
-
Zatrzymałam się w pisaniu, czytaniu i odwiedzaniu ulubionych blogów. Wodrdpress na jakiś czas przestał istnieć. Problemy z jakimi walczyłam, przerosły i zniszczyły moją psychikę. A myślałam, że jestem herod baba pod każdym względem. Ta herod miała przebłyski….zapalić maryhe i popłynąć. A czemu nie? Ale nie zdecydowałam się, tak jak nie zdecydowałam się na kokę gdy miałam zaledwie 17 lat. Nie dałam ponieść się oparom i białemu proszkowi. Przyjmuję CBD, tutaj jest silniejsze niż w Polsce ale przy tych problemach to i całe opakowanie nie pomoże, może jedynie zaszkodzić. Więc, sporadycznie przyjmuję. No i jeszcze tabletki walerianki, waleria byłaby pomocna w łóżku płci przeciwnej, jestem na nią bardzo oporna.
Żaden spec nie pomoże jeśli sam człowiek sobie nie pomoże. Więc….staram się jak potrafię. Odcięłam się od rodziny w NYC, od polskiej rodziny nie musiałam, odcięli mamusię moją od świata zewnętrznego, a jaki świat wewnętrzy w 4 ścianach ma moja mamusia, to jeden Bóg wie. Oczywiście, dzwonię 2 razy w tygodniu aby potwierdzić, że tel jest głuchy. Obaw, że mamusi wśród żywych nie ma, nie mam, zostałabym poinformowana przez dalszą rodzinę.
To tylko kropla w morzu moich trosk. Prawdę mówiąc, kto ich nie ma. Problemy mamy większe i mniejsze, jakoś trzeba z nimi żyć i w miarę możliwości je rozwiązywać. Rozwiązuję ten supeł, ale … zanim rozwiążę to zawiązuje się ponownie i ponownie. Jeszcze nie wyłysiałam, więc nie jest tak tragicznie. Z ciśnieniem mam większe a sercem mniejsze problemy. Mimo to wypiłam czarną kawę i zagryzłam resztką tortu lodowego pozostałago po MM urodzinach.


MM wrócił z zakupów z pięknym bukietem. Nie sposób się martwić. A jednak, nierozwiązany problem jest problemem. Nie, kochani, nie mam problemów małżeńskich, wyjątkowo MM mnie wspiera i za to ogronmy ukłon w jego stronę.
Odnośnie tortu urodzinowego. Celebrację urodzin rozpoczęliśmy już 1 sierpnia. Jak szaleć to szaleć. Poszliśmy do lokalnej/dzielnicowej restauracji, a z niej to ja wylazłam trzymając się mężowskiego ramienia. Po złożeniu swoich zwłok na łożu, trochę się w głowie zakręciło, MMowi też bo paradowałam na nagusa po domu i ….nie wiem kiedy usnęłam.
2 sierpnia moje urodziny. Uroczystość obchodziliśmy w domu. Tort miał być lodowy ale czego było się spodziewać po sklepie Publix. Zamrozili tort, który udawał lodowy. Nie dało się go jeść, masło z cukrem. Wylądował w koszu na śmieci. Fuj!!!!!Humory dopisywały bez torta. Zanim wyrzuciliśmy zdmuchnęłam świeczki🍰🎂
3 sierpnia – dzień po moich urodzinach a 1 dzień przed urodzinami MM. Wieczór spędziliśmy w restauracji. Tym razem to nie ja a mój syn po 2 drinkach był pijaniuśki. I trzeba przyznać że po raz pierwszy w jego życiu. Było zabawnie patrzeć na mego syna. Ja nie byłam pijana i pozwoliłam na małą sesję zdjęciową.

Po prostu, zaszalałam.

4 sierpnia MM urodziny. Wspaniały tort, wspaniałe balony, wspaniała atmosfera. To wszystko mu się należało.
Wczoraj piątek 5 sierpnia. Jednego problemu który produkował inne problemy, pozbyliśmy się. Czy lżej, trudno powiedzieć. Przykro i smutno przez chwilę było, tak należało zrobić. Wieczorkiem pojechaliśmy na koncert ABBY. No nie całkiem tak było, bo z tego zespołu jak można było zauważyć tylko jeden gitarzysta występował, pozostali członkowie zespołu to ludzie młodzi w kostiumach starego zespołu. Muzyka leciała playback. Oświetlenie było tragiczne nie mówiąc o sztucznym dymku, który raczej przypominał dymek podczas pieczenia kiełbasek na grillu. Gdybym wiedziała, że ten występ „abby” jest uhonorowaniem ABBY, przygotowała bym się na „abbę”. Niestety ale oczekiwałam już może nie seniorów na scenie ale przynajmniej większych atrakcji świetlnych. Wyszliśmy w trakcie przerwy.
Co mnie zdziwiło? Publiczność. Byłam nie na jednym koncercie, spektaklu, rozgrywkach sportowych. Nawet w teatrze nie jeden raz widziałam: szorty, tenisówki, dresy i inne nie stosowne przykrycia do danego miejsca. Wczoraj było przyjemnie popatrzeć. Publiczność ubrana wieczorowo, odświętnie. Oklaski ogromne i wszechobecne zadowolenie.
Podczas przerwy nie było wiele osób opuszczających budynek. Może 10-15 osób w trakcie gdy my wychodziliśmy.
Żebym wcześniej zapoznałam się z informacją, że to jest koncert jest uhonorowaniem jakiejś tam rocznicy zespołu ABBA, nie byłabym zawiedziona.
Dzisiejszego poranka weszłam w internet w poszukiwaniu informacji dotyczącej wczorajszego koncertu. Co było nie tak?
Wyjaśnienie powyżej.
Pogoda u mnie: ukrop z nieba się wciąż leje, deszcz również. Wilgotność przekracza normy. Komary się rozmnarzają i już kupiliśmy maszynę na komary do używanie wewnątrz.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
-
Wczorajszy dzień był bardziej roboczy niż wypoczynkowy. Znów głowie przestawiło się, myślałam że niedziela i kilkakrotnie, zastanawiałam się i prostowałam swoje myślenie. Sobotę zaczęłam od mycia piesków i ich 6-ciu poduch. Dwie z piętra, dwie z telewizyjnego pokoju i dwie z jadalni kuchennej. Nie często myję pieski, ponieważ mają ustalone stałe wizyty mycia i strzyżenia. Myślę, że wilgotność powietrza wpłynęła na ich owłosienie i … zaczęły śmierdzieć. MM próbował telefonicznie wcisnąć na profesjonalne mycie po za terminem, z uwagi na poniedziałkowe święto, niestety ale nie udało się. Nie przepadam za myciem psów pod prysznicem ale jeśli chcę pieski w wolne dni pogłaskać, trzeba było się poświęcić.
Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem wymienić natryski bo znaczna ilość wody ścieka mi po ścianie i nie trafia do żadnego z dwóch natrysków. Wybór w sklepach spory i nie mogłam od kilku miesięcy, zdecydować się jaki chcę.
Więc, podczas mycia piesków i ja byłam mokra.
Amber była pierwsza. Piesek już widzi minimalnie i chodzi na wyczucie, słuch również osłabiony. Czasami dojdzie do ściany odbije się, (nie żeby nabić guza lub zrobić sobie krzywdę, chodzi wolno a nawet bardzo wolno) i stoi, czeka a jak nie pomożemy szczeka. Nie zawraca bo nie wie jaka to przeszkoda i nie wie w którą stronę. Zdarza się, że wołamy do niej, a ona nie wie z której strony. Czasami ma problem z wejściem na pierwszy stopień schodów, pomagamy. Zdaża się, że wyjdzie na zewnątrz przez psie drzwiczki a z powrotem ma trudności. Biedna chodzi, wącha, patrzy ale do drzwi już nie trafi.
Pod prysznicem była zdezorientowana. Jeszcze nie namoczyłam jej a ze strachu się trzęsła. Nie wiedzieła i nie widziała co będę robić. Powolutku zmoczyłam ją cieplutką wodą, chciała uciec. Może zapomniała, może w psiej łaźni traktują ją inaczej, nie wiem. Ale przygarnęłam ją leciutko rozprowadziłam szampon po ciele, już była spokojna. Chowała jedynie głowę, żeby woda do noska nie poleciała. Staram się nosek zawsze ochonić, bo i sama wiem że to nie jest nic przyjemnego a mnie też przytrafia się zachłystnąć wodą z prysznica. 🚿Osuszyłam, naperfumowałam psimy perfumami i trochę obciełam. Z radością pobiegła do MM się pokazać. Poszczekała opowiadając zapewne, że teraz to ona pachnie😁🐩
Kolejna była Zima. Ten pudelek od maciutkiego był delikatny i przestraszony. Możliwe, że taka natura a może był bita lub źle traktowanya. Na moj widok schowała się po MM biurkiem i żadne modły nie pomogły. MM musiał wejść pod biurko i ją wydostać. Pod prysznicem była spokojna. Nóżki podnosiła na polecenie. Podczas suszenia i przycinania włosów również była bardzo grzeczna. Włosy na uszach musiałam obciąć ponieważ robiły się kłaki. Zima na inne włosy i jeśli się nie szczotkuje w bardzo krótkim czasie robią się kłaki. Nie wolno nawet latem zostawic jej nie wysuszonej i wyszczotkwanej. Nie mam tego problemu z Amber. Pieski wymyte i pachnące położyły się na pachnących psich poduszuszkach.
Późnym popołudniem wyjechaliśmy do „naszej” kawiarenki na kawę. Zwykle otwarta bardzo długo, z uwagi na brak pracowników zamykali o 5pm. Więc, nie załapaliśmy się. Bardzo lubię przesiadywać w kafejkach które mają ogródki lub jedynie stoliki z krzesełkami na zewnątrz. To lubienie pozostało mi z Polski. Na próżno szukaliśmy innej kawiarenki bo żreć to nam się nie chciało. Covid wymiótł dużo takich lokali gastronomicznych, wiele nie wróciło na rynek. Ostatecznie kupiliśmy Tiramisu i wróciliśmy do domu. Ciasto zjedliśmy w moim parku yardowym popijając cappuccino w kubku a nie jak powinno być w …filiżance.
Sobotę mogę zaliczyć do udanych.
Niedziela 05/29/22
Wczoraj planowaliśmy wyjazd na śniadanie, gdzieś… ostatecznie MM pojechał po kanapki z łososiem a ja jeszcze marudna po nocy człapałam w szlafroku po kuchni.
Albo byłam głodna albo te kanapki na prawde były wyśmienite. Zjedzone do istatniej kruszynki. Plany na niedzielę były, a jakże by inaczej, tylko one uległy zmianie. Ostatecznie zrobiłam polski niedzielny obiad. Schabowy😁😁😁. Nakarmiłam rodzinę. Po obiedzie ogarnęłam kuchnię. Pozostałe kotlety i ziemniaki przyszykowałam do wstawienia do lodówki, po wystygnięciu. Zrobiłam małą czarną i wyszłam na deck. MM wrócił do swojego biura.
Zanim zorganizowałam sobie muzykę, (myślałam, że mam 2h tylko dla siebie) a lubię jak jest włączona na full, przyszedł na deck MM i niestety ale musiałam wyłączyć. Takiej głośności ludzie nie lubią a ja tak. Jedną zwrotkę jedynie odsłuchałam i … wyłączyłam bo za głośno a w słuchawkach nie będę siedzieć jak zwykle to robię. Kurcze na podwórku w końcu jestem. Ludzie świętuja a ja w ciszy i spokoju mam słuchać śpiewu ptaszków, podziwiać spadające zielone liście. No i kurcze z mojego świętowania ciszy przy wrzasku wzmacniacza nic nie wyszło. MM przyszedł z książką pod pachą. Wyłączyłam swoje ustrojstwa. Nie ukrywam zła trochę jestem. Bo niby przyszedł mi dotrzymać towarzystwa. Ale kuźwa ja takiego w tej chwili towarzystwa nie chciałam. Chciałam być ja i moja muzyka. On lubi (jak kiedyś pisałam) hard rocka, a ja po za hard mogę słuchać wszystko. Dziś miałam ochotę na coś lekkiego i szarpanego to nie jest jego muzyka, wyłączyłam. Prosił abym nie wyłączała, ale jak on słucha harda to ja znikam, ulatniam się, mnie nie ma. Prośby były takie, że został i wlepił oczy nie w książkę ale w ekran komórki. A teraz powiem trochę mniej brzydko, ja pieprzę.
Nie miałam łatwego tego roku i w dalszym ciągu nie mam. Więc, szukałam radości w muzyce, takiej jaką ja lubię.
Nawet nie mam już ochoty na wyjazd do sklepu. Po prostu, na nic. Schowałam się w sypialni i stukam literki.
Jutro będzie lepiej.
-
Dni szybko pędzą lecz tylko w mojej głowie, wciąż jestem w czerwcu i nie potrafię tego zmienić. Miesiąc maj jakby nie istniał. Nie istnieją też pierwsze miesiące tego roku. Niestety ale nowy rok nie przyniósł mi nic dobrego, mimo to staram się żyć spokojnie i w miarę bezstresowo. Powiem, że nie jest to łatwe zadanie. Może moje życie wróci do normalności ale… to światełko w tunelu zapala się i gaśnie, lepiej żeby go wcale nie było.
Po 5-cio dniowej ulewie, dziś podobno ma być słoneczko i przez weekend powinno z nami zostać. Na dziś zamówiłam service od spejowania przeciwko komarom i kleszczom. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że chemia niszczy i inne owady ale nie sposób jest wyjść na zewnątrz. Pogoda była sprzyjająca rozmrażaniu, więc są całe chmary. Komary już nie są śpiące, gryzą dotkliwie.
MM wraca dziś do domu. To jest pocieszające. Mamy długi weekend. Nie planujemy żadnego wyjazdu, następna fala covida nas zaatakowała, czwartej szczepionki nie chcemy przyjmować. Gdzie gwarancaja że nas uchroni jeśli trzy już wzięte nie pomogą. Nigdy nie szczepiliśmy się z MM przeciwko grypie. Nie liczę szczepionki przeciw grypie w Polsce. Na zimne dmuchamy. Nie musimy też wyjeżdżać do parku. Moj back yard jest dla nas parkiem. 😁
-
Do pracy nie pojadę, ktoś ma covida a ktoś podejrzewa. Nie lubię bezowocnego siedzenia, więc oczywiście znalazłam zajęcie. Na zewnątrz, po wczorajszej ulewie jest bardzo nieprzyjemnie wilgotno, postanowiłam nie wychodzić za drzwi. Chyba, że dom samochód i odwrotnie. A kilka spraw mam do załatwienia.
A jednak dzień mija mi bezowocnie, na czekaniu. W jednym urzędzie – czekanie, drugi – czekanie. Muszę z drugiego wrócić do pierwszego i czekać. Bezsensowny dzień.
Nic nie da się zmienić. Bezproduktywne czekanie.
-
Jaki będzie cały dzień, nikt nie przewidzi. Możemy planować, zaklinać, oczekiwać lecz co się wydarzy, nie wiadomo. Nawet siedząc i nie ruszając się z miejsca, nie przewidzimy zdarzeń jakie mogą nas dosięgnąć. Dużo możliwości w zależności gdzie znajdujemy się w danym momencie.
Siedzę w swoim zielonym parku. Jest spokojnie jedynie z oddali słychać szum samochodów. Ptaki cudnie śpiewają. Wczesno-letnie kwiaty rozkwitają.






Wczoraj otrzymałam od córci piękną ikonę i święconą wodę. To był cudny podarunek/niespodzianka i na czasie. Ostatnie tygodnie były tragiczne, jest lepiej i wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Bo kiedy opuszcza nas nadzieja, nie jest dobrze. A mnie opuściła, żebym poczuła ból w sercu, nicość i abym nie potrafiła nadzieją napełnić inne serce. Ponownie wraca we mnie życie i wiara. Teraz jestem ostrożna z tą nadzieją i wiarą. Boję się je mieć w sobie, bo może wszystko ponownie być zburzone. Znów będę musiała się odbijać od dna psychicznego i wcale nie dla siebie.
Dziś robimy grilla. Żeberka i burgery kupione. Po kiełbaski MM musi podjechać do sklepu. Zapomnieliśmy wczoraj je kupić.
Grilowanie udało się i nie udało. Przypłynęła chmura i lunęło deszczem. MM grilował pod parasolką ale z jedzonkiem przenieśliśmy się do domku.
Córcia w dalszym ciągu poszukuje domu. Niestety ale nie ma z czego wybierać, chyba że ma się około lub ponad miliona. Nie wolno zapominać o podatku od nieruchomości który oprócz spłaty kredytu porządnie trzepnie po kieszeni. Wieczorkiem potrzebowała porady odnośnie domu na który chciała złożyć ofertę o 50k więcej. Dom zbudowany w okresie produkcji i sprzedaży farb ołowiowych. Niebezpieczny i bardzo szkodliwy byłby ten zakup, mimo że dom od razu do zamieszkania. Nikt nie pozwoli skrobać ścian i robić badań farby, nawet badań minutowych i na miejscu. Nikt nie da gwarancji, że w pokoju badanym farba jesy ok a w innych jej nie użyto. Ruletka. Odradziłam, a dom z pięknym basenem. Nich ten dom zostanie gdzie stoi a córcia niech jeszcze z nami klka miesięcy dłużej pomieszka. Oczywiście, że chce iść na swoje, ale trzeba być bardzo ostrożnym przy zakupie.
Dała mi opcję, że kupi i wynajmie. Tylko, zaznaczyłam, że musiałaby ubezpieczyć się na miliony w wypadku zachorowania lokatorów. A wiadomo ameryka słynie z absurdalnych pozwów sądowych.
Więc, czekamy.
-
Nie pamiętam abym kiedykolwiek jakieś mniejsze lub większe problemy miała z powodu 13-go. Zawsze śpiewałam…
Może i z tego właśnie powodu nic złego mi się nie przytrafiało. Podobnie z czarnym kotem, śpiewałam i śpiewam…
Bo jak z taką ilością polskich przesądów dało by się żyć?
Jemioła, zbite lustro, nie witać przez próg, solniczka zawsze przykryta, odpukać w nie malowane, swędząca prawa ręka lub nos, machanie założoną nogą na nogę, gwizdanie w domu, buty na stole itd…żeby to wszystko spamiętać, wstawać z łóżka nie trzeba by było. A tu masz babo placek, wstajesz z łóżka i na lewą nogę, cały dzień na opak. Jeszcze trzeba na karcie kredytowej zliczyć jej numer jak wyjdzie na koncu zero to normalnie, katastrofa, jeśli bez liczenia ostatnia cyfra trafi się zero…to niechybnie bankructwo.
Więc, (nie zaczyna się zdania od „więc” , mam to gdzieś. Kiedy czytam na popularnych stronach … ktoś spadł na pysk, a smutny redaktor miał na myśli pysk finansowy to płakać się chce. Język polski w obecnym czasie sięga rynsztoka z jednej strony, z drugiej zaś, angielszczyzna nas pochłania. Czy polak musi wymądrzać się tym, że zna języki obce? Tak, musi, dla szpanu, zaszokowania? Ale kogo? A więc, opijamy 13-tego i …powrót MM z Meksyku. Wcale, w kapeluszu meksykańskim po ulicach nie paradował, siedział w biurze meksykańskim przed komputerami i wieloma ekranami. Na tę/tą okazję pojechaliśmy do ogromnego sklepu monopolowego. MM nic nie kupił, no dobrze, cocacole daietkę bezkofeinową, resztę ma w domowym barku. Latałam po sklepie ( w szpileczkach oczywiście, leginsach i bluzeczce obcisłej). Amerykańscy panowie nauczeni są czekania na kobietę. Jeśli moje „spacery” między regałami trwały godzinę, usiądzie ten mężczyzna i będzie czekał. Nie trwało godzinę, może z 30 minut. Nie mogłam się zdecydować. Kobieta zmienną jest przecież. Ostatecznie oprócz innych trunków wybrałam, to coś…

Wyprodukowane w USA, więc nie spodziewaj się polko/polaku, że ciebie zadowoli. Ale, wspieram amerykańską gospodarkę, wrzuciłam do wózka sklepowego. Wino miodowe!!! No cóż, kończę butelkę, ani w głowie ani w nogach. Mam nadzieję, że chociaż spać będę długo i smacznie. Wino miodowe kupiłam pierwszy i ostatni raz. Wypatrzyłam wino z Italii z 2012 roku tylko … czerwone, a ja nie przepadam. Mimo to następnym razem kupię. W tym sklepie jest cała alejka poświęcona 10-letnim winom importowanym z Italii.
Więc, (po raz kolejny) wypiłam 750ml wina miodowego. MM po spóbowaniu zaproponował wylanie go do zlewu. Powstrzymałam go, wino słodkie, a co słodkie, ja lubie. 😋
Mija 13-ty maja 2022 roku.
Ogólnie, ten dzień zaliczam do udanych.
-
świętach. Poniedziałek u nas jest dniem pracy. Mam wolne z uwagi na ciężki i długi dzień pracy w piątek.
Sernik z galaretką wyszedł mi wspaniały. W sobotę szykując świąteczne dania, upiekłam również ciasto z kremem, takie do szybkiego zjedzenia. Jeszcze tak lekkiego ciasta nie jadłam. Rodzina też była w szoku, ciasto o krem leciutkie/puszyste, rozpływało się w ustach.
Bardzo milusińsko spędziliśmy dzień świąteczny, szkoda że tak szybko minął.
-
Wczorajszej nocy do domu wróciłam przed północą. Nie byłam tak bardzo zmęczona jak myślałam. Wszystkie projekty zostały zapięte na ostatni guzik i z uśmiechem i śmiechem zamknęłyśmy drzwi za sobą, życząc wzajemnie spokojnych świąt.
Poranek przewitał mnie, dudniącym w rynnach deszczem. pog oda będzie niezmienna do poniedziałku włącznie. Chętnie bym święta spędziła na decku w blasku słońca i wielkiego księżyca. Niestety, ale nie. Jeszcze w szlafroczku popijam kawę i układam plan od czego zacząć gotowanie i pieczenie. Galaretka owocowa potrzebuje czasu na stężenie. Więc do roboty!!!
Zanim rozpoczęłam prace kuchenne, musiałam przebrać cebulki tulipanów.

Zalegała w jadalni kuchennej sterta wyrwanych cebulek tulipanów. Proces gnilny cebulek już nastąpił. Obfite i dość częste opady deszczy całkowicie nie sprzyjają cebulkom. Ziemia przemieszana jest z piaskiem i kamyczkami lecz to nie zapobiega gniciu. Narcyze są bardziej odporniejsze i mogę je zostawiać w ziemi na zimę. Zimę, która tutaj jest polską jesienią. Podczas przebierania, bardzo dużo cebulek musiałam wyrzucić, No cóż, wiosną ponownie kupię cebulki tulipanów. Nie jestem pewna czy te cebulki które zaniosłam do piwnicy, przetrwają do wiosny, jeśli nawet, czy będą na tyle silne i zdrowe aby zakwitnąć.
Galaretkę zrobiłam.

Sałatkę jarzynową z jajkiem i papryką i bez. Oczywiście, jak zawsze spóbowałam. Dodałam odrobinę soli i pieprzu ziołowego.

Próba sałatki była dużą porcją, że o kolacji już nie pomyślałam.
Następnie, zupa ogórkowa i malowanie jajek. Nek kupił mi farbki, nie muszę mazakiem szlaczki robić.
90% prac wykonanych.
Teraz tylko czekać na jutrzejszych gości.
Wszystkim spokojnych i pogodnych Świąt Wielkanocnych 🐥🌷
-
Dziś wypiekam.
Chlebek pszenny, ciasto w maszynie się kręci a później godzinne wyrastanie. Kajzerki już uformowane ale nie nacięte, wyrastają pod naciągniętą folią. Naciągnięta foli nie pozwala rosnąć im do góry i formować się w kulkę. Rosną na brzegi i podstawę bułeczki będą miały płaską. Podczas pieczenia jeszcze urosną.

Z rana padał deszczyk, prace na zewnąrez okazały się niemożliwe. „Zatrudniłam się” w kuchni. Bułeczki wstawione do piekarnika. Chlebek w maszynie rośnie. Nie wiem czy będę miał cierpliwość czekać po raz drugi na wyrastanie chlebka w foremce. Jednak odstawiłam chlebek do powtórnego wyrastania. Tylko 30 minut, a przecież przy wyrastaniu nic się nie robi. Stoi i rośnie.

Mięciutkie i smaczniutkie, najważniejsze, pachnące!!!!
Chlebek pięknie wyrósł aby uzyskać chrupiącą skórkę eksperymentalnie, posmarowałam: mąka+sól+woda. Po raz pierwszy to zrobiłam.
Oczekiwałam piorunujących efektów, nie powiem, nie zwaliło mnie z nóg. Po upieczeniu posmarowałam masełkiem, jak zawsze. Co kto lubi.


Czwartek na tym zakończyłam, choć cały dzień miałam wrażenie, że to sobota.
Za kilkanaście (11) godzin MM powinien wyleciec z Meksyku lecz wyniku testu na cowid jeszcze nie ma. Zgodnie z procedurami test należy wykonać nie wcześniej niż 24 godziny przed odlotem. Zastosował się do przepisów, czeka i się trochę martwi. Oby nie zatrzymal się tam na dłużej. Meksyk od jutra już świętuje Wielkanoc. A z tym związane są utrudnienia w załatwianiu wszelkich spraw, urzędy zamknięte i cały handel stoi, itd.
MM 5 h przed odlotem dostał wynik na covid. Negatywny.
-
MM juz od poniedziałku w Meksyku/w pracy. Nie czuję za bardzo różnicy, ponieważ każdego dnia i ja muszę jechać do pracy. Jutro mam wolne ale za to w piątek skończymy kolo północy. Nie lubię prowadzić samochodu po zmroku, ale jak mus to mus. MM wraca w piątek, spotkamy się w sobotę. Po tygodniu pracy w domu wraca na tydzień do Meksyku.
Nie, nie byłam w Meksyku, nie ciągnie mnie w niebezpieczne strony. Miasto w którym pracuje, podobno jest spokojne/bezpieczne a region jest bardziej offisowy niż mieszkalny. Na choryzoncie pojawia się wyjazd do Chin ale i tam nie zamierzam się pojawiać. Chciałabym zwiedzić Chicago. Jeszcze tam nie byłam. Nie ciągnie mnie do rodaków, w moim mieście jest też już ich duże grono. Chciałabym zwiedzić Chicago i tyle. A polacy są wszędzie, doświadczyłam wszystkiego co najgorsze od nich, więc nie tyle że jestem ostrożna, unikam. Słysząc ojczysty język, odchodzę. Nie potrzebuję nowych znajomości, mam pracę i rodzinę, to mi w zupełności wystarczy.
Tulipany powolutku przekwitają. Na ich miejsce posadzę naparstnice. Nie tylko ja uwielbiam te kwiaty, bąki, pszczoły i osy również. Nie pamiętam w którym roku ale przylatywały też kolibry. Moze w tym roku również mnie odwiedzą.
Tylko jeden raz w tym roku i odkąd tu jestem słyszałam śpiew słowika. Kazdego poranka i o zmierzchu nasłuchuję, niestety ale już nie śpiewa.
Przypominał/przypomina mi dom mojego tatusia na działce. Dwa kroki do pięknego lasu, gdzie zbierałam grzyby. Opieńki każdego roku obrodziły. Najsmaczniejsze były solone a później smażone. Samotnie wypuszczałam się w głąb lasu, słuchałam, szumu wiatru i drzew, przeważnie traciłam orintację. Kiedyś doszłam na cmentarz, na którym odnalazłam grób mojego brata stryjecznego. Jaka byłam w tamtym czasie zła na całą rodzinę, że te 10 minut nie poczekali na mnie i odjechali na cmentarz. Władek był najwspanialszym człowiekiem jakiego znałam. Był zapalonym inżynierem maszyn i urządzeń przemysłowych. Zawsze mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, zawsze był temat do rozmów. Był o kilka lat starszy ale ani mnie, ani jemu to nie przeszkadzało. Zmarł wcześnie. Byłam wtedy w innym mieście o śmierci i pogrzebie dowiedziałam się w dniu pogrzebu. Nie zdążyłam. Tak widocznie mialo być. Zachowałam jego w swej pamięci. Zachowałam w pamięci też jego młodszego brata Olka. Również wspaniały człowiek wykładowca na Politechnice Warszawskiej. Pamiętam jego żarty i jego wesołe usposobienie, to był cały Olek. Zmarł przedwcześnie.
Trafiłam na powrotną ścieżkę w lesie. Nie zabłądziłam.
Teraz nasłuchuję, słowik odleciał. Została tęsknota za tym co minęło a już nigdy, przenigdy nie wróci.
-
Obudził mnie zapach smażonego bekonu. Nie wyskoczyłam z łóżka, jeszcze przysypiałam. Wolno przecież, dzień wolny od pracy zawodowej. Ze względu na temperaturę panującą na zewnątrz 4C, mam wolne od pracy yardowej. Sprawdziłam na Ring co z MM się dzieje, odkryłam że już wrócił z bagelsami. Bagelsy lubię w weekend, najbardziej w niedzielę. Przy sobocie też mogą być. Jedyne bagelsy jakie mi odpowiadają są z Panera.
Bagelsy przywędrowały do Ameryki /NY z Polski z żydowskimi emigranrami. Niektórzy mylą obwarzanki i cebulaki z bagelsami. Chyba dwa lata temu pojawił się obszerny artykuł w NYTimes o historii polskich bagelsów. Byłam bardzo miłe zaskoczona.
Próbowałam upiec bagelsy ale nie mogę pochwalić się sukcesem. Były zjadliwe ale nie na tyle żeby zamieszczać posta na blogu (a może zamieściłam o porażce kulinarnej). Czasu i pracy do ich wykonania poświęciłam dość dużo, wiem, że nigdy więcej nie będę próbować.
Śniadanie zagryzłam ciasteczkami serowymi (biały ser) w formie listeczków i ponownie powędrowałam do łóżka w celu schowania się w cieplutkiej pościeli.
Usnęłam, jestem pewna, że coś mówiłam przez sen, dobrze że w domu byłam sama. MM pojechał odebrać swoje lekarstwa na receptę z CVS (apteka).
Gotuję kiedy chcę i kiedy mam ochotę na gotowanie. Wypiekam podobnie, mam ochotę to piekę. Po przebudzeniu zachciało mi się zupy. Mimo, że nie miałm namoczonej fasoli. Zdecydowałam ugotować ją wcześniej przed wrzuceniem pozostałych warzyw. Gdy fasolka bulgotała, obrałam ziemniaki. Zapach barszczu ukraińskiego unosił się w kuchni.
Do ciasteczek z serem, które wczoraj piekłam, użyłam sera ukraińskiego. Nie zrobiłam tego celowo, po prostu, przypadek. Oczywiście, solidaryzuję się lecz o histori nie zapominam.
Warzywa zawsze mam przygotowane zamrożone, oprócz ziemniaków. Moje gotowanie to jest przeważnie spontan. 😁 Święta zawsze wcześniej opracowane.
Barszcz ukraiński smaczniutki. MMa nakarmiłam. Gdy zupa gotowała się, MM kosił trawnik, a dziś zimy wiatr wieje. Nie zdecydowałam się na wyjście na zewnątrz. Żaden spacer i żaden wyjazd do sklepu.
U mamusi telefon wciąż wyłączony😪
-
Zasypiałam przy akompaniamencie grzmotów i błyskawic. Budziłam się prz uplewie. Deszcz przeraźliwie huczał i mruczał. Woda dosłownie lała się z nieba. Moje wczorajsze plany omal nie byłyby zrealizowane.
Poranna ulewa nie była zapowiadana przez synoptyków. Czasami zastanawiam się, że to jest najlepszy zawód jaki może być. Najbardziej nieodpowiedzialny, nikt do sądu nie pozwie, nikt nie ukarze, nie zwolni za popełnione pomyłki. Tłumaczeniem może być: aura pogodowa jest nieprzewidywalna.
Planowane prace na dziś w 60% wykonałam. Te 60% to była najgorsza robota. 40 to tylko kosmetyka, którą wykonam w sobotę. Nic nie planuję na jutrzejsze popołudnie. Nie wiem o której wrócę jutro do domu.
Tulipany powolutku przekwitają ale jest jeszcze dużo które dopiero będą kwitły.
Prace polowe zakończyłam dość wcześnie. Nie chce się przemęczać, boję się również kleszczy i pająków. Już coś mnie porządnie w 3 miejscach dziabnęło. Podejrzewam, że mrówka lub pająk.
Weszłam do wewnątrz. Gdy MM usłyszał, że jestem w kuchni to i on już leci. No i przyleciał. Tłok się zrobił, ja kubek wyjmuje to i on chce. Robię kawę to i on chce. Zacisnęłam zęby. Usiadłam w fotelu a on na poręczy kanapy, żeby być jak najbliżej.
No i zaczyna mi marudzić. Że musi jechać do starszej pomóc w tym, tamtym siamytm t owamtym. Że lepiej gdyby została, w tym Utah itd. Więc, nie lubię wypominać ale tym razem musiałam. Jeszcze rok temu narzekał, że jego dziewczyny się rozjechały po Ameryce i on czuje się samotny, że chciałby aby były bliżej itd. Gdy pomagaliśmy w przeprowadzce studziłam jego radość. Będziesz miał blisko starszą to i będziesz pomagać i psa pilnować. Zarzekał się, że napewno nie.
No i teraz ma swoją starszą i znów narzeka. Była daleko też narzekał. Pogoniłam go do pracy przy kompie, a jechać do starszej còrki i tak musi.
Biedny nie odezwał się, poszedł do swego biura.
Niestety starsza skończyła już 40tke i nic nie wskazuje na to, że rodzinę założy. Krąg jej znajomych to osoby o innej orientacji. Więc, nie ma szans, to pierwsze. Drugie, za duże wymagania w stosunku do przeszłego narzeczonego a taki chyba jeszcze się nie urodził. Tatuś musi pomagać i ja również, bo ona dopiero uczy się sprzątać. Z gotowaniem jest jeszcze w ciemnym lesie.
Ale ma chęci do nauki, więc widzę światełko w tunelu. Nie będzie źle.
MM jutro pojedzie i pomoże. Zakłada pomoc na 3 godziny a ja bym obstawiała trochę dłużej. Zmywarka nie działa, tv nie podłczone i kable zwisały do podłogi, półkę zawiesić, lunch zaliczyć. Wróci mój biedny zmęczony i wkurzony. Lepiej abym się myliła.
-
Drugi dzień leje deszcz. Żeby nóg nie zmoczyć przewidujący ludzie nakładali kalosze. Nie potrzebowałam kaloszy bo z samochodu do bydynku i z budynku do samochodu, to i nie potrzebowałam parasola. Chociaż parasol w samochodzie zawsze jest. Tylko ….. niespodziewanie dla mnie, postanowiłam zajechać do sklepu po pieczywo. MM w drodze powrotnej z GYM dzisiejszego poranka, nie zajeżdżał do sklepu bo była ulewa, ja ostatnio nie piekę chlebka, bułeczek, bagietek, mam piekarskiego lenia. Ale mówiąc szczerze, nie opłaca się, kiedy można w Walmart kupić świeżutką pulchniutką bagietkę za $1 plus tax to i tak $1.7. Mąka podrożała, nie będę wyliczać co jeszcze podrożało….bo wszystko ma wyższą cenę.
Nie mam też czasu na wypieki, zajmuję się sadzeniem, pieleniem, grabieniem, kopaniem i … tulipanów podziwianiem.

No tak, lało i to bardzo. Zaparkowałam i zaczęłam kombinować, co by tu zrobić aby stóp nie pomoczyć. Przefrunąć, to mi się nie uda. Przebiec też nie, nie było pod sklepem wolnego miejsca parkingowego. Samochód postawiłam dalej. Chcę czy nie, trzeba tę odległość jakoś pokonać. Porozglądałam się po wnętrzu samochodu. Zawsze biorę ze sklepu dodatkowe reklamówki. Pakowacz pakuje do reklamówek a później w wózku układa, a ja hyc i biorę sobie więcej.
Patrzę, leżą czyściutkie i jeszcze złożone piękniutko. Włożyłam nogi do reklamówek. Doszłam do sklepu, zdjęłam wrzuciłam do kosza. Po zrobieniu zakupów. Zapakowałam nogi do nowych reklamówek i tak bezpiecznie doszłam do samochodu. Stopki miałam suchiutkie. 😁
Nikogo tutaj nie interesuje, jakie masz ubranie, jak wyglądasz. Robotnicy do pracy jadą w strojach roboczych, pielęgniarki, lekarze, recepcjonistki, pracownicy sklepów już w założonych fartuchach, biurowi juz z przypiętymi indentyfikatorami itd. Za dużo ludzi aby głowę sobie zawracać.
Nikt i na mnie uwagi nie zwracał, gdybym szła na bosaka to jestem pewna, że zwrócono by uwagę, abym uważała na ewentualne szkło i kapsle. Inny świat i inni ludzie.
Gdy dojechałam do domu, już padał kapuśniaczek.
Rozpogadza się. Od jutra ma myć słonecznie.
Planuję prace polowe.
-
No właśnie. Jeszcze nie wiem jaki będzie ten poniedziałek.
Dopiero wypiłam poranną kawę. Jeszcze w szlafroku wyszłam na deck i oparta o balustradę podziwiałam moje bogactwo kwiatowe. A z każdym dniem tego bogactwa mi przybywa. Buzia się śmieje do widoków a z ust wydobywa się głośne szczęśliwe westchnienie. Jeszcze 2 lata temu pokazywałam (przez skype) mamusi, moje kwiaty. Cieszyła się patrząc, uśmiechała i podziwiała. Dziś tylko powiedziałam ciuchutko ….Mamusia, zobacz jak pięknie… Bo mam pięknie i to wszystko z pracy moich rąk.
Dziś mam wolne od pracy zawodowej. Na tę chwilę zostawiłam back yard. Wyszłam na front, bo o ta część yardu potrzebuje „dotknięcia”. Wspominałam kiedyś, nie mam planów, jako planu prac na papierze. Gdzie i kiedy, co posadzę, posieję. Co upiększyć lub dokończyć względnie, rozpocząć nowe prace. W trakcie prac mi tak jakoś wychodzi.













W niedzielę byłam u starszej córki MM. Poprosiła aby coś zrobić z jej mini ogródkiem. Nie wiele mi się udało ale z tego co było to wyczarowałam nawet przyjemny ogródeczek. Najważniejsze, że się jej podoba.


Psiak już znalazł sobie miejsce. U mnie też zrobił sobie legowisko pod azalią. Teraz, jak u nas przebywa to ma wydzielone miejsce do kopania, rycia i spania w ciągu dnia w innej częci ogrodu. Potrafi ryć bardzo głębokie jamy.
Jutro będzie padać, z moich zaplanowanych prac polowych nic nie wyjdzie. Po pracy będę odpoczywać, należy mi się.
Poniedziałek już się kończy. To był bardzo pracowity dzień, dał mi wiele radości.
-
Dzwonić do mamusi nie przestaję, mimo że wiem. że telefon jest wyłączony. Przykro mi, że mamusia czeka na mój tel. Zawsze przed telefonicznym rozstaniem, uprzedzałam …..jeśli nie będę dzwonić to nie znaczy, że Ciebie zostawiłam, mamusia pamiętaj, ja ciebie nigdy nie zostawię… mówiłam połykając łzy. Ten dzień nastąpił, aż trudno uwierzyć, że młodsza córka może tak życie uprzykrzyć swojej matce.
Za długo żyje.
Już porobiła plany remontu w mieszkaniu mamusi.
A stara tzn. Moja mamusia, nie chce z tego świata się zwinąć.
Jeszcze na początku marca zamawiałam dla mamusi online, maść na kolana. Państwo Sz. Nie byli zainteresowani ani kolanami ani maścią. Po podmarowaniu kolan mamusia czuła wielką ulgę.
Po 6 marca zostałam odłączona. Jedyna osoba z którą namusia mogła porozmawiać została zablokowana. Mamusia żyje, ale w takich warunkach jakie fudnduje jej własna najmłodsza córka, włącznie z praniem mózgu, demencja się znacznie pogłębi a to nie znaczy, że umrze na pstryknięcie palcami jak Panstwo Sz. sobie życzą.
Mamusia umrze, a z nią emerytura mamusi, którą zabierają od marca 2020 roku. Emetytura jest w wysokości 2800zł. Przez okres około 12 lat opłacałam mamusi gaz, którym ogrzewała swoje mieszkanie. Korytarz, kuchnia, łazienka i trzy pokoje. Po wielkiej telefonicznej sprzeczce wstrzymałam opłaty gazu. To była moja pomoc finansowa. To była pomoc dla mamusi ale nie dla Państwa Sz.
I tutaj jest pies pogrzebany. Moja pomoc się skończyła i Państwo Sz. z mamusi emerytury, od m-ca marca zmuszeni są opłacać rachunki za gaz. Zbuntowali się i wyłączyli mamusi telefon, za który mamusia co miesiąc, a z którego oni również niejednokrotnie korzystali. To jest kara za brak subordynacji z mojej strony.
Mówią… karma wraca. Kiedy i do kogo?
Moi rodzice nie zasłużyli na takie traktowanie.
Niczym nie zasłużyli.
Młodsza była rozpieszczona, ale my wszyscy ją ulgowo traktowaliśmy. Była nie tylko piękniutka ale i zdolniacha.
Starszej wszystko zawsze darowano. Wiedziała o tym i wykorzystywała. Nawet doszczętne rozwalenie tatusia samochodu jej się upieklo.
Ja byłam pomiędzy. Miałam swoje życie od najmłodszych lat. Żyłam jak to się mówi, po swojemu. Serce i logika mną kierowały i innego pomocnika do tego nie potrzebowałam.
Widziałam jak obie moje siostry wykorzystywały rodziców. Ale co mogłam na to poradzić. Moi rodzice kochali nas i oddali by wszystko aby córki były szczęśliwe. Tylko ja żadnej pomocy nie potrzebowałam. I nie potrzebuję. Nie stoję za plecami mamusi i nie żądam przepisania części milionowego domu na mnie. Bo za moją namową mamusia napisała testament na rzecz młodszej siostry. Byłam w Polsce w 2019 roku mogłam mamusie poprosić o zmianę testamentu. Tylko po co? Jestem szczęśliwa bez majątków, majątki nikogo nie uszczęśliwią jeśli w sercu ma się jad żmij.
Więc, Państwo Sz. otrzymają po śmierci mamusi te trzy pokoje z kuchnią, łazienką i korytarzem. Stracą emeryturę mamusi, a muszę zaznaczyć, że sami są już emerytami.
Na zdrowy rozum. Powinni taką opieką otoczyć starą matkę aby jak najdłużej żyła bo …. siostry emerytura nie jest w wysokości 2800zł.
Wiem, że mamusia czeka na mój tel. Ja dzwonię. Nie rezygnuję. Mam nadzieję.
Dziś….telefon był wyłączony.
Może jutro mi się uda.
-
Podobno wszystko zdarza się po coś… abyśmy zauważyli, nadali czemuś znaczenia, się nauczyli, odnaleźli drogę do czegoś, stali się czulsi i wrażliwsi i spokornieli.
To, po coś…. ma na wzmocnić, zahartować, pomóc w zrozumieniu, napawać nas smutkiem lub radością, zadać ból, dać nadzieję…….
Jeśli to, po coś, trzyma nas w stanie ciągłego niepokoju, strachu i innych uczuć, nie jest nas w stanie niczego nauczyć, dać wskazówki, wytyczyć drogi….
Po coś, traci znaczenie i narasta obojętność, złość z czasem nienawiść. Te uczucia nie doprowadzą do niczego budującego, wprost przeciwnie do zniszczenia.
Gdy czekamy za długo na ….po coś, następuje beznadzieja której droga prowadzi do nikąd.
Nie zawsze PO COŚ, jest po coś.
Oczywiście nie każde zdarzenie w życiu jest następstwem podjętych decyzji i nie zawsze prowadzi do pełnej szczęśliwości. Jest taki czas, że nie ma wyjścia lub go nie widzimy. Czasami można dostać wytrzeszczu oczu i go nie dojrzymy.
PO COŚ,
jest tylko magazynem naszych wszelkich zdarzeń i doświadczeń.






