Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!
Nikt, dosłownie, nikt nie umie żyć. Nie ma takiej książki aby nauczyła nas życia. Nawet jeśli byłaby możliwość ponownego urodzenia, wciąż popełnialibyśmy błędy i wciąż mielibyśmy nadzieję na lepsze jutro. Szczęścia na następne chwile jakie mamy do przeżycia.
Widzę ludzi ukształtowanych w ruchomą, przetaczającą się masę w kierunku otwartych drzwi wagonów. Popychających się wzajemnie, egoistycznych, niemyślących o drugim człowieku – człowieku obok, zdolnych do zadeptania innego człowieka aby tylko dostać się do środka wagonu, który przemieści ich z punktu A do punktu B.
Jakże łatwo taką masą kierować.
Przypuśćmy, że podjedzie pociąg który będzie podążać do punktu Z. Zamknięci jak sardynki w puszce, nie będą mieli żadnego wyboru. Oni już w momencie kształtowania się tej masy stracili wybór, własne zdanie, jedynie nadzieja im pozostała. Że dojadą do celu.
Większy wybór mają ci stojący po lewej stronie. przy barierkach na piętrze.
Masa robotnicza, którą KTOŚ ukierunkował na pomnażanie majątku dla siebie a znikomy % zostanie podzielony pomiędzy składową masy.
My ludziki, planujemy, staramy się dla szefa, rodziny, dzieci, ale to nie ma istotnego znaczenia patrząc na ludzką masę, bo tam jesteśmy bezimienni.
Patrząc na ludzi stłoczonych na peronie, odczuwam głęboki smutek, że jest nas (ludzi) tak dużo a jesteśmy bezradni w obliczu kataklizmów.
Choineczkę ubierałam dwukrotnie. Pierwsza nie przypadła mi do gustu. Przyglądałam się jej kilka dni. Zawieszone bombki zmienialy miejsce klkakrotnie. Ciągle mi się coś nie podobało.
Ozdoby zdjęłam w przeciągu 20 minut. Sprawnie mi poszło. Zdecydowałam też trochę ją przystrzyc. MM siedział w fotelu i nadziwić się nie mógł… dlaczego to robię…co robię…
Miałam ochotę przerobić i te drugie ozdabianie, ale już się zmęczyłam i ogrom bombek zaniosłam na poddasze.
Bo co by to dało, tak czy inaczej, ozdobiona. Dawno temu robiliśmy łańcuchy z gazet bo papieru kolorowego (wycinanek) jeszcze nie było. Wieszało się też jabłuszka czerwone świeże (malinówki), ciasteczka Andruty. Teraz wafelki noszą nazwę Andruty. Za moich czasów były to ciasteczka na sodzie z dziurkami robionymi widelcem. W taką dziurkę wsadzało się niteczkę i ciateczko zawieszało na choince. Mieliśmy kilka kolorowych ptaszków na klipsie metalowym (zaszczepka – jeśli dobrze pamiętam). Choineczka podobała się nawet z gazetowymi ozdobami i dawała wiele radości domownikom. Inni nie mieli takich ozdób bo gazety były drogie.
Pod choinką jest już prezent od córci. Nie kupiłam jeszcze wszystkich przentów. Jutro po fryzjerze pojadę dokupić. Czasami warto otworzyć prezent zamówiony w amazonie, bo nie zawsze przychodzi to na co czekamy. Tak się stało z moim chodniczkiem do kuchni oraz spodenkami do biegania dla syna. Chodniczek okazał się z innym wzorem ale zostawiłam, ale spodenki czekają na zwrot. Zamiast długich otrzymałam za kolano. A już planowałam zawinąć w ładny papierek i obwiązać kokardą.
Prezntów pod choinkę od MM nie oczekuję bo wymieniłam meble w sypialni. Na kanapę dokupiłam dziś skórę z barana. Wygląda na naturalną, ale wątpię bo za tania. Mój wypoczynkowy kącik jest teraz bardzo przyjazny.
Martwi mnie, że pracuję w tym tygodniu każdego dnia i nawet 23-go. W przeddzień wigilii pracujemy podobno krótko, ale wiem, że to krótko nie zawsze się sprawdza. Ale zabezpieczyłam się w wolne dni po świętach i po sylwestrze. Hurra
Zakupy spożywcze jeszcze przede mną. Dam radę, najważniejsze, czuję się o wiele lepiej niż przed kilkoma tygodniami.
Wiele ludzi nie lubi świąt, gorączki przedświątecznej, gotowania, smażenia a później, siedzenia (jak za karę) przy świątecznym stole. Nie lubią rodzinnych spotkań, a najbardziej nienawidzą tych godzin spędzonych przy stole, przy którym siedzą ci, znienawidzeni bliscy lub dalecy krewni.
Wiele ludzi nie ubiera choinki, nie ozdabia mieszkanka i aby tego wszystkiego nie widzieć, opuszczają miejsce zamieszkania. Zimowe kurorty oblężone, ale i tam stoi wielgachna choinka w holu i płynie z głośników świąteczna muzyka. Trudno uniknąć świątecznego nastroju, to przecież ogromny zastrzyk ekonomiczny dla handlu.
Od dziecka uwielbiałam wszelkie święta. Lubiłam się nimi cieszyć przed, w trakcie ich trwania i po. Nic nie było w stanie zakłócić mego stanu upojenia nadchodzącymi świętami.
Tatuś zawsze przywoził od leśniczego świeżutką choinkę, pod sam sufit. Trzeba zaznaczyć, że za samowolne wycięcie choinki z lasu były nakładane wysokie kary. Najczęściej takich „bohaterów” łapano na bazarach. Milicja (nie było jeszcze policji) łapała też przy drogach prowadzących do miast. Nie trudno było też złapać złodziejaszka choinek idąc po śladach w śniegu. Nie ma papierka od leśniczego to będzie papierek od stróża prawa.
Pamiętam klipsy ze świecami. Tatuś zapalał świece tylko na chwilę aby ognia nie zapruszyć. Dom był murowany ale podłogi i meble już nie. Więc, świeczki paliły się w obecności tatusia.
Miałam zaledwie 9 lat kiedy po raz pierwszy wybrałam się po choinkę na targ. Starsza miała już 11 i całe swoje życie grała damę. Ona brudzić fizyczną pracą rąk nie chciała, święta to dla plebsu radość, ma inne zajęcia. Młodsza miała tylko 4 latka i jak zawsze żyła w swoim świecie. Tatuś wyjechał w delegację, mamusia więcej dni chorowała, niż była zdrowa. Święta, a właściwie zakup choinki był na mojej głowie. Nie zdawałam sobie sprawy ile może ważyć taka choinka. W latach mego dzieciństwa zimy były srogie i każdego dnia padał śnieg. Nie ubezpieczyłam się w sanki lub sznurek do związania, w kieszeni miałam tylko pieniądze. Jak dziś pamiętam, byłam pewna, że dam radę przynieść ja na plecach, przyciągnąć do domu po śniegu…przecież jestem silna i dam radę – to było w myślach i pojmowaniu świata młodziutkiego człowieczka.
Wyruszyłam o poranku. Ubrana w kożuch, czapkę wełnianą i takież rękawice. Kamasze skórzane na nogach, wełniane skarpety i ciepłe grube pończochy na żabki i galoty. Pończochy w noszeniu były strasznie nie wygodne. Z uwagi na jeszcze nie wkształcone biodra u dziewczynek i nastolatek, pas się obsuwał wraz z pończochami i co jakiś czas trzeba było go podciągać. W pończochach na kolanach robiły się nie estetyczne wypukłości. Wszyscy tak mieli, więc chyba oprócz mnie nikt na to uwagi nie zwracał.
W noc napadało śniegu. Na ulicy już śnieg był ubity przez płozy sań lub wozy z węglem, ziemniakami lub mlekiem oraz ludzi udających się do pracy(w tamtym okresie tylko niedziele były wolne). Mleko było rozwożone przez rolników z pobliskich wsi.
Wybrałam drogę na skróty, miała być krótsza o pół kilometra. Ale …. nie wzięłam poprawki, że w niedziele nie jeździ pociąg towarowy pomiędzy składem węgla a miejską elektrownią. Tory zasypane śniegiem, do połowy łydki. Byłam pierwszym pieszym który torował drogę w śniegu na torach kolejowych. Gdy zanurzałam nogę w śniegu, było ok ale gdy wyjmowałam to tak jakbym chochlą nabierała zupy z garnka. Śnieg dostawał się do kamaszy. Robiło mi się w kamaszach … hlup, hlup. W początkowej fazie zimno było w nogi, a później już normalnie, nawet ciepło. Buty, skarpety i pończochy przemokły i zaczęły mi ciążyć jak ołów. Z nosa kapało, usta wiatr mroźny wysuszał i w pewnym momencie zachciało się pić. Jedząc śnieg prawie doczołgałam się do drogi i zabudowań, co wcale nie ułatwiło mi stawiania kroków na ubitym śniegu na drodze. Pokonałam 3,5 km.
Oglądałam choinki do sprzedaży. Teraz już wiedziałam, że będzie mi ciężko iść z choinką pod pachą lub na plecach, czy też ciągnąc za sobą. Wiedziałam, że będzie ciężko, pomimo tego, wybrałam o wiele za dużą choinkę. Rolnicy pytali, czy dam rade, czy jestem sama, ale sznurek którym związali był nie wystarczający, żeby zabezpieczyć choinkę. Kupujący przychodzili z workami od ziemniaków, swoimi sznurkami a ja z “gołymi rękoma”.
Do torów nosłam choinkę za sznurki jak się nosi walizkę. Sznurki wrzynały mi się w malutkie dłonie, a gałęzie które nie były obwiązane kłuły paluszki.
Wracając na tory kolejowe miałam nadzieję, że już ktoś chodził po nich i śnieg będzie choć troszkę ubity. Zawiodłam się. Na śniegu były tylko i wyłącznie moje ślady. Starałam się trafić mokrym kamaszkiem w dziurkę w śniegu który pozostał z moich wcześniejszych kroków. Choinka mierzyła z 160cm. Człapiąc z soplami pod nosem, ustami spieczonymi, rękawicami spoconym i zamarzniętymi na dłoniach, z nogami z ołowiu, zmęczona ciągnęłam za sobą choinkę. Innym razem starałam się uchwycić ją pod bok, rozłożyste głęzie uciekały. Gruby pieniek nie pozwalał na zaciśnięcie na nim piąstki. Chwytałam za gałęzie, które wyślizgiwały się z uwagi na zlodowaciałe rękawice.
Niemiłosiernie wymordowana po przebyciu 3,5km drogi powrotnej, dotarłam do domu. Wciągnęłam jeszcze choinkę do korytarza i usiadłam na podłodze. Szczęśliwa i dumna. Dokonałam niemożliwego.
Kiedy już przebrałam się w suche ubranko, patrzyłam na krzątającą się mamusię i siostry. Chciałam powiedzieć, żeby nie ruszały mojej choinki, że ubiorę ją sama bo jest moja. Sił mi zabrakło. Usnęłam.
Mój Tatuś był ze mnie dumny. Od tamtego razu jeśli tatuś nie mógł przywieźć choinki, brałam sanki, sznurek i worek na ziemniaki. Nie był straszny mróz i zawieja śnieżna.
I tak mi zostało, na wszystkie późniejsze lata, obecne i następne. Nie ważne co się dzieje, na Bożenarodzenie ma być choinka, może być maciutka, sztuczna lub świeża, ale ma być.
Moja fryzjerka była tak obłożona pracą, że ledwo miesiąc temu, udało mi się zamówić wizytę na dzisiaj. W salonie parę kobietek, wszystkie na przedłużenie włosków. Nie mam co przedłużać ale tupecik zamówię w amazonie, a Nicola nauczy mnie zakładać. Włosków co raz mniej co jest związane z moją dietą.
Powrócę do zakładu 19 grudnia na sprawdzenie, ewentualne poprawki przed Bożym Narodzeniem, no i sylwestrem. Niestety ale Nicola jedzie do rodziców męża i swoich do NJ, co mnie bardzo smuci. Od kilku już lat korzystam z jej usług. Nie jest tanio (270$) ale jestem zadowolona.
Miejsce w hotelu i miejsce na balu jest już zarezerwowane, muszę być piękna, bezbólowa i bezstresowa. Wygląd i uśmiech na twarzy na balu jest wskazany. Ośrodek wczasowy z hotelem i domami wypoczynkowymi umiejscowiony jest nad brzegiem jeziora. Można delektować się widokami oraz odpocząć na zewnątrz przy kominku, jest duży i kilka mniejszych kominków okalających basen. Nie pamiętam w którym roku, jeden śmiałek przepłynął całą długość basenu a było zimno i wietrznie.
Zamierzam poskakać na sylwestra, nawet jeśli zespół muzyczny grać będzie jazz lub bluess. Kilka lat temu jeszcze przed coviem, byliśmy w innym ośrodku z winiarnią i polami winnymi. Przez kilka lat było bardzo przyjemnie i zespół muzyczny grał do tańca. Ostatni raz grali blussa, tylko jedna para próbowała zatańcyć, ale to był bardzo katorżniczy bluss. Zeszli z parkietu. Niedoczekałam się nowego roku i nie tylka ja z mężem, byli też inni, że po posiłku udaliśmy się do swoich pokoi hotelowych.
Zmieniliśmy ośrodek. Przed covidem przez 4 lata grał jeden zespół i grali wspaniale. Można powiedzieć sami swoi bo i barmani jakby nasi przyjaciele. Pamiętali, że tańczę solo i piję tylko Martini Rosso. W tego sylwestra zagra inny zespół. Ale….pokonam tego blussa, nie pójdę do pokoju hotelowego w pierzyny.
W roku 2021-2022, w dniu sylwestowym nie czuliśmy się dobrze, a i covid wciąż był obecny, więc zrezygnowaliśmy. Kreację mam, nie używana, z metką. Nie będę musiała latać po sklepach.
Chyba że zmienię zdanie, bo kobieta zmienną jest.
Dawno dawno temu, kiedy białe niedźwiedzie po moim mieście chodziły, prawie każdego roku gdzieś się bawiłam. Po sylwestrze i powrocie do pracy, pytałam moje koleżanki…
– czy masz już kreację na sylwestra i gdzie będziesz tańczyć…
– Krysia daj spokój, dopiero nowy rok się zaczął – odpowiadały śmiejąc się
– czas tak szybko minie że nie zauważysz i zostaniesz z niczym, zacznij się szykować do balu….😁
Było wesoło, a czas szybko zleciał i …..
-Krysia miałaś rację – słyszałam 353 dni później.
Czas nie stoi w miejscu.
Czas jest w ciągłej trudnej pracy, zmieniając wszysko wokół.
Wczoraj po pracy zajechłam jeszcze do sklepów po zakupy i do domu wróciłam o zmierzchu. Po godzinie poczułam zmęczenie mijającym dniem i bólem, usnęlam na kanapie. Nie słyszałam jak MM wołał i syn do mnie mówił. Ostatcznie MM mnie doknął i jego dotyk mnie obudził. Moja pozycja spania była trumnowa. Jeju aż strach patrzeć na to zdjęcie jakie MM mi zrobił podczas snu. Moja twarz odzwierciedla moje cierpienie. Dobrze że tylko poczas snu, za dnia mogłabym pracować jako wiedźma. Moja maska w ciągu dnia…wszystko jest dobrze… lub ….jest OK….
Jeszcze w szlafroczku, dokonałam organizacji w szufladzie ze szklanymi pojemnikami. Po dwóch-trzech dniach będzie tak samo jak przed dzisiejszą organizacją. Pojemniczki są w ciągłym używaniu to i bałaganik się robi.
Podobnie jak w życiu:
życia ciągle używamy, doświadczamy to i bałagan czasami sami stwarzamy. Bałagan jest to po aby nauczyć nas organizacji i porządku. Bo wszystko ma swój czas tylko należy uzbroić się w cierpliwość.
Poniedziałek czas zacząć ale jak to zrobić jak nad trasą szybkiego ruchu krążą helikoptery. Oznacza to korek, duże zakorkowanie, zablokowanie conajmnie 2 pasów. Nieciekawie. Gdy wybiorę drogi i dróżki po za autostradą, to wpadnę w kocioł i zostanę na godzinę bez ruchu albo będę poruszać się z prędkością 5km/h. Appka pokazuje część autostrady na czerwono i dwa wypadki, jeden w odległości kilkunastu metrów od drugiego.
Wyjechałam pomimo korków na autostradzie. Korek nie był tragiczny, poruszaliśmy się 10km/h. Uszkodzone samochody stały już na poboczu, a jeden z nich na lawecie, dwa uszkodzone nie tylko trochę, minęłam następny zniszczony z powybijanymi szybami bocznymi z lewej strony i brak przedniej szyby. Kierowcy przejeżdżając ograniczali prędkość, nawet nie z powodu, że stały samochody policyjne ale żeby pogapić się, nie zdając sprawy że mogą być następni.
Podjeżdżając do zjazdu zauważyłam bałagan samochodowy. Wyminęłam trochę samochodów i ….. na światłach dwa samochody…jeden rozbity a drugi na boku leżał. Obok karetka pogotowia przy której panowało wielkie poruszenie, w oddali słychać było syreny dwóch karetek.
Do pracy dojechałam szczęśliwie.
Będąc w pracy obserwowałam na kamerce, jak panowie wynoszą meble z naszego domu oraz …. materac. Jednak MM zdecydował wywalić ten materac.
Po powrocie z pracy w pierwszej kolejności, obejrzałam stan ścian na schodach i framug drzwiowych. Ku memu zaskoczeniu wszystko w idealnym stanie.
piękniusi poranek. Mimo, że deszcz lał przez całą noc, jest słoneczko i 18C. Otworzyłam drzwi na taras. W tym tygodniu (u mnie tydzień rozpoczyna się niedzielą) temperatury przekroczą 20C. Taką pogodę lubię.
Niedziela jest też i w moim odczuciu. Nareszcie wracam do normalności. Co mnie oczywiście cieszy.
Pomimo, że planowaliśmy zakup choinki na dzisiejszy dzień, odłożyłam na sobotę. Mam już wszystko udekorowane w domku, więc bez pośpiechu. Na zewnątrz planuję ozdabiać jutro po pracy. Dziś posprawdzam ozdoby i światełka. Zepsute do śmieci i niektóre ozdoby też trafią do pojemnika. Już obrzydły, za długo je mam. Nowych ozdób na yard nie dokupowałam. W zupełności wystarczy to co mam.
Wcześniej nie przgotowałm do oddania fotela, ławy i kanapy, to niestety, ale dziś musiałam to zrobić. Fotel w sypialni rozłożysty, dwuosobowy, zaczął się sypać, łuszczyć. Ława tapicerowana też do oddania. Kanapa w sypialni gościnnej, tylko zagraca, nie pasuje, a ogólnie to spadek MMa. Skórzana, fajna ale w zupełności nie potrzebna. Jutro przyjadą jacyś ludzie i zabiorą. Aby znieśli z piętra i wogóle zabrali trzeba będzie zapłacić. Jak usłyszałam cenę wypowiedzianą przez MM to zamilkłam. Nie komentowałam. 500$ za to, że kanapę sprzedadzą, fotel da się zreperować a ława do używania. No nic, teraz też milczę. MM nie będzie tego znosić, szukać chętnego i wozić. OK. Milczę. Zdecydował to i tak ma być.
Należy mi się lampka wina. Chociaż nie powinnam tego robić, ale zdrowa to ja nie umrę, więc nie muszę się martwić, że zaszkodzi.
Wszystko szkodzi oprócz wody. Ale i ona zaszkodzi pita w nadmiarze i z niewiadomego źródła.
Wrażenie SOBOTY nadal jest ze mną. Myślę, że powinnam się do tego przyzwyczaić. Przecież to nie boli. Jest czwartek, ale jest SOBOTA. Jak już to odejdzie, to nawet nie zauważę i możliwe, że zatęsknię. W obecnej chwili to jest bardzo dziwne uczucie.
Obudziłam się bez bólu!!!!!wspaniałe uczucie!!!!chce się krzyczeć, skakać i obwieścić całemu światu tę cudowną nawet chwilową) nowinę. 😁😁😁😁😁
Jak można było usiedzieć przy stoliku, kiedy orkiestra grała.
Muszę pomyśleć o kreacji na sylwestra. MM zarezerwował już miejsca. Oj oj … to będzie jazda. Chociaż i bez ekstra balu dawałam czadu, miesiąc temu na festynie. 😁
Były też tańce grupowe. Pozostały miłe wspomnienia i kilka zdjęć.
Wracając do dnia dzisiejszego, jestem do dobrej formie i żeby tylko nie zapeszyć.
Od starszej córki MM jeszcze nic nie słychać. Przyjedzie na kawę czy nie. Za wcześnie aby dzwoniła. Kto w wolny dzień od pracy i na dodatek świąteczny zrywa się z łóżka. Znając życie, nie zechce się jej zrywać z łóżka w ten ponury, pochmurny dzień. Zapowiadany jest cały dzień pogodowo smutny😞.
Wiele rzeczy w naszym życiu możemy zmienić. Pogody nigdy.
Bo jak to przyjąć, potraktować? Wróciłam z pracy. Odpoczywam na swojej sofie i eureka.
-jak dobrze, że jutro sobota – myśl szczęśliwa rozbłysła w moim mózgu. Pytam MM, jaki dziś dzień?
– znów masz sobotę jutro? – pyta z niedowierzaniem
– no tak, a tak się chwilę cieszyłam.
– jaka szkoda, że dziś nie jest sobota – myślę.
WTORKOWY poranek. Budzę się, jeszcze z zamkniętymi oczętami, cieszę się, że dziś sobota. Tylko sekunda radości, mózg wraca do rzeczywistości i podpowiada żebym wstawała bo dziś nie jest sobota.
Wyłażę z cieplutkiej pościeli i ….i nie jest to sobota.
Poleżałabym, pospała, poleniuchowała, pomarudziła i jeszcze dużo określeń na po… które pokazują mój stan istnienia i ducha na dzisiejszy dzień. Ale jutro nie będę musiała wcześnie wstawać, Do poniedziałku mam urlop. Nie, nie mam żadnych planów. Żyję na spontanie.
A żeby było bardziej spontanicznie, miałam w pracy być tylko do 3 -3:30. A byłam do 5pm. Człowiek jak chce 2 dni urlopu to musi na nie zapracować, czy to jest taki tok myślenia? Może, ale nie mój. Na ten urlopik pracowałam cały rok.
W domku byłam po 6pm. W międzyczasie rodzinka się martwiła. Na appce widzieli gdzie się znajduje, ale było trochę korków. Jak tak stałam w korku znów miałam wrażenie, że dziś jest piątek a jutro będzie sobota.
Czy ze mną coś nie tak?
A może to jakaś demencja do mnie puka?
Podczas badań, lekarka nie stwierdziła, że moja głowa może robić psikusy.
ŚRODA – budzę się i dokładnie wiem, że dziś mam wolny dzień bo jest SOBOTA. Zmuszam mozg do pracy i zaczynam rozumieć jaki jest dzisiaj dzień. Sytuacja co najmniej nie spotykana.
Kiedyś oglądałam film o różnych przepowiedniach, ludzkich przewidywanich i odczuciach. Wiem, że to coś oznacza. Tylko nie wiem co. Czego mam się spodziewać. Dobrego czy złego? Co ma się wydażyć w sobotę? W którym tygodniu lub miesiącu? Zaczynam się na prawdę niepokoić.
Z racji tego, że jutro na pewno CZWARTEK świąteczny, ogarnę troszkę domek. Ile posprzątam tyle posprzątam. Nikt nie oczekuje cudów, a i nikt na Thanksgiving nie zawita. Pozwoliłam córci jechać do rodziców jej chłopaka. Syn będzie pracować, starsza córka MM wskoczy do nas na poranną kawę, młodsza córka MM przyleci z LA na Bożenarodzenie, więc MM przyszykuje (jak zwykle na idyka on gotuje) kolację tylko nam, ja i on.
Dziś będę piekła ciasto żurawinowe. Zrobię oczywiście, sałatkę jarzynową (MM nazywa ją, majo salad). To wszystko w czym mogę pomóc MMowi.
Ciasto żurawinowe z pistacjami z internetowego przepisu, palce lizać. Sałatka majo również wspaniała.
Nawet jeśli usiądziemy obydwoje jutro przy stole to myślę, że damy radę pokonać te wszystki smakołyki jakie pojawią się na stole świątecznym.
Od poniedziałku miałam wrażenie, że następny dzień to SOBOTA.
Wtorek po pracy-jutro sobota – wołałam.
Środa i tak do piątku – jutro sobota !!!!!
To był dla mnie bardzo ciężki tydzień. Każdego dnia czekałam na zakończenie dnia. Każdego dnia problemy zdrwotne. Bez przeciwbólowych, nie przetrwałabym.
Po powrocie z pracy, w ubraniu i obuwiu kładłam się na kanapie, owijałam się kocami i … zdychałam. No nie zdechłam, przetrwałam.
A dziś Sobotka wyczekiwana – bez znieczuleń. Nawet ciasto biszkoptowe z jabłkami upiekłam. Stół na Thanksgivng przygotowałam.
Dziś też zakończyłam ozdabianie domku na Boże Narodzenie. Na zewnątrz postaram się ozdobić frontowe drzwi, schody do nich prowadzące i kilka krzaczków. Jeśli się nie uda to tylko wianek świąteczny na drzwiach powieszę. Jeśli zdrowie dopisze to zrobię porządek z ozdobami, wyrzucając je do śmietnika.
Niestety, ale moje życie uległo drastycznej zmianie. Czy mnie to martwi? Oczywiście, ale takie jest życie, nieprzewidywalne. Planowaliśmy i planujemy bal sylwestrowy, tylko…. czy nam się to uda, czy zamiast przygotowywać się do wyjazdu w dzień sylwestrowy nie będziemy przygotowywać się do łóżka.
Oczywiście, że mam w sercu energi tyle, że mogłabym obdzielić całą swoją dzielnicę. Tylko ciało robi mi psikusa. Czy jeszcze potańczę, poskaczę jak koza?
Smutno mi i powiem … jest bardzo ciężko z bólem żyć.
Kurwa mać!!!!!
A przecież, ja się nie wyrażam, nie używam takich słów. W mojej rodzinie najgorszym przekleństwem bylo …cholera. Moje dzieci nie używają również takich słów….. ale….
niech będzie moim usprawiedliwieniem, że jest mi bardzo ciężko.
lepiej za późno, niż wcale. Jak się mają te porzekadła do codziennego życia?
Alkoholik – lepiej późno niż wcale.
Spotkanie: romantic😁❤️, buissnes, zdrowotne – lepiej za wcześnie niż za późno.
Planowana operacja medyczna – lepiej za późno, niż wcale. Czasami jest na tyle za późno, że już nic nie pomoże oprócz kostnicy.
Nadzieja matką głupich – jeśli oczekujemy na powstanie zmarłego z trumny. Nadzieja jest matką i ojcem wynalazków – do dziś ślęczeli byśmy przy świecy i kaganku. Biegali okryci w skóry niedźwiedzia, ale nie byłoby globalnego ocieplenia.
Coś za coś. Aby zjeść schabowego, świniaczek musi stracić życie. Zwykłe posprzątanie pokoju wymaga naszej cierpliwości i pracy fizycznej. Zmęczeni padamy na sofę i spoglądamy na czyściutki pokoik. Swoje zdrowie, cierpliwość i finanse poświęcamy na wychowanie i wykształcenie swoich dzieci, po to tylko aby na stare lata w ciszy i spokoju, usiąść w fotelu i ukradkiem spoglądać na wyświetlacz tel – wzdech …. nie zadzwonił/a …zajęty/ta. Czekamy kiedy dzieci usamodzielnią się, po to tylko, żeby poczuć pustkę po ich odejściu(u mnie, z tym wszystko ok😁).
Do czego zdążam? Od weekendu mam burdel christmasowy. Ozdabiam dom, aby w tygodniu przed Bożym Narodzeniem, nie latać z wywieszonym językiem.
Wyjmuję ozdoby z pudełek i rozmieszczam powolutku. Thanksgiving też u nas się odbędzie, lecz w tym roku będzie wymieszany, przepleciony z Bożym Narodzeniem.
Zchowuję siły na gotowanie, pieczenie jednym słowem kucharzenie. Oczywiście były dni, że ogłaszałam strajk obchodzenia świąt. Problemy rodzinne nie nastrajały nawet tak niepoprawnego optymisty jak ja, do uśmiechu i dobrego nastroju. Mam nadzieję, że nareszcie po latach walki o członka rodziny, nastąpi poprawa.
Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Mamy dziś pochmurny i wietrzny dzień, myślę że może mogę ogłosić niewielkie zwycięstwo. Tylko serducho za często daje znać ….. ja tu jestem!!!!….łomocze, stuka, piecze jak papryczki chilli, wali. Może już będzie dobrze. Chciałabym normalnej atmosfery przy stole wigilijnym. Wiara może czyni cuda, ale gór nie przenosi, nie słyszałam o takim zdarzeniu. Czytałam natomiast, że góry pochłonęły nie jedną istotę ludzką.
Ozdabiam domek tylko wewnątrz, na razie. Opornie mi to idzie. Patrząc na moje poczyniania dekoracyjne, popijam następną kawę i dokłanie wiem. W tym świątecznym bałaganie trochę pożyję, będę chodzić na palcach, przeskakiwać, kopać i marudzić. Nie spieszy mi się.
Za kilka dni po bałaganie nie będzie nawet wspomnienia.
Zgodnie z polskim przysłowiem.
Spiesz się powoli. 😁
Mam nadzieję na niedzielną poranną kawcie w świątecznej atmosferze, bez choinki oczywiście. Ona przybędzie dopiero w grudniu.
Padłam na kanapę. Muszę dokupić ozdób. Koniecznie świec ozdobnych, stroiki i coś co wprawi mnie w nastój WOW!
Moje sprawy nie są jak na razie do rozwiązania. Nie tylko cofają się ale pogarszają.
Mogę powiedzieć życie to jest straszny pierdolnik.. przynajmniej u mnie.
Z tych dobrych spraw.
Jednak wycieliśmy kilka drzew na działce. Magnolia bardzo rozłożysta i pnąca się do niebaaa, poszła na pierwszy ogień. Następne drzewo o małych drobniutkich liściach, rosło pochyło i wykręcony jakby był chory pień drzewa. Dwa wysokie dębowe oraz dwie wysokie sosny od ulicy. Kilka drzew straciło swoje rozłożyste gałęzie. Ostatnie było bardzo wysokie liściaste, którego gałęzie kładły się na dach. Panowie pracowali cały dzień. Po wycięciu dwóch dużych drzew rosnących od frontu blisko domu, wewnątrz zrobiło się jaśniej. Na back yardzie jedno drzewo zostało bardzo mocno przycięte i również na decku zawitało słońce. Odsłoniła się droga osiedlowa i dom od strony ulicy też się odsłonił. Wykosztowaliśmy się, ale teraz można powiedzieć warto było.
Ta wizyta to tylko taka, aby odwalić i po kłopocie. Niech i tak będzie, jeśli MM zadowolony będzie to i spokój w domu. Młodsza córka MM przyleciała już w piątek (z Los Angeles). Pojechała w kierunku południowym. Jej collage jak co roku gra mecz z kimś tam, a że ona zapalona kibicka, musi być na meczu, niech się wali i pali. Tylko … z jej rocznika już nikt nie gra, pewnego roku stwierdziła, że nie zna już nikogo, nowi i młodzi. Mieliśmy z MM cichutką nadzieję, że spasuje, ale nie. Wcześniej ciągała MM ze sobą, teraz znajduje kogoś szalonego jak ona.
Bo żeby wypić piwo po przegranym meczu, nie trzeba pokonywać 3600km. Atmosfera? Sama stwierdziła, że to co innego jest teraz, niż za jej czasów. Wymęczona podjechała pod dom, ale ….zaparkowała na ulicy, stwierdziła, że prześpi się w samochodzie, ma kaszel, katar i ból głowy. MM nie dyskutował z nią bo i nie było sensu. Dorosła, wie co robi. Ja też się nie wtrącałam. Pomagam na ile mogę, ale nie wtrącam się.
Dawno temu dostałam nauczkę, wrzasnął na całe swoje gardło… to nie twoja rodzina!!!!!… No to na wstępie małżeństwa zostaliśmy podzieleni. Nauczyłam się z tym żyć. Co roku przy świętach, przypomina, że mogło być inaczej, mogło ale już nie będzie.
Po godzinie podjechała i zaparkowała przy frontowych drzwiach. Nie schodziłam na parter bo… prawdę mówiąć nie czułam się najlepiej. Chyba z nerwów dostałam … biegunki. MM z młodszą pojechali do meksykańskiej, zostałam w domu ze swoim sedesowym problemem.
Po ich powrocie przewitałam się z młodszą MM jak należy. Zaproponowałam bułeczki które upiekłam, między jedną posiadówką a następną. Może tak strasznie nie było, ale rewolucja żołądkowa była. Młodsza jest bardzo wybredna odnośnie jedzenia i pożywienia. Spożywa ser żółty, chipsy, kurczaka tylko z restauracji, puree ziemniaczane (mashed patato)dodaję oprócz znanych składników – mleko i ser żółty. Odmówiła bułeczki, nie nalegałam.
Przeszliśmy na taras, pogoda cudowna, więc szkoda było nie skorzystać. Zastanawiające, że nie było tematu MECZ. Może i dobrze bo moje sportowe wyniki równały się zeru. Podstawówka się nie liczy i jakieś tam spotkania międzyszkolne.
Jak MM dziewczyny były młodsze, były zawsze tematy do rozmowy. MM był bardziej zaangażowany, teraz kiedy jedna jest po 40-tce druga tuż przed, widać dystans między ojcem i córkami. Chociaż muszę powiedzieć, że do tej chwili, nakłaniam MM do odwiedzania córek, dzwonienia, pomagania w przeprowadzce, naprawie jeśli coś się zepsuje, a wiem, że MM na pewno poradzi z problemem. Jeśli starsza jest chora, gotuję rosół z kurczaka, jakieś ciasto i każę jechać w odwiedziny. Starsza jest wszystko jedząca, a polskie jedzenie uwielbia, więc łatwo jest takiej osobie dogodzić, bo wszystko smaczne.
Młodsza po niespełna godzinie odjechała na lotnisko, nie żegnając się ze mną, nawet nie krzyknęła przy schodach zwykłe .. Kryszia I’m leaving… No cóż, nie moja córka i nie mój problem, jeśli wogóle coś takiego istnieje w tamtej rodzinie.
Okna otwarte, jakieś owady jeszcze skrzeczą, w oddali słychać wycie syren policyjnego pojazdu i ja z lampką wina w dłoni oddycham świeżym, rześkim powietrzem. Temp. 23C a godz. 9pm. Dziś obowiązkowo będę spać przy otwartym oknie ale od góry.
Zima ( biały pudelek) co jakiś czas podchodzi do okna
i ciężko oddycha, wącha powietrze. Ale ja wiem to nie powietrze wywąchała ale kojota, który pojawia się każdego wieczoru, w nocy lub nad ranem, samotnie lub w towarzystwie innych kojotów. Może Zima wywąchała sarenkę lub innego zwierzaka, którego kamery zawsze uchwycą.
W tym roku mamy dosłowny „wysyp” kojotów. Kotek sąsiadów omal nie został pożarty przez kojota. A była godzina 7 am i już było widno. Kociaczek został pszarpany na główce, brzuszku, grzbiecie. Ma połamane kosteczki. Przeszedł operację, teraz dochodzi do siebie. Kotek nie wygląda ciekawie ale wszystko (podobno) z nim będzie dobrze. Porusza się jak pijany.
W dzień latają jastrzębie a nocą chodzą kojoty. Strach się bać.
Wracając do czystego powietrza. Mój stan zajmuje 4 miejsce w USA pod względem zalesienia. W tym roku weszła w życie ustawa o wycinaniu drzew na własnej psiadłości. Drzewa powyżej 48,26 cm w obwodzie są nietykalne. No to mój las zostanie na wieki, wieków, Amen. Chociaż… wycięcie jednego dtzewa poniżej podanego obwodu, jest kosztowne, sięga obecnie do 3k za sztukę. Drzewa można przyciąć a ten proceder jest bardziej kosztowny niż samo wycięcie drzewa. Ech…wiosną będą tulipany. A latem małpia trawa. Na betonie kwiaty nie rosną, jak to śpiewał Stan Borys ale i w cieniu zdziczeją. Małpiszon rośnie w cieniu, na słońcu, na wodzie, bez wody…nie lubię tego zielska, nie kontrolowane pokryje wszystko podobnie jak Ivy, z tą różnicą, że nie jest to pnączem. No cóż, człowiek ma taką naturę (podobno) do wszystkiego może się przyzwyczaić. To i ja przestanę walczyć z „wiatrakami”. Nie jestem Don Kichot, jeszcze nakładam szpilki i sukienki. Chociaż w naszym świecie trudno określić kto jest kim.
Sypialnia pachnie świeżutkim powietrzem. Spanko będzie zdrowe. Z racji tego, że jutro niedzielka, spać będę długooooo.
„Mistrz drugiego planu w trakcie ważnych obchodów na Westerplatte. Wystarczyło, że wyjął parasolkę
Nawet tak poważna uroczystość, jak obchody wybuchu II wojny światowej, może mieć niezaplanowany i zaskakujący przebieg. Tym razem zadbał o to pewien starszy pan, który, podobnie jak reszta obecnych VIP-ów, chciał ochronić się przed padającym na Westerplatte deszczem. I wyciągnął charakterystyczną parasolkę. W sieci rozpoczęły się poszukiwania odważnego mężczyzny.” https://www.fakt.pl/polityka/obchody-wybuchu-ii-wojny-swiatowej-za-politykami-tle-parasolka-z-marihuana/mzdjhtj.amp
Zgadzam się: bardzo trudno, w takim „tłumie” znaleźć odważnego inaczej.
Jakie miał dla nas przesłanie właściciel parasolki, z artykułu się nie dowiedziałam. Chyba że update zrobią.
Już i do mnie zawitała wczesna jesień, no przynajmniej z rana. W przed południe będzie ponad 35 lub więcej.
Wczoraj po pracy wydmuchałam deck i cały front. Praca fizyczna dotleniła moje płuca do tego stopnia, że spałam do 8:45am. Nie mam na dziś wielkich planów odnośnie jakichkolwiek prac.
Usiadłam z kawą na tarasie, włączyłam wiatrak aby pozbyć się komarów i ….. w momencie gdy to pisałam komar dziabną mnie w kostkę. No czego można się spodziewać? Że mnie zostawią? Wykąpaną i pachnącą, też jedzą, żrą, tną, próbują i delektują się. Byliśmy w piątek nad jeziorkiem (dzielnicowym). Ludzie otrzepywali się od komarów a mnie ani jeden, jedniusi nie zaczepił. Bardzo zastanawiające.
A więc, planów na dzień dzisiejszy brak. Od 4pm podobno ma padać.
1/11
ŻADEN Z BADANYCH 671 STUDENTÓW W USA NIE UDZIELIŁ POPRAWNEJ ODPOWIEDZI NA TE I KOLEJNE 7 PYTAŃ. ZACZYNAMY: JAKI JEST NAJWYŻSZY SZCZYT AMERYKI
Zastanawiam się: po co nam taka i takie informacje. Po co uczyć historii Peru? poznajmy swoją, polską. Po co nam geografia Ameryki Południowej jeśli nie potrafimy wskazać na mapie polską rzekę (przykładowo) Noteć. Te informacje, jak najbardziej, potrzebne będą osobom interesującym się geografią, turystyką itp.
Po co amerykaninowi Frantz Kafka i jego „Proces” kiedy mnie polce nikt w żadnej szkole o nim nie wspomniał, a przecież na mgr nie zatrzymałam edukacji. W tamtych czasach, a było to bardzo dawno i nie było możliwości studiowana dwóch lat studiów w jednym roku. Dostałam pozwolenie dziekana na połączenie 4go i 5go roku studiów. Nie było łatwo, ale zrobiłam to!!!
Szkoła podstawowa dała ogólne wykształcenie, ale po co uczyła mnie jak zbudować karmnik dla ptaków lub upiec ciasto. Po co kazali nauczyć się całej tablicy Mendelejewa. W średniej szkole było inaczej bo naukę podjęłam w technikum. Zastrzeżenia miałam do nauki teorii, za mało było praktyki, podobnie studia. Do wszystkiego doszłam sama. Oczywiście na swojej drodze spotykałam wspaniałych ludzi, kórzy pomagali i we mnie wierzyli. Pierwszym nauczycielem był mój Tatuś. Drugim Kuratorium i trzecim Prezez NOT, który nazywał mnie dzierlatką i bardzo często zapraszał na pogaduszki😁. Żeby ktoś pomógł, trzeba się napracować. Konkurencja a z nią zazdrość i zawiść nigdy nie spi. Doświadczyłam i tych niemiłych zachowań w sosunku do mojej osoby. Po latach ciężkiej pracy stałam się profesjonalistą w swoim zawodzie.
Nie trzeba obciążać młodego mózgu, który się dopiero rozwija, zbytecznymi (dla danej jednostki osobowej) informacjami. Pozwólmy młodym osobom na rozwój, jeśliby nawet to byłoby dla nas niezrozumiałe i odbiegało od ustalonych już kanonów kształcenia.
Ameryka nastawiona jest na profilowe nauczanie. Dziecko o zdolnościach muzycznych będzie wiedziało, że ziemia jest okrągła i ile jest 5-2 = ale nie musi wiedzieć jakie kozy skaczą po polskich czy słowackich górach. A mnie tego w podstawówce uczono. Po co to komu, co ja z tymi wiadomościami zrobiłam? Nie przydały mi się wiadomości o wybrzeżach ameryki w tamtym czasie i obecnie. Mam ochotę pojadę zobaczę, jeśli co to internet odpalę. To była strata czasu nauczyciela i ucznia.
Jeżeli dane państwo chce posiadać inżynierów elektryków itp. nich się na tym skupi, a nie uczyć kto przeciął węzeł gordyjski.
No czas na ogarnięcie samochodu wewnątrz.
Nie szła mi ta praca najlepiej, opornie, słońce parzyło, żeby wiaterek jakiś, wiatrak mało pomagał. Skończyłam bardzo późno, robiłam bardzo dużo przerw na przysiadówki. Przed 5pm pociemniało, zagrzmiało i zaczęło padać ale już byłam w domku.
Wolny dzień od pracy zakończony. Można powiedzieć, że umysłowo odpoczęłam a fizycznie nie zmęczyłam. Wczorajsza wieczorna lampka Martini Rosso nie wypaliła, ciśnienie krwi nie pozwoliło.
jestem w kuchni i w ułamku secundy głowa opada i najnormalniej w świecie, czuję że zasypiam, natychmist! Nawet w pozycji stojącej. Otrząsnęłam się, nagłe świat mi zawirował. Poszłam do córci. …mamusia tylko ty mi nie umieraj. Powiedziałam, że ją bardzo kocham, przytuliłam i wyszłam. Ciśnieniomierz mam na piętrze, zawsze w tym samym miejscu, w łóżku, pod kołderką, na szafce, na komodzie, za komodą, w szufladzie? W łazience……
Więc, lecę z zaplątanymi nogami. Co ja jadłam co piłam? bo zrozumieć nie mogę!!!!!!Zawał serca, wylew, pijana? Ale i nie trzeźwa. Fotel. ciśnieniomierz, na rękę lewą. Wsuwam, wkładam, szarpie wrrrwrrr. MM zagląda co się ze mną dzieje. spytał czy pomóc …. a świat zniknął, nicość. Ciśnienie dobre. Córcia przyszła, pyta co jadłam co piłam…. Wyszło na to. że odwodniona. Jedna, druga butelka……pij pijjjjj. Piję ale nic nie lepiej. Dziwne zawroty głowy i ruchy kończynami. Nie ruszam, one same się ruszają. Nieznaczne te ruchy, ale nie mam nad tym kontroli.
W pewnym momenco MM przypomniał, że dla żartu ( nie jest miło pisać w takim stanie, ucieka mi z głowy to co pamiętałam. Chce napisać, a ile wysiłku mnie to kosztuje to ja tylko wiem. Na małej klawiaturze iphona chcesz pisać 10 palcami. Palce się nie mieszczą, ja układam, upycham) wzięliśmy po żelce Happy hours. (Legalna) Patrzę i nie patrzę na MM. Córcia która ciągle w tym momencie jest ze mną. Zaczyna się śmiać, MM nie bardzo rozbawiony, nie wie jak pomóc. Córcia przed wyjściem powiedziała….2-3 godziny i minie. Ale zawroty głowy to były. O patrzcie i tak sobie ………nie pamiętam o czym chciałam napisać. Emoja nie wstawię bo nie wiem czy będę zdolna wykonać powrót na stronę, gdzie w tej chwili jestem.
A mnie jakoś tak…. znów nie pamiętam co chciałam napisać. Zamarłam w pozycji siedzącej w fotelu. Mięśnie napięły się, naprężyły wszystkie mięśnie, żyły i ścięgna. Nie mogłam się poruszać, bo nie wiedziałm że mogę wykonać jakiś ruch. Mózg nie dawał żadnego sygnału. Tylko głową ruszałam. Mówiłam ciągle, że nie lubię tego stanu, płakałam. Byłam cały czas świadoma ale w ciągu sekundy przeleciało moje dzieciństwo. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Już nawet mówić przestałam bo nie wiedziałam że potrafię mówić. MM nie rozumiał co się ze mną dzieje. Widziałam jego zakłopotaną twarz. MM w takich sytuacjach jest bezradny jak dziecko. Nic nie mówiac wyszedł z sypialni a po moich policzkach, spływały łzy jak grochy, a przecież już nie płakałam. Siedziałam skamieniała i już nawet głową nie ruszałam, tylko oczami. Gdy choruję, MM sercem jest ze mną ale nic po za tym.
Nie wiem jak długo go nie było, 3 minuty czy 13. Gdy wrócił zaczął zasłaniać żaluzje. Pomyślałam ….już doś wygłupów….. zaczęłam się ruszać. Ręce, nogi odzyskały swobodę. Byłam cały czas świadoma. Nie jestem w pełni świadoma moich ruchów w tej chwili jeszcze ……. ( znowu mi uciekła myśl).
Czy takie działanie ma tabletka gwałtu? Myślę że tak.
Ponad godzinę piszę. Emoja nie wstawie bo nie będę wiedziała jak tutaj wrócić.
Chce mi się teraz spać. Ale jakoś się boje. Bo mogą durnoty po nocy się śnić. Mogę chodzić po domu.
Już potrafie z jednej strony internetowej przejść na drugą ale emoje to czarna magia. Nie rozumiem, powinnam przycisną buźkę ale po prostu nie wiem że można tam przycisnąć. Bardzo ciężko sprawdzać każdy wyraz i poprawiać pisownie. 11:31pm, ziewam ale nogi do łóżka nie idą. Szybciej położe się na futrzaku przed fotelem.
Chce sie jeść, w głowie powolnie huśta. Myślenie powolne, senne. No dobra, powinnam do łóżka się położyć.
Jestem bardzo ciekawa ile z tego jutro będę pamiętać.
Ciśnienie jak u niemowlaka 125/64. Już musi być lepiej jeśli paznokcia przypiłowałam. Niezgrabne jest moje klikanie na tel. Za długo przyciskam to mi się kasuje, a jak chcę sprawdzić jak to robie, to się nie udaje. Piszę literę p i nie rozumiem, że to jest litera p. A teraz mam ekran tel. zaróżowiony, w pobliżu nie ma różowego koloru.
Zanim przeczytałam koniec artykułu, nawet nie pamiętam na jakiej stronie internetowej, nie pamiętałam początku.
Grzmi ale na szczęście nie jesteśmy w epicentrum. Leje.
Niedziela
Pamiętam wszystko. Zastawiające jest, jak można szybko wyłączyć mózg ludzki. Ja, która musi mieć stałą kontrolę nad swoim ciałem, ją straciła. To było chyba najgorsze w tamtym momencie. Próbowałam „zamrozić” ciało jak wczoraj to mi się przytrafio. Niestety ale to jest niemożliwe.
Czy przyjmę kiedyś jeszcze żelkę Happy hours? Czemu nie, ale połówkę.
Zapomnieliśmy z MM, że przyjęliśmy te żelki. Ja jedną malinową, MM na swoją masę ciała dwie. On spał jak suseł, ja usnęłam około 2 am. Musiałam się upewnić, że nie będzie ze mną żadnych niespodzianek.
Wolny dzień od pracy zawodowej przeznaczyłam na roboty „polowe”. Pogoda dopisała bo po nocnej ulewie, wzeszło słońce a wraz z nim podwyższyła się temp. W cieniu do 34C. Słońce jeszcze grzeje ale w cieniu nie jest już upiornie gorąco jak było przez całe lato. W tym roku wcześniej rozpoczęłam jesienne porządki. Od frontu, skosiłam trawę, czasami trzeba było przejechać kosiarką trzykrotnie. Trawa była jeszcze mokra i wysoka. Nie było łatwo bo u mnie teren górzysty ale dałam radę. Dawałam też jakoś radę z komarami. Gryzły nie poddawały się, najgorzej pogryzione zostało czoło bo odsłonięte i pośladki które nie zabezpieczyłam wystarczająco dobrze. Pogryzienia nie drapałam, więc po około godzinie przestawało swędzieć.
Back yard dopiero rozpoczęłam sprzątać. Tutaj jest trochę więcej pracy. Kwiaty i inne ozdobne nasadzenia trzeba wycinać sekatorem bo korzenie zostają w ziemi na zimę. Cebulki kwiatów również pozostają w ziemi. Wskazana ostrożność z wycinananiem, niektóre cebólni są omalże na powierzchni. Może ciut za wcześnie to robię, ale jak liście z drzew zaczą opadać to już zabraknie mi czasu na dmuchanie liści, sprzątanie wyschłych kwiatów i koszenie trawy. Muszę być gotowa na miliardy liści, zresztą jak co roku.
Między czasie remontuję łazienkę. Tapetę już zerwałam. Szlifuję szafki bo …. zostają te same, szkoda mi wymieniać szafki z prawdziwego drewana na szafki z jakiejś pilśni. Wyszlifuję i pomaluję na kolor granatowy. Teraz szpachluję wszelkie dziurki i dziury w ścianach. Podłoga czeka na zerwanie. I tutaj może mnie czekać wielka niespodzianka. Nie wiem co jest pod parkietem. Wylewka betonowa czy tylko klej? Stawiam na klej. Zerwę zobaczę i będę główkować, co i jak położyć aby nie zrobić progu przy drzwiach.
Dziś właśnie otrzymałam zamówiony papier ścierny do szlifierki. W sklepie nie było i amazon przyszedł z pomocą.
Nie nudzę się, mam roboty jak zawsze, po same uszy.
W trakcie prac „polowych” ugotowałam zupę pomidorową. Powiem, że mistrzowstwo świata to za mało. Co za zapach, co za smak!!!! Palce wylizać do kości, to też za mało.
No i jeszcze polatałam po całym parterze z odkurzaczem i mopem. MM jak tylko się odezwał ….Krysza czas zostawić, czas na odpoczynek…. to zaprosiłam do pomocy. Oczywiście, że pomógł i szybciej z porządkami się uporałam.
Ostatni raz na decku siedzieliśmy późną wiosną. Nie liczę 4th July, to był grill na szybko, zjedzony w mieszkaniu. Żar i komary nie pozwoliły na przebywanie na zewnątrz.
Z warzyw miałam dwie sadzonki pomodorów. Niestety choroba „brak słońca” opanowała sadzonki. Najpierw pięły się w górę przerastając mnie, z czasem pokręciło łodygi które opadły na ziemię. Jeden kwiatek jaki się pojawił nie rozwinął się na tyle aby wydać pomidorka, choćby maciusieńkiego.
Back yard też zaniedbany. Temperatura przekraczała 40C skutecznie wysuszając rośliny a deszcze w ciągu dnia lub w nocy skutecznie je zalewając. Drzewa rozrosły się i również skutecznie zacieniły wszystkie kwiaty i warzywa.
Troszkę słoneczka dotarło do pokręconej łodygi kwiatka. Poświeci z 5 minutek co nie spowoduje, że podniesie się i wyprostuje.
Kwiaty w doniczkach zostały zalane i nastąpił proces gnilny. Ten rok pobił rekordy opadów deszczu.
Oczywiście, grzybów mam dostatek. Rosną od frontu. Zupy nie ugotuję ale ich urodę mogę podziwiać.
Niestety komary mnie wygoniły z pod parasol. Pokąsały moje nogi. Schroniłam się w domu. A przecież miała być niedzielna kawa na decku pod rozpostartym parasolem.
Postanowiłam w dzień wolny (wtore) od pracy, wykosić całą trawę, ozdobne roślinki i kwiaty (trudno nazwać kwiatami). Zostawie jedynie krzewy, które należy przyciąć. Mam nadzieję, że zapobiegnę masowemu rozmnażaniu się komarów. Sprejowanie w tej chwili nie jest skuteczne, deszcz zmywa środki owadobójcze.
Jestem też na etapie poszukiwania gazowego ogrzewacza na zewnątrz oraz małego kominka lub misy z pokrywą („gniazda”) na rozpalenie ogniska. Jeśli nie mogę korzystać z tarasu latem będę przesiadywać jesienią i zimą, kiedy to komary i inne owady będą w uśpieniu.