ogryzekzycia

Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!

  • Nie zapaliłam dziś świecy.

    Rozłożona jestem na czynniki pierwsze.

    Nie mam siły wykrzesać z siebie nic po za postukaniem w klawiature iphona.

    Cały dzień snułam się w pidżamie i lekkim szlafroczku po domu. Trochę podreptałam i znów do łoża.

    Apetytu brak.

    Pamiętałam, oczywiście że tak, tylko sama od kilku dni potrzebuję pomocy.

    Mam nadzieję na lepsze jutro.

  • Mogę powiedzieć, że byłam kawoszem. Świeżo mielona kawa pachniała w kuchni od samego rana. Wypijałam do 7-8 kaw dziennie. Nie narzekałm na problemy ze spaniem. Potrafiłam wypić kawę przed położeniem się do łóżka. Był okres, że kawę pijałam w filiżance, którą mam do dnia dzisiejszego. Wiele razy zastanawiałam się nad “przetransportowaniem” jej do obecnego mego miejsca zamieszkania lecz po zastanowieniu, została w Polsce. I co najdziwniejsze, już z tej filiżanki nie siorbie 😁 kawusi, będąc a polskim domu. Oczywiście były okresy kiedy nie tylko zmiejszyłam ilości wypijanych kaw, ale zrezygnowałam z delektowania się tym napojem na rzecz zdrowia maluszków w brzuszku.

    Po jakimś czasie zrezygnowałam też z mielenia kawy, zaczęłam kupować kawę mieloną w opakowaniu. W późniejszym okresie weszły u mnie w użycie zaparzacze różnego rodzaju jak również tygielki. Nie były one modne w Posce lecz Turcja, Bułaria, była Rosja używały tygielków na co dzień. Kawa gotowana w tygielku nie traciła na wartości ale jeszcze zyskiwała na delikatności, zapach rozchodził się po całym mieszkaniu. Kawusię gotowałam jeszcze dzień przed moim zdarzeniem z ciśnieniem 😢

    Jednak, wieczorami w okresie jesienno-zimowym lubiłam i lubię wypić herbatkę. Herbatkę rozgrzewającą, usypiającą, orzeźwiającą na deszczowe dni. Kupowałam i kupuję na wagę jak i różne gotowe mieszanki. Herbatki liściaste lubiłam najbardziej ale nie gardziłam “śmieciuszkami”. “Śmieciuszkami” nazywałam herbaty w torebeczkach. Obecnie świat się zmienił i można kupić dobre herbaty w torebeczkach.

    Z uwagi na moje ciśnienie, zdecydowanie odstawiłam kawę. Patrzę na opakowania kaw stojące na półce i…. muszę zmienić szafkę dla tego rodzaju napoju☹️. Herbat mam bardzo dużo, zawsze gdy robię zakupy na amazonie, wchodzę na herbaty i wyszukuję coś nowego, lepszego. Ostatnio kupiłam Yerba Mate, no i ….. wczoraj zamówiłam specjalny kubek, rurkę i szczoteczkę do czyszczeni tej rurki.

    Rytuał😁 jeśli tak można nazwać zaparzanie jest mi znany. Więc …. wkrótce owocowe i inne zielone zastąpię Yerba Mate. Nie znaczy, że nie wypiję jagodowej, orange & ginger, kiwi-poire względnie turmeric-mango czy irish breakfast decaffeinated lub też, najzwyklejszej zielonej liściastej.

    “Twój los zależy od Twoich nawyków”. Brian Tracy

  • Dziś zmobilizowałam się, choć lekarstwa mnie osłabiają. Nie będę podawać cyferek jakie wyskakują na czytniku aparatu do mierzenia ciśnienia, staje się nudne dla mnie również. Myślałam, że wymycie lodówki zajmie mi około godziny. Nie trzeba było szorować, nikt nie pozalewał, kilkanaście kropek, nieznaczne ślady od buteleczek, butelek, kartonów i słoików.

    Musiałam, przynajmniej mi się tak wydawało, że czas coś zrobić a nie, leżeć, odpoczywać od leżenia i po leżeniu, spaniu.

    Powyjmowałam zawartość lodówki. No i … zmęczyłam się – odpoczynek. Mycie lodówki zajęło mi, nie wiele bo, 6 (sześć!) godzin. To się napracowałam. 😁 Jak tak to ma wyglądać, to malowania ja nigdy nie skończę szybciej się wykończę. Nie jest tak źle, bo dziś sześć a jutro może być pięć godzin. W końcu nabiorę wprawy i lodóweczkę, machnę w godzinę jak to kiedyś bywało. Najważniejsze nie poddawać się. Wyjęłam z lodówki zakwas żeby go dokarmić, to może chlebek jutro upiekę. Jeśli nie, to dokarmiony zakwas powędruje na swoje zimne miejsce. Będzie czekać na mój lepszy dzień.

    Wiem, że będzie lepiej, bo łapię się na tym, że rozmyślam …co by tu zrobić, czym się zająć. Wprawdzie brak sił, ale….

    to jest DOBRY znak!!!

  • Wiele razy mówiłam, wspominałam, pisałam… nie lubię planować!!!!… teraz, nienawidzę planowania. Oczywiście, można jak najbardziej, zaplanować wakacje i trzeba. Wakacje przeważnie związane są z wyjazdem. Na wakacje planujemy remonty itd. Zależy od człowieka i zasobności jego portfela. Nie lubiłam i nie lubię planów krótkoterminowych. W moim przypadku nawet związanych z posprzątaniem domu, ugotowaniem obiadu, upieczeniem chleba itp. Zawsze u mnie coś się zmieni, coś stanie na przeszkodzie.

    Czekałam na 2 dni wolne od pracy. Miałam pomalować sufit w gościnnej jadalni. Meble przykryte, podłoga również. Zamiast 2 dni wolnych, mam cały tydzień, którego nie wykorzystam na remont lecz na leżenie w łóżku.

    Poniedziałek spędziłam w łóżku z powodu skoków ciśnienia krwi. Wtorek podobnie, po południu zostałam zawieziona na emergency z ciśnieniem 210/100. Przy tym ból głowy byl i jest nie do opisania. Pytają jaka skala bólu od 1-10 … nie ma żadnej skali …. 11!!!!… Trzymałam głowę oburącz aby mi nie zleciała. Momentami, gdybym miała coś ostrego to bym ją ucięła, żeby przestała tak okrutnie boleć. Z bólu płakałam a płaczu nie mogłam powstrzymać.

    5 lat temu miałam tak okropny bół, gdyby nie MM wyskoczyłabym przez okno.

    Podłączono mnie do aparatury, przyjeżdżano i odjeżdzano z różnymi maszynami. Pobrano krew i wstrzykiwano jakieś draństwa. Morfinę wstrzyknięto do połowy strzykawki, poprosiłam o zaprzestanie podawania. Moja rozmowa, moje ruchy nie był naturalne. Moje myśli nawet nie były moje. Nie byłam sobą i nie potrafiłam tego opanować. Zawieziono mnie do ogromnej maszyny ( na drzwiach napis molekularne i coś tam, w głowie dudniło, powieki same się zamykały ale wciąż chciałam mieć wszystko pod kontrolą, pytanie jaką kontrolą jeśli byłam jak flak). Poprzez dudnienie, piszczenie w głowie i już lżejszy ból, usłyszałam aby zamknąć oczy. Po co mam zamykać, jeśli nie potrafię ich otworzyć. Otworzyłam na chwilę aby ocenić sytuację, ogromna maszyna nadjeżdżała od tyłu na moją głowę. Zamknęłam oczy i tak leżałam na pół przytomna. Jak długo trwało, nie wiem. Czas gdzieś mi się zatrzymał i uciekł. Wróciłam do Room 20. Ponownie podpięto mnie pod kolorowe przewody, coś tam wstrzyknięto w żyły i poczułam się znów podle.

    Dziś czwartek a ja wciąż czuję smak w ustach tych wszystkich medykamentów. Nawet długie czyszczenie zębów i języka nic nie pomogło.

    Walam się w łóżku ogólnie już 4 dzień i po jaką cholerę ja planowałam malowanie w wolne dni od pracy, kiedy nie jestem zdolna iść do tej pracy. Powinnam być już w pracy od wczoraj a nie wiadomo czy będę mogła normalnie funkcjonować w poniedziałek.

    Aha, ta ogromna maszyna nad głową, prześwietlała moje szare komórki, szukając pękniętych naczynek. Po raz DRUGI mi się udało.

    Wyjeżdżając do URGENT CARE miałam 210/98. Kiedy dojechaliśmy było 210/100. Nie byłam kontaktowa, MM wszystko załatwiał. Odesłali nas do Emergency. Nie mogę opisać mego bólu i strachu. Klawiatura by sie zapaliła. Covid-19 a mnie wiozą na Emergency. MM podjechał pod same drzwi, podjechali z wózkiem, zmierzyli temperaturę, zdezynfekowali mi dłonie. MM udzielił odpowiedzi na pytania i został na zewnątrz. Zostałam sam na sam z machiną amerykańskiej służby zdrowia podczas panującego covid-19. W tym czasie na ile mój mózg pracował, dostrzegłam, że jestem jedynym pacjentem. Żadnych tłumów nie było przed wejściem ani wewnątrz. Wieziona na wózku, przez moje łzy i opadające powieki nie zauważyłam pacjentów.

    Pielęgniarki oraz lekarze mili i cierpliwi. Ktoś powie, że tacy powinni być. Nie prawda, bo podczas drugiej cesarki, przez lekarza zostałam zwyzywana od idiotek i nie tylko, bo nie pozwoliłam aby swoje łapy wsadzał mi do wewnątrz i przekręcał dzidziusia bo dzidziuś ułożył się w poprzek brzucha. Przeżyłam upodlenie. To co piszą internautki jest prawdą, są też wspaniali lekarze jakich spotkałam podczas pierwszej cesarki.

    Wszelkie procedury sanitarne (covid-19) na Emergency zostały zastosowane, opiekę podczas mego pobytu miałam wspaniałą. Około godziny przed wypisem, poproszono mnie o wstanie. Odłączono mnie od kabli, z pomocą pielęgniarki musiałam przejść się po korytarzu. Po spacerze ponownie trafiłam na łóżko i podpięta zostałam do aparatury. Znów mi coś zaaplikowani. W ten sposób zbito mi ciśnienie do 146/80.

    Dostałam wypis, recepty i wszelkie instrukcje, osobiście od lekarza, mogłam się ubrać i wyjść na poczekalnię dla osób wypisanych. Czułam się jak zbity pies. MM poprzez zablokowane drogi nocą (remonty i budowy autostrad) jechał 30 minut dłużej, a ja położyłam się na kanapie, byłam niemiłosiernie osłabiona.

    Od chwili wyjazdu z domu do momentu wypisu ciągle mnie mdlilo.

    MM przyjechał, wychodząc rozejrzałam się wokół. Wszędzie pustki, żadnych tłumów chorych.

    Podczas powrotu samochodem do domu musiałam wykorzystać worek plastikowy jaki był na tylnym siedzeniu samochodu.

    Wczoraj mimo tabletek, ciśnienie skakało, najniższe 94/58 najwyższe 137/79. Takie skoki w przeciągu 1 godz. są wykańczające. Muszę nauczyć się z tym żyć.

    Planować nie mogę, jeśli nie wiem co reszta dnia mi przyniesie. Będę żyć jak dotychczas, mam ochotę na sprzątanie, gotowanie, pranie, wyjście na yard to mam to zrobić i nie odkładać lub planować pranie jak uzbiera się chociażby pełen bęben bielizny w pralce. Jak się uzbiera to jest możliwe, że nie będę zdolna nawet przycisnąć przycisk uruchamiający pralkę.

    Z natury jestem pełna energii i pomysłów, znów życie mnie zastopowało. Wiem, że powinnam się cieszyć, że ….

    Ależ się cieszę!!!

  • https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-chora-na-covid-19-uciekla-ze-szpitala-martwila-sie-o-90-letn,nId,4788315

    65-letnia chora na COVID-19 uciekła ze szpitala w Dąbrowie Tarnowskiej (Małopolskie), ponieważ – jak tłumaczyła policjantom, którzy znaleźli ją w jej domu – nie chciała pozostawić bez opieki 90-letniej matki. Kobieta, której sprawę będzie wyjaśniał sanepid, pozostaje w izolacji domowej.

    Jak czytam takie artykuły, to mi ręce opadają.

    To trzeba uciekać ze szpitala aby zaopiekować się chorym niedołężnym członkiem rodziny. Czy tłmaczenia i prośby, że stara matka została sama w mieszkaniu, odbija się od ściany znieczulicy?

    Co się z ludźmi porobiło?

    _______________

    Dziś nie wstaje z łóżka. Nie wiem czego chcę, wiem że jestem bardzo nieszczęśliwa. Tak jak kiedyś, spytałam swoją mamusię….po co mnie urodziłaś?……

    Dziś zadaję sobie pytanie ….co ja robię na tym świecie, w jakim celu się urodziłam, jakie zadanie dano mi do wykonania…. pytań mam tysiące. Tylko brak odpowiedzi.

  • Wczoraj przed deszczem zdążyłam zagrabić, posprzątać gałęzie po formowaniu krzaków itd…deszcz rozpadał się po południu, całą noc padał i dziejszy poranek.

    Jeszcze w pidżamie i szlafroczku rozpoczęłam robienie ciasta na torcik i karpatkę. Torcik owocowy zamówienie MM , karpatka zamówienie syna.

     

    Jeszcze dwie godziny do południa a ja mam upieczony rzucany biszkop i wszystko niezbędne do pieczenia i dokonczenia karpatki.

    Dziś deszczowo na zewnątrz, wewnątrz będzie na słodko.

  • Dziś jak co drugi dzień, zrobiłam fizykoterapię. Na jej zakończenie stosuję ciepły masaż. Nie są to paluszki naszej Basieńki ale te kule uwierające moje plecki, również są pomocne.

    Pierwszy i kilka następnych masaży zrobiła mi fizykoterapeutka. (Obecnie fizykoterapię wykonuję sama w domu)

    Aby ktokolwiek mógł dotknąć mego ciała, muszę mieć ogromne zaufanie. Obce dotyki, głaskania i przytulania nie są dla mnie. Dobrze, że mamy wirusa, to nikt nawet ręki nie podaje. Nie lubiłam, właściwie unikałam męskich pocałunków w rękę. Na myśl o tym robi mi się nieprzyjemnie.

    Po przeczytaniu Basi ostatniego posta, aż zachciało mi się udać na masaż do tej zmysłowej czarodziejski. Niestety wielka odległość nas dzieli. Ale mam zapisane w swoich szarych komórkach. Jak nie masaż to przynajmniej spotkanie przy kawie lub zielonej herbacie.

    Zakończony masaż. Plecki rozgrzane, powolutku mogę udać się na swoje “pole”.

    Poszalałam z grabiami na moim “polu”. Czasami, a może i częściej niż czasami trzeba zrobić masaż matce naturze. Ziemia nasza ukochana najpierw nas żywi a na koniec nas otuli, więc należy o nią odpowiednio zadbać. Masaż był 3godzinny. Nie oczekuję plonów, bo nie pora, masowałam z satysfakcją, że ONA potrzebuje czesania i smerania tam i ówdzie. A po masażu …. po masażu Ziemia otrzymała prysznic. Taki naturalny z chmurek!!!!

    Co za radość i dla mnie i mego “pola”

  • Wygoniłam MM do biura. W planach miałam wymianę puszek i kontaktów elektrycznych. Bo….miałam wyłączyć elektrykę w całym domu a nie tylko na jednej kondygnacji. Tak dla bezpieczeństawa.

    Pogoda szaro-bura i deszczowa to i z ciepłego łóżka nie chciało się wstawać. Prawie południe, w domu cichutko, bez pośpiechu wysunęłam z pod kołdry jedną stopę… no i jakoś poszło…. i poszłam do kuchni zrobić kawę i pieskom dać coś smakowitego. Oczywiście, że przewitały mnie z radością, jakże by inaczej. Pani w kuchni to wiadomo, że żarełko będzie. I kto to jest czyim właścicielem, kto kogo trenuje?

    Nie ważne, jeśli obie strony są szczęśliwe.

    Elektryki nie robiłam, dochodzi 3pm. Za późno na poważne prace.

    O tej porze, można jedynie ułożyć papier kartonowy na podłodze. Szykuję gościnną jadalnię do malowania. Telewizyjny pokój odmalowany, wypoczynkowy również. Pozostała jadalnia i całkowity remont łazienki. Do indyka zdążę odmalować tylko jadalnię ale łazienkę zacznę po indyku i skończę już w nowym roku. Całkowity remont to znaczy całkowity z położeniem przewodów elektrycznych do lamp ściennych, nowe rury wodociągowe. Nad sedesem się zastanawiam, możliwe że spłuczkę zrobię ukrytą w ścianie. Podłogę drewnianą zamienię na płytki itd….MM jest w wielkim szoku, wyjścia i głosu to on wogóle nie ma. Postanowiłam i robię projekt. Tym razem projekt na papierze, a nie w głowie, wszystko musi być wymierzone i odpowiednio dopasowane.

    A dziś, dziś w dalszym ciągu układam papier kartonowy a podłodze. Leniwie ta praca mi idzie.

    Jaka pogoda taka praca.

  • Podobno stałam na parapecie z 3 miesięczną córeczką na ręku. PRL nie rozumiał co to jest depresja poporodowa. Podobno chciałam się wieszać. Pamiętam supeł na grubym budowlanym sznuże. Pamiętam … moje oczy nie widziały kolorów, jedynie szary i brudny-biały. Nie słyszałam szumu wiatru i śpiewu ptaków. Każdego dni była walka ze sobą o przetrwanie. Chodziłam z bakiem benzyny wokół domu. Dziś rozumiem, nie łatwo o tak spalić murowany dom. Wtedy, nic nie rozumiałam.

    Szybki telefon do Tatusia aby szybko, bardzo szybko przyjeżdżał, bo już, za chwilę skoczę z poddasza. Szybki telefon do Tatusia aby szybko, najszybciej jak może przyjeżdżał, bo potnę się i ….

    – Tatuś, tatuś!!!! Szybko, szybko!!!!! Tatuś przyjeżdżał, tulił mnie i moją córcie. Bo znów chciałam skrzywdzić moją córunię. A córcia nigdy nie płakała, nigdy nic nie potrzebowała, była cichutka, spokojniutka. Znów mózg podpowiadał, utopić się, spalić, udusić.

    Wiele pamiętam, wiele nie pamiętam.

    Medycyna była bezsilna. 33 lata temu, co PRL mógł zrobić? Nic. Zamknąć do psychiatryka lub tabletki. Po których idąc, szukałam stopą ziemi. Ziemia zapadała, rozjeżdżała, stawała się niewidzialna. Gdy opowiedziałam Tatusiowi jak czuję się po tabletkach. Zdecydowanie kazał odstawić.

    Często wyjeżdżalam na działkę do tatusia. Spacerowałam po lesie. Szukałam odpowiedzi na moje pytania. Odpowiedzi nie otrzymałam.

    Poddałam się hipnozie. Po pierwszym seansie, mimo że nie byłam w hipnozie. Wyszłam z gabinetu spokojniejsza. Chyba po trzecim seancie ( nie byłam w hipnozie, wciąż czuwałam) ujrzałam kolory. Ludzie czy wiecie co to znaczy!? Widzieć kolory!!!!?????. Przechodziłam przez największy park w moim wojewódzkim mieście. Gotowa byłam całować każdy kwiatek. Później …. usłyszałam śpiewające ptaki i szum wiatru. To był cud nad cuda. Kolory i odgłosy na które byłam ślepa i głucha, napełniły moje serce nadzieją. Wiedziałam, że jest dla mnie nadzieja.

    Tylko, wciąż nie byłam sobą. Lekarz ( przy akademii medycznej), powiedział , że nie miał takiego opornego pacjenta. Nie wiem, czy to był komplement na plus czy minus. Ostatecznie poddałam się…. obudziłam się przestraszona. I całkowicie obudzona i gotowa na życie. Nigdy nie wróciłam na żaden więcej seans.

    Teraz, teraz walczę o swojego syna. O jego życie. Walczę o każde słowo skierowane w moją stronę, świadome słowo. Walczę, a moje serce cierpi. Nie da się tego opisać.

    W nocy płaczę, w dzień uśmiecham. MM jest moim drugim mężem, więc nie jest łatwym, ukrywać przed nim moje troski i zmartwienia. Nie mogę podzielić się z nim moim problemem. MM oprócz mnie, nie kocha i nie lubi nikogo. Nawet śmiem wątpić czy kocha swoje córki. MM jest wyjątkowy, wychował się sam, nikt nic jemu nie tłumaczył. To jest człowiek po traumatycznych przeżyciach.

    Nie mam żadnego wsparcia. ZERO!!!! Czasami potrzebuję durnego….nie martw się, wszystko będzie dobrze….. Mamusia moja, ale ona jest daleko i sama potrzebuje pomocy. Nie mogę obarczać jej swoimi problemami.

    Wiem, że nikt mi nie pomoże i muszę być silna.

    Prawdę mówiąc jestem po części winna stanu mojego syna.

    Uparłam się, że nie może opuścić klasy. Musi jechać do szkoły. Nie powiedział mi o swoich przeczuciach, może nie byłabym taka uparta. Pojechał. Pod wieczór zaczął padać deszcz, a później już lało. Zaczęłam się martwić. Spojrzałam w okno, widziałam tylko kontur samochodu, było już ciemno i lało… wrócił…. i odetchnęłam z ulgą, żeby z rana dowiedzieć się, że miał wypadek. Najechał na tracka.

    Po oględzinach…kasacja. To był ulubiony samochód mojego syna. Kupił następny. Nie upłynął miesiąc i następny wypadek. Tym razem na niego najechano.

    Decyzja ubezpieczyciela, kasacja. A tak prosiłam wszystkich świętych, żeby kasacji nie było. Coś z moim synem się zaczęło dziać. Smutny to nic nie powiedzieć. Po dwóch tygodniach od wypadku, napad na sklep ( protesty). Poważne zagrożenie życia. Powybijane szyby wystawowe, zniszczone towary, komputery. Pierwsza rozwścieczona grupa około 12 osób jeszcze nie odjechała. Przyjechała następna i następna. Zauważono mego syna, zdołał uciec do pokoiku z materiałami biurowymi. Powiem w skrócie, walczył o życie, bo nikomu naoczny świadek nie potrzebny. Przez pierwszy tydzień było wszystko dobrze i na raz …… dziwne zachowanie, uciekanie, spanie na okrągło. Wykorzystał wszystkie wolne dni i urlop. Bez poprawy. Nie obyło się bez wizyty u lekarza. Ponad 2 miesiące na zwolnieniu i moja walka o jego zdrowie fizyczne i psychiczne. PTSD dokonało, że wszystkie wcześniejsze wydarzenia skumulowały się w jedno. I muszę z tym walczyć.

    Każda depresja jest inna, jak każdy człowiek jest inny.

    Lekarstwa nie są dostosowane indywidualnie dla każdego pacjenta. Medycyna nie widzi jednostki, a niby jest stwożona do pomocy. Tabletki jakie syn przyjmuje ( minimalizuje stawki i chce rzucić to badziewie) to osobiście nie wiem czy wogóle człowiek powinien przyjmować. Jak się syn czuje? Chodzi po ścianach – dosłownie. Na następny dzień nic nie pamięta. Ja to widzę! łapię, kładę do łóżka, tulę tak jak kiedyś Tatuś mnie tulił, kołyszę.

    Tabletki odstawia powolutku bo skutki uboczne również są tragiczne.

    Przez to wszystko przechodzę sama, samiuteńka. Jest mi bardzo, bardzo ciężko.

    Oczywiście widzę w tej mgle, maciutkie maciuteńie światełko.


    Update: Jan 4, 2023

    Jak się czuję? Jest lepiej. Daję sobie radę. Syn? Jest lepiej.

  • Zdarza się, że wszystko co mogliśmy zrobić, zostało zrobione.

    W piersiach ściska, łez nie ma. Powinny lecieć jak błyskawica, szybko najszybciej. Płynąć jak bystra woda. Spadać jak wodospad po skałach.

    Serce nie wytrzymuje i zamiast łez, ciśnienie krwi poszybowało do góry.

  • normalnej rodziny. Dorastałam w szczęśliwej (można powiedzieć) rodzinie. Mamusia niepracująca, zajmująca się na co dzień domem. Tatuś pracujący lecz często wyjeżdzający w delegacje, mimo to zawsze znalazł czas dla swoich trzech córek. Czas płynął, aż stałyśmy się dorosłymi panienkami. Już wtedy zauważałam, że nie jesteśmy ze sobą blisko. Zabrakło między nami tego czegoś, co łączy i wiąże. Jako druga (średnia) siostra, krążyłam między starszą i młodszą. Starsza błąkająca się i gubiąca w swoich marzeniach, młodsza rozpieszczona do granic możliwości, uważała że jej się wszystko należy o tak. Pstryknąć palcami i się stanie niebo złociste. Rodzice mieli ogród przydomowy, pieliłam, sadziłam i cieszyłam się, że mamusi pomagam. Kiedyś wspominałam, że mamusia moja była i jest egocentrycznką, co nie przeszkadzało i nie przeszkadza mi, w okazywaniu miłości.

    Żeby, nie mąż który pracuje po przeciwnej stronie korytarza w swoim biurze, płakałabym jak bóbr.

    To Tatuś był tą osobą scalającą rodzinę, to on pochylał się nad zranionym kolanem i szorowaniem pleców. Często wyjeżdzaliśmy na wycieczki do lasów i nad jeziora.

    Z chwilą kiedy Tatuś zmarł (bo nie odszedł, odszedł to znaczy że może wrócić)wszystko wywróciło się do góry nogami. Zmarł “dzięki” starszej i młodszej. Starsza spowodowała, że spadł ze strychu. Zabrała drabinę po której tam wszedł. Młodsza wykończyła Tatusia wyzywając od h… aż przepisał na nią swój dom (mój rodzinny), zostawiając sobie tylko minimalną część. Po otrzymaniu tego co chciała, młodsza czekała na śmierć swego ojca. Czy zaprzestała używać okropnych słów, nie.

    Zasłużył na szacunek, zasłużył na miłość, której od dwóch córek nie otrzymał.  Trzeba znać historię rodziny, a tego nie da się poznać jedynie z literek, to trzeba przeżyć jak ja to przeżywam,  to jest mój ogromny ból, żal i tragedia.

    Moja mamusia,  też nie zasłużyła sobie na takie traktowanie jakie w tej chwili otrzymuje. Młodszą z córek kochała bardzo, pyłki zdmuchiwała, nie powiem ja też … w szkole podstawowej na przerwach, biegałam i sprawdzałam czy nie dzieje się jej, żadna krzywda. Stałam na pół piętrze, na schodach i obserwowałam.

    Nikt nie zauważył że rośnie samolób, człowiek bez serca, któremu będzie wszystkiego mało. Mieszkania, samochody, działki, dom już ma, zatraciła się w swoich majątkach. Jeszcze ja darowałam jej 25% domu piętrowego letniskowego,  po Tatusiu. MAŁO !!!!

    Teraz za mało mamusinej emerytury. Z mamusią rozmawiam obecnie 2-3 razy w tygodniu. Poprzednio każdego dnia, stwierdziłyśmy, że potrzebuję ciszy i spokoju.

    Chciałabym (pragnę)…..

    aby moja starsza siostra, potrafiła rozmawiać, a nie krzyczeć. Przestała liczyć pieniądze które chciałaby wyszarpać od mamusi. Zeby zadzwoniła chociaż jeden raz na pół roku do mamusi. Nie zadzwoni. Mająteczku się chce.

    aby moja młodsza siostra, przestała mamusię okradać, żeby dała mamusi trochę spokoju i chociaż raz na miesiąc normalnie spytała jak się czuje. Takie coś, nie nastąpi. Według niej, mamusia za długo żyje. Mamusia 13 września skończyła 91 lat i w dalszym ciągu dzwoni do mnie używając skypa, zainstalowanego w ipadzie.

    A czego chcę dla siebie?

    To co mam w zupełności mi wystarczy.

    Jedynie chciałabym (pragnę) aby mój syn wyzdrowiał.

     

     

    Żadne pieniądze świata, żaden majątek nie zrobi człowieka szczęśliwym, jeśli w sercu szczęścia brak. 

     

     

  • ……dwadzieścia lat….

  •  

    Po nocnym napadzie na sklepy i zakłady, opublikowano alarm …pozostania w domu…

    Najazdy na sklepy i inne zakłady były zorganizowane grupowo. Podjeżdżało kilka samachodów, huligani wybijali szyby, wbiegali do sklepu i niszczyli co było pod ich ręką. Grabili, a więc pakowali do wózków sklepowych, co się dało. Pakowali do samochodów i odjeżdżali. Po pierwszych grabieżcach, nadjeżdżali następni. Nie było policji. Nie przyjechała i nie zabezpieczała pracujących w sklepie. Zniszczone w office komputery, na hali sklepowej kasy, poniszczony towar.

    W tamtym momencie był tam mój syn, jego komputer roztrzaskany. Zdąrzył uciec po pierwszym najeździe. Nic mu się nie stało, ale kontakt wzrokowy z rozwcieczonymi grabieżcami, przeżywa psychicznie.

    To nie był żaden protest w związku z zabiciem/zamordowaniem George’a Floyda, to było niszczenie i rabowanie mienia przez młodych mężczyzn w wieku 16-20lat.

    Floyd był dobrze zbudowanym mężczyzną, więc nasuwa się pytanie. Czy tak bardzo panowie w mundurach się go bali, że musieli zabić za nieudowodnioną kradzież?

    Następna bezsensowna śmierć pociągnie za sobą inne.

  • Piękna wiosenno-letnia pogoda, więc nie możliwością siedzieć w czterech ścianach. Nasiedziałam się i jestem zmęczona nic nie robieniem. Ileż można, czytać, bułeczki chlebek piec, sprzątać-mało sprzątałam, łazić od okna do okna. Już od minionego tygodnia rozpoczęłam prace “polowe”. Każdy zakątek yardu został spryskany środkiem przeciwko owadom przez specjalistyczną firmę, więc miałam kilka dni spokoju. Nic mnie nie gryzło, lizało, próbowało i pajęczyną oplatało. Byłam bezpieczna ponad tydzień. Mogłam nacieszyć się słoneczkiem, zamiataniem, dmuchaniem, przesadzaniem, podcianiem. Do domu wracałam brudna i zmęczona. Czasami to ledwo nogi ciągnęłam za sobą, a czasami siadałam na decku z butelką piwa. Nie jedną butelką. Bo redneck pije piwsko i nie tylko. A ja jako początkujący redneck lubię jak mi zimne piwsko spływa po brodzie. No jestem prosta i nie prosta babo-chłop-kobietka. Bez obawy na salonach też umiem się zachować.

    No i tak moje yardowe życie płynęło, bez większych niespodzianek. MM w jednym kącie yardu ja w drugim, czasami machając do siebie z oddali. Znów wciągnęły mnie prace yardowe i trudno mi się oderwać, nawet na przegryzienie kanapki. To nie szkodzi, że nie jem. Siedzenie i nic nie robienie poszło mi w fałdeczki. Schudnę. Tycie jest przyjemniutkie, lody, cukiereczki, bułeczki, ciasteczka i inne smakołyki. Niepostrzeżenie przybywa kg. Chudnięcie wymaga pracy i diety, nie należy do przyjemnych. Nie mówię o diecie odchudzającej lecz o odstawieniu słodkości i przynajmniej częściowo zamienić się w królika. Więcej marcheweczki, sałateczki i jabłuszka. Myślę, że nie będzie trudno schrupać marcheweczkę bo ostatnie lody zjedzone wczoraj, a rodzynki w czekoladzie dzisiaj na obiad.

    Dziś ponad 7 godzin poświęciłam na ciśnieniowe mycie ścieżek, patia, podjazdów. Nie, nie ukończyłam, jeszcze zostało mi od frontu. Nie wiem, no nie wiem, dlaczego te obleśne owady, muszki, muchy itd mnie uwielbiają. Wczoraj siedząc w domu na kanapie, zauważyłam chodzącą po oparciu kanapy mrówkę. Myślałam, że ją ukatrupiłam, ale nie, to była jakaś wiecznie żyjąca. Ugryzła mnie!!!!!Malo tego musiałam rozebrać się do golasa i to w pośpiechu, łaziła po mnie!!!Mąż to miał ubaw!!!😁😁😁Dlaczego wszystko co lata i pełza, lezie w moim kierunku?

    Popryskałam chemią ręce i ubranie. Nie chciałam sprejować całego ciała jak nie raz i nie dwa to robię. Poczułam ugryzienie i mrowienie, jak to zwykle się odczuwa przy ugryzieniu mrówki. Swędziało, piekło, bolało na brzuchu z lewej strony. Nie wiedziałam co mnie ugryzło, bo to coś wlazło mi pid bluzkę. Dobrze, że nie w majtki. 😁😁Posmerałam lekko to miejsce bolące i dalej pracowałam. Po prysznicu, po prysznicu, aż wzięłam większe lusterko (nie, nie zdjęłam ze ściany) przybliżyłam do brzucho i …..ujrzałam dużą czerwoną plamę. Mazakiem zaznaczyłam brzegi plamy, piekącej plamy. Po 2h plama się powiększyła i zaznaczyłam czerwonym mazakiem.

    Teraz czekam i zaznaczę zielonym mazakiem. Niebieski mazak też przyszykowałam, aby nie byl potrzebny.

    Jak spać? Kiedy coś mi tam boli, boli jakby ktoś igłę wbijał.

    Jak spać jak mogę jutro nie wstać?

    Będę czekać.

    MM stwierdził, że nie powinnam wychodzić na zewnątrz, najlepiej jak zajmę się szydełkowaniem lub dokończę serwetę iglicą. Ale takie dłubanie mnie nie bawi.

    Plama wyszła z jednej strony za czerwony mazak. Oj nie dobrze.

    Zobaczymy co będzie jutro.

    Jutro muszę dokończyć ciśnieniowe mycie.

  • Tak się zastanawiam.

    A może zacząć celebrować każdy drugi dzień miesiąca? W końcu urodziłam się 2 (drugiego).

    Nie tak, że jakaś uroczystość z beczką piwa. Tak, aby zapamiętać. Każdy dzień mija, oczywiście pamiętamy. Ale tylko wydarzenie i aby to wydarzenie umiejscowić w konkretnej dacie, musimy sie zastanowić: kiedy? Nie łatwo przypomnieć. Łatwiej jest przypomnieć, miesiąc. Więc, chcę pamiętać każdy drugi dzień miesiąca.

    Od czego zacząć? Można powiedzieć, poranek jak każdy inny. Nikt do łóżka nie podał kawy. Mały ból i strata. Jak każdego poranka w powiewnym lub jak chłodniej, cieplutkim szlafroczku schodzę na dół do jadalni kuchennej. Tam od kilku godzin przed laptopem siedzi MM. Czyta najświeższe wiadomości z kraju i ze świata popijając małą czarną. Zaczyna się ruch w jadalni. Pieski piszczą, miauczą lub poszczekują, prosząc panią o coś dobrego na śniadanko. Pieski dobrze wiedzą, jak będą szczekać to … coś słodkiego… dostaną dopiero po moim śniadanku. Oj, ta ich pani jest bardzo wymagająca. Cicho siedzieć i nie marudzić, nawet jak kochają to nie mogą tego wyszczekać, wymiauczeć. Dziś było możliwie, dostały smakowitości i dodatkowo do pogryzienia coś, na prawie cały dzień. Niech pieski ostrzą zęby,  aby nie na mnie. 

    Zrobiłam kawcie a MM usmażył bekonik. Właśnie taki lubię, smażony przez niego. Po śniadanku padło pytanie czy chciałaby zbaczyć przelot Blue Angels and Thunderbirds. Dlaczego nie?

    Zajechaliśmy na górny parking dużej galerii handlowej. Mimo, że sklepy zamknięte parking był otwarty strzeżony dziś przez policję. Nie było bardzo dużo ludzi, całkiem dobrze, bo zachowana była odległość między ludźmi.      Czekałam z MM niecierpliwie na samoloty. Wiedziałam, że przelecą i polecą. No i umknęła mi sekunda jak się zbliżali. To zbliżenie to była właśnie sekunda, zanim się zorientowałam to nad głowami już byli i tylko ich “ogony”. MM zdołał kilka zdjęć pstryknąć i zamieszczam zdjęcie wykonane prze MM.

    Ludziska byli zamaskowani i nie, ale nie zauważyłam, żeby ktokolwiek miał rękawiczki ochronne.  Temperatura bardzo wysoka dochodziło w słońcu do 30ºC. Ja wyjątkowo się zabezpieczyłam ale… właśnie ale….gdy nakładałam maseczkę jakiś jegomość z pół metra odemnie, przechodził i kaszlnął. Oczywiście, a jakże może być inaczej, nie ma tak,  że jegomościowi coś przeszkodziło w gardle: kurz z powietrzem się dostał, alergik.itd. Pomyślałam, że będę musiała czekać na objawy 5-7 dni. No cóż, trzeba było maseczkę szybciej nakładać, ale i podobno te maseczki o kant stołu można obić. Nie ważne czy będę czekać na objawy czy nie, pokaz był błyskawiczny. Przyjemnie było wyjść z domu, ujrzeć prawie normalny świat i prawie normalnych ludzi.



    Zajechaliśmy jeszcze do sklepu spożywczego po arbuza, no i prosto do domu. Zadzwoniła córcia i pokazała mi swoją fryzurę, właściwie jej brak. Obcieła się prawie do zera! jeśli coś na jej głowie zostało to milimetr lub dwa długości włosów. Włosy miała dłuuuugie. Od jakiegoś czasu myślała o obcięciu. Zamiast obciąć, ogoliła. I tak może być. Najważniejsze aby jej odpowiadało, reszta się nie liczy. Córcia jest zadowolona. 

    Późnym popołudniem zasiedliśmy do komputerów. Co jakiś czas słyszałam: jak to zrobić, a z tym co zrobić, a jak zeskanować slajdy? nic u mnie nie pracuje. Nie wszystko co nowe jest dobre. Uspokoiłam MM, ze swoich myszkowanych urządzeń wyciągnęłam swój skaner do slajdów. Jeśli udało mi się zainstalować do Maca to tym bardziej uda mu się z Windowsem, jeśli wcześniej nie zrezygnuje i pójdzie łatwiejszą drogą. 

     

    Dobiega koniec dnia. Dzień był miły jak i wieczorek zapowiada się przyjemnie.

     

  • Nie sądziłam, że będzie mi tak trudno, będę zmęczona i będę chciała aby mnie ktoś chociaż na jeden dzień zastąpił. Nie jest łatwo opiekować się zdalnie starszą osobą, robię to od listopada. Każdego dnia conajmniej 1 raz dziennie dzwonię i jestem na łączach najkrócej 1 h. Bywa , że jestem przez ponad 4 godziny w kontakcie z mamusią. Międzyczasie potrafi usnąć, przyjąć tabletki, ugotować zupę, wypłakać się, odarować mnie niezliczonymi historiami swego życia które słyszę po raz kolejny, ponarzekać, poudawać, pookłamywać. Wszystko przytrafi się nam w ciągu tych 4,3,2,1, godziny.
    Jak to się stało, że spadło to na mnie? Nie wiem, widocznie tak musiało i musi być. Podobno Bozia nam tyle przeznacza ile możemy udźwignąć. Młodsza nie powiem, pomagała, ale pomagała kiedy mamusia sama chodziła do sklepu, w ogródku warzywa siała i owoce zbierała, przetwory robiła, gotowała i piekła i siostrę ze szwagrem, obdarowywała. Pieniądze pożyczała, na wieczne oddawanie. Siostry pomoc skupiała się na …. gadaniu …ja pomagam….Teraz moja mamusia nie ma nikogo przy sobie. Starsza uciekła do NY obrażona o majątek, młodsza obdarowana majątkiem obrażona, że stara matka nie chce umierać.
    Przed odjazdem znalazłam pomoc dla mmamusi, lecz ta pomoc zamiast pomagać, wpadała jak po ogień a właściwie po zainkasowanie kasy i już jej nie było. Jeszcze pod koniec grudnia mamusia się dobrze czuła i odwiedzała sąsiadkę oraz robiła zakupy w osiedlowym sklepiku.
    Styczeń był gorszym miesiącem, szwagier robił awantury, nawet jak byłam obecna na skype. Że mamusia stara, plotkuje, nie pamięta, niech pieniądze odda…. ja nie jestem jeszcze w wieku swojej matki ale też już nie pamiętam czego właściwie te awantury dotyczyły. Na początku marca wbiegła młodsza z awanturą, że chce mamusi,  już nie chodzącej a posuwającej nogi i trzymającej się laski, zrobić kontrolę w szafkach, szafach, łóżku i pod. Mamusia wstała i zagrodziła drogę, bo niby z jakiego powodu kontrolę? Mamusia została popchnięta. Tylko w jakim celu miała być ta kontrola? Poprzez ten krzyk na skype zrozumieć nie mogłam, niby coś mamusia chowa. No i chowa, emeryturę. Jeśli znajdą zabiorą a zakupów nie zrobią. Przed odjazdem kupiłam mamisi 10 kg cukru, soli, mąki, kisuele, budynie, różne soki z apteki, makaron, ryż, papier toaletowy, ręczniki kuchenne itp. Wykupiłam tabletki na receptę z wyprzedzeniem, lekarzom wyjaśniłam jaka sytuacja. Z tych zakupów mało co zostało. Młodsza zabrała do siebie.

    Na drugi dzień zadzwoniła do mamusi najulubieńsza wnuczka (brak słów), jeśli będzie babcia miała jakieś problemy, niech do niej dzwoni. Super

    Tylko, że telefonu nie odbierała.

    Mieli moi rodzice 3 córki………,

  • Chlebek jaki jest wszyscy widzą. Ostatnio piekę wg jednego przepisu. Szukałam. Wszystkie chleby jakie do tej pory piekłam, były smaczne. Ten przepis najlepszy i expresowo się robi. Nie będę was zamęczać przepisami, ci co pieką mają swoje wypróbowane przepisy. Dziś również dokarmiłam zakwasy – pszenny i żytni. Następny chlebuś zrobię żytni. Rośnie też ciadto na drożdżowe bułeczki. Przy organizacji lodówki, stwierdziłam, że jest za dużo słoiczków z końcówką dżemów. Zużyję dżemy jako nadzienie do bułeczek.

    Dzisiejszy dzień jest moim dniem bez określenia, bez nazwy. Nazwałam ten dzień : DZIEŃ😁

  • Każdy z nas ma sny. Jedni pamiętają inni nie. Pamiętam sen, który śniłam przez kilka nocy. (miałam 17-18 lat – to jeszcze dinozaury żyły😁) To był sen, który miał ciągłość następnej i następnej nocy….z tym że, po zasnięciu śnił mi się sen z poprzedniego dnia, ale w skrócie tak jakbym miała, przypomnieć co było poprzedniej nocy i już na spokojnie, śniłam ciąg dalszy. To było bardzo ekscytujące wrażenie. Nie pamiętam treści snu, pamiętam do dziś, kolory i budynki z czerwonej cegły.

    Sny w większości są prorocze. W tej chwili czekam na jakieś wydarzenie, nic złego, raczej nieprzyjemne. Nie lubię swoich snów. Wolałabym abym ich nie pamiętała.

    Sen o numerach lotka pamiętam, a było to tak…..pewnego poranka po przebudzeniu pamiętałam cyfrę, cyfrę wydrukowaną na papierze. W ciągu dnia zastanawiałam się…o co chodzi z tą cyfrą. Następny poranek, w pośpiechu pobiegłam po kartkę i długopis i szybko zapisałam następną cyfrę. Miałam 2 cyfry nie pasujące do niczego, nie miałam też żadnych skojarzeń. Następnego wieczoru, kartkę z długopisem polożyłam na nocnym stoliku aby nie zrywać się jakby się paliło. Zerwałam się a jakże, przyśniły się 3 cyfry na raz, lecz trzecią…..pamiętałam we śnie, po przebudzeniu się rozmyła. Śniąc o ostatnich trzech cyfrach, śniłam o zdarzeniach sugerujących wygraną. Czwarta noc i dwie cyfry z których jedna mi uleciała, się rozmyła. Jeszcze piątej nocy przyśniła się szósta cyfra, niestety po przebudzeniu uciekła. Nie mogłam już dłużej czekać, trzeba było zdawać lotka. Miałam 5 cyferek!!!!Wygrałam!!!! Nie był to milion, nawet nie 20tys. Ale kwota mnie zadowoliła. Roztrwoniłam wraz z dziećmi całą wygraną!!!! Dzieci były w wieku 6 i 4. Mieliśmy frajdę.

    Następny sen. Pozwolono mi zobaczyć prawdziwe NIEBO, niebo gdzie znajdują się Duszyczki. Niezapomniane wrażenie i widok. Nie wolno mi dokładnie opisać ale jedno wam powiem…..szczęście i spokój Tam panuje.

    Obecnie rozmawiam z mamusią o śmierci. Uspokajam mamusię, jak i wprowadzam ją na drogę, drogę którą sama będzie podążać. Boli mnie serduszko, nikt mamusi nie potrzyma za rękę, umrze w samotności, pomimo ludzi mieszkających obok. Przykro mi że, moje dwie siostry w pogoni za majątkiem gotowe własną matkę wygonić (nawet nie gotowe, wyganiały, nie obeszło się bez wizyty stróżów prawa) z jej własnego domu. Obecnie nie ma już takiej pogoni za majątkiem ale spokoju również brak. Mamusia słabnie i nie jestem pewna czy dożyje do grudnia. Będzie mi bardzo ciężko. Co ja mówię…będzie….jest mi bardzo ciężko. Dlatego poszukuję różnych artykułów, reportaży na temat śmierci, ponieważ, jeśli mam pomagać to pomagać umiejętnie, a nie pleść trzy po trzy. Po każdej rozmowie mam podwyższone ciśnienie i muszę przyjąć coś na uspokojenie. To nie są łatwe tematy i pytania…

    Dziś wymyłam dwa duże okna i szybki w drzwiach wyjściowych na deck. Bym zapomniała, okno w pralni!!! Wymyłam również. Medal mi się należy, coś zaczęłam robić oprócz pieczenia chleba. Sklepowego chleba nie sposób jeść. W ubiegłym tygodniu zrobiłam przerwę od wypieków. MM przywióz chlebek z Whole Foods Market (sklep ze zdrową żywnością). Podejrzewam że, bocheneczek niechcący wpadł do beczki z octem. Kto taki chlebek piecze, nie wiem. Więc, przerw w wpieczeniu chlebka już nie będzie.

    Powolutku dostosowuję się jak widać do siedzonka w domku😁.

  • Zamieszczam link do artykułu, o umieraniu w samotności podczas wirusa.

    Jest mi bardzo smutno, chciałabym nieba uchylić tym ludziom, moje niebo jest dziś zachmurzone i nieprzyjazne ludziom. Tym bardziej jest mi smutno.

    https://tygodnik.polsatnews.pl/news/2020-04-17/bez-pozegnania-o-ludziach-umierajacych-w-samotnoscimoja-propozycja-ostatnie-pozegnanie-w-windzie-o-umieraniu-w-czasach-koronawirusa/

    Chciałabym jeszcze zamieścić link do artykułu o umieraniu w samotności, którt pomógł mi zrozumieć samotnych i cierpiących starych ludzi. Pozwolił bardziej zrozumieć moją mamusię.

    https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ludzie-najczesciej-odchodza-w-nocy/8cfm5qt

    Jest mi bardzo smutno.

  • bez wulgaryzmów…text message, mam zostać w domu do odwołania. Rządowe dolary jeszcze nie dostarczone. MM już 1 tydzień zaliczył, bez zatrudnienia. Moje dolary wpływają w okrojonej wysokości i lepiej żebym ich nie było to bym dostała 600$ tygodniowo i co z tego, że przez 4 miesiące (podobno). I co z tego, że trzymają mnie na zatrudnieniu. Pytanie…jak długo? Nikt nikomu nie daje gwarancji. MM prowadzi rozmowy z rekrutorami. Co wydzie, nie wiadomo.

    A miałam nadzieję, że pójdę do pracy. Nadzieja …. a co to wogóle jest? To jest 50 / 50!!!! Ja się tak ” bawić” nie chcę. Nie jestem fryzjerką, a mogłabym otworzyć drzwi w stronę świata i klientów. Nie jestem osobistym trenerem, więc nie mogę oczekiwać na żadne “ciało, ciacho, sadełko”. Więc, się wkurzam na to “do odwołania” i nie chcę być zakładnikiem. Jestem jak w więzieniu, chociaż ….. wczoraj wyjechałam z synem do salonu samochodowego w celu zakupu 4 kółek. Nigdy w salonach samochodowych nie było kolejek, nikt nie wyrywał drzwi z zawiadów i tym razem takich sytuacji na zauważyłam. Pan o innej niż jasna karnacji skóry, miał założoną maseczkę na twarzy, inni bez maseczek. Rękawiczki na dłoniach w 90% pracowników były widoczne. Klienci? Nikt nie miał, bo nie wielu tych kientów.

    Syn kupił i odjechał zadowolony. Na autostradach mniej niż korki. Zdziwiło mnie to bardzo. Gdzie chorzy? Gdzie kwarantanna? Gdzie zakazy? Czyżby wszyscy spieszyli się w sobotę do fryzjera i siłownie które mają być otwarte od poniedziałku? Co za durna sytuacja!!!! Jechałam i zastanawiałam się … gdzie jest wirus…? Możliwe, całkiem możliwe że któryś z pracowników salonu samochodowego był nosicielem. Jeśli tak, to powinno dawno znieść ten salon z powierzchni ziemi.

    Nie idę do pracy!!!! Koniec i kropka!!!!!


    UPDATE

    9 styczeń 2024

    Samochód do kasacji, czy przykro? Oczywiście że przykro.

    8 kwietnia 2021, a więc po roku, samochód wyglądał nie ciekawie.

    Syn wypadek przeżył bardzo boleśnie.

  • Od jakiegoś czasu tak mam. Każdy dzień to sobota, a dziś u mnie jest poniedziałek. Jeśli wczoraj u mnie była sobota powinien dziś być… jaki dzień? niedziela. Nawet w tym odczuciu nie ma u mnie jakiegoś porządku…jest poniedziałek tak to czuję. A dziś podobno jest piątek. A w ogóle czy to ważne, jaki jest dziś dzień tygodnia?

    Więc, już nie pamiętam kiedy to było wtorek czy środa. Postanowiłam na kolację zrobić omlet. “Chodził” za mną od kilku dni. Wiadomo jak się robi omlet. Jajka, sól, pieprz, mleko, mąka i się bełta. No nie wiem gdzie zrobiłam błąd. No widziałam w miseczce, że za mało mąki a za dużo mleka, ale zamiast dosypać mąki wylałam ciasto na patelnię. Posypałam żółtym serem. Smażyło się, wyszła mamałyga. No dobrze, jajecznica, ale kurcze nie chodziło mi o jajecznicę!!!!! ja chciałam OMLET, OMLET i jeszcze raz omlet. Pierdyknęłam patelnię do zlewu i wybiegłam na podwórze. Płaczę w niebogłosy aby nie przestraszyć sąsiadów zakrywam dłońmi usta. Płaczę bo szkoda mi jajek które są teraz, może nie na wagę złota ale w niektórych sklepach brakuje. Mleko można dostać ale z mąką są problemy. Płaczę bo jak MM jedzie do sklepu to się naraża a ja, ja zmarnowałam TRZY jajka!!! On narażając się, bardziej mnie naraża… płaczę bo jak wraca ze sklepu to maseczkę zdejmuje byle jak i rzuca w samochodzie na siedzenia. Płaczę bo jak zdejmuje rękawiczki którymi dotykał nie tylko rzeczy które kupował ale i wózek sklepowy, zdejmuje w kuchni i rzuca na blat kuchenny. Płaczę bo myje ręce jak już wszystkie zakupy pownosi i zdejmnie okrycie. Płaczę, że mam całą kuchnię w wirusach. Płaczę bo widzę je oczami wyobraźni i wtedy lecę do kuchni myć ręcę pod bardzo gorącą wodą. Rozpaczam i chcę do domu do Polski. Do domu, tam byłabym bezpieczna, tam jest moje życie. Później ryczę, że tam nie ma moich dzieci one są tutaj i w Polsce tęskniłabym do dzieci. No i łzy leją się jak deszcz w rynnach. Kiedy mój mąż mnie ujrzał się przestraszył. Odpowiedziałam, żeby zostawił mnie w spokoju.

    Powolutku doszłam do siebie i już nie było kolacji. MM nie dopytywał ( mnie nie trzeba ruszać w takich sytuacja). Rozmawialiśmy wieczorkiem o wszystkim ale nie o powód mojego płaczu.

    Na drugi dzień zrobiłam na śniadanie wyśmienite dwa omlety i opowiedziałam mężowi powód mojej rozpaczy. W lodówce mam jajek barrrrdzo dużo. Masła dwa gatunki, 2kg mąki i wiele wiele smakołyków. Mogę teraz robić mamałygi i wywalać do zlewu😁😁😁 MM zaopatrzył mnie w jajka hahaha i nie tylko.

    Nie musi być prawdziwy powód do płaczu, żalu i rozpaczy. Czasami trzy kurze jajka ( i wcale nie złote) mogą doprowadzić do rozstroju nerwowego. Moja córcia zaśmiewała się do łez kiedy jej opowiadałm, zna mego męża, nawet żebym wywaliła i 12 jajek to on nie widzi problemu. Kupi następne. Bo dla MM moje samopoczucie jest najważniejsze.

    Wiem że, wirus też miał wpływ na moje zachowanie. Siedzę zamknięta już prawie 2 miesiące, bombardowana wiadomościami o zmarłych i zakażonych przez media. Martwię się o męża, swoje i męża dzieci i całą rodzinę. Martwię się o moich zaprzjaźnionych fachowców w Polsce. Na propozycję pomocy finansowej, odpowiedzieli podziękowaniem, za pamięć również.

    Będzie dobrze, bo być musi.

  • lepiej mi idzie czytanie waszych blogów. Czasami pośmieje się, zastanowie nad nie moimi problemami, poruszam głową w te i nazad 😁bo … jak to można sobie życie skomplikować. Oczywiście, że ludzie tacy jak ja i MM uczymy się być razem. Przez 15 lat spotykaliśmy się na weekendy a teraz, od rana do rana. Czasami to jest bardzo skomplikowane nawet w domu o powierzchni ponad 300m kw. Okazuje się, że kuchnia przymała a i metrów brakuje, bo co jakiś czas obijamy się o siebie. Ja burknę on fuknie i naburmuszeni rozchodzimy się, aby za kilka minut spotkać się w kuchni przy kawie lub czymś do przegryzienia. Po fukaniach śladu nie ma i jakby nigdy tego fukania nie było. MM czyta w tej chwili ja klikam i słucham (o dziwo) jego strasznego rocka, który zaczyna mi się podobać. Mówią, że disco jest umpa upma umpa ale ten rock to też jest bum bum bum. Bo w muzyce powinien być jakiś rytm. OK przynajmniej tak mi się wydaje.

    Walam się na kanapie, piesek wskoczył i dotrzymuje mi towarzystwa.

    Dostałam wiadomość od fryzjerki, że powoli swoje usługi będą “odmrażać”. To była bardzo radosna dla mnie wiadomość. Maska na pyszczek konieczna, i oczekiwanie w swoim samochodzie do chwili otrzymania pozwolenia wejścia do salonu. Włosy odrosły, już nawet sama przycięłam. Ale trzeba zrobić jakiś fryz, bo tych kilka piór na głowie nie trzyma się kupy.

    W maju mają nas wypuścić ale…. gubernator naszego stanu chce puścić, a główny całego landu chce trzymać za zamkniętymi drzwiami. Ot i nieporozumienie powstało. Wszystkie mądre głowy z całego świata muszą przyznać że, wirus jest mocarzem. Nasi władcy poruszają się jak dzieci we mgle.

    Ale chciałabym już pójść do pracy. Być w ciągłym biegu, nie mieć czasu a jednocześnie mieć wszystko zorganizowane i ze wszystkim nadążać.

    Wstawać rano, jęcząc, że pospałoby się jeszcze. Wypić w biegu kawę, w biegu do garażu i włączyć drive bieg. Podobno już będą u mnie ruszać właśnie w maju. Oj co to będzie!!! Co ja na siebie nałożę bo … fałdeczek przybyło od tych bułeczek z dżemem figowym. Cieplutki chlebek prosto z piekarnika poszerzył 4litery, a i staniczek przymały. Siłownia zamknięta a w domu sprzęt stoi i oliwienia potrzebuje.

    Trochę pomarudziłam😁😁😁😁😁

  • Wirusek, wszystkich na świecie wstrzymał od myślenia o przyszłości. Trudno planować kiedy jesteśmy ograniczeni czasowo, lokalowo itd. Nie lubię planować, a jak już to z ogromną ostrożnością. Pod koniec lutego zrobiłam większe zakupy. Już do sklepu chodziłam w rękawiczkach i maseczce. Wiadomo jestem z tych co wciąga jak gąbka każde wirusy i bakterie, dla ostrożności się zabezpieczyłam.

    Dokładnie tydzień później  (4 marca) Poczułam się bardzo ale to bardzo źle. Wchodząc po schodach, potykałam się i myślałam, że będę zmuszona wchodzić po schodach na czworaka. Jakoś dotwałam do końca pracy, a że byłam już sama i nie mogłabym  oczekiwać jakiejkolwiek pomocy, zmobilizowałam się i jakoś doszłam do samochodu. W momencie kiedy wdrapywałam się po schodach zadzwoniła córcia z pytaniem o samopoczucie. Córcia była na telefonie do momentu kiedy wysiadłam z samochodu w swoim garażu i “doprowadziła” mnie do łóżka. Usnęłam w ubraniu. Od czwartku do późnych godzin w niedzielę byłam nieobecna. Zmęczenie, ból głowy, wymioty mną targały. Spałam, budziłam się i spałam. Czy coś jadłam? prawdę mówiąc nie wiele. Tak to mnie wirusek złapał z ujemnym testem.


    Update

    Wrzesień 27, 2023

    Nie pamiętam jak i co było ale chyba na zajutrz do pracy nie pojechałam

  • siedzenia w domu. Pierwszy tydzień chora, leżąca i kichająca.

    Oszukała mnie pogoda. Ciepło i słonecznie było bardzo, no i wystawiłam swoje kości na te promienie. Zdradliwa okazała się ta miłość do słońca. Jeśli naprawdę kochasz, to ufasz a nie podejrzewasz, podglądasz, śledzisz, sprawdzasz. Jakie to proste….ufać. Zaufałam wiosennemu wiaterkowi i słoneczku złociutkiemu.. No cóż, wiaterek zawiódł. Słoneczko jakby nie zawiodło ale zwabiło. Więc, mam dwóch winnych. Leżałam i zdychałam. Co 5 minut temeratura skakała w górę i w dół. Kiedy była na górze, stopy w pocie pływały. Temperatura na górze, włosy unosiły się na powierzni potu. Po tygodniu zmagań zdecydowałam odwiedzić lekarza, a że już wszystko było na zwolnionych obrotach, to umówiona zostałam na…za dwa dni. “Za dwa dni” się nie odbyło, po mojej wizycie, przychodnia została zamknięta i jeśli pilne…dzwonić 911. Zostałam z niczym i w tej chwili powinnam się cieszyć, że z niczym, bo przecież mogłabym zostać z wiruskiem.

    Ten tydzień wolniutko wracam do zdrowia i bez pośpiechu. Kwarantanna na całego.