ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!

  • Kiedyś gdzieś czytałam , że kobieta w pewnych dniach nie powinna piec ciasta. Od kiedy się nauczyłam, piekłam i bez znaczenia był dzień, wychodziło i zajadaliśmy się wszyscy w rodzinie.

    Dziś, aby czymś się zająć, postanowiłam upiec bułeczki drożdzowe z nadzieniem. Nadzienie to dżem z pomarańczy. Słodziutki i o dobrej konsystencji.

    Najpierw składniki przyszykowałam i powolutku je łączyłam ze sobą. Wygniatanie w maszynie na wolniutkich obrotach. Nic innego, wszystko jak zawsze. No może te obroty trochę przyspieszyłam. Później wydawało mi się,  że są za wolne,  ponownie podkręciłam.

    Ciasto jak ciasto. Nie było zbyt puszyste jak zwykle ale i nie kamienne. Pozostawiłam na godzinkę do wyrośnięcia. Zajrzałam ani drgnęło. Zostawiłam na następną i następną godzinę. Podrosło. Nie było wysokie ale podrosło.

    Bułeczki podeszły, również. Z tym, że ciasto wciąż, nie nabrało puszystości.

    Upiekłam piękne bułeczki. Tylko jest jedno ale… to nie zakalce nawet, to ciasto jakieś takie jakby zaparzone zostało. No nic, syn przyjechał, to mu dałam, bo samkowały. MM też pochwalił, że dobre. Osobiście zjadłam jedną całą bułeczkę i połowę. Nie mogłam upchnąć całej drugiej. To nie moje smaki.

    Jednym słowem, w stersie nie warto nic piec, gotować, może sprzątanie wyjdzie. Chociaż to też nie jest pewne, można coś pobić, połamać.

    Po wieczór wyszło słoneczko, aby za godzinę zacząć chować się za drzewami. Cieplutko się zrobiło i tulipany wysunęły dłuższe łodyżki, a na ich końcach kolorowe główki. Jeszcze dzień, jeszcze dwa i tulipany się rozwiną. Będzie pięknie, kolorowo, wiosennie i radośnie.

     

     

  • Dziś nowy dzień.

    Nowe spostrzeżenie na świat.

    A świat jest piękny.

    U mnie pada.

    Szyby mokre od deszczu.

    Deszcz zmyje łzy.

    Ja nie placzę.

    To deszcz, to deszcz pada.

  • Wiele bajek, nowel, wierszy, napisano na temat MATKA. Opisywane są dobre, miłe, serdeczne, kochające i zawsze uśmiechnięte matki. Mimo (1000 tysiąca) wykonywanych zajęć w ciągu dnia, mimo niejednokrotnie bólu fizycznego, “muszą” być uśmiechnięte. Zawsze opatrzeć, zdarte kolano, podcięty malutki paluszek u swego dziecka. Na paluszek jeszcze przyłożyć  buziaczka. Pomimo bolącego kręgosłupa, musi się schylić.

    Co za mity!!!

    Nasze matki pracowały w polu, fabryce, aptece, szpitalu, urzędzie, sklepie na składzie węgla …. nie zawsze miały chęci do uśmiechu, nie zawsze miały siłę nagiąć się nad dzieckiem i je przytulić. Po ciężkiej pracy zawodowej  ( prace na wyższych stanowiskach w tamtych czasach były zarezerwowane dla płci brzydkiej)odebrać dziecko ze żłobka, przedszkola, szkoły. Ugotować obiad, poprać, posprzątać. Oczekuje się od mam, aby były jak herkules i spiderman. Wszystko potrafi zrobić i jest niestrydzona.

    Przecież, nasze mamy miały też marzenia, również były młodymi kobietkami.

    Chciały kochać i być kochanymi.

    Nie raz płakały w poduszkę, że coś nie idzie po ich myśli, coś znów się nie udało, zabrakło pieniędzy na masło, wędlinę czy ser, że dziecko dwójkę ze szkoły przyniosło. Pomoc w szkolnych pracach domowych przewyższała ich edukację. Nie każda matka zdołała wykształcić się w okresie wojennym lub powojennym.

    Nie każda matka była naukowcem jak Marie Skłodowska Curie.

    Nie rozumiałam, dlaczego moja mamusia jest ciągle zmęczona, nie ma czasu pobawić się, jeśli…to przez chwilę i znów gdzieś biegła.

    A pracy miała jako “niepracująca” kobieta na cały dzień. Zaczynała od rana. Rozpalała w piecu – gotowała śniadanie. Nie raz jej mleko “wybiegło”. Pachniało naleśnikami lub placuszkami. Musiała dopilnować porannej toalety u dzieci, ubrać, nakarmić. Postawieniena na piecu dużego kotła do wygotowania pościeli lub bielizny lub ugotowania jedzenia dla świń było wielkim wyczynem. To był wyczyn na miarę mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. Po wielu latach tatuś kupił parnik. Nakarmienie domowej zwierzyny: kury, świnie, indyki, króliki to też zajęcie i duży wkład w budżet domowy. Prace w ogrodzie zaczynały się od wczesnej wiosny, kopanie, sianie, sadzenie, pielenie, zbieranie, magazynowanie, zimą przebieranie. Każdy dzień podobny był do dnia. Jeśli jednego dnia nagotowała podwójną porcję dla świń, miała czas na pielenie ogrodu lub pójście do lekarza z dziećmi lub samej. Po nocach szyła, na drutach robiła. Wieczorami gotowanie wody na kąpiel. Sprawdzanie umytych uszu, nóg i innych części ciała.

    A gdzie pranie w balii na tarze?

    Przykrywała pierzyną z której pióra zawsze uciekały w dół pierzyny,  do nóg. Czasami siadała na brzegu łóżka i opowiadała bajkę. Zasypiała na siedząco.

    Ja natomiast zasypiałam patrząc w światło nocnej lapki palącej się nad maszyną do szycia. Światło powoli się rozmywało, a dźwięki pracującej maszyny do szycia, usypiały.

    Przytulałam się do mamusi najczęściej do nóg, kiedy była w bezruchu. Wtedy to, mieszała w jakimś kotle lub smażyła naleśniki, placuszki. Nie pozwalałam się jej ruszyć, podnosiłam głowę do góry zaglądając w jej oczy. Śmiała się.

    Za chwilę już musiała wybiec, po drzewo, węgiel, nasypać kurom …..

    Oczywiście, że chciałam mieć mamusię jak z bajki, że nawet jak idzie nakarmić świnie to ma na nogach ładne pantofelki, sukienkę powiewną w różnorodne kwiaty  i piękne rozpuszczone włosy.

    To były marzenia …kochałam ją taką, jaką miałam. Na mamusi 40-te urodziny, pokryjomu z pomocą koleżanki z ulicy i jej mamy, upiekłam ciasto. Moja mamusia nigdy nie pamiętała o swoich urodzinach. Postawiłam ciasto na stole, porosiłam mamusię do pokoju. Jakie było jej zdziwienie i radość. Tą radością zrobiła  mi ogromą przyjemność. Chciałam, żeby była taka zawsze.

    Była, tylko ja dorastałam, już nie miałam czasu na zaglądanie w oczy i przytulanie. Teraz ona musiała mnie złapać, w korytarzu i szybko spytać…czy wszystko dobrze.. i już mnie nie było. Byłam dzieckiem nieposłusznym ale…bardzo kochającym swoich rodziców.

    Święta były świętami, dni uroczyste były jakimi powinny być. Zawsze czysto i ładnie ubrane córki, zawsze najedzone, nigdy nie szydzone. Nauczono nas (trzy córki) szacunku do siebie i innych.

    Moja mamusia nie miała łatwego życia, mieszkaliśmy w mieście wojewódzkim we własnym domu (murowanym). A że nie pracowała zawodowo, zajmowała się domemi i całym gospodarstwem.

    Byliśmy wzorem do naśladowania dla całej dzielnicy.

    Co z nami (mamusią i 3 córki) się stało. Gdzie współczucie, zrozumienie i pomoc.

    Miłość? Miłość zeszła na margines.

    Obgadywanie, pomawianie, oskarżanie i wielka nienawiść wkradła się do naszej normalnie funkcjonującej rodziny.

    Zapomniałam o wszelkiej dobroci, oddaniu i miłości mojej mamusi.

    Zapomniałam co było dobre, zaczęłam przypominać co złe.

    Nakręcona przez siostry wyparłam dobroć, zaczęłam karmić się złem i złością.

    Ta złość znalazła cel…MAMUSIA.

    Oczywiście, mamusia nie była bez winy, oskarżała wszystkich o kradzieże…pieniędzy, bluzek, serwet…

    Pomówienia zmusiły młodszą siostrę do przyprowadzenia do mamusi psychiatry. Mamusia o przyjściu lekarza nie została poinformowana. Lekarz po rozmowie i testach, wykluczył demencję i alzhaimera. Podobno mamusia na pytania odpowiadała logicznie i treściwie.

    Mamusia posiada ipada poprzez którego łączy się ze mną i starszą córką, na skype. W jakimś momencie starsza zaczęła mamusię namawiać…nie przyjmuj leków bo ciebie chcą otruć, jak nie chcesz jeść – to co oni robią – to wylewaj lub wyrzucaj, zamykaj się na klucz, nie musisz się myć, jak to nie wiesz kto ci to wszystko kradnie?, nie wpuszczaj nikogo…….

    Szwagier podsłuchał raz, a za drugim razem nagrał taką rozmowę i mi przesłał. Włosy na głowie się zjerzyły.  W tych rozmowach było wszystko i ja, moje dzieci, ….wspomnienia z młodości młodszejszej siostry jaka to ona była rzekomo puszczalska, bagno z gnojem. Mamusia nie zaprzeczała oskarżeniom i pomówieniom starszej.

    Porozmawiałam z mamusią ale…nie przyniosło to żadnego efektu.

    Moje kontakty na skype z mamusią ograniczyłam do jednego na 2 tygodnie.

    Miało to pomóc, ale skutek był nie do przewidzenia. Starsza bombardowana przez mamusię opowiadaniami, zaczęła na nią krzyczeć.

    Młodsza natomiast, zaczęła szukać u mamusi choroby psychicznej , mimo że lekarz wykluczył. Zaczęła zmuszać mamusię do jedzenia, sprzątania, prania, dokładniej pilnować…..no i oczywiście mamusię przedemną oczerniać, obmawiać. To już mi przestawało się podobać. Uważałam, jak nie chcesz to nie pomagaj, tylko choroby psychicznej się nie doszukuj.

    Młodsza nie przestawała….

    -co jadłaś, ile zjadłaś, tabletki wypite czy nie, gdzie chodziłaś, co robiłaś, z kim rozmawiałaś, czemu jeszcze nie ubrana, dlaczego leżysz, jak się czujesz, może zawiozę do lekarza, dlaczego nieporządek w szafach, ja ci posprzątam, jak nie chcesz to siłą, kiedy się myłaś, dlaczego wczoraj a nie dzisiaj….

    Mamusia wypuchła jak bąba atomowa… Młodsza zaczęła ponownie doszukiwania się choroby psychicznej. Rozmowy ze starszą wciąż były nagrywane.

    Zaczęłam się zastanawiać. O co w tym wszystkicm chodzi?

    Młodszą ponformowałam, że na umieszczenie mamusi w psychiatryku to musi mieć zgodę lekarza i ja na nic takiego pozwolenia nie daję. Powiedziałam aby mamusię zostawiła w spokoju.

    Wpadła też, na fantastyczny pomysł, musimy się we trzy spotkać w Polsce i zrobić remanent w mamusi, szafach, półkach i “skarbonce”. Trzeba wiedzieć, co gdzie leży i ile ma pieniędzy. Odpowiedziałam, że nie podzielam jej pomysłu i nie zgadzam się robić “porządków” w mamusi szafach. Jeśli mamusia ma bałagan to ten bałagan jest mamusi,  a nie jej.

    Młodsza nie rozmawia z mamusią, mamusi nie odwiedza. Mamusia daje świetnie radę.

    Po odsłuchaniu następnego nagrania chodziłam jak bomba, tylko wybuchnąć i zmieść wszystko z tej ziemi.

    Ipad się zbuntował, ale mamusia nie maiałaochoty nikogo prosić o naprawienie. Młodsza nie chce się podjąć naprawy. Toż sama tego nie zrobi bez mojej pomocy.

    Po tej stronie globu, prawie nie uklękłam na kolanach prosząc młodszą o pomoc przy naprawie ipada. Ipad jest przypisany do mnie i ja posiadam wszelkie niezbędne uprawnienia. Prosiłam nawet nie w imieniu matki, tylko aby mamusia miała jakiś kontakt ze światem poprzez skypa. Jaka matka jest, to jest, ale potrzebuje w  tej chwili pomocy, w naprawieniu ipada. Szwagier poszedł po ipada.

    Ponad 3 godziny spędziłyśmy na naprawę.  Ja przed laptopem, ipadem i iphonem za oceanem,  młodsza siostra nad ipadem po drugiej stronie. Pokazywałam instruowałam. Gdzie przycisnąć, jak długo trzymać. Co ma być na ekranie, jakie ikonki. I od początku i ponownie…… Udało się. Szwagier zaniósł naprawionego ipada do mamusia,  ale nie usłyszał  od niej żadnego …dziękuję.

    Byłam zła, wściekła… to poświęcam jej tyle godzin i nic …nie ma dziękuję?

    Zadzwoniłam do mamusi, już dziś nie pamiętam. Krzyczałam coś w rodzaju…jaką ty jesteś matką…wszystkich nienawidzisz…co ty sobie myślisz…jak nas nauczyłaś to takie masz córki…ja ci serce oddałam bo ciebie kocham a ty…..nie potrafisz nawet podziękować !!!!!!!!!!!!!!!Tego mojego krzyku i pretensji było bardzooo dużo…

    Rozłączyłam się.

    Nabrałam powietrza w płuca.

    Wtedy zrozumiałam!!!!

    Jaką to ja jestem córką. Jaką córką trzeba być, żeby tak do własnej matki się odzywać i wrzeszczeć.

    Kto mi dał prawo krzyczeć na swoją matką. Czy przyjemnie byłoby mi, żeby moje dzieci tak się do mnie odzywały i krzyczały? A przecież wychowywałam dobrze, najlepiej jak umiałam.

    Kim jestem, że tak postępuję? 

    Co ty Krysia robisz?

    Nie ma żadnego dla ciebie tłumaczenia!!! Że pod wpływem nagrań, pod wpływem relacji?

    Bardzo żałuję, że nakrzyczałam na mamusię, używałam słów, które nigdy nie powinny wyjść z moich ust. To nie były słowa wulgarne, ale to nie oznacza, że mamusię nie zabolały. Słów wypowiedzianych już się nie zawróci, nie zbierze się jak liści i spali lub do śmietnika wrzuci.

    Tak. Dałam się wkręcić, jak w maszynkę. Znów mnie przeżuli i wypluli.

    Wczoraj zadzwoniłam do mamusi. Dzwoniłam cały dzień. Nie odbierała telefonu, nie odbierała skypa.

    Dobrze wiedziałam jak się czuła w nocy, napewno płakała. A płacze nie pierwszą i nie ostatnią noc.

    Odebrała wieczorem. Była u sąsiadki.

    Przeprosiłam mamusię za wszystki zło jakie zrzuciłam na jej barki. Za wypowiadane złe słowa. Przepraszałam za to, że dałam znów się wkręcić, a tak naprawdę, nie wiem kto ma rację w ich (polskich) stosunkach, a kto nie ma. Tym razem wypowiedziałam wiele, bardzo wiele dobrych słów.

    Płakała mamusia, płakałam i ja.

    Mamusia podziękowała mi,  za moje przeprosiny i zrozumienie. Porozmawiałyśmy od serca. Tak jak dawniej.

    Zrozumiałam…

    Chciałam mamusię zmienić, według nawet nie mojego wzorca,  a wzorca młodszej siostry. Żeby mamusia jak bezwolny robot, wykonywała wszelkie polecenia młodszej. Żeby poddała się bezwarunkowo, woli młodszej córki.

    Prawdą jest, że gdyby żył tatuś to do takiej sytuacji by nie dopóścił. Mamusia jest w tej chwili sama. Młodsza jest nieustępliwa i nie odwiedza mamusi, mimo że dzielą korytarz. Rozumiem i nie rozumiem, ale ja ustąpiłam, ja nie chcę już tak dalej żyć i postępować. To nie jest dobre dla mojej psychiki. Nie jest dobre dla mamusi. Nie chcę żeby płakała i cierpiała i nie ważne z jakiego powodu. Musi mieć w kimś wsparcie,  bo w przeciwnym razie jej życie straci jakikolwiek sens.  Ustąpiłam mimo, że w ogromnej mierze nie zgadam się z postępowaniem i zachowaniem mamusi.

    Nie wolno żyć w takiej nienawiści, niechęci i braku szacunku do drugiego człowieka. Ile jest ludzi tyle poglądów na jedną jedyną sprawę. Nie przekonamy nikogo do swoich racji pod wpływem gniewu. Nie przekonamy też nikogo, do swoich racji pod wpływem dobroci. Jedyne wyjście wycofać się i przemilczeć. Co nie oznacza, że poddaliśmy się. Nie wywiesiłam białej flagi, ale też nie będę już walczyć. Trzeba zrozumienia i szacunku dla poglądów innego człowieka.

    Pięknie brzmi, łatwo klikać w klawiaturę,  nie zawsze i nie wszystko jest realne. Wiem, że postąpiłam prawidłowo.

    I tego będę się trzymać.

    Jestem dobrym człowiekiem, wyrozumiałym i rozumiejącym drugiego człowieka. Tylko….nie rozumiem swojego wybuchu, nie rozumiem siebie..dlaczego daję się wciągnąć w jakieś igraszki. Chcę pomóc ale zapominam, że pomagając jednym, mogę skrzywdzić drugiego człowieka.

    Gdzie podziała się moja mądrość, dobroć, cierpliwość, zrozumienie,  rozsądek i logika?

    Gdzie JA w tym czasie byłam.


    Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej zaczynam rozumieć. 
Ludzie w wieku produkcyjnym, chodzą do pracy. Każdy pamięta 
lub ma to na co dzień. Toczą się dyskusje o zachowaniu, męża, 
siostry, dziecka lub kogoś z rodziny. To jest normalne, 
chcemy poznać inny pogląd lub zdanie na zachowanie, 
postepowanie kogoś z kim jesteśmy w związku rodzinnym, 
sąsiedzkim, towarzyskim. Niejednokrotnie trafi 
na "tapetę" ktoś z nami współpracujący, z innego pokoju 
lub boksu. Jeśli boks to aby wymienić się "informacjami" 
musimy sie nachylić i poszeptać. Nieszkodliwa wymiana 
zdań poglądów czasami przybiera formę obgadywania, 
plotkowania. 

W domowych czterech ścianach, również prowadzimy "rozmowy" 
na temat sąsiada, sąsiadki lub ich dzieci. Po każdej 
świątecznej wizycie ... zwróciłeś/aś uwage jak ona/on 
był ubrany? mają niewychowane dzieci, śmiesznie się 
zachowywał/a itp. 
Moja młodsza również, omówiła sprawę zachowania mojej 
mamusi w swoim biurze. "Orzeczono", że stara, chora, 
trzeba leczyć, psychiatra, demencja itd. Ja też omówiłam sprawę 
z MM. .... stara, co sobie myśli, 
potrzebuje pomocy, nie chce przyjąć .... 

Tylko jak mamusia zaczęła "omawiać" zachowanie moje, 
mojej rodziny, to się wzburzyłam. Młodsza się wściekła 
jak usłyszała, że jest tematem rozmów mamusi ze starszą. 
Więc z tego by wynikało...nam wolno ale jak mamusia 
to robi, to jej nie wolno. 
I gdzie jest sprawiedliwość. Szwagier podsumował 
i ja zawtórowałam...starej nie wypada... 

Teraz się zastanawiam...młodym wypada?... 

Mamusia jeśli obgaduje to robi w swoich czterech ścianach, 
a podsłuchiwanie, nie jest dobrym zwyczajem. 
Mamusia inego życia towarzyskiego nie prowadzi. 
Do pracy nie chodzi. Męża też nie ma. Jedyne co może mówić 
o swoim życiu codziennym to widok z okna - się nie zmienia. 
Tv- ten sam program, polityką się nie zajmuje. 
Przekazuje informacje pobrane od jednej córki dla drugiej, 
czasami niedosłysząc i przekręcając. 
Mam nadzieję, że sytuacja się nie pogorszy. Na pewno nie polepszy. 
Dwa razy naprawiłam sytuację,teraz nie zrobię tego. 
Wolę aby młodsza do mamusi nie chodziła i jej porządków 
w szafach nie robiła, prania i układania też nie. Później 
śmiać się, że stare gacie itp. bez wiedzy mamusi 
wyrzucać na śmietnik. 
Będąc w Polsce robiłam mamusi pranie, no niestety były i stare gacie. 
Nie zdecydowałam się na selekcję prania. 
Nie moje, więc nie ruszalam. Oddałam wszystko wyprane i poskładane. 

Człowiek starszy przyzwyczaja się nawet do starych gaci, 
nowe są nowe - gumka ciśnie, materiał inny, przyciskają, 
swędzą, jednym słowem do wszystkiego co nowe trzeba się przyzwyczaić. 
Mamusia już przyzwyczajać się, nie chce. 

W tej chwili, rozumiem więcej. 

Pewnie, że boli mnie ta sytuacja ale wpływu nie 
mam na postępowanie moich sióstr.
Swoje postępowanie zmieniłam. 
 

Kocham swoją mamusię i jej takiego, obecnego życia współczuję.
  • Dziś po pracy nie polecę na skrzydłach do domu, bo MM czeka. No nie czeka, pracuje przy komp, podświadomie czeka.

    Od wczoraj coś między nami iskrzy. Mamy newralgiczny temat…moje dzieci… Konkretnie to oznacza tylko moje, nie jego dzieci. Od momentu przyjazdu do stanów mego syna, jest tylko krytyka, czepianie się, wywracanie oczu pod czaszkę.

    Jestem w tej chwili surowa w ocenie, tak czuję i to są moje odczucia.

    Żenił się: wiedział o dzieciach. Sponsorował, więc?

    Nic nie ukrywałam.

    Pierwsze oświadczyny odrzuciłam. Nie było moim marzeniem, wychodzenie zamąż. Nie ważne chińczyk, niemiec czy amerykanin.

    Nie chciałam. Byłam ja i moje dzieci. Było mi dobrze. Gdzieś tam…w świecie krążył mój ex.

    Nie oczekiwałam drugich oświadczyn.

    Przyleciał syn….

    Gdyby nie był taki grzeczny to bym go wypier…ł. Brzmi to w moich uszach i będzie brzmiało, zanim starość rozum odbierze.

    Syn usłyszał te słowa, w progu swojego pokoju. Kilka dni wcześniej skończył 18lat. Był w cudzym kraju, bez kolegów i swojej matki nie widział w sumie 5lat. Dla mojego dziecka byłam obcą kobietą. Byliśmy na początkowym etapie poznawania.

    Spytaliśmy z synem… jak się powinien mój syn do Ciebie zwracać… może tato?…

    W nerwach mój MM wykrzyczał w moją stronę ….jaki ja jestem dla niego ojciec?!!!!!!…

    Szukałam jakiejś nici porozumienia MM i mój syn. Coś co ich zbliży. Właściwie MM miało zbliżyć do mego syna. Mój syn był otwarty na wszelkie porozumienia.

    Próby się nie powiodły.

    MM nie pozwolił mi zbliżyć się do swoich córek.

    MM “pobudował” mur.

    Ja “pobudowałam swój”.

    To twoje dzieci, to moje dzieci, a tutaj jesteśmy my.

    Nauczyłam się tak żyć.

    Tylko, i teraz łza się w oku kręci, chciałabym porozmawiać i pocieszyć się z sukcesów moich dzieci, posmucić się z ich porażek, bo i tak bywa.

    Jestem sama!!!! Sama się cieszę, sama się smucę, sama niepokoję.

    Zrobił głupio bo jego córki miały by, tak jak my, ty mamuś, jak kochasz to kochasz całym sercem…po przylocie i obserwacji sytuacji, moja córcia stwierdziła.

    Jeśli MM opowiada o swoich córkach, nie oceniam, nie krytykuję. Namawiam do pomocy kiedy on jest przeciwny, a one tej pomocy potrzebują.

    Ja takiego zrozumienia nie otrzymuję od MM, więc milczę.

    Czasami MM coś zauważy i leci krytyka.

    Jestem zmęczona 12 letnią krytyką moich dzieci.

    Nie miałabym nic przeciwko gdyby… jego dziewczyny były wzorem dla moich dzieci. Ale palenie marychy i jedzenie ciasteczek przy ojcu, to uważam, że nie tędy droga.

    Bicie się matki z dziećmi – to porażka dla matki. No cóż, exowej MM od nadmiaru kasy, mózg zamienił się zgniłe siano.

    Niedokończona szkoła u jednej córki. Skończona u drugiej lecz … kierowca w Uberze to nie jest marzeniem moich dzieci. Moje dzieci mają ukończone collage, studiują na stanowym uniwersytecie. Mają inne priorytety.

    Między moją córcią a MM najstarszą jest 5 lat różnicy.

    Tak, jestem zła i wściekła. Nic mnie nie ciągnie do domu.

    Siedzę w pracy i się nie spieszę. Nie chcę, rozmawiać o pogodzie i udawać, że nie ma problemu.

    Problem był i jest, można było go ominąć. MMa swędziała buzia, od piątku pracuje w domu o te kilka dni za długo.

    Nie ma łatwego charakteru. Pracowałam nad nim ale już passuję. Nie chcę już nad MM pracować. Niech sam zastanawia się co mówi i jak się zachowuje.

    Spójrz w okno, tutaj jest ameryka, tu rozmawia się po angielsku – nie raz i nie dwa, słyszałam.

    Nie trzeba było żenić sie z polką, z amerykanką powinieneś – odpowiadałam.

    Po polsku będę rozmawiać z dziećmi i wcale nie na przekór, jest wygodniej i nie chcę aby MM rozumiał.

    Nikt MM nie obgaduje bo, sprawy małżeńskie są sprawami małżeńskimi i nie podlegają dyskusji w relacji matka-dzieci.

    Nie spieszno mi do domu i tak myślę, pojadę po zakupy. Poszukam bieżnika na komodę do sypialni. Może znajdę ładną lampę stojącą.

    Oczywiście MM będzie się niepokoić. Dobrze mu to zrobi. Jeśli bym pierwsza umarła, to pies z kulawą nogą go nie odwiedzi. Może moje dzieci. Dobrze wie, że jego dziewczyny są tylko wtedy, kiedy chcą kasy.

    Pewnego roku dostały kasę przed MM urodzinami. Na urodzinach się nie pojawiły. Ja z moimi dziećmi stawaliśmy na głowie aby jego rozweselić.

    Czy to jedno takie zdarzenie? NIE.

    Kocham swego męża. On też mnie kocha. Dogadujemy się. Czasami jest tak jak opisałam.

    Jesteśmy z różnych krajów, środowisk, rodzin. Najgłówniejsze! On facet a ja kobieta.

    I jak to wszystko pogodzić, aby lis był syty i kura cała.

    Szkoda czasu na rozgrzebywanie. Kwoką nie jestem, złotego jajka nie zniosę i złotego ziarenka nie znajdę.

    Muszę opracować plan.

    W pracy długo siedzieć przecież nie mogę.

    Nie jestem z tych kobiet co łazi po sklepach bez celu.

    Kupię bieżnik – załóżmy. Zajadę na kawę i co dalej.

    Będzie około 5pm.

    Tak czy siak, przyjdzie czas powrotu do domu.

    Mówią: nie ma chatki aby nie było zwadki.

    Gorzej jest, jak ze zwadki robi się wojna i za sztachety chwytają.

    A mój płot jest ze sztachet!!!!!😁


    Update 30/11/2021

    Stosunki MM – mój syn. Nic się nie zmieniło.

    MM – moja córcia. Komentuje i ocenia moją córcię. Swoje dziewczyny stawia na piedestał.

    Jego córek nie krytykuje, nie oceniam. Jestem w każdej chwili gotowa do pomocy.

    MM – JA, jestem zmęczona. Z przybywaniem lat, przybywa braku kultury.

    Więcej milczę.

    Chodzę na terapię. Muszę z kimś pogadać, MM płaci i łaski nie robi w końcu to przez niego mam problemy.

  • W ameryce mało kto posiada  firanki w oknach. Jeśli zasłony to ciężkie podwójne, chroniące dom przed przegrzaniem. Przeważnie żaluzje.  W moim domu lekkie zasłonki posiadam tylko w sypialni. To są  zasłonki dekoracyjne przykrywające żaluzje. Lubie po przebudzeniu spojrzeć na coś ładnego i miłego. Wtedy cały dzień jest przyjemniejszy – przynajmniej ja tak uważam.

    Zasłonki które wisiały, kolorystycznie się nie zgrały z moim nowym nakryciem na łóżku. Wiele dodatków muszę teraz wymienić ale to powolutku bez pośpiechu. Do Wielkanocy zdążę.

    Wyjechaliśmy z MM na późniejszy lunch. U mnie w głowie już powstał misterny plan. MM pyta gdzie jedziemy a ja…myślę jaki będzie tam sklep do którego mogłabym wpaść i zakupić zasłonki.

    No tak też się stało.

    Kupiłam zasłonki i MM jeszcze mi doradził!!!!Kolor koralowy.

    Teraz będzie czas na dokupienie obrazów, na stoliki nocne podkładek. Na moją szfkę bieżnika. Tylko o jakim kolorze to już nie mam pojęcia.

    Tak małymi kroczkami, urządzę sypialnię. Kolorystycznie nową i wiosenną


    Update 30/11/2021

    Obecnie sypialnię przystroiłam w kolorach świątecznych.

     

  • Córcia tym razem spała w hotelu The Mirage przy S Las Vegas Blvd. Spała długo. Przed sobą miała 16 godzin zwiedzania. Musiała być wypoczęta. Postanowiła wracać w nocy do domu. W poniedziałek musi być w pracy, a więc, w miarę wypoczęta. Zostawiła torbę na recepcji i udała się …w miasto. Tym razem jej nie towarzyszyłam, jedynie od czasu do czasu śledziłam. Gdzie jest i co tym razem zwiedza. Zwiedziła dużo, podobno porobiła mnóstwo zdjęć. Mówiła że, nogi odpadają. Zatrzymywała się w kasynach. Troszkę pograła i przegrała. Obserwowała grających ludzi i również przegrywających. Nie dał się słyszeć dźwięk oznajmiający wygraną,  płynący z maszyny grającej, ani też okrzyk radości. Jakiś czas nie komunikowałyśmy się, widziałam że, jest wciąż w kasynie. Więc, spytałam…córciu, czy wponiedziałek ja muszę iść do pracy?….

    Odpowiedź….hahaha, trzeba….

    Ot, nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. 😪😁😁😁😁😁

    No cóż zrobić, pociągnę swoje zwłoki w poniedziałek do pracy. A będzie to ciężki dzień.

    Zanim to nastąpi, to…moja córcia świetnie się bawi.

    Kiedy była głodna zjadła w restauracji a że, nie mogła się zdecydować co wybrać, zamówiła wszystko, na co miała ochotę. Znam swoją córcię, je oczami, z pomieszczeniem jedzonka w żołądku ma trudności.

    Zobaczyła popularną Bellagio Fountains. Zresztą, wszystko w Las Vegas jest ciekawe.

    Sztuczne miasto,  w tym mieście jest NY, Florencja, Paryż z Wieżą Eiffla, Grecja …wszystkiego po trochu. To właśnie jest wspaniałe. Kasyna, sklepy i wszelkiego rodzaju atrakcje przyciągają turystów z różnych stron świata.

    To miasto tętni życiem przez 24 godziny. Tak każdego dnia i bez znaczenia na warunki atmosferyczne.

    Połowa marca – było 24ºC.

    Ja tam byłam wino piłam, grałam i ….. przegrałam.

    Nie można nie zagrać w kasynie, będąc w Las Vegas.

    Jeśli chodzi o…wygrana lub przegrana, to nie jest istotne. Oczywiście to pierwsze by się każdemu przydało ale…prawie nigdy, to się nie zdaża.

    Bo wygrana 90centów nie jest wygraną.

    Wszystkie zdjęcia pochodzą z mego prywatnego albumu.

  • Księżyc świecił pełnią, kiedy się kładłam się do łóżka i świecił, kiedy wyjeżdżałam do pracy. Tylko z drugiej strony domu i niżej.

    Podobał mi się ten łysy tego  ciemnego poranka. Taki czysty i z jaśniejszą obwódką wokół.

    Na trasie luźniej. Samochody jechały w odstępie około 10m. Nikt nie hamował, nikt nie przyspieszał. Monotonna jazda na 4 pasach ruchu. Po drugiej stronie muru autostrady było spokojniej, oni jechali za miasto, my w kierunku miasta. 120-130km/h mknęliśmy sobie jak rzeka, rzadko tak się zdarza. Samchody były jak niekończąca się rzeka,  płynąca szybko lecz stabilnie.

    Z jednej autostrady zjechałam na drugą, tutaj miałam 6 pasów.  Szybko  zerknęłam na księżyc, był i oświetlał drogę. Chociaż reflektory samochodów bardzo dobrze spełniały swą rolę. Na tej autostradzie było luźniej ale tirów było dziś więcej niż osobówek. Jechały do zjazdu na autostradę prowadzącą do NY. Nie lubię wjeżdżać pomiędzy oba tiry. Z prawej i lewej strony lub przodu i tyłu. Tirowcy są nieprzewidywalni. Wielgachne samochody, co dla nich znaczy, taki osobowy samochodzik. Zgniotą i niepoczują.

    Zjazd na trzecią autostradę prowadzącą do downtown, też 6 pasów. Tutaj zawsze robi się tłoczno. Ale 100km/h dało się wyciągnąć. Autostrada prowadzi w strone downtown. Wszyscy lecą wcześniej do biur, każdy chce zdążyć przed zakorkowaniem.

    Nie ma luzu na moich autostradach, godzina nie ma znaczenia. Prawdziwe korki robią się już od 7am do 10am. Godzina spokoju i od 11am do 7pm lepiej nie wyjeżdżać emerytom i dzieciakom z domu.

    W dzień wolny od pracy, staram się omijać autostrady, na ile się da.

    Dziś w pracy byłam już o 6:15am. Cichutko, spokojnie, nikt nie marudził, nie przeszkadzał i nie gadał. Można było pracować.

    Wracałam bocznymi drogami. Ogranicznikami prędkości były światła na skrzyżowaniach. Miałam takie wrażenie że, niektóre czerwone światła paliły się całą wieczność.

    Zatrzymałam się w Starbacks na kawie.

    Porozmawiałam z mamusią na skype. Poinformowałam swoją rodzicielkę, że wstrzymuję pomoc finansową. Teraz starszej jest kolej na, pomaganie. Moją decyzję oparłam na wiadomości o obgadywaniu mnie i mieszanie mnie i mojej rodziny z błotem. Powiedziałam…dość. Kilka lat płaciłam mamusi rachunki za gaz. To nie jest gaz tylko do piecyka kuchennego, ale ogrzewanie mieszkania. W sezonie grzewczym to jest kwota 400zł/miesięcznie. Podobno mam bogatego męża… Tylko MM nic wspólnego nie ma z mamusi rachunkami. To ja muszę zapracować. Więc, poinformowałam, że od następnego miesiąca mamusia będzie otrzymywać faktury za gaz na adres domowy.

    Mamusię poinformowałam również, że… jeżeli starsza nadaje na mnie to przynajmniej by kazała jej zamknąć szanowną gębę… To było moje takie gadanie do słupa. Bo jak dwie osoby lubiące “pogaduszki” się spotkają to potrafią “odmalować” całe miasto.

    Szczerze mówiąc, nie planuję wizyty w Polsce w tym roku, nawet w 90 urodziny mojej rodzicielki.


    Po powrocie do domku, wyskoczyłam na swoje “pole”. Wschodzą tulipany!!!!

    Zielsko nie musi wschodzić ono od razu rośnie.

    Jaka ta natura jest dziwna, co złe to się pleni, przeszkadza innym, a co dobre musi walczyć o swoje miejsce na tej ziemi.


    Update wrzesień 17, 2023

    Od tego dni, kontakty się rozluźniły a mamusię młodsza odłączyła od internetu i telefonu. Dzwoniłam przez te wszystkie, chyba tylko się przekonać, że … no właśnie przekonać się o tym, że nie mam sióstr. Kiedy prezentami, paczkami, dolarkami zasypywałam, było wszystko dobrze. Wredna amerykanka, zbuntowała się i przestała płacić i wspomagać. Chciały mi dać nauczkę.

    Swoje przecierpiałam. Czas mnie wyleczył.

  • Jeszcze w domu, oczywiście wyjazd jak najbardziej się odbędzie.

    Pierwsze co uczyniłam, to jeszcze w pidżamie wyszłam obejrzeć moje rabatki. Nie przeszkodził mi deszczyk.

    Wszystko nie naruszone. Może faktycznie środek odstraszający działa na wiewiórki. Bo deszcz to nie jest odstraszaczem na te szkodniki.

    Okazuje się że, dzięcioł może być szkodnikiem. Upodobał sobie ramę okienną i zawzięcie dziobie. Tylko…co ten ptak wydziobie w plastykowej ramie okiennej. Niech mi ktoś powie. Ma tyle drzew do leczenie wokół, a on dziobie plastyk.

    Dziwne, a może wogóle nie dziwne. Ryby jedzą plastki w oceanach, dzięcioł też chce nadążyć za trendem żywieniowym.

    Głowa ciężka i boląca, tak to deszcz spowodował te dolegliwości. Aby nie cierpieć przyjęłam przeciwbólową.

    Cieszę się, że deszcz pada i jest cieplutko. Moje tulipany i inne kwiatki wzejdą.


    A teraz trochę o pakowanku. Początkowo wzięłam mciutką walizkę. Pomyślałam: 9 dni to nie 90, nie muszę zabierać ze sobą całej szafy.

    Zaczęłam pakować.

    I to sie przyda i tamto też nałożę. Prania robić tam nie będę, trzeba wziąć więcej rzeczy, niż myślę. Pakowałam…maciutka walizeczka nie jest z gumy. Musiałam zamienić na średnią. Bo przecież wielkiej nie wezmę. Chociaż kobiety jadąc na jeden dzień wypoczynku ciągną za sobą DWIE walizy!! Z tym ich ciaganiem to nie do końca tak, że one ciągają, ale widać te ich walizy na wózkach hotelowych.

    Więc, postawiłam średniej wielkości walizkę. Ależ ja mam teraz miejsca!!!

    W między czasie…nałożyłam maseczkę na twarz.

    Ztarłam świeży ogórek i dodałam mąki skrobi kukurydzianej.

    Musiałam tak leżeć 30 minut. Ledwo wytrzymałam. Efekt? Zadawalający. Cera delikatniutka, chociaż i tak nie narzekam ale…trzeba zadbać teraz to, na głęboką starość może nie będą widoczne głębokie zmarszczki.

    Dwa popołudnia (poniedziałek i wtorek) poświęciłam na upiększanie się: brwi i rzęsy, włosy: odrosty i pasemka.

    No trzeba jakoś wyglądać na wyjeździe.

  • lecz jeszcze przed Nowym 2019 Rokiem.

    Przygotowywałam się Świąt Bożego Narodzenia jak na wesele. Cztery bite dni kładłam się do łóżka po północy. Gotowałam i piekłam.

    Pierwszy raz robiłam tort napoleon. Niesamowity smak. Udał się na 100%. Pierwszy raz też piekłam ciasto pomarańczowe, tutaj był niewypał.🍰 Przedobrzyłam, a właściwie zrobiłam wielką pomyłkę, (mogłam zastąpić olej kokosowy olejem np. rzepakowym) oleju kokosowego nigdy nie używałam i nie wiedziałam, że powinnam to coś białego po prostu rozpuścić i zrobić z tego olej. Przy pieczeniu ciekło mi z blaszki i przypalało się w piekarnku. Zapaszek palonego smalcu rozchodził się po całym domku. Nie pomagało wietrzenie. Wycierałam piekarnik papierem, ściereczkami, to coś ciągle kapało,  już później do podstawionego naczynka. W przepisie nikt nie zamieścił informacji dot. użycia oleju  kokosowego. No cóż, nauczka na przyszłość. Należę do uparciuchów. Ciasto pomarńczowe zrobię już w nowym roku.  Nauczka numer 2 – ciasto filo zamiast samej wałkować do białego rana, kupię w sklepie (sprawdziłam jest w Targecie). Ciasto było zbite jak … no nie kamień, ale ciężko się kroiło. Było smaczniutkie bo słodziutkie.

    Bigos, sałatki, surówki, wszelkie mięska na 150%.

    Po złożeniu życzeń, wiedziałam że czegoś zapomniałam. Mimo, że wszystko z listy dań zostało sporządzone, wciąż po głowie mi chodziło… czegoś zapomniałam.

    Zapomniałam!!!!! KUTIE!!!!

    Przypomniałam gdy sprzątaliśmy ze stołu. No jak mogłam zapomnieć, nie wiem. Jakiś czas temu kupiłam nawet łazanki oraz pęczak. Zrobię zaraz po balu sylwestrowym.

    Słodziutkie, smaczniutkie i takie niesamowicie świąteczne.

    Moi goście przychodzili trochę na raty. Ale na otwieranie prezentów zebraliśmy się wszyscy.

    Zawsze obdarowuje gości swoimi daniami i wypiekami, przy pożegnaniu i tym razem też tak było. Każdy dostał wałówę na kilka dni.

    ____________

    UPDATE JAN 7,2024

    Jak ten czas szybko leci, nawet zapomniałam, że zapomniałam o kuti. Ale co tam, mam nadzieję, że wszystko się wtedy udało. Ale, żeby kilka dni szykować Wigilię to już lekka przesada.

  • Przed startem

    I ukończyłam!!!!

    Zmęczona

    Uffff

  • Nowy rok zaczął się bardzo pomysłowo.

    Moje goluśkie nogi wsadziłam w rękawy szlafroka hotelowego, owinęłam się, MM miał bluzę z długim rękawem, którą mi użyczył. Tak opatulona probowałam zasnąć. Ciężko było. Materac, poduszka, kołderka nie moja, myśli krążyły wokół – kto walał się wcześniej na tym łożu, kto pluł na wykładzinę, ile osób, co, jak, kiedy….

    Wypite drinki i tabletka nasenna nie przyszły mi z pomocą.

    Co się tyczy drinków, podejrzewam, że do butelek w których alkohol był przechowywany dolano, jakiegoś rozcięczacza. W domu po dwóch drinkach lub 2-3 lampkach vermutu, w głowie zaczynało szumieć. Wypiłam 4 drinki z rumem, 4 lampki vermutu, ani w głowie ani w nogach.

    Po śniadanku serwowanym w części restauracyjnej, wyruszyliśmy w drogę powrotną.

    Jestem zadowolona, wszystko było super!!!

    Czas na odpoczynek w swoim łóżku pod elektrycznym kocykiem.

  • Dziś lało i wciąż deszcz leje. Grzmi, błyska i tak na zmianę. MM musiał podjechać do sklepu komputerowego, wkorzystałam sytuację i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się aby kupić korę. Po załadowaniu worów, z nieba się lało. Podjechaliśmy jeszcze zatankować. Wiatr wiercił deszczem, dach stacji benzynowej mało pomagał. MM wskoczył do samochodu i ruszyliśmy. Podjeżdzaliśmy do świateł i pickup zrównał się z naszym samochodem od strony pasażera. Nigdy nie zwracam uwagi kto za kierownicą w samochodzie stojącym lub przejeżdzającym obok. Tym razem spojrzałam. Poprzez deszcz który zalewał szyby samochodu młody mężczyzna pokazywał na migi że mamy korek od wlewy benzyny otwarty. Czerwone światło – zatrzymaliśmy się,  zanim MM odpiął past,  młody mężczyzna wyskoczył ze swego pickupa podbiegł w ten duży deszcz do naszego samochodu, zakręcił korek i zamknął drzwiczki. Jego samochód stał od strony pasażera wlew mamy od strony kierowcy, a więc musiał nasz samochód okrążyć. Pomachaliśmy jemu w podzięce. Wskoczył zmoknięty do swego samochodu.

    Miłe zdarzenie, jeszcze są uczynni ludzie, to napawa nadzieją, że z nami ludźmi nie jest jeszcze tak źle.

  • Już jestem zmęczona, zdziwienia nie powinno być. Dochodzi północ a ja wciąż na chodzie. Nie wiem co mnie podkusiło z chlebem na zakwasie. W piątek mam 3 dni przerwy w diecie, może to mnie zmobilizowało.

    Wróciłam po 4 pm, szybciutko postawiłam ciasto chlebowe do rośnięcia. Rosło prawie 6 godzin, długo. W międzyczasie, upiekłam bułeczki mleczne z różanym dżemem, usmażyłam kotlety mielone.

    Niczego nie tknęłam, nic nie spobowałam, chociaż zapachy w kuchni kusiły bardzo bardzo.

    Usnęłam po 1am

    ____________

    Miałam trochę trudności z wstawaniem, mimo że helikopter latał nie tak daleko robiąc niemiłosierny hałas, drzemałam, drzemałam…

    Pękła miejska rura wodociągowa i zapadła się jezdnia, powstało jeziorko, zamknęli pewien odcinek  jezdni. Wczoraj robiąc bułeczki, nie mogłam się nadziwić, że helikopter prawie wisi nad moim domem, nowa droga powietrzna?

    Nagrywali lokalne wiadomości.

    Po powrocie z pracy, brak chęci, brak chęci, brak chęci….

    Na nic nie mam ochoty a myśli krążą wokół MM. Znów jego kolacje są obfite, znów mi powie, że schudł, a przecież utył. Powie że może nie schudł ale i nie przytył. A ja widzę jego pasek od spodni pod  brzuchem i co raz niżej. Nie przyjmuje do wiadomości. Rozmowa nic nie dała. Co raz częściej denerwuje się jak musi się schylić, dwa brzuchy to nie jeden.

    Nie wiem, po prostu nie wiem jak wytłumaczyć. Jak zmusić aby stanął na wagę. Praca siedząca, brak ćwiczeń, jedzenie kolacji w wielkich ilościach, podjadanie orzeszków, rodzynek, ciasteczek.

    Muszę to zrobić bo w bardzo krótkim czasie mogę zostać sama. Pierwsza rozmowa działała tylko przez weekend. Nie chcę być żandarmem w weekend, na wyjeździe sobie odbija, chcę żeby zrozumiał, że to igranie ze zdrowiem.

    Że wysoki ok, ale i 2 brzuchy, o jeden za dużo.

    _____________

    Czasami zastanawiałam się o czym rozmawiają kobiety przez tel, a sama wiszę na tel z córcią 3h a z mamusią tyle samo. Rozmowa o wszystkim, dużo śmiechu, codziennych zdarzeń i wspomnień.

  • Przepiękny dziś dzień. Słoneczko świeci lecz nie parzy. Od rana zajęłam się sobą, włoski ułożyłam, makijaż i paznokcie pomalowałam. Patrząc w lustro nie chcę się wstydzić swego wyglądu. Nic nie planowałam, wyjścia, wyjazdu, nawet prac ogrodowych. Chcę ładnie wyglądać dla siebie, cieszyć się swoim widokiem zanim jeszcze mogę.

    Przez okno spojrzałam na front yard i zdecydowałam zadzwonić do firmy ogrodowej. Skosić i dopatrzyć trawników, korę i igły rozsypać, podciąć krzewy, posprzątać i zrobić ogólny porządek.  Czekam na szacunkową wycenę.

    Mam dość, mam dość zajmowania się ciężkimi pracami i jeśli chcę pożyć dłużej i bez cierpienia, tym bardziej nie powinnam tego robić. Do mnie mają należeć kwiatki, przesadzanie, sadzenie i podlewanie.

    Back yard… to zaraz obrośnie w historię. MM poszukuje firmy która dokończy moje dzieło. Na razie to tylko obiecanki lecz żadnej wyceny nikt nam nie przedstawił. Pozostało niewiele do zrobienia, ja tego robić już nie mam zamiaru. Uzbroiłam się w cierpliwość i czekam.

    Zadzwoniła córcia z zapytaniem, czy możemy podjechać do Costko (potrzebna karta wejściowa). Z i Ivanem zrobili większe zakupy. Wróciłam do domku.

    Firma była pod moją nieobecność, podobno oszacowała to i owo. Umówiłyśmy się na sobotę rano. Niestety nie przyjechała. Za dużo pracy, lenie i to wszystko.

    Każdy chce zarobić ale się nie napracować

  • Najpierw przeszukałam internet. Teraz wiem, że do jubilerów już iść nie muszę. Prześliczne bransolety, które sama bym nałożyła oscylują w cenach 10k$-w zwyż. Na polskich stronach podobnie w zł. Tutaj nie chodzi o to mam czy nie mam takich pieniędzy. Nie kupię tak wartościowego prezentu. Po pierwsze, takie pieniądze otrzymane w gotówce byłyby przeznaczone na inny pilniejszy cel niż bransoleta, która by leżała w szufladzie. Za 1k& nie ma sensu wogóle kupować, brzydkie, tandetne, odpustowe, szuflady szkoda. Siostra kończy 60tkę, a więc pewien etap swego życia będzie miała za sobą, emerytura tuż, tuż, nawet nie będzie miała gdzie nałożyć bransolety za 500zł co mówić droższej. Inwestycja? Nie mnie inwestować w siostrę, ona na pewno już ma poczynione jakieś inwestycje finansowe.

    Dobry pomysł miała moja córcia z prezentem, nie do zrealizowania.

    Czekam na rozjaśnienie umysłu w sprawie prezentu. W najgorszym przypadku, kwiaty i koperta. Gotówka się przyda, wyjedzie na wczasy, opłaci pielęgniarkę po operacji, spłaci ratę kredytu lub … wyda na co będzie chciała.

    Wiem, że opłacę cały rachunek w restauracji. MM zaproponował. Piękny gest z MM strony.

    Kwestia prezentu wciąż otwarta.

  • Sierściuch pojechał. Sprzątam, wycieram kurze, wszystkie szafki i blaty kuchenne wykloroksowałam, odsuwanie kanapy w telewizyjnym, wyjmowanie czegoś między poduchami kanapy,  mycie kanapy (skórzana), mycie ściany przy miskach psich, trzepanie chodniczków, mapowanie. Takie zajęcie nie powinno być wykonywane w niedzielne popołudnie, nie mogę, nie potrafię i nie chcę zostawić sierści, kurzu i ziemi z jardu. Moje pieski chodzą, a jakże, ale to są lekkie psy. Onon ma swoją wagę, biegając po jardzie to tak jaby ją orał.

    Więc, sprzątam, nie ma możliwości abym dziś skończyła.

    Do rana na pewno. Takie sprzątanie nie wchodzi w grę, jutro dokończę.

    Fajnie, środa wolna i domek będzie lśnił i pachniał świeżością, obym miała energię po sprzątaniu cieszyć się tą świeżością.

    Zobaczymy.

  • Poranek.

    Nie jestem marudna. Bo co? Nie chcę aby psy chodziły po sypialni? To jest w tej chwili jedyne miejsce gdzie mogę się schować. Sierściucha MM wszędzie woła, szwęda się po całym domu, ok na dole w siłowni nie był. MM gotowy spać z nim w łóżku, jeśli ma ochotę niech śpi lecz nie ma takiej potrzeby aby mnie ciągle upominać…pogłaszcz, daj mu rękę, pokochaj go….

    Lubię sierściucha i wystarczy, nie chcę być zmuszana do okazywania większych uczuć.  Ot i afera bo poprosiłam o nie wpuszczanie psów do sypialni.

    Psy łażą za MM wszędzie, po wyjeździe czeka mnie wielkie sprzątanie, tego nie rozumie. Bo pies jest najważniejszy …pies tęskni… mam gdzieś psa tęsknotę. Jeśli pies tęskni to niech S. zabiera go ze sobą.

    Tak, mam prawo być niezadowolona. To nie był mój wybór, musiałam zgodzić się, żeby przez weekend u nas był. Miałabym niezadowolonego MM. To byłoby gorsze dla mnie,  niż moje niezadowolenie.  Dziś czuję się w domu, jakbym to ja przebywała tu przez weekend, a nie pies. Onon jest tu gospodarzem, jemu oddano cały dom do dyspozycji. Zresztą, za każdym razem tak jest, kiedy on u nas przebywa.

    Czego oczekuję?

    Żeby chociaż do mojej sypialni MM nie wprowadzał psów i nie robił z tego afery.

    ____________

    Po wszystkim, przy śniadaniu wyjaśniłam, czego oczekuję.

  • Schowałam elektryczny kocyk, flanelową pościel, myśląc o lecie. Mamy lato, na podwórzu już gorąco, w domu chłodzenie, moje odchudzone (nie tak znowu wiele) ciało nie produkuje ciepła, pod kołerką jak na Syberii. Muszę założyć flanelę i okrywać się dodatkowo elektryką. Dwie kołdry, skarpety i ciepła pidżama nie pomaga, niestety. Miałam dłuższe spanko w planach, wolny dzień, sptkanie z Sandrą dopiero 11:30, 20 minut na dojazd, 20 na ogarnięcie się, wystarczy, tak planowałam kładąc się wieczorem do łóżka. 6:45 rano muzyczka smsowa. Syn, córcia i MM mają inne melodie i piosenki. Wybita ze snu nie rozróżniałam, patrzę w ciemnościach na ekranik tel. Synuś pyta co u jego mamusi słychać. Popisaliśmy troszeczkę,  ponownie usnęłam.

    Restauracja w stylu i tutaj musze rzec, nie znam się na stylach, wewnątrz stoliki, gdzieś tam w głębi ukryty stolik. Muzyka nastrojowa. No i wchodzi Sanda!!!!!! Ta sama jak kiedyś, nic się nie zmieniła, nawet wyładniała. Kilka lat temu zrobiła operację plastyczną. Podniosła powieki. Po zabiegu jedna powieka jej całkiem opadła, musiała poddać się poprawce. Wygładziła zmarszczki, podniosła piersi. Byłam tam, widziałam jej cierpienie po zabiegu, zapach opatrunków był straszny. Drapałam jej plecy, pomagałam zmieniać opatrunki. Obecnie wygląda normalnie, noooo zmarszczeczki jakieś tam są, ale …. czego oczekiwać? Że zabieg będzie działał w nieskończoność.?  Wygląda fantastycznie i nie omieszkałam powiedzieć. Spotkanie odbyło się w radosnej atmosferze, bo właśnie takie jesteśmy, szczęśliwe, pomimo że nie zawsze idzie po naszej myśli, jesteśmy szczęśliwe. Zamówiłam kawę, zanim Sandra dojechała i później zupkę pomidorową. Kawa jak kawa, czarna mocna. Zupa?Chyba gorszej nie jadłam. Jak wybrałam tak miałam. Nastrój miejsca niesamowity, więc tam wrócę, z menu wybiorę inne danie.  Opowiadała o występach w NY i Las Vegas, to było dla niej bardzo pozytywne przeżycie. Brała udział w minionym i tym roku w wielu występach taneczno-baletowych oraz konkursach. Miło było patrzeć na jej ekscytację podczas opowiadań o osiągnięciach. Podoba mi sie jej, moja filozofia jak to powiedziała. Czy to moja? nie wiem, kiedyś gdzieś czytałam i w większości stosuję.

    Człowiek ma możliwość wyboru. Wybiera pomiędzy dobrem a złem, szczęściem i nieszczęściem. To czy będzie się dobrze mu działo i czy będzie szczęśliwym, zależy tylko i wyłącznie od niego. Ma też możliwość wyboru przejęcia złości i złych energii od innego człowieka. Przejąć lub zignorować. Przyjmie, jest w ciągnięty w walkę lub grę innej osoby, jeśli zignoruje może obserwować zrzymanie się osoby pozostawionej z jej złą energią.

    Sandra wprost była zachwycona, moimi wywodami.

    Nie ma ochoty czekać na następne spotkanie do sierpnia, ustaliłyśmy spotkania jeden raz w miesiącu. To mi odpowiada i się podoba.

    Wracając zajechałam do sklepów oddać poprzednie zakupy. Spodenki które są za duże, wymieniłam na mniejsze, dokupiłam jeszcze białe. W domku zmierzyłam, wyglądam bardzo dobrze. Zwróciłam też koszyczek ceramiczny na ściereczki, który nie pasował kolorystycznie do reszty moich rzeczy. Kupiłam włoski gliniany garnuszek, nie przepadam za chińszczyzną. Zawsze sprawdzam kraj produkcji. W garnuszku można gotować potrawy w piekarniku. Super.

    Poczułam się głodna, pomidorówki zjadłam kilka łyżek. Wczoraj wyjęłam kaczkę z zamrażarki. W środku kaczki była wątróbka, sece i szyja. W swoim życiu jadłam 2 razy wątróbkę, jeśli trącenie jej widelcem, można było nazwać jedzeniem. Zawsze zapach wątróbki mnie odtrącał. Serca nigdy nie próbowałam. Podroby nigdy nie były jedzone w mojej rodzinie. Smaku płuc nie znam i nie poznam, żołądki kurze jadłam raz może dwa razy. Cynaderki? Toż one przetwarzają mocz, jak to jeść. Ludzie uwielbiają a ja osobiście, nie mam ochoty poznawać ich smaku.

    Kupiona flądra rozmrażała się a mnie żołądek ściskał. Patelnia, olej, maciutka kacza wątróbka i jeszcze mniejsze serducho. Podpiekłam. Talerz i…..zjadłam. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie dobre lub  nie nadaje się do jedzenia. Wciąż jestem na diecie,  maciutkie danie i wystarczyło zaspokoić na chwilę głód. Później usmażyłam cieniutkie filety z flądry. Zjadłam trzy kawałeczki, reszta trafiła do lodówki.

    Córcia zadzwoniła z dobrą informacją, zaliczyła markieting na B, synuś otrzymał B również. Już córcia ma wakacje, chociaż na lato wzięła jeden przedmiot. Synuś ma we wtorek ostatnie zaliczenie i również na lato bierze jeden przedmiot. Przegadałam a właściwie, powspominałyśmy dawne czasy, na tel z córcią 2 godzinki. Szybciutko pojechałam aby odebrać MM z Mart/metra.

    Już nie jestem sama😀😀😀.

    Przebudziłam się o 1:15am. Spać nie mogę, latam po internecie i czytam nowinki i bzdety. Już 3:18am a sen za morzami i górami. Z rana do pracy przecież. Co we mnie wstąpiło, że sen odszedł, nie wiem. Mam cieplutko bo włączyłam kocyk elektryczny, naciągnęłam flanelkę. Problemów zero. MM w domku to i bezpieczniej. Nie rozumiem. Dochodzi 4am muszę sprobować zasnąć.


    UPDATE 29/04/2024                Apr 29, 2024
    Sandry już dawno nie ma. Jakiś czas bardzo ale to bardzo tęskniłam była ze mna w tych trudnych dla mnie chwilach, a ja byłam przy niej w jej radościach i smutkach. Próbowała uczyć mnie amerykańskiej wymowy. Po cichu planowałyśmy, że pojedziemy do Polski, pokażę jej inny świat i inną kulturę.  Nie zdążyłyśmy, niestety. Chociaż ona była z pochodzenia francuską, więc jakby nie było,  również inna kultura od amerykańskiej, ale i od polskiej. Sandra miała w sobie to COŚ, czego nigdy nikt się nie nauczy, bo z tym się rodzi. To jest elegancja nie tylko w ubiorze ale w poruszaniu się, gestach, wymowie, a nawet w siadaniu na krzesło lub zagłębianiu się w fotel. To COŚ miała gdy bardzo cierpiała. Cechowała JĄ również delikatność w sposobie bycia, radość życia i umiejętność przeżywania radości i smutku swoich najbliższych i ja mogłam tego doświadczyć.
    Brak mi JEJ.

    😥

  • Nie ma co ukrywać, z MM śpimy oddzielnie. Jego chrapanie jest za głośne aby zastawić otwarte drzwi do jego sypialni, nie mówię o spaniu w jednym łóżku. Wiele razy przenosiłam się w ciągu nocy do sypialni na wprost lub na dół do gościnnej. Mam tak, że nie zasnę na nowym miejscu. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, mam ogromne kłopoty z zaśnięciem. Kiedy jestem w swoim  domu w Polsce wałkuję książki do 3 na ranem. Wiele razy wyłączam lampkę myśląc, że jest pora na Morfeusza, tylko że on gdzieś odchodzi w ciemnościach, zapalam lampkę powracam do lektury.

    Słyszałam jak MM zszedł na parter i za chwilę słyszę tup, tup takie drobniutkie. W sypialni ciemno ale wiem że to Zima przyszła mnie odwiedzić. Zatrzymała się na holu bo tup tup ustało. Powolutku zbilżyła się do łóżka, nie widzę lecz słyszę. Odezwałam się do niej, oparła przednie łapki o mój materac, pogłaskałam i kazałam zejść do kuchni. Pobiegła. Usnęłam ponownie.

    Podmuchałam paprochy i przygotowałam kącik na śniadanie. Kawcia i becon z MM przy akompaniamencie świergotu ptaszków. Niekończący się repertuar, niezmordowane struny głosowe.

    Dziś wykopię wyschłe i wymarzłe krzewy. Muszę się sprężać od poniedziałku do pracy. Nie narzekam, zawsze cieszę się na powrót do pracy. Coś się dzieje no i przypływ gotówki. Bez pieniędzy jest ubogo, chociaż w zasadzie to ja nic nie potrzebuję. Jedyne to jakiś prezent siostrze na jej 60te urodziny. Myślę o bransolecie z diamentami, jeszcze nie sprawdzałam w jakich cenach. Możliwe że nastąpi zmiana prezentu. Mamusia dostanie kwiaty cięte na 88 urodziny.

    Skrzynkę na listy z obu stron przyozdobiłam większymi odblaskowymi numerkami domu. Na razie będą świecić, z biegiem czasu literki czarne na białym tle blakną i nie świecą już tak intensywnie jak nowiuśkie.

    Przyjechała pani z firmy szafek kuchennych. Wymierzyła, naniosła szkice w swoich papierach, pogadała, dała wizytówkę, uścisnęła rękę i pojechała. Zaproponowala zostawić moją witrynę włocławkową w takim stanie jak jest, rzekomo to jest już antyk. Nie są spotykane a to się ceni. OK. Zostawię. Nie znam się na amerykańskich antykach, zaufam fachowcom.

    Poprzednia firma z HumeDepot zaśpiewała za zrobienie kuchni 50 na wstępie ze wszystkim byłoby tak do 80k. Za taką kwotę można kupić domek z piękną kuchnią, w gorszej dzielnicy bo z multikulti, ale zawsze alternatywa.

    Przyjęłam Zyrtec, tabletki antyalergiczne, leci z nosa, kaszlę i kicham. Wiadomo chemia, bez niej jednak nie da się normalnie funkcjonować na podwórzu. Komarów nie ma, muszki latają też sporadycznie, chemia je wytruła. Wszędzie chemia, jedzenie, powietrze, ziemia, woda i żeby było do rymu, pogoda też.

    Dwa uschnięte lub zmarznięte krzewy puściły zawiązki listeczków, tylko na jednej gałązce co oznacza że część korzeni jest jeszcze do uratowania. Obcięłam gałązki suche krócej i włożyłam do wiaderka z wodą, zamiast do pojemnika na śmieci. Krzew był śliczny. Może da się uratować, muszę zastanowić się gdzie posadzić i pamiętać aby na zimę okryć. Jaka u nas zima, śmiech😀😀😀😀🙃, widocznie i taka zima im nie odpowiada.

    Wykopując suche tuje i krzewy, odkryłam, że one wyschły z jakiejś innej przyczyny niż pogodowych. Ukorzenione bardzo dobrze, trudno było ke wykopać, nasłonecznienie odpowiednie, nie za dużo i nie za mało słońca. Nawadniałam wystarczająco, muszę poszukać przyczyny.

  • Jest popołudnie, zapracowana zapomniałam o śniadaniu i obiedzie. Jedna kawa to za mało i trudno liczyć jako posiłek. Nie mam pomysłu na obiad, jak często można jeść jajka, bekon, ryby, shrimpy, i wszystko akwariowe obrzydło. Coś bym zjadła ale co? Następna kawa i …. cottage cheese wymieszałam z winogronem i odrobiną miodu. MMowi wyjęłam jednak udko kurczacze. Napracowałam się i nie będę miała siły robić sałatki, na kolację zjem kilka pomidorów albo żółtą papryczkę.

    Cieplutki wiosenny deszczyk mnie wygonił i zanim wszystkie narzędzia pozbierałam, wiaderka i worki plastikowe z zielskiem uporządkowałam, przykryłam meble ogrodowe, złożyłam parasolkę, zmoknięta ociekająca kroplami deszczu zauważyłam, że deszczyk ustał. Już nie wróciłam na swoje “pole”. Na dziś wystarczy prac polowych, mimo że słoneczko cudnie świeci i nie jest upalnie. Jutro też będzie dzień, pojutrze również.

    Zeszłam na dół na gimnastykę terapeutyczną. 1,5 godziny ćwiczyłam swoje  ciało i kości.

    No i jak nie wyjść na podwórze, kiedy słoneczko cudne. Wyrywałam zielsko, zbierałam gałązki, śpiewałam, tańczyłam nawet na kuckach. Ot i w takim momencie rozkosznym,  moja córcia zadzwoniła. Rozmawiając przez tel jedną ręką zbierałam resztę gałązek.

    Odwiedziła w szpitalu swoją bossową. Kobieta upadła i złamała biodro. Też tak robię jak ona robiła. Kładę gałąź z jednej strony ma być wyżej i z całej siły stukam stopą  w gałąź, czasami od takiego stuknięcia cała noga boli. Kobieta niestety się przewróciła. Nie będę tak już robić, to niebezpieczne. Córcia w szpitali spędziła ponad 2 godziny, bossowa uczyła ją niektórych spraw księgowo-kadrowych. Córcia była bardzo cierpliwa, wysłuchała całą historię zdarzenia, zabiegu i rehabilitacji jaka nastąpi. To to chyba ma po mnie 😀😀😀.

    Moje ”pole” jest ładnie posprzątane. Jestem zachwycona.
    Cierpliwość  jest towarzyszką mądrości.

     


    Update:

    19 październik 2023

    Córcia przepracowała w pierwszym zakładzie ponad 7 lat, w obecnym ponad 5. Obecny zakład był bardzo pomocny, ponieważ wspomagał finansowo w opłatach studiów MBA. Chciałaby się wspinać po szczeblach kariery, niestety ale zamrozili zatrudnianie nowych pracowników i przemieszczanie się starych pracowników. Jeden raz w tygodniu jeździ do biura. Czasami ktoś jest, czasami jest samiutka. Ale, lunch i napoje są bezpłatnie dostarczane, mimo iż jest tylko jedna osoba w biurze.

  • Usnęłam po 2am, obudziłam się 9:20am – prawidłowo, 7 godzin snu, wystarczająco. Nie mogę zmarnować dzisiejszego dnia, muszę zrobić coś pożytecznego, dla siebie i domu. Pogoda słoneczna, słoneczko wpada przez okno i cieplutko, sprawdziłam na internecie. W pierwszej kolejności zrobię terapię bo zaniedbałam, takiego lenia dostałam. Oj nie dobrze.

    A może tak długo siły regeneruję?  Ciało domaga się odpoczynku, spowolnienia.

    Psince wpóściłam krople do uszka, jest na tyle dobrze, że nie mogłam rozpoznać które uszko chore. Muszę zrobić się na “bóstwo”, położyłam na twarz i szyję, jeden i drugi kremik, poklepałam. Włoski ułożyłam, kolczyki założyłam, naciągnęłam sportowe odzienie i jestem gotowa na kawcię, ćwiczenia i prace na “polu”. Nastąpiła zmiana planów, przed kawcią podmuchałam paprochy, ćwiczenia będą przed pracami “polowymi” i przed ukropem lejącym się z nieba.

    Zmierzyłam spodnie, te które były moją miarką, czuję się komfortowo!!!! Myślę, że dokończę te 11 dni diety i zastopuję. MM zadzwonił jak zawsze i….chyżby już nie jest na dziecie? Mam wyjąć udko kurczaka z zamrażarki, oj oj, tego nie zrobię raczej sałatkę jakąś wykombinuję. O godzinie 9pm jeść mięso jest nie zdrowo. A przecież rozmawiałam z nim, no rozmawiałam, musi zrzucić nie parę a kilkanaście kilo. Zapomniał. Nie szkodzi, ja dziś jemu wieczorkiem przypomnę, kiedy dam sałatkę do zjedzenia. Przyzwyczajenia amerykanów są nie zdrowe, restauracje oblegane od 7-10:30pm, jedzą kolację. Pytam, jaką kolację? 10:30pm to czas wyciszenia a starszym ludziom spania. Tak też uczą małe dzieci, które są z nimi w restauracjach, jedzenia prawie do północy. Więc MM żreć nie będzie, chrupać marcheweczki, pomidorki i inne warzywka przez ten weekend będzie i wcale nie dlatego, że ja jestem na diecie, dlatego, że za chwilę będę miała 2xMM.

    Zrobiłam porządek na rabatce, wycięłam wszystkie liście tulipanów, w tym roku cebulki zostawiam w ziemi, jesienią dosadzę więcej.  Zbieram suche gałęzie i wyrywam zielsko, rozpleniło się chyba wszędzie, podlewam, przesadzam. Gorczyca polska rośnie i niedługo będzie kwitła. Niezapominajki jedne kwitną inne za kilka dni zakwitną. Kupionym liliom trzeba znaleźć miejsce na mojej rabatce, od soboty cierpią w plastikowej doniczce. W innych donicach widać wschodzące piwonie. Ptaszki świergocą w oddali szum samochodów, pieski burczą, obwąchują i biegają od jednej strony płotu do drugiej. Gdzieś w oddali słychać przesuwaną drabinę, to u sąsiada na przeciw, firma reperuje dach.

    Synuś na mój sms odpowiedział natychmiastowo i z zapytaniem o moje samopoczucie. Czuję się wyśmienicie, pracowicie, radośnie i szczęśliwie. Szkoda, że jak człowiek umrze, nie usłyszy świergotu ptaków, nie zobaczy kolorów kwiatów i słoneczka, bo jeśli jak nie wypalą oczu i uszu to robaki to wszystko wyjedzą. Brrr

    Jednym słowem: cieszyć się wszystkim póki żyjemy.

  • Goście już się rozjechali 😩😥😢😥😢. MM schował się w domku, zostałam na zewnątrz, piękna letnia pogoda, szkoda mi każdego dnia. W tym tygodniu będzie słonecznie i ukropnie, więc wykorzystuję, kiedy jeszcze nie trzeba się kryć w domu przed słońcem. W ubiegłym tygodniu specjalna firma od komarów i innego robactwa opylała ziemię, drzewa i krzewy, teraz mogę siedzieć na podwórzu bez spryskiwania całego ciala chemikaliami.

    W czwartek po pracy, jadąc samochodem byłam bardzo zmęczona i nie przewidywałam żadnych prac przygotowawczych do świąt. Zawsze ale to zawsze, podczas jazdy samochodem moje ciało się regeneruje i poczas zbliżania się do domu, zaczynam obmyślać plan działania. Tym razem też tak było. Przyszykowałam liście kapusty na gołąbki. To jest bardzo pracochłonne zajęcie. Zadowolona zrobiłam i pojechałam odebrać MM, oczywiście jak zawykle powrót z pracy. Cieszę się na jego powrót. Nie lubię sama zostawać.

    W piątek po pracy, też wracałam już nie tylko zmęczona ale wykończona. Nic nie planowałam. Myślałam o świętach ale jakby one były nie w tym ale za kilka tygodni. Weszłam do domu, na chwileczkę musiałam się położyć na kanapie, żeby wstać po paru minutach, aby zacząć walkę z gołąbkami, chlebem na zakwasie, sałatką jarzynową, sernikiem, kurczakiem i już nie pamiętam z czym tam jeszcze. Z kurczakiem to jest cała “zabawa”, trzeba wyciąć wszystkie kosteczki od środka, zostawić udka i skrzydełka nie naruszone. Trzeba to robić maleńkim wąskim ostrym nożykiem. Zajęło mi to trochę czasu ale…. przyjechała córcia z Ivanem i przy piwie i pizzy jakoś mi tym razem sprytnie poszło. Najgorsze!!!! Zapomniałam dodać ryżu do mięsa na gołąbk!!

    Chlebek podchodził całą noc, ale po upieczeniu pychotka. Gołąbki bez ryżu wyśmienite. Kurczak nadziewany mięsem mielonym (dodałam parmezanu) palce lizać. To nie moje relacje, goście stwierdzili, że wszystko wspaniałe…oprócz sernika. No i miałam wpadkę. Co mnie tym razem podkusiło, żeby zmienić ser biały, no nie wiem? Zawsze kupuję litewski lub polski, tym razem kupiłam farmerski. Upiekł się ładnie ale….za słony. No cóż, czasami tak mam, że na same święta coś zmieniam. Pamiętam kilka lat temu, zmieniłam farsz do pieczonych pierożków, wszystkie trafiły do śmietnika, a się napracowałam.

    Było miło patrzeć na uśmiechnięte twarze moich dzieci i ich osoby towarzyszące. Dyskutowali, przekomarzali się i chichotali. Tego mi trzeba, ciepła i radości. Po obiedzie przenieśliśmy się pod “parasolkę”. Syn umawiał się wcześniej z Valerią na tenisa ale posiedzieli dłużej, wprawdzie kort jest oświetlony, więc problemu nie będą mieli. Córcia z Ivanem, też była zmęczona bo po pracy ale nie chciało się im ruszać z miejsca. Cieszy mnie, że wszyscy czują się u mnie dobrze. MM również, mimo że zmęczony dał sie wciągnać w dyskusję.

    Cieszy mnie radość i szczęście innych, bo na smutek zawsze jest czas, przychodzi tak niespodziewanie.

  • Ten weekend nie był trudny w utrzymaniu diety. Piątek rano MM postanowił, dołączyć się do moich dietetycznych posiłków. Przez trzy dni dieta dla MM nie była łatwa, jednakże dał sobie radę. Nie czuł głodu, jedynie ciągnęło go do zjedzenia lub pochrupania czegoś, spoza diety. Gdy potrzebował coś “na ząb” proponowałam marcheweczki. Posiłki były co 3,5-4 godziny. Jeśli jedliśmy coś tłuszczowego odstęp między posiłkami był i musi być dłuższy. Należy dać żołądkowi czas na  przetrawienie. Podwieczorek i kolacja składała się z warzyw z dodatkiem dressingu lub owoce. Jedząc jajka rozmącone na śniadanie, MM stwierdził, że smakują jak najlepsza czekolada. Uśmiałam się, bo faktycznie, ja również tak czuję. Nie odczuwamy głodu lecz warzywa i owoce już obrzydły. Na obiad będą krewetki z masełkiem. Kolację zjem już sama, cóż to za kolacja? Seler naciowy.  Cukru wciąż nie używam i robię 1godzinną fizykoterapię. Nie są to jakieś wyszukane ćwiczenia, najważniejsze, że pomagają na mój kręgosłup.

    Widać, widać efekty, już mogę zapiąć letnie spodnie i lepiej wyglądam. Wciąż nie to o co mi chodzi, ale mogę zapiąć. Po Wielkanocy znów przejdę na 11 dni diety. Wtedy zadecyduję, czy zaprzestać i  czy zastosować jeszcze raz 11 dni.

    MM obiecywał, że będzie ostrożny z jedzeniem posiłków na wyjeździe, chociaż jest to utrudnione, kiedy na kolację do restauracji idzie grupa ludzi z którymi pracuje. Dobrze chociaż, że widzi różnicę w pracy żołądka.

    Poprawia się metabolizm i o to chodzi.

  • Wczoraj po pracy, zajechałam do córci aby pomóc jej w praniu wykładziny i dywanu. Córcia ma 2 kotki, jeden jej chłopaka,  drugi jest jej. Fajne kociaczki, czyste i ten młodszy jest milusiński, starszy zapomniał już mnie. Mieszkał z nami lecz niestety zapomniał. Jak to z kotkami i sierściuchami jest sierść i się jej nikt nie pozbędzie. Czesanie zwierzaczków częściowo  wyeliminuje wypadanie lecz… tak jak mówię częściowo. Moje pieski mają włosy,  które również znajduję nie tylko na podłodze, a kotki mają sierść. Z przyjemnością pomogłam, myłam wykładzinę pod łóżkiem gdzie kotki się chowają. Nie przeuwałyśmy łóżka, zdjęłyśmy materace. Dywan miał dłuższy włos ale dało się również wyprać. Zapachniało świeżością, a właściwie zapachniało wodą z specjalnym szamponem do mycia dywanów i wykładzin. Córcia była zadowolona z pomocy. Chłopak jej wysłał mi smsa z podziękowaniem.

    Przyjemnie jest pomagać.