywiście, że mam w sercu energi tyle, że mogłabym obdzielić całą swoją dzielnicę. Tylko ciało robi mi psikusa. Czy jeszcze potańczę, poskaczę jak koza?

    Smutno mi i powiem … jest bardzo ciężko z bólem żyć.

    Kurwa mać!!!!!

    A przecież, ja się nie wyrażam, nie używam takich słów. W mojej rodzinie najgorszym przekleństwem bylo …cholera. Moje dzieci nie używają również takich słów….. ale….

    niech będzie moim usprawiedliwieniem, że jest mi bardzo ciężko.

  • lepiej za późno, niż wcale. Jak się mają te porzekadła do codziennego życia?

    Alkoholik – lepiej późno niż wcale.

    Spotkanie: romantic😁❤️, buissnes, zdrowotne – lepiej za wcześnie niż za późno.

    Planowana operacja medyczna – lepiej za późno, niż wcale. Czasami jest na tyle za późno, że już nic nie pomoże oprócz kostnicy.

    Nadzieja matką głupich – jeśli oczekujemy na powstanie zmarłego z trumny. Nadzieja jest matką i ojcem wynalazków – do dziś ślęczeli byśmy przy świecy i kaganku. Biegali okryci w skóry niedźwiedzia, ale nie byłoby globalnego ocieplenia.

    Coś za coś. Aby zjeść schabowego, świniaczek musi stracić życie. Zwykłe posprzątanie pokoju wymaga naszej cierpliwości i pracy fizycznej. Zmęczeni padamy na sofę i spoglądamy na czyściutki pokoik. Swoje zdrowie, cierpliwość i finanse poświęcamy na wychowanie i wykształcenie swoich dzieci, po to tylko aby na stare lata w ciszy i spokoju, usiąść w fotelu i ukradkiem spoglądać na wyświetlacz tel – wzdech …. nie zadzwonił/a …zajęty/ta. Czekamy kiedy dzieci usamodzielnią się, po to tylko, żeby poczuć pustkę po ich odejściu(u mnie, z tym wszystko ok😁).

    Do czego zdążam? Od weekendu mam burdel christmasowy. Ozdabiam dom, aby w tygodniu przed Bożym Narodzeniem, nie latać z wywieszonym językiem.

    Wyjmuję ozdoby z pudełek i rozmieszczam powolutku. Thanksgiving też u nas się odbędzie, lecz w tym roku będzie wymieszany, przepleciony z Bożym Narodzeniem.

    Zchowuję siły na gotowanie, pieczenie jednym słowem kucharzenie. Oczywiście były dni, że ogłaszałam strajk obchodzenia świąt. Problemy rodzinne nie nastrajały nawet tak niepoprawnego optymisty jak ja, do uśmiechu i dobrego nastroju. Mam nadzieję, że nareszcie po latach walki o członka rodziny, nastąpi poprawa.

    Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Mamy dziś pochmurny i wietrzny dzień, myślę że może mogę ogłosić niewielkie zwycięstwo. Tylko serducho za często daje znać ….. ja tu jestem!!!!….łomocze, stuka, piecze jak papryczki chilli, wali. Może już będzie dobrze. Chciałabym normalnej atmosfery przy stole wigilijnym. Wiara może czyni cuda, ale gór nie przenosi, nie słyszałam o takim zdarzeniu. Czytałam natomiast, że góry pochłonęły nie jedną istotę ludzką.

    Ozdabiam domek tylko wewnątrz, na razie. Opornie mi to idzie. Patrząc na moje poczyniania dekoracyjne, popijam następną kawę i dokłanie wiem. W tym świątecznym bałaganie trochę pożyję, będę chodzić na palcach, przeskakiwać, kopać i marudzić. Nie spieszy mi się.

    Za kilka dni po bałaganie nie będzie nawet wspomnienia.

    Zgodnie z polskim przysłowiem.

    Spiesz się powoli. 😁

    Mam nadzieję na niedzielną poranną kawcie w świątecznej atmosferze, bez choinki oczywiście. Ona przybędzie dopiero w grudniu.

    Padłam na kanapę. Muszę dokupić ozdób. Koniecznie świec ozdobnych, stroiki i coś co wprawi mnie w nastój WOW!

    U mnie już święta!!!!

  • Moje sprawy nie są jak na razie do rozwiązania. Nie tylko cofają się ale pogarszają.

    Mogę powiedzieć życie to jest straszny pierdolnik.. przynajmniej u mnie.

    Z tych dobrych spraw.

    Jednak wycieliśmy kilka drzew na działce. Magnolia bardzo rozłożysta i pnąca się do niebaaa, poszła na pierwszy ogień. Następne drzewo o małych drobniutkich liściach, rosło pochyło i wykręcony jakby był chory pień drzewa. Dwa wysokie dębowe oraz dwie wysokie sosny od ulicy. Kilka drzew straciło swoje rozłożyste gałęzie. Ostatnie było bardzo wysokie liściaste, którego gałęzie kładły się na dach. Panowie pracowali cały dzień.
    Po wycięciu dwóch dużych drzew rosnących od frontu blisko domu, wewnątrz zrobiło się jaśniej. Na back yardzie jedno drzewo zostało bardzo mocno przycięte i również na decku zawitało słońce. Odsłoniła się droga osiedlowa i dom od strony ulicy też się odsłonił.
    Wykosztowaliśmy się, ale teraz można powiedzieć warto było.

  • Ta wizyta to tylko taka, aby odwalić i po kłopocie. Niech i tak będzie, jeśli MM zadowolony będzie to i spokój w domu. Młodsza córka MM przyleciała już w piątek (z Los Angeles). Pojechała w kierunku południowym. Jej collage jak co roku gra mecz z kimś tam, a że ona zapalona kibicka, musi być na meczu, niech się wali i pali. Tylko … z jej rocznika już nikt nie gra, pewnego roku stwierdziła, że nie zna już nikogo, nowi i młodzi. Mieliśmy z MM cichutką nadzieję, że spasuje, ale nie. Wcześniej ciągała MM ze sobą, teraz znajduje kogoś szalonego jak ona. 

    Bo żeby wypić piwo po przegranym meczu, nie trzeba pokonywać 3600km. Atmosfera? Sama stwierdziła, że to co innego jest teraz, niż za jej czasów. Wymęczona podjechała pod dom, ale ….zaparkowała na ulicy, stwierdziła, że prześpi się w samochodzie, ma kaszel, katar i ból głowy. MM nie dyskutował z nią bo i nie było sensu. Dorosła, wie co robi. Ja też się nie wtrącałam. Pomagam na ile mogę, ale nie wtrącam się.

    Dawno temu dostałam nauczkę, wrzasnął na całe swoje gardło… to nie twoja rodzina!!!!!… No to na wstępie małżeństwa zostaliśmy podzieleni. Nauczyłam się z tym żyć. Co roku przy świętach, przypomina, że mogło być inaczej, mogło ale już nie będzie. 

    Po godzinie podjechała i zaparkowała przy frontowych drzwiach. Nie schodziłam na parter bo… prawdę mówiąć nie czułam się najlepiej. Chyba z nerwów dostałam …  biegunki. MM z młodszą pojechali do meksykańskiej, zostałam w domu ze swoim sedesowym problemem. 

    Po ich powrocie przewitałam się z młodszą MM jak należy. Zaproponowałam bułeczki które upiekłam, między jedną posiadówką a następną. Może tak strasznie nie było, ale rewolucja żołądkowa była. Młodsza jest bardzo wybredna odnośnie jedzenia i pożywienia. Spożywa ser żółty, chipsy, kurczaka tylko z restauracji, puree ziemniaczane (mashed patato)dodaję oprócz znanych składników – mleko i ser żółty. Odmówiła bułeczki, nie nalegałam.

    Przeszliśmy na taras, pogoda cudowna, więc szkoda było nie skorzystać. Zastanawiające, że nie było tematu MECZ. Może i dobrze bo moje sportowe wyniki równały się zeru. Podstawówka się nie liczy i jakieś tam spotkania międzyszkolne.

    Jak MM dziewczyny były młodsze, były zawsze tematy do rozmowy. MM był bardziej zaangażowany, teraz kiedy jedna jest po 40-tce druga tuż przed, widać dystans między ojcem i córkami. Chociaż muszę powiedzieć, że do tej chwili, nakłaniam MM do odwiedzania córek, dzwonienia, pomagania w przeprowadzce, naprawie jeśli coś się zepsuje, a wiem, że MM na pewno poradzi z problemem. Jeśli starsza jest chora, gotuję rosół z kurczaka, jakieś ciasto i każę jechać w odwiedziny. Starsza jest wszystko jedząca, a polskie jedzenie uwielbia, więc łatwo jest takiej osobie dogodzić, bo wszystko smaczne.

    Młodsza po niespełna godzinie odjechała na  lotnisko, nie żegnając się ze mną, nawet nie krzyknęła przy schodach zwykłe .. Kryszia I’m leaving… No cóż,  nie moja córka i nie mój problem, jeśli wogóle coś takiego istnieje w tamtej rodzinie. 

    Bułeczki smaczniutkie.

  • Okna otwarte, jakieś owady jeszcze skrzeczą, w oddali słychać wycie syren policyjnego pojazdu i ja z lampką wina w dłoni oddycham świeżym, rześkim powietrzem. Temp. 23C a godz. 9pm. Dziś obowiązkowo będę spać przy otwartym oknie ale od góry.

    Zima ( biały pudelek) co jakiś czas podchodzi do okna

    i ciężko oddycha, wącha powietrze. Ale ja wiem to nie powietrze wywąchała ale kojota, który pojawia się każdego wieczoru, w nocy lub nad ranem, samotnie lub w towarzystwie innych kojotów. Może Zima wywąchała sarenkę lub innego zwierzaka, którego kamery zawsze uchwycą.

    W tym roku mamy dosłowny „wysyp” kojotów. Kotek sąsiadów omal nie został pożarty przez kojota. A była godzina 7 am i już było widno. Kociaczek został pszarpany na główce, brzuszku, grzbiecie. Ma połamane kosteczki. Przeszedł operację, teraz dochodzi do siebie. Kotek nie wygląda ciekawie ale wszystko (podobno) z nim będzie dobrze. Porusza się jak pijany.

    W dzień latają jastrzębie a nocą chodzą kojoty. Strach się bać.

    Wracając do czystego powietrza. Mój stan zajmuje 4 miejsce w USA pod względem zalesienia. W tym roku weszła w życie ustawa o wycinaniu drzew na własnej psiadłości. Drzewa powyżej 48,26 cm w obwodzie są nietykalne. No to mój las zostanie na wieki, wieków, Amen. Chociaż… wycięcie jednego dtzewa poniżej podanego obwodu, jest kosztowne, sięga obecnie do 3k za sztukę. Drzewa można przyciąć a ten proceder jest bardziej kosztowny niż samo wycięcie drzewa. Ech…wiosną będą tulipany. A latem małpia trawa. Na betonie kwiaty nie rosną, jak to śpiewał Stan Borys ale i w cieniu zdziczeją. Małpiszon rośnie w cieniu, na słońcu, na wodzie, bez wody…nie lubię tego zielska, nie kontrolowane pokryje wszystko podobnie jak Ivy, z tą różnicą, że nie jest to pnączem. No cóż, człowiek ma taką naturę (podobno) do wszystkiego może się przyzwyczaić. To i ja przestanę walczyć z „wiatrakami”. Nie jestem Don Kichot, jeszcze nakładam szpilki i sukienki. Chociaż w naszym świecie trudno określić kto jest kim.

    Sypialnia pachnie świeżutkim powietrzem. Spanko będzie zdrowe. Z racji tego, że jutro niedzielka, spać będę długooooo.

  • „Mistrz drugiego planu w trakcie ważnych obchodów na Westerplatte. Wystarczyło, że wyjął parasolkę

    Gdy na Westerplatte zaczęło padać, politycy sięgnęli po parasole. Tuż za nimi pojawiła się niezwykła parasolka.

    Nawet tak poważna uroczystość, jak obchody wybuchu II wojny światowej, może mieć niezaplanowany i zaskakujący przebieg. Tym razem zadbał o to pewien starszy pan, który, podobnie jak reszta obecnych VIP-ów, chciał ochronić się przed padającym na Westerplatte deszczem. I wyciągnął charakterystyczną parasolkę. W sieci rozpoczęły się poszukiwania odważnego mężczyzny.” https://www.fakt.pl/polityka/obchody-wybuchu-ii-wojny-swiatowej-za-politykami-tle-parasolka-z-marihuana/mzdjhtj.amp


    Zgadzam się: bardzo trudno, w takim „tłumie” znaleźć odważnego inaczej.

    Jakie miał dla nas przesłanie właściciel parasolki, z artykułu się nie dowiedziałam. Chyba że update zrobią.

  • Już i do mnie zawitała wczesna jesień, no przynajmniej z rana. W przed południe będzie ponad 35 lub więcej.

    Wczoraj po pracy wydmuchałam deck i cały front. Praca fizyczna dotleniła moje płuca do tego stopnia, że spałam do 8:45am. Nie mam na dziś wielkich planów odnośnie jakichkolwiek prac.

    Usiadłam z kawą na tarasie, włączyłam wiatrak aby pozbyć się komarów i ….. w momencie gdy to pisałam komar dziabną mnie w kostkę. No czego można się spodziewać? Że mnie zostawią? Wykąpaną i pachnącą, też jedzą, żrą, tną, próbują i delektują się. Byliśmy w piątek nad jeziorkiem (dzielnicowym). Ludzie otrzepywali się od komarów a mnie ani jeden, jedniusi nie zaczepił. Bardzo zastanawiające.

    A więc, planów na dzień dzisiejszy brak. Od 4pm podobno ma padać.


    1/11 

    ŻADEN Z BADANYCH 671 STUDENTÓW W USA NIE UDZIELIŁ POPRAWNEJ ODPOWIEDZI NA TE I KOLEJNE 7 PYTAŃ. ZACZYNAMY: JAKI JEST NAJWYŻSZY SZCZYT AMERYKI

    Zastanawiam się: po co nam taka i takie informacje. Po co uczyć historii Peru? poznajmy swoją, polską. Po co nam geografia Ameryki Południowej jeśli nie potrafimy wskazać na mapie polską rzekę (przykładowo) Noteć. Te informacje, jak najbardziej, potrzebne będą osobom interesującym się geografią, turystyką itp.

    Po co amerykaninowi Frantz Kafka i jego „Proces” kiedy mnie polce nikt w żadnej szkole o nim nie wspomniał, a przecież na mgr nie zatrzymałam edukacji. W tamtych czasach, a było to bardzo dawno i nie było możliwości studiowana dwóch lat studiów w jednym roku. Dostałam pozwolenie dziekana na połączenie 4go i 5go roku studiów. Nie było łatwo, ale zrobiłam to!!!

    Szkoła podstawowa dała ogólne wykształcenie, ale po co uczyła mnie jak zbudować karmnik dla ptaków lub upiec ciasto. Po co kazali nauczyć się całej tablicy Mendelejewa. W średniej szkole było inaczej bo naukę podjęłam w technikum. Zastrzeżenia miałam do nauki teorii, za mało było praktyki, podobnie studia. Do wszystkiego doszłam sama. Oczywiście na swojej drodze spotykałam wspaniałych ludzi, kórzy pomagali i we mnie wierzyli. Pierwszym nauczycielem był mój Tatuś. Drugim Kuratorium i trzecim Prezez NOT, który nazywał mnie dzierlatką i bardzo często zapraszał na pogaduszki😁. Żeby ktoś pomógł, trzeba się napracować. Konkurencja a z nią zazdrość i zawiść nigdy nie spi. Doświadczyłam i tych niemiłych zachowań w sosunku do mojej osoby. Po latach ciężkiej pracy stałam się profesjonalistą w swoim zawodzie.

    Nie trzeba obciążać młodego mózgu, który się dopiero rozwija, zbytecznymi (dla danej jednostki osobowej) informacjami. Pozwólmy młodym osobom na rozwój, jeśliby nawet to byłoby dla nas niezrozumiałe i odbiegało od ustalonych już kanonów kształcenia.

    Ameryka nastawiona jest na profilowe nauczanie. Dziecko o zdolnościach muzycznych będzie wiedziało, że ziemia jest okrągła i ile jest 5-2 = ale nie musi wiedzieć jakie kozy skaczą po polskich czy słowackich górach. A mnie tego w podstawówce uczono. Po co to komu, co ja z tymi wiadomościami zrobiłam? Nie przydały mi się wiadomości o wybrzeżach ameryki w tamtym czasie i obecnie. Mam ochotę pojadę zobaczę, jeśli co to internet odpalę. To była strata czasu nauczyciela i ucznia.

    Jeżeli dane państwo chce posiadać inżynierów elektryków itp. nich się na tym skupi, a nie uczyć kto przeciął węzeł gordyjski.


    No czas na ogarnięcie samochodu wewnątrz.

    Nie szła mi ta praca najlepiej, opornie, słońce parzyło, żeby wiaterek jakiś, wiatrak mało pomagał. Skończyłam bardzo późno, robiłam bardzo dużo przerw na przysiadówki. Przed 5pm pociemniało, zagrzmiało i zaczęło padać ale już byłam w domku.

    Wolny dzień od pracy zakończony. Można powiedzieć, że umysłowo odpoczęłam a fizycznie nie zmęczyłam. Wczorajsza wieczorna lampka Martini Rosso nie wypaliła, ciśnienie krwi nie pozwoliło.

    Może dziś🍷.

  • To oznacza jedno: nauczać bez słów!

  • jestem w kuchni i w ułamku secundy głowa opada i najnormalniej w świecie, czuję że zasypiam, natychmist! Nawet w pozycji stojącej. Otrząsnęłam się, nagłe świat mi zawirował. Poszłam do córci. …mamusia tylko ty mi nie umieraj. Powiedziałam, że ją bardzo kocham, przytuliłam i wyszłam. Ciśnieniomierz mam na piętrze, zawsze w tym samym miejscu, w łóżku, pod kołderką, na szafce, na komodzie, za komodą, w szufladzie? W łazience……

    Więc, lecę z zaplątanymi nogami. Co ja jadłam co piłam? bo zrozumieć nie mogę!!!!!!Zawał serca, wylew, pijana? Ale i nie trzeźwa. Fotel. ciśnieniomierz, na rękę lewą. Wsuwam, wkładam, szarpie wrrrwrrr. MM zagląda co się ze mną dzieje. spytał czy pomóc …. a świat zniknął, nicość. Ciśnienie dobre. Córcia przyszła, pyta co jadłam co piłam…. Wyszło na to. że odwodniona. Jedna, druga butelka……pij pijjjjj. Piję ale nic nie lepiej. Dziwne zawroty głowy i ruchy kończynami. Nie ruszam, one same się ruszają. Nieznaczne te ruchy, ale nie mam nad tym kontroli.

    W pewnym momenco MM przypomniał, że dla żartu ( nie jest miło pisać w takim stanie, ucieka mi z głowy to co pamiętałam. Chce napisać, a ile wysiłku mnie to kosztuje to ja tylko wiem. Na małej klawiaturze iphona chcesz pisać 10 palcami. Palce się nie mieszczą, ja układam, upycham) wzięliśmy po żelce Happy hours. (Legalna) Patrzę i nie patrzę na MM. Córcia która ciągle w tym momencie jest ze mną. Zaczyna się śmiać, MM nie bardzo rozbawiony, nie wie jak pomóc. Córcia przed wyjściem powiedziała….2-3 godziny i minie. Ale zawroty głowy to były. O patrzcie i tak sobie ………nie pamiętam o czym chciałam napisać. Emoja nie wstawię bo nie wiem czy będę zdolna wykonać powrót na stronę, gdzie w tej chwili jestem.

    A mnie jakoś tak…. znów nie pamiętam co chciałam napisać. Zamarłam w pozycji siedzącej w fotelu. Mięśnie napięły się, naprężyły wszystkie mięśnie, żyły i ścięgna. Nie mogłam się poruszać, bo nie wiedziałm że mogę wykonać jakiś ruch. Mózg nie dawał żadnego sygnału. Tylko głową ruszałam. Mówiłam ciągle, że nie lubię tego stanu, płakałam. Byłam cały czas świadoma ale w ciągu sekundy przeleciało moje dzieciństwo. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Już nawet mówić przestałam bo nie wiedziałam że potrafię mówić. MM nie rozumiał co się ze mną dzieje. Widziałam jego zakłopotaną twarz. MM w takich sytuacjach jest bezradny jak dziecko. Nic nie mówiac wyszedł z sypialni a po moich policzkach, spływały łzy jak grochy, a przecież już nie płakałam. Siedziałam skamieniała i już nawet głową nie ruszałam, tylko oczami. Gdy choruję, MM sercem jest ze mną ale nic po za tym.

    Nie wiem jak długo go nie było, 3 minuty czy 13. Gdy wrócił zaczął zasłaniać żaluzje. Pomyślałam ….już doś wygłupów….. zaczęłam się ruszać. Ręce, nogi odzyskały swobodę. Byłam cały czas świadoma. Nie jestem w pełni świadoma moich ruchów w tej chwili jeszcze ……. ( znowu mi uciekła myśl).

    Czy takie działanie ma tabletka gwałtu? Myślę że tak.

    Ponad godzinę piszę. Emoja nie wstawie bo nie będę wiedziała jak tutaj wrócić.

    Chce mi się teraz spać. Ale jakoś się boje. Bo mogą durnoty po nocy się śnić. Mogę chodzić po domu.

    Już potrafie z jednej strony internetowej przejść na drugą ale emoje to czarna magia. Nie rozumiem, powinnam przycisną buźkę ale po prostu nie wiem że można tam przycisnąć. Bardzo ciężko sprawdzać każdy wyraz i poprawiać pisownie. 11:31pm, ziewam ale nogi do łóżka nie idą. Szybciej położe się na futrzaku przed fotelem.

    Chce sie jeść, w głowie powolnie huśta. Myślenie powolne, senne. No dobra, powinnam do łóżka się położyć.

    Jestem bardzo ciekawa ile z tego jutro będę pamiętać.

    Ciśnienie jak u niemowlaka 125/64. Już musi być lepiej jeśli paznokcia przypiłowałam. Niezgrabne jest moje klikanie na tel. Za długo przyciskam to mi się kasuje, a jak chcę sprawdzić jak to robie, to się nie udaje. Piszę literę p i nie rozumiem, że to jest litera p. A teraz mam ekran tel. zaróżowiony, w pobliżu nie ma różowego koloru.

    Zanim przeczytałam koniec artykułu, nawet nie pamiętam na jakiej stronie internetowej, nie pamiętałam początku.

    Grzmi ale na szczęście nie jesteśmy w epicentrum. Leje.


    Niedziela

    Pamiętam wszystko. Zastawiające jest, jak można szybko wyłączyć mózg ludzki. Ja, która musi mieć stałą kontrolę nad swoim ciałem, ją straciła. To było chyba najgorsze w tamtym momencie. Próbowałam „zamrozić” ciało jak wczoraj to mi się przytrafio. Niestety ale to jest niemożliwe.

    Czy przyjmę kiedyś jeszcze żelkę Happy hours? Czemu nie, ale połówkę.

    Zapomnieliśmy z MM, że przyjęliśmy te żelki. Ja jedną malinową, MM na swoją masę ciała dwie. On spał jak suseł, ja usnęłam około 2 am. Musiałam się upewnić, że nie będzie ze mną żadnych niespodzianek.

    Z rana ciśnienie krwi miałam jak u noworodka.

    Miłej niedzielki. 🌸🌷

  • Wolny dzień od pracy zawodowej przeznaczyłam na roboty „polowe”. Pogoda dopisała bo po nocnej ulewie, wzeszło słońce a wraz z nim podwyższyła się temp. W cieniu do 34C. Słońce jeszcze grzeje ale w cieniu nie jest już upiornie gorąco jak było przez całe lato. W tym roku wcześniej rozpoczęłam jesienne porządki. Od frontu, skosiłam trawę, czasami trzeba było przejechać kosiarką trzykrotnie. Trawa była jeszcze mokra i wysoka. Nie było łatwo bo u mnie teren górzysty ale dałam radę. Dawałam też jakoś radę z komarami. Gryzły nie poddawały się, najgorzej pogryzione zostało czoło bo odsłonięte i pośladki które nie zabezpieczyłam wystarczająco dobrze. Pogryzienia nie drapałam, więc po około godzinie przestawało swędzieć.

    Back yard dopiero rozpoczęłam sprzątać. Tutaj jest trochę więcej pracy. Kwiaty i inne ozdobne nasadzenia trzeba wycinać sekatorem bo korzenie zostają w ziemi na zimę. Cebulki kwiatów również pozostają w ziemi. Wskazana ostrożność z wycinananiem, niektóre cebólni są omalże na powierzchni. Może ciut za wcześnie to robię, ale jak liście z drzew zaczą opadać to już zabraknie mi czasu na dmuchanie liści, sprzątanie wyschłych kwiatów i koszenie trawy. Muszę być gotowa na miliardy liści, zresztą jak co roku.

    Między czasie remontuję łazienkę. Tapetę już zerwałam. Szlifuję szafki bo …. zostają te same, szkoda mi wymieniać szafki z prawdziwego drewana na szafki z jakiejś pilśni. Wyszlifuję i pomaluję na kolor granatowy. Teraz szpachluję wszelkie dziurki i dziury w ścianach. Podłoga czeka na zerwanie. I tutaj może mnie czekać wielka niespodzianka. Nie wiem co jest pod parkietem. Wylewka betonowa czy tylko klej? Stawiam na klej. Zerwę zobaczę i będę główkować, co i jak położyć aby nie zrobić progu przy drzwiach.

    Dziś właśnie otrzymałam zamówiony papier ścierny do szlifierki. W sklepie nie było i amazon przyszedł z pomocą.

    Nie nudzę się, mam roboty jak zawsze, po same uszy.

    W trakcie prac „polowych” ugotowałam zupę pomidorową. Powiem, że mistrzowstwo świata to za mało. Co za zapach, co za smak!!!! Palce wylizać do kości, to też za mało.

    No i jeszcze polatałam po całym parterze z odkurzaczem i mopem. MM jak tylko się odezwał ….Krysza czas zostawić, czas na odpoczynek…. to zaprosiłam do pomocy. Oczywiście, że pomógł i szybciej z porządkami się uporałam.

    A teraz…. relaksik przy lamce wina.

    Pozdrawiam wszystkich serdecznie. 😁😁😁😁

  • Ostatni raz na decku siedzieliśmy późną wiosną. Nie liczę 4th July, to był grill na szybko, zjedzony w mieszkaniu. Żar i komary nie pozwoliły na przebywanie na zewnątrz.

    Z warzyw miałam dwie sadzonki pomodorów. Niestety choroba „brak słońca” opanowała sadzonki. Najpierw pięły się w górę przerastając mnie, z czasem pokręciło łodygi które opadły na ziemię. Jeden kwiatek jaki się pojawił nie rozwinął się na tyle aby wydać pomidorka, choćby maciusieńkiego.

    Back yard też zaniedbany. Temperatura przekraczała 40C skutecznie wysuszając rośliny a deszcze w ciągu dnia lub w nocy skutecznie je zalewając. Drzewa rozrosły się i również skutecznie zacieniły wszystkie kwiaty i warzywa.

    Troszkę słoneczka dotarło do pokręconej łodygi kwiatka. Poświeci z 5 minutek co nie spowoduje, że podniesie się i wyprostuje.

    Kwiaty w doniczkach zostały zalane i nastąpił proces gnilny. Ten rok pobił rekordy opadów deszczu.

    Oczywiście, grzybów mam dostatek. Rosną od frontu. Zupy nie ugotuję ale ich urodę mogę podziwiać.

    Niestety komary mnie wygoniły z pod parasol. Pokąsały moje nogi. Schroniłam się w domu. A przecież miała być niedzielna kawa na decku pod rozpostartym parasolem.

    Postanowiłam w dzień wolny (wtore) od pracy, wykosić całą trawę, ozdobne roślinki i kwiaty (trudno nazwać kwiatami). Zostawie jedynie krzewy, które należy przyciąć. Mam nadzieję, że zapobiegnę masowemu rozmnażaniu się komarów. Sprejowanie w tej chwili nie jest skuteczne, deszcz zmywa środki owadobójcze.

    Jestem też na etapie poszukiwania gazowego ogrzewacza na zewnątrz oraz małego kominka lub misy z pokrywą („gniazda”) na rozpalenie ogniska. Jeśli nie mogę korzystać z tarasu latem będę przesiadywać jesienią i zimą, kiedy to komary i inne owady będą w uśpieniu.


    Czy sama w to wierzę? oto jest pytanie…..

  • To co lubię

  • Zatrzymałam się w pisaniu, czytaniu i odwiedzaniu ulubionych blogów. Wodrdpress na jakiś czas przestał istnieć. Problemy z jakimi walczyłam, przerosły i zniszczyły moją psychikę. A myślałam, że jestem herod baba pod każdym względem. Ta herod miała przebłyski….zapalić maryhe i popłynąć. A czemu nie? Ale nie zdecydowałam się, tak jak nie zdecydowałam się na kokę gdy miałam zaledwie 17 lat. Nie dałam ponieść się oparom i białemu proszkowi. Przyjmuję CBD, tutaj jest silniejsze niż w Polsce ale przy tych problemach to i całe opakowanie nie pomoże, może jedynie zaszkodzić. Więc, sporadycznie przyjmuję. No i jeszcze tabletki walerianki, waleria byłaby pomocna w łóżku płci przeciwnej, jestem na nią bardzo oporna.

    Żaden spec nie pomoże jeśli sam człowiek sobie nie pomoże. Więc….staram się jak potrafię. Odcięłam się od rodziny w NYC, od polskiej rodziny nie musiałam, odcięli mamusię moją od świata zewnętrznego, a jaki świat wewnętrzy w 4 ścianach ma moja mamusia, to jeden Bóg wie. Oczywiście, dzwonię 2 razy w tygodniu aby potwierdzić, że tel jest głuchy. Obaw, że mamusi wśród żywych nie ma, nie mam, zostałabym poinformowana przez dalszą rodzinę.

    To tylko kropla w morzu moich trosk. Prawdę mówiąc, kto ich nie ma. Problemy mamy większe i mniejsze, jakoś trzeba z nimi żyć i w miarę możliwości je rozwiązywać. Rozwiązuję ten supeł, ale … zanim rozwiążę to zawiązuje się ponownie i ponownie. Jeszcze nie wyłysiałam, więc nie jest tak tragicznie. Z ciśnieniem mam większe a sercem mniejsze problemy. Mimo to wypiłam czarną kawę i zagryzłam resztką tortu lodowego pozostałago po MM urodzinach.

    MM wrócił z zakupów z pięknym bukietem. Nie sposób się martwić. A jednak, nierozwiązany problem jest problemem. Nie, kochani, nie mam problemów małżeńskich, wyjątkowo MM mnie wspiera i za to ogronmy ukłon w jego stronę.

    Odnośnie tortu urodzinowego. Celebrację urodzin rozpoczęliśmy już 1 sierpnia. Jak szaleć to szaleć. Poszliśmy do lokalnej/dzielnicowej restauracji, a z niej to ja wylazłam trzymając się mężowskiego ramienia. Po złożeniu swoich zwłok na łożu, trochę się w głowie zakręciło, MMowi też bo paradowałam na nagusa po domu i ….nie wiem kiedy usnęłam.

    2 sierpnia moje urodziny. Uroczystość obchodziliśmy w domu. Tort miał być lodowy ale czego było się spodziewać po sklepie Publix. Zamrozili tort, który udawał lodowy. Nie dało się go jeść, masło z cukrem. Wylądował w koszu na śmieci. Fuj!!!!!Humory dopisywały bez torta. Zanim wyrzuciliśmy zdmuchnęłam świeczki🍰🎂

    3 sierpnia – dzień po moich urodzinach a 1 dzień przed urodzinami MM. Wieczór spędziliśmy w restauracji. Tym razem to nie ja a mój syn po 2 drinkach był pijaniuśki. I trzeba przyznać że po raz pierwszy w jego życiu. Było zabawnie patrzeć na mego syna. Ja nie byłam pijana i pozwoliłam na małą sesję zdjęciową.

    Po prostu, zaszalałam.

    4 sierpnia MM urodziny. Wspaniały tort, wspaniałe balony, wspaniała atmosfera. To wszystko mu się należało.

    Wczoraj piątek 5 sierpnia. Jednego problemu który produkował inne problemy, pozbyliśmy się. Czy lżej, trudno powiedzieć. Przykro i smutno przez chwilę było, tak należało zrobić. Wieczorkiem pojechaliśmy na koncert ABBY. No nie całkiem tak było, bo z tego zespołu jak można było zauważyć tylko jeden gitarzysta występował, pozostali członkowie zespołu to ludzie młodzi w kostiumach starego zespołu. Muzyka leciała playback. Oświetlenie było tragiczne nie mówiąc o sztucznym dymku, który raczej przypominał dymek podczas pieczenia kiełbasek na grillu. Gdybym wiedziała, że ten występ „abby” jest uhonorowaniem ABBY, przygotowała bym się na „abbę”. Niestety ale oczekiwałam już może nie seniorów na scenie ale przynajmniej większych atrakcji świetlnych. Wyszliśmy w trakcie przerwy.

    Co mnie zdziwiło? Publiczność. Byłam nie na jednym koncercie, spektaklu, rozgrywkach sportowych. Nawet w teatrze nie jeden raz widziałam: szorty, tenisówki, dresy i inne nie stosowne przykrycia do danego miejsca. Wczoraj było przyjemnie popatrzeć. Publiczność ubrana wieczorowo, odświętnie. Oklaski ogromne i wszechobecne zadowolenie.

    Podczas przerwy nie było wiele osób opuszczających budynek. Może 10-15 osób w trakcie gdy my wychodziliśmy.

    Żebym wcześniej zapoznałam się z informacją, że to jest koncert jest uhonorowaniem jakiejś tam rocznicy zespołu ABBA, nie byłabym zawiedziona.

    Dzisiejszego poranka weszłam w internet w poszukiwaniu informacji dotyczącej wczorajszego koncertu. Co było nie tak?

    Wyjaśnienie powyżej.


    Pogoda u mnie: ukrop z nieba się wciąż leje, deszcz również. Wilgotność przekracza normy. Komary się rozmnarzają i już kupiliśmy maszynę na komary do używanie wewnątrz.

    Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

  • Wczorajszy dzień był bardziej roboczy niż wypoczynkowy. Znów głowie przestawiło się, myślałam że niedziela i kilkakrotnie, zastanawiałam się i prostowałam swoje myślenie. Sobotę zaczęłam od mycia piesków i ich 6-ciu poduch. Dwie z piętra, dwie z telewizyjnego pokoju i dwie z jadalni kuchennej. Nie często myję pieski, ponieważ mają ustalone stałe wizyty mycia i strzyżenia. Myślę, że wilgotność powietrza wpłynęła na ich owłosienie i … zaczęły śmierdzieć. MM próbował telefonicznie wcisnąć na profesjonalne mycie po za terminem, z uwagi na poniedziałkowe święto, niestety ale nie udało się. Nie przepadam za myciem psów pod prysznicem ale jeśli chcę pieski w wolne dni pogłaskać, trzeba było się poświęcić.

    Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem wymienić natryski bo znaczna ilość wody ścieka mi po ścianie i nie trafia do żadnego z dwóch natrysków. Wybór w sklepach spory i nie mogłam od kilku miesięcy, zdecydować się jaki chcę.

    Więc, podczas mycia piesków i ja byłam mokra.

    Amber była pierwsza. Piesek już widzi minimalnie i chodzi na wyczucie, słuch również osłabiony. Czasami dojdzie do ściany odbije się, (nie żeby nabić guza lub zrobić sobie krzywdę, chodzi wolno a nawet bardzo wolno) i stoi, czeka a jak nie pomożemy szczeka. Nie zawraca bo nie wie jaka to przeszkoda i nie wie w którą stronę. Zdarza się, że wołamy do niej, a ona nie wie z której strony. Czasami ma problem z wejściem na pierwszy stopień schodów, pomagamy. Zdaża się, że wyjdzie na zewnątrz przez psie drzwiczki a z powrotem ma trudności. Biedna chodzi, wącha, patrzy ale do drzwi już nie trafi.

    Pod prysznicem była zdezorientowana. Jeszcze nie namoczyłam jej a ze strachu się trzęsła. Nie wiedzieła i nie widziała co będę robić. Powolutku zmoczyłam ją cieplutką wodą, chciała uciec. Może zapomniała, może w psiej łaźni traktują ją inaczej, nie wiem. Ale przygarnęłam ją leciutko rozprowadziłam szampon po ciele, już była spokojna. Chowała jedynie głowę, żeby woda do noska nie poleciała. Staram się nosek zawsze ochonić, bo i sama wiem że to nie jest nic przyjemnego a mnie też przytrafia się zachłystnąć wodą z prysznica. 🚿Osuszyłam, naperfumowałam psimy perfumami i trochę obciełam. Z radością pobiegła do MM się pokazać. Poszczekała opowiadając zapewne, że teraz to ona pachnie😁🐩

    Kolejna była Zima. Ten pudelek od maciutkiego był delikatny i przestraszony. Możliwe, że taka natura a może był bita lub źle traktowanya. Na moj widok schowała się po MM biurkiem i żadne modły nie pomogły. MM musiał wejść pod biurko i ją wydostać. Pod prysznicem była spokojna. Nóżki podnosiła na polecenie. Podczas suszenia i przycinania włosów również była bardzo grzeczna. Włosy na uszach musiałam obciąć ponieważ robiły się kłaki. Zima na inne włosy i jeśli się nie szczotkuje w bardzo krótkim czasie robią się kłaki. Nie wolno nawet latem zostawic jej nie wysuszonej i wyszczotkwanej. Nie mam tego problemu z Amber. Pieski wymyte i pachnące położyły się na pachnących psich poduszuszkach.

    Późnym popołudniem wyjechaliśmy do „naszej” kawiarenki na kawę. Zwykle otwarta bardzo długo, z uwagi na brak pracowników zamykali o 5pm. Więc, nie załapaliśmy się. Bardzo lubię przesiadywać w kafejkach które mają ogródki lub jedynie stoliki z krzesełkami na zewnątrz. To lubienie pozostało mi z Polski. Na próżno szukaliśmy innej kawiarenki bo żreć to nam się nie chciało. Covid wymiótł dużo takich lokali gastronomicznych, wiele nie wróciło na rynek. Ostatecznie kupiliśmy Tiramisu i wróciliśmy do domu. Ciasto zjedliśmy w moim parku yardowym popijając cappuccino w kubku a nie jak powinno być w …filiżance.

    Sobotę mogę zaliczyć do udanych.


    Niedziela 05/29/22

    Wczoraj planowaliśmy wyjazd na śniadanie, gdzieś… ostatecznie MM pojechał po kanapki z łososiem a ja jeszcze marudna po nocy człapałam w szlafroku po kuchni.

    Albo byłam głodna albo te kanapki na prawde były wyśmienite. Zjedzone do istatniej kruszynki. Plany na niedzielę były, a jakże by inaczej, tylko one uległy zmianie. Ostatecznie zrobiłam polski niedzielny obiad. Schabowy😁😁😁. Nakarmiłam rodzinę. Po obiedzie ogarnęłam kuchnię. Pozostałe kotlety i ziemniaki przyszykowałam do wstawienia do lodówki, po wystygnięciu. Zrobiłam małą czarną i wyszłam na deck. MM wrócił do swojego biura.

    Zanim zorganizowałam sobie muzykę, (myślałam, że mam 2h tylko dla siebie) a lubię jak jest włączona na full, przyszedł na deck MM i niestety ale musiałam wyłączyć. Takiej głośności ludzie nie lubią a ja tak. Jedną zwrotkę jedynie odsłuchałam i … wyłączyłam bo za głośno a w słuchawkach nie będę siedzieć jak zwykle to robię. Kurcze na podwórku w końcu jestem. Ludzie świętuja a ja w ciszy i spokoju mam słuchać śpiewu ptaszków, podziwiać spadające zielone liście. No i kurcze z mojego świętowania ciszy przy wrzasku wzmacniacza nic nie wyszło. MM przyszedł z książką pod pachą. Wyłączyłam swoje ustrojstwa. Nie ukrywam zła trochę jestem. Bo niby przyszedł mi dotrzymać towarzystwa. Ale kuźwa ja takiego w tej chwili towarzystwa nie chciałam. Chciałam być ja i moja muzyka. On lubi (jak kiedyś pisałam) hard rocka, a ja po za hard mogę słuchać wszystko. Dziś miałam ochotę na coś lekkiego i szarpanego to nie jest jego muzyka, wyłączyłam. Prosił abym nie wyłączała, ale jak on słucha harda to ja znikam, ulatniam się, mnie nie ma. Prośby były takie, że został i wlepił oczy nie w książkę ale w ekran komórki. A teraz powiem trochę mniej brzydko, ja pieprzę.

    Nie miałam łatwego tego roku i w dalszym ciągu nie mam. Więc, szukałam radości w muzyce, takiej jaką ja lubię.

    Nawet nie mam już ochoty na wyjazd do sklepu. Po prostu, na nic. Schowałam się w sypialni i stukam literki.

    Jutro będzie lepiej.

  • Dni szybko pędzą lecz tylko w mojej głowie, wciąż jestem w czerwcu i nie potrafię tego zmienić. Miesiąc maj jakby nie istniał. Nie istnieją też pierwsze miesiące tego roku. Niestety ale nowy rok nie przyniósł mi nic dobrego, mimo to staram się żyć spokojnie i w miarę bezstresowo. Powiem, że nie jest to łatwe zadanie. Może moje życie wróci do normalności ale… to światełko w tunelu zapala się i gaśnie, lepiej żeby go wcale nie było.

    Po 5-cio dniowej ulewie, dziś podobno ma być słoneczko i przez weekend powinno z nami zostać. Na dziś zamówiłam service od spejowania przeciwko komarom i kleszczom. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że chemia niszczy i inne owady ale nie sposób jest wyjść na zewnątrz. Pogoda była sprzyjająca rozmrażaniu, więc są całe chmary. Komary już nie są śpiące, gryzą dotkliwie.

    MM wraca dziś do domu. To jest pocieszające. Mamy długi weekend. Nie planujemy żadnego wyjazdu, następna fala covida nas zaatakowała, czwartej szczepionki nie chcemy przyjmować. Gdzie gwarancaja że nas uchroni jeśli trzy już wzięte nie pomogą. Nigdy nie szczepiliśmy się z MM przeciwko grypie. Nie liczę szczepionki przeciw grypie w Polsce. Na zimne dmuchamy. Nie musimy też wyjeżdżać do parku. Moj back yard jest dla nas parkiem. 😁

  • Do pracy nie pojadę, ktoś ma covida a ktoś podejrzewa. Nie lubię bezowocnego siedzenia, więc oczywiście znalazłam zajęcie. Na zewnątrz, po wczorajszej ulewie jest bardzo nieprzyjemnie wilgotno, postanowiłam nie wychodzić za drzwi. Chyba, że dom samochód i odwrotnie. A kilka spraw mam do załatwienia.

    A jednak dzień mija mi bezowocnie, na czekaniu. W jednym urzędzie – czekanie, drugi – czekanie. Muszę z drugiego wrócić do pierwszego i czekać. Bezsensowny dzień.

    Nic nie da się zmienić. Bezproduktywne czekanie.


  • Jaki będzie cały dzień, nikt nie przewidzi. Możemy planować, zaklinać, oczekiwać lecz co się wydarzy, nie wiadomo. Nawet siedząc i nie ruszając się z miejsca, nie przewidzimy zdarzeń jakie mogą nas dosięgnąć. Dużo możliwości w zależności gdzie znajdujemy się w danym momencie.

    Siedzę w swoim zielonym parku. Jest spokojnie jedynie z oddali słychać szum samochodów. Ptaki cudnie śpiewają. Wczesno-letnie kwiaty rozkwitają.

    Wczoraj otrzymałam od córci piękną ikonę i święconą wodę. To był cudny podarunek/niespodzianka i na czasie. Ostatnie tygodnie były tragiczne, jest lepiej i wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Bo kiedy opuszcza nas nadzieja, nie jest dobrze. A mnie opuściła, żebym poczuła ból w sercu, nicość i abym nie potrafiła nadzieją napełnić inne serce. Ponownie wraca we mnie życie i wiara. Teraz jestem ostrożna z tą nadzieją i wiarą. Boję się je mieć w sobie, bo może wszystko ponownie być zburzone. Znów będę musiała się odbijać od dna psychicznego i wcale nie dla siebie.

    Dziś robimy grilla. Żeberka i burgery kupione. Po kiełbaski MM musi podjechać do sklepu. Zapomnieliśmy wczoraj je kupić.


    Grilowanie udało się i nie udało. Przypłynęła chmura i lunęło deszczem. MM grilował pod parasolką ale z jedzonkiem przenieśliśmy się do domku.

    Córcia w dalszym ciągu poszukuje domu. Niestety ale nie ma z czego wybierać, chyba że ma się około lub ponad miliona. Nie wolno zapominać o podatku od nieruchomości który oprócz spłaty kredytu porządnie trzepnie po kieszeni. Wieczorkiem potrzebowała porady odnośnie domu na który chciała złożyć ofertę o 50k więcej. Dom zbudowany w okresie produkcji i sprzedaży farb ołowiowych. Niebezpieczny i bardzo szkodliwy byłby ten zakup, mimo że dom od razu do zamieszkania. Nikt nie pozwoli skrobać ścian i robić badań farby, nawet badań minutowych i na miejscu. Nikt nie da gwarancji, że w pokoju badanym farba jesy ok a w innych jej nie użyto. Ruletka. Odradziłam, a dom z pięknym basenem. Nich ten dom zostanie gdzie stoi a córcia niech jeszcze z nami klka miesięcy dłużej pomieszka. Oczywiście, że chce iść na swoje, ale trzeba być bardzo ostrożnym przy zakupie.

    Dała mi opcję, że kupi i wynajmie. Tylko, zaznaczyłam, że musiałaby ubezpieczyć się na miliony w wypadku zachorowania lokatorów. A wiadomo ameryka słynie z absurdalnych pozwów sądowych.

    Więc, czekamy.

  • Nie pamiętam abym kiedykolwiek jakieś mniejsze lub większe problemy miała z powodu 13-go. Zawsze śpiewałam…

    Może i z tego właśnie powodu nic złego mi się nie przytrafiało. Podobnie z czarnym kotem, śpiewałam i śpiewam…

    Bo jak z taką ilością polskich przesądów dało by się żyć?

    Jemioła, zbite lustro, nie witać przez próg, solniczka zawsze przykryta, odpukać w nie malowane, swędząca prawa ręka lub nos, machanie założoną nogą na nogę, gwizdanie w domu, buty na stole itd…żeby to wszystko spamiętać, wstawać z łóżka nie trzeba by było. A tu masz babo placek, wstajesz z łóżka i na lewą nogę, cały dzień na opak. Jeszcze trzeba na karcie kredytowej zliczyć jej numer jak wyjdzie na koncu zero to normalnie, katastrofa, jeśli bez liczenia ostatnia cyfra trafi się zero…to niechybnie bankructwo.

    Więc, (nie zaczyna się zdania od „więc” , mam to gdzieś. Kiedy czytam na popularnych stronach … ktoś spadł na pysk, a smutny redaktor miał na myśli pysk finansowy to płakać się chce. Język polski w obecnym czasie sięga rynsztoka z jednej strony, z drugiej zaś, angielszczyzna nas pochłania. Czy polak musi wymądrzać się tym, że zna języki obce? Tak, musi, dla szpanu, zaszokowania? Ale kogo? A więc, opijamy 13-tego i …powrót MM z Meksyku. Wcale, w kapeluszu meksykańskim po ulicach nie paradował, siedział w biurze meksykańskim przed komputerami i wieloma ekranami. Na tę/tą okazję pojechaliśmy do ogromnego sklepu monopolowego. MM nic nie kupił, no dobrze, cocacole daietkę bezkofeinową, resztę ma w domowym barku. Latałam po sklepie ( w szpileczkach oczywiście, leginsach i bluzeczce obcisłej). Amerykańscy panowie nauczeni są czekania na kobietę. Jeśli moje „spacery” między regałami trwały godzinę, usiądzie ten mężczyzna i będzie czekał. Nie trwało godzinę, może z 30 minut. Nie mogłam się zdecydować. Kobieta zmienną jest przecież. Ostatecznie oprócz innych trunków wybrałam, to coś…

    Wyprodukowane w USA, więc nie spodziewaj się polko/polaku, że ciebie zadowoli. Ale, wspieram amerykańską gospodarkę, wrzuciłam do wózka sklepowego. Wino miodowe!!! No cóż, kończę butelkę, ani w głowie ani w nogach. Mam nadzieję, że chociaż spać będę długo i smacznie. Wino miodowe kupiłam pierwszy i ostatni raz. Wypatrzyłam wino z Italii z 2012 roku tylko … czerwone, a ja nie przepadam. Mimo to następnym razem kupię. W tym sklepie jest cała alejka poświęcona 10-letnim winom importowanym z Italii.

    Więc, (po raz kolejny) wypiłam 750ml wina miodowego. MM po spóbowaniu zaproponował wylanie go do zlewu. Powstrzymałam go, wino słodkie, a co słodkie, ja lubie. 😋

    Mija 13-ty maja 2022 roku.

    Ogólnie, ten dzień zaliczam do udanych.