ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!

  • W ubiegłym roku miałam wszystkie białe. W tym roku mam jak na razie pierwszą i mam nadzieję nie ostatnią lilię RÓŻOWĄ.

    Prawdziwe cudo!!!

    Pierwszy raz w dniu dzisiejszym się uśmiechnęłam.

    Miałam diabelnie trudny dzień.

    Pewna informacja zbiła mnie nie tylko z nóg … 😢😢😢😢😢

  • Od miesiąca czekam na rozwinięcie się kwiata lilii. Kwitnienie lilii przypadało na początek czerwca, po 20-tym czerwca kwiat rozpoczynał proces więdnięcia i wysychania.

    Ten rok nie sprzyja lilii. Pąki pojawiły się w maju. Wszystko wskazywało, że kwitnienie odbędzie się terminie lecz coś opóźnia ten proces.

    Nie zauważyłam większych zmian pogody do lat minionych. Wiosna i jesień charakteryzuje się nasilonymi opadami deszczu, więc … nie powinien zaszkodzić lilii. Zimą śniegu, większego mrozu, marznącego deszczu nie było.

    Meszkę, wczesną wiosną spryskałam. Ziemię nawoziłam ustałą wodą ze skorupkami jajek.

    Pielęgnacja jak każdego roku.

    Pąki lilii się nie otwierają.

    Nie pomaga przewożenie donicy w bardziej oświetlone miejsca.

    A może promienie słoneczne nie posiadają już odpowiedniego pierwiasta dla rozwoju roślin?

    Bo czym taki stan tłumaczyć?

    Pąki od miesiąca w stanie szczelnego zamknięcia.

    Możliwym jest, że … wyschną przed pokazaniem swojego piękna.

  • Dlaczego klucze są ważne?

    Zawsze zostawiłam klucze od mojej nieruchomości młodszej siostrze lub mamusi. Teraz mamusię pomijam, przełoży i zapomnij. Chociaż ja mam dodatkowy komplet kluczy. Nigdy nie można niczego przewidzieć.

    Wprawdzie woda, gaz, elektryka, internet odłączone ale nigdy nie wiadomo.

    Teraz młodsza nie może znaleźć kluczy. W trakcie remontu, meble zmieniały miejsca a z nimi i zawartość szuflad.

    Klucze są niezmiernie potrzebne. Młodsza będzie przechodzić procedurę jodowania i najlepiej jeśli kwarantannę 3-4 tyg. odbyła w odosobnieniu.

    Więc, wyszłam z propozycją pomocy.

    Na ten okres zamieszka w moim domu. W swoim domu siostra zostać nie może.

    Teraz mam akcję, dzwonienia i wysyłania emailu do fachowców.

    Do 3 lipca wszystko musi być uruchomione w moim domu. Gaz w piecu, woda ciepła i zimna w kranach, elektryka w żarówkach, internet w przewodach.

    Szwagier musi wszystkiego dopilnować, w końcu swoją żonę w moim domu zostawi i ma się ulotnić.

    Jak siostra jodowanie zniesie, nie wiadomo.

    Co dalej z jej zdrowiem, również, wielki znak zapytania.🙁


    Dom będzie już przygotowany na mój przyjazd. A kiedy pojadę? W tym roku na pewno, dokładnego terminu jeszcze nie ustaliłam.


    Nowember 7th, 2021

    Gdyby ktoś mi powiedział, że po jodowaniu można chlać wódkę i skakać pod sufit w klubie nocnym, to bym nie uwierzyła. Działo się i to na moich oczach. Przy obcych ludziach obgadywać własną matkę, i z niej się naśmiewać, gdybym nie usłyszała też bym nie uwierzyła. Resztę przemilczę

  • Pisałam już niejednokrotnie o swojej mamusi. Choroba jeszcze nie zadomowiła się w jej sercu i umyśle na stałe, są dni że nie krzyczy, nie wyzywa i wtedy jest moją mamusią.

    Jak miło i przyjemnie jest z nią rozmawiać i widzieć na skype.

    Potrzebowałam mamusi pomocy. Zostawiłam u niej swoje klucze. Położyłam obok kluczy starszej. Poprosiłam aby włączyła kamerkę na skype. Kilka minut instrukcji jak ma to zrobić. Ujrzałam swoją mamusię z uśmiechem na twarzy, bo się jej udało włączyć.

    Żeby taki obraz trwał wiecznie. Wszystkie czynności o jakie prosiłam, wykonywała skrupulatnie, dokładnie i jest trudno uwierzyć, że jutro z tego obrazka i pięknych chwil może nic nie zostać a nastąpi “mgła” w jej umyśle.

    Ostatecznie moje klucze odłożyła, starszej położyła do szafki na miejsce z którego wzięła.

    Mamusia ma pięknie obcięte włosy, zakładała za ucho. Powiedziałam, że pięknie wygląda i ta fryzura jej pasuje. Nie było to żadne kłamstwo.

    Uśmiechała się.

    Jeju jak pięknie się uśmiechała.

    Chciałam krzyknąć … mamusia bądż taka zawsze!!!!

    Starałam się zapamiętać ten uśmiech, te wypowiedzi i chęć pomocy dla mnie w tak błahej sprawie, jak wyjęcie kluczy z szafki.

    Może błahej dla mnie, mamusia była bardzo skoncentrowana, pokazując klucze w kamerce. Chciała z wielką dokładniścią uchwycić klucze abym mogła widzieć w malutkim oczku kamery ipada.

    Cieszę się z tej chwili, cieszę się ogromnie.

    Ta chwila na zawsze zostanie w mym sercu i pamięci.


    November 7th, 2021 update

    Dziś śmiało mogę powiedzieć.

    Żeby mamusia otrzymała od młodszej córki na jaką zasłużyła, a przynajmniej przypomnienie o wzieciu tabletek od depresji, nie byłoby krzyków, buntów i brzydkich słów. Młodsza mamusię “szykowała” do psychiatryka, więc odstawiła tabletki.

    A teraz młodsza ma na co zasłużyła. Mamusia ma postępującą demencji. Wyparła istnienie młodszej córki i zięcia.

    Ta biała kobieta – młodsza córka

    Ten mężczyzna – zięć.

    Nie rozpoznaje ich. Nie rozpoznaje już swego mieszkania.

    Mnie pamięta i czeka na moje telefony. Dziś prosiła aby pozdrowić moje dzieci i męża.

    Wyparła z pamięci oosoby od których zaznała dużo krzywdy.

  • Po ponad tygodniowym i ostatniej nocy deszczu i ulewie, wyszło słońce. Słońce będzie świecić przez weekend lecz od poniedziałku, ponowne deszcze i ulewy. Upałów nie będzie 26C.

    Dziś mam wolne od pracy zawodowej, więc szybciutko śniadanko i do roboty, budować ścieżkę. Muszę wykorzystać tych kilka dni bezdeszczowych.


    Każdy ma inne hobby. Moje podzielone są na pory roku.

    Zimą uwielbiam, normalnie pasjami uwielbiam oglądać christmasowe filmy. Mam takich kilka, że mogę, (często to nawet robię) oglądać każdego dnia. Co dzień ten sam film. Od kilku lat robię serwetę iglicą. Zimą wyciągam sprzęt i dłubię.

    Wiosną lubię zabawę w ogrodnika, budowlańca, sprzątacza. Lubię też wiosenną kawę na decku, może to nie hobby ale tak to traktuję.

    Latem? Moje hobby niknie i zdaję się na spontan. Co dzień przyniesie.

    Jesień!! Och piękna jesień. Pasjami lubię jesienne liście ale ich nie kolekcionuję. Mam ich tak dużo, że bez sensu byłoby takie zbieractwo. Ponad 200 wielkich worów muszę zapełnić moimi liśćmi! Hobby? A dlaczego nie? Każdej jesieni to robię i z tak ogromnym zapałem, można by powiedzieć, że więcej niż hobby. 😁

    Wiosna w pełnej krasie, raczej już lato o moje hobby jakim jest moja ścieżka nie ukończone.

    Dziś zrobiłam 1m może 2 ścieżki i …. cieszyłam się jak dzieciak. Bo jakże się nie cieszyć?

    Pogoda dopisała, zdrowie też, humorek wyśmienity i ja taka radosna przy mojej pracy/hobby.

    Na jutro zapowiadają wspaniałą pogodę, więc takie prognozy jeszcze bardziej mnie cieszą.

    Martwi mnie jedno. 4 lipca biegnę w maratonie 10k a nie jestem, całkiem, ani troszkę przygotowana. Chociaż … dziewczyna z pracy też biegnie ale … powiedziała że biec nie będzie, przejdzie tą trasę. To może i ja tym razem przejdę?

    Zobaczymy.

    Nie ważne z jakim czasem ukończę, ważne aby nie rezygnować.

    I tego będę się trzymać.

  • Przed pracą zajechałam na kontrolne prześwietlenia. Nie miałam czasu na śniadanko, kawcie. Po drodze też nie zatrzymywałam się aby kawcie kupić, przy szpitalu była stacja benzynowa ale już brakowało mi czasu.

    Myślę, że zdążę w drodze powrotnej zajechać do domku i wtedy do pracy pojadę.

    Zależeć będzie od natężenia ruchu na autostradzie.

    Nie ma problemu, gdzieś kawcie kupie.

    Przeprowadzone badania przeszłam prawidłowo wszystko w normie, teraz prześwietlenia.

    Następne mam wyznaczone na sierpień.

    Mam nadzieję, że dzisiejsze prześwietlenia nie wykażą żadnych nieprawidłowości.


    Zajechałam do domku jednak. Zmieniłam obuwie. Zjadłam kanapeczkę popijając kawą i pojechałam do pracy. W pracy zameldowałam się kilka minut przed 10am.

  • Zarzuciłam szlafroczek na plecki, na nóżki leciutkie kapciuszki i zbiegłam jak młoda sarenka po schodach na parter. Podniosłam żaluzje w jednych oknach a inne okna otworzyłam. Zanim włączyłam czajnik z wodą na kawcię, wyskoczyłam na taras, patrzę przez mokre liście w niebo.

    Słoneczko bardzo niezdarnie, ślamazarnie podnosi się do góry. Takie mokre, obolałe i jeszcze śpiące. Chciało mi się do tego słońca krzyknąć …WSTAWAJ !!!!! DO ROBOTY SIĘ BIERZ!!!!☀️☀️☀️☀️

    Ale … słoneczko jest mokre od tego tygodniowego deszczu, ulewy. Po co ma się brać do pracy? Jeśli do południa ma padać.

    Tylko komary krążą jak prehistoryczne pterodaktyle szukające swojej ofiary.🦟🦟

    A moje nożki bez osłony, szyjka jeszcze pachnąca snem i rączki gołe, a jak któryś zajrzy przez rozchylony szlafroczek i dziabnie mnie? Więc czym prędzej uciekłam do mieszkania, omal nie gubiąc kapciuszków. 😁😁😁😱

    Prac polowych dziś i jutro nie będzie.

    Nie ma obawy. Znajdę zajęcie.

    ☕️Popijając kawcię, spojrzałam na moje psiaczki. No i …jest zajęcie! 🐩🐩Psiaczki będę kąpać, prać psiaczkowe poduchy, dom odkurzać, 🍞upiekę chlebek turecki i jutro córci podrzucę ( oj nie podrzucę – jest na diecie). Chlebka piec nie będę. 🚘To samochód ciśnieniówką wymyję – nie, nie wymyję – komary.

    Nie ma problemu. Coś wymyślę.

    Miało padać o 11 am i PADA!!!! 🌧🌧nawet 6 minut wcześniej. Lać będzie do 7pm. Słońce skryło się za chmury i nastała ciemność. Tylko dinozaurów maszerujących, sapiących, ociekających potem i ziejących ogniem brakuje. Gdzieś w oddali słychać groźne grzmoty.⚡️

    Oczywiście, jeśli nic w appce nie zmienią i się chmury nie rozejdą.

    Dosłownie kilka minutek przed deszczem, kiedy to jeszcze chore od deszczu słońce świeciło, wyskoczyłam na “pole” w poszukiwaniu kropel deszczu. 🦟🦟🦟Komary nad głową krążyły. Dziwne, bo te komary są chyba również chore, nie uprzedzają swoim dźwiękiem, że się zbliżają i jak odrzutowce spadają, gryzą i nawet nie wiem, umierają czy żyją dalej.


    📞Córcia zadzwoniła. Prosi o poradę. Analizuję w głos, ostatecznie mówię…dasz radę, składaj aplikację… pobiegła do głównego menagera. Powtórzył moje słowa.

    Córcia będzie starać w swojej firmie o 2 szczeble wyżej. 😱

    Może się uda, nic przecież nie traci.

    Znów mamy nadzieję.

    Program MBA rozpoczyna w tym tygodniu.


    Pieski wykąpane pachnące i czyściuteńkie.

    Czas na odkurzanie domku.

    Przed sprzątankiem, położyłam się na chwilkę odpocząć. Tak się wydaje ale cały dzień na nogach. Ciągle coś nieplanowanego robię.

    Udeptałam się – jak moja babcia mówiła.


    Przez to udeptanie zasnąć nie mogłam.

  • Jedynie poniedziałek był dniem pracy na yardzie, powiedzmy popołudnie. Od wtorku deszczyk kropił, co nie pozwalało mi na wyjście na ścieżkę.

    Cichutko myślałam,….aby deszczyk padał jeszcze dłużej i dłużej. Zregeneruję się, odpocznę, poleniuchuję.

    Moje zamówienie na deszcz zostało zrealizowane. Każdego dnia padało. Dziś piąteczek i PADA!!!!

    Pada moje zamówienie wielkimi kroplami i … z szumem.

    O to mi chodziło. Chodziło mi właśnie o to!!!!O deszcz, deszczyk, deszczunio.

    Nie wyjdę na yard, nie wyjdę do kwiatków, ale odpocznę.

    MM nie jest zadowolony, planował dalsze cyklinowanie tarasu. No cóż, deszczyk sprzyja w ten weekend tylko dla mnie.

    Będę się nudzić, marudzić, siedzieć, leżeć…

    Zasłużyłam na dłuższy odpoczynek. Odpoczynek wprawdzie wymuszony, ale …cieszę się.

     

    Ma padać aż do czwarteczku. No i super !!!!

    Robota nie zając nie ucieknie. Tak kiedyś mówiono. Jestem z tych starej daty, więc nie zapomniałam o dziwnych dla młodzieniaszków powiedzonkach.

    A co, kto mi zabroni używać durnowatych powiedzonek.

    Czy sie stoi czy się leży stówa się należy. Nie wiem kto to mówił ale chyba ci co rowy kopali.

    Przecież i ja zaczynałam kiedyś od malarza wiejskiej świetlicy, w której po jej wymalowaniu nie potańczyłam. Później byłam na zastępstwie kierownika brygady remontowej. Oj pamiętam jak wszystkich fachofców z pod ciemnej gwiazdy wyciągałam z knajpy z piwem. Nie mogli się doczekać kiedy kierownik wróci do pracy. Dosłownie stałam na fachofcami z pod ciemnej gwiazdy i sprawdzałam każdy centymetr wykopanego dołu, położonej w tym dole instalacji wodociągowej. Odetchnęli kiedy odeszłam, a odeszłam wtedy już do kuratorium. A tu spotkałam mego nauczyciela wf-u. To u niego i pod jego okiem skakałam najwyżej, najdalej i biegałam najszybciej. Skoki żabką nie były dla mnie żadnym ciężarem.

    To był skok z pozycji kucznej,  i jak najdalej. Brałam udział w zawodach spotowych, należałam do klubu sportowego.

    A teraz skaczę jak koza w rytm muzyki. Dajcie mi tylko partnera do tańca. No niestety MM jest… nieczuły, lekko mówiąc na rytmy muzyki. A przecież uczył się gry na flecie.

     https://youtu.be/SJM0e1YcHIg

     Podziwiam ruchy w tańcu, muzykę, delikatność, erotyzm, uniesienie, duchowość, rytm i cud kroków tanecznych.

    Wszystkie video pochodzi ze wschodu. Nie mam żadnych uprzedzeń do wschodu, nie mam żadnych uprzedzeń do zachodu, nie mam żadnych uprzedzeń do północy i południa. Kocham wszystko co jest piękne i wesołe. Uwielbiam taniec, ten erotyczny również, bo dlaczego nie. Tylko trzeba znać granice. Jeśli je sobie postawimy, jesteśmy bezpieczni.

    Każdą granicę można przesunąć, ktoś powie. To zależy od nas samych. Niektórzy nie mają granic i moim zdaniem źle kończą.

    Źle dziś nie skończę,nie ma obawy, ale poskakać muszę bo od poniedziałku tylko walałam się w łóżku. Muszę spalić energię.

    A deszcz pada i pada i tak będzie padać.

    Nie ma to jak zatańczyć w rytm “spadających kropel deszczu”. A więc będę tego wieczoru skakać i tańczyć.

     

     

     

    Gdy kobieta tańczy, tworzy sztukę, a zarazem staje się bardziej zmysłowa.

     

     

     

     

     

  • Mam zaplanowaną wizytę u lekarza. Należy się badać. Lepiej wcześniej wykryć chorobę, niż przez zaniedbanie skrócić sobie życie. Założyłam, zaplanowałam i chcę, dożyć 106 lat, w zdrowiu i ogólnie dobrej kondycji fizycznej, psychicznej i umysłowej.

    Więc … trzeba działać!

    W pierwszej kolejności przebadać ukryte narządy.

    Dziś wizyta, a smsy dostaję już od środy. Smsy przypominające ,

    wczoraj telefon.

    Wprawdzie jestem przyzwyczajona do takiej opieki lekarskiej ale dziś o 8am to już przesada. Mogłam wprawdzie wysłać smsa STOP, ale… chcę sprawdzić czy na godzinę przed wizytą, maszyna wyśle mi smsa.

    W planach mam też kontrolę uzębienia, ogólną kontrolę krwi itp.

    Ok, czas wyskakiwać z łóżeczka i do lekarza jechać.


    Więcej smsów nie otrzymałam. W recepcji wręczono mi mały komputerek, na ekranie miałam klikać odpowiadając na pytania. Po zaakceptowaniu lub odrzuceniu pytań, otrzymałam 3 kartki z następnymi pytaniami. Rozumiem, gdybym była nowym pacjentem, pytania jak najbardziej niezbędne. Jestem, powiedzmy stałym pacjentem i uważałam, że pytania są powielane. Oddałam kartki z uwagą….jestem zmęczona odpowiadaniem na pytania, doktor powinna posiadać moją zdrowotną historię na swoim komp…

    Historia naszego życia jest niezmienna, więc w jakim celu te informacje?

    Niby komputeryzacja jest zaawansowana, roboty, sztuczna inteligencja a w dalszym ciągu kartki i długopisy są w użyciu.


    Skierowanie na badanie/prześwietlenie ostopenii i mmomogram, dostałam. Ostatnio było wszystko w normie. Ale trzeba się przebadać.

    Ustaliłam już termin prześwietleń, za dwa tygodnie. Ogólna kontrola za miesiąc.


    Po powrocie od lekarza wyszłam na moją ścieżkę. Maciutki kawałeczek ścieżki zrobiłam. Podążam małymi kroczkami do zakończenia. Nie jestem pewna czy do 4 lipca ukończę, chciałabym.

    Ciężko pracować na kuckach lub kolanach. Pozycja kucki, bardziej mi odpowiada, klęcząca – przeszkadzają mi nogi wyciągnięte za mną.

    W pozycji kucki (szukałam w internecie, bardziej opisową i ładniejszą nazwę , nie znalazłam) pracuję od 3h do 5h. Zależy od dnia, kolana bolą.

    Na noc musiałam użyć kremu na moje kolanka.

    Maszyna też nie będzie pracować, bez odowiedniej konserwacji.

  • Dziś popracowaliśmy z MM na decku. MM cyklinował, ja odkurzałam odkurzaczem budowlanym i głębiej w deski wbijałam gwoździe. Robiliśmy często przerwy bo słoneczko bardzo mocno dziś grzało.

    Po południu chcieliśmy już spokojnie posiedzieć i zrelaksować na zewnątrz.

    Niestety, nie udało się, sąsiad włączył muzykę i puścił przez wzmacniacze, do tego zrobili sobie karaoke.

    Z MM uciekliśmy do mieszkania, nie dało się usiedzieć przy takich decybelach. Mimo że domy usytuowane są po skosie i oddalone od siebie sporo metrów ale i wewnątrz nie dało się usiedzieć. Wytrzymałam do 8:16pm i zadzwoniłam na policję. Zgłoszenie przyjęła policjantka. Opowiedziałam jaka sytuacja, a decybele słyszała przez telefon bo dzwoniłam ze swego decku.

    Godzinę czekałam. Nic się nie działo a właściwie to działo się, wewnątrz mnie, decybele nerwy moje szarpały.

    Rozumiem wszystko ale braku szacunku dla drugiego człowieka nie zrozumiem. Jestem osobą spokojną i cichą, staram się nie wadzić nikomu ale…jeśli ktoś nadepnie mi na odcisk to nie udaję, że nic się nie stało.

    Godzina 10pm. Dzwonię po raz drugi na policję (numer alarmowy) i pytam już podenerwowana…..czy naprawdę nie ma sposobu na uciszenie moich sąsiadów? dzwonię po raz drugi, bo za pierwszym razem nikt nie przyjechał mimo że zgłoszenie zostało przyjęte i tego nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie chce pomóc….

    Po krótkiej rozmowie i rozłączeniu się w przeciągu 3 minut pod moim domem stały dwa policyjne samochody.

    Muzyka wyła na całą dzielnicę a z mikrofonów dodatkowe wycie biesiadników. Jeden samochód policyjny odjechał w kierunku sąsiadów, z drugiego wysiadł policjant z którym rozmawiałam przy akompaniamencie decybeli.

    Policjant również odjechał do sąsiadów. Następna ulica, działki nasze złączone są rogami. Nie znam ludzi i nie spieszno mi jest ich poznawać.

    Kiedy weszłam do mieszkania MM był na tarasie.

    Jeszcze kilka minut i nastąpiła upragniona cisza.

    Kilka lat temu również dzwoniłam na policję kilkakrotnie, zgłaszałam wycie i szczekanie psów do 2am. Ci sąsiedzi wychodzą chyba z założenia … wolność w domku… ale to nie jest tak do końca. Możesz sobie mieć wolność na swojej własnej wyspie, wyj sobie do księżyca wraz ze swoimi psami. Kiedy mieszkasz wśród ludzi zachowuj się jak człowiek i miej na uwadze, że możesz krzywdzić innych swoim zachowaniem. Ale…..żeby to zrozumieć zamiast balona trzeba mieć głowę, myślącą głowę.

    Każde county ma swój regulamin. Tego regulaminu mieszkańcy starają się przestrzegać ale zawsze znajdzie się jakiś odszczepieniec, któremu trzeba wskazać miejsce w szeregu.

    Jestem w łóżeczku….cisza….wspaniała cisza….

  • Wspaniale jest przebudzić się przed południem i nic robić nie trzeba. Nic na siłę. Pieski przed drzwiami do sypialni są słyszalne. Ziewają, przeciągają się, wąchają wsadzając noski w szczelinkę pomiędzy podłogę a drzwi.

    Szukam jeszcze w lóżeczku wygodnego miejsca, jeszcze troszkę poleżeć i nic nie musieć.

    Bo to dopiero jutro będzie …. szybko, prędzej…

    Dziś jest… jak mi dobrze…😁


    Z wczorajszych planów:

    Zrobiłam masaż dla mojej trawki na front yardzie. Grabki wzięłam delikatne metalowe. Delikatnie bez gwałownych ruchów zagłębiałam się w cieniutkie listeczki trawy. Trawka leciutko rozuwała się na boki dając możliwość wejścia ząbkom grabi. Przesuwałam grabie po ziemi, spulchniając ją lekko, leciusieńko. Zbierałam również opadłe liście rodendrona oraz gałęzie.

    Na ile masaż pomógł trawie nie wiem ale na moje plecy to na pewno (mam nadzieję) nie zaszkodził.

    Przeciąganie się, wyciąganie, rozciąganie zawsze postawi nas na nogi.

    Możemy przewitać nadchodzący nowy piękny dzień.

  • Pogoda pod psem, raczej parasolem. Od wczoraj pada i leje. Moje zielone potrzebuje wody. Ale w dzisiejszym dniu, słoneczko mile byłoby widziane. Z łóżka wyskakiwać się nie chce, za oknem mokro, szaro, buro, nieprzyjemnie. Wilgotność sięga 96%.

    Mieliśmy zobić grilla.

    Zrobimy, tylko komsumpcja mięsiwa nastąpi w domu.

    Serwować będziemy: szaszłyki, karkowinkę i steki. Sałatki oraz kukurydza, nie wyobrażamy grilla bez gotowanych kolb kukurydzy.

    Na deser Tiramisu krem.

    Kupiony, sama jeszcze nie próbowałam zrobić i próbować nie będę.


    Deszcz padać nie ustawał, więc MM wciągnął grilla do garażu.

    Po godzinie 3pm przyjechała MCD z Ivankiem, MSJ przybył sam. Valeria w pierwszej kolejności pojechała do swojej mamy, i prawidłowo.

    Zawsze gdy urządzamy grilla a pogoda nie sprzyjająca, zasiadamy przy kuchennym stole. Stół duży i jadalnia również. Wygodnie donosić jadełko i drzwi jadalni wychodzą na taras. Tym razem gości przyjęłam w gościnnej jadalni.

    Jeśli grill w domu to i nakrycie świąteczne, nie plastikowe. Nakrycie stołu przygotowałam z samego rana.

    Grillowaniem mięska zajął się MM.

    Wszystko smakowało dosłownie wyśmienicie. I mimo pogody humory nam dopisywały.

    Jak zwykle – uwieńczeniem wieczoru – spotkania, podaję cappuccino. Nawet jeśli jesteśmy w restauracji, zamawiamy cappucciono. To taka nasza (nie koniecznie tylko nasza) tradycja.

    Przy stole nie poruszamy tematów związanych z polityką. Dziś był temat grillowanie, jakie sosy, marynaty oraz co z czym podawać. Na krótką chwilę poruszony został temat zawodowych obowiązków, każdego z nas.

    Czas szybciutko przeleciał i MM musiał zamawiać ubera … na lotnisko. Moje dzieci się rozeszły.

    Wieczorkiem wskoczyła Valeria z życzeniami.

    Dzień Matki upłynął mi bardzo przyjemnie.

  • Wczoraj była uroczystość z zakończenia nauki na uniwersytecie mojej córci.

    Oczywiście byliśmy o czasie. Synek też się nie spóźnił mimo wielkich korków. Uroczystość graduacyjna odbywała się na stadionie, przez dwa dni – 8-9 maj 2019. Moja córcia miała uroczystość 9 maja. Oczywiście,  że byłam przejęta, podekscytowana.

    Byłam podekscytowana każdym rozpoczynającym się rokiem szkolnym  i jego ukońķczeniem w żłobku, przedszkolu, szkole podstawowej. Niestety nie było mi dane uczestniczyć w gimnazjum, szkole średniej i córci uniwersytecie w Polsce.

    Za to teraz, mam wielką radość. Syn ukończył tutaj szkołę średnią. Obydwoje ukończyli college. Córcia ukończyła uniwersytet, synowi pozostało jeszcze 1,5 roku nauki na uniwersytecie.

    Po wyczytaniu nazwiska córci podobnie jak wszyscy (zgodnie ze zwyczajem) w tym momencie, krzyczałam, głośno krzyczałam.

    Później zdjęcia przed budynkiem uniwersytetu i…powrót do domku. Mieliśmy czas na odsapnięcie, odpoczynek i przebranie.


    Po wczorajszej uroczystości wstawało się trochę ciężko. Nie to, że się spiłam, bo nie spiłam. Dwa drinki z minimalną dawką rumu to nie może, zaszkodzić i nie spowoduje zawrotów głowy.

    Od około tygodnia samopoczucie mam nie najlepsze. Jestem napięta jak struna i wszystko mnie drażni. Żeby nie krytykować MM niesprawiedliwie, milczałam. No bo przecież ja jestem: perfekcyjna, nieomylna, wspaniała, mądra, pracowita, wyrozumiała itp. 🤪🤪🤪🤪🤪

    Perfekcyjna? Oj oj do perfekcji to mi brakuje wiele mil świetlnych.

    Nieomylna? Żeby ukryć swoją nieomylność, przyznaję …pomyliłam się…🤨

    Wspaniała? Zależy w czym, bo to określenie jest bardzo ogólne.

    Mądra? Nie ma ogólnej mądrości. Mądra w jednym, nie mądra w czym innym.

    Pracowita? Normalny pracocholik. Padam na pysk ze zmęczenia i wściekam się, że sił mi nie starcza. Muszę siebie powstrzymywać, w innym przypadku umrę z wyczerpania.?

    Wyrozumiała? Do bólu. Rozumiem żebraka, robaka, bogatego i ptaka. Pieska, berbecia i inne śmiecia.

    To i znalazłam powód mego rozdrażnienia.

    Duży palec u nogi dokucza, nie mogę nosić normalnego obuwia.

    Pracy na “polu” nie dokończyłam, do domu wchodzę w butach, na kuchennym stole zawsze coś leży (korespondencja, torebka, jakieś witaminy…). Nie nadążam z pracami domowymi a doba ma 24godziny. Śpię za długo? !!!!

    Deszcz połamał gałązki a ja do pracy muszę jechać!!!

    No i jak, jak się nie denerwować!!!

    A wczoraj mi na mego paluszka, zsunęło sie menu z kolan MM w ciężkiej oprawie z metalowymi brzegami. Udało mi się nałożyć czółenka z odkrytymi paluszkami.

    Wstałam od stolika, wstałam? Nie to nie było wstawanie. Starałam się aby nikt nie zauważył. Wylazłam a wstałam przy mocnym opieraniu się o krzesło (było bardzo wygodne).

    Szłam? Człapałam do toalety, myślałam, że upadnę z bólu. Łzy spływały po policzkach, aby nie rozpłakać się w głos, zakryłam usta dłonią.

    W toalecie zrobiłam zimy okład. Ulżyło, zimna woda pomogła na ostry ból i na łzy. Poczułam się znacznie lepiej. Gdy córcia weszła, byłam tak na 75% sprawna.

    Uspokoiła mnie, pocieszyła moja córcia. Jeszcze jeden okładzik, doprowadzenie twarzyczki do poprzedniego wyglądu, mzna było wyjść z toalety.

    Na pytania MM…co sie stało.. odpowiedziałam..wszystko dobrze.

    Przecież nie jego wina, że menu się osunęło. Jeszcze chwilka i na prawdę wszystko wróciło do normy.

    Byliśmy w restauracji w szóstkę. MM i ja, MSJ z Valerią, MCD z Ivankiem.

    Gdy syn zadzwonił czy może zaprosić Valerię, byłam zdziwiona, że jej rodzice nie świętują wraz z nią graduacji. No niestety nie świętowali. Nawet nie wiem czy byli na uroczystość na uniwersytecie. Valeria omijała temat. Nikt nie drążył.

    Atmosfera była super i dwie dziewczyny z okazji graduacji dostały od szefa restauracji małe torciki, od menagera restauracji po drinku (za darmo).

    A MM powtarza mi, NIC NIE MA ZA DARMO.

  • Zasłużony wypoczynek. Nie planuję wyjazdu, wyjścia, wypadu. Posiedzę na kanapie, pod rozłożystym klonem chińskim, w towarzystwie śpiewających ptaków i gaworzących wiewiórek.

    Ok- wyjedziemy, do sklepu budowlano-ogrodnicze, ale to przyjemność. Trzeba zarezerwować maszynę do cyklinowania tarasu. Maszyna wygląda tak jak w Polsce z tym, że nakłada się grubo ziarnisty papier ścierny. Musimy zedrzeć starą powierznię na tarasie. Położona była przez prawdziwego fachowca, po roku zaczęło się łuszczyć. Ratowaliśmy jak się dało, łatając i ….w tym roku trzeba położyć od nowa.

    Cyklinowanie oddam MM. Nakładaniem specjalnej warstwy na taras, (bo to nie będzie malowanie), sama się zajmę.

    Spaloną maszynę do mycia pod ciśnieniem, trzeba zawieźć do naprawy. Moja nowa elektryczna jest wyjątkowo za słaba do mycia betonowych podjazdów i parkingów.

    Myjąc schody z bel drewnianych zauważyłam, że dwie bele są jedzone od środka przez jakieś robactwo.

    Trzecia belka jedzona od zewnątrz.

    Trzeba cement kupić, pasek i naprawić zapadające się płytki przy murku.

    Robiąc zdjęcie zauważyłam, że to nie płytki, a cała spora część betonu się podnosi. Mała moc maszyny nie wymyła żółtych plam po liściach, widoczne na zdjęciach.

    Co mam zrobić z płytą i jak ją zabezpieczyć przed dalszym jej podnoszeniem, pomysłu brak.

    Jeśli podniosę płytki i wyrównam je do poziomu betonu, to woda deszczowa się zatrzyma. Nie popłynie pod górę. W tym miejscu jest parking i nie ma wielkiego ruchu. Parking zrobiony był 5 lat temu przez profesjonalną firmę. Moje uwagi odnośnie parkingu i murków nie były uwzględnione. MM poparł “fachowców”. Murki tracą linię a parking jak na obrazku. Prosiłam położyć zbrojenie na podjeździe (mieszkamy na dużym wzniesieniu) murki oporowe zmurować, a nie kloc na kloc położyć. Położyć na wylewkę! Mowa moja była do słupa. Tak jak fachowcy zrobili można robić na równym terenie.?

    MM ….wytrzyma 10-15 lat…..Nie wytrzymał 2lat. Teraz 5 i się wszystko sypać zaczyna.

    Po roku od robót, MM przyznał mi rację ale… termin gwarancji upłynął. Do sądu? MM nie jest z tych osób, żeby się po sądach włóczył.

    Mam też aligatorowe pęknięcie na podjeździe. Z tym większego problemu nie będzie. Wiem jak to załatać.

    Och, to tyle i aż tyle.

    Tym między innymi zajmuje się po pracy zawodowej.

    Nie poodpoczywałam.

    Deszcz wygonił mnie z tarasu, a po zakupach, byłam tak zmęczona, że zrezygnowałam z lunchu.


    MM poszuka jakiejś firmy która rozwiąże moje problemy budowlane 🤪🤪🤪🤪.

    Czy fachowcy dodadzą mi nowych problemów, czy rozwiążą moje problemy?

  • Mogę śmiało zatrudnić się do mycia tarasów, chodników i podjazdów. Chodnik z płyt kamiennych, który sama zrobiłam, zostawiłam do mycia chyba na sobotę. Dziś myję murki i podjazd. Elektryczna maszyna ma za mało mocy abym mogła użyć specjalnej szczotki. Męczę się z pistoletem do mycia. Murki i mniejsze powierzchnie to ok ale podjazd jest na wzniesieniu.

    Parking też na dziś zostawiłam. Tam słońce w pełni, za bardzo piecze. Pracuję w cieniu.

    Nie mam dziś rewelacyjnego humoru. Wczorajsze siedzi w głowie.

    Już nie analizuję, jest mi tylko smutnawo.

    We wczorajszym poście wyłączyłam komentowanie. Trudno jest zająć stanowisko jeśli napisane zdawkowo.

    Było mi po prostu źle i przykro.

    Podobno praca fizyczna rozjaśnia umysł. Podobno.

    Praca fizyczna męczy i nic nie rozjaśnia. Może tak jest tylko w moim przypadku.

  • Dziś wyszłam na deck z kawcią i kanapeczkami. Ptaszki świerocą, dzięcioł stuka w siding sąsiadów. Od tego szukania robaków w plastiku to chyba dostanie zawrotów głowy. Ryby i wieloryby jedzą plastik myląc go z pożywieniem. Dzięcioł stara się plastik, wyleczyć. Czy to pierwsze oznaki poważnych zawirowań, anomalii, zmian, a może jedynie dostosowania się do panujących warunków?

    Nie pozwoliłam dzięciołowi na złamanie pięknego dziobka i go odstraszyłam. Nie trzeba dziobać tam, gdzie nic nie ma, nic się nie znajdzie. Nadzieja czasami, pozostanie tylko i wyłącznie nadzieją.

    Zaplanowałam kilka prac na dzisiejszy dzień co będzie wykonane, czas i pogoda pokaże.

    Przed wyjściem do prac “polowych” muszę przyjąć antyalerganta. W przeciwnym wypadku długo nie wytrzymam.


    Wytrzymałam długo.

    Nie planowałam ale…lubię bezplanowe prace. Wymyłam deck i wokół tarasu chodnik wraz ze schodami drewnianymi prowadzącymi do podpiwniczenia. Myłam wodą podciśnieniową. Ot mój agregat często się buntował. To nie było 2×2 m o wiele, wiele więcej. Jeden agregat spaliłam w ubiegłym roku. Temu dawałam odetchnąć, a więc przerwy 5-10 minutowe. Nie mogłam wytrzymać siedząc i czekając, tym bardziej, że pogoda wyśmienita. Słoneczko chowało się często za chmurki i o to mi chodziło. Bo ponad 30C to nie czas na prace. Niestety nie dokończyłam, bo pora była już późna. A gdyby dokończyłam to bez prysznica chyba bym padła do łóżka mokra i brudna.

    Podjęłam dobrą decyzję.

    Kończę.

    Narzędzia i sprzęt chowam.

    Prysznic.

    Odpoczynek na tarasie.


    Jest mi przykro, smutno i żle. Nie chcę, aby ktoś mi mówił, że jest mu źle.

    W moim sercu są osoby tylko przeze mnie kochane. Tam nie ma miejsc – na pierwsze lub trzecie miejsce.

    Wszyscy których kocham są na pierwszym miejscu. Czy to jest możliwe?

    Tak!

    Serce moje nie jest stadionem.

    Bo to nie są zawody sportowe. Kto pierwszy dobiegnie do mety, staje na podium, dostaje medal.

    Jak się czuję?

    Smutno i źle, nie chcę wybierać, kto lepszy lub gorszy. Kogo kocham mniej czy mocniej. Bo jeśli kocham to nie ma żadnej miary. Jak zmierzyć miłość, kochanie.

    To jest nienormalne.

    Czuję się winna ale tak na prawdę nie wiem…winna czego? Że co?

    Omal nie zleciałam ze schodów wraz z maszyną ciśnieniową?

    No i niech mi ktoś powie jak zasnąć?

    A miałam, miałam sny i je zignorowałam.

    A trzeba było się zabezpieczyć.

    Kaganiec na pysk założyć, może maskę, wyłączyć telefon, w ostateczności spaść na leb na szyję z tych jeszcze nie domytych schodów.

    Na pewno wtedy nie czułabym się winna, a może wtedy dowiedziałabym się …dlaczego i czego jestem winna.

  • Jeśli jedzenie banana jest sztuką,

    to sztuką mogą być wszystkie czynności jakie człowiek wykonuje, w tym, fizjologiczne.

    Dlaczego nie? np: plucie, nadymanie się, napinanie się …. a nawet spuszczanie wody w toalecie.

    Pewnien artysta z niemiec skupuje martwe ciała i robi sztukę.

    W pewnym teatrze pokazują kopulację (z seksem nie mylić)i również, twierdzą, że to sztuka.

    Moim zdaniem za dużo na tym świecie oszołomów, którzy chcą wypłynąć na bananie…..

    Czy…. sztuką jest zrobić sztukę bez sztuki…?????..

  • Lubię Onona, to jest pies starszej córki MM. Moje psinki to są przy tym psie jak miniaturki. Córka MM znalazła pracę w innym stanie, przy granicy z Kanadą i w najbliższych tygodniach wyjeżdża. Psinę zostawiła u nas na kilka dni, dziś zabiera. Wyjeżdża oczywiście, z Ononem.

    Piesek ułożony, posłuszny tylko jedno ale…..sierściuch.

    No nie lubię jeść sierści,  co chwilę nie będę odkurzać lub latać ze ściereczką i zcierać  mebli. Onon baaardzo często otrząsa się, fajnie i pociesznie to wygląda ale….ile sierści on z siebie strzepuje to ja chyba tylko wiem i widzę. Jeśli na stole kuchennym jest sierść to znaczy, że na niższym pułapie jest jej o wiele więcej.

    Nie, jeszcze nie jestem uczulona na sierść, na pyłki kwiatowe jak najbardziej co objawia się również zawrotami głowy. Ostatnio wychodziłam w maseczce.

    Więc…dziś czeka mnie sprzątanie, odkurzanie i trzepanie i to całego domu. I po co ja mówiłam, że nie jestem uczulona?

    Tylko zaczęłam okurzać…kichanie, płakanie i kaszlanie. Normalnie nie mogłam tego powstrzymać. Przyjęłam tabletkę, z tym, że żadne lekarstwo nie działa natychmiast.

    Odkurzanie piętra dokończyłam w maseczce. Było o niebo lepiej. Nie lubię maseczek bo pod maseczką twarz się strasznie poci.

    Ale coś za coś.

  • MOJA CÓRCIA PRZYJĘTA NA

    MBA !!!!!!!!!!

  • Wczoraj nie tylko sprzątałam i kawę piłam.

    Usmażyłam kurczaczki ale takie, takie, że palce lizać.

    Od dłuższego czasu szukałam przepisu na kurczaczki, takie, jakie jadłam dawno temu w barze, który niestety ale sie przeniósł do innego stanu. Lubiłam ja, MM i MSJ. Córcia nie miała okazji spróbować, baru już nie było to pierwsze, drugie przeprowadziliśmy się do innego domu i dzielnicy. Wiele lat poszukiwań, przewalania w internecie tysiące przepisów, na stronach nie tylko polskicha ale i obcojęzycznych,  uwieńczonych zostało sukcesem.

    Nie twierdzę, że smak kurczaczków jest taki sam lub podobny, do tych kurczaczków jedzonych przed laty, bo kto by pamiętał. Kurczaczki jednak smakowały, bardzo smakowały.

    Zachwalałam, no i ….synuś zjawił się dzisiaj przed pracą kilka minut po 5am oraz po pracy na dokładkę. Córcia zamówiła, na po świętach, MM w najbliższym czasie.

    Oczywiście, że zamówienia zrealizuję, tym bardziej, że kurczaczki smakują naprawdę wyśmienicie.

     

    Dzisiaj miałam, dalszy ciąg porządkowania, i ukończyłam. Nareszcie.

    Zamiast kawy zrobiłam sobie kakao. Rozmawiając z synem, nie zwróciłam uwagi co do kakao wsypuję. Jeden łyk… biegiem do zlewu. Zamiast posłodzić …. posoliłam.

    Dałam już spokój z tym kakao i wszelkimi ciepłymi napojami. Mam nadzieję na lepsze spanko tej nocki.

     

     

     

     

  • Po wczorajszym nic niechceniu. Nie ma śladu. Po południu po pracy zrobiłam siup…do łóżeczka i tak w chrapaniu utonęłam na 2 godzinki. Wieczorkiem podlałam moje kwiatuszki.

     

    I znów spanko.

    Dzisiejszego poranka, nie mogłam zrozumieć. Co to wczoraj było, co się działo? Że nic się nie chciało. Wyskoczyłam z łóżka jak młoda kozica. Szybciutko do kuchni. Nakarmić pieski, nastawić wodę na kawcię.

    W pracy jak młoda sarenka, w podskokach … i tam i tu. Humorek dopisywał, nic nie przeszkadzało.

  • Lenia dostałam. Wstawać się nie chce. Do pracy też iść sie nie chce. Popijam kawę a kanapeczki, robić się nie chce.

    Na pytanie: co się chce?

    Odpowiadam : nie wiem co się chce, wiem że mi się dziś nic nie chce.

  • Do syna, córki, dzieci…..

  • O 4:00 jeszcze nie świtało, więc nie powiem, że zerwałam się skoro świt. MM zadzwonił, zgodnie z ustaleniami o 4:30, moje budzenie minutkę później. Szybko i szybko i jeszcze raz szybko, spojrzałam na łóżko, czasu brak i takie rozbabrane zostawiłam. Och jak ja nie lubie nieposłanego łóżka, później stoi w oczach przez cały dzień takie coś , rozbabrane, nie ułożone, nie przykryte, no cóż, zdecydowałam się na takie widoki przed oczami, to będę miała. Nie miałam wyboru. Nie zjedzona kanapeczka do woreczka, skok do samochodu, tylko odrzutowego odpalenia nie było.

    W pracy niespodzianka za niespodzianką, ale dałam radę. Myślałam, że skończę około 12pm, nie po to zaczęłam robotę wcześniej ….wylazłam po 3pm.

    No i jak zwykle koreczki na moich wszystkich drogach. Myślałam, że przysnę za kierownicą. Jeszcze deszcz stukał w szyby, wycieraczki robiły szu, szu i już prawie odlatywałam. Nigdzie nie zajeżdzałam na żarełko, bo lubię się zakotwiczyć, wtedy siedzę, jem, siedzę-jem-myślę, siedzę-jem-myślę-czytam..i do domu po 7pm.

    W domku pieski …hau, hau..zrobiły i za miłe powitanko dostały samkowitości. A ja…wyjęłam smakowitości sobie. LODY. Och, jak ja dawno lody jadłam!

    W ubiegłym roku? Starałam się przypomnieć…czy na Arubie jadłam..ale chyba nie bo coś bałam się salmonelli, nie nie nie, nie słyszałam o zorganizowanym ataku salmonelli na Arubie…strzeżonego – strzeże…

    Przysiadłam i wepchnęłam 350 ml, ot taki kubeczek. Gdy byłam w połowie kubeczka, chciałam kubeczek odstawić, ale gdzie tam. Jak świnka, gotowa byłam dziurę w dnie wydrapać, wylizać, zjeść kubeczek. Tak do tych lodów dopadłam.

    Brzucho pełne to i pomyślałam o spanku. Prysznic, pidżamka i siup pod kołderkę. Kołderka milutka, ale te siup, przewróciło w moim brzucho lody chyba do góry nogami. Zrobiło mi się nie dobrze i omal nie miałam niespodzianki.

    W tym momencie MM zadzwonił z pytaniem jak się czuję.

    Po moich relacjach …..w office na biurku są tabletki, weź jedną….. wzięłam…. o jeju jak ja tego smaku nie cierpię! A tabletka jest do ssania.

    Pomogło!

    I co mnie podkusiło żreć tyle lodów, po tej tabletce to juz nawet smaku lodów nie pamiętam.

    Siedzę w łóżku, brzucho spokojne, w domu cichutko, pieski nakarmione a ja nie doczekam się 7, 8 czy 11pm i usnę. Zzzzzz😴😴😴😴😴

    Tak mi dobrze, miło i przyjemnie.

  • Sobotni poranek jak zwykle, kawa i nie do łóżka. Nie lubię picia kawy w łóżku bez wcześniej wykonnanej porannej toalety. No, jak pić kawę poranną, przed porannym nie umyciem zębów? Z głową rozczochraną i zapluszczonymi oczami. Znajdą się ulubieńcy kawy łóżkowej podanej na tacy, w imbryczku, kubku, filiżance. Kawa stłumi zapach pościeli po nocnych igraszkach, chrapankach, pierdunkach.

    No teraz może i przesadziłam, ale niech mi nikt nie mówi, że kontroluje się podczas snu.

    Miałam znajomą, która uwielbiała podaną kawę do łóżka, przez jej męża. Czasami z różyczką dla potwierdzenia swoich uczuć.

    Różyczka jak najbardziej, miłe byłaby widziana. Gorzej z tą kawusią.

    Chciałabym zaznaczyć, że receptory węchu, mam nad wyraz wyczulone, delikatne, nic nie przejdzie …. mojej zapachowej uwadze.

    Więc….

    kawusię wypiłam przy kuchennym stole, zagryzając kanapeczką.

    Zdecydowałam się odwiedzić sklep ogrodniczy. Pierwszy raz w tym roku. Odciągałam wizytę, kwiaty tam sprzedawane są już w pełnej krasie. Moje na moim “polu”, wciąż jak zaczarowane, przeklęte, zaklęte, zapomniane.

    Każdego poranka, jeszcze przed kawcią, wychodzę na poletko zaglądam, oglądam, mogłabym podglądać przez szkło powiększające i mierzyć (żartuję😁) ile podrosło, urosło, a może przeoczyłam kwitnięcie.

    Poszalałam w ogrodniczym😁. Posadziłam!

    Teraz u mnie kolorowo. Mogę odpuścić obchód poranny “pola” i spokojnie czekać i pozwolić rosnąć kwiatom, zgodnie z ich kalendarzem.

    Kiedy już słoneczko chyliło się ku zachodowi, wyszłam z MM i pieskami na spacerek. Niektórzy sąsiedzi jeszcze pracowali na zewnątrz. Kosili trawkę, przycinali rosnące przy ulicy krzewy i drzewa, dmuchali gałązki i skoszoną trawę. Pozdrawialiśmy ich a z innymi zamienialiśmy kilka zdań.

    Pieski zmęczone spacerkiem padły, a ja obejrzałam film “What they had”.

    Nie polecam osobom młodym. Nie polecam zdrowym seniorom.

    Obejrzałam i zrozumiałam jeśli można powiedzieć, że zrozumiało się jak postępować z osobą chorą na aizhaimera.

    Wprawdzie w mojej rodzinie choroba ta nie występuje, ale …pokazana jest starość.

    Nic przyjemnego, kiedy dorosłe dzieci chcą “pomóc” nie mając zielonego pojęcia o starzeniu się, starości i ….

    Zmieniam temat..

    Miłej słonecznej niedzielki😁☀️☀️☀️